Przerwy w bieganiu

Czasem się zdarza, że robimy w naszej tuppasji pewną przerwę. Raz w tygodniu to jest praktyczne standard i z pewnością zdecydowana większość z nas ma taką przerwę w swojej rozpisce treningowej. Niektórzy z nas mają dwie przerwy w tygodniu, a niektórzy i trzy. Jednak są to przerwy zaplanowane, zgodne z naszymi zasadami treningowo -biegowymi.

Jednak od czasu zdarzają się sytuacje tzw. „wyższe”, które powodują, że musimy sobie zrobić w bieganiu czasem jeden, czasem dwa, a zdarzają się i trzy dni przerwy. Teoretycznie wydaje się, że to jest dla nas negatywna i zła sytuacja. Ale tak naprawdę, ma w sobie także pozytywne strony. Tak, na zasadzie, że nic nie jest całkiem czarne i nic nie jest całkiem białe, a z każdej sytuacji można wynieść pozytywne strony.

Kiedy wyskoczą, czy też wybiegną takie sytuacje to możemy w sobie wzbudzić dodatkowy ekstra głód biegowy. Można napisać, że jest to czas na budzenie wielkiego biegowego głoda. Muszę przyznać, że u mnie się mocno obudził.Siedzi w mojej duszy i wyje mi do ucha: „nie biegasz, nie biegasz”. A do tego siorbi i mlaszcze do ucha.

No, ale jutro niedziela i czas na odrobienie biegowych zaległości. Czuje pożądanie biegowe wypełniające każdy fragment mojego ciała. Będzie trzeba go zaspokoić chociaż częściowo jutrzejszym tuptaniem. Co by nie napisać, ale takie przerwy dają nowego, biegowego ognia. Co prawda trochę żal mi parkrun, bo już trzeci z rzędu m odpadł, ale nic na to nie mogę poradzić. Grzesiu z pewnością się cieszy, gdyż z każdym tygodniem coraz bardziej mnie goni w ilości startów. Nic na to nie poradzę i mogę tylko napisać, że nie mam wpływu, Grzesiowi życzyć szybkiego dogonienia. No, ale za to jutro sobie trochę zaległości odrobię. Co sobie potuptam, to będzie moje. No i myślę, że w przyszłym tygodniu już bez przeszkód na parkrun się udam. No i oczywiście w ostatnią sobotę starego roku. Zresztą w sobotę szykują się dwa biegi, gdyż najpierw parkrun, a potem jeszcze Bieg Sylwestrowy nad Maltą. Można podsumować: znowu będzie się działo. Tak naprawdę takie przerwy w bieganiu są bardzo inspirujące, a do tego twórcze. W końcu zawsze można znaleźć pozytywne strony.

Ulubiony napój biegających

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Fanpiłki trzymam kciuki za dalszy rozwój biegowej pasji. Powoli spokojnie i do przodu 

Dzisiaj coś z innej bajki, chociaż w jakiś sposób związane z bieganiem. Chciałbym się na chwilę na chwilę zatrzymać przy ulubionym napoju dla podejrzewam większości biegających czyli piwie. W tym momencie wielu z pewnością powie: co w tym odkrywczego i co nowego można napisać o piwie, czego byśmy nie wiedzieli, czy czego byśmy nie smakowali. Można napisać śmiało, że piwo jakie jest każdy wie i każdy widzi. Tak po prostu nihil novi, jak nasi przodkowie mawiali. Piwo generalnie dzielimy na jasne i ciemne i każdy smakuje jakie bardziej mu pasuje.

Chociaż ja ostatnio posmakowałem w dwóch bardzo ciekawych rodzajach, gatunkach zwał jak zwał. No, ale od początku. Wiadomo, że najczęściej wybieranym i ulubionym rodzajem jest jasne, lekkie piwo zazwyczaj lane z butelki, czy też w pubie z „kija”. I to wszyscy znamy, smakujemy i lubimy. Parę tygodniu udało mi się dostać czerwonego lagera w postaci piwa Książęcego. Muszę przyznać, że nie jest łatwo je dostać, ale warte jest trudu poszukania. Może nie na każdą piwną nasiadówkę, ale warte spróbowania. Z kolei wczoraj trafiłem na półce piwo żytnie z rodzinnego browaru Sołtys. Przyznam szczerze, cena jak na piwo prawie dwa razy wyższa od średniej klasy jasnego pełnego, ale smak…. Nie napiszę nic więcej, dodam tylko, że jest to piwo warte grzechu. Dlatego jak chcecie posmakować czegoś innego, ale tak lubianym piwnym temacie, to z szczerego serca mogę polecić. Tak po treningu sobie usiąść i zanurzyć się w tym smaku…

Z drugiej strony każdy ma swoją smakową drogę i nigdzie nie jest napisane, że to, co zsmakowało mi może zasmakować komuś innemu. Mimo wszystko jednak rekomenduję każdemu spróbowanie tego trungu. I to wcale nie musi być Sołtys, ale też inne piwo, ale żytnie, bo daje ono zupełnie inne odczucia. Podobnie, jak tradycyjne piwa pszeniczne takż mają różne twarze. 

Bieganie z ekstra wspomaganiem

Podczas biegania może się nam przytrafić ekstra wspomaganie. I to nie piszę o wspomaganiach żelowych, farmakologicznych i innych mniej lub bardziej akceptowalnych. Mi biega raczej o wspomaganie zewnętrzne przez inne osoby udzielane. Może ono przyjąć dwa oblicza. Wszystko jest uzależnione od nasze płci oraz preferencji w wiadomym temacie.

Pierwsze ma miejsce wtedy, kiedy biegniemy z osobą tej samej płci. Jest wtedy fajnie, biegnie się super, ale chyba czegoś brakuje. Takiego dodatkowego ekstra smaczku, który daje nam bieg z osobą innej płci. W moim akurat przypadku dotyczy to biegu z paniami. Na zdjęciu ten wpis prowadzącym widać marzenie każdego faceta, czyli biegowy trójkąt w towarzystwie dwóch Kobiet. Czego można chcieć więcej od życia? Dostaje się wtedy takiej adrenaliny biegowej, że czujemy się jakbyśmy byli niczym lokomotywa, w którą maszynista wciąż węgiel wrzuca, a my płoniemy pełnym ogniem, a nasze biegowe koła wciąż nas pchają do przodu.

W zeszłą sobotę także miałem takie ekstra wspomaganie. Co prawda zgodnie z założeniami przed biegiem Niepodległości biegłem sobie spokojnie i na luzie, kiedy nagle, gdzieś tak na wysokości 4 kilometra dobiegła do mnie inna pani. No i nagle znowu dostałem przyśpieszenia i popędziliśmy razem przerzucając się ze smakowania na pożeranie kolejnych metrów. Muszę przyznać, że nas oboje to motywująco podziałało. Pani postanowiła pokazać facetowi, gdzie biegowe raki zimują, a ja, jak to ja postaniwłem pani towrzyszyć, aby nie czuła się samotna. Z drugiej strony, tak trochę na zasadzi: ” jak to? Kobieta mnie bierze? Nie może być” I jak wspomniałem bardzo się potem to nagłe wzmocnienie przydało podczas Biegu Niepodległości. Jedno trzeba przyznać. Bieganie z takim ekstra wspomaganiem dodaje nam dodatkowego kopa. 

No, a jutro znowu wolna sobota, a to oznacza kolejną wizytę na Cytadeli. Czy znowu z jakąś Panią pogonię, to się okaże. Taka wizyta jest jak pudełko czekoladek. Wiadomo, że sama słodycz nas czeka, ale z jakim nadzieniem, tego to na razie nie wiemy. To się dopiero jutro okaże.

 

Czy bieganie bez zmęczenia ma sens?

Na początku ja zawsze w tym miejscu i czasie. Sławku, wszystko zależy od kontekstu w jakim dane wyrażenie zostało użyte. 

Ostatnio wbiegły mi przed oczy stwierdzenia czy też porady: jak biegać bez zmęczenia, bieganie bez zmęczenia itp.,itd. Zresztą, jak czasem zdarza mi się rozmawiać na temat naszej pasji z osobami, które nie czują do biegania mięty, to ich opinia jest prosta: wszystko pięknie, ładnie, tylko po cholerę się męczyć.  Gdyby można było biegać bez zmęczenia, to oni pierwsi i bardzo chętnieMuszę przyznać, że jest to teoria wręcz rewolucyjna. Biegać, czy też trenować jakiekolwiek sporty, ale bez wysiłku, zmęczenia i wkładania w to energii. Czy jest to możliwe? Jak najbardziej, można sobie usiąść przed kompem wrzucić taką grę, czy też poszukać symulator biegania i bez żadnego wysiłku nawet biegi ultra można zaliczyć. Jest to jak najbardziej możliwe, tylko pytanie: czy ma to jakikolwiek sens.

Prawdziwy urok naszej biegowej pasji, jej piękno i to co nas do niej przyciąga, to jest właśnie wysiłek, który musimy tutaj włożyć, walka ze swoimi słabościami, pokonywanie własnych w umyśle wytworzonych barier i przesuwanie granic swoich fizycznych możliwości. Nic tak nie napędzania do treningów i startów, jak to że poczujemy po wszystkim to czasem olbrzymie zmęczenie, które jednak zmieni się w stan błogiej satysfakcji, radości i frajdy, że wbrew wszystkiemu, samym sobą i wszystkim blokującym nas zewnętrznym i wewnętrznym czynnikom daliśmy radę i dotarliśmy do mety. Kiedy czujemy, że jesteśmy na granicy naszych możliwości, że pokonanie każdego kolejnego metra przekracza nasze możliwości, a jednak walczymy i biegniemy dalej. I nagle widzimy przed sobą bramkę mety, a wtedy wszystko co słabe odpływa zastąpione niemożliwą wręcz do opisania euforią.  I to jest tak naprawdę clue wszystkiego. Niech to zmęczenie przybiegnie, będzie jak największe, niech rzuca nam kłody pod nogi, a my i tak damy radę. Pokonamy i zmęczenie i wszystkie inne cholery tamy naszej pasji stawiające.

Dlatego jak ktoś chce biegać bez zmęczenia, to proszę bardzo, ale straci całą frajdę z pasji naszej płynącą.

Meta warta cierpienia,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Macieju coś w tym jest co napisałeś. Może faktycznie trzeba było się nie brać za Koronę, ale jak się wzięło to jest i ok. Temat Koron uważam za zamknięty.

Tak, jak napisałem we wczorajszej relacji, dzisiaj chciałbym na chwilę zatrzymać się na ocenie i podsumowaniu niedzielnego boju w Warszawie. Na początku prosta i szybka ocena całego wydarzenia pod względem organizacyjnym. Muszę przyznać, że praktycznie cała impreza prawie bez zarzutu. Można się przyczepić do jakości posiłku po biegu oraz paru kosmetycznych detali, ale nie zmienia to faktu, że poziom organizacyjny niemal dorównujący Dębnu. Oznacza to poziom organizacyjnej ekstraklasy. Muszę przyznać, że szczególne na mnie wrażenie zrobiły tzw ekstrasy, których w innych biegach nie widziałem. Można zaliczyć do nich ruchomą strefę depozytu, namiot tlenowy przed metą ustawiony czy chociaż zdjęcia po biegu za free wyszukiwane i dostarczane. Takie niby drobiazgi, ale stanowiące wyróżnik tego biegu. Do tego fantastycznie poprzebierani biegający oraz wyjątkowa atmosfera. To powodowało, że człowiek na trasie czuł się, jakby był w innym świecie. Kolejną ciekawostką i wyróżnikiem był oryginalny medal. Na pierwszy rzut oka przedstawia on Syrenkę z mieczem i tarczą wynurzającą się Wisły. Kiedy jednak przyjrzymy się Syrence to widzimy, że niezbyt jest ona zgodna z jej wizerunkiem przedstawionym w legendach czy w herbie miasta. Zgodnie z tradycją Syrenka jest do pasa kobietą, a od pasa rybą. Na medalu natomiast mamy całkowicie nagą kobietę, której jedynie stopy są rybie. Jak to moja córka stwierdziła: „ta syrenka ma pipkę”. Muszę przyznać, że to oryginalny medal, który wyróżnia się wyjątkowo w mojej kolekcji

Obserwując to, co działo się na trasie uważam, że osoby zarażone pasją biegania można podzielić na trzy różne grupy. Pierwsza grupa, na szczęście zdecydowanie najliczniejsza, to są biegający podbiegający z powagą i odpowiednim przygotowaniem do startu. Przygotowani zgodnie z zasadami sztuki, wszystko gra i buczy, że mucha nie siada, bo nie ma gdzie. Druga grupa, którą można określić, że startujmy na wariata. Nie do końca, albo wcale nie przygotowani, pchani jakimś dziwnym impulsem, bo może się uda, by się sprawdzić i diabli wiedzą po co jeszcze.  Do drugiej grupy w niedzielę ja się zaliczałem. Na szczęście ta grupa nie jest liczna, ale tacy tuptający też się zdarzają w biegowym tłumie. Tak naprawdę ani to godne pochwały, ani uznania, tylko z lekkim politowaniem pokiwania głową. W moim przypadku to był eksperyment, ale nikomu go nie polecam. No i trzecia grupa osób, najbardziej godna szacunku i podziwu. Osoby z rożnymi stopniami niepełnosprawności, którzy jednak wbrew wszystkiemu decydują się podjąć walkę i wyzwanie.

Jak pisałem w relacji na metę w Warszawie dobiegłem z Japonką, która miała pewien poziom niesprawności związanej z nogami. Nie chcę się rozwodzić, napiszę tylko, że miała pewne problemy z poruszaniem na nogach. Ale dotarła do mety, co zdjęcie ten wpis prezentujące ukazuje. Nie widać niepełnosprawności na zdjęciu, ale widać było jak biegła. Ktoś może napisać: jak ktoś jest przygotowany to super, że startuje, bo tak być powinno. Ale osoby nie do końca przygotowane, startujące dla fantazji czy nawet niepełnosprawne nie powinny startować, gdyż mają dodatkowy ból, cierpienie, a to nikomu nie służy. Odpowiem krótko, bo teraz to wiem. Kiedy dobiegasz do mety nie do końca przygotowany, a szczególnie niepełnosprawny, wbrew rozsądkowi, okupując każdy kilometr mniejszym czy większym cierpieniem, to kiedy osiągasz cel, czyli metę otrzymujesz nagrodę największą ze wszystkich. Osoba, która dobiegła do mety przygotowana tego nie zrozumie. To trzeba przeżyć samemu by zrozumieć, że  osiągnięcie mety warte jest cierpienia. Ale jak napisałem, nikomu tego nie polecam.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Ktoś może zapytać: czy coś mi dał trening na nogi, który robiłem przez ostatnie tygodnie. Odpowiem krótko: w czasie biegu mimo ogólnej słabości, na ból czy słabość nóg nie mogłem narzekać, a dzisiaj po w odróżnieniu od wcześniejszych startów praktycznie poruszam się bez żadnych problemów. Może lekkie osłabienie nóg, ale bez cierpienia po starcie przynależnego. 

Kto może biegać?

Posiadanie takiej czy innej pasji wymusza od osoby, która została przez nią ogarnięta pewnych działań, zmiany sposobu myślenia, poświęcania własnego czasu, który mógłby być na coś zupełnie innego przekierowany. Może słowo „poświęceń” jest tutaj zbyt mocne, ale w tym kierunku podążamy. Różne są formy pasji i wymagają różnych poziomów zaangażowań. I faktycznie jest tak, że są pasje, które tylko niektórym mogą być przypisane. Nie każdy może pilotować samolot, nie każdego stać na kolekcjonowanie rzeczy wymagających większych nakładów finansowych. Są takie pasje dla wybranych o odpowiednim statusie majątkowym, predyspozycjach psychicznych, fizycznych i każdych innych, których nie każda osoba posiada.

 Jak to wygląda z naszą pasją? Tutaj mamy sytuację prostą i klarowną. Praktycznie, biegać może każdy. Nie piszę tutaj o osobach mających problemy natury stricte zdrowotnej, chociaż w przypadku  serca, pamiętam kiedyś akcję społeczną: „uciekaj przed zawałem na własnych nogach”.  Muszę przyznać, że widywałem na trasach nawet osoby w ten czy inny sposób niepełnosprawne, nawet na wózkach, które jednak brały udział w zawodach. Tak więc biegać tak dla siebie, dla swojej przyjemności może każdy. A jak to wygląda ze startami zorganizowanymi. Zgadzam się, że dla sporej grupy osób właśnie taki start jest jakby ukoronowaniem całego cyklu treningowego. Tyle, że jak kiedyś zauważył jeden z komentujących , w tego typu wydarzeniach bierze udział parę, może kilkanaście procent wszystkich biegających. Czy to znaczy, że ktoś, kto startuje w biegach zorganizowanych jest lepszy/gorszy od tego, co tej osoby, która tylko od czasu do czasu biega sobie pod domem? Wcale nie, gdyż wszyscy mamy tą samą pasję, tyle że trochę inaczej ją postrzegamy. Ktoś musi czuć rywalizację, adrenalinę przez nią wywołaną, konieczność zmierzenia się z czasem i własnymi słabościami, czyli wszystko to, co jest serwowane podczas biegu zorganizowanego. Ktoś inny ( i podejrzewam, że tych jest zdecydowana większość) potrzebuje pobiegania tylko dla otrzeźwienia umysłu, zrzucenia paru kilogramów i generalnie lepszego samopoczucia, a cała reszta to dynda i tita.

 Jak mam być szczery dla mnie obie postawy są równie super. Gdyż w każdej sytuacji łączy nas jedno: zdecydowaliśmy się tuptać, gdyż postanowiliśmy coś zmienić w naszym życiu, poczuć smak pasji, rozszerzyć nasze życiowe horyzonty. I to łączy nas wszystkich, niezależnie czy bijemy rekordy, czy biegamy gdzieś tam, kiedy mamy ochotę i czas. A cała reszta, czyli jak już podchodzimy do tej pasji, co chcemy osiągnąć, jak traktujemy siebie i innych wynika z naszych indywidualnych uwarunkowań, których już nie się wrzucić do jednego wora. Podsumowując napiszę krótko: biegać może każdy, ale jak, z jakimi celami i pragnieniami, to już jest indywidualna sprawa każdej osoby tuptającej.

Czy nam amatorom może się przydać BPS?

Na początku nasuwa się nam wielu tuptającym amatorom pierwszej wody, do których sam się zaliczam: a o to jest to BPS i o co w tym biega? Dla wielu tuptających obojga płci jest to jakaś mało zrozumiała fraza. Jej tłumaczenie jest proste: bezpośrednie przygotowanie startowe. Jak podaje magazyn bieganie:

„Aby odpowiedzieć na to pytanie, zastanówmy się, co jest celem BPS-u (nota bene podzielonego na trzy fazy: akumulacji, intensyfikacji oraz transformacji)? W skrócie można powiedzieć, iż jest to wytworzenie adaptacji organizmu do warunków, jakie będą panować podczas startu, pod który planowany jest BPS. W uproszczeniu – biec długo i szybko, przy możliwie niskim zmęczeniu. O ile nie mamy wpływu na warunki klimatyczne, w jakich przyjdzie nam się zmagać, tak już prędkość startowa, o której mowa, i jej obróbka są jak najbardziej w naszym zasięgu. Tu jednak dochodzimy do miejsca, gdzie rozprawiamy o dwóch z lekka nietożsamych zdolnościach: szybkości i wytrzymałości.”

Muszę przyznać, że kiedy ujrzałem rozpiskę kilometrów ekstra akcentów na ostatnie osiem tygodni do maratonu, to zrobiło mi się na przemian zimno i gorąco. Zresztą ja nie liczę, na to, by łamać na maratonie 3 godziny. To jest poza moimi granicami możliwości. 4 godzny mogę złamać, ale trzy to już zupełna abstrakcja. Czy w takim razie BPS może mi się przydać? Jak mam być szczery nie mam pojęcia, ale kiedy czytam rozpiskę BPS, to jak napisałem moje pierwsze odczucie było: głupota, szaleństwo i poza moimi możliwościami. Jednak z drugiej strony, kiedy analizuję propozycję treningową,

http://www.magazynbieganie.pl/tajemnice-bps-bezposrednie-przygotowanie-startowe/ ,

to w zasadzie mamy w tygodniu trzy treningi specjalne w okresie ostatnich ośmiu tygodni do maratonu. Czyli mam jeszcze niecałe dwa tygodnie do rozpoczęcia tańca. W sumie rozpiska fajna, tyle, że trochę przeraża zrobienie tych 35 kilometrów. Na razie raz w tygoniu robię koło 20, a tu podskoczyć do 35, to lekki szok biegowy. Natomiast zastanawia mnie jedno. Jest napisane w rozpisce trzy treningi specjalne, ok,  a co w pozostałe dni? Klasyczne dyszki bo odpuścić treningi w końcu chyba nie. Zresztą jeszcze jedno pytanie.

Co takiemu zadeklarowanemu amatorowi jak ja może dać taki plan. To, że trzech godzin nie będę łamał, to jasne i logiczne, bo to poza moimi fizycznymi możliwościami. Ale może mogę poprawić moją dotychczasową życiówkę na maratonie, czyli ciut poniżej 4 godzin, a może po prostu dobiec we względnie dobrym samopoczuciu i formie ( w końcu to 42 kilometry) do mety. Nie wiem, czy może coś mi to dać. No, ale jak nie spróbuję nie będę wiedział. Muszę przyznać, że korci mnie by podjąć rękawicę.

Miłe weekendu zaczynanie, na parkrun hasanie

Ostatnio moje soboty są dosyć mocno zawodowo obciążone, więc sporo parkrun mi odpadło. No, ale to siła wyższa i z nią się nie dyskutuje, tylko się cieszy, że jest co robić. Na ale ostatnie dwa weekendy miałem akurat trochę luźniejsze, przez co mogłem je znowu w moim ulubionym biegowym miejscu spędzić.

Dzisiaj na Cytadeli byłem trochę później niż zwykle, gdyż około 20 minut przed startem. Jak zwykle przywitałem się ze znajomymi, którzy wierną, niemal niezmienną ekipą się pojawiło. Oprócz nich było jeszcze ponad sto innych osób, które powiedzmy trochę mniej kojarzę. Z każdą czy każdym staram się być chociaż na „cześć“, ale na jakieś głębsze pogaduchy nie starcza często czasu. Pogoda była dosyć ciężka dzisiaj do bieganie. Co prawda słońce było schowane za chmurami, ale samo powietrze było właśnie takie ciężkie, przytłaczające i powodujące pewne problemy w łapaniu oddechu.

Po przywitaniu wszyscy udaliśmy się do strefy startu, gdzie otoczony wianuszkiem wolontariuszy przywitał jak zawsze wszystkich miło i motywujący, po czym zanurzyliśmy się w mniej lub bardziej szybkim tupie w duchotę powietrzną. Jak ktoś czuł się na siłach, to mógł pobiec za jednym z naszych szybkobiegaczy, który robił za pacemarkera na poniżej 18 minut. Jak potem zerknąłem na wyniki, to chyba jednak nikt się nie poważył Adrianowi kroku dotrzymać. Z drugiej strony zawodnik, który przybiegł jako trzeci dzisiaj na metę ( Adrian był drugi) miał co prawda prawie minutę gorszy czas od Adriana, ale to był jego debiut, więc kto wie czy nie trzymał się w czasie biegu Adriana tak blisko, na ile sił mu starczało.

Muszę przyznać, że dzisiaj biegło mi się bardzo ciężko. Tak jakby powietrze samo stawiało przede mną bariery, przez które nie mogłem się przebić. W czasie biegu usłyszałem rozmowę „biegowego mistrza“, do tuptającej z nim uczennicy ( albo i Małgorzaty, bo ja mistrz to wiadomo), o tym jak biegać, aby było lepiej, szybciej, a i mniej męcząco. Muszę przyznać, że te słowa mocno do mnie przemówiły i jest to temat na jutrzejszy wpis jako wprowadzenie i popołudniu jako podsumowanie takiego pierwszego treningu, trochę inaczej tuptanego.

Mimo ciężkiej atmosfery jakoś doczłapałem się do mety, ale wynik był taki, jak móc cały bieg, czyli bardzo ciężki. Myślę, że w przypadku spraw biegowych należy coś zmienić, ale szczegóły jutro. Podsumowując parkrun pod względem towarzyskim, jak zawsze super spotkanie w gronie takich samych jak i ja pasjonatów, czy też świrów jak kto woli i zawsze radosny, pełen optymizmu i ładowania baterii początek weekendu. Kiedy na parkrun biegania, znaczy weekend się zaczyna.

 

Przedstartowy eksperyment treningowy

Zdaję sobie sprawę, że mój dzisiejszy wpis przez wielu praktycznie profesjonalnych amatorów może zostać uznany za szczyt biegowej herezji, ale cóż ja należ do grupy amatorskich amatorów, a to daje mi prawo do eksperymentowania tam, gdzie nikt trzeźwo myślący nawet by żadnych eksperymentów pod uwagę nie brał. Jednak ja jestem obecnie na takim etapie przygotowawczym, że bez eksperymentów może się wszystko w czasie startu posypać. Ktoś może napisać, że z eksperymentami może tym bardziej, bo tylko wariat na parę dni przed startem eksperymentuje, ale normalność to jest tylko bardziej akceptowalna forma wariactwa.

No, ale przebiegam już do istoty dzisiejszego wpisu. Tak jak wcześniej pisałem, ten rok pod względem treningowym to dno i dziesięć metrów mułu. Mogę śmiało napisać, że mój cykl treningowy to popsuty kierunkowskaz w samochodzie: działa, nie działa, działa, nie działa, nie działa, nie działa, działa, działa i znowu nie działa. Czyli teraz wiadomo, dlaczego pisałem, że dno i dziesięć metrów mułu. No, a jutro mnie czeka pierwszy poważny start w tym roku, czyli 5 Nocny Półmaraton we Wrocławiu. A ja co? Od soboty do wczoraj dwie jednostki treningowe po 10 km każda, czyli jedna piękna pupcia.

No, ale wczoraj powiedziałem sobie: „ czas na przedstartową wariację treningową“. Najpierw rano sobie zrobiłem na bardzo dużym luzie standardową dyszkę. Chociaż raczej to nie była wczoraj dyszka, tylko dziewiątka. No i wieczorem mnie trafił piorun i nakazał mi jeszcze ciut ponad 12 kilometrów zrobić. Cel był jeden: łącznie pokonać wczoraj dystans półmaratonu. I muszę przyznać, ze bezstresowo się to udało. Dzisiaj już bez biegania, ale za to trochę się porozciągam, a dodatkowo schodkowanie zaliczę. Potem jutro rano jeszcze na całkowitym luzie parkrun, a potem nocą… wszystkie drogi prowadzą do Wrocławia.

Sam jestem ciekawy, jak ten eksperyment się uda. Czy wypali, czy będzie klapa. Mogę śmiało napisać, że na dwoje babka wróżyła. Trochę czuję niepokoju, że bawię się w eksperymentowanie tuż przed startem. Z drugiej strony na etapie przygotowawczym, na którym obecnie jestem, nic mi już raczej nie zaszkodzi. Muszę przyznać, że przede mną zapowiada się naprawdę wyjątkowy start w pewnymi elementami szaleństwa. Ale czym jest życie bez ten szalonego posmaku.

 

Co to jest i czy może nam pomóc biegowa afirmacja

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Kres genialna, złota myśl biegowa w Twojego autorstwa. Masz rację nigdy nie jest tak zimno, by w czasie biegu nie było nam ciepło.

Wczoraj pisałem na temat myślenia w czasie tutpania. W czasie moich dziwnych przemyśleń delikatnie poruszyłem temat afirmacji. Tak w maksymalnym skrócie zasada jest prosta. Pozytywne myślenie przynosi pozytywne rezultaty. Takie nasze powiedzenie, że wiara góry przenosi. No właśnie tak się zastanawiam, czy i w jaki sposób pozytywne myślenie może nam pomóc w bieganiu. Z pewnością może pomóc. Bo np. wierzymy, że kiedy wrócimy do domu z pracy, nawet w stanie permanentnego zmęczenia, kiedy nic nam się nie zechce, to jednak zbierzemy tyłki w troki i ruszymy na trening. Nie ważna jest pogoda, nie ważna godzina, ale my idziemy biegać. Bo wierzymy, że nam się chce, bo mamy w tym jakiś określony cele i usilnie wierzymy, że go osiągniemy. Jesteśmy padnięci, zmęczeni, bez sił, bez ducha? Nic to, uśmiech numer 5 i wiara, że jednak nam się chce wybiec z domu i swoje kilometry zrobić. Bo tak być musi, bo tak chcemy, bo to nam pomaga. I w tym przypadku afirmacja, jak najbardziej nam pomoże.

Natomiast, jak to się ma to startu zorganizowanego, szczególnie w połówce, czy w końcu na Królewskim Dystansie. Z pewnością pomóc może, ale pod jednym warunkiem, że jest wsparte mocnym treningiem. Samą wiarą, że możemy dystansu 21 czy 42 kilometrów nie pokonamy. W przypadku piątki można spróbować, dziesiątki jak od czasu do czasu sobie tuptamy, to też, ale na dłuższe odległości sama wiara w swoje możliwości raczej nie pomoże. Tu już trzeb mieć w noga ileś tam przetuptanych kilometrów, bo bez tego, to nasz organizm się zbuntuje. Jasne można spróbować, wiara, nadzieja i pozytywne nastawienie w takim przypadku z pewnością nikomu nie zaszkodzi, ale czy pomoże mam poważne wątpliwości. No, ale jak to się mówi, nadzieja umiera zawsze ostatnia. Podobnie jest też z wiarą. Z drugie strony, jeżeli jest wsparta dobrym, mocny treningiem, to może stanowić dodatkowy bodziec umożliwiający osiągnięcie zaplanowanego celu.