Meta warta cierpienia,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Macieju coś w tym jest co napisałeś. Może faktycznie trzeba było się nie brać za Koronę, ale jak się wzięło to jest i ok. Temat Koron uważam za zamknięty.

Tak, jak napisałem we wczorajszej relacji, dzisiaj chciałbym na chwilę zatrzymać się na ocenie i podsumowaniu niedzielnego boju w Warszawie. Na początku prosta i szybka ocena całego wydarzenia pod względem organizacyjnym. Muszę przyznać, że praktycznie cała impreza prawie bez zarzutu. Można się przyczepić do jakości posiłku po biegu oraz paru kosmetycznych detali, ale nie zmienia to faktu, że poziom organizacyjny niemal dorównujący Dębnu. Oznacza to poziom organizacyjnej ekstraklasy. Muszę przyznać, że szczególne na mnie wrażenie zrobiły tzw ekstrasy, których w innych biegach nie widziałem. Można zaliczyć do nich ruchomą strefę depozytu, namiot tlenowy przed metą ustawiony czy chociaż zdjęcia po biegu za free wyszukiwane i dostarczane. Takie niby drobiazgi, ale stanowiące wyróżnik tego biegu. Do tego fantastycznie poprzebierani biegający oraz wyjątkowa atmosfera. To powodowało, że człowiek na trasie czuł się, jakby był w innym świecie. Kolejną ciekawostką i wyróżnikiem był oryginalny medal. Na pierwszy rzut oka przedstawia on Syrenkę z mieczem i tarczą wynurzającą się Wisły. Kiedy jednak przyjrzymy się Syrence to widzimy, że niezbyt jest ona zgodna z jej wizerunkiem przedstawionym w legendach czy w herbie miasta. Zgodnie z tradycją Syrenka jest do pasa kobietą, a od pasa rybą. Na medalu natomiast mamy całkowicie nagą kobietę, której jedynie stopy są rybie. Jak to moja córka stwierdziła: „ta syrenka ma pipkę”. Muszę przyznać, że to oryginalny medal, który wyróżnia się wyjątkowo w mojej kolekcji

Obserwując to, co działo się na trasie uważam, że osoby zarażone pasją biegania można podzielić na trzy różne grupy. Pierwsza grupa, na szczęście zdecydowanie najliczniejsza, to są biegający podbiegający z powagą i odpowiednim przygotowaniem do startu. Przygotowani zgodnie z zasadami sztuki, wszystko gra i buczy, że mucha nie siada, bo nie ma gdzie. Druga grupa, którą można określić, że startujmy na wariata. Nie do końca, albo wcale nie przygotowani, pchani jakimś dziwnym impulsem, bo może się uda, by się sprawdzić i diabli wiedzą po co jeszcze.  Do drugiej grupy w niedzielę ja się zaliczałem. Na szczęście ta grupa nie jest liczna, ale tacy tuptający też się zdarzają w biegowym tłumie. Tak naprawdę ani to godne pochwały, ani uznania, tylko z lekkim politowaniem pokiwania głową. W moim przypadku to był eksperyment, ale nikomu go nie polecam. No i trzecia grupa osób, najbardziej godna szacunku i podziwu. Osoby z rożnymi stopniami niepełnosprawności, którzy jednak wbrew wszystkiemu decydują się podjąć walkę i wyzwanie.

Jak pisałem w relacji na metę w Warszawie dobiegłem z Japonką, która miała pewien poziom niesprawności związanej z nogami. Nie chcę się rozwodzić, napiszę tylko, że miała pewne problemy z poruszaniem na nogach. Ale dotarła do mety, co zdjęcie ten wpis prezentujące ukazuje. Nie widać niepełnosprawności na zdjęciu, ale widać było jak biegła. Ktoś może napisać: jak ktoś jest przygotowany to super, że startuje, bo tak być powinno. Ale osoby nie do końca przygotowane, startujące dla fantazji czy nawet niepełnosprawne nie powinny startować, gdyż mają dodatkowy ból, cierpienie, a to nikomu nie służy. Odpowiem krótko, bo teraz to wiem. Kiedy dobiegasz do mety nie do końca przygotowany, a szczególnie niepełnosprawny, wbrew rozsądkowi, okupując każdy kilometr mniejszym czy większym cierpieniem, to kiedy osiągasz cel, czyli metę otrzymujesz nagrodę największą ze wszystkich. Osoba, która dobiegła do mety przygotowana tego nie zrozumie. To trzeba przeżyć samemu by zrozumieć, że  osiągnięcie mety warte jest cierpienia. Ale jak napisałem, nikomu tego nie polecam.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Ktoś może zapytać: czy coś mi dał trening na nogi, który robiłem przez ostatnie tygodnie. Odpowiem krótko: w czasie biegu mimo ogólnej słabości, na ból czy słabość nóg nie mogłem narzekać, a dzisiaj po w odróżnieniu od wcześniejszych startów praktycznie poruszam się bez żadnych problemów. Może lekkie osłabienie nóg, ale bez cierpienia po starcie przynależnego. 

Kto może biegać?

Posiadanie takiej czy innej pasji wymusza od osoby, która została przez nią ogarnięta pewnych działań, zmiany sposobu myślenia, poświęcania własnego czasu, który mógłby być na coś zupełnie innego przekierowany. Może słowo „poświęceń” jest tutaj zbyt mocne, ale w tym kierunku podążamy. Różne są formy pasji i wymagają różnych poziomów zaangażowań. I faktycznie jest tak, że są pasje, które tylko niektórym mogą być przypisane. Nie każdy może pilotować samolot, nie każdego stać na kolekcjonowanie rzeczy wymagających większych nakładów finansowych. Są takie pasje dla wybranych o odpowiednim statusie majątkowym, predyspozycjach psychicznych, fizycznych i każdych innych, których nie każda osoba posiada.

 Jak to wygląda z naszą pasją? Tutaj mamy sytuację prostą i klarowną. Praktycznie, biegać może każdy. Nie piszę tutaj o osobach mających problemy natury stricte zdrowotnej, chociaż w przypadku  serca, pamiętam kiedyś akcję społeczną: „uciekaj przed zawałem na własnych nogach”.  Muszę przyznać, że widywałem na trasach nawet osoby w ten czy inny sposób niepełnosprawne, nawet na wózkach, które jednak brały udział w zawodach. Tak więc biegać tak dla siebie, dla swojej przyjemności może każdy. A jak to wygląda ze startami zorganizowanymi. Zgadzam się, że dla sporej grupy osób właśnie taki start jest jakby ukoronowaniem całego cyklu treningowego. Tyle, że jak kiedyś zauważył jeden z komentujących , w tego typu wydarzeniach bierze udział parę, może kilkanaście procent wszystkich biegających. Czy to znaczy, że ktoś, kto startuje w biegach zorganizowanych jest lepszy/gorszy od tego, co tej osoby, która tylko od czasu do czasu biega sobie pod domem? Wcale nie, gdyż wszyscy mamy tą samą pasję, tyle że trochę inaczej ją postrzegamy. Ktoś musi czuć rywalizację, adrenalinę przez nią wywołaną, konieczność zmierzenia się z czasem i własnymi słabościami, czyli wszystko to, co jest serwowane podczas biegu zorganizowanego. Ktoś inny ( i podejrzewam, że tych jest zdecydowana większość) potrzebuje pobiegania tylko dla otrzeźwienia umysłu, zrzucenia paru kilogramów i generalnie lepszego samopoczucia, a cała reszta to dynda i tita.

 Jak mam być szczery dla mnie obie postawy są równie super. Gdyż w każdej sytuacji łączy nas jedno: zdecydowaliśmy się tuptać, gdyż postanowiliśmy coś zmienić w naszym życiu, poczuć smak pasji, rozszerzyć nasze życiowe horyzonty. I to łączy nas wszystkich, niezależnie czy bijemy rekordy, czy biegamy gdzieś tam, kiedy mamy ochotę i czas. A cała reszta, czyli jak już podchodzimy do tej pasji, co chcemy osiągnąć, jak traktujemy siebie i innych wynika z naszych indywidualnych uwarunkowań, których już nie się wrzucić do jednego wora. Podsumowując napiszę krótko: biegać może każdy, ale jak, z jakimi celami i pragnieniami, to już jest indywidualna sprawa każdej osoby tuptającej.

Czy nam amatorom może się przydać BPS?

Na początku nasuwa się nam wielu tuptającym amatorom pierwszej wody, do których sam się zaliczam: a o to jest to BPS i o co w tym biega? Dla wielu tuptających obojga płci jest to jakaś mało zrozumiała fraza. Jej tłumaczenie jest proste: bezpośrednie przygotowanie startowe. Jak podaje magazyn bieganie:

„Aby odpowiedzieć na to pytanie, zastanówmy się, co jest celem BPS-u (nota bene podzielonego na trzy fazy: akumulacji, intensyfikacji oraz transformacji)? W skrócie można powiedzieć, iż jest to wytworzenie adaptacji organizmu do warunków, jakie będą panować podczas startu, pod który planowany jest BPS. W uproszczeniu – biec długo i szybko, przy możliwie niskim zmęczeniu. O ile nie mamy wpływu na warunki klimatyczne, w jakich przyjdzie nam się zmagać, tak już prędkość startowa, o której mowa, i jej obróbka są jak najbardziej w naszym zasięgu. Tu jednak dochodzimy do miejsca, gdzie rozprawiamy o dwóch z lekka nietożsamych zdolnościach: szybkości i wytrzymałości.”

Muszę przyznać, że kiedy ujrzałem rozpiskę kilometrów ekstra akcentów na ostatnie osiem tygodni do maratonu, to zrobiło mi się na przemian zimno i gorąco. Zresztą ja nie liczę, na to, by łamać na maratonie 3 godziny. To jest poza moimi granicami możliwości. 4 godzny mogę złamać, ale trzy to już zupełna abstrakcja. Czy w takim razie BPS może mi się przydać? Jak mam być szczery nie mam pojęcia, ale kiedy czytam rozpiskę BPS, to jak napisałem moje pierwsze odczucie było: głupota, szaleństwo i poza moimi możliwościami. Jednak z drugiej strony, kiedy analizuję propozycję treningową,

http://www.magazynbieganie.pl/tajemnice-bps-bezposrednie-przygotowanie-startowe/ ,

to w zasadzie mamy w tygodniu trzy treningi specjalne w okresie ostatnich ośmiu tygodni do maratonu. Czyli mam jeszcze niecałe dwa tygodnie do rozpoczęcia tańca. W sumie rozpiska fajna, tyle, że trochę przeraża zrobienie tych 35 kilometrów. Na razie raz w tygoniu robię koło 20, a tu podskoczyć do 35, to lekki szok biegowy. Natomiast zastanawia mnie jedno. Jest napisane w rozpisce trzy treningi specjalne, ok,  a co w pozostałe dni? Klasyczne dyszki bo odpuścić treningi w końcu chyba nie. Zresztą jeszcze jedno pytanie.

Co takiemu zadeklarowanemu amatorowi jak ja może dać taki plan. To, że trzech godzin nie będę łamał, to jasne i logiczne, bo to poza moimi fizycznymi możliwościami. Ale może mogę poprawić moją dotychczasową życiówkę na maratonie, czyli ciut poniżej 4 godzin, a może po prostu dobiec we względnie dobrym samopoczuciu i formie ( w końcu to 42 kilometry) do mety. Nie wiem, czy może coś mi to dać. No, ale jak nie spróbuję nie będę wiedział. Muszę przyznać, że korci mnie by podjąć rękawicę.

Miłe weekendu zaczynanie, na parkrun hasanie

Ostatnio moje soboty są dosyć mocno zawodowo obciążone, więc sporo parkrun mi odpadło. No, ale to siła wyższa i z nią się nie dyskutuje, tylko się cieszy, że jest co robić. Na ale ostatnie dwa weekendy miałem akurat trochę luźniejsze, przez co mogłem je znowu w moim ulubionym biegowym miejscu spędzić.

Dzisiaj na Cytadeli byłem trochę później niż zwykle, gdyż około 20 minut przed startem. Jak zwykle przywitałem się ze znajomymi, którzy wierną, niemal niezmienną ekipą się pojawiło. Oprócz nich było jeszcze ponad sto innych osób, które powiedzmy trochę mniej kojarzę. Z każdą czy każdym staram się być chociaż na „cześć“, ale na jakieś głębsze pogaduchy nie starcza często czasu. Pogoda była dosyć ciężka dzisiaj do bieganie. Co prawda słońce było schowane za chmurami, ale samo powietrze było właśnie takie ciężkie, przytłaczające i powodujące pewne problemy w łapaniu oddechu.

Po przywitaniu wszyscy udaliśmy się do strefy startu, gdzie otoczony wianuszkiem wolontariuszy przywitał jak zawsze wszystkich miło i motywujący, po czym zanurzyliśmy się w mniej lub bardziej szybkim tupie w duchotę powietrzną. Jak ktoś czuł się na siłach, to mógł pobiec za jednym z naszych szybkobiegaczy, który robił za pacemarkera na poniżej 18 minut. Jak potem zerknąłem na wyniki, to chyba jednak nikt się nie poważył Adrianowi kroku dotrzymać. Z drugiej strony zawodnik, który przybiegł jako trzeci dzisiaj na metę ( Adrian był drugi) miał co prawda prawie minutę gorszy czas od Adriana, ale to był jego debiut, więc kto wie czy nie trzymał się w czasie biegu Adriana tak blisko, na ile sił mu starczało.

Muszę przyznać, że dzisiaj biegło mi się bardzo ciężko. Tak jakby powietrze samo stawiało przede mną bariery, przez które nie mogłem się przebić. W czasie biegu usłyszałem rozmowę „biegowego mistrza“, do tuptającej z nim uczennicy ( albo i Małgorzaty, bo ja mistrz to wiadomo), o tym jak biegać, aby było lepiej, szybciej, a i mniej męcząco. Muszę przyznać, że te słowa mocno do mnie przemówiły i jest to temat na jutrzejszy wpis jako wprowadzenie i popołudniu jako podsumowanie takiego pierwszego treningu, trochę inaczej tuptanego.

Mimo ciężkiej atmosfery jakoś doczłapałem się do mety, ale wynik był taki, jak móc cały bieg, czyli bardzo ciężki. Myślę, że w przypadku spraw biegowych należy coś zmienić, ale szczegóły jutro. Podsumowując parkrun pod względem towarzyskim, jak zawsze super spotkanie w gronie takich samych jak i ja pasjonatów, czy też świrów jak kto woli i zawsze radosny, pełen optymizmu i ładowania baterii początek weekendu. Kiedy na parkrun biegania, znaczy weekend się zaczyna.

 

Przedstartowy eksperyment treningowy

Zdaję sobie sprawę, że mój dzisiejszy wpis przez wielu praktycznie profesjonalnych amatorów może zostać uznany za szczyt biegowej herezji, ale cóż ja należ do grupy amatorskich amatorów, a to daje mi prawo do eksperymentowania tam, gdzie nikt trzeźwo myślący nawet by żadnych eksperymentów pod uwagę nie brał. Jednak ja jestem obecnie na takim etapie przygotowawczym, że bez eksperymentów może się wszystko w czasie startu posypać. Ktoś może napisać, że z eksperymentami może tym bardziej, bo tylko wariat na parę dni przed startem eksperymentuje, ale normalność to jest tylko bardziej akceptowalna forma wariactwa.

No, ale przebiegam już do istoty dzisiejszego wpisu. Tak jak wcześniej pisałem, ten rok pod względem treningowym to dno i dziesięć metrów mułu. Mogę śmiało napisać, że mój cykl treningowy to popsuty kierunkowskaz w samochodzie: działa, nie działa, działa, nie działa, nie działa, nie działa, działa, działa i znowu nie działa. Czyli teraz wiadomo, dlaczego pisałem, że dno i dziesięć metrów mułu. No, a jutro mnie czeka pierwszy poważny start w tym roku, czyli 5 Nocny Półmaraton we Wrocławiu. A ja co? Od soboty do wczoraj dwie jednostki treningowe po 10 km każda, czyli jedna piękna pupcia.

No, ale wczoraj powiedziałem sobie: „ czas na przedstartową wariację treningową“. Najpierw rano sobie zrobiłem na bardzo dużym luzie standardową dyszkę. Chociaż raczej to nie była wczoraj dyszka, tylko dziewiątka. No i wieczorem mnie trafił piorun i nakazał mi jeszcze ciut ponad 12 kilometrów zrobić. Cel był jeden: łącznie pokonać wczoraj dystans półmaratonu. I muszę przyznać, ze bezstresowo się to udało. Dzisiaj już bez biegania, ale za to trochę się porozciągam, a dodatkowo schodkowanie zaliczę. Potem jutro rano jeszcze na całkowitym luzie parkrun, a potem nocą… wszystkie drogi prowadzą do Wrocławia.

Sam jestem ciekawy, jak ten eksperyment się uda. Czy wypali, czy będzie klapa. Mogę śmiało napisać, że na dwoje babka wróżyła. Trochę czuję niepokoju, że bawię się w eksperymentowanie tuż przed startem. Z drugiej strony na etapie przygotowawczym, na którym obecnie jestem, nic mi już raczej nie zaszkodzi. Muszę przyznać, że przede mną zapowiada się naprawdę wyjątkowy start w pewnymi elementami szaleństwa. Ale czym jest życie bez ten szalonego posmaku.

 

Co to jest i czy może nam pomóc biegowa afirmacja

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Kres genialna, złota myśl biegowa w Twojego autorstwa. Masz rację nigdy nie jest tak zimno, by w czasie biegu nie było nam ciepło.

Wczoraj pisałem na temat myślenia w czasie tutpania. W czasie moich dziwnych przemyśleń delikatnie poruszyłem temat afirmacji. Tak w maksymalnym skrócie zasada jest prosta. Pozytywne myślenie przynosi pozytywne rezultaty. Takie nasze powiedzenie, że wiara góry przenosi. No właśnie tak się zastanawiam, czy i w jaki sposób pozytywne myślenie może nam pomóc w bieganiu. Z pewnością może pomóc. Bo np. wierzymy, że kiedy wrócimy do domu z pracy, nawet w stanie permanentnego zmęczenia, kiedy nic nam się nie zechce, to jednak zbierzemy tyłki w troki i ruszymy na trening. Nie ważna jest pogoda, nie ważna godzina, ale my idziemy biegać. Bo wierzymy, że nam się chce, bo mamy w tym jakiś określony cele i usilnie wierzymy, że go osiągniemy. Jesteśmy padnięci, zmęczeni, bez sił, bez ducha? Nic to, uśmiech numer 5 i wiara, że jednak nam się chce wybiec z domu i swoje kilometry zrobić. Bo tak być musi, bo tak chcemy, bo to nam pomaga. I w tym przypadku afirmacja, jak najbardziej nam pomoże.

Natomiast, jak to się ma to startu zorganizowanego, szczególnie w połówce, czy w końcu na Królewskim Dystansie. Z pewnością pomóc może, ale pod jednym warunkiem, że jest wsparte mocnym treningiem. Samą wiarą, że możemy dystansu 21 czy 42 kilometrów nie pokonamy. W przypadku piątki można spróbować, dziesiątki jak od czasu do czasu sobie tuptamy, to też, ale na dłuższe odległości sama wiara w swoje możliwości raczej nie pomoże. Tu już trzeb mieć w noga ileś tam przetuptanych kilometrów, bo bez tego, to nasz organizm się zbuntuje. Jasne można spróbować, wiara, nadzieja i pozytywne nastawienie w takim przypadku z pewnością nikomu nie zaszkodzi, ale czy pomoże mam poważne wątpliwości. No, ale jak to się mówi, nadzieja umiera zawsze ostatnia. Podobnie jest też z wiarą. Z drugie strony, jeżeli jest wsparta dobrym, mocny treningiem, to może stanowić dodatkowy bodziec umożliwiający osiągnięcie zaplanowanego celu.

Zwykłe biegi to za mało

Kiedy tak sobie obserwuję, co się dzieje na rynku biegowym, to dobiegam do wniosku, że zwykłe biegi w stylu piątek, dziesiątek, półmaratonów, czy nawet maratonów dla wielu biegaczy już nie wystarczy. Obecnie obserwujmy coraz więcej biegów klasy ultra, gdzie możemy przebiec różne mniej lub bardziej szalone dystanse od 55 do nawet i 170 km. Kiedy komuś się zbudzą diabli wiedzą, jakie dystanse, to zawsze możemy jeszcze na górskie ultrabieganie sie przerzucić. Nic tylko konać radośnie, No, ale samo bieganie w pewnym momencie także może nie starczyć. Dlatego mamy różne opcje runmageddon, gdzie bieganie nabiera zupełnie innego obrazu.

Muszę przyznać, że jak dla mnie te klimaty to chyba jeszcze za wcześnie. Co prawda biegają mi od czasu do czasu po głowie biegi ultra, czy górskie, ale chyba jeszcze do nich nie dorosłem. Podobnie z runmagedonem. Muszę przyznać, że nawet w tym roku otrzymałem pakiet na poznańską edycję tego biegu, ale mając w pamięci olbrzymią moją kontuzjogenność zrezygnowałem. Niestety w przeszłości w związku z takimi różnymi mało standardwymi zachowaniami miałem już tyle złamań, wybić barku i innych mniej lub bardziej poważnych kontuzji, zdecydowałem się odpuścić. Jeszcze nie ten czas, Na klasyczny biegu ultra, taki do 100 kilometrów, to może, może, ale podjąć ryzyko różnych złamań czy innych takich, to po moich doświadczeniach w tym zakresie wolę nie ryzykować. Znając moje szczęście, to na 90% zakończyłbym z jakąś kontuzją. Dlatego wolę nie podejmować takiego ryzyka. Tak po prostu.

Z drugiej strony, co do biegów ultra klasycznych, takich do 100 kilometrów, to zaczynam myśleć, ale w przypadku biegów z ekstra dodatkami, to chyba nie w moim klimacie. Co nie zmienia faktu, że trochę, a może nawet bardziej niż trochę podziwiam tych, co się na takie różne zadymiarskie tuptania rzucić. A szczególnie tych, co z triathlonem się mierzą. Trzeba by było trochę na basen pochodzić i może kiedyś, kto to wie. Muszę to przemyśleć. Kto wie, może i kiedyś temat runmageddonu nie wróci. Do wszystkiego trzeba dorosnąć, na wszystko musi nadbiec odpowiedni czas. Jeszcze są różne biegi utra w stylach górskich. Najbardziej znanym, który już ma wyrobioną markę uprawniającą go do nazwania topowym w swojej klasie jest oczywiście Bieg Rzeźnika, który odbędzie się już w przyszłym miesiącu. Piękne widoki, mordercza trasa, czego chcieć więcej od życia. Ale oczywiście o ile Bieg Rzeźnika wiedzie na razie prym w branży, nie znaczy to, ż inne mocno go nie naciskają. Kiedyś widziałem super propozycję biegu na Babią Górę, są biegi po terenie płaskim,  gdzie i blisko 200 kilometrów mamy do pokonania.  Tak więc, jak ktoś już do tego etapu dojrzał, to można się zacząć rozglądać. Ja myślę, ale chyba jeszcze nie w tym roku.

Wytrzymałość naszych butów,

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Macieju i Robercie później poznany macie rację Osiemnastka córki jest tylko raz i sam bym sobie nie wybaczył, gdybym razem z nią tego dnia nie uczcił

Wszystko wiadomo, więc można już zmienić temat. Nie jest chyba żadną wątpliwością dla nas, którzy sobie radośnie tuptamy, że jedną z najważniejszych rzeczy są nasze buty. Z ubranie, czy nawet bez ubrania można biegać, w zależności gdzie i w jakim towarzystwie. Jednak bez butów niestety się nie da. Buty osób biegających, niezależnie jak dobre mają swoją wytrzymałość, której nie przeskoczysz, czy nie przebiegniesz i w pewnym momencie czujesz, że z butami nie jest tak, jak było na początku. Ich sprężystość, elastyczność spada coraz bardziej, a nasze stopy nie czują już tuptającego komfortu. Dla kogoś, kto nie jest zarażony nasza pasją coś takiego jak tuptająca wytrzymałość nie istnieje. Owszem buty się zmienia, raz na jakiś czas, ale jest uzależnione od tego czy obecne się podobają, czy nadążają za modą, ewentualnie ulegną zniszczeniu w taki czy inny niezaplanowany sposób. To czy je zmienimy czy też nie jest uzależnione od naszego widzimisię.

Z butami biegowymi jest trochę inna sprawa. W zależności od tego ile tygodniowo kilometrów tuptamy, tak bardzo są narażano na stratę swoich sprężystych właściwości. Zasada jest prosta. Im więcej kilometrów mamy za sobą, tym ich komfortowe właściwości ulegają tupdegradacji. Zresztą poważnie się zastanawiam, czy obecnie producenci specjalnie nie robią takich butów, które po przebiegnięciu określonej ilości kilometrów nie nadają się już do dalszego wykorzystania. Przebiając klasyka można napisać: „ kiedyś to były faktycznie buty, w których można było biegać bardzo długimi latami”. Obecnie wszystko ulega zmianom i producentom zależy, byśmy buty jak najczęściej kupowali, a nie przywiązywali się do starych. Dlatego jedni sezon, drudzy dwa, w optymalnym przypadku, kiedy ktoś tupta trochę mniej mogą trzy, już od maksymalnie wielkiego dzwonu ( takie większego nawet od Zygmunta) ewentualnie cztery wytrzymać. Czy może obecnie trafić się egzemplarz, który wytrzyma dłużej? Może, ale pod warunkiem, że będzie biegali raz na bardzo sporadyczny czas. W przypadku w miarę systematycznego treningu i startów, to raczej nie ma opcji. Założenie jest proste: my buty mamy zmieniać, przywiązywać się do danej marki, a nie do jednych i tych samych. Wiadomo, jeżeli dany model sprawował się super, to nawet kiedy już nas komfort tuptania spadnie, to kierując się przywiązaniem konsumenta do marki, postaramy się sięgnąć po but tego samego producenta, ale jego nowszy model, wybiegając z założenia, że jeżeli jeden się sprawdził i przez ten przynależny czas super się w nich biegało, to z nowy będzie tak samo. Jeżeli jeszcze trafimy zupełnym przypadkiem opiekuna marki w sklepie i on nas zapamięta z takich czy innych powodów, to mamy raz w roku telefon, że jest nowy super model. A my do naszej pary, do której jeszcze się nie zdążyliśmy całkowicie przywiązać możemy zaśpiewać: „ wiem co zrobię, zamienię was na nowszy model”. Bo tak już być musi. Zdjęcie, który ten wpis prowadzi przedstawia proces produkcyjny naszych butów. Jak widać, jest on złożony. Ciekawe, jaka jest zależność złożoności procesu wytwórczego na wytrzymałość danego modelu.

Ja akurat mam takie szczęście, że co roku mogę przetestować zaproponowany mi model marki Kalenji z naszego poznańskiego na Franowie się znajdującego Decathlon. I muszę przyznać, że super mi się w tych butach biega.

Jeden ze znajomych na Facebook napisał, że 1000 przetuptanych kilometrów oznacza konieczność zmiany butów na nowy model. Niezależnie od tego w jakich markach, czy gdzie kupujemy buty, coś w tym jest. Z butami jest trochę jak z olejem samochodowym. Jeżeli nie zmienimy po  określonej ilości przebiegniętych kilometrów, to może się nie zatrzemy, ale nasze osiągi i komfort biegania zdecydowanie spadnie.Natomiast w tym konkretnym przypadku tysiąc kilometrów wydaje się trochę małą liczbą. W sumie my przeciętni pożeracze kilometrów tygodniowo robimy ich od 50 do 80, czyli 300 do 400 miesięcznie, więc rocznie wybiega nam od 3800 do praktycznie 5000 ze startami i innymi takimi. Zmieniać buty 3 do 5 razy w roku, wydaje się delikatną przesadą. Sądzę, że podobnie jak z samochodem te 6 do 8 tysięcy to będzie odpowiednia ilość do zmiany, gdzie rok to minimum, bo może czasem wybiec własnie tyle dla naszego komfortu.

Wpływ pogody na bieganie,

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Marku dużo w tym racji, że to właśnie zbliżająca się wielkimi krokami nasza regionalna połówka wyzwala konieczność łapania treningowej mocy. Robercie później poznany masz rację, lepiej później niż wcale.

Jednak patrząc co się dzieje ostatnimi dniami mogę śmiało napisać: połówka – połówką, pasja – pasją, ale pogoda musi być po naszej stronie. Jest kilka pasji i bieganie do nich właśnie należy, na który pogoda ma gigantyczny wręcz wpływ. Było to doskonale widać na przykładzie ostatnich dni. Trzy dni temu, jak pisałem wczoraj piękna pogoda, cieplutko i takie tłumy tuptających, jakich na mojej codziennie trasie w życiu nie widziałem. Dwa dni temu padało. Może nie był to jakiś szaleńczy deszcz, raczej stała, nieustanna mżawka i w efekcie spotkałem na trasie może trzy, góra cztery tuptające, jak ja osoby. Wczoraj z kolei nie padało, ale było chłodno i efekt był taki, że na trasie spotkałem jeszcze mniej tuptających niż dwa dni temu. Zapewne parę osób dobiegło do wniosku, że jak potupta raz czy drugi, to w zupełności wystarczy. Nic na siłę, nic na chama. I myślę, że jest to bardzo zdrowe podejście do życia, ale czy na półmaraton parę treningów wystarczy, mam pewne wątpliwości. No chyba, że wszyscy mają taki talent, o jakim ja nawet nie śnię.

Można to podsumować prosto. Gro biegających tupta dla przyjemności, bez jakiegoś  wielkiego przymusu wewnętrznego. I biegają wtedy, kiedy chcą. Kiedy jest ładnie, ciepło, a jeszcze zbliża się jakiś super start, to wybiegają ze swoich pieleszy na tuptające trasy. I przyznam szczerze, że jest to bardzo fajne, zdrowe podejście, bo biegają wtedy, kiedy jest ładnie, przyjemnie i ogólnie wszyscy tytuptali i jest super. Muszę przyznać, że aż trochę zazdroszczę, takiego zdrowego podejścia. Gdyż poza tą najbardziej liczebnie godną grupą, jest jeszcze grupka takich tuptających fanatyków , którzy podobnie jak ja, niezależnie jaka pogoda, deszcz, śnieg, mróz, lód czy też osłabiający upał, zawsze swoje kilometry robimy. I naprawdę musi być jakiś kataklizm, byśmy nie wyszli na obowiązkowy trening. Bo my prostu musimy, nie ma innej opcji. Jesteśmy jak ci wędkarze, co moczą kija w środku ulewy siedząc nad wodą i przypominający widokiem zmokłe kury. Z nami jest to samo. Nam także jest obojętna pogoda, byśmy tylko nasze kilometry mogli robić.

Tak się zastanawiam, że sam kiedyś byłem takim zagorzałym moczykijem i po prostu jedną pasję zamieniłem na drugą. A że z zasadny do pasji podbiegam w pełnym zaangażowaniem, to efekt jest jaki i jest. I dla mnie, jak i dla wielu innych pogoda nie ma żadnego wpływu na nasza tuptajacą pasję. Ba, wręcz odwrotnie. Im brzydziej, zimniej, mokrzej, tym lepiej się nam biega. Bo właśnie w takiej pogodzie hartuje się nasza pasja.

Różne wymiary biegania

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Dziękuje bardzo Kamilu za bardzo miłe zaproszenie na kolejny wyjątkowy bieg. Jutro w porannym wpisie z przyjemnością rozszerzę temat, gdyż on też wymaga pewnej głębi.

Nie jest chyba dla nikogo tajemnicą, że bieganie możemy rozpatrywać w różnych wymiarach. Jako podstawowy wymiar tzw treningowy dotyczy naszego podstawowego stosunku tuptającego. Ot biegniemy sobie w formie mniej lub bardziej wyluzowanej motywowani własną, wewnętrznie narzuconą potrzebą tuptania. Później w różnych biegach zorganizowanych dochodząc wymiary czasowe, emocjonalne, społeczne i wiele innych. Wszystkie one nadają pewnej dynamiki naszej osobowości.

Możemy postrzegać bieganie w wymiarze wojennym, jako nieustanną walkę ze swoimi słabościami, ograniczeniami i całą gamą naszych takich czy innych zahamowań. Myślę, że chyba jest to dla nas wszystkich najważniejszy ze wszystkich wymiarów, Możemy w wymiarze społecznym, jako miejsce nawiązywania różnych relacji międzyludzkich, co widać chociaż na zdjęciu te wpis prowadzącym. Jeżeli na najbliższy parkrun przyjdę z wałkiem na głowie, znaczy, ze zdjęcie i wcześniejsze zdanie nie przypadły w domu do gustu. Możemy bieganie rozpatrywać w wymiarze egzystencjalnym, jako niezbędny czynnik  wpływający na nasze funkcjonowanie na tym padole łez.

Tak, tak, wydaje się, że to tylko takie sobie bieganie. Ktoś może powiedzieć, też mi filozofia, bo tylko przebieranie w sposób miarowy nogami. I przecież nic więcej. Ta cała tworzona nadbudowa wynika ze swobodnej interpretacji nawiedzonego gościa  Ale to nie takie proste. Ktoś, kto trochę tupta, to wie, że jego głębia sięga dna Rowu Mariańskiego. A co w tej głębi się dzieje najmądrzejsi filozofowie i biolodzy nie wiedzą.  Ale mnie dzisiaj coś wzięło. A może ja wziąłem? Chyba muszę iść sobie pobiegać.