Coś się kończy, coś się zaczyna

Może parę osób zaskoczę, ale to już przedostatni wpis na blogu: biegaczamator.blog.pl. 31 stycznia Onet zamyka swój portal dla blogów, czyli blog.pl. Co leży u podstawy takiej decyzji, nie mam pojęcia, ale setki, jak nie tysiące blogów zniknie jednego dnia. Wielu z nas podjęło różne działania zmierzające do zmiany swojego miejsca przebywania, a w zasadzie pisania. Dlatego też od początku roku podjąłem przy pomocy wsparcia znawcy tematu w pracy działania mające na celu dalsze funkcjonowanie, ale pod innym adresem. Nie będzie to zmiana szokująca. Napiszę, że zmieni się tylko jeden środkowy człon adresu, ale 2/3 pozostanie z przodu i z tyłu pozostanie bez zmian. Szczegóły zamieszczę, kiedy nowa strona pobiegnie do przodu. Na razie trochę przerwy, która zapewne nam wszystkim się przyda

Gdzie się kończy feminizm

Chciałbym trochę jeszcze nawiązać do porannego wpisu o byciu lepszym ojcem. Jednak tym razem chciałbym w moim męskim rozumku spróbować przeanalizować zjawisko feminizmu i jakby odwrócenia w wielu przypadkach tradycyjnego i zakorzenionego w naszej świadomości modelu matki i ojca. Modelu w którym mama rządzi w domu, a ojciec na niego zarabia.

Czasy się zmieniły i zmienił się model rodziny. Oczywiście są jeszcze ojcowie, panowie i władcy i panie, które kornie się do roli określmy to służebnej wstawiają, jednak coraz mniej obserwujemy takich „układów rodzinnych”. Panie twardo i zdecydowanie wkroczyły na drogę sukcesów zawodowych. I to wcale niekoniecznie związanych z zawodami, które niegdyś uważano za bardziej kobiece, jak przedszkolanki, panie w sklepie czy chociaż modelki na wybiegu. Obecnie panie twardo i zdecydowanie zdobywają obszary zawodowe, które jeszcze nie tak dawno wydawały się męskimi domenami. I wielu przypadkach okazuje się, że nie tylko nie są gorsze, ale wręcz lepsze od nas facetów Co prawda jeszcze niektórzy panowie „fikają” starając się zepchnąć panią Prezes do kuchni, mycia garów i podcieraniu zmęczonemu panu i władcy tyłka, ale to już chyba ostatki.

W tej chwili ruch społeczny nazywany feminizmem i dążący do pełnego równouprawnienia jest w rozkwicie. I raczej nie wygląda by miał się kurczyć. Panie w wielu przypadkach pokazują nam facetom miejsce w szeregu. Trzymają pewną ręką i finanse domowe i sprawują nadzór ad wszystimi procesami, które w nim sie odbywają. My panowie jesteśmy w większości przypadków na równych prawach, a sa i przypadki, kiedy na zdecydowanie gorszych. No, ale tak jest ułożony obecny świat i to na razie z pewnością się nie zmieni. Zasada jest prosta: panie mają takie same prawa jak my i tak będzie.  Jednak są jeszcze sytuacje, gdzie feminizm się nie sprawdza i kończy. Chociaż wtedy, kiedy trzeba odkorkować wino. No chyba, że nad butelką staje Iwona Guzowska, Małgorzata Mączyńska czy chociaż Aneta Florczyk. To wtedy i my panowie  i korek możemy zacząć się bać. Zresztą jest dużo więcej pań, których my panowie możemy śmiało się bać.

Badanie wrażliwości społecznej czyli trupem byłem, ale ożyłem

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Szanowna Małżonka, masz rację, że nazwa Maniacka Dziesiątka nie jest zastrzeżona, tyle że tutaj biega o zasady i zwykłe zasady, przyzwoitości,  które są obce jak widać panu Arturowi.

Jak już parę dni temu pisałem zdarzyła mi się rola teatralna czyli granie trupa. Tak,  jest to bardzo wymagająca rola wymagająca od grającego ogromnego wręcz talentu i jeszcze większej cierpliwości. Bo leżeć parę godzin jak trup, to trzeba mieć talent do nie ruszania się i tkwienia w jednym miejscu, bez mrugnięcia powieką. A do czego cierpliwość, to chyba wiadomo. W końcu będąc trupem przez parę godzin można albo spać, albo udawać się że się śpi. Poważnie myślałem, by się przespać, ale bałem się że zacznę chrapać i za szybko trupa znajdą. Zresztą kto widział chrapiącego trupa. Podsumowując po paru godzinach, bardzo skutecznego przebywania w szafie, czy w innym miejscu, gdzie trupy zazwyczaj przebywają,  zostałem odnaleziony, co oznaczało, że się odtrupowałem, czyli ożyłem.

Kiedy wszystko się zakończyło postanowiłem wrócić do domu. Moja fantazja zakazała mi się odcharakteryzować, czyli pod postacią trupa postanowiłem pojechać do domu. Kiedy zbliżałem się do domu postanowiłem jeszcze odwiedzić jeden z sieciowych marketów, który ostatnio w okolicy wybudowano. Oczywiście wszedłem jak trup. Muszę przyznać, że moje wejście uwalanego krwią, niemal z mózgiem na zewnątrz nie zrobiło praktycznie na nikim żadnego wrażenia. Co prawda jakaś pani mnie spytała z lekkim przerażeniem, co mi się stało. Kiedy jej powiedziałem, że mnie postrzelono spytała, czy wszystko u mnie ok. Kiedy powiedziałem, że chyba tak, jeszcze spytała czy ma zadzwonić po pogotowie. I tu mnie zaskoczyła, gdyż jeżeli faktycznie by było, tak jak wyglądałem, to raczej nie lekarz, tylko grabarz był mi potrzebny. Potem jeszcze przy kasie, obsługujący ją kasje spytał jak się czuję i to było całkowite zainteresowanie, jakie wzbudził chodzący żywy trup w sklepie.

Tak sobie myślę, że obecnie społeczna wrażliwość jest na poziomie zerowym. A może już nawet minusowym wbitym  w muł, a nawet po osiągnięciu tego, co pod dnem. Jesteśmy tak skupieni na sobie, że nic nas w zasadzie nie interesuje. Bo nie mamy czasu, ochoty i sił, by zajmować się sprawami innych. Ważne jest nasze życie, a ile zombie po świecie biega, to nie nasza bajka. Nas to nie zainteresuje. Świat jest duży i pomieścimy się na nim i my i żywe trupy. Najważniejsze, byśmy sobie w drogę nie wchodzili i każdy biegał własnymi ścieżkami. W sumie nie wiem, czy śmiać się czy płakać. Każdy czy każda z nas ma swój własny świat, a cała reszta niech się stosunkuje i nas to nie obchodzi.

Może i tak powinna być, bo każda osoba ma swoją karmę i niech cała reszta się bawi w swoich własnych piaskownicach ze swoimi własnymi, indywidualnymi zabawkami. Jest to jakaś koncepcja życia. Natomiast granie trupa, to była moja życiowa rola. Ciekawe, czy może jakąś nagrodę teatralną dostanę. Takiego deskowego, czyli scenowego Oskara. Mogę napisać, że to były takie metamorfozy Biegacza Amatora

Muszę przyznać, że bardzo mnie rozbawiło, kiedy pierwszy raz wrzuciłem to zdjęcie, parę osób zarzuciło mi całkowity brak wrażliwości, a ktoś nawet chciał do prokuratury mnie podać, że zdjęcia trupów wrzucam, naruszając ich dobra osobiste.. Widać podobieństwo mnie do mnie nie jest wcale takie uderzające. Patrząc na zdjęcie zastanawiam się ile jest trupa w biegaczu amatorze. Chociaż bardziej by odpowiadało pytanie ile jest trupa w trupie.

Dupa Jasiu i pasikoniki, czyli huk napompowanego balona

Przyznaję szczerze, że uwielbiam oglądać skoki narciarskie. Z pewnością dodatkowego smaczku mojego uwielbiania dodają sukcesy naszych skoczków. Ale z racji, że jestem wiekowym już typem więc pamiętam czasy Fibaka, oraz czas między Fibakiem a Małyszem, kiedy na naszym biegowym polu była posucha. No, ale ja z racji mojego wieku, jak mi w czasie ostatniego wyjazdu służbowo – integracyjnego powiedziano pamiętam zapewne jeszcze czasy, kiedy dinozaury po ziemi biegały. No cóż coś w tym jest. No, ale wracając do tematu pamiętam czasy, kiedy Adam Małysz na przełomie tysiącleci wyskoczył ze swoją fantastyczną karierą, tworząc potęgę naszych skoków. Co prawda na początku był tylko pan Adam, a poza jego plecami mroki i ciemność, ale z każdym rokiem dojrzewało grono następców, którzy chcieli być tacy jak nasz wielki Mistrz.

Ale od początku jedne nutki mi nie grały w tej skaczącej orkiestrze. Piszę tutaj o naszych komentatorach. Muszę przyznać, ze nóż mi się w kieszeni otwierał słyszałem to pompowanie balonika wielkiej nadziei. Że kto musi wygrać, oczywiście tylko Adam. Rozmowy z innymi zagranicznymi skoczkami, jesteście dobrzy, ale jak nisko się kłaniacie naszemu Adamowi? I zawsze zapowiedzi i jak to musi być dobrze, rozdzielanie miejsc na podium jeszcze przez zawodami, a po 1 serii, kiedy pobiegło dobrze, to już zupełnie. Wiele razy się nacięli, okazywało się, że było zupełnie inaczej, ale nic z tego ich nie nauczyło. I z każdymi nowymi zawodami znowu od początku pompowanie. Może napisać, ze nie tylko, że się nie nauczyli i jakiejś życiowej pokory nie ogarnęli, ale wręcz odwrotnie z każdym rokiem gorzej.

A, ze nasi zawodnicy teraz naprawdę dobrze skaczą i sukcesów w ostatnich latach mamy naprawdę sporo, więc nasi komentatorzy już zupełnie dostali jakiegoś szału komentatorskiego. Muszę przyznać, ze moje uszy tych ich peanów wielkości nie wytrzymują. Dzisiaj po pierwszej serii, kiedy na dwóch pierwszych miejscach mamy dwóch naszych zawodników, to aż się zachłystywali. Najbardziej mnie wkurzała ich praktycznie stuprocentowa pewność, że wygrają, bo są najlepsi, a inni mogą im tylko wiązania przy nartach poprawiać.  Ale rywale nie zamierzali tylko statystować. Walczyli dzielnie. Można śmiało powiedzieć, że powiesili naszym zawodnikom poprzeczkę bardzo wysoko. No i nadszedł czas na naszych. Najpierw Kamil. Skoczył świetnie, ale niestety tylko 4 miejsce. Po nim Maciej Kot, także super skok, ale miejsce piąte, czyli dupa Jasiu i pasikoniki, jak to moja żona określiła.  A nasi komentatorzy zapeszyli, takie odniosłem wrażenie. Gdyby tak nie dmuchali, to by takiego huku nie było po pękniętym baloniku. W sumie to krzywdę robią naszym zawodnikom, bo skaczą bardzo dobrze, ale rywale skaczą na razie lepiej.

Słuchając naszych komentatorów odnoszę wrażenie, że cofam się do czasów propagandy sukcesów wg wzorców radosnego PRL. Może dlatego, że oni z tych czasów wyrośli i inaczej nie potrafią. Szkoda tylko, że tak samo uczą młodych, który biegną za nimi. Panowie redaktorzy to jest cudowny sport, gdzie skaczą zawodnicy z których każdy może mieć skok życia. Dlatego trochę spokoju, realizmu i szacunku i uznania dla rywali, gdyż oni także świetnie skaczą.

Międzynarodowy Dzień Blogera

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Kusha masz rację, niektórzy podbiegają do organizacji biegów zbyt poważnie. Ale oczywiście, bieg bez pakietu ok, pod warunkiem, że nie korzystamy z czegoś za co nie zapłaciliśmy. Bartku, Tobie także życzę powodzenia. Tomaszu mamy wiele wspólnego, tyle że 97 kilogramów, to przy moich 132 w maksymalnym okresie, to pikuś, ale i tak obaj wiemy, ile to walki trzeba w odchudzanie włożyć.

No, a dzisiaj wszyscy, którzy w jakiś sposób pastwimy się nad klawiaturą upubliczniając nasze przemyślenia  mamy nasz szczególny dzień, czyli Międzynarodowy Dzień Blogera. Jak podają źródła ( w tym przypadku kalbi.pl):

Najbardziej znanym prekursorem blogerów był prawdopodobnie Doogie Howser, genialny nastoletni lekarz z popularnego serialu telewizyjnego, który każdego wieczora notował na swoim IBM-ie krótką refleksję na temat ważnych zdarzeń minionego dnia. Musiało jednak minąć około 10 lat, by internetowi pisarze pod koniec lat 90. mogli w prosty sposób publikować takie notatki w Internecie, w formach weblogów, które wkrótce ochrzczone zostały po prostu blogami. W ciągu kolejnej dekady blogi ewoluowały – nie były już tylko publicznymi pamiętnikami dla znajomych. W świecie artystów, polityków czy dziennikarzy stały się ważnym narzędziem marketingowym i miejscem głoszenia swoich przekonań. Światowa blogosfera liczy obecnie około 160 milionów blogów. Niektórzy autorzy prowadzeniem bloga zajmują się zawodowo, utrzymując się z wpływów z reklam. Jednym z pierwszych polskich blogerów, którzy stali się popularni dzięki swoim blogowym notkom (nieraz dość kontrowersyjnym), jest Kominek. Zaczynał praktycznie od zera w 2005 roku, dziś prowadzi dwa autorskie portale, wydał książkę o życiu blogera, a niebawem wystąpi w ogólnopolskiej reklamie telewizyjnej piwa Żubr. Głównym założeniem Dnia Blogów, obchodzonego od 2006 roku, jest promowanie blogosfery i zainteresowanie czytelników innymi kulturami. Blogerzy zachęcani są tego dnia do wyszukania pięciu ciekawych blogów – najlepiej z różnych stron świata – i polecenia ich swoim czytelnikom. W ten sposób promowana jest również współpraca między autorami blogów.

Dlatego biegnąc zgodnie z tradycją pozwalam sobie polecić pięć blogów:

  1. Blog dobrego znajomego z kręgu parkrun, czyli Roberta z którym na jednej wyprawie biegowej byliśmy i sporo kilometrów wspólnie przebiegliśmy:
    http://czekamnasukces.blogspot.com/
  2. Blog kolejnej parkrun znajomej, czyli Agnes, która jak zwykle z Fraszką gdzieś gna.
    http://fraszkowanieibieganie.blogspot.com/
  3. Kolejny biegający blog Małgosi, czyli tej, która biega po łąkach i lasach
    http://www.zakochanawbieganiu.pl/
  4. I kolejny blog o bieganiu kolejnej Agnieszki
    https://twojezwyciestwo.wordpress.com/
  5. I na końcu coś z zupełnie innej bajki  
    http://www.nieznanahistoria.pl/
      Bardzo fajnym językiem pisany blog historyczny, który sporo wnosi do wiedzy historycznej, jeżeli ktoś się oczywiście historią interesuje.

Jak widać, z jednym wyjątkiem  poszedłem trochę w prywatę polecając głównie blogi osób z którymi jakiś stały kontakt mniej lub bardziej utrzymuję i które w 80% kręcą się dookoła biegania. No, ale to chyba normalne. Wszystkim blogerom, posiadaczom własnych bardziej lub mniej rozbudowanych stronek z okazji naszego dnia nieustannej weny, genialnych wpisów i niech Wasze blogi, vlogi i całą reszta sercem Internetu będą. No i oczywiście niech moc pisząca będzie z Wami.

No i na ostatnie dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu,Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, ale w razie czego proponuję przez formularz bez sms-a

https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16
Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

Lecą Skowronki lecą

Wiadomo, że dzisiaj żyję jednym tematem. Moja mała córeczka leci do Nowego Yorku. Śledzę jej lot na aplikacjach flightaware oraz flightradar24. Jak komuś zechce się poszukać Air France lot  010. Wiem, że lecą Boeingiem 777, maksymalna wysokość, to 36 tysięcy stóp, ale lecą na wysokości 26000 czyli 7924,8 metra. Jak podaje Wikipedia

Boeing 777 – dwusilnikowy szerokokadłubowy samolot pasażerski produkowany przez amerykańską wytwórnię Boeing Commercial Airplanes. Znany również jako „triple seven”. Jest to największy na świecie samolot dwusilnikowy. Mieści na swoim pokładzie ponad 300 pasażerów, a jego zasięg wynosi w zależności od wersji od 9 695 do 17 370 km (5235 – 9380 mil morskich). Cechami charakterystycznymi maszyny są: największa średnica silnika zamontowanego kiedykolwiek w samolocie i sześciokołowe wózki główne. Maszyna, rozwijana przy udziale ośmiu linii lotniczych, została zaprojektowana, aby zastąpić starsze szerokokadłubowe odrzutowce i uzupełnić lukę w ofercie pomiędzy modelami 767 i 747. Jako pierwszy samolot firmy Boeing, Worldliner został wyposażony welektroniczny system sterowania statkiem powietrznym (ang. fly-by-wire), a jako pierwszy samolot komercyjny został w całości zaprojektowany przy użyciu komputera.

Boeing 777 produkowany jest w dwóch wersjach różniących się długością kadłuba. Eksploatacja pierwotnej wersji, 777-200, rozpoczęła się w 1995 roku, dwa lata później zadebiutowała odmiana o zwiększonym zasięgu – 777-200ER, a w 1998 roku o przedłużonym kadłubie – 777-300, dłuższa o 10,1 m od pierwowzoru. Maszyny 777-300ER i 777-200LR o jeszcze bardziej wydłużonym zasięgu zostały dostarczone odbiorcom odpowiednio w 2004 i 2006, a wersja towarowa – 777F – zadebiutowała w 2008 roku. Samoloty są oferowane z silnikami General Electric GE90Pratt & Whitney PW4000 lub Rolls-Royce Trent 800. Odmiana 777-200LR ustanowiła rekord świata jako samolot o najdłuższym zasięgu, a także ustanowiła i utrzymała rekord największego dystansu przebytego przez maszynę komercyjną bez tankowania w powietrzu, prezentując zdolność do pokonania większej odległości, niż połowa obwodu Ziemi.

Pierwszym użytkownikiem 777 były linie United Airlines, gdzie samoloty rozpoczęły służbę w 1995 roku. Do końca grudnia 2012 roku, 65 odbiorców złożyło 1431 zamówień, z czego dostarczono 1066 maszyn. Najbardziej popularną odmianą jest wersja 777-300ER z 671 zamówieniami, a największym operatorem Emirates z flotą liczącą ponad 100 samolotów. Do grudnia 2012 roku, użytkownicy odnotowali dwa wypadki skutkujące utratą samolotu, bez ofiar śmiertelnych, jedną spowodowaną usterką silnika Trent 800, drugą spowodowaną awarią elektryczną skutkującą pożarem.

Na początku XXI wieku, 777 okazał się jednym z najlepiej sprzedających się samolotów Boeinga. Linie lotnicze, z uwagi na rosnące koszty ropy naftowej i stosunkowo nieduże zużycie paliwa w porównaniu do innych maszyn szerokokadłubowych, chętnie używały tego modelu na trasach transoceanicznych. Porównywalne konstrukcje i bezpośredni konkurenci 777 to Airbus A330-300, A340A350 oraz Boeing 787-9.

W sumie ciekawie to wygląda. Ale okazało się, że w Paryżu wylądowały na lotnisku Charles de Gaulle, a nie Orly, ale to chyba nie ma różnicy. I także oczywiście z tego lotniska ruszyły dalej. A ja siedzę i gryzę palce.

Bezbiegowe tortury dzień pierwszy

Nadszedł czas sprawdzenia własnych możliwości psychicznych. Po raz drugi w tym roku rozpoczynam dwudniowy okres pozbawiony stosunków biegowych. Siedzę więc przed kompem wpatrując  się w niego dosyć tępym wzrokiem. W duszy i substytucie rozumu w czaszce się znajdującym przepływają dosyć chaotyczne wizje i myśli sprowadzającego się do jednego. Co mnie pogięło, żeby narzucić sobie dwa dni pozbawione mojej ulubionej życiowej czynności. Ba, wręcz takiej, która moje motywacje życiowe wyzwala. No co do ulubionej to może pojechałem, jedną z ulubionych. Powiedzmy, że jest jeszcze przynajmniej jedna rzecz, czy czynność, którą lubię tak samo jak bieganie. Może nawet czasem bardziej, niż bieganie. Ale z racji wrodzonej wstydliwej natury oraz dyskretnej nutki nieśmiałości w duszy swoją nieustanną symfonię grającą powstrzymam się od pełnego nazwania. Pozwolę, by każdy, kto wstępuje w moje progi puścił swoje wodze fantazji..

Ktoś patrzący z boku, może zapytać: a po co to wszystko? Co mnie powstrzymuje, by jednak się przebrać i pójść radośnie bieżyć po okolicznych drogach i dróżkach. Przyczyna jest jedna i zasadnicza. Powiedziałem sobie, że nie biegam, nawet w wersji pisanej złożyłem takie oświadczenie woli, więc muszę teraz wytrwać i wytrzymać w tym postanowienia. Moje zobowiązanie, to rzecz święta. Jak się powiedziało, to nie ma że boli, czasem musi i wytrwam, bo już mam taki, a nie inny charakter.  Bo nic to, że dusza łka i śpiewa : „ nie mogę biegać, choć serce pęka, a pożar w duszy się pali, nie będę biegał dziś ani jutro, tylko rozpaczliwie się żalił”. Jakby miał ktoś problemy z dobraniem muzyki, to przypomnę, że był kiedyś takie serial „ Czarne Chmury” i była to piosenka trefnisia, którą później szlachta gromkim głosem odśpiewała. Jak ktoś zechce może sobie na wiadomej stronie poszukać. Oczywiście pierwsze słowa brzmiały troszkę inaczej i zamiast biegać, było „śpiewać”, ale sens został utrzymany.

Tak więc nie biegam tylko biadolę i mam nadzieję, że osoby, które wstępują w moje skromne progi wytrzymają dzisiaj te cierpienia. Tak, cierpienia to dobre określenie. Kiedyś jeden z głównych piszących romantyków,  napisał wiekopomne dzieło, pod jakże odpowiadającym moim nastrojom tytułem:„ Cierpienia Młodego Wertera”. Co prawda może nie aż tak, gdyż w głowę raczej sobie nie palnę z powodu rozstania z biegami, jak Werter obserwując jak jego ukochana Lotta śmiga w zaręczyny z Albertem, ale cierpieć będę męki duszy i cielesne katusze w sensie organicznym i duchowym. Jednak moich czterech liter do wiadomej czynności nie ruszę. Gdyż jak to pisali poeci czasów rewolucyjno-komunistycznych „ tak się hartuje stal”. W ogniu bezbiegu wykuwam mój charakter, tworząc z niego posąg spiżowy, którego żadna siła nie będzie potrafiła złamać. I chociaż szarpie mnie gorączka, a nogi drepczą pod stołem niczym w pijackim tańcu, wzrokiem nieprzytomnym dookoła spoglądam,  to jednak nie ustąpię, pokonam sam siebie, ba nawet  udowodnię sobie że mogę, że potrafię,  bo tak chcę. Może nie do końca chcę, ale tak sobie założyłem. A ja jestem uporządkowany, założony i pełen własnej siły i mocy. Ale sobie kadzę. Muszę w  sobie jakoś dodatkowe siły wytrzymałości wskrzesić. Może nawet nie tyle, co wskrzesić, co utrzymać wyzwalając moc niebiegania, która w sobotę i niedzielę nagle uwolniona niczym wulkan eksploduje pożerając sekundy, łamiąc minuty i uzyskując wymarzone czasy. Bo jak to śpiewała jedna z czołowych śpiewających pań wiadomych czasów „ bo trzeba mieć nadzieję”. Może nie ma tu biznesu w sensie biznesowym, tylko biegowym, ale on także, jak mam taką, a nie inną nadzieję, się opłaci w wersji długofalowej. Mam nadzieję, że zrozumiale wywiodłem moja ideę. A jeżeli nie, to każdy może sobie dopowiedzieć, co mu się nagle nasunie.

Tak na marginesie, jak zapewne wszyscy, którzy w niedzielę nad Maltą będą śmigali, otrzymałem dzisiaj maila z prośbą by po odbiór pakietów przyjść raczej w sobotę, niż w niedzielę. To akurat zgadza się z moja odbiorczą koncepcją, więc tylko potwierdziło, ze strategia przeze mnie przyjęta jest może nie jedyna, ale ze wszech miar słuszna. Trochę na zasadzie: „idź biegaczu amatorze tą drogą, bo ona ciebie dobrze prowadzi”. I niech tak zostanie. No i jeszcze jutro kolejny dzień mąk Tantala, czyli tak bardziej po naszemu będę bredził jak Piekarski na mękach. Mam tylko nadzieję, że moi mili goście wytrzymają cierpienia starego biegacza. Bo młodego już nie, w końcu ponad 40 na karku. I to powoli do połowy miedzy 40 a 50 się zbliżające. No może zdecydowanie bliżej dopiero samej połowy, ale co mi tam. Jeszcze się mogę postarzać. Jak przekroczę 50-stkę zacznę się odmładzać. Zresztą czy będzie mi to potrzebne? Strzelę sobie ultramaraton i poczuję niczym niemowlak z łona matki dopiero co wyciągnięty.

Idąc tak modnymi sloganami, to mogę napisać, że jutro będzie rzeź, masakra, kocioł, koszmar a ogólnie wszystko do pupy. Ale z drugiej strony patrząc, czasem pupcia bywa całkiem ładna, czyż nie? Nie muszę chyba pisać, jaki będzie tytuł jutrzejszego wpisu. Sam jestem ciekawy do jakiej granicy moja torturowana pisząca wizja będzie mogła się posunąć. A może nawet ją przekroczyć. To się okaże dopiero jutro. Jakie myśli spłyną torturując moje ja. Może nie tyle co torturując, co pozwalając się im oderwać od sali bezbiegowych mąk duchowych.

Niedzielne przemyślenia biegacza amatora

Na początku jak zwykle staram się odnieść do wczorajszych pobiegowych komentarzy. Agnes, cóż ja z natury komplementów nie kadzę. Wszystko co piszę to są moje naturalne odczucia prosto z mojej zakręconej psychiki płynące. U mnie jak na patelni. Co na myśli, to od razu wypływa i skwierczy. Mam cichą nadzieję, że wcześniej czy później dotrzesz do nas na parkrun. Zapewne jak zajęcia oraz sesja się skończy i przyjdzie od nauki odetchnąć Robercie masz rację co do wczorajszej pogody. Była do biegania idealna. Ani gorąco, ani zimno, trochę słońca, pewna ilość chmur, nic tylko stosunkom biegowym do rozkoszy prowadzących się oddać. Zapewne masz rację, że czasem warto sobie odpuścić zegarki czy stopery . Bo nie ma ani niepotrzebnego stresu, ani konieczności zerkania i myślenia, co by było, gdybym teraz przyspieszył. Ale z drugiej strony,  zawsze wtedy jest pewien ogień, niepokój i konieczność bo może, bo muszę, bo pragnę. Wszędzie są plusy i wszędzie można znaleźć minusy. Niech każdy rozsądza według własnej woli i chęci.

Dzisiaj planowałem wrzucić analizę wczorajszego parkrun, niestety wyników jeszcze nie ma stronie. Jak mam być szczery w każdym innym przypadku bym klął, wyzywał i troszeczkę się wściekał, ale nie tutaj. Parkrun ma u mnie zupełnie inne prawa niż inne biegi. Może nie do końca jest to sprawiedliwe w stosunku do tych innych, ale to jest moje naturalne prawo wyboru . To tak jak z kobietą, którą się uwielbia. Tej jednej wszystko można wybaczyć. A nawet nie do końca tak, bo jej się czegoś nie wybaczy, a parkrun wybaczy wszystko Wracając do wyników, zapewne kiedyś się pojawią, gdyż raczej nigdzie nie uciekną, ale zanim nastąpi ich objawienie,  zajmę się dzisiaj trochę inną tematyką. Ostatnio miałem kilka pytań od osób, które planują zacząć biegać, czy biegają ale chcieliby zacząć trochę więcej na co szczególnie zwrócić uwagę, jak trenować i ile. Powiem szczerze, że troszkę mnie takie pytania mieszają, gdyż nie jestem zawodowcem, nie  uważam się ani za eksperta, ani za wybitnego specjalistę w materii biegowej. Jestem takim cichym , skromnym i pokornego serca pełnym facetem, któremu po 40-stce zupełnie odbiło. Zresztą czy to dziwne? Facetowi po 40-stce musi w którąś stronę odbić. Jednemu może paść na żyłkę hazardową, w innym może się obudzić Casanova, albo Don Juan. Jeszcze inny zapragnie zbliżyć się do wiecznych stosunków z butelką z zawartością 45 procentów w środku. Mi odbiło w kierunku biegania. Czy to lepiej, czy gorzej, nie moim prawem ocenianie, tylko ewentualne dalsze w biegowych stosunkach zanurzanie. Kiedy zaczynałem biegać nie do końca zwracałem uwagę na to w czym biegać. Miałem odczucia, że najważniejsze są koszulki biegowe, a buty byle kupić, wydać jak najmniej i można zacząć biegać. Idąc za taką, a nie inną wizją kupiłem sobie buty za trzydzieści, może czterdzieści złotych a rzuciłem się w zapychanie sobie szafy różnymi koszulkami. Po paru miesiącach biegania i startach w pierwszych oficjalnych biegach moje spojrzenie na biegową zakupową materię całkowicie się zmieniło. Okazało się, że praktycznie po każdym biegu otrzymywałem nową koszulkę, a buty po upływie niecałego pół roku biegania się rozleciały. Więc idąc poznańskim trybem myślenia stwierdziłem, że sięgnę głębiej do kieszeni i wydam na buty ponad pięćdziesiąt złotych. Cóż po paru miesiącach okazało się, że moja naiwność była tak głęboka jak rów mariański. Te buty wytrzymały może dwa miesiąc dłużej i spotkał je taki sam los, jak poprzednich. Czyli się tak naturalnie rzecz ujmując zmieniły się w nasze drogi. Tu dziura i tam dziura. No więc walcząc z moją poznańską naturą poszedłem do sklepu i postanowiłem złamać magiczną w moim odczuciu granicę stu złotych za buty. Dumny, że się przełamałem zacząłem biegać i …. Po niecałym roku okazało się że to nadal nie to. Może się jeszcze nie rozleciały, ale zaczęły uwierać i pewne straty natury organicznej przez nie zauważyłem. Więc zacisnąłem zęby i poszedłem do profesjonalnego sklepu biegowego. Oddałem się tam w ręce bardzo miłej pani ( czego więcej facet może chcieć od życia) i po czterdziestu minutach przymierzania, doradzania, obmacywania ( butów rzecz jasna), wyszedłem ze sklepu odchudzony o kwotę kilka razy wyższą od poprzedniej, ale za to w prawie idealnych butach. Napisałem prawie, bo podejrzewam, że w pełni idealne w kilku setkach złotych by się nie skończyły, tylko trzeba by przejść na o jedno zero większą płaszczyznę zakupową. Zapewne jako alternatywa jest opcja pójścia do ciuchlandu i po paru godzinach szukania i obejścia kilku takich sklepów można znaleźć zapewne dobre buty, które ktoś przeoczył, a właściciel uznał, że chce inne. Nie odmawiam, nie doradzam, to już kwestia indywidualnych wyborów każdego biegacza.

Kiedy już kupimy buty, zanim jeszcze pójdziemy na pierwszy start warto narzucić sobie pewien rygor treningowy. Oczywiście jest opcja, żeby pójść z marszu i podejść bojem np. do półmaratonu, ale potem widzieliśmy na trasie w Grodzisku takich twardzieli, którzy padali, czy po prostu schodzili po paru kilometrach. Warto mierzyć siły na zamiary. O ile na piątkę, można spróbować się rzucić bez przygotowania, to na dziesiątkę, czy półmaraton, to już lekkie szaleństwo. Start w takim biegu, to nie pójście do knajpy na piwo czy wódkę. Ta odrobina rozsądku jest w tym przypadku wskazana. Zresztą nawet przy piątkach, także warto trochę potrenować zanim spróbujemy zmierzyć się z takim dystansem. Ile trenować i kiedy, to już kwestia indywidualnej wizji czy potrzeb biegowych. Kiedy zaczynałem biegać dreptałem codziennie trzy do czterech kilometrów. To już kiedyś opisywałem, wiec nie chcę za bardzo bić piany, ale chciałbym jeszcze podnieść jeden, dla mnie bardzo ważny temat. Warto mieć regularnego weryfikatora swojego cyklu treningowego. Dzięki któremu widzimy progresję swoich wyników, możemy porównać co robimy dobrze, co źle, poszukać gdzie są jeszcze rezerwy i jak je wykorzystać. I to jest główna przyczyna, dla której tak uwielbiam parkrun i jest on moim numerem jeden w mojej klasyfikacji biegowej. Ba napisze więcej, on jest poza wszelkimi klasyfikacjami. Ma w sobie wyjątkową moc magnetyczną, która co sobotę przyciąga mnie na Cytadelę każąc zrywać się z łóżka przed godziną siódmą rano. Tak w skrócie i po prostu: uwielbiam parkrun, uwielbiam Cytadelę, a szczególnie nasze miłe parkrunowe panie, co nie będzie chyba dla nikogo tajemnicą. Chociaż dla wielu osób, to może wydać się zboczeniem. ( oczywiście skrobię o dwóch pierwszych punktach, gdyż uwielbianie pań chyba raczej jest naturalną potrzebą faceta o skłonnościach hetero)  Ale z drugiej strony, czy życie bez zboczeń ma sens? Każdy jakieś mieć powinien. Chociaż, może stwierdzenie zboczenie nie do końca tutaj pasuje. Pasja byłaby bardziej odpowiednim słowem.  Tak mi się wydaje, ale rzecz jasna mogę się mylić, bo przecież nie pozjadałem wszystkich rozmów. Nawet mnie do tego nie ciągnie, bo raczej nie mam potrzeb kanibalistycznych.

No i zaczynamy dzisiaj nowy tydzień. Mam nadzieję, że dzisiaj wyniki z wczorajszego parkrun się pokażą, co będzie szansą na przeprowadzenie ich analizy. Każdemu, kto ma czas by do mnie zajrzeć, życzę miłego rozpoczętego tygodnia wypełnionego wszystkim tym, co najbardziej lubicie robić. Jak w każdy tydzień służbiowo wzmocniony wpisy będą wrzucane popołudniowym lub nawet późniejszym czasem. Ale nieustannie, aż do znudzenia czytających będą.