Bieganie a pogoda

Tak się zastanawiam co najbardziej demotywująco wpływa na naszą chęć do biegania. Co wpływa na to, że w pewnym momencie mówimy sobie: dzisiaj odpuszczę, jutro też a po kolejnym dniu znowu. I muszę przyznać widząc co się obecnie ze mną dzieje to chyba już wiem. Pominąwszy oczywiście mój obecny stan fizyczny z lekka nadwyrężony, myślę, że główny wpływ na nasze biegowe samopoczucie ma pogoda. Owszem niby bieganie w deszczu, chłodzie, śniegu ma w sobie swój wyjątkowy urok, ale kiedy mamy niby zimę, a pogodę łączącą w sobie zimę, wiosnę i jesień w swojej najbardziej brzydkiej formie, to nie chce się wychodzić.

No i niestety początek roku obdarował nas właśnie taką pogodą. Można napisać, że jest ona delikatnie mówiąc do pupy. Zimno, na przemian pada deszcz, śnieg a czasem mrozek chuchnie na okolicę zmieniając, ale na szczęście na razie nie zdarza się to zbyt często. Mimo wszystko pogodzie bliżej jest obecnie do jesieni, niż zimy. Tylko jak w takich paskudnych okolicznościach pogody zmusić się, by wyjść na dwór na codzienny trening? Nie są to może zbyt motywujące do biegania warunki, ale właśnie w takich warunkach, w takiej chwili hartuje się nasza pasja niczym stal. Jeżeli się teraz nie poddamy, jeżeli wbrew wszystkiemu, własnemu samopoczuciu i wszystkim przeciwnościom będziemy potrafili się zebrać i jednak wyjść, by nasze kilometry zrobić,to wrócimy do domu silniejsi niż wcześniej, przepełnieni mocą biegową. I tego nam wszystkim, którzy tuptają, albo się do tego przymierzają życzę. Tak naprawdę, to nie ma złej pogody do biegania. Każda jest tak naprawdę dobra.

Dlatego jako to się mówi: mimo paskudnej pogody, trzeba spiąć poślady i ruszyć na trening. Nic że pada, zimno i paskudnie. Tak pogoda jest cudowna, bo dzięki niej sami sobie udowadniamy, że nic nas nie zatrzyma. A kiedy nas nie zatrzyma na treningu i na wyjście na niego, to w życiu będzie tak samo. I tego nam wszystkim życzę. Niech nie będzie przeszkód, które mogą nas zatrzymać, w naszym codziennym biegu. Bo całe nasze życie jest biegiem. I biegniemy na treningu i biegniemy w pracy walcząc z codziennymi problemami. 

 

Planować, czy nie planować – oto jest pytanie

 

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany w naszym przypadku różnica między pasjonatami a psychopatami jest bardzo ulotna.

Początek nowego roku jest dla nas zwykle niczym ta książka, w której znajduje się 365 białych kartek, które z każdym następnym dniem stronę po stronie będziemy zapisywali. Możemy to zrobić na dwa sposoby: albo oprzeć się na planach w cyklu miesięcznym, kwartalnym, półrocznym czy nawet rocznym, albo pójść na żywioł, bez planów na bieżąco każdą stronę zapisując.

Tego typu działanie możemy odnieść do każdej sfery naszego życia: prywatnej, służbowej, czy chociażby jakiejkolwiek innej np. biegowej. I to wcale nie znaczy, że jeżeli planujemy dokładnie i szczegółowo w jednej ze sfer, to że w innej nie popuścimy wodzy fantazji zdając się na czucie potrzeby danej chwili. W tym momencie musimy sobie zadać pytanie: kiedy warto planować, a kiedy możemy oddać się łapanej w locie chwili. Czyli działając na zasadzie znanego cytatu Horcego : „carpe diem” – „łap, czy może raczej skub dzień”. Jak to się ma właśnie do naszej biegowej pasji: lepiej planować długofalowo, czy może oddać się czuciu danej potrzeby biegowego spełnienia.

Z pewnością w dużej mierze jest uzależnione od celu, czyli raczej dystansu, który w naszych planach chcemy umieścić. Kiedy mówimy o piątce czy nawet dziesiątce, to jeżeli jesteśmy względnie wysportowani, od czasu do czasu trenujący, to możemy w zasadzie podbiec marszu. Czasów może jakiś rewelacyjnych nie uzyskamy, ale do takiej piątki czy dziesiątki w parę tygodni możemy się przygotować. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku półmaratonu, a o maratonie to już nawet nie wspomniawszy. Tutaj podbiegnięcie na zasadzie, a nuż się uda, bo w końcu jak inni mogą, to dlaczego nie ja jest oznaką delikatnie mówiąc lekkomyślności, by od arogancji nikogo nie wyzywać. Przy takich startach to już trzeba planować oraz te plany w życie wdrażać. Przy takich startach to niezbędne jest wsparcie odpowiednim cyklem treningowym, których w necie jest dużo i nie trzeba za bardzo szukać, by znaleźć. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę: plan treningowy na półmaraton/maraton i wyskoczy nas cała gama możliwości. Tylko wybierać, przebierać w jakim terminie się chcemy przygotować i w jakim czasie dobiec. Oczywiście nie zawsze plany uniwersalne zagwarantują nam dotarcie do mety w danym, konkretnym czasie, ale z pewnością zwiększą nasze szanse, że dotrzemy do nie w ogóle. Zawsze podstawą jest oparty na wytrwałości i uporze trening, kiedy nie odpuszczamy, bo nam się nie chcemy. Jeżeli chcemy pokonać półmaraton, a maraton już w szczególności, to musimy wyrzucić z naszego słownika wyrażenie: nie chce mi się. W przeciwnym razie…. to nawet nie chce się pisać.

My, biegający psychopaci

Dzisiaj rano kiedy jechałem na parkrun nad ulicami jeszcze panowała szarówka. Po drodze bardzo sporadycznie przemknęła, przeszła jakaś jeszcze wczorajsza osoba. Ktoś spał na ławce, mając do nogi przytulony plecak, jakaś jeszcze w sylwestrowej kreacji pani szła chodnikiem odbijając się od jednego krawężnika do drugiego. Na miastem panowała cisza. Można napisać, że Poznań spał lecząc kaca po upojnej, sylwestrowej nocy.

A na Cytadeli w tym czasie zbierali się biegający. Mimo że w wielu głowach alkohol jeszcze szumiał, to jednak przygnani własnym nakazem wewnętrznym pojawili się na Cytadeli,by jak co tydzień w parkrun piąteczkę machnąć. Ku mojemu zdziwieniu kilka osób przybyło dzisiaj pierwszy raz, wkraczając do naszej biegowej, psychopatycznej rodziny. Bo trudno nazwać nas inaczej, jeżeli po sylwestrze przed 9 rano zbieramy się, by sobie pobiegać. I to nawet nie w sobotę, ale w tygodniu w wolny dzień. To jeszcze nic, ale o tym za kilka chwil.

W nocy i nad ranem nad Poznańskiem przebiegł deszcz, co okazało się bardzo brzemienne w późniejszym czasie. Dzisiaj na Cytadeli pokazało się ponad 120 osób, co biorąc po uwagę porę oraz dzień, było wynikiem bardzo godnym. Sam bieg mogę napisać, że zaliczyłem, gdyż z powodu dwugłowego, do którego jeszcze rano dołączyło kolano po prostu sobie przetruchtałem. Po przebiegnięciu naszej poznańskiej trasy okazało się, że tylko część biegających udała się do domów. Kilkadziesiąt osób zapakowało się w kilka, może nawet kilkanaście samochodów i udało się do niedalekiej Dąbrówki, gdzie o 10.30 miał się odbyć kolejny parkrun. Kiedy zebraliśmy się wszyscy już na miejscu w Dąbrówce, okazało się, że było nas ponad 90 osób, z czego ponad 60 z Poznania.

Muszę przyznać, że bieg po leśnej, miękkiej, zmoczonej i błotnistej trasie miał w sobie wyjątkowy urok. Na drzewami pojawiły się klucze ptaków wracające z ciepłych krajów. Czyżby oznaczało to koniec zimy? Zapach lasu, miękkość podłoża, konieczność unikania zdradliwych kałuż, w których można było spokojnie but zostawić powodowało, że ten bieg miał taki wyjątkowy urok. Przyznam szczerze, że czas miałem fatalny, jeszcze gorszy niż w Poznaniu, ale komfort biegu, mimo że trasa taka rozwodniona i rozbłocona dużo większy. Może właśnie z powodu że moja boląca noga lepiej się czuła na miękkiej nawierzchni. Muszę napisać szczerze, że super mi się dzisiaj biegło w Dąbrówce, mimo że czas był to bani. Biegowy początek nowego roku rewelacyjny.

Na koniec jeszcze jedna uwaga dotycząca psychopatów biegowych. Jak napisałem można tak nazwać wszystkich, którzy dzisiaj w stanie ulotnej radości po zabawie sylwestrowej pojawili się rano starcie. Jednak wszystkich nas przebił gość, który przyleciał wczoraj spod Londynu tylko po to, by wziąć udział w dwóch parkrun-ach. Był z nami i na Cytadeli i w Dąbrówce. Muszę przyznać, że nawet nam szczęki poopadały. Samemu przylecieć w czas Sylwestra ze stolicy światowego Parkrun czyli Londynu, gdzie mamy prawie tyle samo lokalizacji ile w całej Polsce ( 49 lokalizacji w okolicach samego Londynu, w tym Bushy Park, czyli kolebka całego Parkrun), przespać się, nie znając miejsca, okolicy, tras, języka tylko po to by mieć dwa parkrun więcej w portfolio biegowym, to dopiero trzeba być psychopatą. My także mamy podróżników parkrun-owych, ale chyba jeszcze nie aż tak hadcorowych. Ale wszystko przed nami. Tak sobie myślę, gdyby kiedyś urządzić festiwal parkrun-owy i zacząć o 9.00 w Poznaniu, potem o 10.30 w Dąbrówce, o 13.00 w Kościanie, o 15.00 w Lesznie, a zakoczyć o 18.00 w Gostyniu, to byłby klimat i wyzwanie. Ciekawe ile osób by je podjęło. No i ile przyleciało z innych krajów. Z drugiej strony w okolicy Londynu dużo byłoby to łatwiejsze do przeprowadzenia, ale Anglicy są chyba zbyt konserwatywni na takie pomysły…

Jak planować w Nowy Rok, to z rozmachem

W ten nowy rozpoczęty właśnie rok moje życzenia dla Wszystkich, którzy mnie odwiedzają zacznę inaczej niż tradycyjnie się to odbywa.

Wczoraj zapewne wszyscy „parkruniarze” otrzymali list podpisany przez Paula Simona-Hewitta – założyciela parkrun. W liście tym mogliśmy przeczytać informację, że „W przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy otworzyliśmy więcej lokalizacji, niż kiedykolwiek wcześniej a liczba zarejestrowanych uczestników przekroczyła w mijającym roku cztery miliony. Ponadto, po raz pierwszy zanotowaliśmy milion ukończonych biegów w przeciągu jednego miesiąca, a do naszej rodziny dołączyły Suazi, Namibia, Norwegia, Finlandia oraz Niemcy. Obecnie, biegi parkrun organizowane są w ponad 1,300 lokalizacjach w 19 krajach.” Bardzo ciekawie prezentują się plany parkrun na najbliższe 10 lat: „  W tym roku wprowadziliśmy również nową kolorystykę naszej marki, która zastąpiła barwy towarzyszące nam od powstania naszej inicjatywy. W mijającym roku podjęliśmy również kroki w kierunku powstania organizacji non-profit rozpoznawalnej globalnie, jak również stworzyliśmy nową stronę internetową, która umożliwi nam publikację ponad miliona rezultatów uzyskiwanych w chwili obecnej w każdym miesiącu, i która docelowo będzie w stanie obsłużyć 12,000 lokalizacji parkrun w 25 krajach w przeciągu kolejnej dekady.”

Muszę przyznać, że robi to wrażenie. Pierwsze dni nowego roku są idealnym czasem, by planować, analizować, wytyczać sobie mniej lub bardziej realne do osiągnięcia cele. Większość z nas planuje na najbliższy czas i zatrzymuje się na naszych planach, które możemy określić jako mikro, zgodnie z naszymi możliwościami i zasobami. Jak widać Paul myśli delikatnie pisząc globalnie, tworząc imperium biegowe, z którym mało jaki projekt będzie się mógł równać. Bo, jeżeli teraz przy 1300 lokalizacjach mamy ponad 4 miliony tuptajacych na parkrun, to przy 12.000 będziemy mogli mieć prawie 40 milionów, czyli tylu biegających, ilu mieszkańców liczy cały nasz kraj. Jesteście w stanie ogarnąć tą wizję? Jest to coś nieprawdopodobnego. Wielu z nas zada sobie takie nasze polskie pytanie: ” co on z tego ma? Przecież takiego projektu się nie robi na zasadzie non profit, bo to jest chore.”Napiszę krótko, by coś takiego tworzyć, trzeba być wizjonerem w skali makro.A to jak rozumuje i odbiera Świat wizjoner w skali makro, jest zdecydowanie poza możliwosciami pojmowania wielu z nas. Dlatego nie rozważajmy jak, gdzie, dlaczego, tylko cieszmy się, że możemy w takim projekcie uczestniczyć i co tydzień spotykać się w naszej ulubionej loklizacji parkrun. Tak na marginesie, do Suazi bym się wybrał na parkrun. To byłby klimat. Jedno z najmniejszych państw Świata, gdzie mieszka niecałe 1.5 mln ludzi, a ma własny parkrun.

Natomiast nam wszystkim pod ten rok, który od dzisiaj trwa realizacji wszystkich naszych mikro planów, które jednak dla nas są najważniejsze na świecie. No chyba, że ktoś ma podobną rozmachem wizję jak Paul, a wtedy jej realizacji z całego serca życzę. Niech w ten Nowy Rok cała kula ziemska będzie dla naszych pomysłów polem do realizacji.

Biegowo-startowe zakończenie roku

Należy szczerze przyznać, że dzisiejszy poranek zdrowo zaskoczył. Kiedy wychodziłem rano parkrun termometr wskazywał temperaturę poniżej zera. Potwierdzeniem tego był widok zamarzniętych kałuż. Co prawda sama pogoda była cudowna: słońce, brak wiatru, ale ta temperatura. Mimo mroziku ( gdyż to jeszcze nie był taki zdrowy mróz, a do -5 to mamy takie mroziątko) grubo pond 200 osób przybyło dzisiaj na Cytadelę, by zakończyć rok z parkrun-em.

.Pamiętając, że to mój nie ostatni dzisiaj start, a do tego mając w pamięci , czasem czując dwugłowy, a do tego z moimi zaległościami treningowymi pobiegłem dzisiaj na dużym luzie. Raz tylko za sobą usłyszałem test: „ biegnij za panem, ma ponad 100 biegów za sobą, więc z pewnością zna trasę”. Uśmiechnąłem się pod nosem słysząc te słowa. Podejrzewam, że jeżeli mówimy o Poznaniu,to z moimi 215 biegami jestem w pierwszej dziesiątce najbardziej wytrwałych. Co prawda Grzesiu się uparł, że mnie dogoni pod względem ilości biegów, ale jeszcze ciągle 15 biegów mu brakuje.

Biegło się dzisiaj super ( może właśnie z powodu tej pogody) i z wielkim luzem i radością do mety dotarłem. Tutaj jeszcze ciacho, zdjęcie i na Maltę. Kiedy odebrałem już pakiet startowy, to muszę przyznać, że czułem lekki niepokój, gdyż forma i przygotowanie były jakie były ( czyli praktycznie nie było), a tu jeszcze po piątce trzeba dyszkę machnąć. Jedna widok sporej ilości znajomych, którzy dzisiaj na Malcie się pojawili nie pozwolił zbytnio długo nad problemami się rozwodzić. Muszę przyznać, że dopiero w czasie takiego biegu jesteśmy w stanie ogarnąć, ilu to mamy biegowych znajomych. Tak na marginesie nie ja jeden wpadłem na pomysł, by po parkrun nad Maltę się udać…

Samo wydawanie pakietów raz dwa i be problemu. Fajnie, że było miejsce, gdzie mogliśmy się schronić oczekując na start i nie trzeba było ponad godziny czekać w mrozie. Tuż przed startem organizatorzy odstąpili d pomysłu puszczania nas w dwóch turach, najpierw ci na jedno okrążenie, a potem ci na dwa. Myślę, że to był dobry pomysł, gdyż najszybsi z „dychmenów i dychwomanów” bardzo szybo by wolniejszych piątkowców dogonili i zrobiłby się zdrowy dym na trasie. A tak wszyscy wystartowali razem i po pierwszym okrążeniu jednych kierowano w stronę mety, a drugim kazano biec dalej. Muszę szczerze napisać, że sam poważnie myślałem by nie zbiec po pierwszym kółku, ale nie było takiej opcji, a poruta by była przeogromna.

Muszę przyznać, że biegłem sobie na luzie nie goniąc czasu, ot na dobiegnięcie. W moim stanie fizycznym i przygotowawczym, to była jedyna rozsądna strategia. Najważniejsze, że dobiegłem na względnym luzie i spokoju i nawet fajny medal w postaci odlanej Bamberki otrzymałem. Muszę przyznać, że robi wrażenie i zdecydowanie wyróżnia się od tradycyjnych medali biegowych. Zresztą bieg sylwestrowy w Poznaniu jest podejrzewam w czołówce pod względem stażowym w naszym regionie, a i podejrzewam, że w dwudziestce w całym kraju też się znajdzie. Napiszę krótko: bieg, który ma taką tradycję, musi jakiś odpowiedni poziom organizacyjny reprezentować. Może i nie jest to jakaś ekstraklasa, ale dobry, poznański poziom organizacyjny jest tu zachowany. No i jak dla mnie co najważniejsze, na koniec roku dwa biegi zostały jeszcze zaliczone. I mimo mojego stanu dałem radę dobiec do mety. Czasy były bardzo przeciętne, ale jak się biegnie na wariata z nutką masochizmu, to trudno wymagać godnych czasów. Kiedy znajomemu powiedziałem, że biegnę z doskwierającym dwugłowym, to powiedział krótko: biegacze to są jednak hardcorowe czubki, czy też wariaci. I myślę, że coś w tym jest. Natomiast podsumowanie moich wyników dzisiaj mogę określić krótko; jaki rok, takie wyniki. Rok pod względem biegowo-przygotowawczym do pupy, to i wyniki też takie muszę być. Tak na zupełne zakończnie, jedna ze znajomych biegaczek, czyli Asia Skąpska zakończyła bieg na pudle. Asia brawo Ty, jesteś Wielka. 

Przejściowy, noworoczno – weekendowy czteropak startowy

No i zaczynamy ostatni weekend starego roku. Tak się akurat składa, że nowy rok zaczyna się równo z początkiem Nowego Roku. Jednak możemy już przyjąć, że zaczynający się wczoraj weekend jest przejściowym wprowadzającym nas prostą drogą w Nowy Rok. To będzie dla mnie w pewien sposób wyjątkowy weekend pod względem biegowym.

Pierwszy raz mi się zdarza, że w okresie 3 dni startuję w 4 biegach zorganizowanych. Ja wiem, że ktoś może napisać, co tam 3 parkruny i jedna dyszka. Toż to dla większości osób, które poważnie traktują swoje treningi pikuś, a nie wyzwanie. Może, jeszcze rok, jeszcze dwa miesiące temu bym tak samo napisał. Wiadomo, że moje czasy nigdy na kolana nie rzucały, ale by przebiec 5 i 10 jednego dnia, a po dniu przerwy machnąć jeszcze dwie piątki, nie robiło dla mnie większego problemu. Niestety zmieniły się trochę okoliczności przygotowawcze. Od prawie miesiąca biegam sporadycznie, dzieląc kilometry z urazem, który się przyczepił niczym rzep psiego ogona. Podczas biegania czuję kłucie w tylnej części uda i łydki. Może nie jest to jakiś przeszywający ból, raczej spory dyskomfort biegowy, ale biega się generalnie do pupy. Mogę śmiało napisać, że moja forma, stan przyggotowania i smopoczucie biegowego jest do … pupy, czyli zanurzone w mule sięgając dna. 

Co prawda od dwóch dni smaruję się zakupioną w aptece dicloziają, ale przez dwa dni raczej trudno naprawić czy raczej zregenerować nadwyrężone mięśnie. Dlatego dzisiaj przed pierwszą, a do tego bardziej skomplikowaną połową czteropaku ( w końcu piątka i dziesiątka) czuję wcale nie małą obawę, ale jak to się mówi, nie ma że boli, czasem musi. Z pewnością dzisiaj pobiegnę na dużym luzie nie goniąc czasu. Najważniejsze będzie by dobiec, a cała reszta… gonił to Stary Rok.

Dzisiaj z całą pewnością mogę napisać, że będzie się działo. I to takie działo, że niemal armata. Ale czy wypali, czy zrobi tylo puf i ledwie mruknie okaże się w okolicy godziny 13.00 Jedna jes pewne: żadnych życiówek, żadnego bicia czasu. Dzisiaj trzeba tylko dobiec. Chociaż przy moim obecnym stanie fizycznym, to tylko zmienia się w aż. Sam jestem ciekawy, jak to dzisiaj okaże. Z pewnością będę tuptał metodą na kalekę.A jaki wybiegnie z tego wynik i czy w ogóle, to się dopiero okaże. Dzisiaj może się dużo zdarzyć. Napisać mogę jedno: plan na dzisiaj mam, ale co z niego wybiegnie nie mam zielonego, różowego, ani żadnego innego pojęcia. 

Kanapowcy oraz aktywnościuchy

Możemy napisać, że nasze społeczeństwo, a w zasadzie nie tylko nasze społeczeństwo, ale chyba cała ludzkość ogólnie dzieli się na dwie główne grupy. Jedna to są kanapowcy, a druga aktywnościuchy. Nie jest chyba zbytnią fiozofią wpaść na to, czym te grupy różnią się od siebie.

Kanapowcy, to są osoby preferujący statyczną formę spędzania czasu. Dotyczy to zarówno czasu przeznaczonego na pracę, jak i na czas wolny. Kanapowcy najlepiej się czują w pracy za biurkiem, kiedy nie muszą być aktywni fizycznie. Aktywność intelektualna w zupełności im wystarczy. Podobnie jest z czasem wolny. Im wystarczy spędzać go przed telewizorem, kompem i może czasem od wielkiego dzwona wyjazd na wakacje, idealnie z biurem podróży w wersji all inclusive, kiedy wszystko mają opłacone, a oni tylko muszą z tego umiejętnie korzystać. Tak została ich psychika ukształtowana, że aktywność fizyczną uważają jako ewentualną konieczność i zło narzucone z zewnątrz. Kanapowcy fatalnie się czują w pracy, która wymaga od nich bycia w ruchu. Kiedy tak muszą pracować wracają do domu „sterani jak koń po westernie” i tylko marzą o tym by wreszcie zalec przez TV czy kompem w niemal całkowitym bezruchu.

Po drugiej stronie lustra mamy aktywnościuchów. Może ich określić jako różne formy wulkanów energii. Buchają pomysłami, muszą być ciągle w ruchu coś robić i zarażać innych swoją aktywnością. Nawet jeżeli los zawodowy rzucił ich za biurko, to kiedy wracają do domu muszą nadmiar swojej aktywności wyzwolić w taki czy inny sposób. Uprawiają różnego rodzaju sporty mniej czy bardziej bezpieczne, ale coś w życiu się musi dziać i cała nagromadzona w czasie dnia pracy energia musi w końcu zostać uwolniona.

To, że mamy takie grupy to jasne i logiczne chyba dla wszystkich. Ale czy to znaczy, że jedna z nich jest lepsza, a druga gorsza? Nie zgadzam się z taką tezą, gdyż uważam, że i jedni i drudzy są tak samo ważni potrzebni. Co więcej uzupełniają się ze sobą i w zasadzie jedni nie mogą żyć bez drugich i na odwrót. Nigdy nie jest tak, że ktoś jest tylko kanapowcem, czy tylko aktywnościuchem. Raz na jakiś czas kanapowiec przekształca się w akywnościucha i na odwrót. I wtedy potrzebne jest wsparcie tej grupy. Do której w danym momencie wbiegamy. Kanapowcy chcą spokoju, uspokojenia umysło atywnościuchy w wiecznym ruchu i szale Idealna para: kanapowiec i aktywnościuch. Wzajemnie się temperują i pchają do przodu. Dwaj kanapowcy mogą popaść w marazm, dwaj aktywnościuchy podpalić świat.

A co w tym wszystkim jest najciekawsze przynależność do danej grupy nie jest wieczna. Czasem kanapowiec może się przekształcić w aktywnościucha i na odwrót. Muszę przyznać, że sam jestem idealnym tego przykładem. Do 40-stki byłem typem kanapowca, a po przekroczeniu tego magicznego wielu przekręciłem się o 180 stopni. Dlatego nawet najbardziej zatwardziały kanapowiec nie może być pewny swojej kanapowości, jak i na odwrót. 

Najpierw bieganie, a potem świąteczne śniadanie,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Masz rację Robercie później poznany biegać, a potem jeść, ale do tego tematu zaraz przejdę.Dzisiaj rano zerwałem się z łóżka w okolicy 6 rano. Wiem, że to zboczona pora na wstawanie w czas świąteczny, czego potwierdzenie był miarowy oddech śpiącej reszty rodziny. No cóż, jak oni śpią, to ja wstaję i cichutko tup, tup na Cytadelę się udaję. W tym momencie nasuwa mi się refleksja. Postanowiłem przerobić stary dowcip na jego dopasowaną do naszych zasad wersję. W badaniu ankietowym pytano: biznesmena, pracownika szeregowego i biegacza czy lepiej mieć żonę czy kochankę (ewentualnie męża czy kochanka). No i biznesmen mówi że kochankę, pracownik szeregowy, że żonę, a biegacz że i żonę i kochankę (męża – kochanka). „ Jak to? ”pytają. „ Ano tak, żona (mąż) rano myśli że jestem u kochanki ( kochanka), kochanka(kochanek), że u żony, a ja tup tup i na parkrun. Bo w końcu kto rozsądnie myślący wpadnie na myśl, że można się tak wcześnie rano w Święta czy inny wolny sobotni dzień zrywać, by jechać na drugi koniec miasta, by 5 kilometrów sobie pobiec.

I mimo że był to czas świąteczny,chłód Poznań ogarnął, to jednak ponad 170 osób dzisiaj na Cytadeli się pojawiło. Wszyscy w większości po lekkiej porannej przekąsce, ale przed oficjalnym świątecznym śniadaniem. Tak jak porozmawiałem przed startem, to wszyscy potwierdzili, że oficjalne świąteczne śniadanie dopiero po parkrunie. No, a p śniadaniu płynnie przebigamy dzisiaj w obiad, deser, kolacje i nocne przegryzanie. W końcu dzisiaj dzień Wielkiego Ż. No, ale nie było czasu na zbyt długie pogaduszki, gdyż nasz Wódz Koordynator czasami rządzący, czyli Robert wcześniej poznany zawołał nas na start. Pogoda dzisiaj do biegania idealna, co prawda nie mająca wiele wspólnego z bożonarodzeniową aurą, ale dla nas taka, jaką biegający lubią najbardziej. Słoneczko, chłód, ale nie mróz, jednym słowem żyć, biegać nie umierać.

Sam parkrun, jak zawsze, czyli pełna radość i swoboda tuptania na niezbyt wymagającym dystansie 5 kilometrów. Co prawda z powodu cholernego urazu, który od ponad tygodnia się przyczepił i za cholerę nie chce puścić, biegłem na dużym luzie i spokoju, ale dobiegłem. Nie było w wynikach ognia i przytupu, nawet jak na moje ograniczone warunki, ale co najważniejsze w spokoju i radości ducha mój 214 parkrun zaliczyłem. Oczywiście na mecie spotkałem Grzesia, który wypatrywał czy jestem i może czy znowu kolejny bieg nadrobi. No, ale nie tym razem. No, ale jeszcze na przełomie grudnia i stycznia trzy szanse będą. Zresztą nadchodzący przełom tygodnia i roku pod względem biegowym ostro się zapowiada Najpierw 30 grudnia parkrun, a po nim od razu dycha noworoczna na Malcie. Potem 31 na 1 zabawa, a rano 1 stycznia kacrun, znaczy się parkrun podwojony, najpierw na Cytadeli, a potem na 10.30 w Dąbrówce. Oj, będzie się działo, kiedy wężykiem pobiegniemy… Na koniec jeszcze jedna rekordowa informacja. Dzisiaj Marysia – córka Roberta później poznanego ukończyła swój setny parkrun. Niby nie ma w tym nic niezwykłego, bo w końcu 100 parkrun na rozkładzie ma już tysiące osób biegających. Tyle, że Marysia ma lat 12 w swojej kategorii wiekowej jest w naszym kraju drugą dopiero juniorką, która tyle razy wykazała się hartem ducha i uporem by rano na Cytadeli się pojawić, kiedy jej rówieśniczki i rówieśnicy smacznie śpią, albo poranne kreskówki oglądają.. 

Jeść czy biegać – oto jest pytanie

No i nadbiegł nam najbardziej jedzeniowy okres w roku. Jakąś taką niepisana tradycją jest, że w święta spotykamy się całymi rodzinami przy suto zastawionych stołach i jemy, jemy, jemy. W zasadzie przez okres dwóch i pół dnia czyli od wieczornej wigilii aż do końca drugiego dnia świąt w zasadzie tylko jemy. O ile w drugi dzień Świąt zdarza się nam jeszcze gdzieś wyjść o rodziny w gości, jakiejś aktywności fizycznej zażyć, to w zasadzie pierwszy dzień Świąt, to dzień po wyzwaniem wielkiego żarcia. Tak w skrócie: my tu jemy, my świętujemy, to czas na wielkie LB połączone z WŻ i pewnym wątkiem metafizycznym. Jestem ciekawy kto rozszyfruje co znaczą LB i WŻ.? Myślę, że to nie jest trudna zgadka.

No, ale takie siedzenie i jedzenie mimo że bardzo tradycyjnie zakorzenione w naszej świadomości, to jednak niesie za sobą pewne minusy. Po prostu siedzimy, jemy, żartujemy, oglądamy TV i pewnym momencie dobiegamy do wniosku, że tak nie można. Kalorie się w nas gromadzą przekształcając w zaciśniętą pełną energii pięść, która domaga się uwolnienia w jednym pełnym ekspresji ciosie wyzwalającym naszą potrzebę wolności i ruchu. Szczególnie dotyczy to tej grupy z nas, która na co dzień stara się jakoś aktywnie urozmaicać swój rozkład dnia. A tu siedzimy, jemy i powoli czujemy potrzebę wyrwania się do naszej pasji. Tylko jak to zrobić?

Czy wypada powiedzieć po sutych posiłkach w dzień po południu czy pod wieczór, kiedy wszyscy już siedzą i odpoczywają, że fajnie jest, ale my idziemy się zrelaksować robiąc nasze kilometry? Nasi najbliżsi są przyzwyczajeni i dla nich to normalne, ale co powie reszta rodziny. Z drugiej strony czy nas to interesuje co oni pomyślą i co powiedzą? No i tutaj pytanie: jest problem czy nie ma problemu, wypada czy nie wypada? Z drugiej strony czy tylko jeść, czy może raczej potuptać? No a jutro rano na 9 Cytadelę i parkrun, by kalorie w grupie parkrun wypalaczy się spotkać. Może być problem ze wstaniem i świątecznym śniadaniem, ale co tam raz się biegnie, a tyle razy je.. Jedno trzeba przyznać, w Święta nas dopada po raz kolejny w życiu hamletowski dylemat. Na szczęście jutro parkrun wybiega z super propozycją, co oznacza, że na 9 rano, mimo że to nie sobota spotkamy się na świątecznym po czy przed śniadaniu. W końcu święta świętami, a pobiegać trzeba. 

Wierzysz nie wierzysz, ale poświętować warto

Za oknami pogoda jest jaka jest. Z tradycyjną świąteczną, bożonarodzeniową aura nie ma wiele wspólnego. No, ale nie ma co narzekać, czas wziąć się za świętowanie. Ja wiem, że tutaj sporo osób może mieć inną wiarę, może nie wierzyć wcale, lub podbiegać do życia w sposób bardzo racjonalny i pozbawiony potrzeby czucia czegoś głębszego. Doskonale rozumiem, że ktoś w takie czy inne ma spojrzenie na sprawy wiary, odczuć i generalnie życia. Z natury jestem typem bardzo tolerancyjnym i uważam, że każdy ma prawo wierzyć w to, co bardziej mu pasuje. Wierzysz w dogmanty wiary katolickiej – super.Bliższy Ci jest protestantyzm, prawosławie czy inne odłamy czy odmiany chrześcijaństwa – fantastycznie. Uważasz że bliżsi Boga ( niezależnie jak Go nazywamy) są wyznawcy Allaha, Buddy, Manitou w pełni to szanuje i podziwiam. Twoja wiara jest tożsama z tą, którą wyznają wyznawcy taoizmu, shinto, bahaizmu, sikhizmu, dżinizmu,ahimsa, Ayyavazhi, Portójnej Bogini, Krzyża Maltańskiego czy rodzimowierstwa słowiańskiego – ok pełen szacunek i zrozumienie. Nie wierzysz w nic i uważasz, że wiara to strata czasu, opium dla ludu i biegniesz drogą racjonalizmu negującego istnienie religii – oczywiście rozumiem i w pełni toleruje Twoje przekonania.

Osobiście jednak uważam, że jeżeli wszystko kończy się faktycznie z chwilą naszej śmierci i po tej sekundzie trwania ( w stosunku do ogromu trwania naszego wszechświata), to jest wszystko pozbawione trochę sensu i wielkim marnotrawstwem ludzkiego potencjału oraz wielkości otaczającej nas rzeczywistości. . Dlatego wolę wierzyć, że coś tam jest. Coś, czego nie jesteśmy zrozumieć przez ograniczenia pojmowania naszego umysłu. I to Coś na nas czeka i kiedyś znowu wszyscy się tam spotkamy.  I z okazji tych zaczynających się dzisiaj Świąt pragnę złożyć wszystkim, którzy regularnie, rzadziej, sporadycznie, czy od przypadku odwiedzają mojego bloga, Zdrowych, Radosnych, Szczęśliwych, spędzonych w gronie tych, którzy są nam najbliżsi Świąt Bożego Narodzenia. Oczywiście dla tych którzy biegają samych życiówek, startów w najbardziej wymarzonych Biegach i oby kontuzje omijały nas wszystkich tak szerokim łukiem, jak tylko to możliwe.

A osoby, które nie biegają, a mimo wszystko z jakiegoś powodu mnie odwiedzają, by wszystkie marzenia przybrały fizyczną postać, a szczęście się do Was przyczepiło niczym ten rzep do psiego ogona. Zresztą tego ostatniego pragnę życzyć wszystkim i każdemu z osobna.

Na koniec tradycyjnie świątecznie muzyczny akcent z czasów, kiedy moja córka śpiewała w Skowronkach. Na początek trzy kolędy, pastorałki czy jak kto woli. W pierwszej zwróćcie proszę uwagę na blondynkę, która z boku „daje po garach”. To pani Beata Polak – bez wątpienia najbardziej znana  polska perkusistka.





.



No i na koniec jeden z utworów zaśpiewanych podczas wyprawy życia mojej córki, czyli występu na deskach jednej z najbardziej prestiżowych sal koncertowych świata czyli Carnegie Hall w Nowym Yorku



Mam nadzieję, że zapodana muza wprowadzi Was w świąteczny nastrój.