Maraton nie wybacza zaniechań

Bieganie to taka trochę dziwna pasja. Wiadomo, że biega w niej o to, żeby biegać. Jednak bieganie dla biegania, mimo że fajna rzecz w pewnym momencie staje się nurzące i czegoś brakuje i jakoś tak trochę z małą ilością logiki, bo biegać dla biegania, to trochę jak masło maślane. Dlatego potrzebujemy jakiegoś dodatkowego wspomagania, kóre będzie nas dodatowo motywowało. Tym wspomaganiem są różne starty zorganizowane. To one tak naprawdę w pewnym momencie stają się niezbędne, bo dodakowo napędzają nasze biegowe pragnienia. Start w biegu zorganizowanym, walka na trasie, możliwość przbiegnięcia po miejscach, gdzie normalnie w życiu byśmy nie biegai, cała ooczka, trąby, fanfary, a nawet kolejny do kolekcji medal. To wszystko nadaje blasku, ognia i powoduje, że dalej w naszej pasji się zanurzamy, że staje się ona naszym narkotykiem. To start zorganizowany w takiej czy innej formie napędza naszego biegowego bakcyla.

Jednak każdy start jest inny i wymaga innego nasawienia i przygotowania, a przez co inny poziom adrenaliny, czy też wewnętrznej agresji w nas wyzwala. Kiedy startujemy w biegach na pięć kilometrów, nie ważne czy darmowym parkrun, czy innym to nasze przygotowanie i trening w zasadzie wystarczy się sproawdza się do tego, by chociaż e dwa czy trzy razy w tygodniu parę kilometrów sobie zrobić. Ot dla zdrowia i fantazji. Tak naprawdę każda zdrowa osoba, nawet bez specjalnego przygotowania może taki dystans pokonać. Tu nie potrzeba wielkiego przygotowania. W przypadku biegu na 10 kilometrów, to już troszeczkę trzeba mieć tych kilometrów w tygodniu poonywanych. Nie wymaga to jakiś wielkich przygotować, ale pewnej regulraności czy też sytemayczności w treningu, by chociaż te 20 kilometrów w tygodniu pokonać.W systuacji półmaratonu już jest trochę trudniej, ale ktoś, kto ma w sobie na tyle samozparcia, że chociaż te 3-4 razy w tygodniu w granicach dyszki na trening machnie, to jest w stanie ten dystans pokonać. Moje pierwsze połówki robiłem biegając codziennie około 6 – 7 kilometrów i to wystarczyło, by nawet by poniżej 2 godzin do mety dobiec.

Natomiast w przypadku maratonu, to już zupełnie inna bajka. Tu nie ma że boli. Każdy odpuszczony tre trening, zaniechny kilometr w czasie treningowego tup, tup już się na trasie może wielką czkawką odbić. Od maratonu wzwyż zaczyna już się może nie prawdziwe bieganie, ale bieganie na granicy normalności i rozsądku. Bo o nie jest normalne, by człowiek dla frajdy, czasu biegał sobie 42 kilometry. I jeszcze za to płacił. Może i nie normalne, ale jakie cudowne. Kiedy już dobiegamy do mety i widzimy, że daliśmy radę, to wiemy, że ten cały treningowy znój miał sens. Dlatego nie ma ż boli. Trening do maratonu musi boleć. A  im bardziej będzie bolało teraz, tym mniej może boleć na trasie. Bo, że bedzie bolało, to jasne. W końcu to maraton, a nie biegowa popierdółka. Tu nie można w czasie treningu nic odpuścić, bo potem maraton nam wystawi rachunek. Tak na marginiesie właśnie uświadomiłem sobie, że do Warszawy zostały mi dwa miesiace. Będzie się działo.

Masochiści na trening marsz

No to dzisiaj się nam w Poznaniu pogoda narobiła. Nie wiem, jak to wygląda w innych miejscach naszego kraju, ale u nas leje deszcz. To nie jest to, że sobie kapie kap, kap, lekko, delikatnie i przyjemnie. Tak naprawdę, to takie kapanie mało komu przeszkadza. Ja osobiście uwielbiam biegać w takim wiosennym czy letnim ciepłym deszczyku. Nawet jesienią, kiedy już nie jest taki ciepły i przyjemny, to biegać można bez większych stresów.

Natomiast, to co od rana dzieje się dzisiaj, to już zdecydowane przegięcie. Może nie jest to klasyczne urwanie chmury, ale równo, mocno i bez przebaczenia leje się równo woda z nieba na człowieka. Oczywiście nie tylko na człowieka. Generalnie na wszystkie istoty, co na dworze przebywają. No i pytanie. Pogoda to jest taka, że jak mówi przysłowie: psa na dwór się nie wygna. W sumie psa, to może nie, ale osobę biegającą jak najbardziej . Nie ma że mokro, nie ma że moczy wszystkie zakryte i nie zakryte części ciała.

Kilometry zrobić trzeba, bo maraton nam  nie wybaczy żadnego zaniechania, ani zaniedbania. Lepiej zmoknąć, niż poddać się na trasie. W takiej pogodzie kształtuje się nasz charakter. Więc tupatający masochiści, na trening marsz. Pokazujemy dzisiaj ile pasji jest naprawdę w nas. Jest zawsze opcja stwierdzenia, że pokazywaliśmy kiedy byliśmy mali czy małe, a teraz się wstydzimy. No cóż każda osoba ma swoją biegową karmę. Jestem ciekawy ilu czy ile dzisiaj takich samych osób o wariackim nastawieniu do życia spotkam dzisiaj na trasie. W końcu żyje się raz… Tak naprawdę dzisiaj przed nami biegowy dzień prawdy. I to takiej mokrej jak diabli prawdy.

No i na koniec jeszcze taka refleksja czy pytanie. Czy to, że decydujemy się w taką pogodę tuptać jest oznaką pasji, czy raczej masochizmu. Bo czy zdrowe jest bieganie w taką pogodę? Przecież można się przeziębić, katarku złapać, kaszelku, albo i jeszcze czegoś gorszego. No, cóż biegałem już w burzy, ulewach, mrozach, śniegach i odkąd biegam tfu odpukać przeziębienia szerokim łukiem na razie mnie omijają, szukając łatwiejszych od mnie celów.

My amatorzy nigdy nie będziemy profi

Rano wrzuciłem tekst o bezpośrednim przygotowaniu startowym i co ono może dać nam kompletnym amatorom. Mimo tych rozważań i dobiegnięcia do wniosku, że nawet może się nam takie przygotowanie przydać, chcę mocno i zdecydowanie podkreślić jedno. Żaden z nas, takich prawdziwych tuptaczy amatorów, do których sam się zaliczam nie ma żadnych szans, by swoimi wynikami chociaż zbliżyć się do wyników zawodowców. Możemy sobie trenować jak oni, możemy robić nawet takie same kilometry, podbiegi, interwały, rytmy i cholera wie co jeszcze, ale i tak nie wybiegniemy nigdy poza amaorską skorupę swoich możliwości. Po prostu nie ma na to żadnej opcji. Nasze uwarunkowania i możliwości fizyczne, tlenowe, i każde inne powodują, że nasze miejsce w biegowym peleonie będzie zawsze zbliżone.

I tu nie ma znaczenia jak mocno do danego startu się przygotujemy. Możemy jeść pokonywaną trawę, wyciskać wodę z kamieni swoim upartym trenigiem, ale samych siebie nie przeskoczymy. Możemy poprawiać życiówki, cieszyć się jak dzieci z każdej kolejnej ukradzonej sekundy, ale to wszystko, na co nas stać. Kiedyś ktoś napisał, że biegi masowe, to jedyne takie miejsce, gdzie amator może zmierzyć się z zawodowcem i go pokonać. Zmierzyć, to się możemy wzrokiem, jeżeli spojrzenie takiego mistrza przez nas przebiegnie i na sekundę złapiemy błysk jego oczu. Bo tak naprawdę żaden zawodowiec nawet na nas nie spojrzy, no chyba że akurat jakimś cudem na starcie pchani poczuciem własnej mocy ustawimy się przed nim. Tyle, że nie będą to wtedy miłe słowa, którymi w swojej duszy nas obrzuci. Będziemy mogli się cieszyć, jeżeli głośno nie powie, co o nas myśli.

Tak, bieganie, a szczególnie biegi zorganizowane to bardzo specyficzna forma rywalizacji. 98-99% procent biegnących walczy ze swoimi słabościami, a pozostały jeden, góra dwa procenty walczy o kasę. Nam amatorom to tita i buczy, kto kasę zgarnie, bo my nawet nie myślimy, żeby do tych wyników się zbliżyć. Ostatnio znajomy po biegu się pytał: które miejsce zająłeś, czy coś wygrałeś? Kiedy mu powiedziałem, że nie biegam dla zarobku, tylko dla przyjemności, to zrobił wielkie oczy i spytał: to po cholerę wydajesz kasę, jeżeli możesz za darmo pobiegać po parku. Odpowiedziałem mu krótko: to po cholerę kupujesz ubrania, jeżeli możesz się odziać listkiem klonowym ( figowego u nas się nie znajdzie)

Ja, podobnie jak większość z nas  nigdy nie będziemy profi i się do nich nie zbliżymy. Ale to nie znaczy, że nie możemy biec za nimi po tej samej drodze i w tym samym biegu. A, to że przez to pakiet droższy, no cóż, ale walczymy z zawodowcami.

Czy nam amatorom może się przydać BPS?

Na początku nasuwa się nam wielu tuptającym amatorom pierwszej wody, do których sam się zaliczam: a o to jest to BPS i o co w tym biega? Dla wielu tuptających obojga płci jest to jakaś mało zrozumiała fraza. Jej tłumaczenie jest proste: bezpośrednie przygotowanie startowe. Jak podaje magazyn bieganie:

„Aby odpowiedzieć na to pytanie, zastanówmy się, co jest celem BPS-u (nota bene podzielonego na trzy fazy: akumulacji, intensyfikacji oraz transformacji)? W skrócie można powiedzieć, iż jest to wytworzenie adaptacji organizmu do warunków, jakie będą panować podczas startu, pod który planowany jest BPS. W uproszczeniu – biec długo i szybko, przy możliwie niskim zmęczeniu. O ile nie mamy wpływu na warunki klimatyczne, w jakich przyjdzie nam się zmagać, tak już prędkość startowa, o której mowa, i jej obróbka są jak najbardziej w naszym zasięgu. Tu jednak dochodzimy do miejsca, gdzie rozprawiamy o dwóch z lekka nietożsamych zdolnościach: szybkości i wytrzymałości.”

Muszę przyznać, że kiedy ujrzałem rozpiskę kilometrów ekstra akcentów na ostatnie osiem tygodni do maratonu, to zrobiło mi się na przemian zimno i gorąco. Zresztą ja nie liczę, na to, by łamać na maratonie 3 godziny. To jest poza moimi granicami możliwości. 4 godzny mogę złamać, ale trzy to już zupełna abstrakcja. Czy w takim razie BPS może mi się przydać? Jak mam być szczery nie mam pojęcia, ale kiedy czytam rozpiskę BPS, to jak napisałem moje pierwsze odczucie było: głupota, szaleństwo i poza moimi możliwościami. Jednak z drugiej strony, kiedy analizuję propozycję treningową,

http://www.magazynbieganie.pl/tajemnice-bps-bezposrednie-przygotowanie-startowe/ ,

to w zasadzie mamy w tygodniu trzy treningi specjalne w okresie ostatnich ośmiu tygodni do maratonu. Czyli mam jeszcze niecałe dwa tygodnie do rozpoczęcia tańca. W sumie rozpiska fajna, tyle, że trochę przeraża zrobienie tych 35 kilometrów. Na razie raz w tygoniu robię koło 20, a tu podskoczyć do 35, to lekki szok biegowy. Natomiast zastanawia mnie jedno. Jest napisane w rozpisce trzy treningi specjalne, ok,  a co w pozostałe dni? Klasyczne dyszki bo odpuścić treningi w końcu chyba nie. Zresztą jeszcze jedno pytanie.

Co takiemu zadeklarowanemu amatorowi jak ja może dać taki plan. To, że trzech godzin nie będę łamał, to jasne i logiczne, bo to poza moimi fizycznymi możliwościami. Ale może mogę poprawić moją dotychczasową życiówkę na maratonie, czyli ciut poniżej 4 godzin, a może po prostu dobiec we względnie dobrym samopoczuciu i formie ( w końcu to 42 kilometry) do mety. Nie wiem, czy może coś mi to dać. No, ale jak nie spróbuję nie będę wiedział. Muszę przyznać, że korci mnie by podjąć rękawicę.

Pięć lat minęło

Właśnie uświadomiłem sobie, że od czasu, kiedy dopadła mnie moja biegowa pasja minęło pięć lat. Tak jest to już pięć lat. Muszę przyznać, że kiedy zostałem zarażony nigdy nie myślałem, że tak to się rozwienie. Ot, myślałem, że od czasu do czasu jakąś piątkę sobie gdzieś pobiegnę i to będzie wszystko. I te moje pierwsze treningi, to były takie biegowe popierdółki. Zresztą cel wtedy był jeden. Chciałem przebiec bieg z klasą i on był moją pierwszą startową motywacją, która kto wie, czy nie wyzwoliła właśne mojego tuptającego pragnienia.

Bieg z klasą miał się odbyć 16 września 2012 roku, a we mnie pragnienie, by w nim wystartować obudziło się właśnie w ostatnim tygodniu lipca. I miałem wtedy spory problem. Jak ja, zupełne i całkowite biegowe antytalencie miałem się przygotować do mojego pierwszego startu? Zresztą wtedy nawet nie myślałem, czy to będzie pierwszy i co po nim sie stanie. Chciałem raz w życiu pobiec w biegu zorganizowanym. Nie miałem zielonego, różowego ani w żadnym innym kolorze pojęcia o tym jak sie przygotować, na co zrócić uwagę. Nawet w necie nie rozejrzałem się po treningowych rozpiskach. Coś mi wtedy napłynęło do głowy, żeby trenować robiąc codzienne parę kilometrów. Nie były to jakieś wielkie odległości, ot z dwa, góra trzy kilometry, ale robiłem to codziennie. No i po sześciu tygodniach takiego tuptania pierwszy raz pobiegłem w biegu zorganizowanym. Czas był wtedy zupełnie abstrakcyjny, żeby nie napisać, że fatalny, bo 35 minut na trochę ponad 5 kilometrów ( jedno obrkążenie Malty) to nawet obecnie, przy moim obecnym, zupełnym dnie pięciokiometrowego tuptania, nie jest możliwy do ogarnięcia i zrozumienia. No, ale wtedy tyle pobiegłem i byłem sam z siebie cholernie zadowolony, że udało się dobiec. Dla takiego kompletnie tuptającego laika jakim wtedy byłem, była to radość, szczęście, że dałem radę i dobiegłem. No, a potem to już pobiegło hurtem. Jakoś udało mi się gdzieś tam jeszcze pobiec i wtedy spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun, na którym pojawiłem się na początku października. I od tego czasu moja biegowa pasja zapłonęła pełnym ogniem.

Na początku tylko piątki i myślałem, że poza ten dystans nigdy się nie wychylę. Jednak po roku kolejne pomysły zwiększania startowych odegłości napłynęły. Najpierw dziesiątki, po kolejnym roku półmaratony, i na końcu Królewski Dystans. Taka biegowa progresja startowa. No i co będzie dalej? Zobaczymy jak to dalej pobiegnie.

Wstań i biegnij, bo bieg to też walka

Motyw przewodni, by wstać i podjąć walkę pojawia się w wielu utworach muzycznych. Pamiętam, kiedy jeszcze w czasach Ogólniaka byłem na Metalmanii w Katowicach ( tak się jeździło i słuchało), to pierwszy raz spotkałem się z tym motywem w słowach kapeli Destroyer: ” Czarne Okręty”. Potem ten motyw pojawiał się jeszcze w utworach Katarzyny Kowalskiej czy Moswy. Także motyw powstania i takiej czy innej walki pojawia się w utworach kapel nie tylko polskich.

No, ale nie o muzyce chcę teraz skrobać.. Z coraz większą radością obserwuję, jak coraz więcej nas biega. To już niemal nasz narodowy sport. Nie ma opcji, żeby rano jadąc do pracy, po południu z niej wracając czy poczas swoich codziennych treningów nie spotkać kogoś, kto także tupta. Od razu w mojej wyobraźni tworzą się obrazy. Widzę przeciętnego przestawiciela naszego społeczeństwa, takiego jak ja sam jestem, kiedy siedzi w domu opychając się chipsami, oglądając TV, popijając napój chmielowy, który nagle odrzuca o wszystko i tak samo jak ja te 5 lat temu podchodzi do lustra i mówi do siebie: to już koniec, trzeba coś zmienić, nie można żyć dla trwania, bo czegoś brakuje. I podejmujemy dcyzję o rozgrywaniu naszej właśnej osobistej walki ze słabościami. Różne mogą być formy tej walki, ale dla nas tuptaczy czy tuptaczek tą walką jes właśnie bieganie.

Bieganie to jest specyficzna forma walki. Tutaj walczymy z naszym wrogiem wewnętrznym, który sprawuje pieczę nad tym, by nasza akywność była sprowadzona do zera, ewentualnie maksymalnego minimum ( w końcu trzeba w sklepie pochodzić, czy sięgnąć ręką po pilota, ewentualnie przejść się do kuchni po jedzenie czy picie). W jego odczuciu ( tego naszego wroga), każda inna, wymagająca większego wysiłku aktywność życiowa jest zbędna i nie prowadzi do niczego dobrego. Człowiek z natury może nie tyle, że jest leniwy, ale wygodny i lubi maksymalnie sobie upraszać życie. Dlatego tworzy samochody, komputery, telefony oraz szereg takich czy innych rozwiązań, które tworzą nasze życie ławiejszym. A jeżeli nasze życie ma być łatwiejsze, to po co je utrudniać męczącym hobby? Można zbierać znaczyki, grać na kompie i mieć szereg innych rozrywek i pasji, które nie zmuszają nad do walki z samym sobą i naszym leniwym ja. Dlatego to leniwe ja zawsze jest przy nas i nam miód czy trucizne ( w zależności jak kto to określa) sączy do ucha.. A co my zrobimy? Mamy dwa wyjścia. Albo nic, bo zycie jest na tyle skomplikowane, że bez sensu je sobie jeszcze utruniać, albo przebrać się w sportowe ciuchy i wyjść przed dom, by z kilometrami i własnymi sabosciami wlaczyć. Wybór należy już do nas. Niech każdy wybiera to, co mu bliższe. Życie wygodne nie jest złe, ale czy jest pełne, to już zupełnie inna bajka.

Ile potrzeba nam czasu, aby przygotować się do maratonu

Muszę przyznać, że temat dzisiejszego wpisu wywołał wrzucając wczoraz godny komentarz na temat przygotowania się do startu na Królewski Dystansie Gieorgij. Pominę tutaj może stronę biznesową jego propozycji, gdyż jak kto się chce z nią zapoznać i zapłacić za instruktaż przygotowawczy, to wystarczy wbiec na wczorajszym mój wpis i zapoznać się komentarzem. Z pewnością komuś, kto będzie się do niego stosował pomoże.

Mnie natomiast dzisiaj interesuje inny temat. Ile realnie potrzeba czasu, by przygotować się do startu na Królewsim Dystansie i czy można się opierać, na opracowanych przez teoretyków i praktyków i wypróbowanych na innych metodach, rozpiskach zwał, jak zwał. Podejrzewam, że tutaj nie ma reguły. Każda osoba jest inna, ma inne przygotowanie, inne możliwości, inną psychikę. W moim oczuciu trudno wrzucić wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a teraz jedna łapka w górę i robimy 10 km, a jutro piętnaście a pojutrze jeszcze więcej. Pamiętam, jak mnie Andrzej przygotowywał do maratonu w Poznaniu, to najpierw zoabaczył raz, drugi, trzeci jak biegam, wskazał błędy, a dopiero potem ruszył z rozpiskami. I co ciekawe, do maratonu w Poznaniu, gdzie czasu na przygotowanie mieliśmy około 6 tygodni przygotował mnie tak, że 4 godziny złamałem. Potem do Dębna, Krakowa i do Wrocławia, mimo, że czasu było bardzo dużo do przygotowania i jechałem na pełnym gazie, to wynikowo wybiegła jedna wielka rozwodniona kupa. I można napisać, bądź tu mądry i pisz wiersze.

I tutaj nasuwa się pytanie. Ile potrzeba czasu, by się dobrze przygotować do maratonu. A może potrzeba nie tylko czasu, ale też pomocy z zewnątrz, na zasadzie: do maratonu trzeba dwojga… a może trojga, a może całej grupy. Trudno tutaj dobrze wyrokować. Tak jak już nie raz pisałem, każda osoba jest inna i posiada inny potencjał i możliwości tuptajace. Dlatego wrzucanie wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a ja każdego przygotuję, jest trochę jak obietnice polityków przed wyborami. Piękne, klasowe wodolejstwo, na które z radością dajemy się łapać. Natomiast myślę, że jest jedna, klarowna odpowiedź na pytanie: ile potrzeba czasu, bym dobrze przygotował czy przygotowała się do maratonu. Brzmi ona: tyle, ile będzie potrzeba i ani chwli dłużej. I myślę, że to zamyka w jakiś sposób temat.

Biegowa zmiana pokoleniowa

Dzisiaj udało mi się w sobotę rano znowu wyrwać na mój ulubiony cotygodniowy bieg czyli parkrun. Tak się złożyło, że za tydzień będziemy obchodzić praktycznie równe pięć lat, odkąd na poznańskiej Cytadeli odbywają się nasze tup-spotkania. Pierwszy parkrun w Poznaniu odbył się 28.07 i wystartowało w nim 54 osoby. Ja w tym okresie dopiero dojrzewałem do myśli, żeby zacząć biegać i pierwsze moje treningi zaczęły się właśnie na początku sierpnia pięć lat temu.We wrześniu wystartowałem w moim pierwszym biegu zorganizowanym ( Bieg z Klasą) Potem raz czy drugi wystartowałem w jakiejś piątce i spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun.

Na mój pierwszy parkrun poszedłem 6 października 2012 roku i był to 11 parkrun w poznańskim cyklu. Od tego czasu wystartowałem w 197 biegach z tego cyklu. Oczywiście głównie w Poznaniu, ale i parę wyjazdów się zdarzyło. No, ale nie o sobie chcę dzisiaj pisać. Kiedy zerkam na listy wyników z tych pierwszych parkrun to widać, że biegało nas wtedy około 60-80 osób na każdym parkrun. Pod względem wiekowym, o główie przeważały osoby od 30 lat wzwyż, z mocniejszym nastawieniem nawet na średniolatki o 35 do 50 lat. I to idealnie wpisywało w ówczesną opinię o tym, kto biega. To były początki biegspolzji, która nasąpiła tak od 2014  roku. Wtedy biegai głównie pracujący i odreagowujący swoje stresy dzięki kolejnym, pokonywanym kilometrom.

Obecnie sytutacja się diametralnie zmieniła. Z naszej pierwszej ekipy, która zaczynała rozkręcać poznański parkrun w 2012 roku zostało nas, którzy dalej biegają może kilkunastu. Z drugiej strony, n parkrun nie biega już nas kilkudziesięciu, ale i dwustu to wcale nie jakiś szokujący rezultat. Nie sposób, tutaj nie wspomnieć  oczywiście o parkrunie, z patriotycznym naszym wielkopolskim ogniem, który Robert dłużej znany zorganizował i w którym pobiegło ponad 1000 osób. Można śmiało napisać, że od tego biegu coraz więcej osób na parkrun w Poznaniu przybywa. Jednak możemy napisać, że dokonuje się zdecydowanie zmiana pokoleniowa. Nas wiekowych biegaczy już jest coraz mniej. Częśc rezygnuje, zmienia hobby, a paru zapewne tak jak śp. January biegają w tej chwili po innych trasach, gdzie bół, pot i zmczenie nie istnieje.

Jednak nasza pasja nie uznaje pustki i za nas trochę starszych biegaczy, którzy naturalną siłą rzeczy będą się wykruszali śmiało, szeroką ławą nadciąga młodość. Spora część młodzież nie traktuje już biegania jako przykrego  obowiązku na wf-ie, tylko odnajdują w nim tą samą radość, którą my starsi oczuwamy. Z pewnością ich odczucia są trochę inne, świeższe młodsze, kto wie, może nawet bardziej radosne, gdyż możliwe, że dostrzegają w bieganiu to, czego my starsi nie możemy już dojrzeć. I w sumie to bardzo dobrze, gdyż oni stanowią przyszłość naszej pasji. My starsi, możemy im tylko kibicować, bo ścigać się z nimi z pewnością nie będziemy.

10 tygodni do maratonu,

Wczoraj zdałem sobie sprawę, że najważniejszego tegorocznego tupwyzwania, czyli maratonu w Warszawie pozostało 10 tygodni. Czy to dużo czy to mało? No właśnie… Z pewnością dla kogoś, kto dopiero teraz dobiega do wniosku, że a co mi tam zapiszę się na maraton.W końcu 10 tygodni to ponad 2 miesiące, dlatego na luzie się przygotuje. No cóż są różne formy masochizmu z pewnymi elementami samobójstwa. Dlatego może niebędę rozwijał tematu tego akurat przypadku.

Dla większości z nas już trochę wytuptanych biegających te ostatnie dziesięć tygodniu, to czas ładowania akumulatorów, szlifowanie formy i doprowadzenie się do stanu mocy przedstartowej. Dla znających trochę temat nie jest tajemnicą określenie: BTS, czyli Bezpośrednie Przygotowanie Startowe. Nie będę tutaj bił piany, gdyż wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę tą frazę,to wybiegnie profesjonalnych informacji nieprzebrana ilość. Dlatego ja wolę się zatrzymać na moich treningowych tup planach.

No i tutaj muszę przyznać, że jest mały problem. Przy moim obecnym stanie przygotowawczym rzucanie się na maraton, to faktycznie szaleństwo masochizmem podpalane. Biorąc pod uwagę, że w tym roku dwa razy przebiegłem półmaraton, trochę parkrun, a i z treningami bywało różnie,to ciekawie do nie wygląda. Natomiast jakaś baza przez 5 lat biegania została zbudowana i teraz przez 10 tygodni jestem w stanie myślę, że coś na jej podstawie przygotować. Zapewne na życiówkę szans nie ma, ale w spokojnym, rozsądnym bez szału tempie poniżej 5 godzin powinienem jakoś dotuptać. Jeszcze się treningowo w tygodniu podniosę swoją codzienną dyszkę na dyszkę z plusem, a niedzielne wybiegania, nie tylko jako klasyczne dwudziestki, ale z dwa razy i trzydziestkę się machnie. Na czas się nie nastawiam, więc żadnych rytmów, podbiegów, interwałów. We wrześniu jedno hasło mi będzie przyświecało: najważniejsze to doczłapać, a reszta będzie, jaka będzie. Dlatego spokojnie te 10 tygodni będę musiał potuptać tyle, żeby było dobrze. A ile to będzie, to jak na razie nie ma żadnego pomysłu. Raz w tygodniu z pewnością minimum dwudziestka, a trzy, cztery razy po dyszce z większym lub mniejszym plusem do tego parkrkun z biegowym powrotem, kiedy się uda na Cytadelę wyrwać i zobaczymy jak to wybiegnie. Jak wspomniałem upiększenia czasów tym razem odpuszczam, więc to będzie przygotowanie na luzie, jeżeli w przypadku maratonu można tak powiedzieć,

Bieganie może być faktycznie dla każdego

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, super, ze od czasu do czasu zdarza się Tobie zgodzić i z mną i innymi osobami, którym zechce się komentarze pod moimi wpisami wrzucać. Co do muzyki opowiadającej obecniej rzeczywistości, to coś w tym jest, ale jutro rano o tym wspomnę.

Nie raz i nie dwa się trąbi nasz wszystkie możliwe strony, że bieganie to najprostsza i wymagająca najmniej wysiłku pod względem logistyczno- organizacyjnym forma ludzkiej aktywności. No, może łatwiejsze jest spacerowanie, które też jest pewną formą aktywności, jednak w dłuższej perspektywie i tak prowadzi do biegania, bo samo chodzenie w pewnym momencie to będzie ciut mało. Czegoś będzie brakowało, tych endorfin, adrenaliny, które wyzwala już bardziej wysiłkowe robienie kilometrów. Cały urok, to wyjść na dwór i biegać otoczony zapachem natury, czasem smogu, moczony deszczem, sypany śniegiem i szczypany mrozem.

Jednak powiedzmy sobie szczerze: nie każda osoba musi posiadać w sobie taką szczyptę masochizmu, by jednak w każdych warunkach potrafić wyjść i tuptać. I tak naprawdę nie ma w tym nic złego, jest to tylko zdrowy, trzeźwy rozsądek, którego wielu z nas czasami brakuje. No, ale jak mantrę powtarzam każda osoba ma swoją karmę i ona drogi nasze prostuje, zakrzywia, pod górki wiedzie, a nawet czasami na manowce. Jednak jeżeli ktoś ma w sobie zdrowy rozsądek i wie, że w deszczu, burzy, śniegu, gradzie, lodzie czy innych tego typu pogodowo-atmosferycznych zagrożeniach, po prostu się nie biega, bo po kiego diabła ryzykować. No, ale jak to w życiu, pasja w cztery litery podszczypuje, a rozum zakazuje, I co tu wybrać?Muszę przyznać, że ostatnio wpadła mi przed oczy reklama biegania alternatywnego podczas paskudnych warunków pogodowych:

   
https://www.hop-sport.pl/bieznie/
 

Muszę przyznać, ze na początku dosyć krytycznie się temu przyglądałem, na zasadzie, to jednak nie to, bo brak właśnie pocałunku pogody, niezależnie jaka jest. No, ale nie każdy musi mieć w sobie tyle przymusu wewnętrznego, masochizmem podpalanego, że wyjdzie w trudniejszych warunkach biegać. Nie raz widzę, że zimą, czy w deszczu, czy nawet piekielnym upale ilość tuptających bardzo mocno spada. I to wcale nie znaczy, że osoby, które w takich warunkach rezygnują z biegania są gorsze. Wręcz przeciwnie, tak jak napisałem wcześniej są dużo rozsądniejsze. Równie dobrze ktoś może się wstydzić oficjalnie biegać. Może dopiero łapie bakcyla biegowego, ale jeszcze nie na tyle, by już na dworze kilometry robić. Jest także opcja, że oficjalnie należy do środowiska biegaczo -wyzywaczy z takich czy innych powodów i nie wyjdzie na dwór, bo poruta przed znajomymi..A może tak po prostu: wstyd i sromota biegać na dworze. Natomiast w domu, gdy nikt nie widzi… Ktoś może wstydzić się swojego wyglądu, sylwetki, czy zbyt dużej na razie ilości kilogramów by oficjalnie biegać. W takich przypadkach taka bieżnia to idealne rozwiązanie. Bez obciążeń pogodowych, wizualnych czy chociaż samopoczucia, czy nawet bo się po prostu nie chce wyjść z domu. Mając bieżnie nie trzeba wychodzić z domu. Ba biegnąć dalej w te klimaty można ją sobie ustawić przed telewizorem, a nawet w ekstremalnej sytuacji laptopa na niej ustawić. I pomyślcie jak można przy fajnym filmie czy nawet zerkając na ulubiony portal biegać, biegać i biegać bez żadnych przerw. A ile dodatkowych ekstra rzeczy można podczas biegania na bieżni jeszcze robić….

Tak na zupełnym marginesie, można stwierdzić, że dzięki bieżniom bieganie może być naprawdę dla każdego i w każdych warunkach.