Bieganie jako choroba przenoszona drogą internetową,

Nie jest chyba dla nikogo wielką tajemnicą, że w ostatnim dziesięcioleciu mamy prawdziwy wysyp osób biegających. Biegają nie tylko osoby, które mają ku temu odpowiednie predyspozycje, wysportowani oraz zawsze aktywni, ale co ciekawe pasją biegową zostają zarażeni panie i panowie, którzy nigdy w życiu nie przypuszczali, że kiedykolwiek zaczną biegać. Sam jest idealnym przykładem takiego typa antysportowego  i antyprzygotowanego do uprawiania jakiekolwiek sportu. Co prawda w młodości zdarzyło mi się coś tam trenować, ale to było dawno i nieprawda. Dość napisać,że jako dzieciak, młodzieniec oraz facet bardzo długo byłem otyły, a moje zainteresowanie sportem ograniczało się do podnoszenia butelki z wiadomym napojem podczas oglądania transmisji
sportowych. Z drugiej strony zainteresowanie sportem w sensie kibicowania było zawsze. Jednak na tym się kończyło i   to było wszystko.

Skąd u mnie się wzięła pasja związana z bieganiem, to już pisałem i nie będę bił piany. Dla przypomnienia tłum biegnący mnie przyblokował, stałem w korku samochodowym i tak się wkurzyłem, że postanowiłem sam by może kiedyś zablokować tego, co teraz biegnie i przez którego jak muszę stać. No, ale wiadomo moje motywacje są z lekka zakręcone, mam swoje schizy i mało kogo bierze w taki sposób, jak to ma miejsce u mnie. Dlatego mimo coraz większych możliwości blokowania innych, związanych z tym, że biegów jest coraz więcej, to mimo wszytko nie jest to chyba główna przyczyna w tym, że coraz więcej ludzi biega. Myślę, że powód tkwi w Internecie. Łatwość dostępu do informacji, wysyp blogów biegających, jakaś tam powtarzalna promocja biegania na różnych portalach, to wszystko powoduje, że coraz więcej osób chce zobaczyć, poznać, spróbować.

W większości przypadków zapewne wygląda to tak, że siedzi sobie taki pan czy pani w domu, przegląda Neta szukając interesujących treści i raz, drugi, trzeci przepadkiem wkroczy na jakieś wyznania osoby biegającej. Pierwszy raz „ zleje”, drugi raz przebiegnie wzrokiem, trzeci raz przeczyta. Potem czwarty, piąty i pomyśli: a może i ja spróbuję? No i ja spróbuje, to pewno połowa wróci z radością przed kompa, a druga połowa poczuje ogień i już przepadnie. Ta pierwsza połowa będzie znowu siedziała przed kompem, przeglądała Neta i znowu trafi na wiadomą stronę. I połowa z nich pomyśl sobie: „ a może jeszcze raz”. No i tak się dzieje kręci i będzie kręciło dopóki Net istniał będzie. I może nawet jeden dzień dłużej. Bo dłużej raczej już nie. Podsumowując można napisać, że bieganie jest trochę jak zaraza, która krąży nad krajem dopadając coraz to nowe osoby. Jej głównym przekaźnikiem powodującym zarażenie, jest właśnie Net. 

Bieganie w sztuce

 

Powierzchownie na temat tuptania zerkając to można dojść do wniosku, że w naszej pasji nie ma nic głębszego: ot tuptamy sobie jedni lepiej, inni trochę gorzej, ale wszystko to sprowadza się, do lepszego samopoczucia, kondycji, generalnie bardzo przyziemnych, ogólno-ludzko-zdrowotnych spraw dotyczących bardziej sfery fizycznej niż psychicznej czy umysłowej, o duchowej już nie wspomniawszy. Okazuje się jednak, że nawet do tak duchowego obszaru jakim jest sztuka pasja nasza mocniej czy słabiej, ale też dociera.

 Na początku słowo pisane w wersji tradycyjnej, czyli książki. Okazuje się, że lista wcale nie jest ta uboga, jakby się mogło wydawać:: Sztuka Biegania, Sztuka Szybszego Biegania, Szczęśliwi biegają biegi ultra, Biegiem przez życie, Bieganie metodą Danelsa, Jak Biegać Szybciej od 5 kilometrów do maratonu, Periodyzacja Teoria i metodyka treningu i wiele, wiele innych. Na stronie
http://runnerski.pl/najwiekszy-ranking-ksiazek-o-bieganiu/
można się listą z lutego zapoznać. Różnych wierszy to nie ma szans by wymienić, bo ich tyle w sieci, że stron na blogu by zabrakło. Zresztą sam jedną czy dwie rymowanki gdzieś popełniłem. Mamy jeszcze blogi, a  to już zupełnie inna strona medalu i pytanie, czy blogi do sztuki można zaliczyć

To teraz z drugiej strony barykady coś abstrakcyjnego i zupełnie nie pasującego, czyli teatr.Czy może być bieganie w sztuce teatralnej? No jak? Aktorzy mają biegać po scenie? Dookoła sceny, dookoła widowni?Okazuje się, że także mamy kilka przykładów. Najbardziej mnie zaszokowała propozycja jednego z teatrów, gdzie „Aktorzy biegają nago w kółko z palcem w dupie kolegi. Czy to jest sztuka?” Myślę, że pytanie, czy to sztuka jest na miejscu. Wbrew pozorom sztuka „ O co biega” Philipa Kinga nie ma wiele wspólnego z naszą pasją. Myślę, że można pomyśleć o sztuce teatralnej, która będzie się odbywała na stadionie, gdzie aktorzy przez całą sztukę biegają na bieżni dookoła sceny umiejscowionej na murawie i od czasu do czasu wbiegając na nią wygłaszając mniej lub bardziej skomplikowaną kwestię. No ale to pomysł na przyszłość, dla autora z wyobraźnią. 

Muzyka piosenki. Te najbardziej znane takich wykonawców jak: The Beatles, Dumbs, Irona Maiden, Chromatics, No Doubt, Pat Benatar. David Guetta, Tom Petty And The Heartbreakers, Del Szanon Bruce Springsteen ale moja ulubiona to



 

Teraz filmy. Tutaj mamy naprawdę godną propozycję: Forrest Gump” czyli pozycja kultowa. Do tego grona można też zaliczyć „Rydwany ognia”, „Biegnij Lola, biegnij”, „Maratończyk” z Dustinem Hoffmanem, „Samotność długodystansowca” czy „Prefontaine”. Ale to nie wszystko. Trochę mniej znane, ale również warte obejrzenia: Wszytko Będzie dobrze, Wielki bieg, Gazu mięczaku gazu, biegacz, De Marathon, Biegnąc po cud, Atanarjuat biegacz, Sarah woli biegać, Terry Fox, Maraton droga do doskonałości, Ma-i We-i. Maraton, Pacemaker, Mały Maratończyk. Do tego nie sposób nie wspomnieć o rzeźbie, malarstwie, rysunku wszędzie możemy znaleźć mniej lub bardziej przemycane fluidy biegowe.

Podsumowując można napisać, że bieganie z wielu miejsc oddziałuje na społeczeństwo. Nawet tak teoretycznie pasujący jak kwiatek do kożucha obszar jakim jest sztuka nośnikiem przesyłającym przeżywającym widzom gen biegania. Gdyż on unosi się wszędzie i w każdej chwili może każdego dopaść.

O fotografii nie ma chyba co wspominać, gdyż ona najmocniej tuppasję wspomaga.

Bieganie w statystyce część 1

Ostatnio wbiegły mi przed oczy wyniki ciekawych badań, ogłoszonych przez runners.world.pl w zeszłym roku. Muszę przyznać, że kilka wyników jest całkowicie zgodnych z moimi spostrzeżeniami, ale kilka mnie zaskoczyło. Na początku trzeba jednak zaznaczyć, że w badaniu brało udział prawie 18.000 biegających z 24 krajów. Oznacza to, że statystycznie brało udział w badaniu niecałe 1000 naszych rodaków. Czy jest to wiarygodne badanie? Mam poważne wątpliwości, ale jakieś światełko w tunelu przepełnionym tuptającymi się ukazało.

To, że aż 40% biegających wskazało „dyszkę”, jako swój ulubiony dystans startowy, to raczej nie dziwi. Dyszka to taki fajny, przyjemny dystans, z którym praktycznie każda, względnie rozruszana osoba, bez nawet specjalistycznego, ostrego treningu sobie poradzi. Zastanawiające jest drugie miejsce półmaratonu, który wskazała prawie 1/3 badanych. To już robi wrażenie, bo połówka, to już jest względnie poważne wyzwanie, a nie jakaś biegowa popierdółka. 

Nie muszę chyba dodawać, że najbardziej mnie, jako faceta zainteresowały wyniki związane wzajemnym współgranie seksu i biegania. Ciekawe, że 19% Polaków i aż 56% Amerykanów uprawia seks na dzień przed zawodami. Ja, jak mam być szczery zdecydowanie preferuję seks zaraz po starcie, a czym już kilka razy pisałem.
http://biegaczamator.blog.pl/2016/07/03/seks-po-bieganiu-najlepiej-smakuje/
. Przed startem wydaje mi się, że raczej może osłabić, niż wzmocnić, ale to już moja prywatna opinia. Z drugiej strony może faktycznie trzeba jeszcze trochę przed zawodami popróbować. Natomiast z jednym za bardzo zgodzić się nie mogę. Pytanie: „mając do wyboru seks lub bieganie”, sorry za określenie, ale wydaje mi się trochę tendencyjne. Nie jest fajnie traktować seksu i biegania jako substytutów, tylko raczej uzupełnienie. Bieganie daje w czasie seksu zupełnie inne obszary doznań. 

Myślę, że na tym na ten moment zakończę, ale temat jeszcze z pewnością nie jest wyczerpany. Na razie jestem na etapie zbierania kolejnych danych, a jest ich trochę. Niesłychany wręcz rozwój tuptającej pasji powoduje, że zostaje przeprowadzonych coraz więcej różneg rodzaju badań, które starają się wytłumaczyć daczego, po co i co nam to daje. Muszę przyznać, ze dla nas tuptajacych i piszących to czy owo, to piękne źródło do analiz. 

Współczesny Polak, to aktywny Polak,

Ostatnio wbiegły mi przed oczy różne ciekawe statystyki związane z biegniem w naszym kraju. W większości przypadków znajdywałem jak na sportowych, powiązanych z naszą pasją portalach, takich jak „Polska biega”, „runners-world”, „biegajmy razem”, ogólnie sportowych , jak np. „Przegląd Sportowy”, ale nawet na takich ogólnych, o „biegowej czapy”, jak „zadłużenia.com”.

Zacznijmy może od początku. Jak zostało napisane w Newsweek-u w 2012 roku: „ Sondaż pokazał, że co piąty dorosły Polak ćwiczy każdego dnia, a 27 proc. jest aktywnych 2-6 razy w tygodniu. Tylko co czwarty nie uprawia sportu w ogóle. – W podobnych badaniach sprzed 15 lat aż trzy czwarte respondentów przyznało, że nie ćwiczy, a dekadę temu brak ruchu deklarowało 59 proc. badanych – przypomina dr Krzysztof Jankowski, socjolog z warszawskiej AWF.” Przypominam, że są do dane z 2012 roku. Jak to wygląda 5 lat później? Jak podaje raport Kantar TNS: „ Badanie pokazuje, że 62% respondentów uprawia sport. Ciekawe, że w tym 30% badanych robi to co najmniej trzy razy w tygodniu, zaś 20% przynajmniej raz w tygodniu. Najczęściej sięgamy po rower – 31% respondentów. Wybieramy sprzęt prywatny zamiast tego, który jest dostępny w wypożyczalniach rowerów miejskich – to deklaruje tylko 2% Polaków.
Polacy lubią biegać. To druga popularna dyscyplina wśród badanych – 29%. Wśród zadeklarowanych biegaczy 7% potwierdziło udział w zawodach masowych (najczęściej osoby w wieku 25-39 lat). 

Kiedy się wczytamy w raport możemy znaleźć dużo innych, jakże ciekawych informacji. Możemy się dowiedzieć, w jakich godzinach obserwujemy największą aktywność, w jakim wieku, kiedy zaczynamy być aktywni itp. itd. Do tych tematów powrócę w późniejszych wpisach, które w tym tygodniu zamierzam wrzucać. Dzisiaj chciałem jeszcze podzielić się inną refleksją. Jak podają źródła „ sprzed 15 lat aż trzy czwarte respondentów przyznało, że nie ćwiczy, a dekadę temu brak ruchu deklarowało 59 proc. badanych”. Zgodnie z podanymi danymi, obecnie 1/3 Polaków nie ćwiczy, czyli w okresie 15 lat, mamy całkowite odwrócenie sytuacji. Pytanie, jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Z jednej strony z pewnością ogólnie panująca moda na ruch, na aktywność, na „inne, lepsze życie”. Do tego szereg różnych imprez sportowych dla amatorów, których obecnie widzimy prawdziwy wysyp. Jednak myślę, że chyba najważniejszym powodem jest łatwość dostępu do informacji. Jak podają dane statystyczne obecnie dostęp do Internetu w Polce ma około 72 % Polaków. Mnie w tym momencie interesuje jedno pytanie: jaki procent Polaków z dostępem do Internetu jest aktywnych fizycznie. I myślę, że odpowiedź na to pytanie ukazałaby nam eksplozję aktywności Polaków w ostatnich latach.

Sobotni prawie cotygodniowy rytuał biegowy

Każda osoba, która zarażona jest taką, czy inną pasją musi mieć jakąś dodatkową ekstra motywację, która stanowi dla naszej pasji dodatkowe, ekstra wspomaganie. Dla filatelisty to będzie jakiś ekstra, super znaczek za którym poluje, dla kino maniaka super premiera, na której musi być, dla tego, co nic nie lubi robić ukochany fotel frontowo ustawiony przed telewizorem ( ewentualnie sam telewizor), a da nas osób aktywnych, jest to zwykle start w naszych ulubionych zawodach.

W naszym przypadku dotyczy tej grupy osób tuptających, które decydują się na starty w takich czy innych zawodach, czy może bardziej czy mniej zorganizowanych wydarzeniach biegowych. Niektórzy mają taki jeden czy dwa starty w roku, bez których sobie nie wyobrażają biegania. To dla nich święto, do którego przez cały rok się przygotowują. U mnie takim moim najważniejszym i najbardziej podtrzymującym mnie w bieganiu startem jest oczywiście parkrun. Jak mam wolną sobotę, to nie ma opcji, bym na Cytadelę, a sporadycznie i do innej lokalizacji się nie wybrał.

Tak też było dzisiaj. Mimo że rano było wcale nie z lekka chłodnawo, to na wszelki wypadek, pod ciepłą warstwą miałem lekką i tak zabezpieczony udałem się Cytadelę. Kiedy dojechałem, okazało się, że wzięcie lekkiego ubrania było strzałem w dziesiątkę, gdyż bardzo szybko zrobiło się ciepło. Szybkie przebranie, przywitanie ze znajomymi i na start. Dzisiaj około 170-180 osób na Parkrun przybyło, co jest od jakiegoś czasu taką średnią statystyczne. I pomyśleć, że kiedy zaczynałem moją przygodę z parkrun były weekendy, że i setki nie mogliśmy zebrać. No, ale czasy się zmieniają, a w zalewie biegów płatnych taka darmowa piąteczka jest bardzo fajnym przerywnikiem. Tempo dzisiaj znowu spokojne, bo ciągle w głowie ta Warszawa siedzi i nie mam wizji jak biegać, żeby było dobrze. Z drugiej strony dzisiaj tempo mimo wszystko trochę za ostre, gdyż zdecydowanie poniżej tego, co będę chciał biec za tydzień.

No, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że ponowie mój ulubiony bieg po raz chyba już 204 został przetuptany. Czyli moje biegowe czary w postaci rytualnego tup tup na Cytadeli zostały oprawione. 

Biegowy kryzys egzystencjalny

Podejrzewam, że wiele osób, które są ogarnięte pasją biegania raz na jakiś czas dopada tzw biegowy kryzys egzystencjalny, czy może emocjonalny. Przyjmuje on bardzo prostą postać: nie chce się biegać, zaczynamy się zastanawiać nad sensem biegania, rozważamy możliwość całkowitego opuszczenia zmianę, ewentualnie zmiany zainteresowań pasji. Ja to mawiał Heraklit z Efezu: Panta rhei”, czyli wszystko płynie, zmienia się i nic nie trwa wiecznie. Muszę przyznać, że od dłuższego już czasu także nade mną wisi taki biegowy kryzys. Jeszcze w zeszłym roku został zapoczątkowany i tak z mniejszymi lub większymi przerwami trwa do dzisiaj. Czasem uda się go przykryć czy popalić ogniem biegowej pasji, ale to raczej leczenie syfa pudrem, niż dogłębne do zera wypalenie. Na razie jeszcze walczę. W przyszłym tygodniu powinienem jechać na maraton do Warszawy, ale na obecną chwilę szansę, ż wyjadę oceniam na poziomie 40 do 60, gdzie sześćdziesiąt procent przypada na to, że raczej nie pojadę.

Widzę jak z moją formą, psychiką i chęcią i wiem jedno: nic na siłę. Bieganie, start w maratonie to nie jest przymus, bo jestem zapisany, bo muszę, bo tak trzeba, bo wypada. Nie, start to musi być przyjemność ( he,he szczególnie po 30-stym kilometrze) poparta świadomością, że tak jestem gotowa/gotowy i czuję, że mój poziom przygotowania jest zgodny z tym, co zostało przeze mnie założone jeszcze przed cyklem przygotowawczym. Natomiast, jeżeli czujemy, że nasz poziom obecnych możliwości leży, kwiczy, stęka i sapie, to sorry możemy sobie pobiec piątkę, dziesiątkę, jak się uprzemy i na pokładach naszego wcześniejszego przygotowania jakoś przeczłapać półmaraton. Ale z Królewskim Dystansem nie ma żartów. Te start wymaga szacunku dla trasy i pełnej pokory, a przede wszystkim przepełnionej realizmem oceny własnych możliwości. Nie jest sztuką stanąć na starcie i zejść po nastu czy dziestu kilometrach. Sztuką jest na tyle realnie ocenić swoje szanse, by wiedzieć, że nie warto jechać, tracić czas i pieniądze na coś, co i tak zakończy się klapą. Z drugiej strony, jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Tak naprawdę i tak źle i tak nie do końca dobrze. Jak to klasyk śpiewał: „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.

Mój ewentualny start w przyszłą niedzielę w Warszawie może się zakończyć dwoma finałami. Pierwszy to kompletna klapa, zejście z trasy i na długo, jak nie na zawsze wypalenie biegowej pasji. Drugi to wybicie klina klinem, czyli niechęć pokonana startem na zasadzie, „a jednak się uprę i dam radę”. No i wbrew wszystkiemu, a szczególnie zdrowemu rozsądkowi pokonanie samego siebie i dotarcie do mety. Tak jak napisałem wcześniej: decyzja jeszcze nie została podjęta i zapewne będzie się szala przechylała z jedną na drugą stronę do dnia ostatniego. 

Team building, body building and run building


Jako społeczeństwo od wielu pokoleń lubujemy się w używaniu języków obcych,które stają się jakby wyróżnikiem poszczególnych środowisk, grup społecznych i tak dalej i tym podobne. W czasach szlacheckich takim językiem była łacina. W XIX wieku część społeczna zaliczająca się do klasy top używała francuskiego, oraz z musu języków zaborców, po drugiej wojnie światowej… no właśnie jak to było z tym rosyjskim.  Niby był obowiązkowy i wszyscy go mieli od szkoły podstawowej, ale w praktyce umiejętność posługiwania się nim w stopniu więcej niż podstawowym opanowało może parę  procent naszego społeczeństwa.

Obecnie taką rolę pełni język angielski, którego niektóre wyrażenia na trwałe już wbiegły do naszego języka wielokrotnie zastępując i eliminując nasze słowa, albo obejmując te obszary, które do tej pory jakoś nie zostały odpowiednio jasno określone. Szczególnie widać to w przekleństwach oraz specyficznej nowomowie stanowiącej połączenie polskiego, angielskiego i jeszcze innych dziwnych konstrukcji językowych .Szczególnie podobają mi się określenia łączone z angielskim czasownikiem ” to build” czyli budować. Oczywiście używamy go w formie ciągłej czyli „building” co oznacza  budowanie. Takim jednym z bardziej znanych i funkcjonujących już niemal na stałe w naszym języku  określenie: team building czyli budowanie zespołu. Ktoś może powiedzieć, przecież to zwykła integracja, więc po kiego diabła wyróżniać? Niby tak, ale twórcy wymyślili odpowiednią odpowiedź mówiąc, że team building ” to integracji grupy

sprawiające, że poszczególni jej członkowie wzajemnie poznają swoje mocne i słabe strony, poznają się nawzajem, definiują wzajemne role zespołowe lub uczą współpracy w swoim zespole.” Czyli podsumowując stopień wyżej od zwykłej integracji. Ostatnio kilka razy zdarzyło mi się spotkać z określeniem ” body  building”, które jest używane w kulturystyce. Zastanawiam się czym się różni „body building” od zwykłych ćwiczeń poprawiających tężyznę, modelowanie ciała i innych takich, ale z pewnością jest jakiś  wyróżnik. Muszę przyznać, ze z utęsknieniem czekam na programy typu run building, czyli budujące nasza moc biegową. Nie można mylić run building ze zwykłym treningiem. To jest o wiele  głębsze pojęcie obejmujące opróczróżnych form treningowych związanym z samym bieganiem, także różne formy treningu funkcjonalnego i każdego innego. Po zwykłym treningu tylko lepiej lub gorzej biegasz. Po cyklu  run building zmieniasz się w biegającego pełną gębą. Ostatnio rzuciły mi się w oczy oferty klubów,  trenerów, którego kompleksowo przygotowują biegających. I to jest właśnie run building. Myślę, że niedługo coś takiego może powstać: fajnie brzmi, dumnie się prezentuje i daje nam wrażenie, że bierzemy udział w czymś głębszym niż tylko tuptanie na zasadzie „tuptać każdy może, jeden lepiej, rugi trochę gorzej”. Run building to tworzenie biegowej mocy i budzenie ukrytych w nas możliwości.

Deszcz – najlepszy biegowy motywator

Wczoraj, kiedy wyruszałem na trening było niby trochę pochmurno, ale ze zdecydowaną przewagą względnie jasnego nieba. Przyjemnie, chłodno, ale nie zimno, nie upalnie, jednym słowem pogoda do tuptania wydawała się by idealna. Dlatego ubrałem się w jedną biegową warstwę i na codzienne, radosne tup, tup. Niestety czy stety, tak po dwóch, kilometrachnagle zaczęło wiać i z nieba spadł deszcz. Jeszcze, żeby to był ciepływiosenny, czy letni deszczyk. Oj nie, nagle zaczęły spadać z nieba lodowato zimne, tnące krople, które w pierwszej chwili  prawie mnie nie zatrzymały w połowie kroku.

Pierwsza myśl, to była: ” w tył zwrot i do domu”. No, ale z drugiej strony byłem prawie w połowie mojej pętli i w sumie tak naprawdę biec w tył, czy w przód nie stanowiło zbyt dużej różnicy w czasie dobiegnięcia do domu. Dlatego postanowiłem nie robić treningowych odstępstw i tuptać swoje. Muszę przyznać, że mimo wszystko różnica między tym treningiem, a większością innych była zasadnicza. To nie było klasyczne i standardowe tup, tup, tylko tup w wersji śmig i świst, oczywiście zgodnie z moimi możliwościami. No i muszę przyznać, że biegło się super. Mimo że te zimne, tnące krople niemal mroziły, ale wyzwalały taką potrzebę przyśpieszenia, że faktycznie czułem, jak czas śmiga zupełnie inaczej niż zwykle. Odczucia były fantastyczne. Co prawda było z lekka mało komfortowo pod względem odczuć fizycznych, ale psychicznie dusza z radości tańczyła. Ludzie pochowani za oknami domów samochodów, skupieni na przystankach pod metalowymi wiatami modląc się, by jak najszybciej przyjechał autobus i zabrał ich z tego zacinającego deszczu, a w tym wszystkim na wpół ubrany, albo w połowie rozebrany ( można wybrać określenie, które najbardziej pasuje) biegacz amator kilometry swoje robiący. Wydawałoby się, że wbrew i pogodzie i zdrowemu rozsądkowi. Ale to tylko może być zupełnie powierzchowna opinia. Gdyż kto sam siebie i pogody w takich warunkach nie pokonał, ten nie wiem, ile dzięki takiej walce i własnemu, prywatnemu zwycięstwu osiągnąć może. Kiedy wbrew wszystkiemu dobiegnie się do domu, to moc jest w nas taka, że kulę ziemską w dłoń możemy schwycić i tak ścisnąć, aż oceany, rzeki i jeziora spłyną w kosmos. To jest dopiero motywacja.

Z drugiej strony się zastanawiam czy tylko deszcz. W końcu mróz, śnieg, upał nie chyba warunków, w których źle się biega. Jak pasja płonie pełnym ogniem, to im gorzej na dworze, tym dla ogarniętych pasją lepiej .

Człowiek – istota skazana na nałogi

My ludzie, jesteśmy typami o określonej osobowości, inteligencji, umiejętności tworzenia za pomocą różnych wymyślonych narzędzi oraz innych specjalistycznych możliwościach, które wyróżniają nas od innych, zamieszkujących naszą planetę istot. Potrafimy zarówno upiększać, jak i niszczyć otaczający nas świat. I tak na zupełnym marginesie jesteśmy dobrzy w te klocki. Tak, jak wspomniałem dużo cech i umiejętności nas odróżnia od otaczających istot, ale chyba jedną z takich ważniejszych jest to, że potrafimy widzieć w życiu trochę głębszy sens, niż tylko trwanie dla trwania. Mamy własne zainteresowania, hobby, pasje oraz to wszystko, co w jakiś sposób urozmaica nasze trwanie na tym padole łez.

Jednym z takich poważniejszych urozmaiceń jest to, że w jakiś sposób jesteśmy skazani na nałogi. Mogą one przybrać różną formę, różny obraz i w różny sposób na nas oddziaływać. Na początku musimy trochę inaczej spojrzeć na znaczenie słowa nałogi. W większości przypadków wyraz ten kojarzy się jednoznacznie i bardzo negatywne. Nałóg rozumiemy jako papierosy, alkohol, narkotyki, czyli coś co działa na nasze ciało i duszę w sposób destrukcyjny. Ale nie zawsze i nie do końca tak jest.

Równie dobrze nałogiem jest nasze hobby, zainteresowania, różne formy aktywności, czyli wszystko to, co powoduje, że z taką radością odrywamy się od naszej mniej czy bardziej szarej codzienności. Coś dzięki czemu nie wyobrażamy sobie życia, bo to nadaje jemu odpowiedniego kolorytu i sensu naszego bycia w tym świecie. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego, gdyż to ładuje nasze życiowe akumulatory i nawet jeżeli czasem może się okazać destrukcyjna dla nas, to i tak w ułożonym rachunku jest zdecydowanie na plus. My ludzie jesteśmy jakby skazani na różnego rodzaju nałogi, bo w przeciwnym razie, na męski narząd rozrodczy ( w dużo mniej akceptowalnym określeniu) po co jest żyć. I myślę, że wszystko w tym temacie. Mógłbym pociągnąć, bo w końcu lubuję się w filozoficznych rozważaniach, ale wolę nie przeciągać zbytnio struny. 

Czy możemy uniknąć kontuzji?

Pytanie niemal z gatunki czarnej magii i fantastyki. Czy my osoby biegające możemy w czasie całej naszej przynajmniej paroletniej pasji uniknąć kontuzji. Opinie, jak to opinie bywają podzielone. Jedni uważają, że nie ma takiej możliwości, inni wręcz przeciwnie. I jedni i drudzy są przekonani do swoich racji. Biegający fataliści wybiegają z założenia, że tak i siak wcześniej czy później nas to spotka. Nie ma opcji, żeby nie. Im więcej trenujemy, im bombardujemy nasze ciało coraz większą dawką obciążeń nie ma szans, by się w pewnym momencie nie zbuntowało. Im więcej biegamy, tym większe prawdopodobieństwo, że defekt się nam przytrafi. To jak, ze wszystkimi innymi elementami czy przedmiotami, które nas otaczają. Im bardziej je eksploatujemy, tym większa szansa, że przytrafi się większa czy mniejsza awaria.

Zupełnie inaczej patrzą życiowi optymiści, a do tego ci,którzy bardzo poważnie zgłębili temat biegania. Oni wybiegają z prostego i także logicznego założenia: jeżeli dbamy o siebie, rozciągamy się, wzmacniamy dodatkowymi treningami, zdrowo odżywiamy, prowadzimy godny (pytanie co to znaczy) tryb życia, to mamy tak zakonserwowany i wychuchany organizm, że możemy biegać i biegać, a kontuzje i tak będą nas omijały. I też mogą się odwoływać do przedmiotów, które nas otaczają. Jak będziemy je serwisowali, robili przeglądy i tak po ludzku mówiąc dbali o nie, to mogą i nas przeżyć.

No i nasuwa się pytanie: która wizja jest bardziej zgodna z rzeczywistością. No cóż obie są w pewien sposób prawdziwe i nie można ani jednej, ani drugiej negować. Jeżeli bardzo dużo biegamy, trenujemy, startujemy tak że świata poza tym nie widzimy, to mimo całego naszego zabezpieczenia zawsze może zdarzyć się przypadek, którego nie był w stanie przewidzieć. W końcu prezerwatywa też czasem bywa zawodna. Tak zwany przypadek losowy. Z drugiej strony, jeżeli biegamy sobie czysto rekreacyjnie, bez nastawiania się na jakieś wielkie treningi, starty i tuptamy tylko samej przyjemności biegowej, zgodnie z rytuałem tych paru kilometrów dziennie, nie więcej niż np. 30 tygodniowo, to możemy faktycznie tuptać i tuptać i nic wielkiego może się nam nie przytrafić. Tyle, że i tak reguły nie ma. Można sobie nadwyrężyć czy nawet skręcić nogę biegając raz czy dwa razy w tygodniu i goniąc uciekający tramwaj, a można trenować i trenować i nic złego się nam nie stanie. Pod jednym jednak warunkiem. Jeżeli robimy to głową.

Podsumowując można napisać, że ryzyko kontuzji niczym miecz kata wisi nad głowami osób aktywnych  i diabli wiedzą, kiedy spadnie. Alteratywą jest nic nie robić i w spokoju i z jeszcze większym  fatalizmem czekać na zawał, miażdżycę i inne przypadki krążące wokół tych ostrożnie mało ruchliwych. No i pytanie: która forma życia ma większą przyszłość. Z drugiej strony, nawet pozbawione aktywności życie, ale z jakimś sensem i głową też może się toczyć i toczyć. Tylko pytanie dokąd i w jakim celu.