Bieganie jako choroba przenoszona drogą internetową,

Nie jest chyba dla nikogo wielką tajemnicą, że w ostatnim dziesięcioleciu mamy prawdziwy wysyp osób biegających. Biegają nie tylko osoby, które mają ku temu odpowiednie predyspozycje, wysportowani oraz zawsze aktywni, ale co ciekawe pasją biegową zostają zarażeni panie i panowie, którzy nigdy w życiu nie przypuszczali, że kiedykolwiek zaczną biegać. Sam jest idealnym przykładem takiego typa antysportowego  i antyprzygotowanego do uprawiania jakiekolwiek sportu. Co prawda w młodości zdarzyło mi się coś tam trenować, ale to było dawno i nieprawda. Dość napisać,że jako dzieciak, młodzieniec oraz facet bardzo długo byłem otyły, a moje zainteresowanie sportem ograniczało się do podnoszenia butelki z wiadomym napojem podczas oglądania transmisji
sportowych. Z drugiej strony zainteresowanie sportem w sensie kibicowania było zawsze. Jednak na tym się kończyło i   to było wszystko.

Skąd u mnie się wzięła pasja związana z bieganiem, to już pisałem i nie będę bił piany. Dla przypomnienia tłum biegnący mnie przyblokował, stałem w korku samochodowym i tak się wkurzyłem, że postanowiłem sam by może kiedyś zablokować tego, co teraz biegnie i przez którego jak muszę stać. No, ale wiadomo moje motywacje są z lekka zakręcone, mam swoje schizy i mało kogo bierze w taki sposób, jak to ma miejsce u mnie. Dlatego mimo coraz większych możliwości blokowania innych, związanych z tym, że biegów jest coraz więcej, to mimo wszytko nie jest to chyba główna przyczyna w tym, że coraz więcej ludzi biega. Myślę, że powód tkwi w Internecie. Łatwość dostępu do informacji, wysyp blogów biegających, jakaś tam powtarzalna promocja biegania na różnych portalach, to wszystko powoduje, że coraz więcej osób chce zobaczyć, poznać, spróbować.

W większości przypadków zapewne wygląda to tak, że siedzi sobie taki pan czy pani w domu, przegląda Neta szukając interesujących treści i raz, drugi, trzeci przepadkiem wkroczy na jakieś wyznania osoby biegającej. Pierwszy raz „ zleje”, drugi raz przebiegnie wzrokiem, trzeci raz przeczyta. Potem czwarty, piąty i pomyśli: a może i ja spróbuję? No i ja spróbuje, to pewno połowa wróci z radością przed kompa, a druga połowa poczuje ogień i już przepadnie. Ta pierwsza połowa będzie znowu siedziała przed kompem, przeglądała Neta i znowu trafi na wiadomą stronę. I połowa z nich pomyśl sobie: „ a może jeszcze raz”. No i tak się dzieje kręci i będzie kręciło dopóki Net istniał będzie. I może nawet jeden dzień dłużej. Bo dłużej raczej już nie. Podsumowując można napisać, że bieganie jest trochę jak zaraza, która krąży nad krajem dopadając coraz to nowe osoby. Jej głównym przekaźnikiem powodującym zarażenie, jest właśnie Net. 

Antybiegacz czyli naturalna forma obronna

Nie jest żadnym odkryciem, ani sensacyjną tezą stwierdzenie, że funkcjonowanie świata oparte jest na przeciwieństwach. One wzajemnie w jakiś sposób się uzupełniają, mimo że stanowią całkowite swoje zaprzeczenie. Ludzkość od samego początku zdawała sobie z tego sprawę starając się odpowiednio je nazwać udowadniając, że muszą one istnieć obok siebie mimo że w teorii wzajemnie siebie wykluczają: Yin i Yang, materia i antymateria, , harmonia i chaos , życie i śmierć. Na przeciwieństwach jest wszechświat skonstruowany i dlatego przenikają one do naszego ludzkiego świata: wojna i pokój, miłość i nienawiść, porządek i burdel. Taki przeciwieństw można wymieniać i wymieniać. Wiadomo, że jeżeli istnieje coś, co jest dla nas super, to gdzieś w mroku czai się coś, co będzie stanowiło zupełne tego super zaprzeczenie i bardzo często będzie nas dopadało.

Podobnie jest i z naszą tuptającą pasją. Jeżeli jest bieganie, jako forma i style ruchu, życia, filozofii bytu, to będzie istniało antybieganie, które będzie całkowitym przeciwieństwem. Nie chcąc używać wielkich i skomplikowanych słów określę to bardzo prosto: mamy na świecie antybiegacza. Antybiegacz może przyjąć dwojaką formę: jako człowieka, będącego delikatnie mówiąc bardzo niemiłego dla nas biegających. To jest typ, który wyzywa podczas naszych treningów w parku, że mu słońce przebiegając zasłaniamy, klnie w żywy kamień musząc się wstrzymać z przechodzeniem przez ulicę gdyż akurat jest bieg zorganizowany, a epitetach na nasz temat za kierownicą rzucanych, kiedy stoi w korku biegiem spowodowanego już nie wspomnę. Generalnie jest to człowiek, który uważa, że wszelkie formy aktywności są chore, a tych którzy je uprawiają wysłałby najchętniej w kosmos. Możliwości walki z fizycznymi antybiegaczami nie ma, oni byli, są i będą i nie ma wyjścia musimy żyć razem na tym padole łez

Innym problem jest antybiegacz, który tkwi w każdym z nas. Niestety każda osoba biegająca ma w sobie antybiegacza. To on nas namawia, byśmy odpuścili trening, byśmy zeszli z trasy, byśmy zrobili coś „ciekawszego” niż miarowe przebieranie nogami na czas. Podejrzewam, że wielu z nas już spotkało się z anybiegowymi pokusami tego osobnika. A jeżeli jeszcze się nie spotkało, to wcześniej czy później się spotka, gdyż on tkwi w każdym bez wyjątku, tylko u niektórych bardziej zagrzebany. Jak z nim walczyć? Przede wszystkim podjąć walkę i nie poddać się po pierwszych odwiedzinach. Bo jak raz się poddamy, to potem odwiedziny będą coraz częstsze. A nawet jeżeli raz czy drugi ulegniemy, to za każdym razem stawajmy opór ograniczając porażki do minimum. W życie każdego człowieka wpisane są i sukcesy i porażki dlatego nie bierzmy ich do siebie. W końcu wszystko jest oparte na przeciwieństwach. Antybiegacz jest naturalną formą obronną naszej duszy i dlatego nie przejmujmy się zbytnio jego odwiedzinami.

Czy start w biegu zorganizowanym jest celem osoby biegającej?

Na początku chciałem na chwilę nawiązać do jednego z wcześniejszych moich wpisów, który wczoraj na jednym z porali wywołał spore emocji. Sporo osób mnie potępiło, jak mogę, jak śmiem, jaki seksista ze mnie, że śmiem Kobietę do formy porównać. Odpowiem krótko: jeżeli klasyk uznał, że Kopernik i Einstein byli Kobietami, to jak Forma nie może nią być?

Muszę przyznać, że kiedy zacząłem moją przygodę z bieganiem, to moim głównym celem treningów i codziennego przydomowego tup, tup było wystartowanie w biegu zorganizowanym. To właśnie ustawiony w świadomości cel, jakim był start stanowił jakby motor napędzający całą moją pasję. I jak mam być szczery wydawało mi się, że każda osoba, która trenuje chociaż te parę razy w roku powinna się przebiec w zawodach, gdyż to one rozpalają ogień w naszych tuptających duszach, są dla nas samych dowodem na to, że potrafimy, że możemy i że moc, o której nigdy nawet sobie nie zdawaliśmy sprawy tkwi w nas. Właśnie w czasie zawodów, kiedy walczymy z kilometrami, z czasem, ze swoimi słabościami hartuje się nasz duch i budujemy w sobie pewność, że z każdych, najbardziej trudnych i zdaje się ponad nasze siły sytuacji potrafimy wybiec. Nie ma znaczenia jak, nie ma znaczenia w jakim czasie, ale wbrew wszystkiemu, wbrew samym sobie potrafimy.

Muszę przyznać, ze to mnie głównie napędzało do biegania o odnosiłem wrażenie, że tak jest z prawie wszystkimi biegającymi. Bo mamy cele i tym celem jest start. Ostatnio z niemałym zdziwieniem przeczytałem dwa różne wyniki badań na temat startów zorganizowanych rodaków i żadne z nich nie są jakimś powodem do chwały. Ciekawa jest także interpretacja tych wyników. Przegląd Sportowy w styczniu zeszłego roku informował, że w biegach zorganizowanych startowało w naszym kraju tylko około 15% biegających. I wyraźnie zostało podkreślone „tylko”, jako, że nie jest to powód do chwały. Z kolei w tym roku na stronach biegajmyrazem i zadlużenia.com (hmmm ciekawe miejsce na takie badania) została zamieszczona informacja, że Polsce w biegach zorganizowanych startuje aż 7% zadeklarowało start w biegach zorganizowanych. 

No i muszę przyznać, że jest trochę w kropce. W zeszłym roku startowało 15% biegających, a w tym roku połowa tej liczby. Mamy dwie możliwości interpretacji tej informacji. Albo w zeszłym roku dane były trefne, albo w tym roku są takie. No i jaka jest prawda? Z drugiej strony spadek ilości osób startujących trochę się zgadza z moimi osobistymi odczuciami. Napiszę tak, im więcej biegam, im dłużej przede wszystkim, tym mniej mnie pociągają starty zorganizowane. Napiszę tak, w tym roku nie licząc parkrun,(ale wiadomo, że parkrun to inna bajka) wystartowałem tylko w jednym półmaratonie i to wszystko jeżeli biega o zorganizowane wydarzenia tuptające. No jeszcze na dwie czy trzy dyszki na Cytadeli,ale to biegi zorganizowane w wersji free a nie pay. Muszę przyznać, że zastanawiające jest to, czy faktycznie biegający powoli odchodzą od biegów płatnych zorganizowanych. Troszkę jest to zgodnie z tym, co kiedyś już pisałem, że odnoszę wrażenie, że pogorszeniem oferty i podwyżką cen pakietów Orgowie sami sobie stopy strzelają. A może to biegający sami dochodzą do wniosku, że po kiego diabła mają startować, płacić za to, by podporządkować się takiemu czy innemu rygorowi startowemu, jeżeli mogą zebrać się z paroma znajomymi, albo i samotnie, wyjść przed dom, czy udać się do parku i robić sobie tyle kilometrów, ile im wyobraźnia nakaże. Może nasza pasja ewoluuje i dobiegamy do wniosku, że po co nam starty, jak to strata czasu i kasy, które można inaczej wykorzystać. A i kto wie, czy nie zaczyna się niektórym „odbijać” ten przyrost dobrobytu gospodarczego przez rządzących z taką radością głoszonego. No i to by się zgadzało, gdyż wiadomo, że góra 10% społeczeństwa nadbija średnią płacę krajową, a 90% zastanawia się jak ma przeżyć od pierwszego do pierwszego. No i te około 10% startuje w biegach zorganizowanych, a reszta sobie hasa po polach i lasach, Jak ktoś się obrazi, to napiszę krótko: jak podają dane statystyczne w USA w biegach zorganizowanych startuje ponad 50% biegających. Jak widać daleko nam do tych danych. Co trzeba, że biegających -startujących przybyło? Może Orgowie powinni się uderzyć w piersi i odejść od pogoni za samym zyskiem i spojrzenie na tych, dla których te biegi organizują. W przeciwnym razie może się okazać, że za rok dwa będzie nas startowało poniżej 5%, a dużo większa ilość będzie dalej hasać po polach i lasach, bo to ma swój wyjątkowy urok

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule napiszę krótko: kiedy zaczynałem moją przygodę biegową wydawało mi się, że tak. Obecnie mam coraz większe wątpliwości.

Bieganie w statystyce część 1

Ostatnio wbiegły mi przed oczy wyniki ciekawych badań, ogłoszonych przez runners.world.pl w zeszłym roku. Muszę przyznać, że kilka wyników jest całkowicie zgodnych z moimi spostrzeżeniami, ale kilka mnie zaskoczyło. Na początku trzeba jednak zaznaczyć, że w badaniu brało udział prawie 18.000 biegających z 24 krajów. Oznacza to, że statystycznie brało udział w badaniu niecałe 1000 naszych rodaków. Czy jest to wiarygodne badanie? Mam poważne wątpliwości, ale jakieś światełko w tunelu przepełnionym tuptającymi się ukazało.

To, że aż 40% biegających wskazało „dyszkę”, jako swój ulubiony dystans startowy, to raczej nie dziwi. Dyszka to taki fajny, przyjemny dystans, z którym praktycznie każda, względnie rozruszana osoba, bez nawet specjalistycznego, ostrego treningu sobie poradzi. Zastanawiające jest drugie miejsce półmaratonu, który wskazała prawie 1/3 badanych. To już robi wrażenie, bo połówka, to już jest względnie poważne wyzwanie, a nie jakaś biegowa popierdółka. 

Nie muszę chyba dodawać, że najbardziej mnie, jako faceta zainteresowały wyniki związane wzajemnym współgranie seksu i biegania. Ciekawe, że 19% Polaków i aż 56% Amerykanów uprawia seks na dzień przed zawodami. Ja, jak mam być szczery zdecydowanie preferuję seks zaraz po starcie, a czym już kilka razy pisałem.
http://biegaczamator.blog.pl/2016/07/03/seks-po-bieganiu-najlepiej-smakuje/
. Przed startem wydaje mi się, że raczej może osłabić, niż wzmocnić, ale to już moja prywatna opinia. Z drugiej strony może faktycznie trzeba jeszcze trochę przed zawodami popróbować. Natomiast z jednym za bardzo zgodzić się nie mogę. Pytanie: „mając do wyboru seks lub bieganie”, sorry za określenie, ale wydaje mi się trochę tendencyjne. Nie jest fajnie traktować seksu i biegania jako substytutów, tylko raczej uzupełnienie. Bieganie daje w czasie seksu zupełnie inne obszary doznań. 

Myślę, że na tym na ten moment zakończę, ale temat jeszcze z pewnością nie jest wyczerpany. Na razie jestem na etapie zbierania kolejnych danych, a jest ich trochę. Niesłychany wręcz rozwój tuptającej pasji powoduje, że zostaje przeprowadzonych coraz więcej różneg rodzaju badań, które starają się wytłumaczyć daczego, po co i co nam to daje. Muszę przyznać, ze dla nas tuptajacych i piszących to czy owo, to piękne źródło do analiz. 

Współczesny Polak, to aktywny Polak,

Ostatnio wbiegły mi przed oczy różne ciekawe statystyki związane z biegniem w naszym kraju. W większości przypadków znajdywałem jak na sportowych, powiązanych z naszą pasją portalach, takich jak „Polska biega”, „runners-world”, „biegajmy razem”, ogólnie sportowych , jak np. „Przegląd Sportowy”, ale nawet na takich ogólnych, o „biegowej czapy”, jak „zadłużenia.com”.

Zacznijmy może od początku. Jak zostało napisane w Newsweek-u w 2012 roku: „ Sondaż pokazał, że co piąty dorosły Polak ćwiczy każdego dnia, a 27 proc. jest aktywnych 2-6 razy w tygodniu. Tylko co czwarty nie uprawia sportu w ogóle. – W podobnych badaniach sprzed 15 lat aż trzy czwarte respondentów przyznało, że nie ćwiczy, a dekadę temu brak ruchu deklarowało 59 proc. badanych – przypomina dr Krzysztof Jankowski, socjolog z warszawskiej AWF.” Przypominam, że są do dane z 2012 roku. Jak to wygląda 5 lat później? Jak podaje raport Kantar TNS: „ Badanie pokazuje, że 62% respondentów uprawia sport. Ciekawe, że w tym 30% badanych robi to co najmniej trzy razy w tygodniu, zaś 20% przynajmniej raz w tygodniu. Najczęściej sięgamy po rower – 31% respondentów. Wybieramy sprzęt prywatny zamiast tego, który jest dostępny w wypożyczalniach rowerów miejskich – to deklaruje tylko 2% Polaków.
Polacy lubią biegać. To druga popularna dyscyplina wśród badanych – 29%. Wśród zadeklarowanych biegaczy 7% potwierdziło udział w zawodach masowych (najczęściej osoby w wieku 25-39 lat). 

Kiedy się wczytamy w raport możemy znaleźć dużo innych, jakże ciekawych informacji. Możemy się dowiedzieć, w jakich godzinach obserwujemy największą aktywność, w jakim wieku, kiedy zaczynamy być aktywni itp. itd. Do tych tematów powrócę w późniejszych wpisach, które w tym tygodniu zamierzam wrzucać. Dzisiaj chciałem jeszcze podzielić się inną refleksją. Jak podają źródła „ sprzed 15 lat aż trzy czwarte respondentów przyznało, że nie ćwiczy, a dekadę temu brak ruchu deklarowało 59 proc. badanych”. Zgodnie z podanymi danymi, obecnie 1/3 Polaków nie ćwiczy, czyli w okresie 15 lat, mamy całkowite odwrócenie sytuacji. Pytanie, jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Z jednej strony z pewnością ogólnie panująca moda na ruch, na aktywność, na „inne, lepsze życie”. Do tego szereg różnych imprez sportowych dla amatorów, których obecnie widzimy prawdziwy wysyp. Jednak myślę, że chyba najważniejszym powodem jest łatwość dostępu do informacji. Jak podają dane statystyczne obecnie dostęp do Internetu w Polce ma około 72 % Polaków. Mnie w tym momencie interesuje jedno pytanie: jaki procent Polaków z dostępem do Internetu jest aktywnych fizycznie. I myślę, że odpowiedź na to pytanie ukazałaby nam eksplozję aktywności Polaków w ostatnich latach.

Forma jest jak kobieta

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Piotrze masz dużo racji. Jak już pisałem mam dwa wyjścia: albo pobiegnę, albo odpuszczę. Jak pobiegnę, to przepadnę, jak odpuszczę to będę żałował, że nie dałem sobie szansy, by może jednak nie przepaść.

Ale jest jeszcze jedna, jakże ważna dla nas sprawa. Do tego żeby wystartować w takim wydarzeniu jak maraton, to musimy mieć pewność, że nasza aktualna forma daje nam szanse, nie tylko, by wystartować, ale co ważniejsze przebiec, dobiec. No i dobiegamy do głównego punktu dzisiejszego wpisu, czy tego czym jest dla nas biegających forma. W tym miejscu chcę zaznaczyć, że zerkam z mojego męskiego punktu widzenia i mam nadzieję, że odwiedzające mnie Panie wybaczą to trocję szowinistyczne,  męskie postrzeganie tematu.

Co jest najważniejsze dla nas, tuptajacych i szykujących się do takiego czy innego startu. Oczywiście jest to nasza forma. Czym dla mnie biegającego faceta jest forma? Forma jest tym, co najbardziej pożądam, czego pragnę. Marzę o tym, by zawsze była przy mnie, aby nigdy mnie nie opuściła, aby była we mnie, zespolona ze mną tak, jakbyśmy byli jednością. Pragnę ją czuć i aby być w niej, ale jednocześnie ona we mnie. Uwielbiam ją, jej każdy uśmiech, tchnienie jej mocy, którym obdarza moją duszę i moje ciało. Kiedy tylko zechce owiać mnie swoim oddechem. Ale niestety forma bywa bardzo humorzasta. Raz jest blisko, uśmiechnieta, radosna, innym razem się obraża i znika. Jest nieprzewidywalna nigdy nie wiemy jak się zachowa. Czy będzie z nami, tak blisko, czy nagle nie spakuje się i wyprowadzi od nas. Nigdy nie wiemy, czy może głowa ją nie rozboli, obrazi, będzie miała ciężkie dni, albo mamusia nie wpadnie w odwiedziny.  Wtedy jedynie co, możemy pobiec do sklepu na zakupy, by poprawić humor, a nie na zawody. Musimy o nią dbać, rozpieszczać ją, pamiętać o ważnych dla niej dat, chuchać i dmuchać a nią. No, ale życie osoby biegającej bez formy jest skazane na tupklapę. Dlatego mimo jej humorów, uwielbiamy ją i życia bez niej sobie nie wyobrażamy. Niech więc forma nigdy nas nie opuszcza. A kiedy tak analizuję jej zachowania i mojej jej postrzeganie, to muszę przyznać, że ma ona w sobie coś z kobiety.

Na końcu chciałbym się jeszcze odnieść do zdjęcia ten wpis prowadzącego. Czy potrzebna jest nam nowa forma? Myślę, że  tutaj tak, jak z kobietą warto się trzymać jednej, gdyż wiemy czego się po niej możemy spodziewać. Jak będziemy o nią odpowiednio dbali, to ona się nam odpowiednio zrewanżuje, a poszukanie nowej formy może przynieść bardzo mało przyjemne konsekwencje. Nigdy nie wiemy czy nowa w skarpetkach nas nie puści do domu, znaczy się na trasę. 

Sobotni prawie cotygodniowy rytuał biegowy

Każda osoba, która zarażona jest taką, czy inną pasją musi mieć jakąś dodatkową ekstra motywację, która stanowi dla naszej pasji dodatkowe, ekstra wspomaganie. Dla filatelisty to będzie jakiś ekstra, super znaczek za którym poluje, dla kino maniaka super premiera, na której musi być, dla tego, co nic nie lubi robić ukochany fotel frontowo ustawiony przed telewizorem ( ewentualnie sam telewizor), a da nas osób aktywnych, jest to zwykle start w naszych ulubionych zawodach.

W naszym przypadku dotyczy tej grupy osób tuptających, które decydują się na starty w takich czy innych zawodach, czy może bardziej czy mniej zorganizowanych wydarzeniach biegowych. Niektórzy mają taki jeden czy dwa starty w roku, bez których sobie nie wyobrażają biegania. To dla nich święto, do którego przez cały rok się przygotowują. U mnie takim moim najważniejszym i najbardziej podtrzymującym mnie w bieganiu startem jest oczywiście parkrun. Jak mam wolną sobotę, to nie ma opcji, bym na Cytadelę, a sporadycznie i do innej lokalizacji się nie wybrał.

Tak też było dzisiaj. Mimo że rano było wcale nie z lekka chłodnawo, to na wszelki wypadek, pod ciepłą warstwą miałem lekką i tak zabezpieczony udałem się Cytadelę. Kiedy dojechałem, okazało się, że wzięcie lekkiego ubrania było strzałem w dziesiątkę, gdyż bardzo szybko zrobiło się ciepło. Szybkie przebranie, przywitanie ze znajomymi i na start. Dzisiaj około 170-180 osób na Parkrun przybyło, co jest od jakiegoś czasu taką średnią statystyczne. I pomyśleć, że kiedy zaczynałem moją przygodę z parkrun były weekendy, że i setki nie mogliśmy zebrać. No, ale czasy się zmieniają, a w zalewie biegów płatnych taka darmowa piąteczka jest bardzo fajnym przerywnikiem. Tempo dzisiaj znowu spokojne, bo ciągle w głowie ta Warszawa siedzi i nie mam wizji jak biegać, żeby było dobrze. Z drugiej strony dzisiaj tempo mimo wszystko trochę za ostre, gdyż zdecydowanie poniżej tego, co będę chciał biec za tydzień.

No, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że ponowie mój ulubiony bieg po raz chyba już 204 został przetuptany. Czyli moje biegowe czary w postaci rytualnego tup tup na Cytadeli zostały oprawione. 

Deszcz – najlepszy biegowy motywator

Wczoraj, kiedy wyruszałem na trening było niby trochę pochmurno, ale ze zdecydowaną przewagą względnie jasnego nieba. Przyjemnie, chłodno, ale nie zimno, nie upalnie, jednym słowem pogoda do tuptania wydawała się by idealna. Dlatego ubrałem się w jedną biegową warstwę i na codzienne, radosne tup, tup. Niestety czy stety, tak po dwóch, kilometrachnagle zaczęło wiać i z nieba spadł deszcz. Jeszcze, żeby to był ciepływiosenny, czy letni deszczyk. Oj nie, nagle zaczęły spadać z nieba lodowato zimne, tnące krople, które w pierwszej chwili  prawie mnie nie zatrzymały w połowie kroku.

Pierwsza myśl, to była: ” w tył zwrot i do domu”. No, ale z drugiej strony byłem prawie w połowie mojej pętli i w sumie tak naprawdę biec w tył, czy w przód nie stanowiło zbyt dużej różnicy w czasie dobiegnięcia do domu. Dlatego postanowiłem nie robić treningowych odstępstw i tuptać swoje. Muszę przyznać, że mimo wszystko różnica między tym treningiem, a większością innych była zasadnicza. To nie było klasyczne i standardowe tup, tup, tylko tup w wersji śmig i świst, oczywiście zgodnie z moimi możliwościami. No i muszę przyznać, że biegło się super. Mimo że te zimne, tnące krople niemal mroziły, ale wyzwalały taką potrzebę przyśpieszenia, że faktycznie czułem, jak czas śmiga zupełnie inaczej niż zwykle. Odczucia były fantastyczne. Co prawda było z lekka mało komfortowo pod względem odczuć fizycznych, ale psychicznie dusza z radości tańczyła. Ludzie pochowani za oknami domów samochodów, skupieni na przystankach pod metalowymi wiatami modląc się, by jak najszybciej przyjechał autobus i zabrał ich z tego zacinającego deszczu, a w tym wszystkim na wpół ubrany, albo w połowie rozebrany ( można wybrać określenie, które najbardziej pasuje) biegacz amator kilometry swoje robiący. Wydawałoby się, że wbrew i pogodzie i zdrowemu rozsądkowi. Ale to tylko może być zupełnie powierzchowna opinia. Gdyż kto sam siebie i pogody w takich warunkach nie pokonał, ten nie wiem, ile dzięki takiej walce i własnemu, prywatnemu zwycięstwu osiągnąć może. Kiedy wbrew wszystkiemu dobiegnie się do domu, to moc jest w nas taka, że kulę ziemską w dłoń możemy schwycić i tak ścisnąć, aż oceany, rzeki i jeziora spłyną w kosmos. To jest dopiero motywacja.

Z drugiej strony się zastanawiam czy tylko deszcz. W końcu mróz, śnieg, upał nie chyba warunków, w których źle się biega. Jak pasja płonie pełnym ogniem, to im gorzej na dworze, tym dla ogarniętych pasją lepiej .

Człowiek – istota skazana na nałogi

My ludzie, jesteśmy typami o określonej osobowości, inteligencji, umiejętności tworzenia za pomocą różnych wymyślonych narzędzi oraz innych specjalistycznych możliwościach, które wyróżniają nas od innych, zamieszkujących naszą planetę istot. Potrafimy zarówno upiększać, jak i niszczyć otaczający nas świat. I tak na zupełnym marginesie jesteśmy dobrzy w te klocki. Tak, jak wspomniałem dużo cech i umiejętności nas odróżnia od otaczających istot, ale chyba jedną z takich ważniejszych jest to, że potrafimy widzieć w życiu trochę głębszy sens, niż tylko trwanie dla trwania. Mamy własne zainteresowania, hobby, pasje oraz to wszystko, co w jakiś sposób urozmaica nasze trwanie na tym padole łez.

Jednym z takich poważniejszych urozmaiceń jest to, że w jakiś sposób jesteśmy skazani na nałogi. Mogą one przybrać różną formę, różny obraz i w różny sposób na nas oddziaływać. Na początku musimy trochę inaczej spojrzeć na znaczenie słowa nałogi. W większości przypadków wyraz ten kojarzy się jednoznacznie i bardzo negatywne. Nałóg rozumiemy jako papierosy, alkohol, narkotyki, czyli coś co działa na nasze ciało i duszę w sposób destrukcyjny. Ale nie zawsze i nie do końca tak jest.

Równie dobrze nałogiem jest nasze hobby, zainteresowania, różne formy aktywności, czyli wszystko to, co powoduje, że z taką radością odrywamy się od naszej mniej czy bardziej szarej codzienności. Coś dzięki czemu nie wyobrażamy sobie życia, bo to nadaje jemu odpowiedniego kolorytu i sensu naszego bycia w tym świecie. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego, gdyż to ładuje nasze życiowe akumulatory i nawet jeżeli czasem może się okazać destrukcyjna dla nas, to i tak w ułożonym rachunku jest zdecydowanie na plus. My ludzie jesteśmy jakby skazani na różnego rodzaju nałogi, bo w przeciwnym razie, na męski narząd rozrodczy ( w dużo mniej akceptowalnym określeniu) po co jest żyć. I myślę, że wszystko w tym temacie. Mógłbym pociągnąć, bo w końcu lubuję się w filozoficznych rozważaniach, ale wolę nie przeciągać zbytnio struny. 

Czy możemy uniknąć kontuzji?

Pytanie niemal z gatunki czarnej magii i fantastyki. Czy my osoby biegające możemy w czasie całej naszej przynajmniej paroletniej pasji uniknąć kontuzji. Opinie, jak to opinie bywają podzielone. Jedni uważają, że nie ma takiej możliwości, inni wręcz przeciwnie. I jedni i drudzy są przekonani do swoich racji. Biegający fataliści wybiegają z założenia, że tak i siak wcześniej czy później nas to spotka. Nie ma opcji, żeby nie. Im więcej trenujemy, im bombardujemy nasze ciało coraz większą dawką obciążeń nie ma szans, by się w pewnym momencie nie zbuntowało. Im więcej biegamy, tym większe prawdopodobieństwo, że defekt się nam przytrafi. To jak, ze wszystkimi innymi elementami czy przedmiotami, które nas otaczają. Im bardziej je eksploatujemy, tym większa szansa, że przytrafi się większa czy mniejsza awaria.

Zupełnie inaczej patrzą życiowi optymiści, a do tego ci,którzy bardzo poważnie zgłębili temat biegania. Oni wybiegają z prostego i także logicznego założenia: jeżeli dbamy o siebie, rozciągamy się, wzmacniamy dodatkowymi treningami, zdrowo odżywiamy, prowadzimy godny (pytanie co to znaczy) tryb życia, to mamy tak zakonserwowany i wychuchany organizm, że możemy biegać i biegać, a kontuzje i tak będą nas omijały. I też mogą się odwoływać do przedmiotów, które nas otaczają. Jak będziemy je serwisowali, robili przeglądy i tak po ludzku mówiąc dbali o nie, to mogą i nas przeżyć.

No i nasuwa się pytanie: która wizja jest bardziej zgodna z rzeczywistością. No cóż obie są w pewien sposób prawdziwe i nie można ani jednej, ani drugiej negować. Jeżeli bardzo dużo biegamy, trenujemy, startujemy tak że świata poza tym nie widzimy, to mimo całego naszego zabezpieczenia zawsze może zdarzyć się przypadek, którego nie był w stanie przewidzieć. W końcu prezerwatywa też czasem bywa zawodna. Tak zwany przypadek losowy. Z drugiej strony, jeżeli biegamy sobie czysto rekreacyjnie, bez nastawiania się na jakieś wielkie treningi, starty i tuptamy tylko samej przyjemności biegowej, zgodnie z rytuałem tych paru kilometrów dziennie, nie więcej niż np. 30 tygodniowo, to możemy faktycznie tuptać i tuptać i nic wielkiego może się nam nie przytrafić. Tyle, że i tak reguły nie ma. Można sobie nadwyrężyć czy nawet skręcić nogę biegając raz czy dwa razy w tygodniu i goniąc uciekający tramwaj, a można trenować i trenować i nic złego się nam nie stanie. Pod jednym jednak warunkiem. Jeżeli robimy to głową.

Podsumowując można napisać, że ryzyko kontuzji niczym miecz kata wisi nad głowami osób aktywnych  i diabli wiedzą, kiedy spadnie. Alteratywą jest nic nie robić i w spokoju i z jeszcze większym  fatalizmem czekać na zawał, miażdżycę i inne przypadki krążące wokół tych ostrożnie mało ruchliwych. No i pytanie: która forma życia ma większą przyszłość. Z drugiej strony, nawet pozbawione aktywności życie, ale z jakimś sensem i głową też może się toczyć i toczyć. Tylko pytanie dokąd i w jakim celu.