Eksperymenty przed maratonem

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Macieju, mamy tutaj jedno zdanie: enduhub, to bez wątpienia jeden z najlepszych portali dla osób biegajacych. Można się posunąć nawet do stwierdzenia, że jeżeli kogoś z jego wynikami nie ma na tym portalu, to znaczy, że nie starutuje, a jego tuptanie sprowadza się tylko do czystej rekreakcji  dla samego tupoczynku, czyli wiadomo o co biega. Nie ma w tym nic złego, a jednak czegoś brakuje. Datego też jedni częsciej, inni rzadziej ale tuptający na trasy biegów zorganizowanych ruszają, bo takie zawody, to tak naprawdę clue naszej pasji.

Specjalnie do nich przygotowujemy specjalne plany treningowe korzystając z wiedzy i doświadczeń innych, ewentualnie własnej, wybujałej fantazji. Zasada jest prosta,: im poważnejszy start, do którego planujemy się przygotować, tym nasz plan treningowy powinien być specjalnie pod dany tuprojekt szyty. Szczególnie, kiedy mówimy o zmaganiach od Królewskiego Dystansu wzwyż. Tu nie powinno być miejsca na improwizacje, bo to wyzwanie, bój, wojna z samym sobą i z trasą i jeżeli czegokolwiek zaniedbamy, to może się okazać, że wyjdzie bardzo blada pupa. Tak blada, że już bledsza być nie może. Dlatego w przypadku od  Królewskego Dystansu wzwyż, wszystko zgodnie z tuptającą procedurą opracowaną przez tych, którzy naprawdę w tym temacie wiedzą co piszą i mówią. I ta zasada powinna dotyczyć każdego.

No chyba, że ktoś jest biegaczem amatorem wariatem z dodatkowymi problemami. To wtedy nie ma wyjścia. Forma do pupy, do tego niepewny stan fizyczny i obawa, że jakiś miły urazik dookoła krąży i niemal stuprocentowa pewność, że w obecny stanie, zastosowanie tradycyjnego treningu może przynieć efekt fatalny. I co w takiej sytuacji? Mamy dwie opcje. Albo się poddać i powiedzieć: sorry nie dam rady Korona i warszawski maraton nie dla mnie, albo… zaryzykować i podjąć ryzyko eksperymentu na własnym organiźmie.  Jestem przekonany, że rozsądne to nie jest. Biegnąć dalej, nikomu nie będę radził ekperymentów na 7 tygodni przed maratonem, bo to wariactwo. No, ale co ja poradzę, że jestem biegacz amator wariat.

Na co powinniśmy zwracać uwagę podczas biegania

Dzisiaj jedna ze znajomych biegaczek, i to tych z tuptającej czołówki napisała do mnie, jak wkurza ją, że wielu biegających nie przyznaje się do swoich treningów, faktycznej mocy startowej i innych takich.Że ktoś jej mówił, że pobiegł „lajtowo”, a na podium się znalazł. Ktoś inny mówi, że biega codziennie 12 kilometrów, ale nie jest w stanie określić, co to za trening, w jakim tempie, na jakim tętnie itp. Muszę przyznać, że trochę mnie to zażyło. Tak naprawdę dla nas, zwykłych szarych tuptaczy trening, to trenig czyli biegniemy sobie tyle ile nam pasuje. Raz  jest to spokojne tuptanie, raz szybsze, ewentualnie kontrolujemy czas, a cała reszta nie ma takiego znaczenia.

Co do kontrolowania tempa w jakis sposób rozumiem, że warto je sprawdzać i kontrolować. Bardzo ciekawy tekst na ten tamat znalazłem na stronie Polska Biega

http://polskabiega.sport.pl/polskabiega/1,105609,14122217,Bieganie_w_tempie_czy_na_tetnie_.html

Muszę przyznać, że robi to jakieś wrażenie. Powiedzmy sobie szczerze, my zupełni amatorzy, a amatorzy, którzy dysponują już jakąś wiedzą i starają się ją wykorzystać w życiu biegowym, to zupełnie inna bajka. My co prawda od czasu do czasu także staramy się usprawnić, ulepszyć, czy nadać niby to kształtu profesjonalizmu naszemu bieganiu, ale różnie z tym wybiega. Jednak są elementy. na które warto zwracać uwagę przed, w trakcie i po bieganiu. Ja jestem podobnie jak większosć z nas klasycznym amatorem i nie napiszę, że znam wszystie opowiedzi na to pytanie, gdyż byłoby to kłamtwo z mojej strony. Ale podstawowe rzeczy, takie jak rozgrzewka przed, rozciąganie po, słuchanie swojego organizmu, bieganie urozmaicone różnymi rytmami, podbiegami, interwałami, kontrolowanie tętna i jeszcze kilka, które znajdziecie na profesjonalnych portalach, są ważne i mają istotny wpływ na nasze tuptanie. Dlatego proponuje jedno, nim zaczniecie biegać, lub jeżeli biegacie, to poszerzajcie swoją wiedzę na ten temat. Nadmiar wiedzy w tym przypadku nikomu nie zaszkodził,  a moze pomóc w uniknięciu nie do końca przyjmnej i miłej kontuzji.

Znajoma biegaczka zwróciła uwagę na jeszcze jeden szczegół. Jak to jest z naszą biegową prawdomównością. Ktoś jej mówi, że biegł zupełnie lightowo, a znalazł się na podium, ktoś mówi, że praktycznie nie trenuje, a maraton w rewelacyjnym czasie pokonuje, ktoś niby wcale nie biega, a staje na starcie połówki i na luzie z dobrym czasem ją zalicza. Myślę, że odpowiedź na ten problem, nie problem, może zagadnienie jest prosta. Zawsze lubimy pokazywać, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy w rzeczywistości. Tak, aby wszyscy myśleli, że biegamy dla innych, by być z nimi w ich towarzystwie, gdyż gdybyśmy naprawdę się zawzięli i wystarowali, to świat profi i rekordy kraju, Europy czy Świata, to byłby pikuś. Ale my wolimy biegać w miłym towarzystwie amatorów tuptaczy i dlatego biegamy na luziku.

Śmigacze, tuptacze i człapacze

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, masz rację, tak ten trening można określić

W porannym wpisie dokonałem, tak trochę na luzie podziału butów na śmigajki i tuptajki. Sunąć dalej w rozważaniach posunąłem się do podobnego podziału osób tuptających. Jednak myślę, że nawet rozdrabniając śmigaczy i tuptaczy na tych klasy M czy S, to jednak i tak nie jesteśmy w stanie dokonać pełnego i kompletnego podziału.

Powód jest jeden i zasadniczy. Każda osoba jest inna, ma inne pragnienia, sny i cele, które przed sobą stawia. Ja wiem, że dla różnych speców od psychologii, budujących w celach marketingowych podział społeczeństwa na grupy, do których trafia odpowiednia forma przekazu reklamowego podział jest jeden, prosty i eliminujący indywidualność każdego z nas. Dlatego też unikamy określeń jeden biegacz czy biegaczka, tylko zawsze w liczbie mnogiej: my biegacze. Wtedy czujemy, że należymy do jednej wielkiej tuptającej rodziny. Jednak ta nasza rodzina mimo wszystko dzieli się na takie trzy podstawowe biegowe typy, w zależności o tuptajacego potencjału.

Jak wspomniałem na samym szczycie mamy śmigaczy, dla których czas jest wyznacznikiem tego, co chcą łamać, oraz głównym powodem startu z zawodach. Specjalną odmianą śmigaczy są ścigacze, czyli nie tylko łamią granice czasowe dla wielu z nas nawet nierealne do osiągnięcia w snach, ale jednocześnie dzięki tuptającym pojedynkom czy udowadnianiu tego, kto w grupie jest najlepszy mają dzięki temu dodatkową motywację do jeszcze ekstra przyduszenia kilometrów. Jak wspomniałem w grupie śmigaczy mamy mistrzów, supermenów oraz tylko „zwykłych” niezwykłych przełamywaczy barier swoich czasowych możliwości. To jest nasza elita, szczyty szczytów biegowych możliwości. Zakres czasowy śmigaczy przestawiłem rano, ale dla przypomnienia: 5 kilometrów poniżej 20 minut, dyszki poniżej 40 minut, półmaratony do półtora godziny, a maratony do trzech.

No, ale zdecydowana większość z nas, to zwykli, szarzy tuptacze, którzy biegają dla frajdy, przyjemności, ot by dobiec do mety w ramach możliwego do zaakceptowania czasu. Nie musi to być jakiś czas ekstra, super, ale w ramach pewnej przyzwoitości. Jakie to będą czasy dla nas zwykłych tuptaczy? Takie by dobiec na luzie i spokoju. Na 5 kliometrów myślę, że będzie tak do 28 minut, na dyszkę tak do godziny, bo jest to czas, który myślę, że każda trochę poważnie trenująca, zdrowa osoba bez zbytnich obciążeń gotowa zrobić. Jak to będzie wyglądało w półmaratonach? Myślę, że 2 godziny i 10 minut, to będzie ta granica dla tuptacza rozsądna, a na Królewskim dystansie do 5 godzin.

No, ale mamy jeszcze grupę, czyli człapaczy, dla których samo może nie koniecznie dobiegnięcie, ale doczłapanie w różnych metodach, biegnąc, idąc, odpoczywając, ale metę osiągną. I to jet słowo klucz, to jet najważniejsze: sama meta, a czas? Byle w limicie się zmieścić i żeby nie ściągnęli nas trasy. I to jest chyba najważniejsze.

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych biegających, Ci którzy zaliczają się do „gorszych” grup są także gorszymi ludźmi, niegodnymi zwrócenia uwagi mistrzów. Na szczęście są to sporadyczne wyjątki, gdyż znam wielu naprawdę dobrych śmigaczy, których nawet butów nie godnym wiązać,  a z którymi na każdy temat można pogadać. Wyniki jedno, ale ludźmi wszyscy takimi samymi jesteśmy. Wiadomo, że w biegowym peletonie najwięcej jest nas zwykłych tuptaczy. Szczyt stanowią śmigacze, a człapacze? Jak ich można oceniać? Szczerze, są dla mnie tak samo ważni, jak cała reszta nas biegających. Bo ile trzeba uporu i samozaparcia, by znając swoje ograniczenia wynikowe zdecydować się na start i nawet doczłapać do mety, zamiast siedzieć przed TV z chipsami. Pełen podziw i uznanie.

Jeszcze o Herbie Półmaratonów i Maratonów Polski

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Dzięki Marku za rozszerzenie wiadomości o tym, jak zmieniała się nazwa Kwidzyna.

Ostatnio popełniłem tekst na temat nowej wizji związanej z Herbem Maratonów i Półmaratonów Polski. Jednak nie przedstawiłem pełnej idei, gdyż by to zrobić trzeba oddać głos twórcy całego pomysłu:

„Może należy napisać kilka słów odnośnie idei wprowadzenia Herbu Maratonów i Herbu Półmaratonów, dla wszystkich zwolenników i przeciwników tego typu dodatkowych wyróżnień dla osób biegających na dystansie maratonu i półmaratonu.  Idea wprowadzenia tego dodatkowego odznaczenia pojawiła się w sumie pod koniec 2016 roku. Jedną z przesłanek aby się za to zabrać były dwa dosyć ważne wydarzenia z naszej perspektywy. Po pierwsze artykuły które pojawiły się w sieci ile kosztuje tak naprawdę zdobycie innych funkcjonujących na rynku odznaczeń za ukończenie pewnej określonej ilości biegów na danym dystansie. I co ciekawe niektóre wpisy internautów pokazały że są to koszty kilku tysięcy złotych. To duży wydatek spowodowany głównie kosztami podróży oraz noclegów, gdyż dla otrzymania dodatkowego odznaczenia potrzebne są kolejne biegi. Przeanalizowaliśmy masę rankingów publikowanych na maratonach polskich, na portalu enduhub i doszliśmy do wniosku że jest masa biegaczy którzy w danym roku ukończyli po 8-10 a nawet więcej maratonów czy półmaratonów w roku nie zakwalifikowaliby się do otrzymania dodatkowego odznaczenia bo nie ukończyli wskazanych z góry biegów. Stąd pojawił się pomysł takiego dodatkowego, koleżeńskiego i zupełnie niekomercyjnego przedsięwzięcia jakim jest herb maratonów i herb półmaratonów. To także odpowiedź dla biegaczy którzy z dużym wyprzedzeniem zapisali się na Półmaraton w Sobótce i zostali troszkę na lodzie, bo liczyli że za swój trud dostaną dodatkową pamiątkę a tu nagle bieg wypadł z dodatkowych klasyfikacji. Przy okazji na własnych drogach biegowych udało mi się poznać masę biegaczy i tych trochę starszej daty, ale także całkiem młodą dziewczynę która biega maratony sama dla siebie na małych kameralnych imprezach organizowanych przez grupę przyjaciół i warto takie inicjatywy docenić. Warto też odwiedzać te małe kameralne imprezy biegowe, gdyż one mają klimat. Aby był fajny bieg wcale nie musi biec 5 czy 10 tysięcy osób, fakt w takim gronie jest adrenalinka ale czy tym mniejszym imprezom czegoś brakuje? Moim zdaniem nie i nie można umniejszać rangi udziału w takich imprezach. Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na jedno, że środowisko biegowe powinno się łączyć a nie dzielić. Wspierać swoje biegowe inicjatywy a nie hejtować ten czy inny projekt. Każdy z projektów jest super a co najważniejsze każdy jest dla nas niesamowita motywacją aby wyjść z domu i zwyczajnie pobiec. Jedni wybiorą herb, jedni koronę a jedni triadę, a jedni zdobędą z łatwością wszystkie te trzy odznaczenia i oto chodzi. Każdy sposób motywacji jest dobrym sposobem. A jak spytacie czy potrzebne jest dodatkowe odznaczenie? Myślę że tak, i to właśnie dla osób które biegają w kameralnych czy bardziej niszowych imprezach. Chyba Wam jako biegaczom, doświadczonym biegaczom skoro uczestniczycie w biegach maratońskich czy półmaratońskich nie trzeba tłumaczyć że każdy start na dystansie maratonu czy też półmaratonu wymaga godzin spędzonych przez nas na treningach, dla niektórych także specjalnych diet i wyrzeczeń. Bez względu na to czy pobiegniemy w Warszawie, Szczecinie, Berlinie, Nowym Jorku czy w małej Wituni wysiłek i zaangażowanie każdego z uczestników jest bezsprzeczne i nie można go bagatelizować. Masa z nas czasem zwyczajnie nie może logistycznie ogarnąć udziału w konkretnych biegach, przecież każdy z nas ma rodziny, pracę, obowiązku a czasem zwyczajnie ograniczone finanse, dlatego forma którą chce zaproponować Wam herb maratonów i herb półmaratonów chce uhonorować Was, tych zwykłych niezwykłych ludzi dla których największą pasją jest bieganie, i bez względu czy ukończycie największy bieg świata czy kameralny bieg pokonaliście ten sam dystans. Łączy nas jedno, pasja i dystans pod butami i to niech nas łączy i jednoczy a nie dzieli, bo to w końcu my jesteśmy maratończykami i półmaratończykami, niejednokrotnie biegnącymi z własnymi intencjami, czasem także by pomóc innym. Warto też podkreślić jedno, gdyby udało nam się kiedykolwiek znaleźć sponsora, który współfinansowałby zakup i wysyłkę herbów to zapewniamy Was że herb byłby dla Was zupełnie darmowy, bo na to zasługujecie. Kwota 30 zł pokrywa przy tak niskim nakładzie koszty produkcji herbu, zakupu kopert i kosztów wysyłki pocztowej i jest inicjatywa zupełnie non profit. Czekamy na Wasze maile, z inicjatywami które mogłyby dodatkowo uatrakcyjnić w Waszych oczach całe ideę funkcjonowania herbu. Wysyłajcie maile:  herb@herbmaratonów.pl

Muszę przyznać, że pomysł super. Wiem, że parę osób będzie atakowało, parę wspierało, a co najważniejsze karuzela biegowa musi się kręcić. Czy wizja wypali? Zobaczymy, muszę przyznać, że poważnie myślę, my podjąć wyzwanie. W tym roku jednak w planie tylko dwa maratony, no, ale zobaczymy, pobiegniemy, pomyślimy. Na koniec nasuwa się pytanie: czy Herb stanowi konkurencję czy raczej uzupełnienie Korony, to myślę, że chyba jednak uzupełnienie. Dzięki Herbowi, kiedy już zdobędziemy wymarzoną Koronę, to kolejny cel przed nami się objawi. A warto w życiu mieć zawsze przed sobą cele. nawet jeżeli komuś się wydaje, co tam jakieś cele biegowe. Tak naprawdę one wcale nie są mniej ważne od życiowych, tylko idealnie je wspomagają.

Poznańska chciwość organizacyjna

Nie ważne, czy ktoś z nas jest osobą wierzącą czy też nie w chrześcijańskie dogmaty wiary, ale kilka z nich jest ponadczasowych i każdemu czy każdej powinny przyświecać. Jednym z grzechów głównych jest chciwość. I coś w tym jest, gdyż nie raz się głosi, że chytry dwa razy traci. Chociaż w naszym przypadku można napisać : chciwy traci dwa razy, albo i więcej

Ciężko jest to pisać, ale przekonują się o tym organizatorzy jednego najpopularniejszych półmaratonów w naszym kraju, czyli naszej poznańskiej połówki.

No, ale od początku. W poznańskim półmaratonie biegłem 2 razy. Pierwszy raz na początku mojej przygody z półmaratonami w 2014. To był mój pierwszy półmaraton. Po raz drugi w kolejnym roku. Moje odczucia ze startów nie były najlepsze. Ot bieg jak bieg, organizacyjnie przeciętnie, strefa konsumpcyjna nie do przełknięcia, do tego stawka z roku na rok wyższa. To było dla mnie zastanawiające. Z roku na rok Orgowie stawkę podnosili, a swoich podwykonawców maksymalnie wyciskali na zasadzie ogłaszanego przetargu: kto mniej zażąda na daną usługę. Cel był jeden: minimalizacja kosztów, maksymalizacja przychodów. Czyli biznes musiał się kręcić. Kiedy w zeszłym roku stawka znowu wzrosła już sobie odpuściłem wybiegając z założenia, że jeżeli za tą cenę mogę pobiec w pełnym maratonie, to płacenia za połówkę, gdzie organizacja jest przeciętna, a do tego tłum zdrowo wkur… znaczy zdenerwowanych mieszkańców, to po cholerę mi to.

Zresztą coraz więcej sygnałów było do Organizatora ze strony biegaczy przesyłanych, że jest gdzieś granica dobrego smaku i akceptowalności stawek wymaganych. No, ale poznańscy Orgowie w tym roku postanowili pobiec po bandzie i wyciągnąć z biegaczy ile się da. Podwyższono liczbę pakietów do 16.000, by pokazać całemu krajowi, że w Poznaniu biega najwięcej biegających. I może i by uzyskano taką liczbę, gdyby ktoś nie stracił zdrowego rozsądku ustalając wartość za pakiet na poziomie 90 PLN. Kiedy biegający to przeczytali, to głośny śmiech rozniósł się po całym kraju, że kogoś chyba Najwyższy pokarał odbierając rozum i trzeźwość spojrzenia.

No cóż na razie po miesiącu zapisów na liście mamy trochę ponad 4 tysiące zapisanych. Czy dobiegnie do 16.000? Bardzo wątpię. Czy będzie 10.000? Zobaczymy. Z drugiej strony, jak mówi przysłowie: chytry dwa razy traci, więc nie zdziwię się, że na liście będzie 8.000. Jeżeli aż tyle.

Dla porównania inne marcowe połówki: za półmaraton marzanny w Krakowie do 8 stycznia obowiązuje jeszcze cena 55 PLN, po tym czasie także dobiega do 90. W półmaratonie w Gdyni pierwsze 1000 pakietów pobiegły za 59 PLN,  potem do końca roku 79 PLN, a teraz obowiązuje cena 89 PLN. Półmaraton 16 dni do wiosny w Sosnowcu w tej chwili stawka obowiązująca to 55 PLN. Za półmaraton Wiązownia do końca stycznia zapłacimy 60 PLN. Za moją tak lubianą połówkę w Sobótce stawka zapisowa zaczynała się od 40, ale teraz już mamy 80, gdyż zbliżamy się do końca zapisów. Za start w warszawskiej połówce musimy zapłacić 80 PLN przy koszulce bawełnianej i 115 przy technicznej Cena ta obowiązuje do końca lutego, potem biegnie do góry, no ale to Warszawa, która z walczy z Poznaniem o największą liczbę zapisanych. Co ciekawe nie znalazłem informacji o limicie zawodników, czyli Warszawa daje sobie szanse zapisywać tak długo, dopóki nie wyprzedzi potencjalnych liderów. Ciekawą propozycją jest półmaraton żywiecki, gdzie do połowy stycznia koszt pakietów startowych jest na poziomie 60 PLN. Podobna stawka jest z przypadku półmaratonu Leśnik.

Do listy marcowych połówek musimy dołożyć tą, która jest mi najbliższa czyli leszczyńskiej. Co prawda od 1 stycznia wartość pakietu z 50 PLN podbiegła do 70 PLN, ale i tak jest to niżej w Poznaniu. Nie wiem, muszę to wszystko przemyśleć. Do końca tygodnia mam czas na podjęcie decyzji. Mimo przeklinania na Poznań, to jednak nasze miasto, a że ździercy… Z drugiej strony mój ukochany Kraków. W końcu podczas walki Poznaniaka z Krakusem o złotówkę powstał drut aluminiowy. Więc trzeba zdzierać.

Ktoś może się oburzyć, że co ja tak zwracam uwagę na kasę. A gdzie pasja, a gdzie ogień. Odpowiedź jest prosta. Jeżeli ktoś startuje w biegach zorganizowanych dwa czy trzy razy w roku, to mu nie robi wielkiej różnicy czy płaci 50 czy 90 PLN. Ale jeżeli ktoś ma tych startów powyżej 10, to czy płaci 500 czy 900 PLN to już robi różnicę. Szczególnie jeżeli przy stawce 500 czy 900 za poziom otrzymanych usług nie widzi różnicy. A może się okazać, że za 500 znajdzie kilka perełek na faktycznie kosmicznym poziomie. Jak to się mówi chytry czy też  w naszym przypadku chciwy dwa razy traci. Z drugiej strony mogę zapłacić więcej, jeżeli więcej otrzymuję. Często jest tak, że za niższą kwotę otrzymujemy więcej. Weźmy taki półmaraton Słowaka w Grodzisku. Stawka niższa, a dostajemy royce rollsa a po biegu tankowanie paliwem mocno wzbogaconym. Dla porównania w Poznaniu możemy się przejechać polonezem, a po biegu tankujemy się chrzczonym paliwem. Co by było śmieszniej po drodze może się nam przytrafić, że ktoś wrzuci nam pinezki pod koła.

Obserwując chciwość niektórych organizatorów to przerabiając klasyka można napisać, że źle się zaczyna dziać w państwie biegowym, ale kiedy znana i lubiana przez większość społeczeństwa szopka noworoczna zmienia się w tubę propagandową  rządzącej obecnie partii, to czemu się możemy dziwić? Ideały w naszym kraju sięgają bruku. Tak na marginesie nie tylko organizatorzy poznańskiej połówki tracą powoli kontakt z rzeczywistością. Można jeszcze jednego organizatora biegów w Poznaniu wymienić, któremu sukces także w mocno bąbelkującą wodę sodową w głowie się zamienił.

Ciało niebiegane traci

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Koksiarz, dzięki za miłe życzenia. Robercie później poznany masz rację, pan Adam ze swoim mistrzostwem połączonym z niesłychaną wręcz pokorą był tylko jeden.

Tak sobie myślę, co jest największym grzechem, ale jednocześnie nieodłącznym prawem, nas zwykłych, amatorskich biegaczy amatorów. Myślę, ze jest to prawo do tego, że możemy, a nie musimy codziennie, czy kto jak tam woli trenować. Jeżeli się nam nie chce, to prostu sobie odpuszczamy trening i nikt nam nic nie powie. Bo to nasze, indywidualne prawo, którego nikt nie ma możliwości nam odebrać. My na trening możemy sobie pójść, ale nie musimy. I to jest chyba to, co w naszej pasji jest najważniejsze i dlaczego ona może tak długo trwać. Bo, kiedy będzie ubrana w jakikolwiek przymus, to my po prostu stracimy ten ogień, które nas napędza.

Jednak, to że możemy, a nie musimy niesie za sobą jedno wielkie ryzyko. W pewnym momencie możemy wpaść w biegowy marazm i tak po ludzku rzecz nazywając po prostu nie będzie się nam chciało. I będąc w takim kryzysie wypadamy z naszego tuptającego rytmu. I tak naprawdę w sumie nic się nie dzieje, bo co kto nam może zrobić. Ale jednak po pewnym czasie takiego biegowego nieróbstwa zaczyna nam czegoś brakować. Czujemy, ze mimo że wszystko ok, to jednak tak nie do końca z tym ok jest.

W efekcie wracamy do biegania, udajemy się pełni ognia na start zorganizowany, a tu pupa. Okazuje się nasze czasy zmieniły się nie po Poznania, a może i nie do Warszawy, lub nie do Krakowa. Można napisać: a było tak pięknie, miało być jeszcze piękniej, a jest jak jest. I na tym poprzestańmy. Konkluzja wybiega jedna: ciało niebiegane traci na swoich biegowych możliwościach. I o tym zapominać nie możemy, kiedy biegowy leń nas dopadnie. Dlatego, kiedy już dopadnie warto sobie rozważyć, ale możemy stracić, by było jeszcze możliwe do szybkiego odzyskania

No, ale właśnie jest 19.30 ja już w biurze do wieczorze integracyjnym, przebrany i zaraz na Cytadelę. Muszę przyznać, że w integracji jak dzisiaj jeszcze nie brałem udziału. Najpierw byliśmy na konsumpcji, gdzie podawano nam kogucie jądra, wołowe penisy, larwę jedwabnika, cukrzone pijawki i inne takie. A potem, jakby było mało poszliśmy do escape room-u, gdzie przytwierdzono nas do siebie łańcuchami w jednym pomieszczeniu, oddzielonym od drugiego drzwiami i kratami, gdzie były kolejne drzwi i mieliśmy godzinę na wydostanie. Na 5 minut przed upływem czasu się udało. Klimat jedyny w swoim rodzaju