Śmigacze, tuptacze i człapacze

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, masz rację, tak ten trening można określić

W porannym wpisie dokonałem, tak trochę na luzie podziału butów na śmigajki i tuptajki. Sunąć dalej w rozważaniach posunąłem się do podobnego podziału osób tuptających. Jednak myślę, że nawet rozdrabniając śmigaczy i tuptaczy na tych klasy M czy S, to jednak i tak nie jesteśmy w stanie dokonać pełnego i kompletnego podziału.

Powód jest jeden i zasadniczy. Każda osoba jest inna, ma inne pragnienia, sny i cele, które przed sobą stawia. Ja wiem, że dla różnych speców od psychologii, budujących w celach marketingowych podział społeczeństwa na grupy, do których trafia odpowiednia forma przekazu reklamowego podział jest jeden, prosty i eliminujący indywidualność każdego z nas. Dlatego też unikamy określeń jeden biegacz czy biegaczka, tylko zawsze w liczbie mnogiej: my biegacze. Wtedy czujemy, że należymy do jednej wielkiej tuptającej rodziny. Jednak ta nasza rodzina mimo wszystko dzieli się na takie trzy podstawowe biegowe typy, w zależności o tuptajacego potencjału.

Jak wspomniałem na samym szczycie mamy śmigaczy, dla których czas jest wyznacznikiem tego, co chcą łamać, oraz głównym powodem startu z zawodach. Specjalną odmianą śmigaczy są ścigacze, czyli nie tylko łamią granice czasowe dla wielu z nas nawet nierealne do osiągnięcia w snach, ale jednocześnie dzięki tuptającym pojedynkom czy udowadnianiu tego, kto w grupie jest najlepszy mają dzięki temu dodatkową motywację do jeszcze ekstra przyduszenia kilometrów. Jak wspomniałem w grupie śmigaczy mamy mistrzów, supermenów oraz tylko „zwykłych” niezwykłych przełamywaczy barier swoich czasowych możliwości. To jest nasza elita, szczyty szczytów biegowych możliwości. Zakres czasowy śmigaczy przestawiłem rano, ale dla przypomnienia: 5 kilometrów poniżej 20 minut, dyszki poniżej 40 minut, półmaratony do półtora godziny, a maratony do trzech.

No, ale zdecydowana większość z nas, to zwykli, szarzy tuptacze, którzy biegają dla frajdy, przyjemności, ot by dobiec do mety w ramach możliwego do zaakceptowania czasu. Nie musi to być jakiś czas ekstra, super, ale w ramach pewnej przyzwoitości. Jakie to będą czasy dla nas zwykłych tuptaczy? Takie by dobiec na luzie i spokoju. Na 5 kliometrów myślę, że będzie tak do 28 minut, na dyszkę tak do godziny, bo jest to czas, który myślę, że każda trochę poważnie trenująca, zdrowa osoba bez zbytnich obciążeń gotowa zrobić. Jak to będzie wyglądało w półmaratonach? Myślę, że 2 godziny i 10 minut, to będzie ta granica dla tuptacza rozsądna, a na Królewskim dystansie do 5 godzin.

No, ale mamy jeszcze grupę, czyli człapaczy, dla których samo może nie koniecznie dobiegnięcie, ale doczłapanie w różnych metodach, biegnąc, idąc, odpoczywając, ale metę osiągną. I to jet słowo klucz, to jet najważniejsze: sama meta, a czas? Byle w limicie się zmieścić i żeby nie ściągnęli nas trasy. I to jest chyba najważniejsze.

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych biegających, Ci którzy zaliczają się do „gorszych” grup są także gorszymi ludźmi, niegodnymi zwrócenia uwagi mistrzów. Na szczęście są to sporadyczne wyjątki, gdyż znam wielu naprawdę dobrych śmigaczy, których nawet butów nie godnym wiązać,  a z którymi na każdy temat można pogadać. Wyniki jedno, ale ludźmi wszyscy takimi samymi jesteśmy. Wiadomo, że w biegowym peletonie najwięcej jest nas zwykłych tuptaczy. Szczyt stanowią śmigacze, a człapacze? Jak ich można oceniać? Szczerze, są dla mnie tak samo ważni, jak cała reszta nas biegających. Bo ile trzeba uporu i samozaparcia, by znając swoje ograniczenia wynikowe zdecydować się na start i nawet doczłapać do mety, zamiast siedzieć przed TV z chipsami. Pełen podziw i uznanie.

Wszystko ma swój początek, wszystko ma swój koniec

No i mamy ni to zimę, ni to wiosnę. Przed nami jeszcze cały ostatni miesiąc zimy, a już wiosna zaczyna nieśmiało, a może śmiało pukać do naszych drzwi. Już mamy plusową temperaturę, do tego pierwsze tegoroczne krople deszczu, czyli pogoda bardzo średnio zimowa.

Jak mam być szczery dużo bardziej mi pasuje tuptanie kiedy mamy mróz, a nawet śnieg na ziemi leżący, niż chlapa i błocko w rozmokłą maź pod stopami się mieniające. No, ale nie ma, że mokro swoje kilometry trzeba zrobić. Ale czy trzeba robić? No właśnie powoli, ale coraz mocniej dopada mnie biegowa i pisząca niechęć. Tak się czasem zdarza. Są chwile gorące, są chłodniejsze, jest słońce są i chmury. Tak sobie myśle, że trzeba się całkowicie zresetować, by zacząć wszystko od początku. Oczywiście będę biegał dalej już tylko cichutko i z boczku poza wszelkimi kontaktami. W końcu czasem tak trzeba. Do zobaczenia… może. Niech moc biegowa będzie z Wami.

Biegacz amator trenuje

 Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Bionic-sklep bieganie z kimś jest z pewnością fajne, jeżeli oczywiście mamy z kim biegać. Ja na razie jestem tuptacza samotnik.

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, przerwa regeneracyjna czasem się przydaje. Z kolei u siebie ostatnio zauważyłem ciekawe zjawisko. Tak od 2-3 tygodni. Wcześniej, kiedy zaczynałem trening, czy też start zorganizowany np. na parkrun, to zaczynałem, oczywiście jak na mnie dosyć mocno. Tak trochę na zasadzie, co nadrobisz na początku, to twoje. No i potem powoli i systematycznie tempo mi spadało. Trudno mi było ustawić je w stałym rytmie. W ostatnich dwóch tygodniach tylko na stadionie udało mi się utrzymywać jeden rytm biegowy, ale to było zgodnie z założeniem. Miałem wtedy w planie bieg tempowy  określany jako BC2, to znaczy bieg ciągły w  drugim zakresie częstotliwości. BC2 oznacza tempo szybsze niż rozbieganie, ale na sporym komforcie oddechowym. W moim akurat przypadku Andrzej to określa jako gdzieś 5.30 min na kilometr i to ma być moje tempo startowe na najbliższe wrześniowe wyzwania. Co z tego wybiegnie nie wiem, ale raz w tygodniu mam taki trening, określany jako tempowy.

Z kolei podczas moich pozostałych treningów, zauważyłem zupełnie inną zależność. Okazuje się, że zaczynam dosyć powoli. Pierwsze kilometry niemal, że człapiąco, a dopiero od gdzieś trzeciego, czwartego zaczynam dostawać biegowego ognia. No, może nie ognia, ale raczej płomyka, ale zawsze coś tam mnie podpala. No i zaczynam przyśpieszać, przyśpieszać i z każdym kilometrem coraz szybciej. Muszę przyznać, że to trochę mnie to intryguje. Zresztą podobnie jest w czasie podbiegów czy rytmów. Jak ktoś nie w temacie, to podbiegi, czyli wybieramy sobie górę około 100 metrów i pod górkę żwawo tuptamy, potem na spokoju zbiegamy  i znowu to samo I tak z dziesięć razy. Acha i dobrze, żeby nie robić odwrotnie, czyli spokojniutki podbieg i żwawy zbieg, to niezbyt wiele nam da. No i rytmy, to somo praktycznie co podbiegi, tylko na płaskim. Czyli wybieramy sobie 100 metrowy kawałek  i 100 metrów żwawo i następne 100 powrót z pełną godnością. No i w tym tygodniu podczas zarówno podbiegów, jak i rytmów zauważyłem to samo. Pierwsze trzy powoli się rozkręcam, a od czwartego, to już tuptam moje. Trochę jak ta lokomotywa z wiersza Brzechwy, „najpierw spokojnie jak żółw ociężale, rusza amator na trasie ospale”.

 Do treningu zapewne jeszcze włączymy trening interwałowy, z tym że to co robiłem ostatnio na Śródce, to była taka kombinacja interwałów z tempem. Najpierw kilkanaście okrążeń na tempo 2,1 minuty na kółko, potem koło kilometra na luzie i znowu powtórka, czyli naście kółek na 2,1, czyli te 5.30 na kilometr. Sam jestem ciekawy, czy jestem takie tempo w stanie utrzymać np. na półmaratonie, czy optymalnie na Królewskim Dystansie, bo tak naprawdę, to jest nasz obecny cel.

Pakiet do Krakowa za darmo plus Drużynowe Mistrzostwa Poznania

Dostałem dzisiaj info od Sławka, że nie da rady wystartować w Krakowie. Jak ktoś jest chętny, to jest do przepisania nieodpłatnie pakiet na maraton do Krakowa. Fajnie, gdyby zdecydował się ktoś, kto do naszej drużyny się przyłączy.  Nie muszę chyba dodawać, że obowiązku nie ma, ale gdyby zechciał nasze statystyki poprawić, to by była rewelacja. Nasza trochę osierocona drużyna liczy obecnie 9 osób, więc jak ktoś chętny, to serdecznie zapraszam. Proszę o info na maila: kempinskipawel@wp.pl z danymi, które przekażę bezpośrednio Sławkowi

Z innych informacji biegowych. 18 czerwca podczas parkrun odbędą się I Drużynowe Mistrzostwa Poznania w biegu na 5 kilometrów. Zamieszczam regulamin:

1. Otwarte Drużynowe Mistrzostwa Poznania w biegu na 5 km mają na celu wyłonienie najlepszych drużyn pięcioosobowych w biegu na 5 km.
2. Mistrzostwa odbędą się w dniu 18 czerwca 2016 r. (sobota), start biegu o godzinie 9:00, Park Cytadela. Bieg odbędzie się w ramach parkrun Poznań.
3. W rywalizacji biorą udział zespoły 5-osobowe. Zawodnik może wystartować tylko w jednej drużynie.
4. Każda drużyna musi mieć swoją nazwę (np. Piątkowo na Biegowo). W przypadku zgłoszenia większej liczby drużyn o tej samej nazwie, zostaną one oznaczone jako I, II, III itd. zgodnie z kolejnością dokonanych zgłoszeń.
5. Drużyny zgłaszają się do zawodów poprzez wysłanie emaila na adres poznanbiuro@parkrun.com ze wskazaniem nazwy drużyny oraz jej składu osobowego (podając numer kodu uczestnika parkrun każdego biegacza).
6. Zgłoszenia przyjmowane są wyłącznie w formie emaila aż do chwili startu zawodów. Do tego czasu można też w ten sam sposób zgłaszać zmiany składu drużyn. Zgłoszeń drużyn można też dokonywać bezpośrednio przed startem biegu.
7. Zawody są bezpłatne. Organizator przewidział na mecie napoje i słodki poczęstunek, a dla najlepszych drużyn puchary i nagrody rzeczowe. Przewidziano klasyfikację drużyn męskich, żeńskich oraz mieszanych (drużyny mieszane to drużyny liczące 3 dziewczyny i 2 chłopaków).
8. Wyniki zawodów zależą od najlepszego łącznego czasu wszystkich pięciu członków drużyny. W przypadku identycznej sumy czasów, rozstrzyga lepszy czas najszybszego biegacza z danej drużyny, a w przypadku ich identycznych czasów czas drugiego biegacza z drużyny itd. Zawodnicy nie muszą biec razem, liczy się suma ich osobno osiągniętych czasów na mecie.
9. Trasa biegu wiedzie zgodnie z trasą poznańskiego parkrun i liczy 5 km. Każdy uczestnik biegu musi być zarejestrowanym biegaczem w systemie parkrun i za linią mety zeskanować swój indywidualny kod u wolontariusza. Osoby bez indywidualnego kodu nie zostaną sklasyfikowane.
10. Wyniki zawodów zostaną obliczone po zakończeniu zawodów i zostaną oficjalnie opublikowane na profilu zawodów na Facebook’u, natomiast nagrody i puchary zostaną wręczone na kolejnym biegu parkrun w dniu 25 czerwca. Szczegóły na
https://www.facebook.com/events/803617209781944/
. Jak ktoś ma chęć w drużynie wystartować to serdecznie zapraszam. Jest trochę czasu, więc spokojnie można puścić biegowe wici po znajomych  drużynę zgłosić i na start się przygotować. Bieg na 5 kilometrów to jest idealny dystans dla kogoś, komu śnią się biegi i w takiej debiutanckiej drużynie zechce wystartować, obok już okrzepłych w tuptających bojach drużyn złożonych z  wyjadaczy, którzy niejeden pył i kurz na trasach wąchali..

Wyprawy do Dębna oraz Krakowa

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie zarówno wcześniej, jak i później poznany, macie rację, fajny pomysł z półmaratonem Szpota w Swarzędzu. Niestety dla mnie w tym roku nieosiagalny. Wszystko wskazuje, że w tym czasie będę w Warszawie na ostatnim etapie prowadzacym do Korony Maratonów Polski śmigał.

Powoli czas się rozglądać za możliwościami dotarcia na dwa moje główne wiosenne tuptania czyli maratony w Dębnie oraz Krakowie. Rozejrzałem się tam i tu za możliwościami wyjazdu zorganizowanego i mam dwie, jak sądzę ciekawe propozycje

Zaczynamy od Dębna, gdyż to najbliżej pod względem czasowym. Jest fajna propozycja poznańskiego PKS. Wyjazd jest z dworca, po drodze zapewne w jednym czy drugim miejscu staniemy, by kogoś zebrać. Z Poznania do Dębna musimy liczyć ok 3.5- 4 godziny, więc by spokojnie zdążyć po pakiety musielibyśmy wyjechać o godzinie 5 rano. Cena od osoby jest uzależniona od liczy chętnych. Nie muszę chyba dodawać, że im więcej jadących, tym lepsza cena wybiega. I tak przy grupie od 33 biegnących mamy cenę 50 PLN, ale kiedy uda się dobiec do 48 tuptajacych, to cena już wynosi tylko 35 PLN. Do piątku muszę potwierdzić, więc proszę zainteresowanych o przesyłanie zgłoszeń: kempinskipawel@wp.pl . Im więcej nas będzie, tym cena będzie  bardziej dla nas wygodniejsza, znaczy się niższa. Jak podałem maksymalna grupa to 48 osób. Każda następna osoba od 34 osób w górę, to cena trochę spadnie.

Trochę inaczej sytuacja wygląda z Krakowem. Tutaj wyjazd zorganizowany autokarem nie ma szans powodzenia, bo za daleko. Jest opcja skorzystania z PKP. Już informuję jak to wygląda. Mamy trzy możliwości wyjazdów w sobotę: 17.35 i 22.36 jesteśmy w Krakowie, 22.46 i 5.31 w Krakowie oraz 23.02 i o 4.22 w Krakowie. W składach mamy kuszetki, więc można się przespać. Powrót mamy albo o 16.20 i w Poznaniu o 22.45, albo 18.10 i w Poznaniu jesteśmy o 2.12. Jeżeli biega o ceny, to normalne bez zniżek są na poziomie 68 PLN do i 70 PLN z Krakowa. Każde połączenie ma trochę inną stawkę, ale różnice nie sa wielkie. Od tych cen w przypadku robienia zakupu w okolicy miesiąc przez wyjazdem możemy zdobyć różne rabaty, nwet do 30%. Jak to wygląda?  Kiedy ruszą zapisy, ale idziemy całą grupą, albo wydzielona osoba i robi zakup, może nie klasycznie grupowy, ale ileś miejsc obok siebie ( minimum 6) I wtedy może otrzymać rabat od 20% wzwyż. Jest to jakaś opcja do przemyślenia.

Jak są chętni, to czas się zacząć organizować.  Jak pisałem do Krakowa jeszcze trochę czasu, ale Dębno to już powoli ostatni dzwonek zaczyna się odzywać.

Ile dni w tygodniu przerwy od biegania?

Na początku, jak to zwykle w tym miejscu i czasie. Kajka mocno trzymam kciuki za realizację biegowych planów. Będzie dobrze bo musi.  Półmaraton będzie Twój. Teraz chciałbym chwilkę podumać na tematem tytułowym obecnego wpisu. Muszę przyznać, że  jest to  pytanie, które mocno mnie intryguje. Kiedy zaczynałem moją przygodę biegową, czyli cztery lata wstecz, to przez praktycznie pierwsze dwa lata biegałem bez przerwy. Co prawda odległości jakie wtedy pokonywałem nie rzucały na kolana, gdyż teraz w dzień potrafię treningowo pokonać większy dystans, niż wtedy robiłem w cały tydzień. Przez pierwsze dwa lata, kiedy biegałem wg swojego widzimisię, to przerw tygodniowych nie miałem. Biegałem codziennie. Tyle, że systematycznie podnosiłem moją poprzeczkę  tygodniowych obciążeń biegowych. W pierwszy okresie to było około 20, potem 30 kilometrów.  Po jakimś Czesie dotupałem do plus minus czterdziestu z hakiem i na tych obciążeniach dosyć długo przestałem. Wtedy też zacząłem wprowadzać czas a wypoczynek. Ustawiłem sobie piątek, jako czas bezbiegowy. I tak to było. We wrześniu kiedy moje tuptanie wkroczyło na zupełnie inną orbitę, czyli pod rozpiską Andrzeja zacząłem się przygotowywać do maratonu w Poznaniu, to raz czy dwa zdaryały się tygodnie, kiedy miałem i dwa dni przerwy. No, ale wtedy potrafiłem zrobić tygodniowo i 80 i 100 km też się zdarzyło. Więc było po czy odpoczywać. Potem w okresie listopadowego roztrenowania, to dwa dni przerwy w tygodniu stało się normą. No, ale to normalne.

 Teraz, kiedy znowu zakasałem rękawy i wziąłem się do tuptającej orki, to znowu są tygodnie, kiedy i 80 m się machnie. Już mam w nogach dwie trzydziestki, a w najbliższą niedzielę trzecia w planie. Przerwy na razie tradycyjnie, raz w tygodniu. I tu się zastanawiam. Słyszałem, że u biegaczy normalny jest cykl treningowy z dwoma dniami przerwy, a są i tacy co 3 dni sobie robią. A wcale nie mają gorszych czasów od mnie, a niektórzy dużo lepsze. Myślę, że kto ile ma, czy raczej może zrobić przerw bez wpływu na jego możliwości zależy od indywidualnych predyspozycji do biegania. Ktoś z wielkim talentem i możliwościami to może i trzy i dwa dni a i tak jak się rozpędzi to tylko zapach palonej gumy czuł będę. A ktoś z moimi możliwościami, to nie  wiem jak i ile by się starał, ale sam siebie nie przegoni. Owszem, jak w moim przypadku ma miejsce, kiedy trafi odpowiednią osobę, która go poprowadzi, to może sięgnąć swoich granic, ale poza nie raczej nie przebiegnie. I tak już niech będzie i być musi.

Jestem ciekawy, jak to wygląda u Was. Ile macie dni przerwy? Ze spraw czysto biegowych, to najbliższe dwa dni pod wezwaniem budowania biegowej mocy. Najpierw dzisiaj, jeżeli nic mi planów nie pokrzyżuje, wybiorę się nad Maltę, by w wyjątkowo miłym towarzystwie znowu podbiegami grzecznie się zająć. Znowu będzie „podbieganie i zbieganie, podbieganie i zbieganie, ruch wahadłowy czyli smiganie….” Ciekawe kto rozpozna skąd to jest. I znowu będę starał się słuchać szefowej wszystkich podbiegów i pracować na chwałę możliwości tuptającego amatora. No, a jutro czwartek, a jak czwartek, to tuptajacy amator do swojej biegowej kuźni się wybiera, czyli na Śródkę, by na bieżni 400 metrowe kółka 30 razy zrobić. I znowu zostanie ustawiony biegowy tempomat, by trzymać się jednego narzuconego tempa. Bo już tak być musi. Kiedy w pierwszym okresie mojego amatorskiego tuptania pokonywałem wg moje widzimisię takie czy inne odległości, to nawet przez głowę mi nie przebiegło, że będę coś takiego robił. I że tak będzie mi się to podobało. Ale punkt widzenia zależy od punktu bieżenia.

Relacja z kolejnej podbiegówki

Na początku, jak to zwykle w tym miejscu i czasie. Jotka dzięki za miłe słowo Cieszę się, że podane wczoraj informację okazały sie przydatne.

Nie tak dawno pisałem o środowych podbiegach, a tu znowu tydzień zatoczył koło i biegacz amator w swoim stylu musiał udać się nad Maltę. Co prawda do domu zjechałem dosyć późno więc nie było już opcji, by dobiec na miejsce naszych tuptań. Więc trochę tuptając na skróty podjechałem samochodem, a następnie podbiegłem na miejsce zbiórki. Póki mogłem tuptałem sobie i tu i tam i gdzieś jeszcze. Po drodze mijałem biegających udających się na miejsce zbiórki. Nie było co dalej samowolki uskuteczniać, tylko także wróciłem. Tutaj klasyczne przywitania i po odczekaniu na wszystkich spóźnionych udaliśmy na miejsce naszego (pod)biegowego tanga. Nawierzchnia naszej Sali taneczno-tuptającej średnio łagodnym wzniesieniem w dystansie około 150-200 metrów do ostatniej lampy się ciągnęła. I znowu przyszło nam po 10 takich odległości pokonać. Co prawda niektórzy mieli dyspensę i prawo to 8, ale kiedy grzecznie się spytałem czy mogę jedno, to Szefowa Wszystkich Podbiegów tak na mnie spojrzała, że kolejne zdanie kołkiem w gardle mi stanęło. Już wolałem nic nie mówić, tylko ruszyłem w biegowy tan. Dzisiaj było mnie osób i obawiałem się trochę, że wszyscy mnie po 2-3 razy zdublują. No, ale obawa obawą, ale tuptać trzeba było.

No i ruszyliśmy każde z nas w swoim tempie i możliwościach. Najpierw ekspresy z hukiem gromu trasę pokonujący, a potem ci spokojniejsi, jeszcze trochę bardziej wyluzowani i już mający w głębokim poważaniu jakieś tempa i czasy. Gdzieś tam po środku tuptacz amator się pałętał. Chciaż muszę przyznać, ze wyraźnie widziałem różnicę między tym, co było wczoraj, a tym co jeszcze dwa czy trzy tygodnie temu. Nie wiem, czy wynikało to z faktu, że było nas mniej, czy może że nasze ekspresy były ciut mniej wyeksresowane, ale nie traciłem zbytnio odległości,  a nawet powoli się zbliżałem. Przynajmniej na zbiegach, gdyż kiedy dobiegło do podbiegów, to z reguły tyło słyszałem za sobą klaksony i jakieś tajfuny z boku mnie mijały. W pewnym momencie pytam naszej Szefowej, ile jeszcze do końca, ( bo trochę mi się pomieszało) i ku mojemu niemałemu i chyba jeszcze większemu Jej zdziwieniu usłyszałem, ze mamy jeszcze tylko trzy podbiegi gdyż jeszcze mnie nie zdublowała. We wcześniejszych za każdym razem przez nasze ekspresy byłem dublowany, a wczoraj ani razu. Ba, nawet w drugiej części wyglądało to tak, że na zbiegach wyprzedzałem wszystkich, a dopiero na podbiegach byłem wyprzedzany. I co ciekawe przez coraz mniejszą grupę sprinterów. Na szóstym jeszcze w podbiegu wyprzedziły mnie cztery osoby, ale na siódmym już tylko trzy. Co ciekawe Szafowa Wszystkich Podbiegów także była w tej ekspres grupie i jak mnie mijała to tylko dym szedł spod jej butów. Na ósmym znowu wyprzedziły mnie trzy osoby, ale na dziewiątym…. Przeżyłem szok nad szokami. Uwierzycie, że nikt mnie nie dogonił? Nie wiem, albo się zgadali, albo specjalnie odpuścili, ale na jednym podbiegu udało mi się nie być wyprzedzonym przez nikogo i pierwszym dobiec do lampy. To był dla mnie szok. Musieli mi motywacyjnie odpuścić, nie wierzę, by było inaczej. Potem na ostatnim dosyć długo gnałem licząc cicho w duszy że może jakimś cudem, ale cuda dwa razy się nie zdarzają. Najpierw pan a zaraz potem Szefowa Wszystkich Podbiegów przemknęła obok mnie niczym tajfun zmiatający z drogi wszystkie pyłki, które niechcący pod nogi jej się zaplączą. Nie musze dodawać, że byłem niczym ten pyłek. No, ale aż tak bardzo wczoraj nie odstałem, a chociaż moje możliwości są jakie są, że kiedy tuptające dziki się rozpędzały, to musiałem robić uniki by nie polec pod racicami, to jednak aż tak bardzo nie odstawałem. I to mnie bardzo zdziwiło.

Po wszystkim rodzinne fotki, do których tuptający amator w swoim stylu w towarzystwie pięknych kobiet sie ustawiał, no ale wiadomo, że on inaczej nie potrafi. Potem miłe pożegnanie i biegiem do samochodu. Po drodze jeszcze z paroma paniami biegłem tak długo jak się poczym wróciłem do domu. No, a w domu sobie przypomniałem, że pierwszego marca ruszyły zapisy na Słowaka. Wiadomo, że to jeden z najbardziej wyjątkowych i klimatycznych półmaratonów. Nie musze chyba dodawać, że nie mogłem się powstrzymać. Do tej pory biegłem w Grodzisku dwa razy i za każdym razem to była biegowa bajka. Nie mam wątpliwości, że podobnie będzie i tym razem. To jest półmaraton, na którym trzeba być. Ze świecą szukać drugiego takiego.

W biegowym piecu zima pali

Na początku zgodnie z zasadami i innymi taki na tym blogu obowiązującymi. Dzięki Robercie dłużej znany za uwagi. Już wszystko zostało wyprostowane. Co do zamykającego stawkę, to masz rację nie napisałem o najważniejszej roli, czyli pilnowaniem, by nikomu na trasie nic się stało, a jeżeli coś się zdarzy, by szybko zadziałać.

No i zgodnie z dzisiejszą rozpiską mam w planie ponad 20 km do potuptania. Od wczoraj śnieg zasypał całe miasto. Pytanie: kto normalny rusza w biegowy tan w taką pogodę? Paskudnie, mokro, śnieżnie i ogólnie do pupy. Więc po cholerę iść biegać? No właśnie po co? Odpowiedź jest prosta i zna ją większość biegających. Tak jak parę dni wcześniej skrobałem, to co teraz w sobie zbudujemy, to wiosną, latem i jesienią będzie procentowało. Zgodnie z zapowiedziami, to mogą być ostatnie na jakiś czas dni zimy, od poniedziałku ma być na plusie. Tyle, że wczoraj rozpoczęliśmy drugi, czyli środkowy miesiąc zimy. Oznacza to, że mamy jej równy środek.

Co prawda niby nadbiegło ocieplenie, ochlapienie, ale biegać trzeba. Na razie jest biało, dlatego zaraz ruszam. Nie ma innej opcji. Nasza biegowa moc jest jak wielki piec, który musi być napakowany opałem i podpalony, by palił się przez cały sezon równym lub nawet większym ogniem. Dlatego  zaraz ruszam by na  ponad 20 km zacząć ładować mój biegowy piec. Każdy kilometr to jeden węgielek do pieca wrzucony. A ile ich musi być by ogień pewnie przez cały sezon płonął? Setki to chyba mało, będzie musiało zapewne ponad tysiąc strzelić. Trzeba tego węgla naładować tyle ile tylko można. Nie wejdzie całość do pieca, więc trzeba całą piwniczkę załadować

Dlatego zaraz ruszam, by mój biegowy piec opałem wypełnić. Co prawda od jutra ma być jeszcze cieplej i z deszczem i innymi takimi, ale na razie całe miasto równo zasypane. Czyli w śnieżnym tańcu się zanurzę, a parę osób, które biegania nie czują będą ze sporą troską na mnie zerkali. A czasem, w czasie tuptania mamy ciekawych kibiców, jak ta wiewiórka co na zdjęciu wspis ten prowadzący za biegaczami zerka. No, ale takie klimaty to na Cytadeli  Do tego muszą być uchwycone przez naszego nadwornego parkrun fotografa. U mnie co najwyżej pies zza opłotków zaszczeka. No, kto jeszcze rusza dziś na śnieżne wybieganie? Tak piękna na nie pogoda. Nasz biegowy piec jest rozpalony, zima palaczka coraz nowego opału dorzuca. Zimowe, biegające życie jest takie piękne. No tuptacze ruszamy na nasze treningi. Dlatego biegamy, robimy zdjecia, dzielimi się na Facebook i mówimy innym . Tak naprawdę ie daje takiego kopa jak podzielenie się naszą pasją z innymi. Tak jak to w tym tanim dowcipie: po czym poznać biegacza? Sam ci o tym powie. Nie na zasadzie taniego chwalenia. Raczej wzajemnej motywacji: ja dałem radę, ja mogę, a Ty? Bo bieganie to nasza pasja i dzielimy się nią, by płonęła jak najdłużej i zarażała jak najwięcej osób. Bo tak naprawdę, to biegacz biegaczowi motywatorem, szczególnie w tą mało ciekawą zimową porę.

Analiza statystyczno-wykresowa dzisiejszego parkrun

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie, Agnes, Bogdan ma racje co do przyczyny mojej zmiany mentalnej w podbiegnięciu do biegowej pasji.

W tym tygodniu bez zbędnej zwłoki przechodzę analizy mojego ulubionego cotygodniowego biegu. Jest ona połączona z wykresami, które przesłał Marek.

Tym razem frekwencja na parkrun była na tle ostatnich tygodni na naprawdę godnym poziomie utrzymana. Pogoda dopisała, warunki prawie lub nawet w pełni idealne, tylko temperatura zimowa wynosząca – 10, podprawiona wiatrem. W sumie, w czasie poświąteczno-noworocznej gorączce pobiegło aż 132 osoby, co jest wynikiem nieznacznie niższym od średniego. Jest to trzeci wynik w ostatnich dziesięciu biegach.

Średnia za pierwsze dwadzieścia cztery biegi czwartego roku nieznacznie się zmniejszyła, bo musiała. Dziś wynosi 147 osoby. Nadal przekraczamy średnią z drugiego roku, ale sukces nie jest dany raz na zawsze. Co tydzień musimy udowadniać, że zasłużyliśmy na rekordowy czwarty rok. Oznacza to, że średnio do końca czwartego roku musi co tydzień przychodzić co najmniej 106 uczestników.

W rywalizacji krajowej rok 2016 zaczęliśmy na drugim miejscu, przegrywając o włos z Gdynią, a dokładnie o 7 osób, dystansując Łódź i Gdańsk. Tak trzymać.

Analizę pod względem frekwencji w Poznaniu z ostatnich 10 biegów najlepiej ukazuje Marek w swoich wykresach.

Lata Liczba uczestników Liczba biegów Średnia na bieg
I sezon

4381

52

84

II sezon

6430

52

124

III sezon

5084

50

102

IV sezon

3537

24

147

W ostatnią sobotę wodzem prowadzącym był znowu Damian, a wolontariuszami były cztery osoby: Martyna, Agnieszka, Marysia i Grzegorz. Łącznie mieliśmy 5 wolontariuszy. Musimy jednak pamiętać jak mawia klasyk i Damian, jak nie będzie wolontariuszy to nie będzie niczego. Mamy trzynaście osób, tj. siedmiu panów i sześć Pań, które mają co najmniej trzy wolontariaty: Martyna trzynaście, Anna, Agnieszka, Ilona, Katarzyna i Maria po trzy, Grzegorz Piotr i Damian po dwanaście, Robert dziesięć, Marek pięć, Zbigniew, Jarosław i Juliusz po trzy. Tak trzymać. Siedem Pań z pierwszej dziesiątki ma zaliczony co najmniej jeden wolontariat. Z kolei wśród panów, pięciu w pierwszej dziesiątce ma zaliczony co najmniej jeden wolontariat.

W sobotę na Cytadeli pojawiło się aż 31 przedstawicielek najcudniejszej płci co oznacza, że na jedną panią przypadało 3 panów. Krótko mówiąc Płeć Piękna, w tę sobotę w porównaniu z panami dopisała,. Znowu pięknie to ukazał Marek. Tylko 5 osób przybyło bez zarejestrowania, czyli w tabeli wyników mieliśmy 5 biegających „duchów”. Mamy prawidłowość, jak Panie chętniej odwiedzają parkrun to frekwencja jest zawsze ponadprzeciętna.

Jak zwykle mogliśmy wyodrębnić kilka grup pod względem ilości startów. W  najbardziej godnej pod względem poznańskiej grupie, czyli tych, co mają na koncie ponad 100 biegów, tym razem pojawiło się aż dziesięciu biegaczy. Grupa rośnie w siłę. W tej grupie była jedna pani, więc statystycznie nasze Panie nie wypadły najlepiej. Widok sporadycznie spotykany, by w jednym biegu było dziesięciu biegaczy z ponad setką biegów. Czyżby coś drgnęło w tej grupie?

Do grupy o niemal największym stażu (drugim w kolejności) w poznańskim parkrun, tj. dobrze średniozaawansowane, czyli mających na rozkładzie ponad 50 biegów, w tym tygodniu zaliczało się 34 osób (zwiększenie o 3 osoby), w tym 8 Pań (zwiększenie o 2 osoby). Statystyczny układ biegu polegający na nieco ponad 3 panach przypadających na jedną panią, został w tym przypadku przesunięty zdecydowanie w mniej satysfakcjonującą stronę.

Jako następne stają w szeregu osoby, które zaczynają pukać do grupy 50, a więc już prawie średniozaawansowane, a więc mające ukończone co najmniej 20 do 49 biegów. W tej grupie znalazły się w sobotę tylko 23 osoby (zmniejszenie o 10 osób), w tym 5 Pań (zmniejszenie o 1 osobę). Statystyczny układ biegu polegający na 3,5 panach przypadających na jedną panią jest bardzo niekorzystny, więc mógłby być zdecydowanie lepszy.

Powoli zbliżamy się do końca wyliczanki, czyli widzimy dreptających, którzy, lub które mają na koncie do 19 biegów, czyli nowicjuszy. W tę sobotę na ogólną liczebność mieliśmy znowu potęgę tuptających , czyli 60 osób, w tym aż 17 Pa[MS1] ń. Zauważyć należy, że w tej grupie były aż 22 osoby, które przyszły po raz drugi. Czyżby nowa jakość. Zobaczymy w kolejnych tygodniach. Jak widać po grupie prawie średniozaawansowanej ilość nie zawsze przechodzi w jakość.

Nowy rok, nowe treści, ciekawostki. W tym tygodniu do klubu 50, czyli średniozaawansowanych dobiegła kol. Dobrochna. Ogólnie w zeszłym miesiącu mieliśmy kilka osób, które przekroczyło magiczną liczbę 50 lub 100 biegów. Do klubu 100 biegów w grudniu wbiegli: Marek i Grzegorz Paweł. Z kolei do klubu 50 biegów wbiegli: Łukasz biegający od początku, Paweł, Piotr, Robert. A do klubu 10 wbiegł Juliusz.

Dzięki umiejętnościom Marka stworzono kolejny wykres, a mianowicie uczestnicy według wieku. W 178 biegu znowu mieliśmy tradycyjny klasyczny rozkład normalnego zarówno u Pań, jak i panów. Najliczniejszą grupę stanowią osoby z przedziału wieku 30 – 39 lat, gdyż przybyło 51 uczestników, w tym aż 18 pań, czyli na jedną panią przypadało niespełna 2 panów. Być może za niedługo osiągniemy wskaźnik pań na poziomie 50%. Następnie pod względem liczby uczestników stanowiły przedziały sąsiadujące, czyli 20 – 29 lat i 40 – 49 o liczbie uczestników wynoszącej odpowiednio 20, w tym tylko 3 panie i 29 osób, w tym 8 pań. Osoby zawierające się w przedziałach powyżej 50 lat przybyły w łącznej liczbie aż 19 osób, w tym tylko 1 przedstawicielka płci pięknej. Zwrócić należy uwagę, że po raz czwarty gościliśmy Pana w wieku co najmniej 70 lat.

Wnioski Marka, zaczerpnięte z komentarza sprzed kilku tygodni, są ciągle nader aktualne: „Na razie większość osób jest z grupy wiekowej 30-50 lat, a więc tacy, którzy mają już stabilną sytuację zawodową i wolne soboty (przynajmniej niektóre).”Wskazany przedział stanowił prawie 60% ogółu uczestników. Zdecydowanie brakuje nam osób w przedziale 50+, a i młodzież do 30 roku życia też najlepiej nie wypada, a  w tym tygodniu wypadła zdecydowanie poniżej przeciętności.

Młodzież młodsza od czterech miesięcy chodzi do szkoły i obowiązki szkolne ją już dokładnie przygniotły i znowu  szerokim łukiem ominęły Cytadelę. Po zeszłotygodniowych jaskółkach nie zostało śladu… W tym tygodniu sięgnęliśmy dna, przybyło tylko 8 juniorów, tj. poniżej 20 lat, w tym niestety tylko jedna przedstawicielka płci pięknej, czyli Marysią. W tym tygodniu wystawilibyśmy drużyny koszykarską, z bardzo krótką ławką rezerwowych. Podsumowując, za mało młodzieży było w tym tygodniu. Kolejny raz w tym tygodniu nie zrealizowaliśmy drugiego wniosek poprawy frekwencji (rozwoju) parkrun – prawie nie zachęcamy młodzieży do sobotniego biegania.


Tym razem w biegu wystartowało po raz pierwszy 9 osób, czyli na średnim poziomie. W tej grupie były aż 4 panie. Debiutanci stanowili prawie 7% ogółu biegaczy.

Tym razem bieg stał na przeciętnym poziomie, jeśli chodzi o rekordy, gdyż w sobotę rekordów było 5, w tym niestety nie było żadnej Pani. Prawie 4% uczestników poprawiło swój wynik. Jak na bardzo niekorzystną temperaturę wynik całkiem przyzwoity

Wielkie podziękowania dla Marka. Naprawdę super wykresową robotę robisz.

 Analizę zwycięzców sobotniego parkrun rozpoczniemy od pań. Wiadomo czemu. Zawody wygrała p. Małgorzata z bardzo dobrym czasem na poziomie 22,10 s.. Było to Jej dwudziestoszóste zwycięstwo. Gratulujemy! Drugie miejsce zajęła liderka p. Karolina, która do zwyciężczyni tym razem sporo straciła. W tym tygodniu na trzecim miejscu uplasowała się pierwszy raz biorąca udział p. Anna Katarzyna. Liderka, kol. Marta w tym tygodniu przybiegła na piątej pozycji. Oszczędzała siły przed biegiem na Dziewiczej Górze.

Przechodząc do zwycięzców. Najszybszy był Dariusz, z bardzo dobrym czasem 17,32 s. Było to Jego czterdziestosiódme zwycięstwo. Drugie miejsce zajął Grzegorz Paweł, tracąc do zwycięzcy również sporo sekund. Trzecie miejsce zajął Szymon.

Co do samej klasyfikacji, to mamy osobną wśród pań i wśród panów. W porównaniu z zeszłym tygodniem w czołówce wśród Panów nie pojawiła się żadna nowa osoba. W pierwsze dziesiątce mieliśmy status quo, czyli mamy sytuacje przyczajonych tygrysów przed ostateczną rozgrywką. W pierwszej dziesiątce znajduje się już sześć osób, które nie wzięły udziału we wszystkich biegach obecnej edycji, zajmując w klasyfikacji generalnej miejsca drugie, trzecie, piąte, siódme, dziewiąte i dziesiąte. Wniosek, chcesz się liczyć w klasyfikacji generalnej, musisz biegać co najmniej dobrze co tydzień, gdyż różnice między pierwszymi dziewięcioma osobami nadal są relatywnie niewielkie. Wystarczy tydzień, dwa słabszej formy lub nieobecności i można się pożegnać z dobrą lokatą, o czym przekonali się niedawno Marcin i Kevin.

Różnice w czołówce uległy dalszemu zmniejszeniu. Lider Jarosław wyprzedza wicelidera Macieja o 47 punktów (zmniejszenie o 3 punkty). Ostra walka trwa nadal. Obecna sytuacja przypomina tę sprzed roku, gdy liderzy walczyli między sobą, nastawiając się na pojedynek na miejsca, a nie na czas. Grzegorz Paweł traci do wicelidera Macieja 153 punkty (zmniejszenie o 4 punkty). Po dwudziestu czterech biegach obecnego sezonu mamy sklasyfikowanych 919 panów. Wśród panów mamy już tylko czterech, którzy uczestniczyli we wszystkich, dwudziestu czterech biegach obecnego sezonu.

Wśród pań w tym tygodniu sytuacja jest niezmienna, została zachowane status quo. Z jednej strony nie powinno to dziwić. Niezagrożoną liderką pozostaje kol. Marta. Na drugim miejscu znajduje się kol. Katarzyna, a na trzecim Małgorzata. Liderka drugiej zawodniczce odjechała, czyli odbiegła na 83 pkt. Powyższe oznacza, że jednotygodniowy urlop liderki może zmienić jej pozycji w klasyfikacji generalnej. Trzecia traci do drugiej tylko 77 pkt. W pierwszej dziesiątce nie pojawiła się żadna nowa osoba. Pierwsza dziesiątka prawie identyczna jak w zeszłym tygodniu, gdyż Anny na pozycjach osiem i dziewięć zamieniły się miejscami. Po dwudziestu czterech biegach obecnego sezonu mamy sklasyfikowanych 450 pań.

 Legenda

Jedną z ważniejszych zalet sobotniego biegania są klasyfikacje punktowe za dany rok prezentujące najlepszych z najlepszych zarówno w kategorii pań, jak i panów. Każdy z nas wie, że biegi są darmowe i to większość specjalnie motywuje do przychodzenia co sobotę o nieludzkiej 9 godzinie. Przez to, że są darmowe, nie możemy pod względem organizacyjnym zaprzęgnąć do działania, nikogo, komu możemy zapłacić, a przez to czegoś od niego w sprawach organizacyjnych wymagać. Dlatego parkrun jest oparty i może się odbywać dzięki wolontariuszom. Oni stanowią moc napędową cegło procesu biegowego i dzięki ich pomocy my możemy pobiec. Tyle, że oni muszą być, gdyż jeżeli nie  będzie wolontariuszy, biegu także nie będzie. Cytując klasyka mogę napisać „ bez wolontariuszy nie będzie niczego”. Nie jest to chyba aż taki spadek wewnętrznej wartości dla każdego z nas, jeżeli te 3 razy w roku poświeci się dla innych. Bo jeżeli ja w dniu pierwszym się poświęcę, to w dniu drugim, dzięki poświęceniu kogoś innego ja będę mógł pobiec. Dlatego, cotygodniowa wielka prośba dla wszystkich biegających i czujących się jakoś zaangażowanych w parkrun śmiganie.

 Każdy, kto chociaż raz biegł w parkrun otrzymał za swój bieg określoną ilość punktów. Zasada jest prosta,  za pierwsze miejsce jest przyznawane 100 punktów, za drugie 99, za trzecie 98. I tak aż do setnego miejsca. Od setnego miejsca wzwyż, każdy startujący otrzymuje po 1 punkcie. Czyli nie ma opcji, aby bez punktu do domu powrócić. Jak widać każde miejsce wycenione jest na 1 punkt, czyli nie ma premiowania za np. pierwszych 15 miejsc jak to ma miejsce w skokach narciarskich.

Dodatkowo są przyznawane punkty z wolontariat. Każdy wolontariat ma taką samą moc  punktową, jak wygranie biegu, czyli otrzymuje się także sto punktów, ale zamieszczanych w rubryce organizacyjnej, a nie biegowej. Zsumowane punkty organizacyjne i biegowe określają całościowy dorobek danej osoby biegającej i jej miejsce w końcowej tabeli. Jest jeszcze jedna drobna sprawa. Wśród wolontariuszy może być wolontariusz zamykający stawkę. Jest to osoba, która biegnie na końcu, czyli po wszystkim otrzymuje w punktacji biegowej 1 punkt. Do tego za zaangażowanie w organizacji otrzymuje 100 punktów. Jednak, mimo że w punktacji obszarowej, czyli za bieg ma 1 punkt i organizacyjnej 100 punktów, to do klasyfikacji ogólnej zostaje mu zaliczone „tylko” 100 punktów . Jeszcze jedna sprawa. Oczywiście wolontariuszem można być w roku tyle razy ile się chce, ale punkty ma się przyznawane tylko trzykrotnie. Tak więc maksymalna ilość punktów wolontariackich, czyli organizacyjnych w roku może wynieść 300.

Relacja z międzynarodowego oraz mokrego parkrun

Jak co sobotę rano mój parkrun budzik poderwał mnie na nogi w okolicach godziny 6 rano. Szybki rzut okiem za okno ( trochę się nagimnastykowałem by wpierw je wyjąć w gałki ocznej, a potem po powrocie wsadzić z powrotem i odtworzyć obraz), przekonało mnie, że znowu  pan Jesień – wredota zdominował swoją subtelną małżonkę. Po wczorajszym całkiem przyjemnym dniu, kiedy słodka i zmysłowa pani Jesień pieściła nas swoim cudnym pogodowym pocałunkiem, dzisiaj znowu wredne pogodowe łubudu, czyli pan Jesień w swojej wątpliwej krasie. No, ale ani deszcz, ani śnieg, ani inne stany pogodowe nie zmuszą mnie do zmiany mojego sobotniego przyzwyczajenia. Bo sobotni parkrun to niemal obowiązek, tam być muszę.

Kiedy wyjeżdżałem z domu lekko kropiło, a w czasie jazdy zaczęło już ostro lać. Na szybie samochodu rozbijały się krople deszczu, chcące koniecznie powiedzieć mi „dzień dobry”. Kiedy przyjechałem na miejsce troszkę się uspokoiło, ale nadal popadywało. Odczekałem chwilkę, a następnie udałem się oddać rozgrzewkowym przygotowaniom. Mimo, że godzina była już trochę zaawansowana zbyt dużo osób dzisiaj nie poważyło się przybyć na Cytadelę. W sumie trudno się dziwić, bo w taką pogodę przychodzą tylko …. No właśnie jak nas nazwać: hardcorowcy, zapaleńcy, wariaci, albo i szereg innych mniej lub bardziej odpowiadających określeń. Pełen podziw dla Roberta krócej znanego, który ponownie z całą swoją tuptającą rodziną przybył. To, że syn w starszym wieku, to ok, ale że córka zdecydowała się w tą pogodę z ojcem pobiec, pełny szacunek .   Jak dla mnie, to w sumie nawet sucho się zrobiło i mogło bardziej padać. Tym bardziej, że im bliżej startu, tym mniej deszcze padał, a kiedy się udaliśmy do strefy, skąd na dany znak mieliśmy ruszyć już zupełnie nie padało. Tuż przed startem okazało się że mieliśmy dwójkę biegaczy z Anglii, którzy przybyli do nas spod Dover. W sumie można napisać, że jak dla nich to dzisiejsza pogoda była niemal jak w domu. Po biegu okazało się, że to nie byli jedyni obcokrajowcy, którzy nas dzisiaj odwiedzili, ale do tego jeszcze wrócę.

No i już sygnał został dany, więc w deszczowo-tuptajacy tan ruszamy. Dzisiaj biegłem spokojnie, moim tzw luźnym startowym tempem. Mogę nawet napisać, że bardziej treningowym, niż startowym. Trochę to co prawda irytowało moje startowe kalenji  oraz wkładki, ale na bicie życiówek, jeszcze trochę poczekają. Dzisiaj był jeszcze jeden powód, by jednak zbytnio, jak na moje oczywiście możliwości nie szaleć. Było mokro, do tego cała armia liści w stanie zmokłych kur na ziemi leżała i można było wpaść w stan poślizgu niekontrolowanego. A ja raczej typ bardziej ostrożny, niż fantazją popędzany ( przynajmniej w czasie biegania), więc biegłem, jak biegłem. Do tego jeszcze obecne treningi, które bardziej na roztrenowaniu niż wbieganiu w trans czasowy polegają, więc nie liczyłem na nic czasowego. No i jak w prawie każdą sobotę odliczam kilometry na tak znanej trasie. Po drodze minąłem Roberta później poznanego, który jak na wzorowego ojca przystało biegł z córką ochraniając ją na wszystkie możliwe sposoby. Ale my ojcowie tak mamy, że za nasze córki i pociąć się damy. Pogoda się zrobiła idealna, gdyż już nie padało, było chłodno, nic tylko tuptać. No, jedynie to te mokre liście. Jak zwykle popędzani jakimiś myślami i pragnieniami biegacze mnie mijali. Niczym wicher przemykali obok zakręcając liśćmi na ziemi leżącymi. Tak w okolicach Rosarium dobiegli do mnie Marta z Przemkiem, którzy jak zwykle swój czas planowali. Kiedy usłyszałem, że dzisiaj spokojnie na 25 minut, to wykorzystałem sytuację i trochę się pod nich „podczepiłem”. No i biegliśmy w klasycznym trójkącie tuptającym. Może nie klasycznym, gdyż w takim przypadku pani biegnie w środku, a obaj panowie po bokach, a tutaj Przemek wyraźnie i zdecydowanie mnie od Marty oddzielał. Nie wnikałem już w powody, tylko trzymałem ustalonego przez niego schematu tuptającego. No i tak biegliśmy praktycznie do 4 kilometra z pewnym hakiem, kiedy stwierdziłem, że starczy trójkątów i pobiegłem swoje na spokojnie. A może z tych samych powodów moja para współtowarzysząca doszła do wniosku, że lepiej im we własnym towarzystwie i troszkę przyśpieszyli. No wiec biegłem spokojnie za nimi, ale nie traciłem ich z oczu. Trochę jak biegacz przyzwoitek. No i już ostatnia prosta i zgodnie z zasadami tuptającej sztuki przyśpieszamy.

Na mecie odbieram token, mój czas to 25 minut i 9 sekund, czyli spokojny i bez ognia, a nawet bez dymu. Ale trudno, żeby w deszczowy, listopadowy dzień ogień w duszy płonął. Kiedy stałem w kolejce do skanowania, znowu usłyszałem za sobą obcy język. Okazało się, że biegło dzisiaj z nami także dwóch panów, z których jeden pochodził z Węgier,  z historycznego miasta Szekesfehervar. Nam co prawda bardziej kojarzy się ono z drużyną piłkarską Videotonu, ale miasto to jest odpowiednikiem naszego Gniezna. Jest to pierwsza stolica Węgier, nekropolia królów węgierskich. Obecnie zamieszkuje je jak podaje Wikipedia prawie 102 tysięcy mieszkańców. Dla porównania w Gnieźnie mieszka ok 70 tysięcy mieszkańców, ale także pewne podobieństwa są. No, ale Gniezno nie ma drużyny piłkarskiego, która grała w finale pucharu UEFA, a Videoton grał. Przegrał co prawda z Realem Madryt, ale to chyba nie hańba. Drugi z naszych gości pochodził, o ile pamięć mnie nie myli z Warny. Miasto także w naszej historii się poważnie zapisało chociaż może nie tak, jakbyśmy chcieli. Nie wnikam, gdyż o bitwie pod Warną , to chyba każdy słyszał. Po zeskanowaniu jeszcze porozmawialiśmy z Markiem z naszymi gośćmi z Wysp o wyjątkowym parkrun , który odbędzie się 27grudnia. Wytłumaczyliśmy dlaczego w niedzielę, a nie w sobotę i czym było Powstanie Wielkopolskie. Kto wie, może mocna ekipa z Wysp także się pojawi. Zrobimy parkrun, który pod względem frekwencji może dorównać tuptaniom w kolebce parkrun w Bushy Park, gdzie tydzień w tydzień ok tysiąca biegających  rusza by z trasą 5 kilometrów się zmierzyć.

Co ciekawe, w dzisiejszym parkrun na Cytadeli biegło łącznie 65 osób, z czego 4 było przybyłych z innych państw. Czyli całkiem interesujący procent. Po zeskanowaniu jeszcze do rodzinnego zdjęcia Jak zwykle z którąś z naszych miłych biegających pań się ustawiłem, gdyż nie byłbym sobą, gdybym nie wykorzysta okazji do objęcia biegaczki.  Dzięki Małgosiu że się zgodziłaś. Ba, a potem nawet przez chwilę mogłem objąć dwie panie. Czego więcej facet może chcieć więcej od życia,  Połączenie parkrun, deszczu, oraz wspólnej fotki stanowi naładowanie wewnętrznych baterii na cały nadbiegający tydzień. Mogę napisać, że jestem gotowy n nadbiegające dni. I jak ja mogę nie uwielbiać naszego cosobotniego tup, tup. Żadna pogoda nie jest zła, by na Cytadeli się pokazać. Dla nas biegnący z pewnością nie, ale pamiętajmy z zwierzętach, ptakach czyli stworzeniach, które są od nas słabsze, a którym możemy w taki czy inny sposób pomóc. Szczególnie prośba do właścicieli psów. Nie trzymajmy ich na dworze w czasie deszczu. Tak mała prośba na koniec. Jak ktoś si zdecydował mieć w domu psa, niech go traktuje jak żywe i czujące stworzenie.

Na koniec jeszcze dwie informacje ze świata Parkrun. Dzisiaj w Polsce pobiegła po raz w Augustowie 30 lokalizacja. Taj, tak już w 30 miejscach w naszym kraju tuptamy co sobotę o 9 rano. A jak Marek zauważył, niedługo może ruszy kolejna w Swarzędzu. No, chyba paru z nas się tam wybierze. Nie ukrywam, ze także mnie korci.Na razie Swarzędz jest w powijakach, ale może się z nich wyrwie.