Biegowo-startowe zakończenie roku

Należy szczerze przyznać, że dzisiejszy poranek zdrowo zaskoczył. Kiedy wychodziłem rano parkrun termometr wskazywał temperaturę poniżej zera. Potwierdzeniem tego był widok zamarzniętych kałuż. Co prawda sama pogoda była cudowna: słońce, brak wiatru, ale ta temperatura. Mimo mroziku ( gdyż to jeszcze nie był taki zdrowy mróz, a do -5 to mamy takie mroziątko) grubo pond 200 osób przybyło dzisiaj na Cytadelę, by zakończyć rok z parkrun-em.

.Pamiętając, że to mój nie ostatni dzisiaj start, a do tego mając w pamięci , czasem czując dwugłowy, a do tego z moimi zaległościami treningowymi pobiegłem dzisiaj na dużym luzie. Raz tylko za sobą usłyszałem test: „ biegnij za panem, ma ponad 100 biegów za sobą, więc z pewnością zna trasę”. Uśmiechnąłem się pod nosem słysząc te słowa. Podejrzewam, że jeżeli mówimy o Poznaniu,to z moimi 215 biegami jestem w pierwszej dziesiątce najbardziej wytrwałych. Co prawda Grzesiu się uparł, że mnie dogoni pod względem ilości biegów, ale jeszcze ciągle 15 biegów mu brakuje.

Biegło się dzisiaj super ( może właśnie z powodu tej pogody) i z wielkim luzem i radością do mety dotarłem. Tutaj jeszcze ciacho, zdjęcie i na Maltę. Kiedy odebrałem już pakiet startowy, to muszę przyznać, że czułem lekki niepokój, gdyż forma i przygotowanie były jakie były ( czyli praktycznie nie było), a tu jeszcze po piątce trzeba dyszkę machnąć. Jedna widok sporej ilości znajomych, którzy dzisiaj na Malcie się pojawili nie pozwolił zbytnio długo nad problemami się rozwodzić. Muszę przyznać, że dopiero w czasie takiego biegu jesteśmy w stanie ogarnąć, ilu to mamy biegowych znajomych. Tak na marginesie nie ja jeden wpadłem na pomysł, by po parkrun nad Maltę się udać…

Samo wydawanie pakietów raz dwa i be problemu. Fajnie, że było miejsce, gdzie mogliśmy się schronić oczekując na start i nie trzeba było ponad godziny czekać w mrozie. Tuż przed startem organizatorzy odstąpili d pomysłu puszczania nas w dwóch turach, najpierw ci na jedno okrążenie, a potem ci na dwa. Myślę, że to był dobry pomysł, gdyż najszybsi z „dychmenów i dychwomanów” bardzo szybo by wolniejszych piątkowców dogonili i zrobiłby się zdrowy dym na trasie. A tak wszyscy wystartowali razem i po pierwszym okrążeniu jednych kierowano w stronę mety, a drugim kazano biec dalej. Muszę szczerze napisać, że sam poważnie myślałem by nie zbiec po pierwszym kółku, ale nie było takiej opcji, a poruta by była przeogromna.

Muszę przyznać, że biegłem sobie na luzie nie goniąc czasu, ot na dobiegnięcie. W moim stanie fizycznym i przygotowawczym, to była jedyna rozsądna strategia. Najważniejsze, że dobiegłem na względnym luzie i spokoju i nawet fajny medal w postaci odlanej Bamberki otrzymałem. Muszę przyznać, że robi wrażenie i zdecydowanie wyróżnia się od tradycyjnych medali biegowych. Zresztą bieg sylwestrowy w Poznaniu jest podejrzewam w czołówce pod względem stażowym w naszym regionie, a i podejrzewam, że w dwudziestce w całym kraju też się znajdzie. Napiszę krótko: bieg, który ma taką tradycję, musi jakiś odpowiedni poziom organizacyjny reprezentować. Może i nie jest to jakaś ekstraklasa, ale dobry, poznański poziom organizacyjny jest tu zachowany. No i jak dla mnie co najważniejsze, na koniec roku dwa biegi zostały jeszcze zaliczone. I mimo mojego stanu dałem radę dobiec do mety. Czasy były bardzo przeciętne, ale jak się biegnie na wariata z nutką masochizmu, to trudno wymagać godnych czasów. Kiedy znajomemu powiedziałem, że biegnę z doskwierającym dwugłowym, to powiedział krótko: biegacze to są jednak hardcorowe czubki, czy też wariaci. I myślę, że coś w tym jest. Natomiast podsumowanie moich wyników dzisiaj mogę określić krótko; jaki rok, takie wyniki. Rok pod względem biegowo-przygotowawczym do pupy, to i wyniki też takie muszę być. Tak na zupełne zakończnie, jedna ze znajomych biegaczek, czyli Asia Skąpska zakończyła bieg na pudle. Asia brawo Ty, jesteś Wielka. 

Kanapowcy oraz aktywnościuchy

Możemy napisać, że nasze społeczeństwo, a w zasadzie nie tylko nasze społeczeństwo, ale chyba cała ludzkość ogólnie dzieli się na dwie główne grupy. Jedna to są kanapowcy, a druga aktywnościuchy. Nie jest chyba zbytnią fiozofią wpaść na to, czym te grupy różnią się od siebie.

Kanapowcy, to są osoby preferujący statyczną formę spędzania czasu. Dotyczy to zarówno czasu przeznaczonego na pracę, jak i na czas wolny. Kanapowcy najlepiej się czują w pracy za biurkiem, kiedy nie muszą być aktywni fizycznie. Aktywność intelektualna w zupełności im wystarczy. Podobnie jest z czasem wolny. Im wystarczy spędzać go przed telewizorem, kompem i może czasem od wielkiego dzwona wyjazd na wakacje, idealnie z biurem podróży w wersji all inclusive, kiedy wszystko mają opłacone, a oni tylko muszą z tego umiejętnie korzystać. Tak została ich psychika ukształtowana, że aktywność fizyczną uważają jako ewentualną konieczność i zło narzucone z zewnątrz. Kanapowcy fatalnie się czują w pracy, która wymaga od nich bycia w ruchu. Kiedy tak muszą pracować wracają do domu „sterani jak koń po westernie” i tylko marzą o tym by wreszcie zalec przez TV czy kompem w niemal całkowitym bezruchu.

Po drugiej stronie lustra mamy aktywnościuchów. Może ich określić jako różne formy wulkanów energii. Buchają pomysłami, muszą być ciągle w ruchu coś robić i zarażać innych swoją aktywnością. Nawet jeżeli los zawodowy rzucił ich za biurko, to kiedy wracają do domu muszą nadmiar swojej aktywności wyzwolić w taki czy inny sposób. Uprawiają różnego rodzaju sporty mniej czy bardziej bezpieczne, ale coś w życiu się musi dziać i cała nagromadzona w czasie dnia pracy energia musi w końcu zostać uwolniona.

To, że mamy takie grupy to jasne i logiczne chyba dla wszystkich. Ale czy to znaczy, że jedna z nich jest lepsza, a druga gorsza? Nie zgadzam się z taką tezą, gdyż uważam, że i jedni i drudzy są tak samo ważni potrzebni. Co więcej uzupełniają się ze sobą i w zasadzie jedni nie mogą żyć bez drugich i na odwrót. Nigdy nie jest tak, że ktoś jest tylko kanapowcem, czy tylko aktywnościuchem. Raz na jakiś czas kanapowiec przekształca się w akywnościucha i na odwrót. I wtedy potrzebne jest wsparcie tej grupy. Do której w danym momencie wbiegamy. Kanapowcy chcą spokoju, uspokojenia umysło atywnościuchy w wiecznym ruchu i szale Idealna para: kanapowiec i aktywnościuch. Wzajemnie się temperują i pchają do przodu. Dwaj kanapowcy mogą popaść w marazm, dwaj aktywnościuchy podpalić świat.

A co w tym wszystkim jest najciekawsze przynależność do danej grupy nie jest wieczna. Czasem kanapowiec może się przekształcić w aktywnościucha i na odwrót. Muszę przyznać, że sam jestem idealnym tego przykładem. Do 40-stki byłem typem kanapowca, a po przekroczeniu tego magicznego wielu przekręciłem się o 180 stopni. Dlatego nawet najbardziej zatwardziały kanapowiec nie może być pewny swojej kanapowości, jak i na odwrót. 

Najpierw bieganie, a potem świąteczne śniadanie,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Masz rację Robercie później poznany biegać, a potem jeść, ale do tego tematu zaraz przejdę.Dzisiaj rano zerwałem się z łóżka w okolicy 6 rano. Wiem, że to zboczona pora na wstawanie w czas świąteczny, czego potwierdzenie był miarowy oddech śpiącej reszty rodziny. No cóż, jak oni śpią, to ja wstaję i cichutko tup, tup na Cytadelę się udaję. W tym momencie nasuwa mi się refleksja. Postanowiłem przerobić stary dowcip na jego dopasowaną do naszych zasad wersję. W badaniu ankietowym pytano: biznesmena, pracownika szeregowego i biegacza czy lepiej mieć żonę czy kochankę (ewentualnie męża czy kochanka). No i biznesmen mówi że kochankę, pracownik szeregowy, że żonę, a biegacz że i żonę i kochankę (męża – kochanka). „ Jak to? ”pytają. „ Ano tak, żona (mąż) rano myśli że jestem u kochanki ( kochanka), kochanka(kochanek), że u żony, a ja tup tup i na parkrun. Bo w końcu kto rozsądnie myślący wpadnie na myśl, że można się tak wcześnie rano w Święta czy inny wolny sobotni dzień zrywać, by jechać na drugi koniec miasta, by 5 kilometrów sobie pobiec.

I mimo że był to czas świąteczny,chłód Poznań ogarnął, to jednak ponad 170 osób dzisiaj na Cytadeli się pojawiło. Wszyscy w większości po lekkiej porannej przekąsce, ale przed oficjalnym świątecznym śniadaniem. Tak jak porozmawiałem przed startem, to wszyscy potwierdzili, że oficjalne świąteczne śniadanie dopiero po parkrunie. No, a p śniadaniu płynnie przebigamy dzisiaj w obiad, deser, kolacje i nocne przegryzanie. W końcu dzisiaj dzień Wielkiego Ż. No, ale nie było czasu na zbyt długie pogaduszki, gdyż nasz Wódz Koordynator czasami rządzący, czyli Robert wcześniej poznany zawołał nas na start. Pogoda dzisiaj do biegania idealna, co prawda nie mająca wiele wspólnego z bożonarodzeniową aurą, ale dla nas taka, jaką biegający lubią najbardziej. Słoneczko, chłód, ale nie mróz, jednym słowem żyć, biegać nie umierać.

Sam parkrun, jak zawsze, czyli pełna radość i swoboda tuptania na niezbyt wymagającym dystansie 5 kilometrów. Co prawda z powodu cholernego urazu, który od ponad tygodnia się przyczepił i za cholerę nie chce puścić, biegłem na dużym luzie i spokoju, ale dobiegłem. Nie było w wynikach ognia i przytupu, nawet jak na moje ograniczone warunki, ale co najważniejsze w spokoju i radości ducha mój 214 parkrun zaliczyłem. Oczywiście na mecie spotkałem Grzesia, który wypatrywał czy jestem i może czy znowu kolejny bieg nadrobi. No, ale nie tym razem. No, ale jeszcze na przełomie grudnia i stycznia trzy szanse będą. Zresztą nadchodzący przełom tygodnia i roku pod względem biegowym ostro się zapowiada Najpierw 30 grudnia parkrun, a po nim od razu dycha noworoczna na Malcie. Potem 31 na 1 zabawa, a rano 1 stycznia kacrun, znaczy się parkrun podwojony, najpierw na Cytadeli, a potem na 10.30 w Dąbrówce. Oj, będzie się działo, kiedy wężykiem pobiegniemy… Na koniec jeszcze jedna rekordowa informacja. Dzisiaj Marysia – córka Roberta później poznanego ukończyła swój setny parkrun. Niby nie ma w tym nic niezwykłego, bo w końcu 100 parkrun na rozkładzie ma już tysiące osób biegających. Tyle, że Marysia ma lat 12 w swojej kategorii wiekowej jest w naszym kraju drugą dopiero juniorką, która tyle razy wykazała się hartem ducha i uporem by rano na Cytadeli się pojawić, kiedy jej rówieśniczki i rówieśnicy smacznie śpią, albo poranne kreskówki oglądają.. 

Świąteczno – sylwestrowy miks biegowy

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie Robercie później poznany, wyraźnie napisałem, że jest to tekst, który wbiegł mi przed oczy, ująłem go w odpowiedni cudzysłów,a nawet zamieściłem jego źródło.

No i nadbiega nam czas chyba najpiękniejszych Świąt, czyli Bożego Narodzenia. Te Święta mają w sobie taki wyjątkowy urok, że nawet osoby, których wiara jest inna, albo nawet zerowa w jakiś swój prywatny sposób czas ten świętują. Chociaż nawet tego powodu, że jest to czas wolny, więc w jakiś sposób mniej czy bardziej świąteczny, ale inaczej niż zwykle spędzamy. W zasadzie spora część z nas ( no chyba, że ktoś pracuje w branży spożywczej, służby zdrowia czy innych niezbędnych do funkcjonowania społecznego zawodów ma wolne aż do Nowego Roku.

A kiedy mamy wolne, to my tuptający ten wolny czas chcemy także odpowiednio dla siebie, czyli tuptająco spędzić. Jak wskazują różne kalendarze biegowe, to możemy sobie jeszcze jutro pobiec w Stanowicach po Moczkę i Makówkę, a potem do ostatniego ostatniego weekendu starego roku, gdzie wiadomo, że sypnie różnymi noworocznymi, sylwestrowymi i innymi tego rodzaju tuptaniami sypnie. No, ale ten weekend wydaje się biedniutki pod wzgledem biegowym. Na szczęście jest mój ulubiony bieg, czyli parkrun, który postanowił wybiec w stronę biegającym zapewniając im spalanie przed i poświątecznych kalorii w sposób startowy. Przedświąteczne kalorie spalamy jak zwykle w sobotę i tu nie ma nic nowego. Jednak prawdziwa niespodzianka czeka nas we wtorek 26 grudnia, kiedy odbędzie się wyjątkowa świąteczna edycja. Pełni dzikich, szalonych kalorii poczłapiemy by coś tam spalić. Potem w sobotę 30 grudnia czeka mnie kolejny dwupak biegowy czyli parkrun oraz Bieg Sylwestrowy przed noworoczny. No i na koniec specjalne noworoczne wyzwanie czyli kacowy parkrun noworoczny w dniu 1 stycznia o 9.00 rano. Kto wstanie ten Wielki czy Wielka będzie. Muszę przyznać, że się przymierzam, ale czy dam radę, wolę się nie zarzekać.

W końcu ranek po Nowym Roku rządzi się zupełnie innymi prawami. Zresztą pytanie czy to będzie faktycznie piątka, bo jak zaczniemy biegać zakolami, zakrętami znoszeni na wszystkie strony, to dystans może się naprawdę wydłużyć

Społeczna walka z bieganiem rozpoczęta

Ostatnio wbiegł mi przed oczy taki tekst zamieszczony na stronie: https://www.vice.com/p:

Chociaż bieganie to mało efektywna metoda spalania tłuszczu oraz jeden z najbardziej niezdrowych treningów kardio, od lat stanowi najpopularniejsze ćwiczenie na świecie (zaraz po chodzeniu). To bardzo zła wiadomość, ponieważ bieganie ma zdecydowanie więcej wad niż zalet: aż 79 proc. biegaczy przynajmniej raz w roku rezygnuje treningów z powodu kontuzji. Nic dziwnego – bieganie w bardzo małym stopniu wzmacnia siłę mięśni, a jak wiadomo, to właśnie sprawny i silny układ mięśniowy zapobiega urazom. Co więcej, to właśnie on odpowiada za szybką przemianę materii, spalanie tłuszczu oraz zapewnia dobrą formę na starość.Statystycznie rzecz biorąc, jeśli komuś bardzo zależy na zdrowiu, zazwyczaj bierze się za bieganie. Jasne, na pierwszy rzut oka stanowi to bardzo „naturalne” ćwiczenie, ale trzeba pamiętać, że miarowe dreptanie nie stanowi jakiegoś magicznego obrządku, dzięki któremu twój organizm rozkwitnie. Fenomen biegania ma swoje początki w latach 60. XX wieku, kiedy to postanowiono walczyć z zatrważająco siedzącym trybem życia większości ludzi. Choć nie sposób polemizować z faktem, że każdy ruch jest lepszy od jego braku, bieg stanowi jedno z najmniej skutecznych ćwiczeń. Według trenera osobistego Lee Boyce’a istnieją dwa główne powody, dla których ludzie biegają. Najpopularniejszym z nich jest chęć spalenia tłuszczu: większość pragnie pozbyć się swojego brzuszka i właśnie dlatego decyduje się na treningu kardio. Problem w tym, że bieganie to zły wybór.Najczęściej uważają, że dzięki temu stracą na wadze i wyrzeźbią sylwetkę. Jednak dopiero połączenie treningu aerobowego z ćwiczeniami siłowymi przyniesie pożądany i trwały efekt” – powiedział. Podobnie jak każdy profesjonalny trener, Boyce za najlepszą metodę spalania tłuszczu uważa kompleksowy trening siłowy, polegający przede wszystkim na ćwiczeniach angażujących wiele grup mięśni (są to m.in. przysiady, martwy ciąg, wyciskanie sztangi, podciąganie na drążku czy pompki).

Osobom niewyobrażającym sobie życia bez biegania zaproponował skrócenie przerw albo połączenie kilku ćwiczeń w tzw. obwód. Dzięki temu można utrzymać wysokie tętno i poprawić swoją wydolność krążeniowo-oddechową. Po takim treningu człowiek jest zasapany jak po intensywnej przebieżce, a jednocześnie „osiąga lepsze efekty, ponieważ mięśnie pracują z obciążeniami. W konsekwencji spala się więcej kalorii oraz tłuszczu, a także podkręca się swój metabolizm”. Boyce ma rację: badania niezmiennie pokazują, że ćwiczenia siłowe oraz sprinty są pod wieloma względami znacznie efektywniejsze od biegania: szybciej spalają „oponkę” oraz regulują gospodarkę hormonalną. To zaś oznacza poprawę wrażliwości na insulinę, zmniejszenie poziomu kortyzolu (hormonu stresu) i zwiększenie poziomu hormonu wzrostu oraz testosteronu (tak, dla kobiet również stanowi to sporą korzyść). Wszystkie te czynniki przyczyniają się do utraty wagi.

Badanie opublikowanie w 2008 roku w medycznym miesięczniku „Medicine & Science in Sports & Exercise” (ang. Medycyna i nauka w sporcie i ćwiczeniach) stanowi świetną tego ilustrację. Badacze podzielili grupę 27 otyłych kobiet na trzy podgrupy, z której jednej kazano biegać z niską intensywnością pięć razy w tygodniu, drugiej uprawiać intensywne sprinty trzy razy w tygodniu, a trzeciej zabroniono jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Po okresie 16 tygodni rezultaty nie pozostawiały żadnych wątpliwości: podczas gdy sprinterki straciły znaczącą ilość tłuszczu z brzucha oraz z ud, biegaczki spaliły dokładnie tyle samo tłuszczu, co ich niećwiczące koleżanki (przy czym rzeczywiście poprawiły swoją kondycję).

Drugim powodem jest chęć wzmocnienia serca oraz układu krążenia. Co więcej, jeśli wierzyć niektórym ankietom, stanowi to najpowszechniejszą przyczynę, dla której ludzie zaczynają ćwiczyć – zgrabna sylwetka to jedynie pewien sympatyczny, niezamierzony efekt uboczny. (Aha, jasne). I chociaż bieganie niewątpliwie zwiększa pojemność płuc i usprawnia pracę serca, taki trening może być niewystarczająco forsowny, by naprawdę przynieść jakieś efekty.

Podobnie wygląda sprawa w przypadku ćwiczeń siłowych: intensywne obwody z dużymi ciężarami przynoszą znacznie większe efekty niż monotonne wyciskanie sztangi. Badania pokazują, że krótkie treningi beztlenowe – przykładowo kilka szybkich serii z ciężarami albo sprint – działają na serce równie dobrze, co długie, nużące biegi. Jednocześnie warto podkreślić, że znacznie lepiej wpływają na stan układu mięśniowego oraz na wydolność fizyczną i pułap tlenowy. Potwierdza to badanie opublikowane w „Journal of Strength and Conditioning Research”. Trwało ono 15 tygodni i jednoznacznie wykazało, że dziesięć super intensywnych dziesięciosekundowych serii na rowerku stacjonarnym przynosiło znacznie lepsze efekty niż średnio intensywne 25-minutowe treningi (zwłaszcza w kategorii wytrzymałości i siły).

Pamiętaj również, że bieganie zaliczamy do kardio tylko dlatego, że zaczynamy przez nie ciężej oddychać – to zaś można osiągnąć na wiele innych sposobów. Jeśli jednak kochasz biegać i nie chcesz z tego rezygnować, nie ma problemu: po prostu rób to szybciej. „Pod wieloma względami sprint jest bezpieczniejszy od biegania” – powiedział Boyce. „Większość osób cierpi na jakiegoś rodzaju zaburzenia równowagi mięśniowej, co oznacza, że mięśnie po jednej stronie stawu mają słabsze niż po drugiej. To bardzo nierozsądne, żeby je masakrować podczas długiego, monotonnego biegu, podczas którego pokonujesz nawet 10 tysięcy kroków (w ciągu zaledwie 30 minut!). Może to doprowadzić do przewlekłego bólu oraz zaburzeń równowagi”. Jednocześnie dodał, że poprawnie wykonany sprint pozwoli ci uniknąć wielu problemów biegaczy. Zrobisz podczas niego mniej kroków (czyli nie obciążysz tak bardzo stawów), będziesz poruszać się bardziej efektywnie, a także zaangażujesz więcej mięśni oraz włókien mięśniowych szybkokurczliwych, które są odpowiedzialne za rozwój masy mięśniowej.

To właśnie włókna szybkokurczliwe wzmacniają twoje stawy, więc warto o nie dbać” – powiedział Boyce. „Decydując się na sprinty, zauważysz podobny ubytek tłuszczu, co w przypadku ćwiczeń siłowych. To trening opierający się na sile, nagłym ruchu, wysiłku oraz intensywności, więc twoje mięśnie czeka większy wysiłek. Dzięki temu spalisz więcej kalorii i nawet po zakończeniu ćwiczeń twój metabolizm nadal będzie działał na zwiększonych obrotach”.

Sprint rzeczywiście efektywniej spala tkankę tłuszczową” – potwierdził Dean Somerset, dyplomowany specjalista od treningów siłowych, fizjoterapeuta i kinezjolog z Alberty w Kanadzie. Podkreślił jednak, że jego zdaniem łatwy, nieintensywny bieg wywiera znacznie mniejszy nacisk na ścięgna niż sprint.

Somerset uważa również, że chociaż trening o dużej intensywności rzeczywiście przyśpiesza przemianę materii na jeszcze pewien okres po treningu, miarowy bieg pozwala spalić równie dużo kalorii, ponieważ takie ćwiczenia po prostu trwają dłużej. Tak naprawdę prawdziwe korzyści sprintów widzi w ich wpływie na gospodarkę hormonalną. „Sprinty zwiększają poziom testosteronu oraz hormonu wzrostu, a do tego stymulują wydzielanie hormonów przez tarczycę” – powiedział. Dwa pierwsze hormony mają duży wpływ na spalanie tkanki tłuszczowej oraz zwiększenie siły mięśni, i to właśnie dlatego Somerset uważa sprinty za korzystniejsze dla zdrowia.

Jeśli naprawdę nie wyobrażasz sobie życia bez ćwiczeń wytrzymałościowych, długoterminowe korzyści zdrowotne osiągniesz jedynie wtedy, kiedy połączysz je z treningami wzmacniającymi. Jak podkreślił Boyce, bieganie nie jest jednym z nich: szkodzi twoim stawom i nie pozwala zwiększyć masy mięśniowej. A pamiętaj, że to właśnie dzięki niej stajesz się odporny na najróżniejsze kontuzje. Wraz z upływem lat będzie się to stawało dla ciebie coraz ważniejsze.

Jeżeli nie lubisz biegać, a jednocześnie zależy ci na korzyściach płynących z treningu kardio, podobne rezultaty osiągniesz za pomocą zupełnie innych ćwiczeń” – zapewnił Somerset. „Możesz wiosłować na ergometrze, robić wymachy odważnikiem, jeździć szybko na rowerze albo ćwiczyć na sankach obciążeniowych”. Pokonanie 10 kilometrów na ergometrze w ciągu 40 minut albo zrobienie 500 wymachów z pewnością zaspokoi twoją potrzebę długiego i intensywnego treningu wytrzymałościowego, a jednocześnie nie zrujnuje ci stawów. Co więcej, dzięki takiemu treningowi poprawisz swoją postawę i wzmocnisz mięśnie posturalne.

Jeśli jednak „żyjesz, aby biegać”, biegaj. Pamiętaj tylko o słowach Boyce’a, który doradził, by „traktować trening siłowy jako główne danie, a bieganie jako deser”. Innymi słowy, każde 20-30 minut przebieżki powinieneś poprzedzić 30-40 minutami treningu siłowego. Spalisz więcej tłuszczu, wzmocnisz swoje serce, a na starość będziesz miał lepszą równowagę i sprawność ruchową. Czy to właśnie nie dlatego zacząłeś ćwiczyć?”

Przyznam szczerze, że z wysiłkiem przebiłem się przez cały tekst. Tak się zastanawiam jakie ktoś musi mieć kompleksy, problemy emocjonalne i mało szczęśliwe życie, by takimi przemyśleniami się z tak wielkim wysiłkiem dzielić. Można napisać, że kanapowcy wyciągają armaty przeciwko aktywnościuchom. No, a wiadomo, że biegający stają tutaj na pierwszej linii forntu. Wygląda na to, że zaczynamy społeczny konflikt opierający się na dylemacie szekspirowskim: być aktywnym, czy nie być akywnym, oto jest pytanie Odpowiem na to krótko: jak ktoś woli niech siedzi na kanapie, ale niech pozwala żyć innym.  Na koniec jedno krótkie stwierdzenie, które ten wpis prowadzi: it is simple: just go run. I myślę że w tych paru słowach dajemy nasz przekaz i naszą odpowiedź innym. To jest takie proste… Psy szczekają, karawana biegnie dalej. 

Piękno języka polskiego

Po wczorajszym moim tekście troszeczkę zawrzało. Ktoś tam nawet zarzucił mi, że staję się wulgarny, jak tak mogę i w ogóle i w szczególe. No i brakuje mi poezji i czegoś tam jeszcze. No cóż poezja to piękne słowa. Tak nawet nie słowo, to idea. Poezja życia, przekładane na wszystkie jego elementy. Poezja może być także w bieganiu. Możemy mieć poezję biegowego kroku. Wtedy kiedy biegniemy smakując kolejne metry niczym najbardziej wykwintną potrawę w wyszukanej restauracji, gdzie mistrzowie kuchni podają.

No, ale gdzie ja będę się nad poezją rozwodził, jeżeli jak to jeden z komentujących napisał, że mój blog staje się wulgarny. W tym momencie nasuwa się pytanie, co to znaczy wulgarny i gdzie jest granica wulgaryzmu. Kto może być, a kto nie powinien być wulgarny. W tym momencie przypomina mi się wykład piewcy i wybitnego znawcy naszej mowy, czyli profesora Miodka

Kiedy się człowiek potknie albo skaleczy, woła: „O kurwa!”. To lapidarne słowo wyraża jakże wiele uczuć, począwszy od zdenerwowania, rozczarowania poprzez zdziwienie, fascynację, a na radości i satysfakcji kończąc. Przeciętny człowiek w rozmowie z przyjacielem odpowiada np.: „Idę sobie stary przez ulicę, patrzę, a tam taka dupa, że o kuuuuurrwa.” Kurwa może również występować w charakterze interpunktora, czyli zwykłego przecinka, np.: „Przychodzę kurwa do niego, patrzę kurwa, a tam jego żona, no i się kurwa wkurwiłam, no nie?” Czasem kurwa zastępuje tytuł naukowy lub służbowy, gdy nie wiemy jak się zwrócić do jakiejś osoby płci żeńskiej („chodź tu kurwo jedna!”). Używamy kurwy do charakteryzowania osób („brzydka, kurwa nie jest”, „o kurwa takiej kurwie to na pewno nie pożyczę”), czy jako przerwy na zastanowienie (czekaj, czy ja, kurwa lubię poziomki?”).

Wyobraźmy sobie jak ubogi byłby słownik przeciętnego Polaka bez prostej kurwy. Idziemy sobie przez ulicę, potykamy się nagle, mówimy do siebie: „bardzo mnie irytują nierówności chodnika, które znienacka narażają mnie na upadek . Nasuwa mi to złe myśli o władzach gminy”. Wszystkie te i o wiele jeszcze bogatsze treści i emocje wyraża proste „o kurwa”, które wyczerpuje sprawę. Gdyby Polakom zakazać „kurwy”, niektórzy z nich przestaliby w ogóle mówić, gdyż nie umieliby inaczej wyrazić swoich uczuć. Cała Polska zaczęłaby porozumiewać się na migi i gesty. Doprowadziłoby to do nerwic, nieporozumień, niepewności i niepotrzebnych naprężeń w Narodzie Polskim. A wszystko przez jedną małą „kurwę”. Spójrzmy jednak na rodowód tego słowa. „Kurwa” wywodzi się z łaciny od „curva”, czyli krzywa. Pierwotnie w języku polskim „kurwa” oznaczała kobietę lekkich obyczajów, czyli po prostu dziwkę. Dziś „kurwę” stosujemy również i w tym kontekście, ale mnogość innych znaczeń przykrywa całkowicie to jedno. Można z powodzeniem stwierdzić, że „kurwa” jest najczęściej używanym przez Polaków słowem. Dziwi jednak jedno – dlaczego słowo to nie jest używane publicznie (nie licząc filmów typu „PSY”, gdzie aktorzy prześcigają się w rzucaniu „kurwami”), praktycznie nie słyszymy, aby politycy czy dziennikarze wplatali w swe zdania zgrabne „kurwy”. Pomyślmy o ile piękniej wyglądałaby prognoza pogody wygłoszona w następujący sposób: „Na zachodzie zachmurzenie będzie kurwa umiarkowane, wiatr raczej kurwa silny. Temperatura maksymalna około 2stopni Celsjusza, a więc kurewsko zimno kurwa będzie. Ogólnie, to kurwa jesień idzie…”

Zresztą w necie można znaleźć jeszcze inne wykłady pana profesora na różne inne można napisać nawet kontrowersyje tematy. Jako przykład podam jeszcze naszą osławioną dupę:

Dupę wynalazł uczony radziecki Wołow. Dlatego mówimy: ‚dupa Wołowa’.
Inni twierdza, ze dupę wynalazła Marynia. Ci z kolei rozmawiają o ”dupie Maryni”.
Dupa pełni ważna role w ruchu obrotowym. Wszystko kreci się wokół dupy. Dupa służy również do przekazywania zdecydowanych sygnałów niewerbalnych. Dobrze wymierzony, solidny kopniak w dupę jest wyrażeniem uczuć negatywnych wobec adresata takiego gestu.
Dupie można również przekazać emocje pozytywne, np.”całując kogoś w dupę”.
Dupa może spełniać tez rolę lizaka. Szczęśliwie nie wszyscy są ”dupolizami”.
Uniwersalność dupy nie kończy się na tym, jest ona bowiem zadziwiająco skutecznym pojemnikiem:”w dupie” można mieć cale osoby, a nawet społeczności. Dupa służy nieraz jako etalon: wiele rzeczy jest ”do dupy”, tym samym dupa spełnia role uniwersalnego wzorca porównawczego.
”W dupę” (lub ”po dupie”) można również dostać. Czynność ta umacnia więzi emocjonalne miedzy rodzicami i dziećmi.
Prócz tego, dupa spełnia role siedziska, powiadamy bowiem: ‚siadaj na dupie’, często z dodatkiem poleceń uzupełniających, jak np. ‚[...] i siedź cicho’. Określenie ‚dawać (dać) dupy’ funkcjonuje w dwóch znaczeniach: erotycznym i wartościującym, jednak ‚ściągnąć kogoś z dupy’ tylko w tym pierwszym. 
Można również ”chronić swoja (lub czyjaś) dupę”, co kolejny raz potwierdza ważność dupy w otaczającym nas świecie.
Zabrać się do czegoś od ”dupy strony’ oznacza podejście niewłaściwe, od końca; dupa funkcjonuje tu jako synonim odwrotności.
Dupa pełni również role uchwytu, można bowiem ”trzymać się czyjejś dupy”. Określenie to nie oznacza braku równowagi, ale samodzielności.

I w tym momencie mógłbym zadać pytanie, gdzie mi do takiego mistrza i co to faktycznie znaczy wulgarny. Mam tylko nadzieję, że dzieci unikają mojego bloga.

Nie biegam bo…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie wcześniej poznany, ciekawe daty podałeś. Czyżbym czegoś o zmanie terminów parkrun nie wiedział? 

Ostatnio kilka osób, z którymi rozmawiałem czy w realu, czy w necie mówiło mi , że nie będą biegali, bo…. no właśnie i tutaj podbiegamy do tematu z drugiej strony. Już hektolitry atramentu napisano wszędzie gdzie się da i nie da dlaczego biegamy, co nam to daje. Ale spójrzmy z drugiej strony. Jest zdecydowana większość naszego społeczeństwa, która nie biega i nie ma najmniejszego zamiaru biegać. W tym momencie należy zadać pytanie, dlaczego ludzie nie biegają, jeżeli w naszym odczuciu to jedna z bardziej…ok nie ważne, co jest ważne dla na tylko dla innych. Dlaczego ludzie nie biegają?

Pierwszy powód jest całkowicie rozumiały: mają inną pasje, nie związaną z aktywnością fizyczną. Wolą grać w szachy, układać bierki, zbierać znaczki, ok rozumiem ich wybór ich prawo. Co prawda w przypadku wielu pasji bieganie się bardzo przydaje, bo jak to jakiejś unikalnej kolekcji znaczków startuje dwóch filatelistów to dopadnie jej ten, który pierwszy dobiegnie. No, ale nie wgłębiajmy tak głęboko, bo może się okazać, że do każdej pasji bieganie stanowi jej piękne uzupełnienie.

No, ale są ludzie, którzy mają na wszystko wyj… i żadna aktywność ich nie rusza i koniec. Nie biegają bo nie czują weny, potrzeby, adrenaliny. Życie jest powolnym sączeniem z kielicha bytu aż do ostatniej kropli, bez konieczności ruszania się z fotela czy z tapczana. I nie będą biegać, bo nie, bo nie chcą, nie lubią, nie tolerują aktywności. I co możemy im powiedzieć? No cóż życzyć szczęścia w przetrwaniu życia tak jak Istota Tworząca ich stworzyła, bo lubią w tej postaci tkwić, bez konieczności zmian w życiu. No cóż mogę napisać? Powodzenia i żyjcie jak wam wygodnie. Takie życie dla samego życia, trwania i istnienia też ma coś w sobie. Powodzenia. Niech się Wam żyje. Mam tylko nadzieję, że mają samochody i nie muszą od czasu do czasu gonić tramwajów. Jest także opcja pośrednia. Są i tacy, którzy może by chcieli i biegać, ale zawsze coś stanie na drodze. A to za zimno, a to za ciepło, a to za sucho, a to deszcz, śnieg, grad, bo każdy powód jest dobry, by nie biegać. Nasze zupełne przeciwieństwo, bo dla nas każdy powód jest dobry by biegać. No cóż każda osoba posiada na świecie swoje drugie anty ja. No cóż jak lubimy żyć wśród wymówek…

Tak na marginesie, sam przez zdecydowaną większość mojego życia nie biegałem i uważałem tuptanie za głupotę. Po moim przykładzie widać, że nigdy nie wiemy, jak nam priorytety życiowe mogę się nagle przestawić. Tak sobie myślę, jakie jeszcze można znaleźć powody by nie biegać. Najprostszy i oddający sedno wszystkiego to taki, że nie biegam bo nie. I ch.j. I myślę, że w tym tkwi sedno wszystkiego. Można traktować życie jako do ch.ja i jak komuś w tym dobrze… Chciałbym, aby w tym miejscu było jasne. Nie krytykuję osób, które nie biegają. Wręcz przeciwnie, doskonale je rozumiem, bo sam przez zdecydowaną większość mojego życia byłem po także po ich stronie barykady. Ale kiedyś stanęłem przed lustrem i powiedziałem sobie: coś w zyciu muszę zmienić. U mnie padło na bieganie. Ale nie biega tu o samo bieganie, tylko sam fakt. Jeżeli padło na takiego antybigacza jak ja, to znaczy nikt nie jest bezpieczny.

Uroki zimowego biegania

No i powoli pani Zima zaczyna nam odsłaniać swoje bielą pokryte mroźne oblicze. Jaka będzie w końcówce tego i pierwszych dwóch, trzech miesiącach przyszłego  roku na razie trudno wyrokować. Jak zwykle jesteśmy atakowani szeregiem, często sprzecznych informacji na ten temat. Na początku listopada jedna ze stacji puściła plotkę, że czeka nas zima nawet nie stulecia, ale tysiąclecia, gdzie mrozy mogą być tak siarczyste, że jądro ziemi zamarznąć może,a piekło zmieni się w przyjemny kurort. Zima miała już przybiec w połowie listopada i trwać niemal do kwietnia.

Potem z każdym kolejnym tygodniem, kolejne informacje trochę łagodziły ten pierwszy komunikat. Jak to zwykle bywało, malowały nam przed oczami często zupełnie sprzeczne obrazy. Jedni głosili, że jednak w styczniu i w lutym zima będzie ostra, inni że wręcz przeciwnie więc mamy klasyczny informacyjny mysz-masz, gdzie nikt nic nie wie. Jedynie Indianie i Górale nic sobie z tego nie robią, tradycyjnie uzupełniając zapasy drewna, chrustu i zapełniając śpiżarnie.

A jak my biegający przygotowujemy się do zimowej pory. W zasadzie mamy dwie główne strategie. Jest pewna część osób tuptających, która na czas śniegów, chłodów i mrozów odkłada sprzęt do tuptania do szafy i zanurza się wzorem niedźwiedzi w sen zimowy. I nie ma znaczenia, że zima jest słaba albo ostra, po prostu trzy miesiące się nie biega i koniec. Muszę przyznać, że jest to jakaś metoda. W końcu nie każda osoba musi lubić biegać w chłodzie, zimnie, mrozie, śniegu, lodzie czy innych takich utrudnieniach. Owszem nie wiadomo, kiedy one nadejdą i czy w ogóle, dlatego ogólne założenia: trzy miesiące bez biegania i koniec.

Mamy też drugą, całkowicie po drugiej strony barykady ułożoną strategię. Taką, która głosi: niezależnie jaka pogoda, ja i tak biegam. Pada czy leży śnieg? Super, bo można smakować spadające płatki śniegu czy słyszeć skrzypienie śniegu pod nogami. Jest ślisko i trudno utrzymać się na nogach? Rewelacja, zakładamy nasze antypoślizgowe buty i biegniemy czując adrenalinę połączoną z obawą, bo nie mamy pewności, że jednak nie padniemy. Jest mróz w okolicach 10 stopni a nawet więcej? Kapitalnie, czujesz ten mróz przeszywający ciała, ludzie patrzą jak na wariata, a ty biegniesz czując w sobie moc Tytana. Muszę przyznać, że uwielbiam bieganie w takich sięgających ekstremalnych warunków pogodowych przypadkach. Tak jak uwielbiam podczas burzy, upału, taki i zimy. Wtedy poznaję zupełnie inny smak naszej pasji.

Mamy oczywiście jeszcze grupę biegających rozsądnych, którzy owszem biegają zimą, ale tylko wtedy, kiedy są ku temu odpowiednie warunki. Napiszę krótko: szanuję i podziwiam za rozsądek. I na tym może zakończę dzisiejszy wpis. Niech radości zimowego biegania nas wypełniają.

Raz w tygodniu bieganiec zapierdalaniec

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie Masz rację Wojciechu, dlatego dzisiaj postanowiłem trochę bardziej na ten temat napisać.

Wczoraj trochę poświęciłem czasu, na prezentację mojej obecnej rozpiski treningowej. Jak pisałem mam w tej chwili trzy mocne jednostki treningowe w tygodniu. Korci mnie by jeszcze jedną formę dołożyć do mojego tygodniowego biegania. Określiłbym ją roboczo, jako bieganiec zapierdalaniec. Nie trzeba chyba zbytniej wyobraźni, by domyśleć się, o co tutaj biega. Po prostu robię sobie na jeszcze nie wiem, jak długim odcinku biegankę napierdalankę na maksa. Biegniesz z całych sił tak długo, jak tych sił starczy. Taki interwał, ale w formie ciągłej. Tak, aż się zlejesz potem, serce wali jak młotem, płuca ledwo dyszą, aż wszyscy Twoje sapanie słyszą. Czujesz, że dajesz z siebie wszystko aż do do ostatniej kropli potu na du.. znaczy się na czole. Tak pędzisz przed siebie, mroźny wiatr cie owiewa, osuszając zakatarzony wcześniej nos, a atakujący od czasu do czasu kaszel pozostaje gdzieś w tyle. Po prostu masz jeden dzień w tygodniu, kiedy dajesz z siebie wszystko.

No i pytanie się nasuwa. Kiedy taki dzień w tygodniu biegańca zapierdalańca sobie zrobić. Optymalnie jest wtedy, kiedy mamy jakiś start zorganizowany. Wtedy taki zapiedalaniec jest najbardziej wskazany, bo wtedy chcemy jak najlepszy czas uzyskać, to jest nasza chwila prawdy. Wiadomo jednak, że nie każdy ma raz w tygodniu możliwość przebiegnięcia się startowo. Nie wszędzie są parkruny, gdzie mamy mamy właśnie idealne miejsce na zapierdalaniec. Raz, że dystans 5 kilometrów na zapierdalańca jest idealny, gdyż ani za krótko, ani za długo, bo akurat piąteczkę większość z nas może maksymalnym jak na swoje możliwości przebiec. No, ale jeżeli ktoś nie lubi z jakiś przyczyn, nie ma parkrunu w okolicy, czy po prostu w soboty rano pracuje, śpi czy robi inne ciekawsze od biegania rzeczy, to cóż znaleźć sobie inny dzień na biegową napierdalankę, bo dzięki takiemu napierdalaniu wiemy, że żyjemy. Tak w skrócie można napisać: kiedy biegający napiedalają dobry humor zawsze mają. Może i paru znajomych albo i mniej znajomych się dzisiaj obruszy po tym tekście, ale czy ja zawsze muszę tak cnotliwie pisać. A może właśnie zaczynam się rozkręcać…

Specyfika Klienta biegającego

Od czasu do czasu zdarza mi się przebiec wzrokiem po ofercie rynkowej skierowanej dla osób aktywnych. I to nawet nie do końca nakierowanych na nas biegających, tylko tak bardziej uniwersalnie.

Ostatnio w oczy mi wbiegł sklep: 
https://www.sklep-presto.pl/
,
łączący w sobie sport i turystykę.
 Muszę przyznać, że ogólne wrażenie nawet pozytywne. Mimo że sklep nie jest nakierowany na nas biegających, to nawet my coś dla siebie znaleźć możemy. Dla tych, którzy gustują w różnych odżywkach i suplementach, jest osobny bardzo rozbudowany dział obejmujący te właśnie produkty:
https://www.sklep-presto.pl/fitness-i-silownia/suplementy-i-odzywki/
. Bardzo szeroka i godna zwrócenia uwagi jest także gama produktów obejmująca odzież i obuwie, czyli to, co w zasadzie jest nam bardzo często potrzebne i zmieniane:
https://www.sklep-presto.pl/obuwie-i-odziez/
. Co jeszcze nam biegającym w tym sklepie może się przydać? Jest bardzo fajna oferta związana z akcesoriami i dodatkami sportowymi oraz przeznaczonymi do treningu
https://www.sklep-presto.pl/lato/dodatki-sportowe/

Muszę przyznać, że fajnie to wygląda, ale jak mógłbym coś osobie zarządzającej tym sklepem doradzić, to zaproponowałbym otworzenie działu nastawionego stricte na biegających. Ja wiem, że są specjalistyczne sklepy biegowe i ktoś, kto ma bardziej rozbudowaną ofertę, to trudno mu ze czysto biegową konkurować. Odpowiedziałbym krótko: i tak i nie. Tak, bo faktycznie jeżeli ktoś jest nastawiony tylko na biegaczy, to trudno uniwersalnemu sklepowi go dogonić. Nie, ponieważ jeżeli ma tak szeroką ofertę, ale pozbawioną pierwiastka biegowego, to trudno mu będzie biegającego klienta przyciągnąć. Powiedzmy sobie szczerze, klient biegający stanowi najliczniejszą grupę wśród osób aktywnych i co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Klient biegający raczej nie przyjdzie do sklepu, gdzie nie ma działu przeznaczonego właśnie dla niego. Owszem on przyjemnością spojrzy na inne produkty, nawet może coś zakupić, co wzbogaci jego trening biegowy, jednak by to zrobił musi wiedzieć, że w tym sklepie jest miejsce, gdzie znajdzie produkty tylko dla siebie i gdzie poczuje się jak w biegowym niebie może zbyt górnolotnie napisane ( ale się rymuje), ale przynajmniej jak w domu. Dlatego jakbym miał coś doradzać zarządzającym sklepem, to zaproponowałbym dodanie szybko działu przeznaczonego właśnie dla nas biegających. Ale to taka moja drobna uwaga.