Bieganie jako choroba przenoszona drogą internetową,

Nie jest chyba dla nikogo wielką tajemnicą, że w ostatnim dziesięcioleciu mamy prawdziwy wysyp osób biegających. Biegają nie tylko osoby, które mają ku temu odpowiednie predyspozycje, wysportowani oraz zawsze aktywni, ale co ciekawe pasją biegową zostają zarażeni panie i panowie, którzy nigdy w życiu nie przypuszczali, że kiedykolwiek zaczną biegać. Sam jest idealnym przykładem takiego typa antysportowego  i antyprzygotowanego do uprawiania jakiekolwiek sportu. Co prawda w młodości zdarzyło mi się coś tam trenować, ale to było dawno i nieprawda. Dość napisać,że jako dzieciak, młodzieniec oraz facet bardzo długo byłem otyły, a moje zainteresowanie sportem ograniczało się do podnoszenia butelki z wiadomym napojem podczas oglądania transmisji
sportowych. Z drugiej strony zainteresowanie sportem w sensie kibicowania było zawsze. Jednak na tym się kończyło i   to było wszystko.

Skąd u mnie się wzięła pasja związana z bieganiem, to już pisałem i nie będę bił piany. Dla przypomnienia tłum biegnący mnie przyblokował, stałem w korku samochodowym i tak się wkurzyłem, że postanowiłem sam by może kiedyś zablokować tego, co teraz biegnie i przez którego jak muszę stać. No, ale wiadomo moje motywacje są z lekka zakręcone, mam swoje schizy i mało kogo bierze w taki sposób, jak to ma miejsce u mnie. Dlatego mimo coraz większych możliwości blokowania innych, związanych z tym, że biegów jest coraz więcej, to mimo wszytko nie jest to chyba główna przyczyna w tym, że coraz więcej ludzi biega. Myślę, że powód tkwi w Internecie. Łatwość dostępu do informacji, wysyp blogów biegających, jakaś tam powtarzalna promocja biegania na różnych portalach, to wszystko powoduje, że coraz więcej osób chce zobaczyć, poznać, spróbować.

W większości przypadków zapewne wygląda to tak, że siedzi sobie taki pan czy pani w domu, przegląda Neta szukając interesujących treści i raz, drugi, trzeci przepadkiem wkroczy na jakieś wyznania osoby biegającej. Pierwszy raz „ zleje”, drugi raz przebiegnie wzrokiem, trzeci raz przeczyta. Potem czwarty, piąty i pomyśli: a może i ja spróbuję? No i ja spróbuje, to pewno połowa wróci z radością przed kompa, a druga połowa poczuje ogień i już przepadnie. Ta pierwsza połowa będzie znowu siedziała przed kompem, przeglądała Neta i znowu trafi na wiadomą stronę. I połowa z nich pomyśl sobie: „ a może jeszcze raz”. No i tak się dzieje kręci i będzie kręciło dopóki Net istniał będzie. I może nawet jeden dzień dłużej. Bo dłużej raczej już nie. Podsumowując można napisać, że bieganie jest trochę jak zaraza, która krąży nad krajem dopadając coraz to nowe osoby. Jej głównym przekaźnikiem powodującym zarażenie, jest właśnie Net. 

Kto może biegać?

Posiadanie takiej czy innej pasji wymusza od osoby, która została przez nią ogarnięta pewnych działań, zmiany sposobu myślenia, poświęcania własnego czasu, który mógłby być na coś zupełnie innego przekierowany. Może słowo „poświęceń” jest tutaj zbyt mocne, ale w tym kierunku podążamy. Różne są formy pasji i wymagają różnych poziomów zaangażowań. I faktycznie jest tak, że są pasje, które tylko niektórym mogą być przypisane. Nie każdy może pilotować samolot, nie każdego stać na kolekcjonowanie rzeczy wymagających większych nakładów finansowych. Są takie pasje dla wybranych o odpowiednim statusie majątkowym, predyspozycjach psychicznych, fizycznych i każdych innych, których nie każda osoba posiada.

 Jak to wygląda z naszą pasją? Tutaj mamy sytuację prostą i klarowną. Praktycznie, biegać może każdy. Nie piszę tutaj o osobach mających problemy natury stricte zdrowotnej, chociaż w przypadku  serca, pamiętam kiedyś akcję społeczną: „uciekaj przed zawałem na własnych nogach”.  Muszę przyznać, że widywałem na trasach nawet osoby w ten czy inny sposób niepełnosprawne, nawet na wózkach, które jednak brały udział w zawodach. Tak więc biegać tak dla siebie, dla swojej przyjemności może każdy. A jak to wygląda ze startami zorganizowanymi. Zgadzam się, że dla sporej grupy osób właśnie taki start jest jakby ukoronowaniem całego cyklu treningowego. Tyle, że jak kiedyś zauważył jeden z komentujących , w tego typu wydarzeniach bierze udział parę, może kilkanaście procent wszystkich biegających. Czy to znaczy, że ktoś, kto startuje w biegach zorganizowanych jest lepszy/gorszy od tego, co tej osoby, która tylko od czasu do czasu biega sobie pod domem? Wcale nie, gdyż wszyscy mamy tą samą pasję, tyle że trochę inaczej ją postrzegamy. Ktoś musi czuć rywalizację, adrenalinę przez nią wywołaną, konieczność zmierzenia się z czasem i własnymi słabościami, czyli wszystko to, co jest serwowane podczas biegu zorganizowanego. Ktoś inny ( i podejrzewam, że tych jest zdecydowana większość) potrzebuje pobiegania tylko dla otrzeźwienia umysłu, zrzucenia paru kilogramów i generalnie lepszego samopoczucia, a cała reszta to dynda i tita.

 Jak mam być szczery dla mnie obie postawy są równie super. Gdyż w każdej sytuacji łączy nas jedno: zdecydowaliśmy się tuptać, gdyż postanowiliśmy coś zmienić w naszym życiu, poczuć smak pasji, rozszerzyć nasze życiowe horyzonty. I to łączy nas wszystkich, niezależnie czy bijemy rekordy, czy biegamy gdzieś tam, kiedy mamy ochotę i czas. A cała reszta, czyli jak już podchodzimy do tej pasji, co chcemy osiągnąć, jak traktujemy siebie i innych wynika z naszych indywidualnych uwarunkowań, których już nie się wrzucić do jednego wora. Podsumowując napiszę krótko: biegać może każdy, ale jak, z jakimi celami i pragnieniami, to już jest indywidualna sprawa każdej osoby tuptającej.

Parkrunplozja czyli rozwój parkrun

Dzisiaj jak to w sobotę chcę się zatrzymać przy moim ulubionym cyklu startowym, czyli parkrun. Ja wiem, że dla wielu biegających jest to bieg gorszego sortu, bo jakaś tam nędzna piątka, do tego za darmo, szkoda czasu, by zrywać się w sobotę rano, jak można sobie spokojnie pospać. A tutaj na jakąś darmową piątkę. Lepiej się wyspać i sobie potem po swoich trasach pobiegać. Owszem jest to jakaś wizja życia, ale jak ja mam być szczery, dla mnie biegi parkrun mają swoją magię, której nie da się porównać z innymi wydarzeniami biegowymi o charakterze komercyjnym.

 Kiedy zaczynałem biegać lokalizacji parkrun w naszym kraju, jak mnie pamięć nie myli było 5. Obecnie mamy ich 47, gdzie z trasą 5 kilometrów zmierzyło się prawie 40 tysięcy osób biegających, z których każdy średnio 9.5 raza stawał na trasie, a wszyscy przebiegli razem prawie 1 milion siedemset tysięcy kilometrów w prawie 340 tysiącach wszystkich biegów, w łącznym czasie 16 lat 251 dni, 6 godzin, 33 minut i 2 sekund. Te dwie sekundy robią szczególne wrażenie. Tak, wiem że są biegający, którzy zawsze będą uważali parkrun na bieg gorszy, ale pokażcie mi drugie biegowe wydarzenie, które ma porównywalne statystyki. Co by było weselej parkrun polska jest tylko jednym z 15 kawałków międzynarodowej inicjatywy, którą jest ten cykl biegów odbywający się właśnie w 15 ( kiedy zaczynałem było ich chyba 8) różnych krajach od Anglii, skąd ruszył na podbój przez USA, Rosję, Australię, Nową Zelandię, Kanadę, Południową Afrykę, Singapur, Francję, Danię, Szwecję, Norwegię, Włochy, Irlandię, no i oczywiście Polskę. A wszystko zaczęło się w 2004 roku, kiedy 13 biegających postanowiło sobie pobiegać razem w Bushi Park w Londynie. Wg obecnych danych już prawie 2 i pół miliona biegających zmierzyło się z parkrun trasami we wszystkich dostępnych lokalizacjach. Tak na marginesie tych lokalizacji mamy w tej chwili 1222. Jak na podrzędny bieg drugiej kategorii, to chyba całkiem przyzwoicie.

 Muszę przyznać, że obiecywałem sobie, że wybiorę na którąś, a dwie nowe lokalizacje, które w zeszłym i tym tygodniu zostały zainaugurowane pod Poznaniem czyli Dąbrówkę i Kościan. No niestety mój prywatny wewnętrzny imperatyw jest bardzo trudny do ruszenia. Rano w sobotę się zrywam jak lunatyk podążam cały czas w tym samym kierunku, czyli na Cytadelę. I nie mogę urwać z tej smyczy, która mnie tak przyciąga. Ale wcześniej czy później zapewne pokaże się i w Kościanie i w Dąbrówce. Bo o ile trasa na Cytadeli jest podobno nie tylko jedną z najpiękniejszych, ale i najtrudniejszych ze wszystkich parkrun lokalizacji, dlatego fajnie byłoby się zmierzyć z innymi, szczególnie, że tak blisko domu. Na wszystko przyjdzie czas.

 Dzisiaj sobie klasycznie potuptałem na Cytadeli w tempie na Warszawę. Nie wiem czy pojadę, ale od odpowiedniego przygotowania mnie to nie zwalnia. Tak na zupełnym marginesie się zastanawiam, czy jest inne, porównywalne wydarzenie ( nie piszę tu nawet o bieganiu czy sporcie), które w sposób cykliczny i powtarzany absorbuje tylu ludzi. Wiem można napisać: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, ale jej finał odbywa się raz w roku i wtedy jest jakby apogeum. Tutaj nie mamy mamy apogeum. Tutaj mamy stałe przychodzedzenie tydzień w tydzień stu może dwustu tysięcy ludzi w ponad 1200 rozsianych na świecie miejsc tylko po to, by pobiec sobie 5 kilometrów. Dla mnie to jakaś magia.  

Parkrun jest dla każdego. Tu spotkasz i zupełnego biegowego świeżaka, a możesz i Olimpijczyka. Ktoś powie: nie ma szans by spotkać olimpijczyka. Odpowiem krótko: „…w tym około 30 debiutantów. Wśród nich znalazł się wybitny wioślarz Adam Korol – wielokrotny mistrz świata, złoty medalista igrzysk olimpijskich w Pekinie. Wziął on udział w gdańskiej edycji biegu wraz z żoną Dagmarą i okazał się najszybszy. Kolejne biegu wystartują 20 czerwca o godz. 9 w Parku Reagana i na Bulwarze Nadmorskim.Z pośród 180 uczestników gdańskiego biegu jako pierwszy linię mety w Gdańsku przekroczył Adam Korol. Potrzebował do tego 17 minut i 30 sekund.” żr. Aktywne Trójmiasto

 Ale to nie wszystko. Rekordzistą parkrun Polska  jest Artur Kozłowski. Mistrz Polski w maratonie z 2016 r., olimpijczyk z Rio de Janeiro wystartował w Kaliszu, uzyskując czas 14:41. Z kolei rekordzistką jest Agnieszka Jerzyk (ur. 15 stycznia 1988 w Lesznie) – polska triathlonistka i lekkoatletka. Dwukrotna uczestniczka Igrzysk Olimpijskich w triathlonie (Londyn 2012Rio 2016), która z powodzeniem startuje również w zawodach lekkoatletycznych, w których zdobyła 3 medale Mistrzostw Polski. Triathlonowa Mistrzyni Świata U23 (Pekin 2011) i Europy U23 (Gaia 2010). Medalistka Serii Mistrzostw Świata (Yokohama 2014), Pucharu Świata (Huatulco 2016) i wielokrotna zwyciężczyni Pucharu Europy. Złota medalistka Igrzysk Wojskowych (Rio 2011), srebrna (Korea 2015). W Polsce nie pokonana od 2008 roku. Swoją przygodę rozpoczęła od pływania w KS. Akwawit Leszno. Następnie trenowała Lekkoatletykę – biegi średnie w KS. Krokus Leszno. Od 2006 roku zajęła się triathlonem i tego roku zdobyła swój pierwszy złoty medal MP juniorów Nie musze dodawać, że rekord Parkrun w kategorii Pań  został pobity w Lesznie.  Jeszcze jakieś pytania? Ja pamiętam jak na parkrun spotkałem Andrzeja, który jest multimedalistą Igrzysk Paraolimpijskich. Tak więc nigdy nie wiesz, kto obok Ciebie pobiegnie na parkrun.

Waga – największy biegowy motywator

W tym roku, jak już parę razy wspomniałem zdarzyło mi się trochę „przestojów” biegowo-treningowych. Było to spowodowane różnymi czynnikami: a to uraz, a to brak czasu, a to pewna niechęć biegowa. Można to podsumować krótko: najbardziej popularne antybiegowe demony, które dookoła nas potrafią krążyć. No i miałem spore problemy, by zmusić się znowu do stałego, regularnego treningu i wbić się w mój wyrobiony przez ostatnie lata codzienny nawyk tuptający.

No i tak się zastanawiałem, jak zmusić się do ponownego, stałego i co najważniejsze regularnego treningu,kiedy z pomocą mi przybiegł jeden z ważniejszych domowych sprzętów. No, ale od początku. Parę dni temu na treningu spotkałem znajomego, który jakiś czas mnie nie widział i przepełniony napływem męskiej szczerości – która w zasadzie tylko między facetami jest akceptowalna stwierdził, że chyba mi się trochę przybrało ( spróbujcie powiedzieć to Kobiecie). Muszę przyznać, że zapadło mi to w pamięć i następnego dnia rano postanowiłem odwiedzić obrosłą kurzem przyjaciółkę wagę. Muszę tutaj przyznać, że od czasów mojego spektakularnego zbicia prawie 60 kilogramów nie korzystałem z niej, wybiegając z założenia, że nie dosyć że zbiłem, to jeszcze biegam więc kontrola bez kontroli może się obyć.

W moim optymalnym czasie po zbiciu i szczycie biegania ważyłem już 67 kilogramów co przy wzroście 178 cm i mojej posturze było trochę zbyt mało i wszyscy mówili bym troszkę przybrał. No i jak wbiegłem na moją przyjaciółkę wagę, to z lekka się zmieszałem. Wskazówka się zatrzymała na 85 kilogramach, czyli prawie 20+ od największej zrzuty. No więc znowu mnie wzięło na bieganie. Znowu odstawiłem całkowicie słodkie i biorę się na kilometry. Stosunkować maraton, stosunkować starty, ważne zbić kilogramy. Bo w końcu nic nas tak nie motywuje niż konieczność doprowadzenia siebie do odpowiedniej wagi. I co śmieszniejsze wagę jako motywatora rozumiemy tutaj dwojako: waga jako nadmiar kilogramów, których trzeba się pozbyć i waga jako przyrząd ukazujący nasze sukcesy i porażki na płaszczyźnie kilogramowej. Pytanie, która z tych dwóch motywacji jest ważniejsza nie ma chyba znaczenia, bo obie są równie dla nas ważne. Jak mam być szczery nie wiem czy jest coś bardziej motywującego do biegania.

Biegi w wersji hardcore

Wraz z rozwojem biegowej pasji, przybywa coraz więcej pomysłów, by wzbogacać propozycję imprez o coraz to nowe wyzwania. Nie wystarczają już biegi na standardowym, że tak napiszę, klasycznym dystansie czyli pięć, dziesięć kilometrów, półmaraton czy nawet maraton. Oj nie, to już dla sporej grupy tuptających jest za mało. Dlatego dla szukających poważniejszych, dystansowych wyzwań wprowadzono różne biegi ultra. Ale szybko się okazało, że samo bieganie dla wielu to za mało. Spora grupa po osiągnięciu pewnych biegowych spełnień poszukuje dodatkowych ekstra wrażeń.

 No i dla nich przygotowano specjalną propozycję różnych biegów z większymi czy mniejszymi przeszkodami. Można napisać, że oferta biegów klasy hardcore czy jak kto woli z dreszczykiem rozwija się coraz bardziej. To już nie tylko tak znany na rynku biegowym runmageddon, ale coraz więcej wydarzeń podążą tym śladem. Ostatnio wbiegł mi przed oczy Bieg Krata, który odbędzie się pod koniec września w Dzierżoniowie.
http://www.biegkrata.pl/index.html
. Muszę przyznać, że takie wyzwanie hardcore, ale w wersji light. Nie musimy tu przebiegać przez ogień, lód, ani przez inne stawiające włosy na głowie przeszkody. Co nie zmienia faktu, że mamy różne utrudnienia, w wielu przypadkach z gatunku naturalnych, także wzmocnionych dodatkową ludzką fantazją, Jak podaje strona biegu: „ Długość trasy wynosi 7 kilometrów i przebiegać będzie przez drogi polne, asfaltowe, bruk, parki miejskie oraz rzeki. Na trasie zostaną umieszczone przeszkody” Dodatkową, wyjątkową atrakcją biegu jest świadomość, że za nami podąża średniowieczny kat z toporem i jak nie zdążymy dobiec do mety, to możemy trochę stracić na wzroście.

 Muszę przyznać, że fajna propozycja dla zwolenników biegania z dreszczykiem, chociaż ja osobiście jestem zbyt dużym tradycjonalistą, by takie wrażenia mnie pociągały. Każdy ma swoją biegową karmę i jeżeli ktoś zechce uciekać przed gościem z toporem, to nic tylko trzymam kciuki. Może kiedyś, a może nie. Na razie ja wolę sobie tradycyjnie tuptać. A może ja bym mógł być katem? To by było ciekawe dowiadczenie. Biegacz amator z toporem. Chociaż ja pewno bym biegał z gilotyną na kółkach.  Czujecie tego bluesa? Biegniecie sobie spokojnie a za Wami gościu z gilotyną. I wtedy by nie potrzeba żadnych dodatkowych przeszkód, tylko prosta, z lekkimi zakrętami droga, A wtedy gościu goniący na gilotynie…

Prawdziwi bohaterowie przybiegają na końcu

Ostatnio znajomy wrzucił tekst na Facebook:

„Dziś refleksyjnie – biegowo….. BMW Półmaraton Praski. Miałem okazję zobaczyć kilka zdjęć. Widać zawodników pierwszego rzutu, drugiego i trzeciego. Jest radość z miejsca, czasu, medalu, gesty zwycięstwa. Zasłużenie, fakt…….Szkoda tylko, że zapomniano o tych najmocniejszych, tych ostatnich walecznych. Tych, którzy walczyli o każdy metr trasy, tych co z trudem biegli do mety. Dobrze jest być na końcu, samym końcu i obserwować to co się dzieje. Widziałem kobietę, której twarz była we łzach, pytam – Co się stało? Ona – Że ma już dość ale został kawałek i nie chce się poddać. Widziałem pana, który maszerował i podbiegał. Widziałem puszyste dziewczyny. Warto zobaczyć koniec stawki takiego biegu. Wielcy, ci co mają swoje cele, cele niby małe ale jakże wielkie. To nie ci, którzy płaczą bo im zabrakło sekund do życiówki, bo było ciężko choć i tak tempo było 4:30……Ci ostatni, zapomniani i bez specjalnych braw i owacji na mecie,bez dopingu bo znajomi się rozeszli zaostrzenie we własne medale. Obsługa, która była już zajęta zwijaniem sprzętu a my jakbyśmy mi przeszkadzali przekraczaniem mety…….. Nadal widzę tą panią ze łzami, pana maszerującego, puszyste dziewczyny i chińczyka, drobnego studenta, który chwiejąc się walczył ze skurczami……Przeszła mi ochota do startów w takich biegach. Należy i wypada pamiętać o tych na końcu……”

Muszę przyznać, że coś w tym jest. Pamiętam mój finisz we Wrocławiu, kiedy uciekałem z karetki, gdzie straciłem grubo ponad godzinę. Jeżeli dodamy do tego z powodu ogólnej strasznej słabości, stan gorączkowy i skrajnego niemal wyczerpania związanego z dodatkowymi czynnikami, o których pisałem w zeszłym roku w relacji, i mój start zmienił się w człapanie w wersji czołgającej, a nie nawet lekko tuptającej. W efekcie okazało się, że mój czas może nie na granicy, ale zdecydowanie bliżej końca zmieszczenia się w limicie. Może nie byłem zupełnie ostatni, ale w ostatnim tysiącu ledwo się zmieściłem. Napiszę krótko, limit był 6 godzin, a ja miałem 5 godzin i 40 minut. A i tak jeszcze około 700 osób za mną dobiegło. Kiedy dobiegałem do mety, nie było tłumów, nie było fanfar, tylko troszkę nerwowe ponaglanie Organizatorów. Tak na zasadzie: „ no pospiesz się, weź ten cholerny medal i spadaj, bo jedzenia i tak już nie ma, bo ci lepsi zjedli”. No i cóż ze mną przybiegali ludzie, których nikt by nigdy nie posądził, że byliby kiedykolwiek w stanie zmierzyć się i pokonać dystans królewskiego dystansu. Byli i wiekowi i mało wysportowani, sylwetki niektórych z nich trochę przeczyły temu, jak w naszej wyobraźni wygląda zdrowy, pełen mocy i wigoru pogromca Królewskiego Dystansu. A jednak, to jak znajomy napisał: to oni byli prawdziwymi zwycięzcami tego maratonu. Bo nikt by na większość z nich wcześniej nie postawił złotówki, że w ogóle byliby w stanie cokolwiek przebiec. A oni pokonali Królewski Dystans. I to nie jacyś biegowi herosi, ale zwykli, przeciętni zjadacze chleba i połykacze kurzu z biegowych alejek spod butów tych lepszych się unoszących. I wiecie co Wam powiem: pełen podziw i szacunek dla każdego kto pokonał ten dystans, szczególnie i zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma żadnych predyspozycji do biegania, a trasą pokona głównie uporem i siłą własnej woli. Oni są Najwięksi. Na początku każdego biegu do mety docierają Mistrzowie, na jego końcu Bohaterowie. 

Gdzie jest granica biegowego rozsądku?

Chociaż z trudnością mi to przybiega, ale muszę się w końcu przyznać. Niestety, ale posypałem się, w pełnym tego słowa znaczeniu. To oznacza, że niestety mój urazik, o którym wcześniej wspominałem wcale za pomocą ćwiczeń rozciągający nie zniknął. Może nie jest aż tak uciążliwy, ale jednak od czas do czasu mruczy coś pod nosem, to znaczy pod udem. Taki delikatny śpiew mięśni. Wydawało mi się, że już wszystko ok, ale to trochę jak w tym dowcipie o studencie i studentce: „pani zdała, a panu się zdawało”. Nie oznacza to, że nie mogę chodzić, biegać, ćwiczyć. Jak najbardziej mogę, nawet piątkę, dziesiątkę na względnym luzie, bez zbytniego konania pokonam. Jednak czuję podświadomie, że to nie jest takie samopoczucie, jakie powinno być. Najgorsze jest to, że nie czuję się wcale na siłach, by podjąć wyzwanie Królewskiego Dystansu. Wręcz przeciwnie, realnie szanse na doczłapanie do mety oceniam tak na 20 procent. I nie piszę tutaj o dobiegnięciu z dobrym czasem i ogniem w duszy, tylko doczłapaniu na granicy swoich możliwości i wytrzymałości.

Ktoś w tym momencie powie i będzie miał świętą rację: „odpuść, nie warto. Dużo biegów przed tobą, nie ma sensu się narażać, by ten był ostatni.” Odpowiem krótko: jest w tym dużo racji i jest to bardzo rozsądne podejście do tematu. Jednak pasja nie zawsze słucha rozsądku. Przyznam szczerze, że właśnie ten fakt, że nie czuję się specjalnie na siłach, że moja forma ( jeżeli można o takowej w moim przypadku mówić) zagrzebała się w głębokim mule sięgając dna, to właśnie stanowi dodatkowy środek motywacyjny, by stanąć na starcie. Tak, by pokazać, że nie ma że boli, że jest nie tak. Ja się nigdy nie poddam, a mój duch do ostatniego tchnienia mocy będzie napędzał osłabione i nie w pełni sprawne nogi. No bo jak się można poddać? Ja? Nie jest to rozsądne, niech nikt nie podąża to drogą, bo to głupota. Wąska, ozdobiona lodem ścieżynka wiodąca na skraju przepaści. Po jednej stronie mam ścianę, po drugiej przepaść, a pod nogami lód. Przede mną widzę jeszcze granicę rozsądku, gdzie i kiedy mogę się wycofać. Mam dwa wyjścia: albo zrobię krok do tyłu i spokojnie wycofam się na pozycje, gdzie spokojnie zbiorę i przegrupuję siły na kolejne tygodnie, miesiące, sezony, albo zrobię krok do przodu i zacznie jazda po lodzie bez trzymanki. Jeszcze nie podjąłem decyzji. 

Na końcu chciałbym jeszcze nawiązać do zdjęcia, które ten wpis prowadzi. Ja w obecnym stanie jeszcze do takiej granicy nie dobiegłem. I jak mam być szczery nikomu nie życzę, a wręcz odradzam doprowadzenia się do takiego stanu i walki z trasą za każdą cenę. Tak, wiem zaraz ktoś skomentuje: „i kto to mówi? Gościu, który zwiał z karetki, by ukończyć maraton we Wrocławiu”. Więc może już nic nie napiszę, ale nie polecam. A ja to po prostu ja – świr amatorsko tuptający.

Zdążyć przed maratonem

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Angie masz rację umiar i rozwaga to podstawa i to nie tylko biegania, ale wielu stref naszego życia.

Muszę przyznać, że ostatnie tygodnie coraz bardziej mnie niepokoją. Maraton warszawski zbliża się już niemal w zawrotnym tempie, a ja ciągle czuję, że jestem głęboko w biegowym niebycie. Tak delikatnie to napisałem, by nie napisać bardziej dosadnie. Najgorsze jest to, że tak naprawdę sam nie wiem, na jakim przygotowawczym etapie jestem. Jak pisałem wcześniem, całkowicie zmieniłem mój cykl przygotowawczy i teraz bardziej nastawiam się trening ogólnorozwojowy ze szczególnym wzmnieniem mięśni nóg, niż na biegowy. Biegam mniej, ćwiczę więcej ( chociaż biorąc po uwagę fakt, że wcześniej wcale nie ćwiczyłem), więc mogę w zasadzie napisać, że ćwiczę.

Najśmeszniejsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia na jakim etapie treningowym jestem. Może jest poprawa, a może pogorszenie, bo w końcu inna metoda? Nie mam pojęcia. Muszę przyznać, że to jest prawdziwa ruletka i nie mam żandej wizji, jaki będzie jej finał. Z jjednej strony ma to dodatkowy smaczek, gdyż na trasie wszystko może się zdarzyć, ale z drugiej strony…. Podjąć wyzwanie na poziomie Królewskiego Dystansu, nie mając zielonego, różowego, ani w żadnym innym kolorze pojęcia co mogę, co i czy cokolwiek teraz potrafię, to z lekka samobójcza misja. No, ale jak nie podejmę wyzwania to nie będę mógł napisać, czy można tak, czy całkowicie nie, nie i jeszcze raz nie.

Na razie nie poważę się napisać, czy czuję poprawę czy pogorszenie. Nie sprawdzam swoich możliwości w tym zakresie, więc nie wiem jaki będzie finalny rezultat. Zdarzyć się może wszystko, od radosnego dobiegnięcia, do spektakularnej klęski. No, ale właśnie ta niepewność dodaje takiego wyjątkowego ognia. Czy uda mi się przygotować? Czy zdążę przed maratonem? Na razie same znaki zapytania i żadnej odpowiedzi. Na nią, a w zasadzie na nie muszę  jeszcze trochę poczekać. Długo, ne długo, 22 dni. Co jeszcze mogę zrobić. Wolę nie napisać, no czyjeś poczucie smaku i zapachu mógłbym urazić.

Samoregulacja czy destrukcja rynku biegowego

Wczoraj jeden z czołowych komentatorów znanego i szanowanego portalu Maratony Polskie wrzucił ciekawy komentarz: „W tym miesiącu odwołano już 8 biegów i to nie wszystkie z powodu wichury. Jeśli organizator nie uzbiera z wpisowego , odwołuje bieg.” Jeden z komentujących cytowany wpis stwierdził, że działa zwykłe prawo rynku. Zgodnie z biznesowym prawem zostają tylko te imprezy, które mają w sobie jeszcze to coś więcej, niż zwykłe, byle jakie tup tup. Jak to zostało określone następuje samoregulacja rynku biegowego. Tak trochę jak w życiu, zostają najsilniejsi i ci co mają najwięcej do zaoferowania. Ci, którzy nastawiają się tylko na sam zysk z maksymalną przebitką, dając jak najmniej, na dłuższą metę mają iluzoryczne szanse na utrzymanie. I podobne zjawisko obserwujemy obecnie w bieganiu. Zawodów jest tyle, że biegający mają możliwość dokonywania najlepszych dla siebie wyborów, dokładnie zerkając, co organizator ma im do zaoferowania. Powoli kończy się zapisywanie dla zapisywania, a zaczyna wybieranie, przebieranie i szukanie tego, co jest dla nas najlepsze.

I tutaj nasuwa się pytane, gdyż mamy dwie tezy postawione w tytule. Czy następuje faktycznie autoregulacja czy może raczej destrukcja biegów płatnych zorganizowanych? Ktoś może wysnuć jeszcze jeden wniosek: a może Polacy ograniczają bieganie i następuje faza spadku zainteresowania miarowego poruszania nogami. Muszę przyznać, że widząc podczas moich treningów coraz więcej mijanych osób, które robią to samo co ja, to raczej bieganie jest ciągle w fazie wzrostu. Co nie zmienia faktu, że niektórzy organizatorzy zrobili dużo, by ograniczyć chęć ludzi do biegania. No, ale pasja ma to do siebie, że lubi bronić się sama. Jak mam być szczery, jestem bardziej zwolennikiem tezy, że rynek bardziej się reguluje niż kurczy.

Myślę, że jest jeszcze trzecia opcja, która ściśle kojarzy się z pierwszą opinią. Mamy zdecydowany przesyt startów zorganizowanych, do tego rosnące ceny i to wszystko powoduje, że biegający zaczynają być poirytowani sytuacją. W efekcie rezygnują ze startów płatnych zorganizowanych. Mają dwa wyjścia, albo zmienić pasję, albo przeskoczyć na biegi samotne, towarzyskie, czy w końcu parkrun, który co jakby stanowiło paradoks potwierdzający fakt ograniczania biegów płatnych rozwija się coraz bardziej. Mamy coraz więcej lokalizacji parkrun, który w niektórych przypadkach może stanowić pewne zagrożenie dla biegów płatnych, szczególnie na krótszych dystansach.

Ja jestem jeszcze z tego rocznika, co pamięta, kiedy gospodarka rynkowa wbiegała do naszego kraju. Oj działo się wtedy. Była to klasyczna wolna amerykanka, którą wielu starało się wykorzystać. Były afery i takie jaja, o których nasza obecna młodzież nawet nie śniła. No, ale mniej czy bardziej w końcu wszystko jakoś się uregulowało i zostało mniej lub bardziej uporządkowane. Do ideału dużo brakuje, ale powolutku zmierzamy w tym kierunku i może za dwa, trzy pokolenia będzie dobrze. I podobnie jest z bieganiem. Do ideału też jeszcze brakuje, ale nie jest już tak daleko, jak było kiedyś. I co najważniejsze, jest większa szansa, że zdecydowanie szybciej zostanie uregulowane, niż zostanie poddane działaniom destrukcyjnym.

Trzeba przyznać, że jest o co walczyć na rynku biegowym. Wpis ten prowadzą dane porównawcze z 2006 i 2015 roku. Jak widać w 2015 roku mieliśmy na rynku ponad 4 miliony biegających o niebotycznej wartości rynku na poziomie prawie 2 mld złotych. Czy i jak się zmieniło, to w tym roku, jak widać aż strach wrzucać dane do sieci. W zeszłym roku na stronie zdrowie,przegladsportowy  dojrzałem dane, ze biega około 22 procent naszych rodaków, czyli to będzie już około 6 milionów osób. Jeżeli przy 4 milionach mieliśmy wartość rynku na poziomie 4 milionów, to przy pięćdziesiąt procentowym wzroście biegających, jaka będzie wartość? To są dane z zeszłego roku. Czy w tym spadło? Mam poważne wątpliwości. Tu jest klient, tu jest kasa, więc jest o co i o kogo walczyć. Jak to mawiają Sycylijczycy: trzeba umoczyć dziubek. 

Jak podtrzymać gasnącą pasję

Pasja każdego człowieka, niezależnie czy jest to bieganie, zbieranie znaczków, wyprawy łowieckie, latanie i dziesiątki innych mniej lub bardziej skomplikowanych i wymagając mniejszych czy większych nakładów narażona jest na zgaśnięcie. Dopóki płonie pełnym ogniem i napędza nasze moce życiowe jest super i rewelacja i żyć nie uwierać.No, ale pasja, podobnie jak wszystko co nas otacza zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej narażona jest na działanie czasu i podlega takiemu czy innemu cyklowi życia

Tak w skrócie oznacza to, że są chwile, kiedy wszystko płonie, ale są i takie kiedy zaczyna gasnąć, co może prowadzić, w przypadku braku odpowiedniej reakcji do całkowitego zagaszenia. No i tutaj pytanie: jak wyłapać moment, kiedy dobiegamy do miejsca, że grozi nam zgaszenie i jakie środki zaradcze można wykorzystać? Ekonomia uczy, że kiedy produkt w swoim cyklu życia wkracza na etap spadku, można przyjąć dwie strategie: albo walczyć o produkt, albo wycofać go z rynku. Jeżeli chcemy walczyć o produkt to mamy do wybory takie trzy główne techniki: obniżka cen, ograniczenia kanałów dystrybucji, oraz jakaś promocja uzupełniająca.

To by można zastosować w przypadku organizatorów biegów, kiedy zauważą, że coraz mniej ludzi zapisuje się na biegi, ale jak to się ma do naszej osobistej skali mikro? Okazuje się że ma i można to także w przypadku gasnącej pasji wykorzystać. W jaki sposób? Zaczynamy od ograniczenia startów w biegach zorganizowanych. Nie zapisujemy się ja leci, tylko z wielką rezerwą podbiegamy co, gdzie i na co. Mamy tutaj dwie opcje: albo wybieramy jeden, ale poważny start w roku np maraton, albo może dwa, góra trzy mniejsze. Jednak z pewnością nie więcej, bo musimy poczuć głód startowy. W przypadku drugiej propozycji, czyli ograniczanie kanałów dystrybucji, my rozumiemy, jako zmniejszanie naszych dawek treningowych. Nie trenujemy już codziennie, tylko 2-3 razy w tygodniu,  a czasem nawet i rzadziej. Może się nawet zdarzyć sytuacja, że odpuścimy cały tydzień. Tak samo ograniczamy nasz kilometraż treningowy. Generalnie wszystkiego mniej. Możemy zastosować jakieś rozrywki alternatywne i np raz czy drugi na ryby, grzyby czy nad drutami przysiąść dziergając wełnę. No i trzeci element promocja uzupełniająca. Tu już można uwolnić wyobraźnię. Możemy sobie założyć, że po treningu, coś dobrego zjemy, zrobimy coś fajnego, czy co w moim odczuciu najlepsze umówimy się z naszą partnerką ( czy w przypadku pań partnerem) na gorący, namiętny seks. Jak nie raz już pisałem, seks po bieganiu najlepiej smakuje, a tu jeszcze może stanowić dodatkowy element motywacyjny.

W każdym razie robimy wszystko, by nasza biegowa pasja wbiegła na nową płaszczyznę i na nowo pełnym ogniem zapłonęła.