Masochiści na trening marsz

No to dzisiaj się nam w Poznaniu pogoda narobiła. Nie wiem, jak to wygląda w innych miejscach naszego kraju, ale u nas leje deszcz. To nie jest to, że sobie kapie kap, kap, lekko, delikatnie i przyjemnie. Tak naprawdę, to takie kapanie mało komu przeszkadza. Ja osobiście uwielbiam biegać w takim wiosennym czy letnim ciepłym deszczyku. Nawet jesienią, kiedy już nie jest taki ciepły i przyjemny, to biegać można bez większych stresów.

Natomiast, to co od rana dzieje się dzisiaj, to już zdecydowane przegięcie. Może nie jest to klasyczne urwanie chmury, ale równo, mocno i bez przebaczenia leje się równo woda z nieba na człowieka. Oczywiście nie tylko na człowieka. Generalnie na wszystkie istoty, co na dworze przebywają. No i pytanie. Pogoda to jest taka, że jak mówi przysłowie: psa na dwór się nie wygna. W sumie psa, to może nie, ale osobę biegającą jak najbardziej . Nie ma że mokro, nie ma że moczy wszystkie zakryte i nie zakryte części ciała.

Kilometry zrobić trzeba, bo maraton nam  nie wybaczy żadnego zaniechania, ani zaniedbania. Lepiej zmoknąć, niż poddać się na trasie. W takiej pogodzie kształtuje się nasz charakter. Więc tupatający masochiści, na trening marsz. Pokazujemy dzisiaj ile pasji jest naprawdę w nas. Jest zawsze opcja stwierdzenia, że pokazywaliśmy kiedy byliśmy mali czy małe, a teraz się wstydzimy. No cóż każda osoba ma swoją biegową karmę. Jestem ciekawy ilu czy ile dzisiaj takich samych osób o wariackim nastawieniu do życia spotkam dzisiaj na trasie. W końcu żyje się raz… Tak naprawdę dzisiaj przed nami biegowy dzień prawdy. I to takiej mokrej jak diabli prawdy.

No i na koniec jeszcze taka refleksja czy pytanie. Czy to, że decydujemy się w taką pogodę tuptać jest oznaką pasji, czy raczej masochizmu. Bo czy zdrowe jest bieganie w taką pogodę? Przecież można się przeziębić, katarku złapać, kaszelku, albo i jeszcze czegoś gorszego. No, cóż biegałem już w burzy, ulewach, mrozach, śniegach i odkąd biegam tfu odpukać przeziębienia szerokim łukiem na razie mnie omijają, szukając łatwiejszych od mnie celów.

Ile potrzeba nam czasu, aby przygotować się do maratonu

Muszę przyznać, że temat dzisiejszego wpisu wywołał wrzucając wczoraz godny komentarz na temat przygotowania się do startu na Królewski Dystansie Gieorgij. Pominę tutaj może stronę biznesową jego propozycji, gdyż jak kto się chce z nią zapoznać i zapłacić za instruktaż przygotowawczy, to wystarczy wbiec na wczorajszym mój wpis i zapoznać się komentarzem. Z pewnością komuś, kto będzie się do niego stosował pomoże.

Mnie natomiast dzisiaj interesuje inny temat. Ile realnie potrzeba czasu, by przygotować się do startu na Królewsim Dystansie i czy można się opierać, na opracowanych przez teoretyków i praktyków i wypróbowanych na innych metodach, rozpiskach zwał, jak zwał. Podejrzewam, że tutaj nie ma reguły. Każda osoba jest inna, ma inne przygotowanie, inne możliwości, inną psychikę. W moim oczuciu trudno wrzucić wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a teraz jedna łapka w górę i robimy 10 km, a jutro piętnaście a pojutrze jeszcze więcej. Pamiętam, jak mnie Andrzej przygotowywał do maratonu w Poznaniu, to najpierw zoabaczył raz, drugi, trzeci jak biegam, wskazał błędy, a dopiero potem ruszył z rozpiskami. I co ciekawe, do maratonu w Poznaniu, gdzie czasu na przygotowanie mieliśmy około 6 tygodni przygotował mnie tak, że 4 godziny złamałem. Potem do Dębna, Krakowa i do Wrocławia, mimo, że czasu było bardzo dużo do przygotowania i jechałem na pełnym gazie, to wynikowo wybiegła jedna wielka rozwodniona kupa. I można napisać, bądź tu mądry i pisz wiersze.

I tutaj nasuwa się pytanie. Ile potrzeba czasu, by się dobrze przygotować do maratonu. A może potrzeba nie tylko czasu, ale też pomocy z zewnątrz, na zasadzie: do maratonu trzeba dwojga… a może trojga, a może całej grupy. Trudno tutaj dobrze wyrokować. Tak jak już nie raz pisałem, każda osoba jest inna i posiada inny potencjał i możliwości tuptajace. Dlatego wrzucanie wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a ja każdego przygotuję, jest trochę jak obietnice polityków przed wyborami. Piękne, klasowe wodolejstwo, na które z radością dajemy się łapać. Natomiast myślę, że jest jedna, klarowna odpowiedź na pytanie: ile potrzeba czasu, bym dobrze przygotował czy przygotowała się do maratonu. Brzmi ona: tyle, ile będzie potrzeba i ani chwli dłużej. I myślę, że to zamyka w jakiś sposób temat.

Biegacz z misją zarażania bieganiem

Dzisiaj chcę napisać z trochę innej bajki. Wiadomo, żeby nasza biegowa pasja w pełni się rozwijała to niezbędne są nie tylko biegi dla samego treningowego biegania, ale także, a może głównie biegi zorganizowane. Takie, gdzie biegniemy w grupie, mamy mierzony czas, uzyskujemy takie, a nie inne miejsce, czyli pełna oprawa stanowiąca jakby kwintesencję biegowej pasji. Nie, żeby biegać dla samego biegania, tylko dla jakiegoś czasowo wynikowego celu. Żeby bieg zorganizowany mógł się odbyć, oprócz nas biegających potrzebny jest ktoś, kto go zorganizuje. Jednak, żeby ktoś wziął się za organizację, to musi mieć w tym jakiś cel. Organizator musi mieć swoją misję. Ja wiem, że głównym punktem regulaminu, oraz tego, co większość Orgów powie, celem jest propagowanie biegania jako… Resztę każdy sobie może w regulaminie doczytać.

Powiedzmy sobie szczerze: baju, baju będę w raju, jak w to uwierzę. Generalnie cele Organizatorów dzielę się na takie dwie podstawowe grupy: chęć zarobku, albo wypromowania jakiejś marki, celu, misji. Oczywiście są od tego wyjątki, których celem jest samo propagowanie biegania. Można napisać, że mamy tutaj parkrun czy różne biegi towarzyskie organizowane przez różnego rodzaju grupy czy instytucje. Jednak w sytuacji, jeżeli organizatorem jest osoba fizyczna, to cel takiej organizacji obraca się dookoła wymienionych powyżej celów. I tak naprawdę nie ma w tym nic złego, a za dobrą robotę ( pod warunkiem, że jest dobrze wykonana, a z tym w bieganiu różnie bywa) każdy z nas z przyjemnością zapłaci.

Kiedyś Rzymianie wymyślili taką bardzo mądrą maksymę, która w tłumaczeniu na polski głosi: nie ma reguły bez wyjątku czy jak kto woli każdy wyjątek potwierdza regułę. I tak samo jest w naszej pasji. Zdarzają się organizatorzy, którzy organizują biegi, dla samych biegów. Tacy, których misją jest samo zarażanie bieganiem. Osobiście mam przyjemność znać jednego takiego organizatora, który będąc sam biegaczem, potrafi zorganizować taki bieg, że mucha nie siada. Mowa tutaj jest o Robercie dłużej znanym. To jego pomysłu, był bieg Powstania Wielkopolskiego na trasie parkrun w którym wzięło udział ponad tysiąc osób. To on min obecnie przejął na siebie, wraz z drugim podobnym mu zapaleńcem Grzegorzem, obowiązek organizowania biegów parkrun w Poznaniu. To on organizuje na Cytadeli co jakiś czas wieczorne wtorkowe tuptania. I właśnie dzisiaj organiuje taki bieg z okazji swojego 400-setnego biegu. Tak, jest, od 2011 roku, czyli odkąd został trafiony piorunem tuptania wziął udział w 399 biegach zorganizowanych. A to robi wrażenie. Jednak Robert biega nie tylko dla siebie. On, można napisać, że posiada misję zarażania bieganiem. I właśnie dlatego organizuje biegi nie dla kasy, nie dla promocji marki, tylko dla propagowania idei biegania w najczystszej jej formie. U niego nie tylko pobiegnie się, czas zostanie nam zmierzony, ale też poczęstunek na mecie będzie czekał. Ktoś może powiedzieć: altruista ze smykałką do szaleństwa. Ja napiszę inaczej: gość, który bawi się bieganiem, którego bieganie cieszy i których chce, by inni także zostali nim zarażeni. Chapeau bas Robert i czego mogę Tobie życzyć? Chyba tylko udziału  w tysiącach biegów. Jesteś jeszcze ,młody, masz na to czas. Jeżeli ktoś chce we wtorkowych śmiganiach na Cytadeli w Poznaniu o czasu do czasu wziąć udział, niech śledzi na Facebook grupę: Cytadela by Night. Są podane terminy, nic tylko biegać. Dzisiaj co prawda niby lista zamknięta…ale.

Czy warto mieć trenera

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, rozumiem, że tym komentarzem, chciałeś prowokacji dokonać. No, ale chyba nie wybiegło. Karolina trzymam kciuki za opuszczenie bieżni, wierzę w Ciebie.

Nie tak dawno pod jednym z moich wpisów odezwał się Pan, który twierdził, że osoba biegająca sama z siebie i bez zewnętrznego wsparcia daleko nie dobiegnie. Z pewnością nawiązuje to do nowego zawodu, który ostatnio pojawił się w branży usługowej. Oczywiście biega tutaj o osobistych trenerach. I to zarówno rozwoju w szerszym zakresie, jak i nakierowanych na daną dziedzinę. Ja z wiadomego powodu, zatrzymam się na tym drugim rodzaju trenerów, doradców, których obszarem działania jest nasza pasja, czyli bieganie. Kiedy wpiszemy sobie w wyszukiwarkę frazę: trener biegania – oferty, propozycje i inne takie, to wybiega nam tyle wyników, że nic tylko przebierać, wybierać i inne takie.

Można to posumować, że jak jest chłonny rynek, coraz więcej osób w naszym kraju biega, to wyciągają do nas ręce znawcy tematu, którzy powiedzą krótko: chcesz biegać dobrze, zgodnie z zasadami, bić życiówki, przekraczać granice swoich możliwości? Sam nie jesteś w stanie tego zrobić. Potrzeba ci pomocy, porady, a tylko z zawodowym wsparciem specjalisty w tym zakresie możesz swoje wymarzone wyniki osiągnąć. Nie mam wątpliwości, że tego typu porady wsparcie się przydaje ścigaczom różnej maści, którzy walczą nie tylko o czasy, ale i miejsca. Dla tych Mistrzów amatorskich tras porady na zawodowym poziomie są ja najbardziej wskazane.

Pytanie jest inne. Czy nam zwykłym przeciętnym amatorom takie wsparcie jest potrzebne? Mamy tutaj dwa spojrzenia. Fani takiego wsparcia, jak i sami wspierający powiedzą powiedzą krótko: tak oczywiście, nawet najbardziej przeciętny tuptacz może dzięki takiej pomocy poczuć smak życiówek i przełamać bariery, czyli same biegowe cuda na kiju. Zasada jest prosta: chcesz dobrze biegać? Musisz mieć trenera, bo on Ciebie dobrze poprowadzi.  Drugie spojrzenie jest przeciwieństwem pierwszego. Po co trener? W necie znajdziesz wszystko, a dla zwykłego tuptania kilometrów nie jest nam potrzebne żadne wsparcie. Po kiego czorta nam tuptaczom czy człapaczom trener?

Z pewnością inne spojrzenie, porada znawcy tematu się zawsze może przydać, ale czy warto aż zatrudniać trenera? Z drugiej strony patrząc na to, co się dzieje można stwierdzić, że bieganie staje się religią, gdzie trening jak pacierz, start jak msza a trener jak kapłan. A jak jesteśmy na mszy, to wypada dać na tacę. Dlatego, kiedy ktoś uważa, że bez takiego wsparcia może sobie nie poradzić, wybór ma naprawdę godny. Z drugiej strony zawsze można skorzystać z Internetu, gdzie rozpisek treningowych, dietetycznych i innych mamy zatrzęsienie.

Na bieganie też można spojrzeć z przymrużeniem oka

Muszę przyznać, że wczorajszy poranny wpis stanowił pewną formę prowokacji. Byłem ciekawy jak osoby biegając zareagują na takie inne, niż zwykle spojrzenie na naszą pasję. Wiele osób podbiegło z życzliwą uwagą zapewne rozważając po cichu ile powagi, a ile luzu jest w tym wpisie. W każdym razie nie dali znaku, czy ich to uraziło, czy rozbawiło, czy zdziwiło. Parę osób polubiło, parę się zaśmiało, ale parę osób  mocno  się obraziło, zamieszczając na jednym z czołowych biegowych portali komentarze, jak ja mogę, jak ja śmiem, jakim ja jestem biegowym grafomanem, szkodnikiem i ogólnie paskudem.

W tym momencie będę szczery i napiszę, że bardzo mnie to ubawiło. Zdaję sobie sprawę, że dla paru z nas bieganie o najważniejsza rzecz na świecie, z której nie można żartować, podśmiewać się, czy inne takie. Bo kto widział śmiać się z flagi, hymnu, czy różnych innych największej wagi i powagi spraw nasze życie prowadzących. Jasne rozumiem, że dla kogoś to może być najważniejsza sprawa we wszechświecie dookoła której cały układ dnia, tygodnia, miesiącu czy roku się kręci. Rano wstają myślą o bieganiu, w czasie śniadania myślą o życiówkach, w pracy odliczają minuty do treningu, a w czasie seksu byle szybciej skończyć i pójść biegać. Ja to rozumiem, jest to taka trochę współczesna forma fanatyzmu z innych wieków. Na szczęśćie tutaj nie biegaczy czy mówiących z uśmiechem na ustach o bieganiu nie skazuje się na ścięcie, pal, spalenie czy inne takie. Chociaż czasem czytając różne komentarze pod różnymi tekstami wrzucone odnoszę wrażenie, że niektórzy nie mieli by nic przeciwko, żeby tak było.

Dlatego śmiem przypomnieć, że owszem bieganie to pasja, ale także frajda i radość. Jest w niej miejsce na życiówkę,na bieg z zaciśniętymi z wysiłku ustami, ale tak samo na luzie i radością bez konieczności ścigania. I każdy tutaj może coś dla siebie znaleźć. I ten kto biega na poważnie i ten kto biega sobie dla jaj. Dlatego teksty o bieganiu mogą być równie dobrze na poważnie, jak i właśnie dla tych jaj. Trochę luzu, dystansu i czasem spojrzenia z przymrużeniem oka, a życie będzie piękniejsze.

Tak na koniec chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden drobny szczegół. Jestem, podobnie ja większość z nas totalnym amatorem i podbiegam do tematu po amatorsku i na luzie. I dzięki temu nasza pasja jest zdecydowanie przyjemniejsza. Nie zarzynam się każdą wolną chwilę przeznaczając na bieganie czy ewentualnie myślenie o nim. Jest ważne, jest moją pasja, ale nie jest najważniejsze. Daje ognia mojemu życiu, uzupełnia je w jakiś sposób, ale nie wypełnia jego. Jest przyjemnością, a nie chorobą.

 

Primo zechciej biegać,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Globus, co do ceny medali, to gdzieś mi wbiegła przed oczy cena robionych na zamówienie w cenie 3 PLN sztuka.   W Decathlonie czy na sk-sport można dostać w cenach 1.8-2,5 sztuka. Z pewnością można dostać i droższe, ale i pewno są ceny, które można zbić, wszystko zależy od obrotności Organizatora.

Ostatnio spotkałem się z paroma znajomymi z czasów powiedzmy chmurnej i durnej młodości, którzy pamiętali mnie jeszcze, kiedy ważyłem hmm zdecydowanie więcej niż teraz. W tamtych czasach w grupie wyróżniałem się wagą i o bardzo, a wczoraj okazało się, że chyba jestem jakbym to ująć, żeby nikogo nie urazić… powiedzmy najmniej ważący. No i oczywiście rzuciły się pytania skąd, jak i dlaczego. W trakcie rozmowy, bo to chyba naturalne wspomniałem o naszej pasji, co spowodowało wielkie otwarcie oczu wśród rozmówców i pewne podejrzenia, że po wypadku, chyba faktycznie w głowie mocno musiało mi się poprzestawiać. Bo przecież w odczuciu norunnersów bieganie to niemal choroba, która jest może i fajna, ale tylko dla wybranych, bo nie każdy może ją uprawiać. Są i tacy, którzy nadają jej pewnego ukrytego elitarnego mistycyzmu.

Tak naprawdę to kupa prawda, gdyż nie ma prostszej i mniej skomplikowanej pasji, niż bieganie. No, może poza wylegiwaniem się bez ruchu na kanapie zbierając cząstki kosmosu w sobie. No, ale jeżeli mówimy o pasji, która jest związana z zaangażowaniem najmniejszego wysiłku to chyba bieganie bije wszystko. Nawet układanie zapałek wymaga ogromnej precyzji i skoncentrowania, których w tuptaniu nie potrzebujemy. Na początek wystarczą najprostsze sportowe buty, których każdy w domu nawet mimochodem kupionych ma kilka par, do tego jakiś umożliwiający człapanie ubiór i chęć by zmienić coś w życiu. I tak naprawę, to właśnie ta chęć zmiany jest najważniejsza. Powiedzmy sobie szczerze, każdy bez wyjątku może biegać, oczywiście w granicach swoich możliwości. Nie jesteśmy zawodowcami, rekordów świata bić nie będziemy, ale swoje słabości jak najbardziej. A czy jest coś ważniejszego i piękniejszego niż pokonanie własnych słabości? Tak mało do tego potrzeba. Wystarczy tylko chcieć. Dlatego pierwsze i najpierwsze primo to jest zechciej biegać. Tak na marginesie drugie i trzecie primo tak samo. A sprzęt, technika, zaawansowane treningi, wyniki? Na wszystko przyjedzie swój czas. Ja, kiedy spłynęła na mnie łaska biegająca, przez pierwsze tygodnie biegałem, a w zasadzie truchtałem codziennie około kilometra, półtora. I trwało to tak długo, aż stwierdziłem, że może warto spróbować więcej. Potem dopiero przybiegły pierwsze starty i tym podobne. Na początku było delikatne smakowanie, a dopiero potem zmieniło się w godniejsze … hmmm wpie… ok jedzenie. Gdyż tak naprawdę na wszystko przybiega odpowiedni czas. Podsumowując primo zechciej, a potem biegaj. To znaczy biegaj nogami, bo pot i tak Ciebie obleje.

Największe ośrodki biegowe w kraju

Podejrzewam, że jest to temat rzeka i praktycznie niemożliwy do rozstrzygnięcia. Zresztą podstawowe pytanie, jakie się nasuwa, wg jakiego kryterium powiniśmy to określać. Jak można przeprowadzić w pełni obiektywne badanie, gdzie nas najwięcej tupta. Nie tak dawno znalazłem mapkę, opracowaną przez portal bieganie.pl, gdzie zostały ukazane województwa, gdzie mamy najwięcej oficjalnych zawodów biegowych. I tutaj mała niespodzianka. Okazało się, że najwięcej biegów zorganizowanych mamy w województwie śląskim. Dopiero na drugim i trzecim miejscu znaleźli się zdawało się pewniacy do wygranej czyli Wielkopolska i Mazowsze. Wielką piątkę pierwszych z najpierwszych uzupełnia Pomorskie i Dolnośląskie. I myślę, że tutaj poza pierwszym miejsce nie ma zbytnich niespodzianek. Pytani tylko, czy faktycznie mazowieckie jest przed wielkopolskim i jak w tym wszystkim faktycznie odnajdują się województwa z północy i południa naszego kraju.

Po drugiej stronie biegowego bieguna mamy województwa, gdzie mamy najmniej zorganizowanych tuptań. Tutaj wyraźnie „prym“ wiodą podlaskie, świętokrzyskie i lubuskie. Muszę przyznać, że jedno mnie zastanawia. Czy ten sposób analizy w pełni oddaje obraz biegowy naszego kraju. Podejrzewam, że w wykazie, który portal bieganie ukazał brak jest biegów towarzyskich oraz tych, które po prostu nie zostają zgłoszone. Gdzieś na jakimś osiedlu, gminie czy w sołectwie zbiera się grupa zapaleńców i stwierdza, że będą wspólnie biegali, ale poza protokołem i nieoficjalnie. Pytanie, czy można takie niezależne, niezgłoszone biegi zaliczyć do biegowej mapy Polski. Zresztą jeszcze jedno pytanie: czy ilość biegów w danym województwie odpowiada ilości osób biegających. Teoretycznie tak powinno być w myśl zasady, że rosnący czy też większy popyt powoduje zwiększenie podaży. No, ale czy na pewno ilość biegów zorganizowanych świadczy o potencjale biegowym danego województwa. Może raczej o zmyśle organizacyjno-biznesowym prężnych osób w nich zamieszkujących. Może się okazać, że w województwach, o których wspomniałem, że jest dużo mniejsza ilość biegów, biegacze się spotykają, by biegać tylko dla przyjemności, a zwłaszcza samemu, czy w niezorganizowanych grupach, bo po co komu biegi płatne. Myślę, e na dwoje babka wróżyła, a jaka jest prawda wiedzą tylko zatuptywane oficjalne, czy nieoficjalne biegowe ścieżki.

Na koniec jeszcze jedna refleksja mi się nasuwa. Napisałem, że pierwsze miejsce dla województwa śląskiego jest niespodzianką. Z drugiej strony mimo niewielkiego stosunkowo obszaru ( 14 miejsce w kraju), pod względem zurbanizowania to jest absolutny lider. Na tak niewielkim stosunkowo obszarze mamy 71 miasta z czego 4 ponad 200.000 tysięcy mieszkańców, a kolejnych 8 od 100.000 do 200.000. I właśnie w tego typu miastach mamy najwięcej biegów zorganizowanych. Zresztą to zgadza się też ze wstępną oceną zamieszczonej mapki. Gdzie mamy duże miasta, gęsto zaludnione, tam mamy dużo biegów, gdzie dominują obszary uprawne, zielone, oraz miejskie ośrodki miejskie biegów jest stosunkowo mniej. Przynajmniej tych oficjalnych, bo mieszkańcy wsi swoje nabiegają po polach uprawnych, a mniejszych miast i miejscowości po pięknych terenach zielonych, gdzie nie ma co zgłaszać biegów. Mają też inne rozrywki.  Co innego my mieszczuchy, stłoczeni w biurach, blokach czy na mocno zurbanizowanych obszarach. Nie potrafimy sami ze smogiem walczyć, to chociaż sobie z nim pobiegamy.

Muszę przyznać, że interesowałaby mnie jeszcze jedna analiza, ale nigdzie na razie jej nie mogłem znaleźć. W jakim wieku mamy najwięcej osób tuptajacych. Młodzież podejrzewam, że tak z powodu bo muszą np w szkole. Wiadomo, wiek produkcyjny, bo trzeba odreagować. Tylko właśnie kiedy najczęściej nas pasja dopada. Muszę poszukać danych.

 

Arkana mistrzowskiego biegania

Zawsze mi się zdawało, że bieganie to najprostszy i najmniej obciążający pod względem przygotowawczym sport. Bo w końcu czego potrzeba, by dobrze biegać. Generalnie względnie prostego, niewymagającego zbyt wielkich nakładów sprzętu, oraz to co najważniejsze regularnego treningu. Kiedy zaczynałem biegać mój trening był łatwy i prosty jak drut ciągniony. Po prostu wychodziłem przed dom i na danej trasie moje kilometry robiłem. Nie zwracałem uwagi na to jak biegałem, jak układałem ręce, nogi, po prostu robiłem zaplanowany w głowie dystans, ciesząc się każdym kolejnym pokonanym kilometrem. Czasy miałem jakie miałem ( napiszę średnio przyzwoite jak na moje możliwości), ale dowiedziałem się, że mogę więcej.

Od osoby, która chciała mi poświęcić swój czas na przygotowanie otrzymałem rozpiski treningowe, czyli zamiast biegania dla biegania, jakieś interwały, rytmy, podbiegi i inne takie. Do tego ciągłe nawracanie do tematu techniki, a to że ręce, a to, że nogi czyli ręce, nogi, mózg na ścianie. Mimo pierwszych sukcesów, nie okazałem się zbytnio pojętnym uczniem w strategii długofalowej, więc zostałem sam i mogłem się przygotowywać jak mi się chciało. No i ostatnio wertuję Internet szukając różnych tajników biegowej sztuki i próbujące je potem w moim treningu przetworzyć na tuptajcą rzeczywistość.Ułożenie rąk, sylwetka i inne takie. Jak wspominałem we wczorajszej parkrun relacji w czasie byłem świadku instruktażu, jaki Biegający Mistrz przedłożył swojej uczennicy, czy też Małgorzacie, jak kto woli. Tematem instruktażu było jak stawiać stopy na ziemi. Że nie powinniśmy się odbijać z pięty, bo to nas hamuje, tylko z przedniej części śródstopia. Kiedyś pamiętam, że Andrzej mi polecał odbicie z palców. Kiedy zerknąłem w net, to porad dziesiątki. Ktoś radzi z pięty, ktoś ze śródstopia, a lądować na pięcie i co strona to inna porada. Czyli mamy prawdziwe arkana mistrzowskiego biegania czyli i ręce i stopy i jeszcze odpowiednie ustawienie sylwetki w czasie biegu.

Muszę przyznać, że ostatnio zacząłem próbować to wszystko wprowadzać i …wyniki są fatalne. Jak już wspomniałem nie jestem typem dobrego biegacza pod względem czasowym, a  od jakiegoś czas mam wyniki jeszcze słabsze, a odkąd zacząłem wprowadzać zasady obowiązkowej techniki, to się zmieniły w fatalne. W tej chwili kiedy biegam, to 80% czasu podczas treningu tracę na analizowanie, czy biegnę poprawnie, czy moje ręce, stopy, ułożenie sylwetki jest zgodne z tym co przeczytałem. W efekcie straciłem całą radość i swobodę biegania, bo zamiast radować się każdym pokonanym kilometrem, to ja myślę, czy biegnę poprawnie pod względem technicznym. No i w efekcie jedna wielka wynikowa kupa. Może potrzeba czasu, może musi tu zadziałać jakiś automatyzm, ale na razie jest kiepsko i uważam, że na tą chwilę przez zmianę całkowicie luźnej i pozbawionej wewnętrznej kontroli metody, na zgodną z biegowym bon ton techniką więcej straciłem niż zyskałem. Ale może to jeszcze musi się ułożyć i w pewnym momencie wszystko się zgra. Dlatego się nie poddaję i trenuję dalej. W końcu w coś trzeba wierzyć, że jakiś sens, na razie co prawda bardzo głęboko ukryty, ale w tym jest. W końcu wymyślili to ludzie, którzy się znają na rzeczy, a nie są takimi tuptającymi laikami, jak ja. Z drugiej strony może to nie kwestia techniki, tylko wieku? W końcu jeszcze trochę, a pięćdziesiątka na karku się pojawi, a to już nie jest wiek na bicie życiówek, przez przeciętnie wybieganego emeryta. W końcu już bliżej do końca niż do początku życiowej drogi.

Tak na koniec jeszcze myślę o prawidłowym ułożeniu stopy osoby biegającej. Może jeszcze by trzeba było palce zgiąć, na wzór pazurów kotowatych, jakiś gepardów, panter i innych, które za najszybsze na świecie są uważane. Może takie zakrzywienie pazurów, znaczy się palców w czasie biegu, raz że byłoby bardziej aerodynamiczne, a dwa usprawniło by proces odbicia od podłoża. To oczywiście żarcik, nie proponuje takiego trenowania. Z drugiej strony taki styl biegania na panterę miałby swój urok.

 

Miłe weekendu zaczynanie, na parkrun hasanie

Ostatnio moje soboty są dosyć mocno zawodowo obciążone, więc sporo parkrun mi odpadło. No, ale to siła wyższa i z nią się nie dyskutuje, tylko się cieszy, że jest co robić. Na ale ostatnie dwa weekendy miałem akurat trochę luźniejsze, przez co mogłem je znowu w moim ulubionym biegowym miejscu spędzić.

Dzisiaj na Cytadeli byłem trochę później niż zwykle, gdyż około 20 minut przed startem. Jak zwykle przywitałem się ze znajomymi, którzy wierną, niemal niezmienną ekipą się pojawiło. Oprócz nich było jeszcze ponad sto innych osób, które powiedzmy trochę mniej kojarzę. Z każdą czy każdym staram się być chociaż na „cześć“, ale na jakieś głębsze pogaduchy nie starcza często czasu. Pogoda była dosyć ciężka dzisiaj do bieganie. Co prawda słońce było schowane za chmurami, ale samo powietrze było właśnie takie ciężkie, przytłaczające i powodujące pewne problemy w łapaniu oddechu.

Po przywitaniu wszyscy udaliśmy się do strefy startu, gdzie otoczony wianuszkiem wolontariuszy przywitał jak zawsze wszystkich miło i motywujący, po czym zanurzyliśmy się w mniej lub bardziej szybkim tupie w duchotę powietrzną. Jak ktoś czuł się na siłach, to mógł pobiec za jednym z naszych szybkobiegaczy, który robił za pacemarkera na poniżej 18 minut. Jak potem zerknąłem na wyniki, to chyba jednak nikt się nie poważył Adrianowi kroku dotrzymać. Z drugiej strony zawodnik, który przybiegł jako trzeci dzisiaj na metę ( Adrian był drugi) miał co prawda prawie minutę gorszy czas od Adriana, ale to był jego debiut, więc kto wie czy nie trzymał się w czasie biegu Adriana tak blisko, na ile sił mu starczało.

Muszę przyznać, że dzisiaj biegło mi się bardzo ciężko. Tak jakby powietrze samo stawiało przede mną bariery, przez które nie mogłem się przebić. W czasie biegu usłyszałem rozmowę „biegowego mistrza“, do tuptającej z nim uczennicy ( albo i Małgorzaty, bo ja mistrz to wiadomo), o tym jak biegać, aby było lepiej, szybciej, a i mniej męcząco. Muszę przyznać, że te słowa mocno do mnie przemówiły i jest to temat na jutrzejszy wpis jako wprowadzenie i popołudniu jako podsumowanie takiego pierwszego treningu, trochę inaczej tuptanego.

Mimo ciężkiej atmosfery jakoś doczłapałem się do mety, ale wynik był taki, jak móc cały bieg, czyli bardzo ciężki. Myślę, że w przypadku spraw biegowych należy coś zmienić, ale szczegóły jutro. Podsumowując parkrun pod względem towarzyskim, jak zawsze super spotkanie w gronie takich samych jak i ja pasjonatów, czy też świrów jak kto woli i zawsze radosny, pełen optymizmu i ładowania baterii początek weekendu. Kiedy na parkrun biegania, znaczy weekend się zaczyna.

 

Czas na biegowe przebudzenie.

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany oczywiście bez pudła odgadłeś skąd tytuł wpisu. To, że pod prąd, to chyba u mnie standard. Co do licznika i do przyszłości, to zobaczymy jak długo weny i ochoty starczy. Jak to się mówi, wszytko ma swój początek i koniec.

Nasze życie bardzo często przepływa różnymi falami. Czasem mamy okres wyciszenia, innym razem rzucamy się na życie czerpiąc z niego pełnymi garściami. Oczywiście w takim zakresie, które jest w naszym odczuciu zgodne z naszym własnym pojmowaniem czerpania i możliwego do zaakceptowania szaleństwa. Co nie zmienia oczywiście faktu, że od czasu do czasu przekraczamy nasze możliwe do zaakceptowania w odczuciu społecznym granice, sięgając tego, czego normalnie byśmy nie tylko nie sięgnęli, ale nawet nie pomyśleli, że można sięgnąć. W moim przypadku może takich szaleństw nie ma, gdyż ja z reguły grzeczny, spokojny i pokornego serca pełen.

Ostatnio nawet biegałem na granicy spokoju, sięgającej wręcz usypiania. W takim sennym, jakże spokojnym tempie. Jednak człowiek od czasu czasu lubi coś zmienić w swoim ułożonym czy wręcz uporządkowanym do granic możliwości i rozsądku życiu. I w sumie to usypiające bieganie trochę mnie znużyło, czy wręcz faktycznie znużyło. W sumie, od tego powolnego człapania aż się zmęczyłem. Myślę, że trzeba trochę się przebudzić, tzn pogonić trochę szybciej kilometry. Łatwe to nie będzie, gdyż trzeba będzie żwawiej tuptać, czy może bardziej wyciągać nogi, a to nie do końca się chce. Gdyż takie człapanie ma swój urok, bo sobie biegniemy dla samego biegu, a rywalizacja, czas jest… po prostu jest, ale nas nie dotyczy. Z drugiej strony to trochę jak z życiem. Można żyć dla samego życia tak, jakim mnie Panie stworzyłeś, takim mnie masz i nic nadto, oraz nic więcej. Jest to jakaś opcja, bo w końcu też to życie jakoś mniej czy bardziej godnie, ale przeżyjemy. Ale czy o to chodzi, by żyć i trwać, czy jednak coś pragnąć, dać coś z siebie, mieć marzenia i śmiało dążyć do ich realizacji. I tak samo jest z bieganiem. Można faktycznie biegać dla biegania i po prostu biegać, tak jak być i niczym więcej się nie zadawalać. A można też dążyć do przełamywania swoich własnych granic, by osiągnąć to, co czasem jest poza granicami naszej wyobraźni. Wiadomo, że nigdy 20 minut na 5 km nie będę łamał, na dyszkę nie dobiegnę do 40 minut, na połówce półtora godziny też nie złamię, a na maratonie 3 godzin. Tych granic nie osiągnę, bo one są poza moimi możliwościami fizycznymi. Ale ile mogę, tylko się powinienem starać dać z siebie, a wtedy każdy czas będzie wielką radością, gdyż będę wiedział, że walczyłem, że dałem z siebie wszystko, a nie biegłem jak ta osławiona popierdółka. Dlatego czas znowu wstać i zmierzyć się z granicami swoich możliwości