Walka z urazem

Przekleństwo każdej osoby biegającej, czyli chwila, moment, kiedy dopada nas uraz albo kontuzja. Wiadomo, uraz jest łagodniejszą formą, ponieważ kontuzja to już łubudu na całość. W przypadku kontuzji, to bez pomocy specjalisty raczej nie może się obejść. To już zbyt poważna sprawa. Tutaj nie ma że boli, musimy iść (bo pobiec się nie da) po odsiecz. Czasem się udaje szybciej ruszyć na trasy, a czasem musi to potrwać. Niestety na to musi, należy bardzo postawić nacisk.

Trochę inaczej jest z urazem. Uraz to taka drobniejsza kontuzja, z którą już możemy podjąć walkę własnym sumptem. Tak apropo urazu jest taka osada Uraz, położona nad jeziorem drawskim, w której mieszka 9 osób… Do tematu tej osady jeszcze może kiedyś wrócę, gdyż spędziłem tam jako dziecko kilka wakacji… Można o niej napisać krótko: malutka, nie do końca łatwo ją znaleźć, a diabeł z upodobanem mówi tam dobranoc.

No i właśnie tak bywa z urazem. Mały, drobny, nie wiadomo gdzie, ale jak się przyczepi, to trudno się go pozbyć. Muszę przyznać, że tak od dwóch lat pod koniec roku ( jakoś tak dziwnie się składa, że zawsze na koniec roku) dopada mnie uraz. W tym roku, poobnie jak w zeszłym odczułem problem z mięśniem dwugłowym uda, a także łydki. Może nie jest to takie mocne, jak w zeszłym roku, ale niestety jest. Od dwóch tygodni czułem wielki nożny dyskomfort. Nie był to ból, ale właśnie dyskomfort. Nie była (jest) to kontuzja, ale uraz. Postanowiłem walczyć nim własnym sumptem. Najpierw zrobiłem sobie przerwę w treningach. W efekcie, jak poszedłem na parkrun, to wynik taki, że aż głowa boli. Zresztą w czasie biegu noga też się odzywała, więc było jak było.

Od poniedziałku ruszyłem znowu na treningi, ale noga dalej… No więc poszedłem do apteki i zapytałem miłej Pani, czy może mi pomóc. No i dostałem za 12 PLN maść, która się nazywa dicloziaja. Posmarowałem jednego dnia, potem drugiego i … ruszyłem w bieganie. Na razie jest dużo lepiej. Oczywiście wyniki będą fatalne, ale podejmuję wyzwanie i ruszam w ten weekend w biegowy tan. Ale to o tym jutro rano.

Gdzie się kończy feminizm

Chciałbym trochę jeszcze nawiązać do porannego wpisu o byciu lepszym ojcem. Jednak tym razem chciałbym w moim męskim rozumku spróbować przeanalizować zjawisko feminizmu i jakby odwrócenia w wielu przypadkach tradycyjnego i zakorzenionego w naszej świadomości modelu matki i ojca. Modelu w którym mama rządzi w domu, a ojciec na niego zarabia.

Czasy się zmieniły i zmienił się model rodziny. Oczywiście są jeszcze ojcowie, panowie i władcy i panie, które kornie się do roli określmy to służebnej wstawiają, jednak coraz mniej obserwujemy takich „układów rodzinnych”. Panie twardo i zdecydowanie wkroczyły na drogę sukcesów zawodowych. I to wcale niekoniecznie związanych z zawodami, które niegdyś uważano za bardziej kobiece, jak przedszkolanki, panie w sklepie czy chociaż modelki na wybiegu. Obecnie panie twardo i zdecydowanie zdobywają obszary zawodowe, które jeszcze nie tak dawno wydawały się męskimi domenami. I wielu przypadkach okazuje się, że nie tylko nie są gorsze, ale wręcz lepsze od nas facetów Co prawda jeszcze niektórzy panowie „fikają” starając się zepchnąć panią Prezes do kuchni, mycia garów i podcieraniu zmęczonemu panu i władcy tyłka, ale to już chyba ostatki.

W tej chwili ruch społeczny nazywany feminizmem i dążący do pełnego równouprawnienia jest w rozkwicie. I raczej nie wygląda by miał się kurczyć. Panie w wielu przypadkach pokazują nam facetom miejsce w szeregu. Trzymają pewną ręką i finanse domowe i sprawują nadzór ad wszystimi procesami, które w nim sie odbywają. My panowie jesteśmy w większości przypadków na równych prawach, a sa i przypadki, kiedy na zdecydowanie gorszych. No, ale tak jest ułożony obecny świat i to na razie z pewnością się nie zmieni. Zasada jest prosta: panie mają takie same prawa jak my i tak będzie.  Jednak są jeszcze sytuacje, gdzie feminizm się nie sprawdza i kończy. Chociaż wtedy, kiedy trzeba odkorkować wino. No chyba, że nad butelką staje Iwona Guzowska, Małgorzata Mączyńska czy chociaż Aneta Florczyk. To wtedy i my panowie  i korek możemy zacząć się bać. Zresztą jest dużo więcej pań, których my panowie możemy śmiało się bać.

Każdy ojciec może być lepszym tatą

 Od jakiegoś czasu zmienia się postrzeganie „tradycyjnego modelu rodziny”, które przez setki, a nawet tysiące lat zostało zakorzenione w świadomości nas facetów. Zgodnie z tym modelem obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę, a obowiązkiem kobiety sprawować nas nią opiekę duchową, konsumpcyjną i każdą inną. Jednak odkąd Panie poszły do pracy okazało się, że wcale nie są gorszymi pracownikami, szefami niż my. Wręcz przeciwnie w wielu przypadkach okazuje się, że są lepsze i my musimy się z tym pogodzić.

Nie będę dzisiaj tego tematu poruszał, bo jest to zagadnienie na zupełnie inny wpis, tylko chciałbym zatrzymać się przy trochę innym temacie. Kiedy oboje rodzice idą do pracy, czy wręcz kiedy to Kobieta, a nie mąż pracuje, okazuje się, że my panowie także musimy przyjąć na siebie obowiązki rodzicielskie. I to nie na zasadzie: jestem ojcem i jestem wielki, tylko jestem ojcem i także zajmuję się dzieckiem. Przyznam szczerze, kiedy moja córka się urodziła sam ją potrafiłem wykąpać, zająć się nią, uśpić czytając książeczki, czy godzinami chodząc po dworze z wózkiem, by ją uśpić. Tak się złożyło, że najlepiej zasypiała w wózku, więc codziennie od 19 czasem i do 22 potrafiłem z nią po dworze krążyć.

W tamtych czasach, a było to ciut ponad 18 lat temu nie było takiego dostępu do wiedzy i źródeł wspomagających ojców jak teraz. Wtedy musieliśmy sobie radzić sami. Teraz każdy przyszły czy obecny ojciec może skorzystać z pomocy serwisu Tato.Net, który prowadzi ojców za rękę, prostą drogą po niby prostej, ale jakże dla nas zawiłej drodze ojcostwa 
http://tato.net/
.
Muszę przyznać, że szczególnie podoba mi się kampania społeczna propagująca to, byśmy byli lepszymi ojcami. W moim odczuciu filmik trafia do wyobraźni.

 

 

Myślę, że idea, byśmy byli lepszymi ojcami jest naprawdę bardzo motywująca i inspirująca nas do tego, by tak faktycznie było. To nie jest tak, że możemy zatrzymać się w naszym ojcostwie mówiąc sobie: jakim ja jestem wspaniałym ojcem. Zawsze można coś poprawić, ulepszyć w swoim rodzicielskim warsztacie. Dlaczego? Po to by mamom było lepiej, a nasze dzieci radośnie dorastały.

 Pamiętajmy o jednym Bycie ojcem to nie znaczy być dawcą nasienia. Bycie ojcem to odpowiedzialność, to zaszczyt, to najważniejsza rzecz, jaka nas facetów może spotkać. Kiedy obserwujemy jak nasze dziecko dorasta, potyka się na drodze życia, my ojcowie mamy mu pokazać najbezpieczniejszą i najpewniejszą drogę. Musimy wspomagać mamy w tym dziele. Bo jest nasz wspólny obowiązek, szczęście i radość.A kiedy nasze dziecko przyjdzie z nami, pogadać jak córka czy syn z ojcem, to…. jest najpiękniejsze przeżycie. 

 

 

 

 

 

 

 

Powstanie, którym nie lubimy się chwalić

Dzisiaj mija 99 rocznica wybuchu powstania wielkopolskiego.  „Było to jedno z czterech, obok powstania wielkopolskiego 1806 rokupowstania sejneńskiego w 1919 roku i  w 1920 roku, zwycięskich powstań w dziejach Polski. Pierwsze z polskich powstań z tamtego okresu, które umożliwiło realizację wszystkich założonych celów.” – źródło ciocia Wiki. Kiedy zerkam w program telewizyjny czołowych czterech stacji w naszym kraju, to praktycznie ani słowa, ani jednej pozycji programowej nawiązującej do tego wydarzenia. Kiedy mamy rocznicę oblanego krwią setek tysięcy i okupionego zniszczeniem naszej stolicy oraz rażącymi błędami dowódczymi powstania warszawskiego, to mamy całe bloki zawierające filmy dokumentalne, fabularne i każde inne. No, ale powstanie warszawskie idealnie wpisuje się w kreowany i tak hołubiony obraz naszego społeczeństwa jako nieprawnych romantyków, idealistów rzucających się bez żadnych szans powodzenia na przeważające siły, czy kawalerzystów okładających szablami czołgi.

Taki obraz został wpisany w naszą świadomość za czasów komuny, kiedy zależało by wmówić nam, że jako naród, Państwo nie jesteśmy w stanie racjonalnie działać i potrzebujemy „parasola ochronnego” przez innych ( czytaj Wielkiego Brata zza wschodniej granicy) nad nami roztoczonego. Powstanie Wielkopolskie zupełnie nie wpisuje się w ten tak hołubiony obraz naszej historii. Perfekcyjnie zorganizowane, przeprowadzone i co najważniejsze zakończone sukcesem. Pokazujące, że my Polacy jak chcemy, to potrafimy tak zorganizować zryw niepodległościowy, że mimo iż przez wszystkich nawet Warszawę zajętą bardziej terenami wschodnimi potraktowani po macoszemu na zasadzie co nam Poznań ważniejszy Lwów, to jednak zrobić tak, by odnieść całkowity sukces.

Jak widać po miejscu postania w historii oraz w świadomości naszego kraju powstanie to dzisiaj jest jakby ością w gardle przekazów propagandowych. Tak jakbyśmy sami się wstydzili, że potrafimy bez niczyjej pomocy coś wygrać. W ten sposób sami pogłębiamy nasze narodowe kompleksy, zamiast powiedzieć głośno i wyraźni: my też potrafimy, a Powstanie Wielkopolskie jest tego idealnym przykładem. Dzisiaj o 16.40, czyli w godzinie wybuchu powstania codzienny hałas miasta został rozdarty przez minutowy konert syren, a autobusy i tramwaje stanęły, by oddać cześć tym, którzy w pełni na to zasługują.

Kanapowcy oraz aktywnościuchy

Możemy napisać, że nasze społeczeństwo, a w zasadzie nie tylko nasze społeczeństwo, ale chyba cała ludzkość ogólnie dzieli się na dwie główne grupy. Jedna to są kanapowcy, a druga aktywnościuchy. Nie jest chyba zbytnią fiozofią wpaść na to, czym te grupy różnią się od siebie.

Kanapowcy, to są osoby preferujący statyczną formę spędzania czasu. Dotyczy to zarówno czasu przeznaczonego na pracę, jak i na czas wolny. Kanapowcy najlepiej się czują w pracy za biurkiem, kiedy nie muszą być aktywni fizycznie. Aktywność intelektualna w zupełności im wystarczy. Podobnie jest z czasem wolny. Im wystarczy spędzać go przed telewizorem, kompem i może czasem od wielkiego dzwona wyjazd na wakacje, idealnie z biurem podróży w wersji all inclusive, kiedy wszystko mają opłacone, a oni tylko muszą z tego umiejętnie korzystać. Tak została ich psychika ukształtowana, że aktywność fizyczną uważają jako ewentualną konieczność i zło narzucone z zewnątrz. Kanapowcy fatalnie się czują w pracy, która wymaga od nich bycia w ruchu. Kiedy tak muszą pracować wracają do domu „sterani jak koń po westernie” i tylko marzą o tym by wreszcie zalec przez TV czy kompem w niemal całkowitym bezruchu.

Po drugiej stronie lustra mamy aktywnościuchów. Może ich określić jako różne formy wulkanów energii. Buchają pomysłami, muszą być ciągle w ruchu coś robić i zarażać innych swoją aktywnością. Nawet jeżeli los zawodowy rzucił ich za biurko, to kiedy wracają do domu muszą nadmiar swojej aktywności wyzwolić w taki czy inny sposób. Uprawiają różnego rodzaju sporty mniej czy bardziej bezpieczne, ale coś w życiu się musi dziać i cała nagromadzona w czasie dnia pracy energia musi w końcu zostać uwolniona.

To, że mamy takie grupy to jasne i logiczne chyba dla wszystkich. Ale czy to znaczy, że jedna z nich jest lepsza, a druga gorsza? Nie zgadzam się z taką tezą, gdyż uważam, że i jedni i drudzy są tak samo ważni potrzebni. Co więcej uzupełniają się ze sobą i w zasadzie jedni nie mogą żyć bez drugich i na odwrót. Nigdy nie jest tak, że ktoś jest tylko kanapowcem, czy tylko aktywnościuchem. Raz na jakiś czas kanapowiec przekształca się w akywnościucha i na odwrót. I wtedy potrzebne jest wsparcie tej grupy. Do której w danym momencie wbiegamy. Kanapowcy chcą spokoju, uspokojenia umysło atywnościuchy w wiecznym ruchu i szale Idealna para: kanapowiec i aktywnościuch. Wzajemnie się temperują i pchają do przodu. Dwaj kanapowcy mogą popaść w marazm, dwaj aktywnościuchy podpalić świat.

A co w tym wszystkim jest najciekawsze przynależność do danej grupy nie jest wieczna. Czasem kanapowiec może się przekształcić w aktywnościucha i na odwrót. Muszę przyznać, że sam jestem idealnym tego przykładem. Do 40-stki byłem typem kanapowca, a po przekroczeniu tego magicznego wielu przekręciłem się o 180 stopni. Dlatego nawet najbardziej zatwardziały kanapowiec nie może być pewny swojej kanapowości, jak i na odwrót. 

Najpierw bieganie, a potem świąteczne śniadanie,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Masz rację Robercie później poznany biegać, a potem jeść, ale do tego tematu zaraz przejdę.Dzisiaj rano zerwałem się z łóżka w okolicy 6 rano. Wiem, że to zboczona pora na wstawanie w czas świąteczny, czego potwierdzenie był miarowy oddech śpiącej reszty rodziny. No cóż, jak oni śpią, to ja wstaję i cichutko tup, tup na Cytadelę się udaję. W tym momencie nasuwa mi się refleksja. Postanowiłem przerobić stary dowcip na jego dopasowaną do naszych zasad wersję. W badaniu ankietowym pytano: biznesmena, pracownika szeregowego i biegacza czy lepiej mieć żonę czy kochankę (ewentualnie męża czy kochanka). No i biznesmen mówi że kochankę, pracownik szeregowy, że żonę, a biegacz że i żonę i kochankę (męża – kochanka). „ Jak to? ”pytają. „ Ano tak, żona (mąż) rano myśli że jestem u kochanki ( kochanka), kochanka(kochanek), że u żony, a ja tup tup i na parkrun. Bo w końcu kto rozsądnie myślący wpadnie na myśl, że można się tak wcześnie rano w Święta czy inny wolny sobotni dzień zrywać, by jechać na drugi koniec miasta, by 5 kilometrów sobie pobiec.

I mimo że był to czas świąteczny,chłód Poznań ogarnął, to jednak ponad 170 osób dzisiaj na Cytadeli się pojawiło. Wszyscy w większości po lekkiej porannej przekąsce, ale przed oficjalnym świątecznym śniadaniem. Tak jak porozmawiałem przed startem, to wszyscy potwierdzili, że oficjalne świąteczne śniadanie dopiero po parkrunie. No, a p śniadaniu płynnie przebigamy dzisiaj w obiad, deser, kolacje i nocne przegryzanie. W końcu dzisiaj dzień Wielkiego Ż. No, ale nie było czasu na zbyt długie pogaduszki, gdyż nasz Wódz Koordynator czasami rządzący, czyli Robert wcześniej poznany zawołał nas na start. Pogoda dzisiaj do biegania idealna, co prawda nie mająca wiele wspólnego z bożonarodzeniową aurą, ale dla nas taka, jaką biegający lubią najbardziej. Słoneczko, chłód, ale nie mróz, jednym słowem żyć, biegać nie umierać.

Sam parkrun, jak zawsze, czyli pełna radość i swoboda tuptania na niezbyt wymagającym dystansie 5 kilometrów. Co prawda z powodu cholernego urazu, który od ponad tygodnia się przyczepił i za cholerę nie chce puścić, biegłem na dużym luzie i spokoju, ale dobiegłem. Nie było w wynikach ognia i przytupu, nawet jak na moje ograniczone warunki, ale co najważniejsze w spokoju i radości ducha mój 214 parkrun zaliczyłem. Oczywiście na mecie spotkałem Grzesia, który wypatrywał czy jestem i może czy znowu kolejny bieg nadrobi. No, ale nie tym razem. No, ale jeszcze na przełomie grudnia i stycznia trzy szanse będą. Zresztą nadchodzący przełom tygodnia i roku pod względem biegowym ostro się zapowiada Najpierw 30 grudnia parkrun, a po nim od razu dycha noworoczna na Malcie. Potem 31 na 1 zabawa, a rano 1 stycznia kacrun, znaczy się parkrun podwojony, najpierw na Cytadeli, a potem na 10.30 w Dąbrówce. Oj, będzie się działo, kiedy wężykiem pobiegniemy… Na koniec jeszcze jedna rekordowa informacja. Dzisiaj Marysia – córka Roberta później poznanego ukończyła swój setny parkrun. Niby nie ma w tym nic niezwykłego, bo w końcu 100 parkrun na rozkładzie ma już tysiące osób biegających. Tyle, że Marysia ma lat 12 w swojej kategorii wiekowej jest w naszym kraju drugą dopiero juniorką, która tyle razy wykazała się hartem ducha i uporem by rano na Cytadeli się pojawić, kiedy jej rówieśniczki i rówieśnicy smacznie śpią, albo poranne kreskówki oglądają.. 

Jeść czy biegać – oto jest pytanie

No i nadbiegł nam najbardziej jedzeniowy okres w roku. Jakąś taką niepisana tradycją jest, że w święta spotykamy się całymi rodzinami przy suto zastawionych stołach i jemy, jemy, jemy. W zasadzie przez okres dwóch i pół dnia czyli od wieczornej wigilii aż do końca drugiego dnia świąt w zasadzie tylko jemy. O ile w drugi dzień Świąt zdarza się nam jeszcze gdzieś wyjść o rodziny w gości, jakiejś aktywności fizycznej zażyć, to w zasadzie pierwszy dzień Świąt, to dzień po wyzwaniem wielkiego żarcia. Tak w skrócie: my tu jemy, my świętujemy, to czas na wielkie LB połączone z WŻ i pewnym wątkiem metafizycznym. Jestem ciekawy kto rozszyfruje co znaczą LB i WŻ.? Myślę, że to nie jest trudna zgadka.

No, ale takie siedzenie i jedzenie mimo że bardzo tradycyjnie zakorzenione w naszej świadomości, to jednak niesie za sobą pewne minusy. Po prostu siedzimy, jemy, żartujemy, oglądamy TV i pewnym momencie dobiegamy do wniosku, że tak nie można. Kalorie się w nas gromadzą przekształcając w zaciśniętą pełną energii pięść, która domaga się uwolnienia w jednym pełnym ekspresji ciosie wyzwalającym naszą potrzebę wolności i ruchu. Szczególnie dotyczy to tej grupy z nas, która na co dzień stara się jakoś aktywnie urozmaicać swój rozkład dnia. A tu siedzimy, jemy i powoli czujemy potrzebę wyrwania się do naszej pasji. Tylko jak to zrobić?

Czy wypada powiedzieć po sutych posiłkach w dzień po południu czy pod wieczór, kiedy wszyscy już siedzą i odpoczywają, że fajnie jest, ale my idziemy się zrelaksować robiąc nasze kilometry? Nasi najbliżsi są przyzwyczajeni i dla nich to normalne, ale co powie reszta rodziny. Z drugiej strony czy nas to interesuje co oni pomyślą i co powiedzą? No i tutaj pytanie: jest problem czy nie ma problemu, wypada czy nie wypada? Z drugiej strony czy tylko jeść, czy może raczej potuptać? No a jutro rano na 9 Cytadelę i parkrun, by kalorie w grupie parkrun wypalaczy się spotkać. Może być problem ze wstaniem i świątecznym śniadaniem, ale co tam raz się biegnie, a tyle razy je.. Jedno trzeba przyznać, w Święta nas dopada po raz kolejny w życiu hamletowski dylemat. Na szczęście jutro parkrun wybiega z super propozycją, co oznacza, że na 9 rano, mimo że to nie sobota spotkamy się na świątecznym po czy przed śniadaniu. W końcu święta świętami, a pobiegać trzeba. 

Wierzysz nie wierzysz, ale poświętować warto

Za oknami pogoda jest jaka jest. Z tradycyjną świąteczną, bożonarodzeniową aura nie ma wiele wspólnego. No, ale nie ma co narzekać, czas wziąć się za świętowanie. Ja wiem, że tutaj sporo osób może mieć inną wiarę, może nie wierzyć wcale, lub podbiegać do życia w sposób bardzo racjonalny i pozbawiony potrzeby czucia czegoś głębszego. Doskonale rozumiem, że ktoś w takie czy inne ma spojrzenie na sprawy wiary, odczuć i generalnie życia. Z natury jestem typem bardzo tolerancyjnym i uważam, że każdy ma prawo wierzyć w to, co bardziej mu pasuje. Wierzysz w dogmanty wiary katolickiej – super.Bliższy Ci jest protestantyzm, prawosławie czy inne odłamy czy odmiany chrześcijaństwa – fantastycznie. Uważasz że bliżsi Boga ( niezależnie jak Go nazywamy) są wyznawcy Allaha, Buddy, Manitou w pełni to szanuje i podziwiam. Twoja wiara jest tożsama z tą, którą wyznają wyznawcy taoizmu, shinto, bahaizmu, sikhizmu, dżinizmu,ahimsa, Ayyavazhi, Portójnej Bogini, Krzyża Maltańskiego czy rodzimowierstwa słowiańskiego – ok pełen szacunek i zrozumienie. Nie wierzysz w nic i uważasz, że wiara to strata czasu, opium dla ludu i biegniesz drogą racjonalizmu negującego istnienie religii – oczywiście rozumiem i w pełni toleruje Twoje przekonania.

Osobiście jednak uważam, że jeżeli wszystko kończy się faktycznie z chwilą naszej śmierci i po tej sekundzie trwania ( w stosunku do ogromu trwania naszego wszechświata), to jest wszystko pozbawione trochę sensu i wielkim marnotrawstwem ludzkiego potencjału oraz wielkości otaczającej nas rzeczywistości. . Dlatego wolę wierzyć, że coś tam jest. Coś, czego nie jesteśmy zrozumieć przez ograniczenia pojmowania naszego umysłu. I to Coś na nas czeka i kiedyś znowu wszyscy się tam spotkamy.  I z okazji tych zaczynających się dzisiaj Świąt pragnę złożyć wszystkim, którzy regularnie, rzadziej, sporadycznie, czy od przypadku odwiedzają mojego bloga, Zdrowych, Radosnych, Szczęśliwych, spędzonych w gronie tych, którzy są nam najbliżsi Świąt Bożego Narodzenia. Oczywiście dla tych którzy biegają samych życiówek, startów w najbardziej wymarzonych Biegach i oby kontuzje omijały nas wszystkich tak szerokim łukiem, jak tylko to możliwe.

A osoby, które nie biegają, a mimo wszystko z jakiegoś powodu mnie odwiedzają, by wszystkie marzenia przybrały fizyczną postać, a szczęście się do Was przyczepiło niczym ten rzep do psiego ogona. Zresztą tego ostatniego pragnę życzyć wszystkim i każdemu z osobna.

Na koniec tradycyjnie świątecznie muzyczny akcent z czasów, kiedy moja córka śpiewała w Skowronkach. Na początek trzy kolędy, pastorałki czy jak kto woli. W pierwszej zwróćcie proszę uwagę na blondynkę, która z boku „daje po garach”. To pani Beata Polak – bez wątpienia najbardziej znana  polska perkusistka.





.



No i na koniec jeden z utworów zaśpiewanych podczas wyprawy życia mojej córki, czyli występu na deskach jednej z najbardziej prestiżowych sal koncertowych świata czyli Carnegie Hall w Nowym Yorku



Mam nadzieję, że zapodana muza wprowadzi Was w świąteczny nastrój.

Daleko od mety

Tytuł dzisiejszego wpisu jest wymyślony przez jedną z uczestniczek parkrun, jedna przebiegnę do rozwinięcia w dalszej części wpisu. Z drugiej strony dzisiaj idealnie się wpisał w moje przygody. Przede wszystkim rano zaspałem i od tego się zaczęło. Zamiast wstać o 6.20 obudziłem się o 7.40. Oznaczało to, że do startu mam godzinę i 20 minut, a w tym czasie trzeba się ogarnąć, wyprowadzić psa i dotrzeć na Cytadelę. A co by było jeszcze weselej od wczoraj czuję ból łydki, czyli tradycyjny, klasyczny biegowy uraz. No i myślałem, by odpuścić, ale sobie przypomniałem, że Grzegorz mnie goni z ilością biegów i nie mogę mu dać kolejnego od tak na luzie bo co.. bo zaspałem?

No więc ekspresowo się zebrałem ,trochę czarowałem i mimo że nie tylko do mety, ale i do startu było bardzo daleko dotarłem na miejsce na minutę przez wystartowaniem. Idealnie wszedłem w tłum biegnących idących na miejsce rozpoczęcia biegu. Tutaj klasyczne przywitanie przez Roberta dłużej znanego i ruszamy chłodem niemal już świątecznego poranka popędzani. Niestety tempo dzisiaj bardzo luźne, gdyż jak pisałem z urazem nie da się na maksa biegać. W taki stanie nawet taki luźny dystans jak 5 kilometrów z każdym krokiem wydaje się oddalać nas, a nie przybliżać do mety. W każdym razie biegłem sobie spokojnie i na dużym luzie, by tej nogi nie przeforsować. Pierwsze trzy kilometry bardzo spokojnie , no a kiedy poczułem, że nie jest aż tak źle,to trochę przyśpieszyłem. Może nie było to na maksa, ale tak na 60-70 procent swoich możliwości. No i co ciekawe było to główne spowodowane tym, że coraz więcej pań zaczęło mnie na trasie wyprzedzać. Powiedziałem sobie: no nie i trochę przyśpieszyłem.

No i ostatnie kilometry ja zacząłem „od wyprzedzać” te Panie, które mnie wyprzedziły wcześniej . Na ostatnich metrach nawet miałem z jedną z Pań bardzo fajną gonitwę, gdyż Pani nie chciała mi odpuścić, ale i tak tuż przed metą dałem radę. Potem się oczywiście nasłuchałem, jaki to ze mnie gentleman z Koziej Wólki, ale co wyprzedziłem to moje. I to właśnie od tej Pani usłyszałem tekst: jak ja śmiem wyprzedzać tak daleko od mety. Oczywiście miało być blisko, ale za to jak fajnie i w nawiązaniu do klasyki wybiegło. Najważniejsze, że mimo urazu jakoś doczłapałem do mety i pierwszy etap świąteczno- noworocznych starów został zaliczony. Tyle, że taniec dopiero się zaczął i przebrzmiały jego pierwsze takty.

Świąteczno – sylwestrowy miks biegowy

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie Robercie później poznany, wyraźnie napisałem, że jest to tekst, który wbiegł mi przed oczy, ująłem go w odpowiedni cudzysłów,a nawet zamieściłem jego źródło.

No i nadbiega nam czas chyba najpiękniejszych Świąt, czyli Bożego Narodzenia. Te Święta mają w sobie taki wyjątkowy urok, że nawet osoby, których wiara jest inna, albo nawet zerowa w jakiś swój prywatny sposób czas ten świętują. Chociaż nawet tego powodu, że jest to czas wolny, więc w jakiś sposób mniej czy bardziej świąteczny, ale inaczej niż zwykle spędzamy. W zasadzie spora część z nas ( no chyba, że ktoś pracuje w branży spożywczej, służby zdrowia czy innych niezbędnych do funkcjonowania społecznego zawodów ma wolne aż do Nowego Roku.

A kiedy mamy wolne, to my tuptający ten wolny czas chcemy także odpowiednio dla siebie, czyli tuptająco spędzić. Jak wskazują różne kalendarze biegowe, to możemy sobie jeszcze jutro pobiec w Stanowicach po Moczkę i Makówkę, a potem do ostatniego ostatniego weekendu starego roku, gdzie wiadomo, że sypnie różnymi noworocznymi, sylwestrowymi i innymi tego rodzaju tuptaniami sypnie. No, ale ten weekend wydaje się biedniutki pod wzgledem biegowym. Na szczęście jest mój ulubiony bieg, czyli parkrun, który postanowił wybiec w stronę biegającym zapewniając im spalanie przed i poświątecznych kalorii w sposób startowy. Przedświąteczne kalorie spalamy jak zwykle w sobotę i tu nie ma nic nowego. Jednak prawdziwa niespodzianka czeka nas we wtorek 26 grudnia, kiedy odbędzie się wyjątkowa świąteczna edycja. Pełni dzikich, szalonych kalorii poczłapiemy by coś tam spalić. Potem w sobotę 30 grudnia czeka mnie kolejny dwupak biegowy czyli parkrun oraz Bieg Sylwestrowy przed noworoczny. No i na koniec specjalne noworoczne wyzwanie czyli kacowy parkrun noworoczny w dniu 1 stycznia o 9.00 rano. Kto wstanie ten Wielki czy Wielka będzie. Muszę przyznać, że się przymierzam, ale czy dam radę, wolę się nie zarzekać.

W końcu ranek po Nowym Roku rządzi się zupełnie innymi prawami. Zresztą pytanie czy to będzie faktycznie piątka, bo jak zaczniemy biegać zakolami, zakrętami znoszeni na wszystkie strony, to dystans może się naprawdę wydłużyć