No to sobie pospacerowaliśmy

Wczoraj wieczorem moja żona namówiła mnie,by pójść o godzinę 9 wieczorem na spacer do parku Adama Mickiewicza, gdzie ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że było tam ponad 10 tysięcy także spacerujących Poznaniaków. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy okazało się, że wszyscy mieli przy sobie świeczki, latarki oraz inne  świecące precozja. Jakimś cudem okazało się, że w torbie, którą wręczyła mi moja szanowna małożnka było pięć świeczek i jeszcze dwie latarki.

Muszę przyznać, że atmosfera spaceru była wręcz wyjątowa. Był nawet wodzirej, , który dla tak licznej spacerujacej grupy przygotował odpowiednią część artystyczną aby każdy czuł się odpowiednio dopieszczony. Nie tylko samego spaceru dla spaceru, ale wzbogaconego ekstra elementem wspomagającym, oraz spinającym poszczegółne elementy w jedną spójną, ale jakże intrygującą całość. Były i występy aktorów oraz osób, które miały coś wyjątkowo ciekawego do powiedzenia. Organizatorem spaceru tak naprawdę był każdy jego uczestnik. Muszę przyznać, że przeżyłem pewne daja vu. Ostatni raz na spacerach o podobnym charakterze brałem udział także w tych okolicach naszego miasta w roku 1989. Co ciekawe, wtedy szliśmy w jednej grupie z osobami, które obecnie znajdują się po przeciwnych stronach spacerujacej barykady. Mówimy o tych, którzy protestują spacerując, jak i tych, którzy w taki czy inny sposób ich starają się ośmieszyć czy zdyskredytować.

A tak zupełnie poważnie, to znowu czuć, że jest moc społeczna. Ponownie, jak w roku 1989 ludzie z wielu niezwiązanych z sobą środowisk czują się połączeni jedną myślą, ideą, pragnieniem. I tym pragnieniem jest znowu nasz kraj. W sumie jest to piękne, że mimo różnic majątkowych, społecznych, intelektualnych czy kulturowych znowu spotyakmy się krzycząc jednym glosem. I znowu stajemy się narodem, a nie grupą pojedyńczych indywidualistów, gdzie każdy pędzi za swoimi indywidualnemy celami. Już nie każdy powie: ” mi to tita, bo i tak nic nie zrobię,  a mam ważniejsze rzeczy na głowie”. Nie, wielu nas dostrzega zagrożenia i póki można je jeszcze w miare rozsądny i bez rozlewu krwi, czasem żartem, czasem perswazją sposobem wyeliminować, to starają się robić. Kolejne spotkanie dzisiaj o 21.00, tym razem pod Areną. Sam jestem ciekawy ile osób przyjdzie. Celem spotkań jest walka o niezależność sądów i utrzymanie świętego prawa demokracji opierajacej sie na trójpodziale władzy z niezależnymi sędziami, a nie wybieranych po linii partyjnej. I tak naprawdę to dotyczy każdego czy każdej z nas, bo wszyscy mamy święte i niezbywalne prawo do sądzenia przez niezależny sąd.

Co ciekawe barzo dużo było wczoraj osób z mojego rocznika, którzy w dorosłość i na naze pierwsze wybory szliśmy właśnie w pamiętnym 1989 roku.

10 tygodni do maratonu,

Wczoraj zdałem sobie sprawę, że najważniejszego tegorocznego tupwyzwania, czyli maratonu w Warszawie pozostało 10 tygodni. Czy to dużo czy to mało? No właśnie… Z pewnością dla kogoś, kto dopiero teraz dobiega do wniosku, że a co mi tam zapiszę się na maraton.W końcu 10 tygodni to ponad 2 miesiące, dlatego na luzie się przygotuje. No cóż są różne formy masochizmu z pewnymi elementami samobójstwa. Dlatego może niebędę rozwijał tematu tego akurat przypadku.

Dla większości z nas już trochę wytuptanych biegających te ostatnie dziesięć tygodniu, to czas ładowania akumulatorów, szlifowanie formy i doprowadzenie się do stanu mocy przedstartowej. Dla znających trochę temat nie jest tajemnicą określenie: BTS, czyli Bezpośrednie Przygotowanie Startowe. Nie będę tutaj bił piany, gdyż wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę tą frazę,to wybiegnie profesjonalnych informacji nieprzebrana ilość. Dlatego ja wolę się zatrzymać na moich treningowych tup planach.

No i tutaj muszę przyznać, że jest mały problem. Przy moim obecnym stanie przygotowawczym rzucanie się na maraton, to faktycznie szaleństwo masochizmem podpalane. Biorąc pod uwagę, że w tym roku dwa razy przebiegłem półmaraton, trochę parkrun, a i z treningami bywało różnie,to ciekawie do nie wygląda. Natomiast jakaś baza przez 5 lat biegania została zbudowana i teraz przez 10 tygodni jestem w stanie myślę, że coś na jej podstawie przygotować. Zapewne na życiówkę szans nie ma, ale w spokojnym, rozsądnym bez szału tempie poniżej 5 godzin powinienem jakoś dotuptać. Jeszcze się treningowo w tygodniu podniosę swoją codzienną dyszkę na dyszkę z plusem, a niedzielne wybiegania, nie tylko jako klasyczne dwudziestki, ale z dwa razy i trzydziestkę się machnie. Na czas się nie nastawiam, więc żadnych rytmów, podbiegów, interwałów. We wrześniu jedno hasło mi będzie przyświecało: najważniejsze to doczłapać, a reszta będzie, jaka będzie. Dlatego spokojnie te 10 tygodni będę musiał potuptać tyle, żeby było dobrze. A ile to będzie, to jak na razie nie ma żadnego pomysłu. Raz w tygodniu z pewnością minimum dwudziestka, a trzy, cztery razy po dyszce z większym lub mniejszym plusem do tego parkrkun z biegowym powrotem, kiedy się uda na Cytadelę wyrwać i zobaczymy jak to wybiegnie. Jak wspomniałem upiększenia czasów tym razem odpuszczam, więc to będzie przygotowanie na luzie, jeżeli w przypadku maratonu można tak powiedzieć,

Bieganie może być faktycznie dla każdego

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, super, ze od czasu do czasu zdarza się Tobie zgodzić i z mną i innymi osobami, którym zechce się komentarze pod moimi wpisami wrzucać. Co do muzyki opowiadającej obecniej rzeczywistości, to coś w tym jest, ale jutro rano o tym wspomnę.

Nie raz i nie dwa się trąbi nasz wszystkie możliwe strony, że bieganie to najprostsza i wymagająca najmniej wysiłku pod względem logistyczno- organizacyjnym forma ludzkiej aktywności. No, może łatwiejsze jest spacerowanie, które też jest pewną formą aktywności, jednak w dłuższej perspektywie i tak prowadzi do biegania, bo samo chodzenie w pewnym momencie to będzie ciut mało. Czegoś będzie brakowało, tych endorfin, adrenaliny, które wyzwala już bardziej wysiłkowe robienie kilometrów. Cały urok, to wyjść na dwór i biegać otoczony zapachem natury, czasem smogu, moczony deszczem, sypany śniegiem i szczypany mrozem.

Jednak powiedzmy sobie szczerze: nie każda osoba musi posiadać w sobie taką szczyptę masochizmu, by jednak w każdych warunkach potrafić wyjść i tuptać. I tak naprawdę nie ma w tym nic złego, jest to tylko zdrowy, trzeźwy rozsądek, którego wielu z nas czasami brakuje. No, ale jak mantrę powtarzam każda osoba ma swoją karmę i ona drogi nasze prostuje, zakrzywia, pod górki wiedzie, a nawet czasami na manowce. Jednak jeżeli ktoś ma w sobie zdrowy rozsądek i wie, że w deszczu, burzy, śniegu, gradzie, lodzie czy innych tego typu pogodowo-atmosferycznych zagrożeniach, po prostu się nie biega, bo po kiego diabła ryzykować. No, ale jak to w życiu, pasja w cztery litery podszczypuje, a rozum zakazuje, I co tu wybrać?Muszę przyznać, że ostatnio wpadła mi przed oczy reklama biegania alternatywnego podczas paskudnych warunków pogodowych:

   
https://www.hop-sport.pl/bieznie/
 

Muszę przyznać, ze na początku dosyć krytycznie się temu przyglądałem, na zasadzie, to jednak nie to, bo brak właśnie pocałunku pogody, niezależnie jaka jest. No, ale nie każdy musi mieć w sobie tyle przymusu wewnętrznego, masochizmem podpalanego, że wyjdzie w trudniejszych warunkach biegać. Nie raz widzę, że zimą, czy w deszczu, czy nawet piekielnym upale ilość tuptających bardzo mocno spada. I to wcale nie znaczy, że osoby, które w takich warunkach rezygnują z biegania są gorsze. Wręcz przeciwnie, tak jak napisałem wcześniej są dużo rozsądniejsze. Równie dobrze ktoś może się wstydzić oficjalnie biegać. Może dopiero łapie bakcyla biegowego, ale jeszcze nie na tyle, by już na dworze kilometry robić. Jest także opcja, że oficjalnie należy do środowiska biegaczo -wyzywaczy z takich czy innych powodów i nie wyjdzie na dwór, bo poruta przed znajomymi..A może tak po prostu: wstyd i sromota biegać na dworze. Natomiast w domu, gdy nikt nie widzi… Ktoś może wstydzić się swojego wyglądu, sylwetki, czy zbyt dużej na razie ilości kilogramów by oficjalnie biegać. W takich przypadkach taka bieżnia to idealne rozwiązanie. Bez obciążeń pogodowych, wizualnych czy chociaż samopoczucia, czy nawet bo się po prostu nie chce wyjść z domu. Mając bieżnie nie trzeba wychodzić z domu. Ba biegnąć dalej w te klimaty można ją sobie ustawić przed telewizorem, a nawet w ekstremalnej sytuacji laptopa na niej ustawić. I pomyślcie jak można przy fajnym filmie czy nawet zerkając na ulubiony portal biegać, biegać i biegać bez żadnych przerw. A ile dodatkowych ekstra rzeczy można podczas biegania na bieżni jeszcze robić….

Tak na zupełnym marginesie, można stwierdzić, że dzięki bieżniom bieganie może być naprawdę dla każdego i w każdych warunkach.

Forma przybiega razem z butami

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Dzięki Marku za gratulacje dla Skowronków. Dziewczęta potwierdzają, że należą do ścisłej europejskiej, jak nie światowej czołówki w kategorii chórów dziewczęcych.

Muszę przyznać, że obecny rok widziany oczami mojej formy, to jedna wielka kupa, albo żeby było bardziej cywilizowanie wielka czarna dziura. Powodów nałożyło się na to kilka, parę zwał jak zwał, ale generalnie gama niż solówka. Raz, że na początku roku uraz mi się przyplątał który cały cykl przygotowawczy postawił mi na głowie. Dwa, że trochę motywacja do tuptania odpuściła i generalnie sobie biegałem bardziej z przyzwyczajenia, bo biegam, niż kierowany jakimiś wyższymi celami. No i jeszcze parę, a to psychika, a to coś innego, albo diabli wiedzą co. No i efekt był taki, jaki był, że moje możliwości tempowe i biegowe, które jakoś nigdy nie należały do dobrych, ale w tej średniej przeciętnej się mieściły, zeszły do poziomu mułu przykrywającego dno. I dosyć poważnie się w tym mule zanurzyłem krocząc po dnie, który stanowił moje biegowe trasy. A jak się biega zanurzony w mule, to każdy może sobie bez problemu wyobrazić. To raczej ledwie człapanie niż niemal bieganie, które normalnie uskuteczniałem.  W każdym razie moje czasy czy na parkrun, czy Cytadela by Night, czy w obu połówkach, w których dwa razy w tym roku biegłem, to były, jak to śpiewał klasyk: „mniej niż zero”. Ciekawe, czy ktoś ten kawałek jeszcze pamięta.

No, ale niczym husaria pod Wiedniem, niczym przedchorągiewni z wieków średniowiecza przybyła do mnie odsiecz w postaci nowej pary butów Kalenji Kiprun LD, które otrzymałem do przetestowania w naszym poznańskim Decathlon. No i mimo, że są to buty z gatunku człapiących, niż śmigających, to jednak dodały mi ekstra biegowej motywacji. No i w efekcie wczoraj, kiedy tupałem na Cytadela by Night, to znowu z dużym luzem godzinę złamałem i to o 5 minut. Do mojej życiówki, czyli ciut poniżej 48 minut jeszcze dużo brakuje, ale biorąc pod uwagę, że nie tak dawno byłem na samej granicy godziny w Cytadela by Night, to poprawa o 5 minut, już czyni pewno światełko w tunelu. I powoli, ale za to systematycznie i z mozołem z tej czarnej dziury, czy też innej mało ładnie pachnącej szczeliny zaczynam się wygrzebywać. Długa droga przede mną, czasu mało, gdyż do Warszawy jeszcze dwa miesiące z malutkim haczykiem, jednak jakaś minimalna bo minimalna, ale szansa, że dam radę jakoś doczłapać do mety się objawiła. Co prawda na łamanie 4 godzin i robienie życiówki nie liczę, ale fajnie by było wrocławski rezultat poprawić. Z drugiej strony wydawać się może, że już gorzej niż we Wrocławiu by nie może. Tyle, że nigdy nie jest tak źle, by jeszcze gorzej być nie mogło. I tym pozytywnym akcentem na tą chwilę zakończę.

Motywacja do biegania

Dwa dni temu popełniłem wpis na temat trenerów biegania. Tak poważnie się zastanawiałem, w czym szczególnie pomoc trenera może być nam zwykłym, szarym tuptaczom potrzebna? W końcu czasy mamy, takie jakie wytuptamy i są takie, a nie inne i raczej trudno przy naszych własnych, możliwościach fizycznych je poprawić. Trener może nas zaklinać, czarować, chuchać, dmuchać, ale nie jest w stanie pomóc nam w przekroczeniu granic, które tkwią w naszej świadomości i ciele. Jednak bardzo fajny komentarz wrzuciła mi Karolina. Zgodnie z jej słowami, pomoc trenera to wcale nie rozpiski treningowe czy porady jak stawiać nogi by biegać, nie człapać. To wszystko jest fajne, ale jest dodatkiem do najważniejszego zadania, które przed każdym biegowym trenerem stoi.

Tym zadaniem jest wyzwolenie w nas , czy może raczej uwolnienie biegowej motywacji. Powiedzmy sobie szczerze, ona jest w naszej pasji najważniejsza. Bo pasja pasją, ale jak motywacja nam spada, to już nic nam nie pomoże. I w takiej sytuacji niczym odsiecz  pod Wiedniem naciąga przyjmując postać Jana III Sobieskiego trener biegowy, rozbijając niechęć i brak motywacji w drobny mak. On ją na nowo budzi i powoduje, że całe nasze ciało przepełnia na nowo biegowe pożądanie. Muszę przyznać, że poważnie na tymi argumentami przemyślałem i muszę przyznać, że coś w tym jest. Oczywiście jest wielu z nas, którzy sami w sobie potrafią auto motywację wzbudzić i nie potrzebują żadnych czarów, ani kadzenia, ani wyzywania, czyli wszystkich możliwych do wykorzystania elementów motywacji. Jednak dla wielu, szczególnie dopiero wkraczających na biegowe ścieżki taka motywacja może okazać się bezcenna. Gdyż właśnie w tym początkowym okresie nasz pasja jest narażona na różne pokusy, które mogą ją przepędzić. I tu trener objawiony staje się naszym tuptającym zbawcą. Ja nie oceniam, nie krytykuje, ani też nie potępiam korzystanie z takiej pomocy. Każda osoba biegająca ma swoją biegową karmę i ona jej biegowe ścieżki prowadzi. I jeżeli uważa, że niezbędne jest pojawienie się na tej ścieżce biegowego trenera, to niech drogę dla niego prostuje, ozdabiając ją girlandami. Jak potrzebuje, każda osoba ma prawo dokonania optymalnego dla siebie treningowego wyboru.

Muszę przyznać, że fajną miałem motywację do przyciśnięcia trochę czasu podczas Cytadela by Night.  Biegły przede mną dwie biegaczki z lubońskiego klubu biegacza i trzeba przyznać, że fajne trzymały tempo. Goniłem za nimi przez pierwsze okrążenie i na początku drugiego udało mi się je wyprzedzić, jednak cały czas czułem na plecach ich oddech. I tak gdzieś na ostatnim kilometrze do mnie obiegły, co wyzwoliło we mnie dodatkowego tuppowera. No i może wstyd się przyznać, ale na tym ostatnim kilometrze znowu na paręnaście sekund im odbiegłem. Ale motywowały mnie wyjątkowo.

Biegi lepsze, biegi gorsze

Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że mój wczorajszy wpis o jubileuszowym  tuptaniu, który Robert dłużej znany z okazji swojego 400-setnego biegu zorganizował wywoła aż takie emocjonalne komentarze. Oliwy do ognia dodał Globus, który stwierdził, że darmowe biegi wcale nie muszą być dobre, bo kiedyś był parkrun na lodzie, a na półmaratonie na Wartostradzie się zgubił. Odpowiedzi innych, zaangażowanych w rozmowę czyli Roberta dłużej znanego, Marka, Andrzeja myślę, że na tyle rozwiały wszystkie zastrzeżenia, że chyba nie muszę już w samą dysputę się angażować, tylko podzielę się moją refleksją. Zresztą najlepiej to skomentował Sławek: brawo dla Roberta. Dokładnie tak. Brawo dla tego, kto nie organizuje dla zarobku, tylko dla dzielenia się pasją z innymi. Zresztą, sposób wypowiedzi i rozumowania Globusa bardzo wpisuje się w sposób pojmowania naszej pasji przez pewną grupę osób biegających.

Jest to koncepcja wykreowana zapewne przez pewne lobby organizatorów biegów płatnych i z pełną powagą podtrzymywanych przez biegających uważających się za lepszych od innych. Koncepcja ta głosi, że biegi się dzielą na lepsze i gorsze. Lepsze, są o biegi płatne, gdzie mamy pełen zakres pakietowy z koszulką i innymi cudami na kiju. I generalnie im biegi droższe tym lepiej, bo to nie są zawody dla pospólstwa. Ci biegacze napiszmy gorsi, żeby nie wbiegać w polityczną retorykę polegającą na sortowaniu naszego społeczeństwa, mogą sobie biegać w biegach darmowych, jakiś towarzyskich czy parkrun, gdzie żaden szanujący się biegacz nawet nie zajrzy. Bo co on sobie będzie wstyd przynosił. Bieg, żeby był Biegiem przez duże B, musi być płatny i im droższy tym lepszy, a nie jakąś tuptającą popierdółką.

Muszę przyznać, że wczoraj właśnie brałem udział w takiej biegowej popierdółce, przez Roberta dłużej znanego zorganizowanej z okazji uczczenia jest 400-setnego biegu. I powiem szczerze, nie jest to pierwszy bieg, który przez niego był zorganizowany i w którym brałem udział. Staram się kiedy tylko mogę startować w parkrunach, biegać nocą na Cytadeli i biegłem w półmaratonie. I za każdym razem było super, a wczoraj, to już rewelacja. Nie dość, że wreszcie moje czasy trochę drgnęły, dostałem ciacho, a nawet piwo. I to wszystko za free. I może ktoś powiedzieć, że jestem cienias, bo jak ja śmiem w darmowych biegach biegać i Roberta na koszty narażać. Odpowiem krótko. Jakby Robert nie chciał, nie czuł weny czy misji to by nie organizował. A jeżeli za coś się bierze, to tak już ma, że robi to naprawdę  klasą. Jak ktoś uważa, że to biegi gorsze to niech nie biega, przynajmniej więcej miejsca na trasie będzie dla nas i mniejszy na niej ścisk. A bieg z gatunku prima sort ( he he, nie mogłem się powstrzymać) i kto nie biegł, niech żałuje.

Biegacz z misją zarażania bieganiem

Dzisiaj chcę napisać z trochę innej bajki. Wiadomo, żeby nasza biegowa pasja w pełni się rozwijała to niezbędne są nie tylko biegi dla samego treningowego biegania, ale także, a może głównie biegi zorganizowane. Takie, gdzie biegniemy w grupie, mamy mierzony czas, uzyskujemy takie, a nie inne miejsce, czyli pełna oprawa stanowiąca jakby kwintesencję biegowej pasji. Nie, żeby biegać dla samego biegania, tylko dla jakiegoś czasowo wynikowego celu. Żeby bieg zorganizowany mógł się odbyć, oprócz nas biegających potrzebny jest ktoś, kto go zorganizuje. Jednak, żeby ktoś wziął się za organizację, to musi mieć w tym jakiś cel. Organizator musi mieć swoją misję. Ja wiem, że głównym punktem regulaminu, oraz tego, co większość Orgów powie, celem jest propagowanie biegania jako… Resztę każdy sobie może w regulaminie doczytać.

Powiedzmy sobie szczerze: baju, baju będę w raju, jak w to uwierzę. Generalnie cele Organizatorów dzielę się na takie dwie podstawowe grupy: chęć zarobku, albo wypromowania jakiejś marki, celu, misji. Oczywiście są od tego wyjątki, których celem jest samo propagowanie biegania. Można napisać, że mamy tutaj parkrun czy różne biegi towarzyskie organizowane przez różnego rodzaju grupy czy instytucje. Jednak w sytuacji, jeżeli organizatorem jest osoba fizyczna, to cel takiej organizacji obraca się dookoła wymienionych powyżej celów. I tak naprawdę nie ma w tym nic złego, a za dobrą robotę ( pod warunkiem, że jest dobrze wykonana, a z tym w bieganiu różnie bywa) każdy z nas z przyjemnością zapłaci.

Kiedyś Rzymianie wymyślili taką bardzo mądrą maksymę, która w tłumaczeniu na polski głosi: nie ma reguły bez wyjątku czy jak kto woli każdy wyjątek potwierdza regułę. I tak samo jest w naszej pasji. Zdarzają się organizatorzy, którzy organizują biegi, dla samych biegów. Tacy, których misją jest samo zarażanie bieganiem. Osobiście mam przyjemność znać jednego takiego organizatora, który będąc sam biegaczem, potrafi zorganizować taki bieg, że mucha nie siada. Mowa tutaj jest o Robercie dłużej znanym. To jego pomysłu, był bieg Powstania Wielkopolskiego na trasie parkrun w którym wzięło udział ponad tysiąc osób. To on min obecnie przejął na siebie, wraz z drugim podobnym mu zapaleńcem Grzegorzem, obowiązek organizowania biegów parkrun w Poznaniu. To on organizuje na Cytadeli co jakiś czas wieczorne wtorkowe tuptania. I właśnie dzisiaj organiuje taki bieg z okazji swojego 400-setnego biegu. Tak, jest, od 2011 roku, czyli odkąd został trafiony piorunem tuptania wziął udział w 399 biegach zorganizowanych. A to robi wrażenie. Jednak Robert biega nie tylko dla siebie. On, można napisać, że posiada misję zarażania bieganiem. I właśnie dlatego organizuje biegi nie dla kasy, nie dla promocji marki, tylko dla propagowania idei biegania w najczystszej jej formie. U niego nie tylko pobiegnie się, czas zostanie nam zmierzony, ale też poczęstunek na mecie będzie czekał. Ktoś może powiedzieć: altruista ze smykałką do szaleństwa. Ja napiszę inaczej: gość, który bawi się bieganiem, którego bieganie cieszy i których chce, by inni także zostali nim zarażeni. Chapeau bas Robert i czego mogę Tobie życzyć? Chyba tylko udziału  w tysiącach biegów. Jesteś jeszcze ,młody, masz na to czas. Jeżeli ktoś chce we wtorkowych śmiganiach na Cytadeli w Poznaniu o czasu do czasu wziąć udział, niech śledzi na Facebook grupę: Cytadela by Night. Są podane terminy, nic tylko biegać. Dzisiaj co prawda niby lista zamknięta…ale.

Budzenie biegowego głoda

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Kropka wielkie dzięki za ten komentarz. Masz rację, że pomoc trenera czy doradcy to nie tylko rozpiski, ale głównie motywacja. Myślę, że to temat na osobny wpis. Bardzo Tobie dziękuję. Zresztą wczorajszy wpis wzbudził ku mojemu zdziwieniu sporo różnych opinii, często tuptających po dwóch stronach barykady, więc jak wspomniałem jutro wrócę do tematu w sposób bardziej refleksyjny.  Z racji, że zawsze skrobię z jakąś moją ukrytą wizją, więc skrobnę do mi w głowie tańczy. Na jednym z wiodących biegowych portali rozgorzała naprawdę interesująca dyskusja, gdzie nawet okazało się, że spotkał mnie zaszczyt posiadania może hatera, to za dużo powiedziane, ale osoby, która zagląda w moje wpisy na tyle dokładnie, żeby podważać ich sens.

Naturalną kolejnością rzeczy każdego człowieka są napływające i odpływające fale naszej chęci, ochoty, pragnień związanych z różnymi obszarami naszego życia. Może to dotyczyć praktycznie wszystkich elementów naszej życiowej aktywności od pracy począwszy na pasji skończywszy. Tak samo jest z bieganiem. Czasem nasza biegowa pasja niczym ten przyczajony tygrys, ukryty smok zakopuje się w różnych zakamarkach naszej świadomości i za cholerę nie chce się z nich wynurzyć. Możemy szukać, prosić, wypatrywać, a tu nic. No i w efekcie nie chce się nam wyjść na codzienne tuptanie. Tak po prostu nie, bo nie i ni …. nie ma biegania. Jesteśmy trochę wypaleni, znużeni, zmęczeni i chcemy odpocząć, oderwać się i przemyśleć wszystko.cóż w moim odczuciu jest naturalne zjawisko i można je próbować gasić, odkładać, przekładać, ale i tak wcześniej, czy później każdego dopada.

 No i pytanie, jak już nas dopadnie co dalej? Każda osoba ma inną drogę powrotu do biegowych chęci. Ktoś może usiąść cichutko w kąciku i poczekać aż do nas wróci. Ktoś może stwierdzić, że to jest dobry czas, by na drogę wolontariatu wkroczyć i będąc obok, obserwując, pomagając wyzwalać chęć ruszenia w biegowe tup. tup. Ktoś jeszcze inny może zajmować się setkami innych rzeczy, oczyścić na chwilę swój umysł od biegowego pożądania, by mógł z pełną siłą powrócić. Może właśnie tutaj być potrzebna pomoc biegowego trenera, który niczym motywator nagle się nam objawi, W końcu biegowe pożądanie, niczym ten wielki głód z wiadomej reklamy, nigdy  nas nie opuści i zawsze będzie dookoła krążyło, by w odpowiednim momencie zameldować się na naszym pokładzie z podwójną siłą. Dlatego, jeżeli kogoś niechęć dopadnie, niech się nie załamuje,to jest naturalne. Nasz biegowy głód jeszcze do nas wróci.  Musimy tylko odpowiednią drogę mu przygotować  oraz girlandami ozdobić. Czy zrobimy to sami, czy z pomocą biegowego trenera czy doradcy, to już zupełnie inna bajka.

 

Czy warto mieć trenera

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, rozumiem, że tym komentarzem, chciałeś prowokacji dokonać. No, ale chyba nie wybiegło. Karolina trzymam kciuki za opuszczenie bieżni, wierzę w Ciebie.

Nie tak dawno pod jednym z moich wpisów odezwał się Pan, który twierdził, że osoba biegająca sama z siebie i bez zewnętrznego wsparcia daleko nie dobiegnie. Z pewnością nawiązuje to do nowego zawodu, który ostatnio pojawił się w branży usługowej. Oczywiście biega tutaj o osobistych trenerach. I to zarówno rozwoju w szerszym zakresie, jak i nakierowanych na daną dziedzinę. Ja z wiadomego powodu, zatrzymam się na tym drugim rodzaju trenerów, doradców, których obszarem działania jest nasza pasja, czyli bieganie. Kiedy wpiszemy sobie w wyszukiwarkę frazę: trener biegania – oferty, propozycje i inne takie, to wybiega nam tyle wyników, że nic tylko przebierać, wybierać i inne takie.

Można to posumować, że jak jest chłonny rynek, coraz więcej osób w naszym kraju biega, to wyciągają do nas ręce znawcy tematu, którzy powiedzą krótko: chcesz biegać dobrze, zgodnie z zasadami, bić życiówki, przekraczać granice swoich możliwości? Sam nie jesteś w stanie tego zrobić. Potrzeba ci pomocy, porady, a tylko z zawodowym wsparciem specjalisty w tym zakresie możesz swoje wymarzone wyniki osiągnąć. Nie mam wątpliwości, że tego typu porady wsparcie się przydaje ścigaczom różnej maści, którzy walczą nie tylko o czasy, ale i miejsca. Dla tych Mistrzów amatorskich tras porady na zawodowym poziomie są ja najbardziej wskazane.

Pytanie jest inne. Czy nam zwykłym przeciętnym amatorom takie wsparcie jest potrzebne? Mamy tutaj dwa spojrzenia. Fani takiego wsparcia, jak i sami wspierający powiedzą powiedzą krótko: tak oczywiście, nawet najbardziej przeciętny tuptacz może dzięki takiej pomocy poczuć smak życiówek i przełamać bariery, czyli same biegowe cuda na kiju. Zasada jest prosta: chcesz dobrze biegać? Musisz mieć trenera, bo on Ciebie dobrze poprowadzi.  Drugie spojrzenie jest przeciwieństwem pierwszego. Po co trener? W necie znajdziesz wszystko, a dla zwykłego tuptania kilometrów nie jest nam potrzebne żadne wsparcie. Po kiego czorta nam tuptaczom czy człapaczom trener?

Z pewnością inne spojrzenie, porada znawcy tematu się zawsze może przydać, ale czy warto aż zatrudniać trenera? Z drugiej strony patrząc na to, co się dzieje można stwierdzić, że bieganie staje się religią, gdzie trening jak pacierz, start jak msza a trener jak kapłan. A jak jesteśmy na mszy, to wypada dać na tacę. Dlatego, kiedy ktoś uważa, że bez takiego wsparcia może sobie nie poradzić, wybór ma naprawdę godny. Z drugiej strony zawsze można skorzystać z Internetu, gdzie rozpisek treningowych, dietetycznych i innych mamy zatrzęsienie.

Śmigacze, tuptacze i człapacze

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, masz rację, tak ten trening można określić

W porannym wpisie dokonałem, tak trochę na luzie podziału butów na śmigajki i tuptajki. Sunąć dalej w rozważaniach posunąłem się do podobnego podziału osób tuptających. Jednak myślę, że nawet rozdrabniając śmigaczy i tuptaczy na tych klasy M czy S, to jednak i tak nie jesteśmy w stanie dokonać pełnego i kompletnego podziału.

Powód jest jeden i zasadniczy. Każda osoba jest inna, ma inne pragnienia, sny i cele, które przed sobą stawia. Ja wiem, że dla różnych speców od psychologii, budujących w celach marketingowych podział społeczeństwa na grupy, do których trafia odpowiednia forma przekazu reklamowego podział jest jeden, prosty i eliminujący indywidualność każdego z nas. Dlatego też unikamy określeń jeden biegacz czy biegaczka, tylko zawsze w liczbie mnogiej: my biegacze. Wtedy czujemy, że należymy do jednej wielkiej tuptającej rodziny. Jednak ta nasza rodzina mimo wszystko dzieli się na takie trzy podstawowe biegowe typy, w zależności o tuptajacego potencjału.

Jak wspomniałem na samym szczycie mamy śmigaczy, dla których czas jest wyznacznikiem tego, co chcą łamać, oraz głównym powodem startu z zawodach. Specjalną odmianą śmigaczy są ścigacze, czyli nie tylko łamią granice czasowe dla wielu z nas nawet nierealne do osiągnięcia w snach, ale jednocześnie dzięki tuptającym pojedynkom czy udowadnianiu tego, kto w grupie jest najlepszy mają dzięki temu dodatkową motywację do jeszcze ekstra przyduszenia kilometrów. Jak wspomniałem w grupie śmigaczy mamy mistrzów, supermenów oraz tylko „zwykłych” niezwykłych przełamywaczy barier swoich czasowych możliwości. To jest nasza elita, szczyty szczytów biegowych możliwości. Zakres czasowy śmigaczy przestawiłem rano, ale dla przypomnienia: 5 kilometrów poniżej 20 minut, dyszki poniżej 40 minut, półmaratony do półtora godziny, a maratony do trzech.

No, ale zdecydowana większość z nas, to zwykli, szarzy tuptacze, którzy biegają dla frajdy, przyjemności, ot by dobiec do mety w ramach możliwego do zaakceptowania czasu. Nie musi to być jakiś czas ekstra, super, ale w ramach pewnej przyzwoitości. Jakie to będą czasy dla nas zwykłych tuptaczy? Takie by dobiec na luzie i spokoju. Na 5 kliometrów myślę, że będzie tak do 28 minut, na dyszkę tak do godziny, bo jest to czas, który myślę, że każda trochę poważnie trenująca, zdrowa osoba bez zbytnich obciążeń gotowa zrobić. Jak to będzie wyglądało w półmaratonach? Myślę, że 2 godziny i 10 minut, to będzie ta granica dla tuptacza rozsądna, a na Królewskim dystansie do 5 godzin.

No, ale mamy jeszcze grupę, czyli człapaczy, dla których samo może nie koniecznie dobiegnięcie, ale doczłapanie w różnych metodach, biegnąc, idąc, odpoczywając, ale metę osiągną. I to jet słowo klucz, to jet najważniejsze: sama meta, a czas? Byle w limicie się zmieścić i żeby nie ściągnęli nas trasy. I to jest chyba najważniejsze.

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych biegających, Ci którzy zaliczają się do „gorszych” grup są także gorszymi ludźmi, niegodnymi zwrócenia uwagi mistrzów. Na szczęście są to sporadyczne wyjątki, gdyż znam wielu naprawdę dobrych śmigaczy, których nawet butów nie godnym wiązać,  a z którymi na każdy temat można pogadać. Wyniki jedno, ale ludźmi wszyscy takimi samymi jesteśmy. Wiadomo, że w biegowym peletonie najwięcej jest nas zwykłych tuptaczy. Szczyt stanowią śmigacze, a człapacze? Jak ich można oceniać? Szczerze, są dla mnie tak samo ważni, jak cała reszta nas biegających. Bo ile trzeba uporu i samozaparcia, by znając swoje ograniczenia wynikowe zdecydować się na start i nawet doczłapać do mety, zamiast siedzieć przed TV z chipsami. Pełen podziw i uznanie.