Deszcz – najlepszy biegowy motywator

Wczoraj, kiedy wyruszałem na trening było niby trochę pochmurno, ale ze zdecydowaną przewagą względnie jasnego nieba. Przyjemnie, chłodno, ale nie zimno, nie upalnie, jednym słowem pogoda do tuptania wydawała się by idealna. Dlatego ubrałem się w jedną biegową warstwę i na codzienne, radosne tup, tup. Niestety czy stety, tak po dwóch, kilometrachnagle zaczęło wiać i z nieba spadł deszcz. Jeszcze, żeby to był ciepływiosenny, czy letni deszczyk. Oj nie, nagle zaczęły spadać z nieba lodowato zimne, tnące krople, które w pierwszej chwili  prawie mnie nie zatrzymały w połowie kroku.

Pierwsza myśl, to była: ” w tył zwrot i do domu”. No, ale z drugiej strony byłem prawie w połowie mojej pętli i w sumie tak naprawdę biec w tył, czy w przód nie stanowiło zbyt dużej różnicy w czasie dobiegnięcia do domu. Dlatego postanowiłem nie robić treningowych odstępstw i tuptać swoje. Muszę przyznać, że mimo wszystko różnica między tym treningiem, a większością innych była zasadnicza. To nie było klasyczne i standardowe tup, tup, tylko tup w wersji śmig i świst, oczywiście zgodnie z moimi możliwościami. No i muszę przyznać, że biegło się super. Mimo że te zimne, tnące krople niemal mroziły, ale wyzwalały taką potrzebę przyśpieszenia, że faktycznie czułem, jak czas śmiga zupełnie inaczej niż zwykle. Odczucia były fantastyczne. Co prawda było z lekka mało komfortowo pod względem odczuć fizycznych, ale psychicznie dusza z radości tańczyła. Ludzie pochowani za oknami domów samochodów, skupieni na przystankach pod metalowymi wiatami modląc się, by jak najszybciej przyjechał autobus i zabrał ich z tego zacinającego deszczu, a w tym wszystkim na wpół ubrany, albo w połowie rozebrany ( można wybrać określenie, które najbardziej pasuje) biegacz amator kilometry swoje robiący. Wydawałoby się, że wbrew i pogodzie i zdrowemu rozsądkowi. Ale to tylko może być zupełnie powierzchowna opinia. Gdyż kto sam siebie i pogody w takich warunkach nie pokonał, ten nie wiem, ile dzięki takiej walce i własnemu, prywatnemu zwycięstwu osiągnąć może. Kiedy wbrew wszystkiemu dobiegnie się do domu, to moc jest w nas taka, że kulę ziemską w dłoń możemy schwycić i tak ścisnąć, aż oceany, rzeki i jeziora spłyną w kosmos. To jest dopiero motywacja.

Z drugiej strony się zastanawiam czy tylko deszcz. W końcu mróz, śnieg, upał nie chyba warunków, w których źle się biega. Jak pasja płonie pełnym ogniem, to im gorzej na dworze, tym dla ogarniętych pasją lepiej .

Człowiek – istota skazana na nałogi

My ludzie, jesteśmy typami o określonej osobowości, inteligencji, umiejętności tworzenia za pomocą różnych wymyślonych narzędzi oraz innych specjalistycznych możliwościach, które wyróżniają nas od innych, zamieszkujących naszą planetę istot. Potrafimy zarówno upiększać, jak i niszczyć otaczający nas świat. I tak na zupełnym marginesie jesteśmy dobrzy w te klocki. Tak, jak wspomniałem dużo cech i umiejętności nas odróżnia od otaczających istot, ale chyba jedną z takich ważniejszych jest to, że potrafimy widzieć w życiu trochę głębszy sens, niż tylko trwanie dla trwania. Mamy własne zainteresowania, hobby, pasje oraz to wszystko, co w jakiś sposób urozmaica nasze trwanie na tym padole łez.

Jednym z takich poważniejszych urozmaiceń jest to, że w jakiś sposób jesteśmy skazani na nałogi. Mogą one przybrać różną formę, różny obraz i w różny sposób na nas oddziaływać. Na początku musimy trochę inaczej spojrzeć na znaczenie słowa nałogi. W większości przypadków wyraz ten kojarzy się jednoznacznie i bardzo negatywne. Nałóg rozumiemy jako papierosy, alkohol, narkotyki, czyli coś co działa na nasze ciało i duszę w sposób destrukcyjny. Ale nie zawsze i nie do końca tak jest.

Równie dobrze nałogiem jest nasze hobby, zainteresowania, różne formy aktywności, czyli wszystko to, co powoduje, że z taką radością odrywamy się od naszej mniej czy bardziej szarej codzienności. Coś dzięki czemu nie wyobrażamy sobie życia, bo to nadaje jemu odpowiedniego kolorytu i sensu naszego bycia w tym świecie. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego, gdyż to ładuje nasze życiowe akumulatory i nawet jeżeli czasem może się okazać destrukcyjna dla nas, to i tak w ułożonym rachunku jest zdecydowanie na plus. My ludzie jesteśmy jakby skazani na różnego rodzaju nałogi, bo w przeciwnym razie, na męski narząd rozrodczy ( w dużo mniej akceptowalnym określeniu) po co jest żyć. I myślę, że wszystko w tym temacie. Mógłbym pociągnąć, bo w końcu lubuję się w filozoficznych rozważaniach, ale wolę nie przeciągać zbytnio struny. 

Czy możemy uniknąć kontuzji?

Pytanie niemal z gatunki czarnej magii i fantastyki. Czy my osoby biegające możemy w czasie całej naszej przynajmniej paroletniej pasji uniknąć kontuzji. Opinie, jak to opinie bywają podzielone. Jedni uważają, że nie ma takiej możliwości, inni wręcz przeciwnie. I jedni i drudzy są przekonani do swoich racji. Biegający fataliści wybiegają z założenia, że tak i siak wcześniej czy później nas to spotka. Nie ma opcji, żeby nie. Im więcej trenujemy, im bombardujemy nasze ciało coraz większą dawką obciążeń nie ma szans, by się w pewnym momencie nie zbuntowało. Im więcej biegamy, tym większe prawdopodobieństwo, że defekt się nam przytrafi. To jak, ze wszystkimi innymi elementami czy przedmiotami, które nas otaczają. Im bardziej je eksploatujemy, tym większa szansa, że przytrafi się większa czy mniejsza awaria.

Zupełnie inaczej patrzą życiowi optymiści, a do tego ci,którzy bardzo poważnie zgłębili temat biegania. Oni wybiegają z prostego i także logicznego założenia: jeżeli dbamy o siebie, rozciągamy się, wzmacniamy dodatkowymi treningami, zdrowo odżywiamy, prowadzimy godny (pytanie co to znaczy) tryb życia, to mamy tak zakonserwowany i wychuchany organizm, że możemy biegać i biegać, a kontuzje i tak będą nas omijały. I też mogą się odwoływać do przedmiotów, które nas otaczają. Jak będziemy je serwisowali, robili przeglądy i tak po ludzku mówiąc dbali o nie, to mogą i nas przeżyć.

No i nasuwa się pytanie: która wizja jest bardziej zgodna z rzeczywistością. No cóż obie są w pewien sposób prawdziwe i nie można ani jednej, ani drugiej negować. Jeżeli bardzo dużo biegamy, trenujemy, startujemy tak że świata poza tym nie widzimy, to mimo całego naszego zabezpieczenia zawsze może zdarzyć się przypadek, którego nie był w stanie przewidzieć. W końcu prezerwatywa też czasem bywa zawodna. Tak zwany przypadek losowy. Z drugiej strony, jeżeli biegamy sobie czysto rekreacyjnie, bez nastawiania się na jakieś wielkie treningi, starty i tuptamy tylko samej przyjemności biegowej, zgodnie z rytuałem tych paru kilometrów dziennie, nie więcej niż np. 30 tygodniowo, to możemy faktycznie tuptać i tuptać i nic wielkiego może się nam nie przytrafić. Tyle, że i tak reguły nie ma. Można sobie nadwyrężyć czy nawet skręcić nogę biegając raz czy dwa razy w tygodniu i goniąc uciekający tramwaj, a można trenować i trenować i nic złego się nam nie stanie. Pod jednym jednak warunkiem. Jeżeli robimy to głową.

Podsumowując można napisać, że ryzyko kontuzji niczym miecz kata wisi nad głowami osób aktywnych  i diabli wiedzą, kiedy spadnie. Alteratywą jest nic nie robić i w spokoju i z jeszcze większym  fatalizmem czekać na zawał, miażdżycę i inne przypadki krążące wokół tych ostrożnie mało ruchliwych. No i pytanie: która forma życia ma większą przyszłość. Z drugiej strony, nawet pozbawione aktywności życie, ale z jakimś sensem i głową też może się toczyć i toczyć. Tylko pytanie dokąd i w jakim celu.

Dzień wg biegoholika

Tak się czasem zastanawiam, czy nasza pasja może być szkodliwa dla nas pod względem psychicznym i czy istnieją zagrożenia, które mogą nas postawić poza granicą realnego postrzegania świata. Wyobraźcie sobie taki trochę abstrakcyjny dzień:

 „ Rano, jak co dzień budzik zrywa mnie z łózka w okolicy godziny piątej. Delikatny buziak dla jeszcze śpiącej żony, szybka kąpiel, śniadanie, przebranie w sportowe ciuchy i biegiem do pracy. Jak zawsze jestem zanim pojawią się współpracownicy. Portier przyzwyczajony do tego widoku, wpuszcza mnie do środka, więc nie niepokojony biegnę do łazienki, prysznic, szatnia, i gotowy do pracy udaję się biura. Jest to już czas,  kiedy inni współpracownicy zaczynają się zbierać. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak długo szukałem takiej pracy, w której jest prysznic i przebieralnia. Za każdym razem, kiedy podczas rozmowy rekrutacyjnej padało pytanie: „ a co chce Pan zapytać”, moja odpowiedź wprawiała rekruterów w niemałą konsternację. Zawsze się pytałem czy jest szatnia, prysznic i czy mogę przybywać do pracy przed jej rozpoczęciem. No, ale wreszcie znalazłem pracę, gdzie moje lekkie dziwactwo nikogo zbytnio nie szokowało. Napiszę tylko, że pracuję wśród takich pasjonatów, że moja pasja, jest jedną ze spokojniejszych i ostrożniejszych. W pracy jak zwykle godziny za biurkiem, przed kompem, czasem jakieś spotkanie, no i chwile, które czekam, czyli informacja, że musimy wysłać gdzieś kuriera z lekką przesyłką czy wręcz listem. Wtedy błyskawicznie odrywałem się od mojego stoiska pracy, znowu przebierałem w sportowe ciuchy i biegłem, tam gdzie trzeba było. Jedyny warunek był taki, że odległość w jedną stronę nie powinna przekraczać 10 kilometrów, gdyż w takiej sytuacji podróż była już niestety zbyt mało efektywna dla firmy. No, ale średnio ten raz do dwóch razy dziennie miałem biegowe takie wycieczki. Po pracy jak zawsze zrzucenie garnituru i znowu w biegowe ciuchy i do domu. A tam dzisiaj żona wcześniej czekała. Wyglądał tak pięknie i pociągająco. A jak namiętnie się uśmiechała. Także uśmiechnąłem się do niej i poprosiłem: „tylko jeszcze dyszkę i….” Przerwała mi ze zgrozą w oczach: „ proszę, ale bez biegania przed… Jutro też muszę iść do pracy” Trochę spochmurniałem, ale wiedziałem w czym rzecz. Zawsze po biegu tuż przed, potem miałem moc na prawie całą noc. Ostatnio po takiej dyszce baraszkowaliśmy do czwartej. „ No dobra” – pomyślałem – „ faktycznie jutro moja żona musi mieć siłę w pracy, ale w weekend to już nie odpuszczę i przed zrobię sobie treningowy półmaraton”. I z tą radosną myślą oddałem się w panowanie mojej kochanej żony…

 Jak sądzicie czy za mocno ubarwiłem, czy może wręcz przeciwnie? Oto jest dylemat godny niemal hamletowskiego rozważania. 

Biegający postępowi i biegający konserwatywni

Kiedy tak sobie obserwuję nasze biegające środowisko, to dobiegam do wniosku, że nas tuptających można podzielić na dwie główne grupy: osoby, które mają naturę postępową, odkrywczą, szukających ciągle nowy wyzwań i nich czerpiących swoją siłę życiową, oraz osoby, którym ta cała otoczka tak trochę dynda i wisi. Dla nich najważniejsze jest bieganie dla biegania, dla samej czystej frajdy z niej płynącej, na spokoju, na luzie i dla częściowego czy całkowitego odstresowania. I to jest dla nich najważniejsze, a cała reszta czyli jakieś bardziej czy mniej złożone cykle treningowe, starty w różnych biegach zorganizowanych są jakimś dodatkiem, na który może kiedyś się zdecydują, a może wcale nie.

 Biegacz postępowy wyszukuje nowinek w sprzęcie, zerka jak można bardziej urozmaicić swój trening, analizuje różne rozpiski treningowe, wyszukuje biegowych nowinek i stara je dopasować do siebie, albo przyjmuje takie, jakie są w sposób całkowicie bezkrytyczny. Do tego analizuje kalendarz startowy starając się przynajmniej te parę razy w roku wystartować w godnym biegu zorganizowanym. A jak się da może i częściej. Zawsze na fali, zawsze z wiatrem unosząc się za jego pomocą do granic swoich możliwości, a czasem je nawet przekraczając.

 Zupełnie inaczej pasję postrzega biegacz konserwatywny. On ma już swoje wzorce treningowe przez lata treningów wyrobione, swoje trasy, których się trzyma, nawet godziny, dni kiedy nie biega, a kiedy ma przerwy. Wszystko zgodnie z wzorcem, schematem, planem tak ja być powinno. Generalnie nie odczuwa zbytnie potrzeby startowania w biegach zorganizowanych, no chyba że ma jakiś swój ulubiony, którego się trzyma i do którego cały czas się przygotowuje. Ale wcale nie koniecznie gdyż biegaczowi konserwatywnemu starczy samo bieganie dla bieganie. Taka tuptająca forma sztuki dla sztuki.

 Tak sobie myślę, że w teorii to brzmi fajnie, ale w praktyce… jest do pupy. Nie można ludzi wrzucać do jednego, drugiego czy nawet trzeciego, a nawet czwartego wora. Każda osoba jest inna do tego często zmienia swoje poglądy na różne sprawy i ma różne cykle swojej biegowej pasji. To, że ktoś ma w danym okresie poglądy konserwatywne na bieganie nie znaczy, że pół roku, czy za rok nie zmieni się w biegowego postępowca czy nawet rewolucjonistę. Każdy z nas może w końcu nagle wymyślić zupełnie nową formę treningu, przygotowania czy startowania, która może zrewolucjonizować spojrzenie na naszą pasję. Bo nigdy nie jest tak, że wszystko jest już wymyślone i zawsze jest coś do odkrycia, o czym nawet sobie w tej chwili nie możemy wyobrazić. I tak samo dotyczy to naszej tuptającej pasji. 

Najweselszy maraton świata

W ten weekend we Francji odbywa się jeden z najciekawszych, jak i najweselszych maratonów świata. Jak podaje strona runners-world: „  Co roku 8 tys. miłośników biegania, restauratorów i kucharzy spotyka się w Bordeaux, by wystartować w „najdłuższym” maratonie na świecie. Bieg jest spowolniony przez przystanki z jedzeniem.Biegacze wyruszają na krętą drogę prowadzącą przez słynne winnice. Bieg ma jednak drugorzędne znaczenie – chodzi o pit stopy oferujące wszystko: od pasztecików i ślimaków po sery i wytrawne trunki. Organizatorzy promują równe szanse. Zarówno pierwszy, jak i ostatni zawodnik wygrywa butelkę wina Medoc.

Muszę przyznać, że postanowiłem trochę rozszerzyć wiadomości na ten temat. Jak podaje strona maraton travel:  Jak co roku we wrześniu odbywa się spektakularny maraton du Medoc. Maraton odbywa się w małej miejscowości Pauillac na północ od Bordeaux. Jest to najweselszy maraton na świecie. Pauillac to małe miasteczko nad zatoką , słynące z okolicznych winnic wytwarzających najsłynniejsze czerwone wina na świecie. Trasa wije się pomiędzy cudownymi winnicami a każda z nich zaprasza uczestników na dziedziniec przed swoim „Chateau”, na którym to dziedzińcu czekają suto zastawione stoły.  Winnice prześcigają się w zapewnieniu wszystkim jak najlepszej zabawy. Część uczestników przestaje w pewnym momencie biec i w wyśmienitych nastrojach wspólnie maszerują od winnicy do winnicy. Maraton du Medoc z pewnością nie jest imprezą do bicia rekordów życiowych, ale atmosfera jest nieporównywalna do żadnej innej imprezy biegowej.
http://www.marathondumedoc.com
TERMIN: 08.09 – 11.09.2017
CENA: 4.250 zł.
I WPŁATA: 3.250 zł.
II WPŁATA: 1.000 zł. do 08.08.2017
ZGŁOSZENIA: do wyczerpania miejsc
OPŁATY STARTOWE /w cenie/

CENA ZAWIERA:
– przelot na trasie Warszawa –  Bordeaux – Warszawa z przesiadką
– transfer lotnisko – hotel – lotnisko
– 3 noclegi ze śniadaniami w hotelu Campanille
– transport  na start
– pakiet startowy
– ubezpieczenie
CENA NIE ZAWIERA:
– biletów wstępu do zwiedzanych obiektów
– biletów komunikacji miejskiej
– wydatków własnych

ZWIEDZANIE:MARATON – WAŻNE INFORMACJE:
ZOBACZ FILM: 

Z pewnością nie jest to bieg na życiówki, o ile w ogóle można te zawody nazwać biegiem. Jednak muszę przyznać, ze działa na wyobraźnie i kto wie, może w przyszłym roku… Popijemy, pohulamy, a bieganie…. gdzieś też się pozataczamy.

 

Kto może biegać?

Posiadanie takiej czy innej pasji wymusza od osoby, która została przez nią ogarnięta pewnych działań, zmiany sposobu myślenia, poświęcania własnego czasu, który mógłby być na coś zupełnie innego przekierowany. Może słowo „poświęceń” jest tutaj zbyt mocne, ale w tym kierunku podążamy. Różne są formy pasji i wymagają różnych poziomów zaangażowań. I faktycznie jest tak, że są pasje, które tylko niektórym mogą być przypisane. Nie każdy może pilotować samolot, nie każdego stać na kolekcjonowanie rzeczy wymagających większych nakładów finansowych. Są takie pasje dla wybranych o odpowiednim statusie majątkowym, predyspozycjach psychicznych, fizycznych i każdych innych, których nie każda osoba posiada.

 Jak to wygląda z naszą pasją? Tutaj mamy sytuację prostą i klarowną. Praktycznie, biegać może każdy. Nie piszę tutaj o osobach mających problemy natury stricte zdrowotnej, chociaż w przypadku  serca, pamiętam kiedyś akcję społeczną: „uciekaj przed zawałem na własnych nogach”.  Muszę przyznać, że widywałem na trasach nawet osoby w ten czy inny sposób niepełnosprawne, nawet na wózkach, które jednak brały udział w zawodach. Tak więc biegać tak dla siebie, dla swojej przyjemności może każdy. A jak to wygląda ze startami zorganizowanymi. Zgadzam się, że dla sporej grupy osób właśnie taki start jest jakby ukoronowaniem całego cyklu treningowego. Tyle, że jak kiedyś zauważył jeden z komentujących , w tego typu wydarzeniach bierze udział parę, może kilkanaście procent wszystkich biegających. Czy to znaczy, że ktoś, kto startuje w biegach zorganizowanych jest lepszy/gorszy od tego, co tej osoby, która tylko od czasu do czasu biega sobie pod domem? Wcale nie, gdyż wszyscy mamy tą samą pasję, tyle że trochę inaczej ją postrzegamy. Ktoś musi czuć rywalizację, adrenalinę przez nią wywołaną, konieczność zmierzenia się z czasem i własnymi słabościami, czyli wszystko to, co jest serwowane podczas biegu zorganizowanego. Ktoś inny ( i podejrzewam, że tych jest zdecydowana większość) potrzebuje pobiegania tylko dla otrzeźwienia umysłu, zrzucenia paru kilogramów i generalnie lepszego samopoczucia, a cała reszta to dynda i tita.

 Jak mam być szczery dla mnie obie postawy są równie super. Gdyż w każdej sytuacji łączy nas jedno: zdecydowaliśmy się tuptać, gdyż postanowiliśmy coś zmienić w naszym życiu, poczuć smak pasji, rozszerzyć nasze życiowe horyzonty. I to łączy nas wszystkich, niezależnie czy bijemy rekordy, czy biegamy gdzieś tam, kiedy mamy ochotę i czas. A cała reszta, czyli jak już podchodzimy do tej pasji, co chcemy osiągnąć, jak traktujemy siebie i innych wynika z naszych indywidualnych uwarunkowań, których już nie się wrzucić do jednego wora. Podsumowując napiszę krótko: biegać może każdy, ale jak, z jakimi celami i pragnieniami, to już jest indywidualna sprawa każdej osoby tuptającej.

Parkrunplozja czyli rozwój parkrun

Dzisiaj jak to w sobotę chcę się zatrzymać przy moim ulubionym cyklu startowym, czyli parkrun. Ja wiem, że dla wielu biegających jest to bieg gorszego sortu, bo jakaś tam nędzna piątka, do tego za darmo, szkoda czasu, by zrywać się w sobotę rano, jak można sobie spokojnie pospać. A tutaj na jakąś darmową piątkę. Lepiej się wyspać i sobie potem po swoich trasach pobiegać. Owszem jest to jakaś wizja życia, ale jak ja mam być szczery, dla mnie biegi parkrun mają swoją magię, której nie da się porównać z innymi wydarzeniami biegowymi o charakterze komercyjnym.

 Kiedy zaczynałem biegać lokalizacji parkrun w naszym kraju, jak mnie pamięć nie myli było 5. Obecnie mamy ich 47, gdzie z trasą 5 kilometrów zmierzyło się prawie 40 tysięcy osób biegających, z których każdy średnio 9.5 raza stawał na trasie, a wszyscy przebiegli razem prawie 1 milion siedemset tysięcy kilometrów w prawie 340 tysiącach wszystkich biegów, w łącznym czasie 16 lat 251 dni, 6 godzin, 33 minut i 2 sekund. Te dwie sekundy robią szczególne wrażenie. Tak, wiem że są biegający, którzy zawsze będą uważali parkrun na bieg gorszy, ale pokażcie mi drugie biegowe wydarzenie, które ma porównywalne statystyki. Co by było weselej parkrun polska jest tylko jednym z 15 kawałków międzynarodowej inicjatywy, którą jest ten cykl biegów odbywający się właśnie w 15 ( kiedy zaczynałem było ich chyba 8) różnych krajach od Anglii, skąd ruszył na podbój przez USA, Rosję, Australię, Nową Zelandię, Kanadę, Południową Afrykę, Singapur, Francję, Danię, Szwecję, Norwegię, Włochy, Irlandię, no i oczywiście Polskę. A wszystko zaczęło się w 2004 roku, kiedy 13 biegających postanowiło sobie pobiegać razem w Bushi Park w Londynie. Wg obecnych danych już prawie 2 i pół miliona biegających zmierzyło się z parkrun trasami we wszystkich dostępnych lokalizacjach. Tak na marginesie tych lokalizacji mamy w tej chwili 1222. Jak na podrzędny bieg drugiej kategorii, to chyba całkiem przyzwoicie.

 Muszę przyznać, że obiecywałem sobie, że wybiorę na którąś, a dwie nowe lokalizacje, które w zeszłym i tym tygodniu zostały zainaugurowane pod Poznaniem czyli Dąbrówkę i Kościan. No niestety mój prywatny wewnętrzny imperatyw jest bardzo trudny do ruszenia. Rano w sobotę się zrywam jak lunatyk podążam cały czas w tym samym kierunku, czyli na Cytadelę. I nie mogę urwać z tej smyczy, która mnie tak przyciąga. Ale wcześniej czy później zapewne pokaże się i w Kościanie i w Dąbrówce. Bo o ile trasa na Cytadeli jest podobno nie tylko jedną z najpiękniejszych, ale i najtrudniejszych ze wszystkich parkrun lokalizacji, dlatego fajnie byłoby się zmierzyć z innymi, szczególnie, że tak blisko domu. Na wszystko przyjdzie czas.

 Dzisiaj sobie klasycznie potuptałem na Cytadeli w tempie na Warszawę. Nie wiem czy pojadę, ale od odpowiedniego przygotowania mnie to nie zwalnia. Tak na zupełnym marginesie się zastanawiam, czy jest inne, porównywalne wydarzenie ( nie piszę tu nawet o bieganiu czy sporcie), które w sposób cykliczny i powtarzany absorbuje tylu ludzi. Wiem można napisać: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, ale jej finał odbywa się raz w roku i wtedy jest jakby apogeum. Tutaj nie mamy mamy apogeum. Tutaj mamy stałe przychodzedzenie tydzień w tydzień stu może dwustu tysięcy ludzi w ponad 1200 rozsianych na świecie miejsc tylko po to, by pobiec sobie 5 kilometrów. Dla mnie to jakaś magia.  

Parkrun jest dla każdego. Tu spotkasz i zupełnego biegowego świeżaka, a możesz i Olimpijczyka. Ktoś powie: nie ma szans by spotkać olimpijczyka. Odpowiem krótko: „…w tym około 30 debiutantów. Wśród nich znalazł się wybitny wioślarz Adam Korol – wielokrotny mistrz świata, złoty medalista igrzysk olimpijskich w Pekinie. Wziął on udział w gdańskiej edycji biegu wraz z żoną Dagmarą i okazał się najszybszy. Kolejne biegu wystartują 20 czerwca o godz. 9 w Parku Reagana i na Bulwarze Nadmorskim.Z pośród 180 uczestników gdańskiego biegu jako pierwszy linię mety w Gdańsku przekroczył Adam Korol. Potrzebował do tego 17 minut i 30 sekund.” żr. Aktywne Trójmiasto

 Ale to nie wszystko. Rekordzistą parkrun Polska  jest Artur Kozłowski. Mistrz Polski w maratonie z 2016 r., olimpijczyk z Rio de Janeiro wystartował w Kaliszu, uzyskując czas 14:41. Z kolei rekordzistką jest Agnieszka Jerzyk (ur. 15 stycznia 1988 w Lesznie) – polska triathlonistka i lekkoatletka. Dwukrotna uczestniczka Igrzysk Olimpijskich w triathlonie (Londyn 2012Rio 2016), która z powodzeniem startuje również w zawodach lekkoatletycznych, w których zdobyła 3 medale Mistrzostw Polski. Triathlonowa Mistrzyni Świata U23 (Pekin 2011) i Europy U23 (Gaia 2010). Medalistka Serii Mistrzostw Świata (Yokohama 2014), Pucharu Świata (Huatulco 2016) i wielokrotna zwyciężczyni Pucharu Europy. Złota medalistka Igrzysk Wojskowych (Rio 2011), srebrna (Korea 2015). W Polsce nie pokonana od 2008 roku. Swoją przygodę rozpoczęła od pływania w KS. Akwawit Leszno. Następnie trenowała Lekkoatletykę – biegi średnie w KS. Krokus Leszno. Od 2006 roku zajęła się triathlonem i tego roku zdobyła swój pierwszy złoty medal MP juniorów Nie musze dodawać, że rekord Parkrun w kategorii Pań  został pobity w Lesznie.  Jeszcze jakieś pytania? Ja pamiętam jak na parkrun spotkałem Andrzeja, który jest multimedalistą Igrzysk Paraolimpijskich. Tak więc nigdy nie wiesz, kto obok Ciebie pobiegnie na parkrun.

Kto startuje w biegach zorganizowanych?

Do tej pory miałem wrażenie, że głównym powodem codziennych treningów oraz wysiłku, oraz potu który każda osoba biegająca wykonuje, wkłada oraz wylewa podczas mniej lub bardziej regularnie odbywanych treningów jest planowany w bliższej lub dalszej przyszłości start w biegu zorganizowanym. Właśnie te starty są motorem napędzającym całą naszą pasję. Praktycznie bardzo długo biegałem, trenowałem i robiłem inne przygotowujące rzeczy podtrzymywany świadomością, że robię to wszystko po to, by wcześniej czy później znowu wystartować w biegu zorganizowanym.

 Jednak, zgodnie ze starym obowiązującym nas osoby względnie rozumne prawem, które głosi, że tylko stworzenie rogate, żujące trawę i dające mleko nie zmieniają swoich poglądów, moje spojrzenie na naszą biegową pasję także ewoluuje. Muszę przyznać, że czuję jakbym znowu wracał do początków mojej biegowej pasji. Biegam sobie na luzie, na spokoju dookoła domu, raz w tygodniu w sobotę jadę na parkrun i obecnie starczy. Wiem, że gdzieś mam zawieszone w świadomości, że za około 2 tygodnie powinienem udać się do Warszawy i stanąć na starcie maratonu, ale jakby to napisać: nie chce mi się jechać taki kawał drogi, by przez parę godzin biegać bez przerwy. No i tak się zastanawiam, jak to jest z tymi biegami zorganizowanymi, że czujemy taką potrzebę by w nich wystartować. A może ta potrzeba jest sztucznie wytworzona przez Organizatorów biegów, a my zwykli, szarzy tuptacze niczym muchy do miodu zdążamy, bo tak trzeba, wypada i takie są wytworzone wzorce prawdziwych osób biegających. Jesteś biegaczem/biegaczką, chcesz należeć tej cudownej rodziny? Musisz startować w biegach zorganizowanych, bo one są wyznacznikiem naszej biegowej pasji i tego kim naprawdę jesteśmy. Startujesz? Jesteś biegajacym z krwi i kości. Nie startujesz? Jesteś tuptajacą popierdółką. No cóż, chyba wbiegam na płaszczyznę popierdółek. I jak mam być szczery, obecnie nawet dobrze mi z tym. 

Nie zmienia to faktu, że wcześniej czy później znowu z pewnością zapłonie potrzeba startów. Życie człowieka składa się z cyklów: raz się chce, raz się nie chce. I nie tylko biegania to dotyczy.. Z pewnością jest lepiej,  kiedy nasze „nie chce” obejmuje bieganie, niż inne, ważniejsze życiowo-zawodowe płaszczyzny. Za niechęć do startów nikt nas pracy nie wywali.

Waga – największy biegowy motywator

W tym roku, jak już parę razy wspomniałem zdarzyło mi się trochę „przestojów” biegowo-treningowych. Było to spowodowane różnymi czynnikami: a to uraz, a to brak czasu, a to pewna niechęć biegowa. Można to podsumować krótko: najbardziej popularne antybiegowe demony, które dookoła nas potrafią krążyć. No i miałem spore problemy, by zmusić się znowu do stałego, regularnego treningu i wbić się w mój wyrobiony przez ostatnie lata codzienny nawyk tuptający.

No i tak się zastanawiałem, jak zmusić się do ponownego, stałego i co najważniejsze regularnego treningu,kiedy z pomocą mi przybiegł jeden z ważniejszych domowych sprzętów. No, ale od początku. Parę dni temu na treningu spotkałem znajomego, który jakiś czas mnie nie widział i przepełniony napływem męskiej szczerości – która w zasadzie tylko między facetami jest akceptowalna stwierdził, że chyba mi się trochę przybrało ( spróbujcie powiedzieć to Kobiecie). Muszę przyznać, że zapadło mi to w pamięć i następnego dnia rano postanowiłem odwiedzić obrosłą kurzem przyjaciółkę wagę. Muszę tutaj przyznać, że od czasów mojego spektakularnego zbicia prawie 60 kilogramów nie korzystałem z niej, wybiegając z założenia, że nie dosyć że zbiłem, to jeszcze biegam więc kontrola bez kontroli może się obyć.

W moim optymalnym czasie po zbiciu i szczycie biegania ważyłem już 67 kilogramów co przy wzroście 178 cm i mojej posturze było trochę zbyt mało i wszyscy mówili bym troszkę przybrał. No i jak wbiegłem na moją przyjaciółkę wagę, to z lekka się zmieszałem. Wskazówka się zatrzymała na 85 kilogramach, czyli prawie 20+ od największej zrzuty. No więc znowu mnie wzięło na bieganie. Znowu odstawiłem całkowicie słodkie i biorę się na kilometry. Stosunkować maraton, stosunkować starty, ważne zbić kilogramy. Bo w końcu nic nas tak nie motywuje niż konieczność doprowadzenia siebie do odpowiedniej wagi. I co śmieszniejsze wagę jako motywatora rozumiemy tutaj dwojako: waga jako nadmiar kilogramów, których trzeba się pozbyć i waga jako przyrząd ukazujący nasze sukcesy i porażki na płaszczyźnie kilogramowej. Pytanie, która z tych dwóch motywacji jest ważniejsza nie ma chyba znaczenia, bo obie są równie dla nas ważne. Jak mam być szczery nie wiem czy jest coś bardziej motywującego do biegania.