Szczęśliwego, biegowego roku

 

Już wskazówki zegara biegną do północy,

Już tanecznym rytmem na bal wielu kroczy

Już szampan czeka w lodówce chłodzony,

Już Nowy Rok przymierza swoje  korony,

 

Niech w ten Nowy Rok co niecierpliwie tupie,

Pod bramą Starego zamkniętego w skorupie,

Spełnią się  marzenia, i te wypowiedziane

I te, które głęboko w  sercu są schowane,

 

Niech  sukcesami zdobiona będzie Wasza droga,

Niech nie zabrzmią w uszach nienawistne słowa,

Niech miłość, szczęście i radość  wam towarzyszy,

Ale nie omijajcie także „dietetycznych” słodyczy,

 

Zawodowe i biegowe sukcesy zawsze z Wami będą,

Niech kwiatki radości, szczęścia nigdy nie zwiędną,

A kasa zawsze w kiedy trzeba do kieszeni wpadała,

Głowa z powodu problemów za bardzo nie bolała,

 

A tak w skrócie zdrowa, szczęścia i słodyczy,

W Nowym Roku biegacz amator szczerze życzy,

Zarówno wszystkim razem, jak i każdemu z osobna,

Liczba sukcesów z marzeniami będzie zawsze zgodna



 

Nowe wizje biegowo-filmowe

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie.  Ruda także uważam, że lampka wina po połówce dobrze by nam zrobiła. Gosia Ty zawsze jesteś przykładem idealnego prowadzenia się pod względem zdrowotnym.

Wczoraj dostałem na jednym z moich profili facebookowych zaproszenie na następujące tuptające wydarzenie:

Zapraszamy na pierwszy bieg z cyklu Cytadela by Night.

Do wyboru dystans 5 km oraz 10 km. Biegi bezpłatne, z profesjonalnym pomiarem czasu. Na mecie drobny poczęstunek i napoje.

Biegamy na poznańskiej Cytadeli. Spotykamy się w miejscu startu biegów parkrun.

Termin pierwszego biegu to 20 grudnia wtorek godz. 21:00.

Nasze założenia:

- zawsze bezpłatnie
- dystans 5 km albo 10 km do wyboru
- biegamy w tygodniu – już nie jesteś uzależniony od weekendowych startów!
- konkretne dni tygodnia i godzina startu uzależniona od Waszych potrzeb i pomysłów oraz terminów innych biegów w okolicy

Muszę przyznać, że mnie zażyło. Pomysł super, tylko trochę późno, ale damy radę. Zastanawiam się jak będzie z tym pomiarem czasu i częstotliwością spotkań. Muszę przyznać, że jak dla mnie najlepsze pory to blisko weekendu np. w piątek, kiedy nie trzeba rano wstać. No tak tylko sobota i parkrun. Ale można to połączyć. Z drugiej strony np. dwa razy w tygodniu we wtorek i czwartek też byłby ciekawe. Chociaż lepiej chyba raz w tygodniu, by nie zawalać służbowo dwóch ranków. Oczywiście myślę o dyszce, bo to miałoby fajne przełożenie. Dwa takie szybsze treningi. Chociaż nie wiem czy dwa razy w tygodniu nie będzie za dużo. Raz by chyba starczyło. Tak na marginesie jestem bardzo ciekawy czyja kasa za tym super pomysłem biegnie. Pomiar czasu raz, przekąski i inny biegowy socialising dwa. powiedzmy sobie szczerze,  tego za darmo się nie robi. Muszę przyznać, że wyjątkowo ciekawa wizja. Podaję stronę biegu na facebook:


https://www.facebook.com/events/1154578731330268/

Nie muszę chyba dodawać, że bardzo mnie korci… nawet nie korci raczej z pewnością wezmę udział. Odnoszę wrażenie, że rodzi nowa super tuptająca tradycja. Mam taką nadzieję.

Tak na koniec z innej bajki. Słyszeliście, że Rita Cosby – gwiazda amerykańskiego dziennikarstwa zapowiada walkę o stworzenie amerykańskiej superprodukcji o Powstaniu Warszawskim? Już to widzę. W roli głównej: Brad Pitt, Steven Seagal i Di Caprio, a jeżeli uda się na naszą stroną przeciągnąć Chucka Norrisa to powstanie mamy wygrane Jak po amerykańsku to amerykańsku. Ba, mam już nawet wizję scenariusza w głowie. Na Niemców rzucimy Norrisa, na Rosjan Stallone, bo Rambo zawsze lubił naparzać Ruskich. W drugiej linii na dobicie ściągamy z gubernatorskiego stołka Schwarzeneggera i dodajemy mu za wsparcie Van Damme czy Seagala to Rzeczpospolita powstaje jak w XVII wieku od morza do morza. Gdzie od morza do morza, to układzie północ południe w założeniu, że na północy działa Van Damme czy Seagal, a na południu Terminator. Jeżeli na wschód rzucimy Rambo, to granica na Uralu gwarantowana. Jeżeli na zachód pójdzie Chuck Norris, to aż strach się bać. Ren, Loara a może nawet Pireneje są w naszym zasięgu.

Z drugiej strony, jak słusznie Biegacz Sołecki zauważył, Seagal będzie po stronie Rosjan, . W końcu dostał z rąk cara Putina obywatelstwo, ale myślę, że Van Damme go zneutralizuje. A na koniec wbiegnie Bogusław Linda i powie: ” co wy k..rwa wiecie o powstaniu” i rzecz całą rozgromi.

Ile jest warta godność Kobiety?

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Maćku, powodzenia w Wiedniu. Trochę jak to się mówi zazdraszczam. Pluck, mam jeszcze troszkę czasu, więc pomyślę. Rzym – brzmi super. Zagadki dla dzieci, dzięki za miłe słowo.

Muszę przyznać, że niezbyt często wypowiadam się na tematy polityczne wychodząc z założenia, że nie one są tematem przewodnim mojego bloga. Jednak czasem robię wyjątek. Z przerażeniem obserwuję przegłosowanie ustawy, by dać jałmużnę kobiecie za urodzenie chorego, czy poczętego przez gwałt dziecka. Już latają w necie, gdyby nie to, że przerażające, można by napisać śmieszne nazwy: gwałcikowe, trumienkowe i inne takie.

Ze zgroza to obserwuję i myślę sobie: jakim trzeba być płytkim i w gruncie rzeczy prymitywnym człowiekiem, by pomyśleć, że za 4 tysiące PLN można kupić godność Polki. Muszę przyznać, że jest ten system myślenia jest dla mnie straszny. Urodzisz dziecko, to nic, że pożyje trzy dni, to nic, że do końca swojego życia będzie ze złamanym sercem patrzyła czy patrzył jak się męczy, jak czołga się przez życie. A co będzie, kiedy my odejdziemy? Kto się wtedy nim zajmie? Ta ustawa to jest sprowadzenie Kobiety do roli bezdusznego inkubatora, która dla głupich 4 tysięcy zdecyduje się obedrzeć się z godności. Ten, kto to wymyślił nie ma żadnego pojęcia o tym czym jest, czy powinna być rodzina i radość z nowego jej członka, No i tutaj nasuwa się jeszcze jedno pytanie. Czy te 4000 tysiące są tylko za urodzenie, czy za wychowywanie dziecka? Bo jeżeli tylko za urodzenie, to jaką mamy pewność, że nie będą się zdarzały przypadki specjalnego okaleczania dziecka jeszcze przed urodzeniem, a po od razu wypadek i jeszcze z ZUS kasa za pogrzeb. Brzmi strasznie? Może i tak, ale mamy w społeczeństwie także takie osoby, które w ten sposób zechcą ekstra kasę zdobyć. To jest dla mnie chore. Ktoś kto to wymyślił, albo dostał w głowę pałką, albo powinien w nią dostać.

Ale to nie wszystkie rządowe kwiatki. Sejm uchwalił rządowy projekt, dzięki któremu prokurator będzie decydował o uchyleniu wyroku sądowego. Będzie mógł również wstrzymać proces zmierzający do uniewinnienia.

Przyjęta w piątek nowelizacja zmienia m.in. art. 344a kodeksu postępowania karnego: prokurator będzie mógł teraz wstrzymać proces karny, wycofując akta „do uzupełnienia”. Nie będzie musiał prosić sądu o zgodę (dziś musi). Może to robić wiele razy. Obrona nie będzie się mogła temu sprzeciwić (dziś może)..

Ktoś fajnie skomentował. Chcecie wiedzieć, co będzie dalej: przeczytajcie kolejne rozdziały Folwarku Zwierzęcego. Muszę przyznać, że coś w tym jest . Jak to Urban kiedyś napisał w swoim szmatławcu: komuno wróć, gdyż nawet komuniści nie mieli takich pomysłów. Chociaż akurat to z prokuratorem, to już  z lekka pachnie stalinizmem.

Muszę przyznać, że pominąwszy cały aspekt moralny poważnie zastanawia mnie jedno. Skąd oni chcą wziąć ekstra kasę na sfinansowanie tego chorego pomysłu. Na sztandarowy projekt wyborczy, czyli 500+ już brakuje, a jeszcze takie obciążenie budżetu. Komu zabiorą by tutaj dać? Trochę może poratować ich planowany odstrzał 25 tysięcy bobrów. Jeżeli wezmą za jednego odstrzelonego bobra np. stówę, to 40 bobrów sfinansuje im jedno gwałcikowe. Można jeszcze dołożyć odstrzał wilków,  żubrów i innych do tej pory chronionych zwierząt, skąd jakieś środki się zdobędzie. Do tego ekstra podatek gwałcikowy wartości np. 1 procenta dochodu każdego Polaka. Taki Vat gwałcikowy dla każdego. Jest to jakiś pomysł.

Walczyć do końca czy powiedzieć dość

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Michu masz rację wspieramy krajana na trasie Spartathlonu.. Od 30 września wszyscy kibicujemy Krzysztofowi Lipińskiemu z Koziegłów. Będzie mała co tuptać. 250 kilometrów, limit 36 godzin. Niby dużo, ale sobie pobiegajcie. 31.5 kilometra w 4,5 godziny niby nic nie urywa, ale to sobie tylko pobiegajcie, przy takiej odległości końcowej. Mariusz, już taki ze mnie czepliwy typ. Wojtku, oczywiście masz rację, faktycznie nie wspomniałem o tym, a jest to ważne, więc wrzucam Twój komentarz w całości: „warto dodać, że odległość z Maratonu do Aten to 37km. 40km wprowadzona na pierwszych nowożytnych igrzyskach w Atenach, żeby wydłużyć do obecnych 42,195 w 1908 roku, bo łatwiej było wydłużyć dystans maratonu niż… przesunąć tron króła Jerzego, obok którego miał być finisz. Z tych 2195 metrów, każdy boli coraz bardziej…” Nic dodać, nic ująć. Po Wrocławiu doskonale wiem, jak strasznie te ostatnie 2 kilometry bolą.

No właśnie nie wybiega mi z głowy ten Wrocław. Muszę przyznać, że spotkałem się z diametralnie różnymi ocenami mojego uporu i walki do końca. Jedni pisali, że super, od innych otrzymałem delikatny opr, że trzeba było jednak zejść ze sceny, znaczy się z trasy. No i właśnie pytanie: czy warto walczyć do końca, czy może jednak kierować się rozsądkiem, i zejść z trasy, kiedy widać, że dochodzimy do granic naszej możliwości, a nawet ją przekraczamy. Tutaj mamy pytanie, które stawiali sobie romantycy: co ważniejsze serce, czy szkiełko i oko. Czyli czy biegniemy naszym sercem wbrew wszystkiemu, czy jednak podchodzimy z rozsądkiem i kiedy widzimy, że granica została osiągnięta odpuszczamy. We Wrocławiu wystartowało zapisało się na listę około 5500 biegaczy, wystartowało 4700 do mety dotarło 4128 osób. Czyli jak widać kilkaset osób powiedziało sobie dość i się wycofało. I pełen podziw dla nich. Bo to trzeba mieć charakter, żeby umieć się wycofać. Ja niestety go nie mam. Jak już walczę, to walczę do końca. Tak na zasadzie albo legnę, albo dobiegnę. I powiem Wam szczerze, że wcale nie jestem z tego dumny. Bo czasem trzeba umieć powiedzieć dość, i się poddać po to, by wstać silniejszym. Walka do końca, do „krwi ostatniej”, może jest taka nasza cecha narodowa, ale wcale wbrew pozorom nie jest rozsądna. Bo lepiej się poddać i w następnym starcie pobiec mocniejszym, niż człapać do ostatniej kropli potu i potem się zastanawiać, a po cholerę mi to było.                                                                                                                                                                       Jednak zdaję sobie sprawy z jednego. Jeżeli znowu kiedyś stanę w takiej sytuacji, kiedy przyjedzie albo walczyć do końca, albo się poddać, to zapewne znowu nie będę potrafił powiedzieć „pas”. I tak szczerze powiedziawszy, to wcale nie jestem z tego dumny. Bo czasem większym bohaterstwem jest poddanie się, niż walka do końca, na upartego. Tylko ja inaczej niestety nie potrafię. Ale trochę zazdroszczę tej 600-tce, która potrafiła powiedzieć „dość”. Ja powinienem, a nie potrafiłem. Jaki stary, taki głupi. I nic więcej dodać nie można. A teraz… nie wiem czy jest sens jechać do Warszawy, bo coś nie tak z jedną nóg. A na jednej się maratonu niestety nie przebiegnie.

Biegowa autostrada do piekieł

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Przemku, no cóż postąpili jak postąpili, nie chciało im się czekać, ich wybór.

Powoli już dobiegam do siebie po niedzielnej biegowej wojnie. Inaczej tego nie można nazwać. Jak podają media, był to najbardziej gorący bieg w historii naszego kraju. No i tak sobie myślę, że cholera właśnie ja musiałem się w coś takiego władować. Pełen podziw, szacunek i uznanie, którzy bez takich wrażeń jak moje dotarli do mety. Jesteście naprawdę wielcy. W pełnym podziwie mogę się tylko przez Wami pokłonić. Dla mnie to była rzeź, masakra i nie wiem jak to nazwać. Z pięciu maratonów, w których do tej pory biegłem uzyskałem zdecydowanie najgorszy czas. Mogę posunąć się dalej ze stwierdzenie, że tak fatalnego nie spodziewałem się nawet najgorszych snach. Co prawda na złamanie 4 godzin w tym upale nie liczyłem, ale mimo wszystko na te maksymalnie 4,30 myślałem, że będzie mnie stać. Tak nawet po cichu zakładałem 4,10-4,15. A tu zupełna i czarna du… znaczy się pupa. Okazało się, że do limitu czasowego czyli 6 godzin zabrakło mi zaledwie 15 minut. Tak fatalnego wyniku w najczarniejszych koszmarach się nie spodziewałem. A jednak, po raz kolejny się przekonałem, że w przypadku startu na tym dystansie nie można niczego zakładać. Tak do półmaratonu możemy założyć, że osiągniemy taki czy zbliżony do niego dystans. Ale w przypadku maratonu nie ma takiej możliwości. No chyba, że ktoś faktycznie urodził się by biegać i ma tą „bożą biegową iskrę”. Ale to mają tylko wybrańcy, a ja cichy skromny amator się nie mogę do nich zaliczać.

Muszę natomiast jedno przyznać. To co było w niedzielę, to była prawdziwa biegowa autostrada do piekieł. Pamiętam, że przed startem puszczano ten kawałek namiętnie zapowiadając, że to nas spotka. Zresztą nie jest to jedyne miejsce, gdzie ta muza pasuje. Idealnie pokazane to jest na maratonie piasków. Przy tym wyzwaniu, to co mieliśmy we Wrocławiu, to sorry za określenie, ale była zwykła popierdółka



Nie mniej, ja moją „highway to hell” miałem we Wrocławiu. Pytanie co teraz z Warszawą. Mam jeszcze 3 dni na podjęcie decyzji. Okazuje się, że  nawet nie muszę sprzedawać, tylko jeżeli do 16 bieżącego miesiaca napiszę maila do Organizatorów, to mogę przenieść moją opłatę startową na przyszły rok. I spokojnie będzie na mnie czekała. I kto wie, czy nie będzie to najrozsądniejsze w obecnej sytuacji wybiegnięcie z sytuacji. Bo nie mam pojęcia, czy są szanse, by w ogóle obecnie dotrzeć do mety. Ja wiem, ja padnę, będę się czołgał, ale dotrę. Jednak pewne granice rozsądku powinny być zachowane.

Muszę przyznać, że na samej trasie wody było dostatek ( czego nie można powiedzieć na mecie). Pamiętam moment, jak stał wolontariusz w z wiadrem wody i napełniał miski do odświeżenia. Podbiegłem do niego nachyliłem i proszę „polej dobry człowieku”. Jak na mnie chlusnął całym wiadrem. Byłem przez około pół godziny calusieńki mokry, do gaci włącznie. I już może starczy. Co ciekawe zdjęć są setki krążących w sieci, ale mojego jeszcze nie znalazłem. Widocznie moja mina nie wpisywała się w radosną moc sukcesu nad biegnącymi się unoszącą.

Na końcu jeszcze jedna uwaga. Fotka, która wpis ten prowadzi została mi zapodana przez znajomego z Facebooka. I cholernie do tematu tego wpisu pasuje.

Międzynarodowy Dzień Blogera

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Kusha masz rację, niektórzy podbiegają do organizacji biegów zbyt poważnie. Ale oczywiście, bieg bez pakietu ok, pod warunkiem, że nie korzystamy z czegoś za co nie zapłaciliśmy. Bartku, Tobie także życzę powodzenia. Tomaszu mamy wiele wspólnego, tyle że 97 kilogramów, to przy moich 132 w maksymalnym okresie, to pikuś, ale i tak obaj wiemy, ile to walki trzeba w odchudzanie włożyć.

No, a dzisiaj wszyscy, którzy w jakiś sposób pastwimy się nad klawiaturą upubliczniając nasze przemyślenia  mamy nasz szczególny dzień, czyli Międzynarodowy Dzień Blogera. Jak podają źródła ( w tym przypadku kalbi.pl):

Najbardziej znanym prekursorem blogerów był prawdopodobnie Doogie Howser, genialny nastoletni lekarz z popularnego serialu telewizyjnego, który każdego wieczora notował na swoim IBM-ie krótką refleksję na temat ważnych zdarzeń minionego dnia. Musiało jednak minąć około 10 lat, by internetowi pisarze pod koniec lat 90. mogli w prosty sposób publikować takie notatki w Internecie, w formach weblogów, które wkrótce ochrzczone zostały po prostu blogami. W ciągu kolejnej dekady blogi ewoluowały – nie były już tylko publicznymi pamiętnikami dla znajomych. W świecie artystów, polityków czy dziennikarzy stały się ważnym narzędziem marketingowym i miejscem głoszenia swoich przekonań. Światowa blogosfera liczy obecnie około 160 milionów blogów. Niektórzy autorzy prowadzeniem bloga zajmują się zawodowo, utrzymując się z wpływów z reklam. Jednym z pierwszych polskich blogerów, którzy stali się popularni dzięki swoim blogowym notkom (nieraz dość kontrowersyjnym), jest Kominek. Zaczynał praktycznie od zera w 2005 roku, dziś prowadzi dwa autorskie portale, wydał książkę o życiu blogera, a niebawem wystąpi w ogólnopolskiej reklamie telewizyjnej piwa Żubr. Głównym założeniem Dnia Blogów, obchodzonego od 2006 roku, jest promowanie blogosfery i zainteresowanie czytelników innymi kulturami. Blogerzy zachęcani są tego dnia do wyszukania pięciu ciekawych blogów – najlepiej z różnych stron świata – i polecenia ich swoim czytelnikom. W ten sposób promowana jest również współpraca między autorami blogów.

Dlatego biegnąc zgodnie z tradycją pozwalam sobie polecić pięć blogów:

  1. Blog dobrego znajomego z kręgu parkrun, czyli Roberta z którym na jednej wyprawie biegowej byliśmy i sporo kilometrów wspólnie przebiegliśmy:
    http://czekamnasukces.blogspot.com/
  2. Blog kolejnej parkrun znajomej, czyli Agnes, która jak zwykle z Fraszką gdzieś gna.
    http://fraszkowanieibieganie.blogspot.com/
  3. Kolejny biegający blog Małgosi, czyli tej, która biega po łąkach i lasach
    http://www.zakochanawbieganiu.pl/
  4. I kolejny blog o bieganiu kolejnej Agnieszki
    https://twojezwyciestwo.wordpress.com/
  5. I na końcu coś z zupełnie innej bajki  
    http://www.nieznanahistoria.pl/
      Bardzo fajnym językiem pisany blog historyczny, który sporo wnosi do wiedzy historycznej, jeżeli ktoś się oczywiście historią interesuje.

Jak widać, z jednym wyjątkiem  poszedłem trochę w prywatę polecając głównie blogi osób z którymi jakiś stały kontakt mniej lub bardziej utrzymuję i które w 80% kręcą się dookoła biegania. No, ale to chyba normalne. Wszystkim blogerom, posiadaczom własnych bardziej lub mniej rozbudowanych stronek z okazji naszego dnia nieustannej weny, genialnych wpisów i niech Wasze blogi, vlogi i całą reszta sercem Internetu będą. No i oczywiście niech moc pisząca będzie z Wami.

No i na ostatnie dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu,Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, ale w razie czego proponuję przez formularz bez sms-a

https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16
Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

„Biegam, bo chcę być lepszy niż byłem”

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Małgosiu masz rację. Nasz pasja, ale i świadomość i doświadczenie wypływające z każdego pokonanego metra wzrasta z każdym kolejnym krokiem. Muszę przyznać, że widziałem i czytałem wiele argumentów czy powodów dla których warto biegać. Praktycznie każdy portal wynajduje ich dziesiątki, czy setki. Ale najbardziej do mnie przemawia ten, który wrzucił pod moim wcześniejszym wpisem Lopez:  „Biegam, bo chcę być lepszy niż byłem”. To jest myślę istota czy też clue naszego całego tuptania. Wrzucam w całości ten komentarz, bo warty jest tego: „Ja biegam bo chcę być lepszym niż byłem.
Chce krok po kroku pokonywać swoje słabości . Każdy z nas nabierając doświadczenia jest zawodowcem , po pierwszym czy kolejnym półmaratonie czy maratonie jesteśmy silniejsi . I choć może rozpocząłem ma przygodę z bieganiem wraz z moja nadwaga cieszę się z każdego pokonanego kilometra. Z drugiej strony po co mi być zawodowcem , granica 4:30 jest dla mnie dużym wyzwaniem a wiem też ze raczej juz nigdy z racji wieku nie pokonam 3:10. Cieszę się z tego co mam i uśmiecham kiedy Was wszystkich widzę uśmiechniętych na starcie.:)”

I tak sobie myślę, czy właśnie nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Motto, które powinno każdemu z nas przyświecać, w paru prostych, ale jakże trafiających w sedno zdania rozszerzone. Masz całkowitą rację, po każdym kolejny starcie, niezależnie na jakim dystansie jesteśmy silniejsi, jesteśmy lepsi. Starty. czy nawet  samo bieganie nas hartuje, oraz nadaje naszemu życiu zupełnie innego blasku. Sami sobie ustalamy, a w zasadzie nie ustalamy, przekraczamy kolejne granice, które stosunkowo nie tak dawno wydawały nam się być nie do osiągnięcia. A jeżeli potrafimy przekroczyć granice biegowe, to dlatego nie możemy także życiowych? Bieganie pozwala nam zupełnie inaczej na swoje wewnętrzne ograniczenia spojrzeć. To dzięki niemu, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nagle odkrywamy, że nie ma barier, nie ma granic, nie blokad, których nie potrafimy przełamać.

Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli ktoś, kto nigdy w życiu nie biegał, nawet nie myślał, że może zacząć biegać, nagle pokonuje dystans 5 km,10 km, półmaratonu, a w końcu pełnego Królewskiego Dystansu, czyli 42 kilometrów z małym haczykiem, to znaczy, że nie ma w życiu zawodowym czy jakimkolwiek innym  dla niego czy dla niej rzeczy niemożliwej. Ze wszystkim sobie poradzi, przez każdą blokadę się  przebije, a przeszkody połykał czy też wsysał, jak makaron z talerza. Podsumowując, możemy napisać krótko: z każdym kolejnym kilometrem jesteśmy lepsi i to nie tylko jako biegacze, ale co chyba najważniejsze, jako ludzie. Rozumiemy innych, staramy się pomagać innym, nabieramy z jednej strony twardości w walce z sami samymi, a z drugiej otwieramy się na potrzeby innych. I kto wie, czy to nie jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze.

Dużo osób mówi, że startują w biegach zorganizowanych, by zmierzyć się z innymi  i zobaczyć, czy jesteśmy w stanie kogoś na trasie wyprzedzić. Jasne, są racy, którzy biegają dla miejsc, dla nagród, ale to chyba nie jest zbyt duży tłum biegaczy. Myślę, że dla większości z biegających największy rywal, którego pragniemy pokonać tkwi właśnie w nas samych. To są nasze blokady, nasze ograniczenia i nasze lęki. Z nimi głównie walczymy, je chcemy pokonać.  A czasy, miejsca i inne takie są tylko dodatkiem, do najważniejszego zwycięstwa, czyli pokonania takiej, a nie innej trasy. Fantastycznie to skomentował Krzysztof na portalu Bieganie: ” biegać ale nie patrzeć wciąż tylko na siebie, na swoje wyniki, ilość startów tylko czasem zostać pacemakerem, wolontariuszem a nawet organizatorem.”. I myślę, że to jest najbardziej odpowiadające wszystkiemu zdanie.

No i na ostatnie 10 dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, pierwsza przez sms


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub przez formularz


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16


Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

Gdzie jest granica między amatorstwem, a wejściem na poziom wyżej

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany masz rację pogoda nie sprzyjała bieganiu, a dzisiaj wydarzenia nie sprzyjają. I moja antybiegowa secesja w natarciu No, ale czasem tak się dzieje.

Ostatnio napadła mnie pewna refleksja. Jak to jest  z tym naszym biegowym amatorstwem. Nie raz i nie dwa dobiegają mnie z różnych stron opinie, że jeżeli startujemy w biegach zorganizowanych, kupujemy sobie coraz lepszy sprzęt biegowy, trenujemy wg ustalonego planu czy rozpiski, to znaczy że żadni z nas amatorzy. Bo amatorzy to biegają od pomysłu, że chce im się biegać, do kolejnego pomysłu, że znowu im się chce biegać. Byle w czym, byle jak, ale biega. Prawdziwy biegacz amator to taki, który w jeansach , podkoszulku i podbitych butach goni autobus lub tramwaj, albo biegnie po piwo do sklepu, by zdążyć nim go zamkną.

 A jeżeli ktoś tak jak my, czyli trenujemy regularnie wg jakiegoś tam ustalonego planu, do tego bierzemy udział w biegach zorganizowanych, mamy bardziej lub mniej markowy sprzęt biegowy, to żadni z nas amatorzy. To w takim razie, kim jesteśmy? Bo zawodowcami z pewnością nie, gdyż nie żyjemy z biegania. Nie zarabiamy na nim. Oczywiście są w naszej grupie osoby, które biegają dla wygranych i z tych wygranych lepiej i gorzej, ale żyją. Nie raz obiły się o uszy historie, o zorganizowanych grupach  czarnoskórych zawodników jeżdżących od biegu do biegu i zgarniających kasę za wygrane. Część z nich  w odróżnieniu od nas nawet nie musi kupować pakietów, gdyż są zapraszani przez Organizatorów, a za ich pakiety płacimy my, czyli cała tuptająca szara masa biegowa, stanowiąca dodatek do mistrzów. A potem słyszymy motywujące historie, że starty w biegach zorganizowanych, to jedyna szansa, kiedy my amatorzy możemy zmierzyć się na równych prawach z zawodowcami i ich nawet pokonać. Przyznam szczerze, że chciałbym raz widzieć przypadek, kiedy jakiś prawdziwy amator przegania całe to zawodowe towarzystwo. Ale wiem, że to raczej nie możliwe.

Pod względem amatorstwa i zawodowstwa bieganie to jest dziwny sport. Bardzo często zacierają się różnice (oczywiście nie wynikowe, tylko przygotowawcze), miedzy nami typowymi i czystej wody amatorami, a zawodowcami. Bardzo często my nie trenujemy dużo mniej od nich, także mamy w pełni profesjonalny sprzęt do biegania, tyle że my za to płacimy i zarabiać nigdy z naszej pasji nie będziemy. No chyba, że ktoś ma taki talent, że potrafi wyprzedzić zawodowców. Ale w 99,9% przypadków nam to nie grozi. Więc pytanie: kim my jesteśmy. Nie jesteśmy zawodowcami, gdyż nie zarabiamy na bieganiu.  Nie jesteśmy takimi typowymi amatorami, gdyż jednak przygotowujemy się do startów, inwestujemy w sprzęt biegowy, jeździmy na zawody. Tak szczerze, chociaż to może kogoś zaboleć można napisać, że jesteśmy szarą biegową masą pakietową, napędzającą koniunkturę.  I wiecie co? Może i to brzmi ponuro, ale mi to nie przeszkadza. Dobrze się czuję tuptając w takiej naszej szarej masie biegowej.  Bieganie to pasja, dlatego będąc pełnymi amatorami przygotowujmy się jak zawodowcy. A granica między amatorstwem a zawodowstwem? To nie jest nasz problem, gdyż nas to jest raczej granica, gdzie tuptanie staje się pasją. Bo do każdej pasji z pełnym profesjonalizmem należy podejść, chociaż się na niej nie zarabia. I to chyba by było na tyle niedzielnego słowa biegacza amatora.

O biegowej wojnie secesyjnej i sucharach

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, było wczoraj na Igrzyskach, oj było. Robercie dłużej znany, obawiam się, że tych czarnych kaktusów będzie coraz więcej. Nie wątpię, jak to  Ty  i Robert później napisali, że było fajnie, super i w ogóle. Niestety, mam lekki kryzys biegowy i wykorzystuję każdą wymówkę. A może być jeszcze gorzej, ale na razie tego nie będę rozwijał.

Jak pisałem rano nie wstałem dzisiaj na parkrun. Po wczorajszej transmisji po prostu spałem. Co prawda rano o wiadomej godzinie się obudziłem i chciałem wstać, ale w tym momencie poczułem, że mam wewnętrzną secesję i rozpoczęła się kolejna, tym razem wewnętrzna  wojna secesyjna.  Parkrun jest jak najpotężniejsza twierdza nad moją biegową pasją pieczę trzymającą.  Dlatego też  moje zbuntowane ego zachowało  się jak Konfederaci ostrzeliwując dzisiaj od rana  wyjazd na Cytadelę, tak jak Konfederaci fort Sumter. No i po trzech salwach fort padł.  I zakończyło się, że nie pojechałem na parkrun, gdyż musiałem moje biegowe siły przegrupować i rozpocząć atak w samo południe Dlatego kiedy w okolicach 10 rano, otworzyłem jedno, potem drugie oko, a następnie zwlokłem się z łóżka doszedłem do wniosku, że muszę przegrupować siły i rozpocząć kontrofensywę. No i miałem mały problem. Bo wiadomo, że parkrun mi odbiegł, ale kilometry trzeba było zrobić. Z drugiej strony nastąpiła secesja i trzeba było się zebrać i kontratakować. Dlatego  przebrałem się i ruszyłem. Muszę przyznać, że było ciężko. I to bardzo ciężko. Każdy kilometr ogromnymi stratami okupiony.  To nie był bieg treningowy, ale walka ze swoim zbuntowanym ego. Poszło szybko i jeszcze tego samego dnia, kiedy secesja zaatakowała doszło do mojej wewnętrznej bitwy pod Gettysburgiem. Podczas bitwy, tfu treningu  co chwila byłem atakowany przez niechętne jednostki lotne. No, ale biegłem. Co prawda planowanych 30 kilometrów nie dałem rady zrobić, ale zaledwie w okolicach 14 padło. Potem musiałem przerwać i wróciłem do domu. Czyli podobnie, jak w rzeczywistej bitwie pod Gettysburgiem  nie było rozstrzygnięcia, ale chyba szkielet Konfederacji został przełamany. Zobaczymy w najbliższych dniach, na które moje biegowe ja szykuję  ofensywę.

No i na koniec, by przerwać wojenną tematykę coś na ubawienie. Dwa suchary, które dzisiaj znalazłem. Pierwsze to naszego trenera piłkarskiego Franciszka Smudy:

Państwo w Oceanii, którego nazwa zbudowana jest z jednej litery? Samo-A

A drugi kogoś innego

Jaki jest ulubiony piłkarz zapaśników? – Juan Mata

Sucharów ci u nas dostatek, a i te przyjmiemy jako wróżbę dobrego humoru.

Podwójny trening biegacza amatora

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Marku, coś w tym jest by pozbyć się telewizora. Kto wie, będzie trzeba pomysł przemyśleć. Maćku, no cóż co do prowadzenia transmisji z IO, to już zupełnie inna historia. Ale nasi się chyba nigdy nie nauczą. Tak to już jest. Co do wyników i odpadnięcia naszego mistrza, zapewne tak jak napisałeś. Przegrał po prostu sam z sobą, swoim strachem i porannym wstaniem. To go po prostu przerosło. Ale zobaczcie co się dzieje. Odpadają siatkarze, awansują piłkarze ręczni. Konia z rzędem temu, kto taki układ po rozgrywkach grupowych by zaryzykował postawić. Na, ale jak się ma Szmal… a w bramce, to wszystko możliwe.  Wiadomo, że Kasy nikt nie przebije. Co prawda to był akurat mecz Wyszomirskiego, ale Kasa czuwał…a

Nie jest dla nikogo, kto sobie tupta w ten czy inny amatorski sposób tajemnicą, że głównym daniem osoby biegającej jest jej codzienny trening. Oczywiście starty w biegach zorganizowanych, to jest sól czy też pieprz przyprawiająca naszą  codzienność. One nadają naszej pasji dodatkowego ognia czy też blasku. Bez tych startów, to smak naszej codziennej pasji byłby z lekka mdławy. Ale to codzienny trening jest naszym codziennym posiłkiem, chociaż czasem jego smak bywa zupełnie tego smaku pozbawiony. Ale swoje kilometry w codziennym trudzie zrobić musimy.

Podobnie jest i u mnie. Mam moje rozpiski, które od Andrzeja otrzymuję, gdzie mam przedstawioną moją codzienną marszrutę biegową. W zasadzie są tam pewne części wspólne, czyli dzień w dzień rozbieganie na  luzie około 10 kilometrów, a potem ekstra dodatki. Można tu wymienić  podbiegi czy też rytmy. Oznacza to 100 metrów pod górkę, albo na płaskim ostre tup, tup, a potem na dużym luzie powrót. I tak dziesięć razy. Innym typem treningu jest robiony raz w tygodniu trening tempowy. Oznacza to, że udaję się na bieżnie, ustawiam tempomat i kółko za kółkiem w jednym, startowym rytmie robię. I tak też około 10 kilometrów.  Uzupełnieniem treningowego tygodniowego posiłku są oczywiście rozbiegania rzędu kilkudziesięciu kilometrów, czyli tak do 30, które raz w tygodniu sobie robię w niedzielnym czasie. I to tak w maksymalnym skrócie wszystko. Przynajmniej do wczoraj.

Wczoraj zgodnie z rozpiską zrobiłem dyszkę z podbiegami, po której wracam w radosnym stanie do domu. Już chcę iść się kąpać, przebrać, kiedy podchodzi do mnie córka i mówi: „ tato, tato chce iść pobiegać, pójdziesz ze mną takie 3 i pół kilometra zrobić?”. No i co było robić? Dla nas ojców córki to są nasze oczka w głowie, więc nie było opcji. No i ruszyliśmy. Byłem troszkę osłabiony, a moja córka trochę ostro zaczęła, no ale po chwili jej tempo stonowałem. No i biegliśmy sobie na dużym luzie i spokoju gadając po drodze, jak to ojca z córą przystało. Faktycznie, może tempo nie było zbyt ostre, ale swoje kilometry zrobiliśmy. No i trochę ze wstydem muszę przyznać, że na ostatnich dwustu metrach, krzyknęła mi tylko: „finiszujemy” i tyle ją widziałem. No, ale wiadomo młodość ma swoje prawa, a ja już trochę dystyngowany tuptacz jestem. No i już się zapowiedziała, że dzisiaj znowu to samo. Czyli jak najpierw udam się na stadion, by moją zapisaną tempówkę zrobić, a potem znowu z córką na 3,5 kilometra. Mam takie ciche marzenie, że niedługo na jakiś start zorganizowany się wybierzemy. Zapewne zaczniemy od parkrun, bo to standard i bez zbytniego bólu. A może kiedyś córa z ojcem na dyszkę lub półmaraton się wybierze? Na królewski dystans nie będę jej namawiał, ale dyszka… czemu nie. Byłoby super.

Na szybko jeszcze nawiążę się komentarza, który Robert dłużej znany wrzucił pod tym wpisem. Czym się różni trening tempowy, czyli w danym tempi np 5 min na kilometr odbywany na stadionie, czyli bieżni, a na ulicach. Teoretycznie różnicy nie ma, gdyż tu i tu starsza się biec tym samy tempem, ale w praktyce wybiega i to spora. Po prostu dużo łatwiej jest kontrolować swoje tempo na stadionie, niż na chodniku. Bo na chodniku biegniesz praktycznie w ciemno, jedynie powiedzmy telefon ci mówi w jakim tempie i jakoś to może kontrolować. Na stadionie dużo łatwiej kontrolę tempa utrzymać. Jeżeli, dla łatwego rachunku zakładasz, że Twoje tempo startowe to 5 minut na kilometr, czyli łatwo obliczyć, że jedno okrążenie robisz w 2 minuty. No i po każdym każdym kółku kontrolujesz, czy masz ten czas, ewentualnie ile jesteś nad nim, lub pod nim. I dostosowujesz swoje tempo do planowanego czasu, robiąc korekty. I na jednym okrążeniu, czyli 400 metrach dużo łatwiej jest je zrobić.