Sobotni prawie cotygodniowy rytuał biegowy

Każda osoba, która zarażona jest taką, czy inną pasją musi mieć jakąś dodatkową ekstra motywację, która stanowi dla naszej pasji dodatkowe, ekstra wspomaganie. Dla filatelisty to będzie jakiś ekstra, super znaczek za którym poluje, dla kino maniaka super premiera, na której musi być, dla tego, co nic nie lubi robić ukochany fotel frontowo ustawiony przed telewizorem ( ewentualnie sam telewizor), a da nas osób aktywnych, jest to zwykle start w naszych ulubionych zawodach.

W naszym przypadku dotyczy tej grupy osób tuptających, które decydują się na starty w takich czy innych zawodach, czy może bardziej czy mniej zorganizowanych wydarzeniach biegowych. Niektórzy mają taki jeden czy dwa starty w roku, bez których sobie nie wyobrażają biegania. To dla nich święto, do którego przez cały rok się przygotowują. U mnie takim moim najważniejszym i najbardziej podtrzymującym mnie w bieganiu startem jest oczywiście parkrun. Jak mam wolną sobotę, to nie ma opcji, bym na Cytadelę, a sporadycznie i do innej lokalizacji się nie wybrał.

Tak też było dzisiaj. Mimo że rano było wcale nie z lekka chłodnawo, to na wszelki wypadek, pod ciepłą warstwą miałem lekką i tak zabezpieczony udałem się Cytadelę. Kiedy dojechałem, okazało się, że wzięcie lekkiego ubrania było strzałem w dziesiątkę, gdyż bardzo szybko zrobiło się ciepło. Szybkie przebranie, przywitanie ze znajomymi i na start. Dzisiaj około 170-180 osób na Parkrun przybyło, co jest od jakiegoś czasu taką średnią statystyczne. I pomyśleć, że kiedy zaczynałem moją przygodę z parkrun były weekendy, że i setki nie mogliśmy zebrać. No, ale czasy się zmieniają, a w zalewie biegów płatnych taka darmowa piąteczka jest bardzo fajnym przerywnikiem. Tempo dzisiaj znowu spokojne, bo ciągle w głowie ta Warszawa siedzi i nie mam wizji jak biegać, żeby było dobrze. Z drugiej strony dzisiaj tempo mimo wszystko trochę za ostre, gdyż zdecydowanie poniżej tego, co będę chciał biec za tydzień.

No, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że ponowie mój ulubiony bieg po raz chyba już 204 został przetuptany. Czyli moje biegowe czary w postaci rytualnego tup tup na Cytadeli zostały oprawione. 

Biegowy kryzys egzystencjalny

Podejrzewam, że wiele osób, które są ogarnięte pasją biegania raz na jakiś czas dopada tzw biegowy kryzys egzystencjalny, czy może emocjonalny. Przyjmuje on bardzo prostą postać: nie chce się biegać, zaczynamy się zastanawiać nad sensem biegania, rozważamy możliwość całkowitego opuszczenia zmianę, ewentualnie zmiany zainteresowań pasji. Ja to mawiał Heraklit z Efezu: Panta rhei”, czyli wszystko płynie, zmienia się i nic nie trwa wiecznie. Muszę przyznać, że od dłuższego już czasu także nade mną wisi taki biegowy kryzys. Jeszcze w zeszłym roku został zapoczątkowany i tak z mniejszymi lub większymi przerwami trwa do dzisiaj. Czasem uda się go przykryć czy popalić ogniem biegowej pasji, ale to raczej leczenie syfa pudrem, niż dogłębne do zera wypalenie. Na razie jeszcze walczę. W przyszłym tygodniu powinienem jechać na maraton do Warszawy, ale na obecną chwilę szansę, ż wyjadę oceniam na poziomie 40 do 60, gdzie sześćdziesiąt procent przypada na to, że raczej nie pojadę.

Widzę jak z moją formą, psychiką i chęcią i wiem jedno: nic na siłę. Bieganie, start w maratonie to nie jest przymus, bo jestem zapisany, bo muszę, bo tak trzeba, bo wypada. Nie, start to musi być przyjemność ( he,he szczególnie po 30-stym kilometrze) poparta świadomością, że tak jestem gotowa/gotowy i czuję, że mój poziom przygotowania jest zgodny z tym, co zostało przeze mnie założone jeszcze przed cyklem przygotowawczym. Natomiast, jeżeli czujemy, że nasz poziom obecnych możliwości leży, kwiczy, stęka i sapie, to sorry możemy sobie pobiec piątkę, dziesiątkę, jak się uprzemy i na pokładach naszego wcześniejszego przygotowania jakoś przeczłapać półmaraton. Ale z Królewskim Dystansem nie ma żartów. Te start wymaga szacunku dla trasy i pełnej pokory, a przede wszystkim przepełnionej realizmem oceny własnych możliwości. Nie jest sztuką stanąć na starcie i zejść po nastu czy dziestu kilometrach. Sztuką jest na tyle realnie ocenić swoje szanse, by wiedzieć, że nie warto jechać, tracić czas i pieniądze na coś, co i tak zakończy się klapą. Z drugiej strony, jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Tak naprawdę i tak źle i tak nie do końca dobrze. Jak to klasyk śpiewał: „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.

Mój ewentualny start w przyszłą niedzielę w Warszawie może się zakończyć dwoma finałami. Pierwszy to kompletna klapa, zejście z trasy i na długo, jak nie na zawsze wypalenie biegowej pasji. Drugi to wybicie klina klinem, czyli niechęć pokonana startem na zasadzie, „a jednak się uprę i dam radę”. No i wbrew wszystkiemu, a szczególnie zdrowemu rozsądkowi pokonanie samego siebie i dotarcie do mety. Tak jak napisałem wcześniej: decyzja jeszcze nie została podjęta i zapewne będzie się szala przechylała z jedną na drugą stronę do dnia ostatniego. 

Człowiek – istota skazana na nałogi

My ludzie, jesteśmy typami o określonej osobowości, inteligencji, umiejętności tworzenia za pomocą różnych wymyślonych narzędzi oraz innych specjalistycznych możliwościach, które wyróżniają nas od innych, zamieszkujących naszą planetę istot. Potrafimy zarówno upiększać, jak i niszczyć otaczający nas świat. I tak na zupełnym marginesie jesteśmy dobrzy w te klocki. Tak, jak wspomniałem dużo cech i umiejętności nas odróżnia od otaczających istot, ale chyba jedną z takich ważniejszych jest to, że potrafimy widzieć w życiu trochę głębszy sens, niż tylko trwanie dla trwania. Mamy własne zainteresowania, hobby, pasje oraz to wszystko, co w jakiś sposób urozmaica nasze trwanie na tym padole łez.

Jednym z takich poważniejszych urozmaiceń jest to, że w jakiś sposób jesteśmy skazani na nałogi. Mogą one przybrać różną formę, różny obraz i w różny sposób na nas oddziaływać. Na początku musimy trochę inaczej spojrzeć na znaczenie słowa nałogi. W większości przypadków wyraz ten kojarzy się jednoznacznie i bardzo negatywne. Nałóg rozumiemy jako papierosy, alkohol, narkotyki, czyli coś co działa na nasze ciało i duszę w sposób destrukcyjny. Ale nie zawsze i nie do końca tak jest.

Równie dobrze nałogiem jest nasze hobby, zainteresowania, różne formy aktywności, czyli wszystko to, co powoduje, że z taką radością odrywamy się od naszej mniej czy bardziej szarej codzienności. Coś dzięki czemu nie wyobrażamy sobie życia, bo to nadaje jemu odpowiedniego kolorytu i sensu naszego bycia w tym świecie. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego, gdyż to ładuje nasze życiowe akumulatory i nawet jeżeli czasem może się okazać destrukcyjna dla nas, to i tak w ułożonym rachunku jest zdecydowanie na plus. My ludzie jesteśmy jakby skazani na różnego rodzaju nałogi, bo w przeciwnym razie, na męski narząd rozrodczy ( w dużo mniej akceptowalnym określeniu) po co jest żyć. I myślę, że wszystko w tym temacie. Mógłbym pociągnąć, bo w końcu lubuję się w filozoficznych rozważaniach, ale wolę nie przeciągać zbytnio struny. 

Czy możemy uniknąć kontuzji?

Pytanie niemal z gatunki czarnej magii i fantastyki. Czy my osoby biegające możemy w czasie całej naszej przynajmniej paroletniej pasji uniknąć kontuzji. Opinie, jak to opinie bywają podzielone. Jedni uważają, że nie ma takiej możliwości, inni wręcz przeciwnie. I jedni i drudzy są przekonani do swoich racji. Biegający fataliści wybiegają z założenia, że tak i siak wcześniej czy później nas to spotka. Nie ma opcji, żeby nie. Im więcej trenujemy, im bombardujemy nasze ciało coraz większą dawką obciążeń nie ma szans, by się w pewnym momencie nie zbuntowało. Im więcej biegamy, tym większe prawdopodobieństwo, że defekt się nam przytrafi. To jak, ze wszystkimi innymi elementami czy przedmiotami, które nas otaczają. Im bardziej je eksploatujemy, tym większa szansa, że przytrafi się większa czy mniejsza awaria.

Zupełnie inaczej patrzą życiowi optymiści, a do tego ci,którzy bardzo poważnie zgłębili temat biegania. Oni wybiegają z prostego i także logicznego założenia: jeżeli dbamy o siebie, rozciągamy się, wzmacniamy dodatkowymi treningami, zdrowo odżywiamy, prowadzimy godny (pytanie co to znaczy) tryb życia, to mamy tak zakonserwowany i wychuchany organizm, że możemy biegać i biegać, a kontuzje i tak będą nas omijały. I też mogą się odwoływać do przedmiotów, które nas otaczają. Jak będziemy je serwisowali, robili przeglądy i tak po ludzku mówiąc dbali o nie, to mogą i nas przeżyć.

No i nasuwa się pytanie: która wizja jest bardziej zgodna z rzeczywistością. No cóż obie są w pewien sposób prawdziwe i nie można ani jednej, ani drugiej negować. Jeżeli bardzo dużo biegamy, trenujemy, startujemy tak że świata poza tym nie widzimy, to mimo całego naszego zabezpieczenia zawsze może zdarzyć się przypadek, którego nie był w stanie przewidzieć. W końcu prezerwatywa też czasem bywa zawodna. Tak zwany przypadek losowy. Z drugiej strony, jeżeli biegamy sobie czysto rekreacyjnie, bez nastawiania się na jakieś wielkie treningi, starty i tuptamy tylko samej przyjemności biegowej, zgodnie z rytuałem tych paru kilometrów dziennie, nie więcej niż np. 30 tygodniowo, to możemy faktycznie tuptać i tuptać i nic wielkiego może się nam nie przytrafić. Tyle, że i tak reguły nie ma. Można sobie nadwyrężyć czy nawet skręcić nogę biegając raz czy dwa razy w tygodniu i goniąc uciekający tramwaj, a można trenować i trenować i nic złego się nam nie stanie. Pod jednym jednak warunkiem. Jeżeli robimy to głową.

Podsumowując można napisać, że ryzyko kontuzji niczym miecz kata wisi nad głowami osób aktywnych  i diabli wiedzą, kiedy spadnie. Alteratywą jest nic nie robić i w spokoju i z jeszcze większym  fatalizmem czekać na zawał, miażdżycę i inne przypadki krążące wokół tych ostrożnie mało ruchliwych. No i pytanie: która forma życia ma większą przyszłość. Z drugiej strony, nawet pozbawione aktywności życie, ale z jakimś sensem i głową też może się toczyć i toczyć. Tylko pytanie dokąd i w jakim celu.

Kto startuje w biegach zorganizowanych?

Do tej pory miałem wrażenie, że głównym powodem codziennych treningów oraz wysiłku, oraz potu który każda osoba biegająca wykonuje, wkłada oraz wylewa podczas mniej lub bardziej regularnie odbywanych treningów jest planowany w bliższej lub dalszej przyszłości start w biegu zorganizowanym. Właśnie te starty są motorem napędzającym całą naszą pasję. Praktycznie bardzo długo biegałem, trenowałem i robiłem inne przygotowujące rzeczy podtrzymywany świadomością, że robię to wszystko po to, by wcześniej czy później znowu wystartować w biegu zorganizowanym.

 Jednak, zgodnie ze starym obowiązującym nas osoby względnie rozumne prawem, które głosi, że tylko stworzenie rogate, żujące trawę i dające mleko nie zmieniają swoich poglądów, moje spojrzenie na naszą biegową pasję także ewoluuje. Muszę przyznać, że czuję jakbym znowu wracał do początków mojej biegowej pasji. Biegam sobie na luzie, na spokoju dookoła domu, raz w tygodniu w sobotę jadę na parkrun i obecnie starczy. Wiem, że gdzieś mam zawieszone w świadomości, że za około 2 tygodnie powinienem udać się do Warszawy i stanąć na starcie maratonu, ale jakby to napisać: nie chce mi się jechać taki kawał drogi, by przez parę godzin biegać bez przerwy. No i tak się zastanawiam, jak to jest z tymi biegami zorganizowanymi, że czujemy taką potrzebę by w nich wystartować. A może ta potrzeba jest sztucznie wytworzona przez Organizatorów biegów, a my zwykli, szarzy tuptacze niczym muchy do miodu zdążamy, bo tak trzeba, wypada i takie są wytworzone wzorce prawdziwych osób biegających. Jesteś biegaczem/biegaczką, chcesz należeć tej cudownej rodziny? Musisz startować w biegach zorganizowanych, bo one są wyznacznikiem naszej biegowej pasji i tego kim naprawdę jesteśmy. Startujesz? Jesteś biegajacym z krwi i kości. Nie startujesz? Jesteś tuptajacą popierdółką. No cóż, chyba wbiegam na płaszczyznę popierdółek. I jak mam być szczery, obecnie nawet dobrze mi z tym. 

Nie zmienia to faktu, że wcześniej czy później znowu z pewnością zapłonie potrzeba startów. Życie człowieka składa się z cyklów: raz się chce, raz się nie chce. I nie tylko biegania to dotyczy.. Z pewnością jest lepiej,  kiedy nasze „nie chce” obejmuje bieganie, niż inne, ważniejsze życiowo-zawodowe płaszczyzny. Za niechęć do startów nikt nas pracy nie wywali.

Waga – największy biegowy motywator

W tym roku, jak już parę razy wspomniałem zdarzyło mi się trochę „przestojów” biegowo-treningowych. Było to spowodowane różnymi czynnikami: a to uraz, a to brak czasu, a to pewna niechęć biegowa. Można to podsumować krótko: najbardziej popularne antybiegowe demony, które dookoła nas potrafią krążyć. No i miałem spore problemy, by zmusić się znowu do stałego, regularnego treningu i wbić się w mój wyrobiony przez ostatnie lata codzienny nawyk tuptający.

No i tak się zastanawiałem, jak zmusić się do ponownego, stałego i co najważniejsze regularnego treningu,kiedy z pomocą mi przybiegł jeden z ważniejszych domowych sprzętów. No, ale od początku. Parę dni temu na treningu spotkałem znajomego, który jakiś czas mnie nie widział i przepełniony napływem męskiej szczerości – która w zasadzie tylko między facetami jest akceptowalna stwierdził, że chyba mi się trochę przybrało ( spróbujcie powiedzieć to Kobiecie). Muszę przyznać, że zapadło mi to w pamięć i następnego dnia rano postanowiłem odwiedzić obrosłą kurzem przyjaciółkę wagę. Muszę tutaj przyznać, że od czasów mojego spektakularnego zbicia prawie 60 kilogramów nie korzystałem z niej, wybiegając z założenia, że nie dosyć że zbiłem, to jeszcze biegam więc kontrola bez kontroli może się obyć.

W moim optymalnym czasie po zbiciu i szczycie biegania ważyłem już 67 kilogramów co przy wzroście 178 cm i mojej posturze było trochę zbyt mało i wszyscy mówili bym troszkę przybrał. No i jak wbiegłem na moją przyjaciółkę wagę, to z lekka się zmieszałem. Wskazówka się zatrzymała na 85 kilogramach, czyli prawie 20+ od największej zrzuty. No więc znowu mnie wzięło na bieganie. Znowu odstawiłem całkowicie słodkie i biorę się na kilometry. Stosunkować maraton, stosunkować starty, ważne zbić kilogramy. Bo w końcu nic nas tak nie motywuje niż konieczność doprowadzenia siebie do odpowiedniej wagi. I co śmieszniejsze wagę jako motywatora rozumiemy tutaj dwojako: waga jako nadmiar kilogramów, których trzeba się pozbyć i waga jako przyrząd ukazujący nasze sukcesy i porażki na płaszczyźnie kilogramowej. Pytanie, która z tych dwóch motywacji jest ważniejsza nie ma chyba znaczenia, bo obie są równie dla nas ważne. Jak mam być szczery nie wiem czy jest coś bardziej motywującego do biegania.

Prawdziwi bohaterowie przybiegają na końcu

Ostatnio znajomy wrzucił tekst na Facebook:

„Dziś refleksyjnie – biegowo….. BMW Półmaraton Praski. Miałem okazję zobaczyć kilka zdjęć. Widać zawodników pierwszego rzutu, drugiego i trzeciego. Jest radość z miejsca, czasu, medalu, gesty zwycięstwa. Zasłużenie, fakt…….Szkoda tylko, że zapomniano o tych najmocniejszych, tych ostatnich walecznych. Tych, którzy walczyli o każdy metr trasy, tych co z trudem biegli do mety. Dobrze jest być na końcu, samym końcu i obserwować to co się dzieje. Widziałem kobietę, której twarz była we łzach, pytam – Co się stało? Ona – Że ma już dość ale został kawałek i nie chce się poddać. Widziałem pana, który maszerował i podbiegał. Widziałem puszyste dziewczyny. Warto zobaczyć koniec stawki takiego biegu. Wielcy, ci co mają swoje cele, cele niby małe ale jakże wielkie. To nie ci, którzy płaczą bo im zabrakło sekund do życiówki, bo było ciężko choć i tak tempo było 4:30……Ci ostatni, zapomniani i bez specjalnych braw i owacji na mecie,bez dopingu bo znajomi się rozeszli zaostrzenie we własne medale. Obsługa, która była już zajęta zwijaniem sprzętu a my jakbyśmy mi przeszkadzali przekraczaniem mety…….. Nadal widzę tą panią ze łzami, pana maszerującego, puszyste dziewczyny i chińczyka, drobnego studenta, który chwiejąc się walczył ze skurczami……Przeszła mi ochota do startów w takich biegach. Należy i wypada pamiętać o tych na końcu……”

Muszę przyznać, że coś w tym jest. Pamiętam mój finisz we Wrocławiu, kiedy uciekałem z karetki, gdzie straciłem grubo ponad godzinę. Jeżeli dodamy do tego z powodu ogólnej strasznej słabości, stan gorączkowy i skrajnego niemal wyczerpania związanego z dodatkowymi czynnikami, o których pisałem w zeszłym roku w relacji, i mój start zmienił się w człapanie w wersji czołgającej, a nie nawet lekko tuptającej. W efekcie okazało się, że mój czas może nie na granicy, ale zdecydowanie bliżej końca zmieszczenia się w limicie. Może nie byłem zupełnie ostatni, ale w ostatnim tysiącu ledwo się zmieściłem. Napiszę krótko, limit był 6 godzin, a ja miałem 5 godzin i 40 minut. A i tak jeszcze około 700 osób za mną dobiegło. Kiedy dobiegałem do mety, nie było tłumów, nie było fanfar, tylko troszkę nerwowe ponaglanie Organizatorów. Tak na zasadzie: „ no pospiesz się, weź ten cholerny medal i spadaj, bo jedzenia i tak już nie ma, bo ci lepsi zjedli”. No i cóż ze mną przybiegali ludzie, których nikt by nigdy nie posądził, że byliby kiedykolwiek w stanie zmierzyć się i pokonać dystans królewskiego dystansu. Byli i wiekowi i mało wysportowani, sylwetki niektórych z nich trochę przeczyły temu, jak w naszej wyobraźni wygląda zdrowy, pełen mocy i wigoru pogromca Królewskiego Dystansu. A jednak, to jak znajomy napisał: to oni byli prawdziwymi zwycięzcami tego maratonu. Bo nikt by na większość z nich wcześniej nie postawił złotówki, że w ogóle byliby w stanie cokolwiek przebiec. A oni pokonali Królewski Dystans. I to nie jacyś biegowi herosi, ale zwykli, przeciętni zjadacze chleba i połykacze kurzu z biegowych alejek spod butów tych lepszych się unoszących. I wiecie co Wam powiem: pełen podziw i szacunek dla każdego kto pokonał ten dystans, szczególnie i zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma żadnych predyspozycji do biegania, a trasą pokona głównie uporem i siłą własnej woli. Oni są Najwięksi. Na początku każdego biegu do mety docierają Mistrzowie, na jego końcu Bohaterowie. 

Zdążyć przed maratonem

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Angie masz rację umiar i rozwaga to podstawa i to nie tylko biegania, ale wielu stref naszego życia.

Muszę przyznać, że ostatnie tygodnie coraz bardziej mnie niepokoją. Maraton warszawski zbliża się już niemal w zawrotnym tempie, a ja ciągle czuję, że jestem głęboko w biegowym niebycie. Tak delikatnie to napisałem, by nie napisać bardziej dosadnie. Najgorsze jest to, że tak naprawdę sam nie wiem, na jakim przygotowawczym etapie jestem. Jak pisałem wcześniem, całkowicie zmieniłem mój cykl przygotowawczy i teraz bardziej nastawiam się trening ogólnorozwojowy ze szczególnym wzmnieniem mięśni nóg, niż na biegowy. Biegam mniej, ćwiczę więcej ( chociaż biorąc po uwagę fakt, że wcześniej wcale nie ćwiczyłem), więc mogę w zasadzie napisać, że ćwiczę.

Najśmeszniejsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia na jakim etapie treningowym jestem. Może jest poprawa, a może pogorszenie, bo w końcu inna metoda? Nie mam pojęcia. Muszę przyznać, że to jest prawdziwa ruletka i nie mam żandej wizji, jaki będzie jej finał. Z jjednej strony ma to dodatkowy smaczek, gdyż na trasie wszystko może się zdarzyć, ale z drugiej strony…. Podjąć wyzwanie na poziomie Królewskiego Dystansu, nie mając zielonego, różowego, ani w żadnym innym kolorze pojęcia co mogę, co i czy cokolwiek teraz potrafię, to z lekka samobójcza misja. No, ale jak nie podejmę wyzwania to nie będę mógł napisać, czy można tak, czy całkowicie nie, nie i jeszcze raz nie.

Na razie nie poważę się napisać, czy czuję poprawę czy pogorszenie. Nie sprawdzam swoich możliwości w tym zakresie, więc nie wiem jaki będzie finalny rezultat. Zdarzyć się może wszystko, od radosnego dobiegnięcia, do spektakularnej klęski. No, ale właśnie ta niepewność dodaje takiego wyjątkowego ognia. Czy uda mi się przygotować? Czy zdążę przed maratonem? Na razie same znaki zapytania i żadnej odpowiedzi. Na nią, a w zasadzie na nie muszę  jeszcze trochę poczekać. Długo, ne długo, 22 dni. Co jeszcze mogę zrobić. Wolę nie napisać, no czyjeś poczucie smaku i zapachu mógłbym urazić.

Jak bieganie może uratować związek

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany masz rację Nirvana ma w sobie to coś, a kawałek ” Smells Like Teen Spirits” jest jednym z najbardziej podpalającym nas biegających.

Ostatnio zostałem poproszony o wpis czy i jak bieganie może uratować związek. Muszę przyznać, że trochę pomyślałem nad tematem i dobiegłem do wniosku, że w sumie, jak to w życiu bywa mamy tutaj dwa możliwe scenariusze. Pierwszy, kiedy oboje biegają i drugi, kiedy biega połowa związku, a druga nie do końca się tym interesuje.

W przypadku, kiedy mam dwoje biegających, to jest to idealna sytuacja. Wiadomo, że nic tak nie cementuje, jak wspólna pasja. Wspólne treningi, wspólne starty dzielenie się wrażeniami i wzajemne podtrzymywanie pasji, kiedy połowa związku ma kryzys biegowo-egzystencjalny. To jest idealny układ, którego można tylko pozazdrościć. Pasja podpalana wzajemną miłością, nie ma nic piękniejszego.  No, ale takie przypadki nie występują zbyt często. Dużo częściej wystepuje sytuacja, kiedy biega połowa związku, a druga tak nie za bardzo się tym interesuje, albo nawet wcale nie. Teoretycznie wydaje się, że taki układ nie sprzyja utrzymaniu związku. Bo w końcu jednej połowy ciągle nie ma w domu, a druga wręcz przeciwnie siedzi w nim i się nudzi. Jakie mamy zagrożenia: oczywiście ktoś biegający może poznać inną osobę biegającą i może między nimi zapłonąć, a drugi partner znudzony czy znudzona czekaniem na biegającą połówkę może zechcieć poszukać skoku w bok w ramiona innej osoby która także nie biega. Teoretycznie jest to możliwe, ale dużo częściej bieganie może uratować związek. W jaki sposób? To bardzo proste. W przypadku  związku, gdzie jedna połowa biega, a druga woli siedzieć w domu, mamy bardzo prosty układ. Występuje taka różnica charakterów, którą teoretycznie trudno pogodzić. Wiem, że w tym momencie ktoś powie: to jak ich tyle dzieli, to po co są razem? Odpowiedź jest prosta: przeciwieństwa się przyciągają, a miłość bardzo często bywa ślepa i powoduje, że gorąca miłość i namiętność płonie między osobami o zupełnie różnym charakterze. Często i gęsto właśnie z tego powodu.

Tyle, że mamy pewien konflikt charakterów. No i wiadomo, osoba o charakterze domatora woli siedzieć w domu i nie ruszać się nigdzie więcej, niż potrzebuje. A co ma w tym czasie robić tak druga połowa, która jest wulkanem płonącej energii? Ma dwa wyjścia: albo wcześniej czy później zrobi tzw skok w bok, albo znajdzie taką pasję,  która wypalając nadmiar naszej energii powoduje, że po takim czy innym wysiłku wracamy uspokojeni do domu czując niezmienną miłość do naszej lepszej lub gorszej połowy czekającej na nas i oglądającej TV, wertującą Neta,  czy dziergającej na drutach. I po zaspokojeniu naszego nadmiaru energii właśnie dzięki tuptaniu mamy nasz duchowy i fizyczny katalizator temperujący nasz charakter.

Bieganie w dźwiękach muzyki

Ostatnio coraz częściej zdarza mi się widzieć osoby, które biegnąc mają na uszach słuchwki i pokonują kolejne kilometry w dźwiękach muzyki. Muszę przyznać, że trochę mnie to zainspirowało do zdecydowania się na podobny ruch. Genralnie bardzo lubię muzykę i często sobie podśpiewuję podczas biegania. Jednak wymaga to dużo większgo skupienia oraz wiąże się z pewną utratą oddechu, a co za tym biegnie i sił.

Ostatnio jednak przed oczy mi wbiegła dosyć ciekawa w tym zakresie propozycja 
https://www.megascena.pl/?m=b&q=+avlink+SBH03
 
 Muszę przyznać, że po analizie wszystkich za i przeciw stwierdziłem, że zdecyduję się na zakup. Jak napisałem uwielbiam biegać w dźwiękach muzyki, gdyż ona dodaje nam odpowiedniej ekstra mocy. Tylko tutaj sie nasuwa pytanie jaka muzyka daje nam biegowgo kopa? Jak mam być szczery zawsze byłem zwolennikiem trochę ostrzejszej muzyki. Może nie tej z gatunku najbardziej ostrej, ale poziom Nirvany, Metalliki, Black Sabath, czyli taki trochę ostrzejszy rock pomieszany z grunge. Jeżeli mówimy o Nirvanie, to oczywiście nie może się obyć bez ich sztandarowego kawałka:



Jak mam być szczery dla mnie jest to najlepszy utwór do finiszu. Kiedy czujemy już zapach mety i jesteśmy w dwóch stanach uczuciowych Z  jednej strony nasze ciało, kości i cała nasza fizyczność krzyczą z bólu i cierpienia: dosyć, koniec nie dam już rady,  a z drugiej nasz  duch czuje ten nieziemski stan euforycznego uniesienia. Tak, to już mta, pokonałem/pokonałam te cholerne kilometry i czuję że mimo mojej słabości wszechświat pada nam do stóp. I w tym stanie, kiedy słyszę w uszach muzę pokroju Nirvany, to wiem, że to cholerne życie ma jednak jakiś sens.

Tak podsumowując i na szybko. Do życia potrzeba i pasji i chleba, a muza to wszystko wzmacnia. Chyba troszeczkę pomieszałem, ale to u mnie naturalne zjawisko. Wracając do muzy podczas treningu. Trzeba przyznać jedno: dodaje ona nam po prostu biegowego kopa. Mamy jak zawsze dwie możliwości. Możemy sobie na plecy wsadzić magnetofon z bateriami na cały regulator poszczając jaką tam lubimy muzę i  biec przez ulice miasta wywołująć chęć u innych by także za nami lub przed nami biegi, tyle że z mało pokojowymi zamiarami, albo dzięki słuchawkom nie przeszadzać nikomu zanurzeni we własnej muzyce.

Do tej po