Bieganie to bardzo skomplikowana czynność

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Krystyna masz rację starty w narodowych barwach z okazji biegów o patriotycznym charakterze,
to zupełnie inny wymiar biegania.Ostatnio przypomniało mi się parę śmiesznych definicji komunistycznych, ale nie tylko . można napisać, że generalnie abstrakcyjnie biurokratycznych nazywających w skomplikowany sposób proste rzeczy czy czynności.
Większość z nas z pewnością pamięta definicję lufy: słup powietrza otoczony metalem czy kałuża – akwen wodny bez znaczenia strategicznego i wiele innych. Nie wiadomo dlaczego szczególnie kojarzone z różnymi służbami mundurowymi,: policją, wojskiem i innymi takimi.

Muszę przyznać, że postanowiłem się przebiec po mądrych portalach, by poszukać mądrych definicji związanych z naszą pasją. Nie ma problemu ze znalezieniem bardzo twórczych definicji.Jak my pojmujemy motywację, a jak się to ma do książkowej,
czy encyklopedycznej definicji. Odpowiedź jest prosta: motywacja, to chęć, pragnienie podjęcia jakiegoś działania. Wikipedia tłumaczy to w sposób bardziej złożony:
„Motywacja jest to stan gotowości do podjęcia określonego działania, wzbudzony potrzebą zespół procesów psychicznych i fizjologicznych,określający podłoże zachowań i ich zmian. Wewnętrzny stan człowieka, mający wymiar trybutowy.”. Można napisać: cholera bądź tu mądry i pisz wiersze. Niby taka prosta rzecz, a jakże skomplikowana. Ale to nie wszystko. Co to może być zgodnie z definicją biegi: ” czynność zaliczana czasem jako sport. Polega na systematycznym poruszaniu kończynami dolnymi,odpychając i przyciągają się na przemian. Doświadczeni biegacze używają ponadto kończyn górnych wykonując podobne ruchy, tyle, że nie na podłożu, a w powietrzu.” Muszę przyznać, że brzmi bardzo ciekawie.
A jak sądzicie, co to jest trening: „Trening sportowy – proces polegający na poddawaniu organizmu stopniowo rosnącym obciążeniom, w wyniku czego następuje adaptacja i wzrost poziomu poszczególnych cech motorycznych. Pojęcie treningu obejmuje także naukę nawyków ruchowych związanych z daną dyscypliną sportu.”
Specjalnie nie podaję źródeł, aby nie było, że się wyśmiewam z takiego czy innego portalu.

Muszę przyznać, że kiedy czytam te definicje, to dobiegam do wniosku, że bieganie jest cholernie skomplikowane. Czasem zdarza mi się bardzo się poważnie zastanawiać, po kiego tak proste czynności, tak skomplikowanie się ubiera. Może stworzymy normalne, dla praktycznie każdego zrozumiałe definicje. Nie wymyślone przez tak mądre głowy, że my nie jesteśmy ich w stanie objąć bez gromkiego śmiechu. Może to powinny być definicje biegających dla chcących biegać czy także radośnie tutpajacych..
Bo w końcu tu nie ma nic skomplikowanego, a może? Z drugiej strony poruszanie po podłożu nogami, a w powietrzu kończynami górnymi brzmi bardzo interesująco.

Motywacja do biegania

Dwa dni temu popełniłem wpis na temat trenerów biegania. Tak poważnie się zastanawiałem, w czym szczególnie pomoc trenera może być nam zwykłym, szarym tuptaczom potrzebna? W końcu czasy mamy, takie jakie wytuptamy i są takie, a nie inne i raczej trudno przy naszych własnych, możliwościach fizycznych je poprawić. Trener może nas zaklinać, czarować, chuchać, dmuchać, ale nie jest w stanie pomóc nam w przekroczeniu granic, które tkwią w naszej świadomości i ciele. Jednak bardzo fajny komentarz wrzuciła mi Karolina. Zgodnie z jej słowami, pomoc trenera to wcale nie rozpiski treningowe czy porady jak stawiać nogi by biegać, nie człapać. To wszystko jest fajne, ale jest dodatkiem do najważniejszego zadania, które przed każdym biegowym trenerem stoi.

Tym zadaniem jest wyzwolenie w nas , czy może raczej uwolnienie biegowej motywacji. Powiedzmy sobie szczerze, ona jest w naszej pasji najważniejsza. Bo pasja pasją, ale jak motywacja nam spada, to już nic nam nie pomoże. I w takiej sytuacji niczym odsiecz  pod Wiedniem naciąga przyjmując postać Jana III Sobieskiego trener biegowy, rozbijając niechęć i brak motywacji w drobny mak. On ją na nowo budzi i powoduje, że całe nasze ciało przepełnia na nowo biegowe pożądanie. Muszę przyznać, że poważnie na tymi argumentami przemyślałem i muszę przyznać, że coś w tym jest. Oczywiście jest wielu z nas, którzy sami w sobie potrafią auto motywację wzbudzić i nie potrzebują żadnych czarów, ani kadzenia, ani wyzywania, czyli wszystkich możliwych do wykorzystania elementów motywacji. Jednak dla wielu, szczególnie dopiero wkraczających na biegowe ścieżki taka motywacja może okazać się bezcenna. Gdyż właśnie w tym początkowym okresie nasz pasja jest narażona na różne pokusy, które mogą ją przepędzić. I tu trener objawiony staje się naszym tuptającym zbawcą. Ja nie oceniam, nie krytykuje, ani też nie potępiam korzystanie z takiej pomocy. Każda osoba biegająca ma swoją biegową karmę i ona jej biegowe ścieżki prowadzi. I jeżeli uważa, że niezbędne jest pojawienie się na tej ścieżce biegowego trenera, to niech drogę dla niego prostuje, ozdabiając ją girlandami. Jak potrzebuje, każda osoba ma prawo dokonania optymalnego dla siebie treningowego wyboru.

Muszę przyznać, że fajną miałem motywację do przyciśnięcia trochę czasu podczas Cytadela by Night.  Biegły przede mną dwie biegaczki z lubońskiego klubu biegacza i trzeba przyznać, że fajne trzymały tempo. Goniłem za nimi przez pierwsze okrążenie i na początku drugiego udało mi się je wyprzedzić, jednak cały czas czułem na plecach ich oddech. I tak gdzieś na ostatnim kilometrze do mnie obiegły, co wyzwoliło we mnie dodatkowego tuppowera. No i może wstyd się przyznać, ale na tym ostatnim kilometrze znowu na paręnaście sekund im odbiegłem. Ale motywowały mnie wyjątkowo.

Czy warto mieć trenera

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, rozumiem, że tym komentarzem, chciałeś prowokacji dokonać. No, ale chyba nie wybiegło. Karolina trzymam kciuki za opuszczenie bieżni, wierzę w Ciebie.

Nie tak dawno pod jednym z moich wpisów odezwał się Pan, który twierdził, że osoba biegająca sama z siebie i bez zewnętrznego wsparcia daleko nie dobiegnie. Z pewnością nawiązuje to do nowego zawodu, który ostatnio pojawił się w branży usługowej. Oczywiście biega tutaj o osobistych trenerach. I to zarówno rozwoju w szerszym zakresie, jak i nakierowanych na daną dziedzinę. Ja z wiadomego powodu, zatrzymam się na tym drugim rodzaju trenerów, doradców, których obszarem działania jest nasza pasja, czyli bieganie. Kiedy wpiszemy sobie w wyszukiwarkę frazę: trener biegania – oferty, propozycje i inne takie, to wybiega nam tyle wyników, że nic tylko przebierać, wybierać i inne takie.

Można to posumować, że jak jest chłonny rynek, coraz więcej osób w naszym kraju biega, to wyciągają do nas ręce znawcy tematu, którzy powiedzą krótko: chcesz biegać dobrze, zgodnie z zasadami, bić życiówki, przekraczać granice swoich możliwości? Sam nie jesteś w stanie tego zrobić. Potrzeba ci pomocy, porady, a tylko z zawodowym wsparciem specjalisty w tym zakresie możesz swoje wymarzone wyniki osiągnąć. Nie mam wątpliwości, że tego typu porady wsparcie się przydaje ścigaczom różnej maści, którzy walczą nie tylko o czasy, ale i miejsca. Dla tych Mistrzów amatorskich tras porady na zawodowym poziomie są ja najbardziej wskazane.

Pytanie jest inne. Czy nam zwykłym przeciętnym amatorom takie wsparcie jest potrzebne? Mamy tutaj dwa spojrzenia. Fani takiego wsparcia, jak i sami wspierający powiedzą powiedzą krótko: tak oczywiście, nawet najbardziej przeciętny tuptacz może dzięki takiej pomocy poczuć smak życiówek i przełamać bariery, czyli same biegowe cuda na kiju. Zasada jest prosta: chcesz dobrze biegać? Musisz mieć trenera, bo on Ciebie dobrze poprowadzi.  Drugie spojrzenie jest przeciwieństwem pierwszego. Po co trener? W necie znajdziesz wszystko, a dla zwykłego tuptania kilometrów nie jest nam potrzebne żadne wsparcie. Po kiego czorta nam tuptaczom czy człapaczom trener?

Z pewnością inne spojrzenie, porada znawcy tematu się zawsze może przydać, ale czy warto aż zatrudniać trenera? Z drugiej strony patrząc na to, co się dzieje można stwierdzić, że bieganie staje się religią, gdzie trening jak pacierz, start jak msza a trener jak kapłan. A jak jesteśmy na mszy, to wypada dać na tacę. Dlatego, kiedy ktoś uważa, że bez takiego wsparcia może sobie nie poradzić, wybór ma naprawdę godny. Z drugiej strony zawsze można skorzystać z Internetu, gdzie rozpisek treningowych, dietetycznych i innych mamy zatrzęsienie.

Na bieganie też można spojrzeć z przymrużeniem oka

Muszę przyznać, że wczorajszy poranny wpis stanowił pewną formę prowokacji. Byłem ciekawy jak osoby biegając zareagują na takie inne, niż zwykle spojrzenie na naszą pasję. Wiele osób podbiegło z życzliwą uwagą zapewne rozważając po cichu ile powagi, a ile luzu jest w tym wpisie. W każdym razie nie dali znaku, czy ich to uraziło, czy rozbawiło, czy zdziwiło. Parę osób polubiło, parę się zaśmiało, ale parę osób  mocno  się obraziło, zamieszczając na jednym z czołowych biegowych portali komentarze, jak ja mogę, jak ja śmiem, jakim ja jestem biegowym grafomanem, szkodnikiem i ogólnie paskudem.

W tym momencie będę szczery i napiszę, że bardzo mnie to ubawiło. Zdaję sobie sprawę, że dla paru z nas bieganie o najważniejsza rzecz na świecie, z której nie można żartować, podśmiewać się, czy inne takie. Bo kto widział śmiać się z flagi, hymnu, czy różnych innych największej wagi i powagi spraw nasze życie prowadzących. Jasne rozumiem, że dla kogoś to może być najważniejsza sprawa we wszechświecie dookoła której cały układ dnia, tygodnia, miesiącu czy roku się kręci. Rano wstają myślą o bieganiu, w czasie śniadania myślą o życiówkach, w pracy odliczają minuty do treningu, a w czasie seksu byle szybciej skończyć i pójść biegać. Ja to rozumiem, jest to taka trochę współczesna forma fanatyzmu z innych wieków. Na szczęśćie tutaj nie biegaczy czy mówiących z uśmiechem na ustach o bieganiu nie skazuje się na ścięcie, pal, spalenie czy inne takie. Chociaż czasem czytając różne komentarze pod różnymi tekstami wrzucone odnoszę wrażenie, że niektórzy nie mieli by nic przeciwko, żeby tak było.

Dlatego śmiem przypomnieć, że owszem bieganie to pasja, ale także frajda i radość. Jest w niej miejsce na życiówkę,na bieg z zaciśniętymi z wysiłku ustami, ale tak samo na luzie i radością bez konieczności ścigania. I każdy tutaj może coś dla siebie znaleźć. I ten kto biega na poważnie i ten kto biega sobie dla jaj. Dlatego teksty o bieganiu mogą być równie dobrze na poważnie, jak i właśnie dla tych jaj. Trochę luzu, dystansu i czasem spojrzenia z przymrużeniem oka, a życie będzie piękniejsze.

Tak na koniec chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden drobny szczegół. Jestem, podobnie ja większość z nas totalnym amatorem i podbiegam do tematu po amatorsku i na luzie. I dzięki temu nasza pasja jest zdecydowanie przyjemniejsza. Nie zarzynam się każdą wolną chwilę przeznaczając na bieganie czy ewentualnie myślenie o nim. Jest ważne, jest moją pasja, ale nie jest najważniejsze. Daje ognia mojemu życiu, uzupełnia je w jakiś sposób, ale nie wypełnia jego. Jest przyjemnością, a nie chorobą.

 

Trening do czy po kotlecie i trening startowy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie wstrzymałbym się od tak jednoznacznych opinii. Uważam, że powinna nas cechować otwartość umysłów na różne nowości i nim faktycznie po organoleptycznym sprawdzeniu nie uznamy że coś jest be, lub cacy, podbiegać z wiarą i nadzieją do nowości. Miłość może zostawmy wyższym celom.

Dla każdej osoby tuptajacej, która oprócz tuptania dla tuptania czasem startuje w różnych biegach zorganizowanych i stara się wtedy uzyskać maksymalnie dobry czas nie jest żadną tajemnicą, że mamy dwie różne formy treningu. Jedną możemy określić, jako biegania dla biegania, ewentualnie do czy może raczej po kotlecie, a drugie to już poważniejsze robienie kilometrów przygotowujące nas do poważniejszego startu. I tu nie ma znaczenia, czy dla kogoś to dyszka, dla kogoś półmaraton, a dla innego w końcu Królewski Dystans, czy też biegi ultra. Ważne jest to, że podczas tego typu treningu, nasze założenia, odległości czy nawet metody ulegają całkowitej zmianie. A jak Metody, to i Cyryl może się przyplątać ( ciekawe kto złapie o co biega.

W każdym razie kiedy biegniemy do czy po kotlecie ( w zależności przed czy po obiedzie), to biegniemy sobie na całkowitym luzie. Nasze odległości są takie czy inne, możemy je zmieniać w zależności od fantazji i humoru, a tempo dokładnie takie, na jakie mamy ochotę czy jakiego czujemy potrzebę. Ot sobie biegniemy dla samego biegu, a cała reszta się nie liczy. Jest przyroda,, ptaszki, mniejszy lub mniejszy smog i my. I jest to kompozycja biegowa doskonała.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, kiedy przed oczami mamy cel w postaci takiego czy innego startu. I tu nawet nie ma znaczenia, czy chcemy, czy nie chcemy poprawiać naszych wyników. Bieg zorganizowany to jest wyzwanie, bo to już nie mierzymy się tylko z samym sobą na zasadzie jak dobiegnę to fajnie, jak nie to trudno. Tutaj wypada do tej cholernej mety dotuptać. Jeszcze bardzo często mierzymy się z odległościami, które na co dzień nawet przez głowę nam nie przebiegają, że może tak pobiegniemy. Tutaj to jest klasyczna woja: my, czas, trasa i nasze słabości. No bo do pani trudniącej się nierządem, nie jesteśmy cieniasami, by zejść z trasy. Jak już zdecydowaliśmy się wystartować, to wypada jakoś do tej mety doczłapać. A bez przygotowania, to ni cholery się nie uda. Dlatego trzeba podkręcić kilometry, tempo, wpleść w trening rytmy, podbiegi i inne takie. Jeżeli moja tygodniowa norma to powiedzmy 60 km, to w rytmie treningowym przed maratonem musi podskoczyć do tych 80-90. Oczywiście nie od razu, tylko  na systematyczne tygodniowe podnoszenie. Jak ktoś chętny, to niech poszuka w necie. Jest wiele rozpisek i niech ich się trzyma, a nie wg własnego widzimisię, gdyż do niczego to nie doprowadzi. A będą pewno i tygodnie, że i setkę się machnie. I to w różnych tempach. I nie ma, że boli. Królewski Dystans, to nie popierdółka i tu trzeba być przygotowanym, by jak popierdółka nie skończyć. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma że boli, tu musi poboleć, bo jak nie teraz to w czasie startu nam tak przy….., ze z papci wyskoczymy. Deszcz,żar z nieba czy wichura, kilometry robić trzeba.

 

Brak formy i motywacji? No to na maraton

Muszę przyznać, że ten rok pod względem biegowym i ogólnie mojej formy jest delikatnie mówić bardzo kiepski, żeby nie napisać szczerze, że tragiczny czy beznadziejny. Używając terminologii wędkarskiej można napisać, że dno i sześć metrów mułu. Generalnie nigdy nie byłem jakim dobrym tuptaczem, raczej klasyczną biegową szarą masą, ale na 5 kilometrów w granicach tych 23 minut, na dyszkę poniżej 50, półmaratonie godziny pięćdziesiąt a w maratonie 4 godziny złamać się udało. Nie są to jakieś wielkie rezultaty, raczej poziom średniej statystycznej, ale ponad jak ponad 40-sto letniego faceta, który dopiero po tej magicznej granicy wieku zaczął tuptać takie przyzwoite, bez urywania żadnej części ciała wyniki.

Ten rok pod względem biegowym to jest rzeź, masakra i dyndanie na haku rzeźnickim. Raz, że nie do końca się chce trenować, dwa jakieś urazy się przyplątały ( prawo serii: nie ma, nie ma, nie ma, jest,jest,jest) czyli ogólnie lipa i to bardzo wyrośnięta. Kiedy uda mi się przybiec na parkrun, to moim czasom bliżej trzydziestki niż dwudzieski. W sumie dobrze, że nie wiekowo bliżej, bo pod 50-stkę to już by było gorzej niż dno. A tak jest tylko beznajdziejnie. No, ale w końcu, kiedy już siegamy dna, to chyba warto przykurczyć nogi i się od niego odbić. Jak to najlepiej zrobić? Wydaje się, że musimy postawić przed sobą jakiś teoretycznie abstrakcyjny, niemożliwy w tej chwili do osiągnięcia cel w stosunkowo niedalekich granicach czasowych. No, a co może być dla nas, obecnie nawet trochę poniżej przeciętnych możliwości biegowych tuptaczy? To proste, takim wyzwaniem jest maraton, czyli Królewski Dystans. W mojej biegowej historii 5 razy się mierzyłem z tym dystansem, gdzie 4 razy go po japońsku, czyli jako tako pokonałem, a raz ledwo do mety się doczłapałem. Ale ją osiągnąłem. Z tych pięciu razów, cztery wbiegały w skład Korony Maratonów Polski ( Poznań, Dębno, Kraków i Wrocław) Do kompletu brakuje mi jeszcze jednego maratonu, czyli warszawskiego. Biorąc pod uwagę moje tegoroczne osiagi biegowe ( pare parkrunów i jeden półmaraton), to nie ma opcji, by do tematu się przymierzyć

I tak sobie na ten temat wczoraj dumałem, dumałem, rozważałem, jak energię biegową uzyskać znowu, jak poczuć tuptającą wenę, że pobawiłem się trochę w Necie i efekt:„ Maraton Warszawski – witamy na liście startowej!Twój numer startowy to: 11621„. I ta sobie myślę, co mnie pokusiło? Czy to było może lunatykowanie na jawie? Diabli wiedzą, w każdym razie z każdą chwilą czuję napływ energii motywacyjnej. Było do tej pory źle, fatalnie? Brak weny, energii, a nawet czasem chęci do biegania? No to czas zapisać się na maraton. I nie ma że boli, teraz trzeba trenować, by klasycznego ciała nie dać. A to w końcu amatorowi nie przystoi. Tak przynajmniej myślę. Może nie często mi się to zdarza, ale czasem taka przypadłość mi się przydarza. Nic czas na trening. Nie ma, że boli. Teraz musi trochę poboleć. Zasada jest prosta: 80 do 100 km tygodniowo musi paść. Albo ja padnę.

Tak sobie myślę, że w moim obecnym stanie przygotowania do startu na Królewskim Dystansie, to trening i sam start to będzie taka rozkosz, jak sturlanie się po zjeżdżalni z postawionymi pionowo żyletkami prosto do wanny wypełnionej jodyną. No, ale my biegowi masochiści.

Primo zechciej biegać,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Globus, co do ceny medali, to gdzieś mi wbiegła przed oczy cena robionych na zamówienie w cenie 3 PLN sztuka.   W Decathlonie czy na sk-sport można dostać w cenach 1.8-2,5 sztuka. Z pewnością można dostać i droższe, ale i pewno są ceny, które można zbić, wszystko zależy od obrotności Organizatora.

Ostatnio spotkałem się z paroma znajomymi z czasów powiedzmy chmurnej i durnej młodości, którzy pamiętali mnie jeszcze, kiedy ważyłem hmm zdecydowanie więcej niż teraz. W tamtych czasach w grupie wyróżniałem się wagą i o bardzo, a wczoraj okazało się, że chyba jestem jakbym to ująć, żeby nikogo nie urazić… powiedzmy najmniej ważący. No i oczywiście rzuciły się pytania skąd, jak i dlaczego. W trakcie rozmowy, bo to chyba naturalne wspomniałem o naszej pasji, co spowodowało wielkie otwarcie oczu wśród rozmówców i pewne podejrzenia, że po wypadku, chyba faktycznie w głowie mocno musiało mi się poprzestawiać. Bo przecież w odczuciu norunnersów bieganie to niemal choroba, która jest może i fajna, ale tylko dla wybranych, bo nie każdy może ją uprawiać. Są i tacy, którzy nadają jej pewnego ukrytego elitarnego mistycyzmu.

Tak naprawdę to kupa prawda, gdyż nie ma prostszej i mniej skomplikowanej pasji, niż bieganie. No, może poza wylegiwaniem się bez ruchu na kanapie zbierając cząstki kosmosu w sobie. No, ale jeżeli mówimy o pasji, która jest związana z zaangażowaniem najmniejszego wysiłku to chyba bieganie bije wszystko. Nawet układanie zapałek wymaga ogromnej precyzji i skoncentrowania, których w tuptaniu nie potrzebujemy. Na początek wystarczą najprostsze sportowe buty, których każdy w domu nawet mimochodem kupionych ma kilka par, do tego jakiś umożliwiający człapanie ubiór i chęć by zmienić coś w życiu. I tak naprawę, to właśnie ta chęć zmiany jest najważniejsza. Powiedzmy sobie szczerze, każdy bez wyjątku może biegać, oczywiście w granicach swoich możliwości. Nie jesteśmy zawodowcami, rekordów świata bić nie będziemy, ale swoje słabości jak najbardziej. A czy jest coś ważniejszego i piękniejszego niż pokonanie własnych słabości? Tak mało do tego potrzeba. Wystarczy tylko chcieć. Dlatego pierwsze i najpierwsze primo to jest zechciej biegać. Tak na marginesie drugie i trzecie primo tak samo. A sprzęt, technika, zaawansowane treningi, wyniki? Na wszystko przyjedzie swój czas. Ja, kiedy spłynęła na mnie łaska biegająca, przez pierwsze tygodnie biegałem, a w zasadzie truchtałem codziennie około kilometra, półtora. I trwało to tak długo, aż stwierdziłem, że może warto spróbować więcej. Potem dopiero przybiegły pierwsze starty i tym podobne. Na początku było delikatne smakowanie, a dopiero potem zmieniło się w godniejsze … hmmm wpie… ok jedzenie. Gdyż tak naprawdę na wszystko przybiega odpowiedni czas. Podsumowując primo zechciej, a potem biegaj. To znaczy biegaj nogami, bo pot i tak Ciebie obleje.

Co to są zawody biegowe

Muszę przyznać, że ostatnio z lekka mnie zażyło.Jeden z komentujących mój opis biegów parkrun napisał krótko: „ Jeśli chodzi o ParkRun to mnie to wkurza, że jak wchodzę na kalendarz biegowy to nie da się tego filtrować i wywalić.To nie zawody bo nie ma medali ani pudła. No właśnie, co to jest?“ Muszę przyznać, że trochę mnie zażyło.Z racji, że staram się mieć otwarty umysł na różne sądy i oceny, nawet kiedy się nie zgadzają z moimi, dlatego zdecydowałem się popełnić wpis na ten temat.

Pierwsze pytanie nasuwa się samo: jaka powinna być prawidłowa definizja zawodów biegowych. Muszę przyznać, że próbowałem szperać w Internecie szuajac odpowiedniej definicji i tu nic, zero, nul, martwa pustka. Dlatego postanowiłem pobiec głębiej i wrzuciłem frazę: zawody sportowe. No i tutaj wybiegło parę definicji, z których najbardziej mi przypasowała definicja znaleziona na portalu Onet: „ Imprezy organizowane, mające na celu zrzeszyć ludzi uprawiający daną dyscyplinę, np. lekkoatletykę, by mogli konkurować między sobą o najlepszy wynik np. czas czy miejsce na podium. Pierwsze trzy miejsca zazwyczaj nagradzane nagrodą, pucharem, medalem lub dyplomem. Podczas zawodów zazwyczaj jest więcej niż jedna dyscyplina lub dystans lecz nie jest to obowiązkowe ;)“ Idąc tropem myślenia komentującego w moim odczuciu definicja zawodów biegowych w naszym amatorskim wymiarze powinna być trochę głębsza. Powinna ona łączyć w sobie powszechność startu, jednego, określonego dystansu,podanie wyniku poszczególnych biegaczy oraz klasyfikacji końcowej. I tutaj nasuwają się dwa kolejne pytania. Czy, aby wypełnić definicję niezbędna jest odpłatność za bieg, otrzymanie medalu, oraz osobnych pucharów, czy też nagród dla pierwszej trójki. No, ale jeżeli tak, podbiegniemy, to co z w takim przypadku z około 99.9% wszystkich biegających, którzy do tej trójki się nie dostaną? Czy medal, który tak naprawdę za grosze każdy może sobie kupić faktycznie jest tym godnym wyznacznikiem biegu zorganizowanego? A podium? Faktycznie są może prawie zawodowcy, którzy walczą i o medale i całą resztą. No, a co nam, zwykłym tuptaczom daje start w zawodach biegowych? Medal? Mam ich całe lustro w kibelku i całe pudło naładowane i nawet tam nie zerkam. Jaka tak naprawdę jest wyjątkowość medalu za imprezę biegową, jeżeli każdy i tak go dostaje?

Czy zawody biegowe muszą być płatne i to jest ich wyróżnik? To co w takim razie właśnie z biegami typu parkrun, gdzie nie płacimy, nie dostajemy medalu, ale wyniki, klasyfikacja jest? Czy to są inne zawody biegowe? Może lepsze, może gorsze, w zależności od tego jak kto to pojmuje. Jednak tutaj zwróćmy uwagę na jeden fragment uniwersalnej definicji. „ Pierwsze trzy miejsca zazwyczaj nagradzane nagrodą, pucharem, medalem lub dyplomem. „. Warto tu podkreślić słowo „zazwyczaj”, gdyż oznacza, mogą, ale wcale nie muszą. To nam chyba wyjaśnia, że zawody biegowe mogą zakończone otrzymaniem medalu, ale wcale nie muszą, jeżeli spełnione są podstawowe warunki: biorą udział osoby, które mogą w nich uczestniczyć, gdyż po spełnieniu określonych wymagań ( rejestracja, zakup pakietu etc) otrzymali prawo startu, biegną zgodnie z ustaloną przez Organizatora trasą, bez możliwości jej zmiany w trakcie biegu, po biegu otrzymują swój wynik i zostają sklasyfikowane. Do tego można definicje rozszerzyć o możliwość otrzymania medalu oraz dodatkowych nagród za uzyskanie danego miejsca, zazwyczaj w pierwszej trójce, lub za określoną przez Organizatora pozycję. Tylko trzeba podkreślić, że mogą otrzymać, ale wcale nie muszą, podobnie jak mogą płacić, ale też nie muszą. I to wcale nie znaczy, że są biegi lepsze i gorsze, tylko takie, które służą rozwojowi pasji, oraz wspomagania dzięki pomysłowi i wizji kieszeni Organizatora. Żeby było jasne nie mam nic przeciwko zarobkowi Orgów. Dobra praca powinna być zapłacona, ale pod warunkiem, że jest dobrze wykonana. Bo z tym to różnie bywa.

Co do definicji zawodów biegowych, z racji, że oficjalnej nie można nigdzie znaleźć, to można zaproponować taką: jest to zorganizowana forma biegania określonej w regulaminie grupy ludzi na danym dystansie, charakteryzującą się określonymi ustalonymi przez organizatora zasadami. W wyniku uczestnictwa w zawodach biegowych zawodnicy niezbędne jest podanie wyniku oraz klasyfikacji końcowej. Dodatkowo wskazane jest opracowanie w pisemnej formie regulaminu. W większości przypadków w wyniku ukończenia zawodów biegowych startujący otrzymują medale, a dla najlepszej trójki specjalne nagrody i wyróżnienia. Istnieje możliwość uzyskania wyróżnień w postaci osobnych nagród za uzyskanie określonych przez Organizatora miejsc.

I myślę, że na pierwszą wersję do dalszej obróbki wystarczy. I myślę, że na pierwszą wersję do dalszej obróbki wystarczy. Można jeszcze krócej? Można: biegniesz i zostaniesz sklasyfikowany ze swoim wynikiem. A to wszystko połączone z duchem czy upiorem zdrowej rywalizacji. Ale się dzisiaj rozpisałem… Ciekawe, czy ktoś dobiegnie do tego miejsca.

 

 

Czas kości rozruszać i stres odgonić

Ma początek jak zawsze w ty miejscu i czasie. Leszek Boy powodzenia na biegowych trasach.Kasia biegi ultra, to bajka dla zupełnie innej grupy biegającej, niż my zwykli tuptający, Parkrun Dąbrówka trzymamy kciuki za debiut, podobnie jak z Kościanem. Niech parkrun si dalej rozwija.

Ostatnie dwa dni muszę przyznać, że miałem bez tupania. Było to spowodowane różnymi zawirowaniami. No, ale weekend zapowiada się wolny, dobrze czy nie dobrze wolę nie roztrząsać, gdyż są sprawy, które tego bloga nie dotyczą, napiszę tylko, że muszę troszkę się odstresować, gdyż jak czasem los nam dop… dokopie, to trudno się odkopać. No, ale trzeba się wstrząsnąć i pójść, a raczej pobiec dalej do przodu. W każdym razie ostatnie dwa dni, to jak u Hitchcocka, najpierw trzęsienie ziemi, a od tego czasu napięcie dopiero zaczęło rosnąć. Mam tylko nadzieję, że od tego weekendu zacznie spadać, bo jak nie to to… wolę pomilczeć.

Dlatego dzisiaj sobie planuję trochę potupać i zaległości kilometrów nadrobić, a przy okazji doczepione karku napięcie połączone z niemałym stresem odgonić, przegnać, przepędzić i inne takie. Dzisiaj będzie więc swobodny układ biegowy. Najpierw sobie spokojnie parkrun zrobię, a potem biegusiem do domu. Parkrun, czyli moje ulubione biegowe miejsce, dzięki któremu ta moja pasja w dalszym ciągu płonie niezmiennym blaskiem. Bywają oczywiście tygodnie, a czasami nawet miesiące, kiedy nic się nie dzieje i nie mam opcji na Cytadelę się wybrać, ale świadomość tego, że w końcu się znajdzie wolna sobota i się uda wyrwać z taką radością pozwala z takim zaangażowaniem być skoncentrowanym na bieżących działaniach.   I myślę, że to będzie bardzo fajna od stresująca koncepcja życia i napiszę krótko, jak na razie w pełni się sprawdza.. Bo w końcu coś z tego życia mieć musimy. Nie możemy tylko brać, nie możemy tylko dawać, a życiowa równowaga musi być zachowana. Mi ją pozwala zachować właśnie biegowa pasja, której najjaśniejszą perłą są właśnie biegi parkrun. Ja wiem są begi bardziej renomowane, dłuższe, pozwalające bardziej się sprawdzić i w ogóle i w szczególe. Wielkie biegi płatne, gdzie nasz pasja znajduje pełne uwolnienie.  Jak dla mnie jednak to właśnie  parkrun jest moim największym motywatorem i  dzięki temu biegowi nie czuję się, jakbym biegał do kotleta czy też uprawiał sztukę dla sztuki.  Tak więc do wszystkich dzisiaj tuptających, niezależnie gdzie, niech moc kilometrów będzie z Wami.

Projekt na najdłuższy bieg na Świecie

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, masz rację, bieganie to jest tylko i aż bieganie i żadnych dodatkowych teorii dookoła niego krążących nam nie potrzeba. Co do mojej życiowej formy i czego zabrakło, a czego było za dużo, to masz rację temat na zupełnie inny wpis, który swoją objętością zawartości księgi mógłby sięgnąć. Wczoraj na facebook wbiegła mi przed oczy wizja zorganizowania biegu w Poznaniu. Ktoś może w tym miejscu powiedzieć: też mi halo, kolejny bieg w Poznaniu. Jest ich tam tyle, że nie ma w którą stronę się obrócić, by na tuptaną imprezę nie wlecieć.

Jednak ten bieg z kilku powodów będzie wyjątkowy i muszę napisać, że mam dosyć mieszane uczucia co do niego. Zaczynamy od tego, że będzie trwał trzy dni, w czasie ktorych mamy 8 różnych godzin startów do 8 różnych dystansów biegowych. Możemy pobiec 5 kilometrów, 10 kilometrów, półmaraton, maraton, a na dodatek 100, 150, 200 i 250 kilometrów. Ja wiem na razie wygląda to szalenie, ale uwierzcie, że jest jeszcze bardziej szalone. Mamy jeden termin na start wspólny od 5 do 250 kilometrów w piątek 18 sierpnia o godzinie 21. Wszyscy utrasi, którzy tuptają od 100 kilometrów wzwyż, biegną tak długo az mety nie osiągną. Cała reszta, czyli zwykli tuptacze, którzy mierzą się z dystansami do maratonów włącznie mają jeszcze 7 różnych terminów, by z różnymi dystansami się zmierzyć. I tak sobie mogą spokojnie w piątek zacząć na luzie od piątki. W sobotę np o 9 rano przyjść na dyszkę, a o 15 zrobić półmaraton, a w niedzielę o 15, kiedy trochę odpoczną zmierzyć się z Królewskim Dystansem. Przy okazji z boku mijają tych, którym w hardcore w duszy gra. Tak na marginesie limit czasu na najdłuższy bieg, czyli 250 kilometrów wynosi 48 godzin. Ale do tego jeszcze wrócę.

Jak na razie wszytko trochę szalone, ale w sumie do łyknięcia. Ja wiem że wszystkim zainteresowanym jedna myśl kiełkuje w głowie: gdzie w okolicach Poznania znaleźć trasy, na tak długie biegi. Okazało się, że nasz Organizator wpadł na pomysł, żebyśmy biegali dookoła Malty. I tak mamy jedno kółko czyli 5 kilometrów, niecałe 2 na dyszkę, trochę poniżej 4 na półmaraton, siedem z plusem na maraton, osiemnaście z plusem na 100 kilometrów i tak dalej i tym podobnie aż kończymy na 46 kółkach z maleńkim plusikiem na 250 kilometrów. To trochę jak pies, który goni własny ogon. Z drugiej strony, jak Forrest Gump mógł obiec Amerykę, to my jeziora maltańskiego 46 razy nie otoczymy? Na razie jeszcze zapisy nie wystartowały, regulaminu nie ma, ani informacji o opłatach. Jak napisałem, mam bardzo mieszane odczucia, szczególnie jak pomyślę o tych kółkach dookoła Malty. Z drugiej strony korcą mnie dwa wyzwania: piątek- piątka, sobota- dziesiątka, niedziela – półmaraton, ewentualnie piątek dziesiątka, sobota na rozgrzewkę o 3 piątka, potem na 9 parkrun, a o 15 półmaraton i w niedzielę po wyspania na 15 by z królewskim dystansem się zmierzyć. Jak szaleć to szaleć. Nie mam wątpliwości, że jest to szalony pomysł. Jak sobie pomyślę, tyle razy dookoła Malty. No i mam jeszcze jedną zastanawiająca uwagę: co z mieszkańcami którzy chcieli by w weekend przyjść wypocząć, pospacerować sobie nad Maltą? Na trzy dni przekazać najpopularniejsze wypoczynkowe miejsce Poznania tylko dla biegaczy ewentualnie do kibicowania? Nie wiem, czy lepiej byłoby robić kółka na Cytadeli. Tam przynajmniej jest równe 5 kilometrów, tyle że trasa nie jest taka prosta. Jeżeli ktoś zainteresowany podaję stronę:  https://www.najwiekszybiegnaswiecie.com/index.html
Domyślam się, że na razie wizja jest na etapie końca projektowania. Mimo moich wątpliwości trzymam kciuki by wypaliło, bo trzeba być trochę szalonym by na taki pomysł wpaść, a my szaleńcy musimy się trzymać razem. Oficjalna nazwa jak widać, to największy bieg na świecie. Tylko to troszeczkę w megalomanie wbiega, gdyż w jakim znaczeniu największy? Pod względem ilości startujących, rangi, bogactwa nagród, oprawy etc. Dlatego lepiej skupić się na dystansach i określić jako najdłuższy