Zahartowany jak biegacz

Wiele jest powodów, dlaczego warto biegać. Można napisać, że na ten temat stworzono już całe epopeje. Dlatego nie będę po raz n-ty powtarzał tak nam wszystkim znanych argumentów. Chciałbym za to dzisiaj zatrzymać się na jednym, który jest nam co prawda znany, ale nie tak bardzo rozdmuchany. Tym tematem jest nasza odporność na różnego rodzaju infekcje. Nie chcąc być gołosłownym zatrzymam się na konkretnym przykładzie.

Jak pisałem wczoraj brałem udział w biegowym dwupaku. Najpierw na 9 parkrun, a potem na 12.00 nad Maltą Bieg Sylwestrowy. Na biegi wyszedłem ubrany sportowo jesiennie. Oznacza to przewiewną, nie za bardzo ciepłą pierwszą warstwę i na to koszulkę. To, że długie spodnie to wiadomo. Kiedy wyszedłem na dwór i okazało się, że jest na minusie, to z lekka zęby mi zaszczękały. Miałem dwa wyjścia. Mogłem się wrócić i przebrać, albo pojechać samochodem. Stwierdziłem, że co ja cienias jestem i pojechałem tak jak stałem komunikacją miejską. Raz się żyje ( ale też raz umiera). W czasie parkrun się najpierw w czasie biegu rozgrzałem, potem na mecie spociłem, czyli klasyka. A mróz mnie całował swoim lubieżnym lodowym językiem.

Po praktun na Maltę. Tam na szczęście przed startem mogliśmy się schować w specjalnie do tego przygotowanym pomieszczeniu. Po biegu powtórka z rozrywki z parkrun, czyli najpierw rozgrzanie, a potem spocenie. Po wszystkim na szczęście posiłek także w pomieszczeniu, czyli można było trochę ochłonąć, ale to nie zmienia faktu, że znowu w mrozie do domu. Kiedy dotarłem muszę przyznać, że ręce mimo rękawiczek miałem zgrabiałe, a na plecach czułem igiełki lodu. Po wszystkim szybko do wanny, gorąca kąpiel i czekałem na infekcję, która po takim czymś powinna z radością nadbiec. I co? I nic, dzisiaj czuję się jak młody Bóg. Co prawda z tym młodym, to może pobiegłem z ostro, ale co mi tam.

Tak na zakończenie w wielu przypadkach po biegach wydawało mi się, że muszę się rozłożyć, bo to nie jest normalne biegać w takich warunkach. A jednak nic się nie stało. Ja wczoraj byłem ubrany w długi rękaw, ale widziałem hardocorowców z krótkimi spodenkami i w koszulkach tylko z naramiennikami. Jak na nich patrzyłem, to muszę przyznać, że nawet mi się robiło zimno. No, ale jak ktoś się ściga, to musi być naprawdę lekko ubrany. Można napisać, że po ubraniu zimą poznasz jakie cel ma dana osoba przed sobą. Jeżeli biegnie całkowicie na krótko, to wiadomo ścigacz, biegnie po godne miejsce. Jeżeli typowo na długo, biegacz klasyczny. A jeżeli a grubo (widziałem nawet w kurtkach, to tuptacz turysta, chce się przejść, a powiedzieć, że przebiegł. Też tak można.

Przejściowy, noworoczno – weekendowy czteropak startowy

No i zaczynamy ostatni weekend starego roku. Tak się akurat składa, że nowy rok zaczyna się równo z początkiem Nowego Roku. Jednak możemy już przyjąć, że zaczynający się wczoraj weekend jest przejściowym wprowadzającym nas prostą drogą w Nowy Rok. To będzie dla mnie w pewien sposób wyjątkowy weekend pod względem biegowym.

Pierwszy raz mi się zdarza, że w okresie 3 dni startuję w 4 biegach zorganizowanych. Ja wiem, że ktoś może napisać, co tam 3 parkruny i jedna dyszka. Toż to dla większości osób, które poważnie traktują swoje treningi pikuś, a nie wyzwanie. Może, jeszcze rok, jeszcze dwa miesiące temu bym tak samo napisał. Wiadomo, że moje czasy nigdy na kolana nie rzucały, ale by przebiec 5 i 10 jednego dnia, a po dniu przerwy machnąć jeszcze dwie piątki, nie robiło dla mnie większego problemu. Niestety zmieniły się trochę okoliczności przygotowawcze. Od prawie miesiąca biegam sporadycznie, dzieląc kilometry z urazem, który się przyczepił niczym rzep psiego ogona. Podczas biegania czuję kłucie w tylnej części uda i łydki. Może nie jest to jakiś przeszywający ból, raczej spory dyskomfort biegowy, ale biega się generalnie do pupy. Mogę śmiało napisać, że moja forma, stan przyggotowania i smopoczucie biegowego jest do … pupy, czyli zanurzone w mule sięgając dna. 

Co prawda od dwóch dni smaruję się zakupioną w aptece dicloziają, ale przez dwa dni raczej trudno naprawić czy raczej zregenerować nadwyrężone mięśnie. Dlatego dzisiaj przed pierwszą, a do tego bardziej skomplikowaną połową czteropaku ( w końcu piątka i dziesiątka) czuję wcale nie małą obawę, ale jak to się mówi, nie ma że boli, czasem musi. Z pewnością dzisiaj pobiegnę na dużym luzie nie goniąc czasu. Najważniejsze będzie by dobiec, a cała reszta… gonił to Stary Rok.

Dzisiaj z całą pewnością mogę napisać, że będzie się działo. I to takie działo, że niemal armata. Ale czy wypali, czy zrobi tylo puf i ledwie mruknie okaże się w okolicy godziny 13.00 Jedna jes pewne: żadnych życiówek, żadnego bicia czasu. Dzisiaj trzeba tylko dobiec. Chociaż przy moim obecnym stanie fizycznym, to tylko zmienia się w aż. Sam jestem ciekawy, jak to dzisiaj okaże. Z pewnością będę tuptał metodą na kalekę.A jaki wybiegnie z tego wynik i czy w ogóle, to się dopiero okaże. Dzisiaj może się dużo zdarzyć. Napisać mogę jedno: plan na dzisiaj mam, ale co z niego wybiegnie nie mam zielonego, różowego, ani żadnego innego pojęcia. 

Jeść czy biegać – oto jest pytanie

No i nadbiegł nam najbardziej jedzeniowy okres w roku. Jakąś taką niepisana tradycją jest, że w święta spotykamy się całymi rodzinami przy suto zastawionych stołach i jemy, jemy, jemy. W zasadzie przez okres dwóch i pół dnia czyli od wieczornej wigilii aż do końca drugiego dnia świąt w zasadzie tylko jemy. O ile w drugi dzień Świąt zdarza się nam jeszcze gdzieś wyjść o rodziny w gości, jakiejś aktywności fizycznej zażyć, to w zasadzie pierwszy dzień Świąt, to dzień po wyzwaniem wielkiego żarcia. Tak w skrócie: my tu jemy, my świętujemy, to czas na wielkie LB połączone z WŻ i pewnym wątkiem metafizycznym. Jestem ciekawy kto rozszyfruje co znaczą LB i WŻ.? Myślę, że to nie jest trudna zgadka.

No, ale takie siedzenie i jedzenie mimo że bardzo tradycyjnie zakorzenione w naszej świadomości, to jednak niesie za sobą pewne minusy. Po prostu siedzimy, jemy, żartujemy, oglądamy TV i pewnym momencie dobiegamy do wniosku, że tak nie można. Kalorie się w nas gromadzą przekształcając w zaciśniętą pełną energii pięść, która domaga się uwolnienia w jednym pełnym ekspresji ciosie wyzwalającym naszą potrzebę wolności i ruchu. Szczególnie dotyczy to tej grupy z nas, która na co dzień stara się jakoś aktywnie urozmaicać swój rozkład dnia. A tu siedzimy, jemy i powoli czujemy potrzebę wyrwania się do naszej pasji. Tylko jak to zrobić?

Czy wypada powiedzieć po sutych posiłkach w dzień po południu czy pod wieczór, kiedy wszyscy już siedzą i odpoczywają, że fajnie jest, ale my idziemy się zrelaksować robiąc nasze kilometry? Nasi najbliżsi są przyzwyczajeni i dla nich to normalne, ale co powie reszta rodziny. Z drugiej strony czy nas to interesuje co oni pomyślą i co powiedzą? No i tutaj pytanie: jest problem czy nie ma problemu, wypada czy nie wypada? Z drugiej strony czy tylko jeść, czy może raczej potuptać? No a jutro rano na 9 Cytadelę i parkrun, by kalorie w grupie parkrun wypalaczy się spotkać. Może być problem ze wstaniem i świątecznym śniadaniem, ale co tam raz się biegnie, a tyle razy je.. Jedno trzeba przyznać, w Święta nas dopada po raz kolejny w życiu hamletowski dylemat. Na szczęście jutro parkrun wybiega z super propozycją, co oznacza, że na 9 rano, mimo że to nie sobota spotkamy się na świątecznym po czy przed śniadaniu. W końcu święta świętami, a pobiegać trzeba. 

Trening rytmowy, interwałowy oraz tempowy

Tak, jak już kilka razy nadmieniłem we wpisach ostatnio zmieniłem mój sposób treningu wchodząc czy raczej wbiegając znowu na ścieżkę gonienia czasu. Już nie biegam sobie na zasadzie dla biegania, tylko urozmaicam mój trening trzema mocnymi jednostkami. Wygląda to następująco: w poniedziałek po moim tradycyjnym luzackim tuptaniu robię dziesięć mocnych „depnięć” tak na odcinku około 100 metrów, po których wracam do punktu startu i znowu. I tak jak napisałem 10 razy. Potem we wtorek robię coś w stylu treningu interwałowego. Wygląda to tak, że najpierw sobie robię około 4 spokojnie, a potem coś w stylu rytmów, ale wplecionych w ciąg treningowy. Czyli  tradycyjnie w myśl zasady szybciej – wolniej. Różnica między trenigniem poniedziałkowym polega na tym, że tutaj nie mam około 100 metrów po których zwalniam, ale na zasadzie minuta szybko, minuta wolno, czyli moja wersja intrwałów.

I tak dziesięć minut szybkich i dziesięć minut wolnych. Potem w środę dla uspokojenia biegowych zmysłów robię sobie spokojniejszy trening, ala tuptacz, a w czwartek idę na bieżnię i tam klasyczne tempowo, czyli ustalam tempo pokonywania każdego okrążenia na takim samym poziomie czasowym. Na razie mam za sobą jak mnie pamięć nie myli dwa i pół tygodnia. Czy i co mi to daje na razie nie wiem, gdyż nie miałem możliwości weryfikacji na parkrun. Mam jednak nadzieję, że wcześniej czy później ona nastąpi. Jak na razie się fajnie bawię treningiem. 

W tym miejscu muszę napisać, że taki trening daje naprawdę dużo frajdy. Raz, że coś się dzieje, zmieniamy nasz codzienny, często już jednostajny, a nawet nużący rytm i wprowadzamy coś nowego, czy po prostu możemy się bawić i cieszyć. Po drugie budzi się w nas powoli chęć zmierzenia się w czasem w zakresie naszych może i ograniczonych ale jakiś tam możliwości. A taka chęć zmierzenia zawsze wyzwala nowe, ekstra emocje. A co najważniejsze, coś się dzieje, coś się zmienia, carpe diem, wszystko płynie, a nie stoi w miejscu. I znowu idziemy, a w zasadzie biegniemy do przodu.

Strach przed bieganiem

Już parę lat temu jeden z dziennikarzy poczytnej gazety zamieścił w swoim artykule złotą myśl: „ Wy, fajni biegacze! Wy, którzy oddajecie swoje dusze fałszywym bożkom, Wy którzy budujecie pseudo ideologie wokół masowego sportu. Wy spokoju nie zaznacie, a podskórnie będąc świadomymi pustki waszych przekonań, coraz mocniej gardzić katolickimi korzeniami będziecie, co by wyprzeć je ze świadomości…”. Potem kolejny znany dziennikarz zamieścił sławetny, albo niesławny jak kto woli tekst o biegactwie. Ktoś inny dzieli się na innym forum swoimi przemyśleniami o szkodliwości biegania. Można dojść do wniosku, że są osoby, które boją się biegania, które chcą udowodnić, że bieganie jest niebezpieczne, szkodliwe i prowadzi do widocznych strat społecznych.

Niektórzy starają się tworzyć obraz, że osoby wierzące nie powinny biegać, bo przecież starty są w niedzielę, a kiedy do Kościoła i ogólnie czas dla rodziny, następuje przez bieganie osłabienie więzi rodzinnych. Muszę przyznać, że trochę to wygląda tak, że psy szczekają, a karawana biegnie dalej. Jak podaje strona salon24: „ W Narodowym Spisie Biegaczy z 2014 r. wzięło udział ponad 60 tys. osób, a co roku w Polsce organizowanych jest ponad 3 tys. imprez biegowych na różnych dystansach, otwartych dla amatorów. W niektórych uczestniczy po kilkanaście tysięcy osób.

Zjawiskiem biegania zainteresowali się socjologowie. Powstała nawet pierwsza książka analizująca fenomen biegania w Polsce pt. „Moda na bieganie – zapiski socjologiczne”. Jeden z jej współautorów dr Jakub Ryszard Stempień z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi przeprowadził badania ankietowe wśród uczestników łódzkiego maratonu w latach 2013-2016.

Zdaniem dra Stempnia, w Polsce moda na bieganie jest zdominowana przez przedstawicieli klasy średniej. Kobiety biegają głównie dla zdrowia, dla mężczyzn częściej ważna jest rywalizacja. Chociaż kobiety stanowią ok. 40 proc. populacji biegaczy w Polsce, to zdecydowanie mniej pań startuje w zawodach (zaledwie ¼ ogółu zawodników).”

Muszę przyznać, że jest to zabawne, jak wokół zwykłego przebierania nogami dla przyjemności, dla zdrowia, dla frajdy robi się wielką ideologię, tworzy teorię, analizuje pod względem socjologicznym i każdym innym. Jak dla mnie wygląda to na robienie sobie jakiegoś PR w oparciu o budowanie własnej jasnej czy ciemnej ale popularności. A tak naprawdę nie ma przynajmniej w moim skromnym odczuciu żadnej ideologii. Po prostu biegamy, bo mamy w tym frajdę i koniec. Każdy ma swoją metodę na spędzanie wolnego czasu. Jedni wolą aktywnie, inni nie. Ci co nie chcą aktywnie mogą sobie poczytać, inni oglądać TV, jeszcze inni leżeć w łóżku i nic nie robić. Ci co chcą bardziej aktywnie mogą chodzić na siłownie, ryby, grzyby, matę, ring, spacerować i co tam lubią. Jeszcze innym starczy kiedy się onanizują i też mają jakąś formę aktywności. My z kolei wolimy biegać i to jest cała filozofia i ideologia. Tylko tyle i aż tyle. A że są tacy, którzy się biegania boją? To już jest ich problem. Są też i tacy, którzy sie boją krasnoludków i nie lubią, kiedy inni są zadowoleni.

W sumie razumiem tych, co się boją bieganie. Bieganie to jest chęć zmian, dążenie do poprawiania siebie, doskonalenia swoich możliwości. A jeżeli ktoś wybiega z założenia:”jakim mnie Panie stworzyłeś, takim masz” to już jego wizja życia. I niech mu wybiegnie a zdowie

Treningowa gospodarka biegowa

Domyślam się, że wiele osób, które przeczytają tak napisany tytuł powiedzą: ale o co biega? Jaka gospodarka biegowa z treningami związana? Po prostu jak się chce to się wychodzi na trening, jak się nie chce to się wychodzi, a a treningu się biega tak jak zawsze i tyle co zawsze. Nie ma tutaj żadnej głębi, ani jakiegoś drugiego dna.

Napiszę krótko: z jednej strony jest to prawda. Jeżeli biegamy dla samego biegania, bez chęci ani potrzeby w biegach zorganizowanych startowania, to jak najbardziej się zgodzę, że brak w takim bieganiu głębi. Ot wychodzimy sobie na trening wtedy, kiedy nam pasuje i kiedy się chce, robie się tyle kilometrów ile się uważa z słuszne i gra muzyka. Nawet jeżeli wystartujemy w jakimś biegu zorganizowanym, to biegniemy sobie na luzie bez chęci i potrzeby przełamywania swoich czasowych możliwości. Nie ma głębi, nie ma drugiego dna, jest czysta nieskażona pożądaniem poprawy chęć tuptania dla samego tuptania.

Na jakiś czas tego typu tuptanie jest nawet miłe i przyjemne. Jednak w pewnym momencie nagle dobiegamy do wniosku, ze czegoś w tym bieganiu nam brakuje. Brakuj nam tego smaczku, tej chęci ciągłego poprawiania, polepszania, czyli procesów, które tak naprawdę są wpisane w naszą ludzką psychikę. Gdyby tak nie było, to byśmy nadal siedzieli w jaskiniach, nie myśląc nad sensem naszego bytu na tym ziemskim padole. I dotyczy to praktycznie wszystkich aspektów naszego życia i bieganie nie jest tu żadnym wyjątkiem. A jeżeli chcemy poprawiać nasze możliwości biegowe, gonić za życiówkami i przełamywać kolejne granice naszych możliwości, to niestety, albo i stety musimy w jakiś sposób wzbogacać nasze treningi. Musimy w jakiś sposób zarządzać naszą gospodarką treningową dookoła biegania się kręcącą. Musimy wprowadzać rytmy, podbiegi, robić trening interwałowy, bywać na bieżni, gdzie robić trening tempowy i wszelakie inne działania, które sprawiają, że nasze bieganie staje się szybsze i bardziej efektywne. Do tego niezbędna jest prowadzona z głową i zgodnie z zasadami sztuki nasza gospodarka treningowo-biegowa. Nie chcę tutaj się wymądrzać i dawać mądre rady, jak tą gospodarkę prowadzić. Od tego są specjaliści w tym zakresie. Jak ktoś nie chce mieć specjalisty, to w necie mamy także wiele porad, jak biegać lepiej, szybciej i bardziej efektywnie. Można korzystać z tych metod i szkół dokładnie tak jak jest napisanie, ale można też w jakiś sposób dopasowywać je do siebie. To, która metoda jest lepsza i bardziej do nas dopasowana zmodyfikuje i tak start w biegu zorganizowanym i uzyskany tam rezultat.

Wiem jedno: chcesz biegać szybciej? Musisz doskonalić swój warsztat, bo w przeciwnym razie zauważysz, że Twoje osiągi spadają. To stara zasada: kto się nie rozwija, ten się cofa, a stanie w miejscu ma w sobie moc destrukcyjną. Ale mnie korci by zakończyć… ale się powstrzymam i na koniec napiszę tylko ahoy.

Środki wspomagające bieganie.

Ostatnio na blogu dojrzałem kilka komentarzy dotyczących różnych środków wspomagających dla osób biegających. Kilka osób zachwycało się bardzo groźnie brzmiącym wspomagaczem nazywanym Napalm. W odpowiedzi ktos inny wrzucił następujący komentarz: „Jeżeli szukasz czegoś naprawdę mocnego to polecam Stimul8 od Finaflex.Napalm przy tym to jak niedzielny rosołek. Jeszcze wyżej znajdzie się Mesomorph na starej formule. Z tym środkiem jest z kolei taki problem że nabyciem go że starym składem. Oczywiście nie twierdzę że Napalm jest zły. Sam to obecnie pije od czasu do czasu. Jeżeli szukasz np tylko kefeinowego kopa to spróbuj Caffeine kick od Olimpu. Inna ciekawa alternatywa z tej firmy są ampułki Extreme Speed shot.
Warto też suplementowac się beta alanina. Według doniesień z kilku źródeł ma ona pozytywny wpływ na treningi biegowe a nie tylko siłowe (stimul8 ma ja w składzie). 5 minut w Google i znajdziesz wszystkie info. Tymczasem łyk napalmu i lecę biegać.”

Przyznam szczerze, że mnie zmroziło. Jestem osobą bardzo tolerancyjną i wybiegam z założenia, że każdy czy każda ma swoją biegową drogę. Jeżeli ktoś bez wspomagaczy nie wyobraża sobie biegania, to cóż jego wybór i prawo. Nie zmienia to faktu, że dla mnie osobiście to nie tędy droga. Zasada jest prosta. Jeżeli coś jest moją pasją, to sama pasja mnie napędza i po cholerę mi wspomagania. Biegam dla frajdy, dla mojej własnej przyjemności i nie muszę się szprycować jakimś nie wiadomo czym, bo nie wynik jest moim celem, ani jakiś chemiczny kop. Celem nadrzędnym jest krystaliczna przyjemność wynikająca z pokonywania kolejnych kilometrów tylko dzięki mojemu osobistemu i wewnętrznemu przygotowaniu i treningowi, a nie dzięki jakimś nie wiadomo jakim wspomagaczom. Bo jeżeli poprawie moje czasy dzięki wspomaganiu, to czy będzie to mój prywatny rezultat potu i wysiłku na treningu, czy może kupiony za kasę w aptece, czy u diabli wiedzą jakiego dealera? Do tego jaką mamy pewność, że wspomagacze nie demolują w taki czy inny sposób naszego organizmu i nie wróci do nas jako drug destruktor.

Podsumowując, dla mnie w bieganiu najważniejsza jest frajda i przyjemność. Aby ją uzyskać nie potrzebuję chemii czy innych pseudo naturalnych wspomagań wytworzonych na fabrycznych liniach. Jak chcę wspomagacza to wycisnę sobie na język cytrynę i mam taki pęd, że hoho. Tak naprawdę do następnej cytryny, bo uwielbiam te owoce wcinać bez niczego. A jak się człowiek potem wstrząśnie, to aż robi się miło. Tak jak napisałem na początku: nie osądzam, nie potępiam, gdyż każdy ma swoją drogę i robi ze swoim zdrowiem to, co mu serce i dusza podpowiada. Jeżeli musisz na siłę poprawić swoje czasy, a nie do końca chce się to robić naturalną, treningową drogą, Twój wybór, Twoja karma. Tak na koniec jeszcze chciałbym na chwile powrócić do Napalmu. Muszę przyznać, że nazwa bardzo inspirująca. Jak sobie wyobrażę sprint i moc biegową jaką można dostać w czasie nalotu dywanowego, gdzie spadają bomby napalmowe zmieniające wszystko w jedną pożogę. I wyobraźcie sobie teraz taki nalot napalmowy na Was organizm. Może i jestem czepialski, ale w życiu nie wziąłbym do ust czegoś, co się nazywa Napalm. 

Historia pewnej biegowej rywalizacji

Zgodnie z zapowiedzią chciałem dzisiaj wrócić do pewnej biegowej rywalizacji. Zazwyczaj, kiedy słyszymy słowo rywalizacja połączone z bieganiem, to skojarzenie jest proste: kto szybciej pobiegnie, kto osiągnie lepszy czas, kto stanie na podium, a kto nie. I jest to jasna i logiczna rywalizacja, która odbywa się między osobami o zbliżonych możliwościach, czy też potencjałach biegowych. Jednak są takie obszary biegowej rywalizacji, gdzie całkowity amator, biegający na bardzo przeciętnym poziomie czasowym może rywalizować z prawdziwym biegowym ( może w zakresie amatorskim), ale mistrzem.

Ostatnio pod jednym z moich wpisów znalazł się następujący komentarz: „… Nie mniej jednak jestem przekonany, że w liczbie parkunów Cię dogonię, to nic osobistego w zupełności Cię rozumiem, też miewam raz na kilka miesięcy ,,kryzys parkrunowy ” jednakże musiałem znaleźć coś co wywołała we mnie dodatkową motywację, bo pamiętam taki okres jak po pokonaniu pierwszej setki parkun, że przecież 109 czy 110 nie robi takiej różnicy, teraz tą motywację jesteś Ty ! Zacząłem prowadzić statystyki od stanu 169-118 ( parkrun 196, 7 maj 2016 ) więc jestem optymistą

Autorem tego wpisu był jeden z naszych parkrun mistrzów, czyli Grzegorz. Porównania naszych potencjałów biegowych nawet nie robię, bo co ja, gdzie moja życiówka na parkrun jest na poziomie 23 minut z hakiem mogę napisać do Gościa, którego życiówka jest na poziomie 17 minut i 32 sekund. Biegowego Sprintera, który w swoich 171 poznańskich biegach 27 razy był na biegowym podium, 6 razy wygrał, 11 razy był drugi, a 10 razy trzeci.  Jeżeli do tego dodamy wyjazowe gościnne wygrane w Katowicach, Gostyniu, Kutnie, Gorzowie Wielkopolskim, drugie miejsca w Gotyniu, Kołobrzegu, Toruniu, Wroclawiu, Kutnie, a trzecie w Kaliszu czy Lesznie, to mamy w 195 biegach około  38 miejsc na podium. Klasyczny biegowy kosmita. Gdzie tu jakiekolwiek porównanie i kto tu czyją powinien być motywacją. To tak, jakby polonez z pełnym bakiem gonił na torze Indianapolis Motor Speedway Ferrari w przygotowaniu startowym. Tyle, że Grzesiu nie może być moją motywacją, bo ja nawet nie mogę śnić, by zbliżyć się do jego zakresu czasowego. Jak widać po komentarzach Grzesiu sobie upatrzył mnie jako swojego motywatora przychodzenia na parkrun. Muszę przyznać, że dla przeciętnego biegacza jak ja ten fakt jest ogromnie nobilitujący, chociaż zdaję sobie sprawę z faktu, że wcześniej czy później z pewnością mnie dogoni. Jest to spowodowane moją nową pracą. Jak już parę razy napisałem od ponad roku działam w branży eventowej, i bardzo często realizacje mamy w czasie weekendów. Eventy dzielimy na trzy główne grupy: wyjazdy integracyjne, pikniki oraz różne wieczorne zabawy, gale i inne hulanki czy też swawole. W przypadku integracji wygląda to tak, że w piątek wyjeżdżamy, w sobotę wracamy, lub w sobotę wyjeżdżamy i w niedzielę wracamy. Kiedy mamy piknik to cała sobota od wczesnych godzin rannych na nogach, bo trzeba go rozstawić. W przypadku imprezy nocnej, także trzeba jakoś się od rana przygotować, no ale jest opcja by rano parkrun, a potem na rozstawianie, tyle co, jeżeli jst to gdzieś, gdzie nie ma parkrun? . Dlatego nie ma opcji przy Grzegorz przy swojej wytrwałości i uporze mnie nie dogonił.

Nie zmienia to faktu, że tak długo jak się da będę Grzegorzowi uciekał. Na razie mam 212 parkrun na swoim rozkładzie, Grzegorz 195, więc jeszcze bezpiecznie na kilka eventów mogę pojechać. Chociaż coś mi biega po głowie, by wyrównać trochę szanse.

Nowy weekend zaczynamy, za uciekającym czasem pobiegamy

Czasem, kiedy widzę, jak ten czas nam ucieka to zdarza mi się wpaść w melancholijny nastój. Jeszcze nie tak dawno człowiek świętował osiemnastkę, potem zdawał maturę ( jak mu się chciało), a tu ani się obróci, a połowa życia już za nami, albo i jeszcze dalej. Nie wiemy, kiedy co nam jest pisane, ale jak tak sobie myślę, to w moim przypadku do końca zdecydowanie bliżej niż do początku. Co prawda w pracy mi mówią, że moja pasja biegania wzięła się jeszcze z czasów, kiedy goniłem lub uciekałem przed dinozaurami, ale każdy dinozaur też ma swój koniec.

W tej chwili, przy tym tempie życia, przepływie informacji, to człowiek ani się obróci, a ledwo był poniedziałek, a już mamy piątek, czyli czas, kiedy spora grupa z nas ma trochę wolnego i może go wykorzystać na swoje prywatne pasje. W naszym przypadku to oczywiście szansa na zanurzenie się biegowym ciągu. Jedni startują w różnych biegach zorganizowanych, drudzy robią dłuższe wybiegania, a trzeci w jeden dzień starują, a w drugi robią wybiegania czyli biegowe wash and go. Tak się zastanawiam, czy nie jest to kolejny powód, dla którego biegamy.

Staramy się po prostu dogonić czas. Wiadomo, że szans na dogonienie nie ma żadnych, ale zawsze możemy mieć nadzieję, że może jakimiś cudem uda się tego dokonać, a kiedy przyjdzie opuścić ten padół zawsze będziemy mogli sobie powiedzieć: „ przynajmniej się nie poddaliśmy, walczyliśmy, staraliśmy się go dopaść”. A, że się udało… No cóż jak to mawiał klasyk: „nie sztuka złapać króliczka, sztuką jest gonić go”. O ile przyjemniej jest walczyć do końca niż bezwolnie oddać się jego przemijaniu. No i w tym nostalgicznym nastroju, jeżeli przeziębienie mnie jutro nie rozłoży na amen postaram się na parkrun pojawić. 

Na koniec jeszcze jedna refleksja mi się nasunęła. Jak pisałem, od paru dni krąży dookoła mnie jakaś infekcja. Do tej pory trzymała się w pewnej odległości. Raz bliżej, raz dalej, ale nie była ze mną całkowicie zespolona. Wczoraj, zgodnie z planem zrobiłem sobie dzień bez biegowy, no i dzisiaj mnie dopadła. Katar, kaszel czy wiadomo w czym rzecz. No i pytanie co teraz. Czy wziąć na wstrzymanie i czekać, aż się wyleczę metodą tradycyjną, czy podjąć rękawicę i walczyć z choróbskiem bieganiem. Na razie biję się z myślami. 

Wyścig z infekcją

 Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Chełmiec masz rację, jest to super inicjatywa. Proponuję się zgłosić. Bartek oczywiście zgadzam się z Tobą, że podczas takich wypraw w kupie raźniej.

Na początku muszę się szczerze przyznać, że nie jestem typem wyścigowca. Kiedy nawet startuję w biegach zorganizowanych, to głównie po, by pobiegać w miłym towarzystwie, trochę pogadać, spotkać się chociaż na chwilę w miłym towarzystwie, a sam efekt tuptania zbiega na dalszy plan. O tym, by się ścigać z kimś na trasie, to nawet nie myślę. Mogę napisać krótko: nie moja bajka, nie moje klimaty.

Jednak czasem zdarzają się przypadki, kiedy musimy trochę pogonić, a w zasadzie w moim ostatnim przypadku pouciekać. Jak już wspomniałem parę dni temu od weekendu goni za mną jakaś nie do końca miła infekcja. Kiedy mnie na chwilę dopadnie, to się zaczyna kompozycja kichająco-kaszląca. Z nosa płynie, z płuc wyziewne  churchanie, taniec kaszlu w gardle, chyba każda osoba zna te objawy.  Nic co by nas miło do życia nastrajało. Wręcz odwrotnie, jesteśmy w życiowym odwrocie. Wszystko nas drażni, nic tylko wziąć i się odciąć od wszystiego i wszystkich.  Była nawet chwila, kiedy myślałem, czy tradycyjną metodą nie wziąć urlopu i nie walnąć się na parę dni, by doprowadzić do stanu zanim infekcja wzięła mnie w obroty. No, ale postanowiłem, że się nie poddam i postanowiłem uciec przed choróbskiem. Mogę napisać, że działam dwutorowo: bieganie i cytryna

Najpierw w poniedziałek uciekałem treningiem tempowym na stadionie. Ustawiłem sobie określone tempo na okrążenie i hajda przed siebie. No i muszę przyznać, że infekcja nie potrafiła mnie dogonić. Najpierw nos się wysuszył, potem płuca złapały drugi oddech. Możliwe, że infekcji przez to bieganie w kółko zakręciło się głowie i dostała chorobliwego kociokwiku. Podsumowując mogę napisać, że jeszcze długo po zakończeniu treningowych kółeczek nie mogła do mnie znaleźć drogi. Kolejnego dnia znowu mnie prawie dopadła, ale potem we wtorek na luźnych, treningowych 10 kilometrach znowu jej trochę odbiegłem. Następnie przez całą środę próbowała mnie znowu dopaść, ale na olejnym treningu podczas interwałów znowu jej uciekłem. Trochę to przypomina gonienie myszki przez kotka, ale na razie myszka górą.  Do tego codziennie herbata z miodem i cytryną. Kompozycja i smakowa i zdrowotna. Sam jestem ciekawy, jak ta pogoń się rozwinie. Na razie uciekam jak mogę i ile sił w nogach. Tak w skrócie: moja metoda na infekcję? Bieg z miodem i cytryną. Powiedzmy sobie szczerze: jest to moja metoda na pewnym poziomie zboczenia życiowego i nikomu narmalnemu jej nie polecam.