Niepodległościowo parkrunowy dwustart biegowy

Sobotni, niepodległościowy poranek przywitał nas dosyć mało budującą deszczową aurą. Na szczęście, kiedy dotarłem na Cytadelę nieśmiałe promienie słońca rozjaśniały okolicę przebijając się przez straszący kobierzec chmur. Dzisiaj na parkrun dotarły niedobitki biegających, którzy co tydzień w strefie startu stają. Muszę przyznać, że parę osób podobnie jak i ja było już ubranych i przygotowanych do startu w Biegu Niepodległości, który miał się odbyć godzinę po starcie parkrun. Więc jak klasyk powiadał: „ krucza bomba, mało czasu” Na szczęście do startu mieliśmy żabi skok, więc pełni wiary i nadziei ruszyliśmy na start parkrun

Tutaj Robert z Grzegorzem, co już jest jest tradycją wygłosili słowo wprowadzające, po którym wystartowaliśmy. Biegłem dzisiaj na wielkim luzie i spokoju traktując parkrun, jako rozgrzewkę. Co prawda na ostatnim kilometrze zrównałem się z panią, z którą potem pogoniliśmy trochę sekundy, no ale tak to jest, bieg w kimś w parze wzbudza dodatkową adrenalinę. Zresztą muszę przyznać, że Pani dołożyła mi trochę paliwa do biegowego pieca, co przydało się wyjątkowo w kolejnym dzisiejszym starcie. Na mecie szybko się zeskanowałem i nie czekając na zdjęcie udałem się na start Biegu Niepodległości. Dzisiaj wynik na parkrun rozgrzewkowy, czyli powyżej 28 minut.

Po parkrun nie spiesząc się spokojnym krokiem poszedłem na start Biegu Niepodległości i tam, gdzie wszystko miało się zacząć dotarłem około 15 minut przez rozpoczęciem zawodów. Jeszcze tylko musiałem do przynależnej mi strefy startowej, bo trzeba przyznać że było bardzo rygorystycznie przestrzegane, by każdy znalazł się tam, gdzie powinien zgodnie z uzyskanymi w okresie ostatnich dwóch lat czasami. Jak pisałem ostatnie miesiące, to było u mnie biegowe dogorywanie i z czasów poniżej 50 na 10 kilometrów, cofnąłem się do ponad godziny w ostatnim moim oficjalnym starcie. Co prawda ostatnie dwa tygodnie to całkowita zmiana cyklu treningowego, ale czy zdążyłem w tym czasie coś poprawić nie miałem pojęcia. Ostatnie minuty do startu, ktoś coś gadał, jakaś muza leciała z boku, a adrenalina w 10 tysiącach osób czekających na start buzowała coraz bardziej. Jeszcze przed startem najbardziej doniosła chwila czyli odśpiewaliśmy Mazurka Dąbrowskiego. Muszę przyznać, że jestem osobą trochę starej daty i kiedy śpiewam Hymn Narodowy, to obowiązują mnie pewne zasady. Oznacza to, że zdejmuję czapkę, przyjmuję postawę zasadniczą i z pełnym szacunkiem i pietyzmem z całej piersi śpiewam. No niestety a może tak musi być czasy się zmieniają i ponad połowa panów nie tylko nie zdejmuje czapki, ale wręcz przestępując z niecierpliwością z nogi na nogę coś tam mruczy pod nosem, gdzie wyraźnie słychać tylko „ marsz, marsz Dąbrowski”. No, ale są to trudne słowa i nie każdy może spamiętać, jeżeli nawet jeden z bardziej rozpoznawalnych i znanych polityków śpiewa: „z ziemi polskiej do Wolski”, to czego wymagać od zwykłych tuptających.

Po Hymnie, w kolejnych rytmach, wyjątkowo motywującego kawałka, po którym czułem ciary na plecach ruszyliśmy by w naszej pasji oddać hołd tym, którzy oddali swoje życie byśmy dalej mogli czuć się Polakami. Trzeba przyznać jedno: sama trasa fantastyczna, biegło się super, do tego ogień rozpalający nas ze wszystkich stron. Gdzieś na początku trasy od osób kibicujących usłyszałem nagle kobiecy głos krzyczący: Paweł, Paweł. Nie mam pewności, czy było to skierowane do mnie, ale podziałało niczym ostrogi na konia wyścigowego. No i pognałem najszybciej, tak jak mogłem w tym dniu. Mijaliśmy poszczególne kilometry. A notowałem że zapowiada się w tym roku mój najlepszy wynik. Sama trasa, jak wspomniałem rewelacyjna. Co prawda na 6 czy 7 kilometrze mieliśmy jeden bardziej wymagający podbieg, ale co to jest jeden podbieg na 10 kilometrów. Ze szczególnym sentymentem przebiegłem obok Cytadeli i zaraz potem nastąpił finisz.Na mecie medal, ci którzy byli zorientowani dostali jeszcze rogala z wodą, ci co nie do końca o tym wiedzieli, z pustymi brzuchami wrócili do domu.

Co do samego medalu. Zapowiadano przed biegiem, że to najładniejszy medal w Polsce. Do tego miał to być najwspanialszy bieg w kraju. Odpowiem krótko: z gustami się nie polemizuje, a megalomanie trudno leczyć. W każdym razie ładniejsze medale mam w kolekcji. Z pewnością nic poważnego zarzucić nie można, bardzo poprawnie zgodnie z zasadami sztuki zrealizowane i przeprowadzone zawody, ale żadnej części ciała nie urwało. Dla tych, którzy pamiętają jeszcze skalę pięciostopniową ocen w szkole dałbym mocną czwórkę, a w obecnej sześciostopniowej może cztery plus. Bardzo mi brakowało miejsca po biegu, byśmy mogli usiąść, odpocząć, trochę ochłonąć. Było na zasadzie: bierz rogala i spadaj, a najlepiej nie bierz i od razu spadaj. Można by bardziej dosadnego słowa użyć, ale się postrzymam. Co do największych i najwspanialszych biegów w kraju, to w przyszłym roku musiałbym udać na Bieg Niepodległości do Warszawy, gdzie w tym roku biegło 18.000 osób i wtedy będę mógł napisać, kto jak sobie radzi w takich ekstremalnych trochę wyzwaniach. 

Co do wyników, to muszę przyznać, ż uzyskałem w tym roku mój najlepszy czas, co w pewnej mierze może być zasługą trasy, ale głównie sądzę, że zmianie cyku biegowego. Jeżeli miedzy dwoma startami w oresie jednego miesiąca mamy ponad 7 minut różnicy, to coś znaczy. Do tego mój najlepszy w tym roku czas w biegu na 10 kilometrów.

Ile i kiedy dni wolnych w czasie tygodnia biegowego

Na początku trochę z innej strony. Wczoraj dostałem wyjaśnienie od POSIR-u oraz Szpot-a w związku z konfliktem, który pojawił się między Opel Szpot a POSIR-em i zniknięciem z biegowego kalendarza cyklu darmowych biegów „Biegaj z Opel Szpot”, który był realizowany nad Maltą. Oba listy zamieszczę na blogu w przyszłym tygodniu. Listy stanowiły odpowiedź na moje pismo, skierowane do POSIR w dniu 29 października
http://biegaczamator.blog.pl/2017/10/31/dlaczego-biegaj-z-opel-szpot-zniknal-znad-malty/
oraz odpowiedź Szpot-a dotyczącej odpowiedzi POSIR-u Jak napisałem wyjaśnienie wstawię w przyszłym tygodniu.

Nie jest dla nikogo tuptającego tajemnicą, że najważniejszym elementem rozwijania naszej pasji jest nasz codzienny trening. On buduje naszą moc, nasze przygotowania do tego, co stanowi najsmaczniejszy dodatek do naszego tuptania czyli biegów zorganizowanych. To dzięki treningowi możemy się przygotować do tych startów i spijać z nich tuprozkosz. Tylko, ze trenować też należy z głową i zgodnie ze swoimi w tym zakresie możliwościami, by się po prostu tak rzecz nazwawszy nie zarżnąć.

Kiedyś trenowałem dzień w dzień, ale ktoś, kto zna się na bieganiu dużo lepiej od mnie powiedział mi, że jeden dzień przerwy to minimum. Są osoby, które trenują 5 razy w tygodniu, sa i takie które 4 czy 3 w zależności od potrzeb, samopoczucia i innych takich. Z racji, że moją wizją jest jeden dzień przerwy muszę się zastanowić kiedy ten dzień będzie optymalny. Do tej pory były to zawsze piątki, ale ostatnio jedna ze znajomych szybkobiegaczek stwierdziła że dzień przed planowanymi zawodami, które praktycznie zawsze są w sobotę nie jest dobrym pomysłem. Optymalnym rozwiązaniem jest czwartek, czyli dwa dni przed planowanym startem. Wtedy w piątek spokojna przebieżka i znowu wejście w rytm biegowy. A tak przerwa tuż przed startem powoduje wybicie z rytmu. No i mam teraz spory dylemat. Czy faktycznie lepsza jest przerwa tuż przed startem czy może jednak dwa dni przed. Myślę, ze trzeba będzie wypróbować ten drugi treningowo-startowy schemat. Jestem ciekawy, jak to osoby, które zaszczycają mnie swoją obecnością robią i który ze schematów im najbardziej odpowiada. 

Szukając własnej treningowej drogi,

 Ci, którzy mnie trochę znają wiedzą, że jestem typem indywidualisty. Owszem z przyjemnością poznaję inne spojrzenia, wysłuchuję z uwagą mądrych porad, ale i tak po wysłuchaniu z uwagą wszystkiego, trochę przytaknę, trochę wdam się w konwersację, ale i tak w efekcie końcowych zrobię po swojemu. Szczególnie, jeżeli dotyczy to spraw i tematów obejmujących mnie osobiście, a nie związanymi ze sprawami służbowymi, które wiadomo, że zgodnie z pewnymi standardami i założeniami narzuconymi z góry należy wykonać.

No, ale wracamy do tematu przewodniego mojego bloga. Od zeszłego tygodnia postanowiłem wbiec na drogę gonienia czasu, czyli nie biegania tylko dla biegania, ale dla jakiegoś celu, czyli w tym przypadku poprawy na wszystkich możliwych dystansach. Łatwe, to nie będzie, ale nikt nie mówił, że ma być łatwo, lekko i przyjemnie. Muszę przyznać, że przejrzałem sporą ilość dostępnych w sieci rozpisek i propozycji, ale jakoś żadna mi do gustu nie przypadła i postanowiłem jak zawsze po swojemu metodą prób i błędów. No i w zeszłym tygodniu był błąd, gdyż trochę za dużo tych rytmów, interwałów i innych takowych i w efekcie okazało się na parkrun, że zupełnie zabrakło mi pary. Dlatego ten tydzień znowu zmiana o zobaczymy co z niej wybiegnie. Na razie nie pochwalę się nową metodą, gdyż nie wiem, jakie będą rezultaty. Kiedy zauważę poprawę wtedy będę mógł napisać, że ta metoda się sprawdziła. Na razie eksperymentuję, przebieram, dokładam, odejmuję, czyli kombinacje biegacza amatora. Może i to trochę pozbawione sensu merytorycznego, ale jaką daje frajdę.

Nie mam oczywiście żadnej pewności czy testowana metoda się sprawdzi i na dłuższym etapie osiągnę to, co planuję. Ryzyko jest spore. Wiadomo, gdybym próbował wdrażać sposób opracowany, polecony i sprawdzony byłoby prościej, a przede wszystkim prościej. No, ale nie byłoby po mojemu. Muszę mieć pewność, że kiedy po eksperymencie stanę przed lustrem i spojrzę sobie w oczy, to będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć: „tak, to mój osobisty sukces, lub osobista prywatna klapa, za którą sam będę winny i nie będę miał możliwości zwalenia tej winy na kogokolwiek, a to jest odczucie bezcenne. 

Wyjątkowe projekty biegowe

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Dzięki panie Wiesławie, za informację, że jeszcze jedna osoba jest w naszej tabeli parkrun frekwencji w Poznaniu przede mną. A to, że w jakiś sposób motywuję o poprawy wyników, to już zupełnie super. Panie Włodzimierzu zgadzam się z Panem, parkrun to wspaniała sprawa.

Nedawno pisałem o parkrun, jako o najbardziej wyjątowym projekcie biegowym Swiata. Dzisiaj chciałbym rozszerzyć informację o trzy inne  wyjątkowe biegowe projekty, które są rozgrywane w naszym kraju. Daczego są wyjątkowe? Bo ich celem jest faktyczna promocja biegania, a nie chęć wykorzystywania naszej pasji dla zarobku. Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo za dobrą robotę warto zapłacić, ale są dowodem na to, że czasem dla niektórych promocja marki czy biegania jest ważniesza niż zysk

Informację o pierwszym dostałem na Facebook od jednego z biegajacych:

 „Biegam raz w tygodniu 5 lub 10 . jest to bieg cykliczny darmowy z pomiarem czasu. Każdy w trakcie biegu sam decyduje na ile biegnie . Bieg nazywa się Karłowicka Pętelką . W każdą środę o godzinie 19:00 . Zapraszamy wszystkich z Wrocławia i okolic i każdego z innych miast.” Super inicjatywa i myślę, czy w jakąś środę nie zebrać i nie odwiedzić Wrocławskiego Psiego Pola, gdzie ten bieg się odbywa. 

W Poznaniu też mamy taki super bieg. W zeszłym roku w nim biegłem, w tym się zgapiłem:30 września odbył się koleżeński Bieg dwóch mostów. Bez wpisowego i dodatkowych opłat.  Trasa wyznaczona jest pomiędzy mostami Przemysła i Królowej Jadwigi. Bieg wystartuje o godzinie 10:00, poprowadzą tegoroczni Mistrzowie Świata Masters w Bled. – Głównym peacemakerem będzie Gerard Bednarek, a towarzyszyć mu będą Paweł Szczepaniak, Marcin Czarkowski, Agnieszka Urbanek, Agata Wenc Czarkowska oraz cała rzesza naszych biegaczy maratończyków. Zapewniamy dobrą zabawę, nagrody oraz napoje i słodycze w punkcie odżywczym na wysokości Przystań Posnania oraz pamiątkowe medale i dyplomy. – informuje Przystań Posnania. Trasa biegu prowadzi malowniczymi terenami nad Wartą. Start i meta na wysokości klubu Posnania. – Pobiegniemy w kierunku mostu Przemysła, dalej na most i z mostu w kierunku mostu Królowej Jadwigi. Pobiegniemy 2 kółka i zakończymy bieg na wysokości klubu.- dodaje Przystań.” W tym roku się zgapiłem, ale w przyszłym będę pilnował.

Oczywiście nie sposób tutaj nie wspomnieć o kwidzyńskim Biegu Papiernika za którego organizacją stoi potentat czyli International Paper sp. z o.o.. Bieg bez opłat z pełną obsługą biegających, czyli noclegiem, posiłkiem, medalem i całą resztą tak wymarzonych przez biegających dodatków. No, ale to jest bieg robiony przez ogólnoświatowego potentata w swojej branży dla biegaczy. W zeszłym roku nie udało mi się dotrzeć, ale w przyszłym będę pilnował.

To są trzy propozycje, z którymi się spotkałem mniej lub bardziej osobiście. Podejrzewam, że jest ich dużo więcej. Będę wdzięczny o każdą informację, o tego typu wydarzeniu biegowym.

Pobiegane z Grzegorzem

Wczoraj i dzisiaj biegaliśmy razem z Grzegorzem. No i tutaj bynajmniej nie chodzi o naszego Grzesia, czyli Gwiazdę biegowo – organizacyjno – medialną z naszego poznańskiego parkrun, tylko wiaterek, a raczej orkanik, który  ochrzczono imieniem właśnie Grzegorza. Tak się zastawiałem, że w sumie mają coś wspólnego. Grzesiu na trasie czy podczas wsparcia podczas organizacji kolejnej parkrun lokalizacji też jest niczym orkan zmiatając z drogi sekundy a podczas zadań lokalizacyjnych problemy organizacyjne, które przed nowymi lokalizacjami są stawiane.

No, ale wracam do meritum tekstu. Nad Poznaniem, jak i całym krajem. jak pisałem Grzesiu od wczoraj biega, pozostawiając za sobą połamane drzewa, pourywane gałęzie i inne szkody łącznie z nocnym darciem papy z garaży czy budynków mieszkalnych. Na zdjęciu ten wpis prezentującym widać jak Grzesiu pobawił się z jednym z drzew przy ulicy Marcelińskiej w naszym mieście. Dzisiaj od rana wiało, padało i było ogólnie paskudnie. Z niecierpliwością czekałem na chociaż dwie godziny w wersji luźniejszej, by wyjść i zaplanowane kilometry machnąć.

No i koło jedenastej Grzegorzowi zaczęło się nudzić i trochę odpuścił. Wykorzystałem sytuację i ruszyłem w biegowy tan. Faktycznie pierwsze kilometry super i nawet trochę słoneczko się objawiło, no ale potem Grzesiu postanowił trochę ze mną zatańczyć. No i doszło mi kilka rytmów wplecionych w normalny trening, kiedy latającą czapkę gonić musiałem. Całe szczęście nie przecięło mojej trasy biegowej latające drzewo, gdyż wtedy chyba nawet nie zastanawiałbym się, kto ma pierwszeństwo. Kiedy tak biegłem goniąc czapkę różne myśi i wizje przez głowę mi przemykały. Tak sobie wyobraziłem, że gdyby ktoś robił sobie posiłek rodzinny na dworze, to mogły by jeszcze dojść latające spodki, kubeczki i cała grillowa zastawa kuchenna.. A może i schabowy czy kiełbacha z grilla z nieba by spadła. Niestety jak spadła, to nie w moim rejonie. Muszę przyznać, że taki piknik z Grzegorzem też miałby urok. Tylko ciekawe czy jest ktoś, kto byłby chętny na takie porywiste wrażenia. 

W każdym razie ja sobie dzisiaj z Grzegorzem pobiegałem i było nawet fajnie.

Bez wysikania nie ma w biegach startowania

Kiedy mówimy o przygotowaniu do startu zorganizowanego, to mamy przez wielu profesjonalistów wskazane drogi, które do startu nas mają odpowiednio poprowadzić. Są to oczywiście różne proponowane rozpiski biegowe do takiego czy innego wyniku prowadzące, ale przede wszystkim różnego rodzaju zasady regulujące nasze zachowania oraz przygotowania tuż przed startem. Mamy szereg mądrych porad jak się ubrać, co zjeść przed startem, jak się rozgrzać, po biegu rozciągnąć i szereg innych genialnych wskazówek.

Nie zamierzam tutaj w żaden sposób podważać, czy dopowiadać do elementów merytorycznych tematu, bo co ja taki przeciętny pożeracz kilometrów o tym mogę wiedzieć. Chciałbym się podzielić inną refleksją. Nie raz widziałem nawet na pierwszych kilometrach biegu, jak osoby startujące zbiegają z trasy i biegną za potrzebą w krzaczki czy do toi-toi przez organizatorów przygotowanych. Nie muszę dodawać, że jest to wybicie z rytmu, strata cennych sekund i mocne osłabienie naszej pozycji biegowej. Dlatego zawsze wybiegam z założenia, że przed startem wolę nawet dwa czy trzy razy zaliczyć toaletę zmuszając się na czasem na siłę do uwolnienia toksycznych płynów. Daje to potem na trasie taki luz psychiczny, że po prostu sobie biegniemy bez nagłych obciążeń pęcherza. Dlatego jak miałbym z amatorskiego punktu widzenia radzić, o czym nie można zapominać przed startem, to pomijając wszystkie fizyczne czy też mentalne elementy przygotowania biegowego i umysłowego, dodam jeszcze jeden i to bardzo ważny: nie zapomnijcie, aby się wysikać. 

Czasem nie jest to łatwe, gdyż kolejki to toi-toi przed startem są godne i niektórzy z nas odpuszczają, gdyż nie che im się tracić czasu na stanie. I tu jest problem, bo   z pewnością czego nie zrobimy przed, to możemy mieć dużą pewność, że wróci do nas w trakcie. Dlatego jak wybieracie się na sart nie zapominajcie o tym szczególe, bo lepiej się wysilić i zrobić raz za dużo, niż miałoby potem nas przypilić. I niech ta myśl przed startem nas nie opuszcza.  Fajnie jest podczas biegu gnać do mety, a nie zbaczać., a nasz start zmienić  na WCrun. 

Czas z człapania wejść na tuptanie

Muszę się przyznać bez owijania w bawełnę. Przez ostatni rok moje bieganie było z gatunku prawie pozorowanego. Co prawda robiłem jakieś tam dziennie kilometry, ale było to na zasadzie: wyjść, przetuptać, zapomnieć. Tak dla zasady, bo wypada, bo trzeba te ustalone kilometry zaliczyć. I o jest dobre określenie: nie przebiec, nie zrobić, ale zaliczyć. I koniec, nic więcej nie trzeba. No i taki trening musiał się przełożyć na osiągi startowe. Zarówno na parkrun, jak i w dziesiątkach, półmaratonie czy w końcu w najważniejszym tegorocznym starcie czyli maratonie warszawskim moje osiągi były na poziomie ledwie człapania niż biegania, a w porównaniu z moimi najlepszymi wynikami ( które tak nawiasem mówiąc, zaledwie do średnich ogólnych mogłem zaliczyć), to sięgnęły nie tylko dna, ale wręcz wbiły się głęboko w muł.

Jeżeli ktoś ma życiówkę na piątkę na poziomie poniżej 24 minut, a biega w okolicach 27, na dziesiątkę w okolicach 48, a biega na poziomie 55, w półmaratonie poniżej godziny i 50 minut, a nie może złamać 2 godzin czy w maratonie poniżej 4 godzin, a biega bliżej 6, to znaczy, że mamy biegową kaplicę i czarne mary.

W zasadzie do tej pory wisiało mi i powiewało, jakie to były czasy i tuptałem sobie bez głębszego sensu i dna. Ot, dla tuptania. No, ale człowiek się zmienia i czasem chce przeprowadzić kolejny życiowy reset. No i w tym tygodniu postanowiłem się wziąć za siebie. W niedzielę już sobie ostrzej potuptałem, w poniedziałek, zrobiłem mocniejszą jednostkę treningową jednym ciągiem na poziomie paru kilometrów, wczoraj z kolei trening interwałowy na poziomie około ośmiu kilometrów, gdzie zmiana tempa następowała po około 150-200 metrach, na przemian szybko i wolno, dzisiaj sobie zrobię spokojniejsze 10-14 kilometrów, a jutro po spokojnej dyszce około 10 rytmów na dystansie do 100 metrów. Potem sobota parkrun, w niedzielę może wybieganie na poziomie nastu,by wkrótce dobiec do dziestu, ale za tp znowu z interwałami i od poniedziałku powtórka. Mam jeszcze trochę czasu, ale już teraz ustalam sobie wstępne założenia na plan na przyszły rok: cel nadrzędny: maraton w Poznaniu, a jeszcze w naszym mieście chciałbym połóweczkę zrobić. No i dziesiątki, jak się uda, ale też nie ruszając się z miasta.

Jak to się mówi, trzeba zmieniać koncepcje życiowo -biegowe. Kto wie, może za rok tylko wyjazdy i to może na biegi poza granicami kraju? Ale to jeszcze przemyślę. Cel nadrzędny jest prosty: z ledwie człapania,trzeba się przenieść do prawie tuptania. Na bieganie i tak szans nie ma, ale potuptać zawsze można.

Czy powinniśmy przeprowadzić referendum, dotyczące biegów masowych

Jak to zwykle mam w naturze, chcę trochę namieszać w naszej biegowej świadomości. Dla nas biegających, co już nie raz pisałem solą naszej biegowej pasji, motorem ją napdzającym jest możliwość startowania w biegach zorganizowanych, ze szczególnym uwzględnieniem tzw biegów masowych, które rozgrywane są w dużych miastach. To są bez wątpienia prawdziwe perły, czy raczej diamenty w koronie naszej pasji. One stanowią jakby istotę całej naszej pasji. Cały miesiącami szykujemy się, by w nich wystartować, a możliwość przebiegnięcia się po głównych miejskich arteriach jest tym, co jest dla nas najcudowniejsze.

Temat, który powraca niczym bumerang: „ dla nas tak, ale co o tym myślą mieszkańcy?”. Wiadomo, jest grupa, którzy nam kibicują, wspierają nas i dodają nam biegowego kopa. Ale jest też spora grupa po drugiej stronie barykady, dla których jestem wrzodem na tyłku miasta. Kiedy biegamy sami dla siebie, czy gdzieś po różnych parkach nie utrudniając im życia, jest ok. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda,kiedy przez naszą pasję ich wolność zostaje ograniczona. I tu nawet nie chodzi tylko o tych, którzy nie mogą dojechać do centrów handlowych ( ale z drugiej strony dlaczego nie, ich prawo zostaje ograniczone), ale szczególnie tych, którzy pracując w różnych służbach publicznych, czy nawet w zwykłym handlu nie mogą bez problemów dotrzeć do swoich miejsc pracy. Wyobraźcie sobie, jesteście chirurgiem, pracujecie w szpitalu, obok którego przebiega trasa maratonu i tracicie około 1.5 godziny czasu by dotrzeć na dyżur. A w tym czasie niezbędny zabieg. Ok takie przypadki są szczególne i wyjątkowe, ale zwykła pani Kasia, która nie może dotrzeć za kasę do supermarketu , właściciel takiego sklepu,który pracowników musi opłacać, chociaż obroty w czasie tego typu wydarzenia na poziomie zerowym,przykładów można mnożyć, już nie raz je przedstawiałem, więc nie będę bił piany.

Napiszę krótko: żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, dlatego wszyscy mieszkańcy powinni mieć mieć prawo wyrażenia swojej opinii czy życzą sobie biegów masowych pod oknami i w jakiej ilości,czy może raczej  w skali roku. To byłoby uczciwe i sprawiedliwe, ale wiadomo, że nikt się nie odważy przeprowadzić takiego referendum, bo wynki mogłyby okazać się miażdżące. Dlatego lepiej i bezpieczniej żyć w ułudzie, że wszyscy są szczęśliwi, a biegi masowe nie są żadnym problemem dla mieszkańców miast, w których się odbywają. 

Czym jest rozgrzewka dla biegających

Jak pisałem rano, wczoraj odwiedziła nas na parkrun nasza ulubiona Pani redaktor z Winogradzkiej Telewizji Kablowej. Podchodziła do nas i zadawała nam jedno proste pytanie: czym jest rozgrzewka dla biegających? Pytanie tak proste, banalne i praktycznie takie bicie piany z tego wybiega,że aż nie ma co tutaj dodać . Hektolitry atramentu na ten temat już przelano.

Większość z nas się zawsze przed startem rozgrzewa, Ci rozsądniejsi na mecie jeszcze dodatkowo się „schładzają”, a konkretnie rozciągają. Wszyscy wiemy, że tak należy robić, że to jest niezbędne, ale pytanie brzmi: czym jest dla nas rozgrzewka. Nie pytam dlaczego się powinniśmy rozgrzewać, bo tutaj wystarczy wrzucić takie hasło w wyszukiwarkę i wyskoczy, tylko mądrych i merytorycznych argumentów, że tylko powtarzałbym to co było napisane, ale może w trochę innych słowach..

Ja chcę się zatrzymać na trochę inaczej sformułowanym pytaniu. Czym jest w takim razie rozgrzewka dla biegajacych? Mi nasuwają się dwa skojarzenia. Pierwsze grzeczne i cnotliwe jak cały ja, czyli rozgrzewka jest niczym śniadanie rano, przed rozpoczęciem całego, mocno eksploatującego nas dnia. Ona daje nam energii, siły, mocy na cały dzień, a w tym konkretnym, omawiany temacie  na bieg. Dzięki prawidłowo przeprowadzonej rozgrzewce nasze mięśnie i ciało otrzymują podkład, czy nawet podpałkę, dzięki której w spokoju i maksymalnym ograniczeniem ryzyka wystąpienia negatywnych zdarzeń możemy sobie pobiec . Tak, jak bez śniadania możemy zasłabnąć, tak bez rozgrzewki mamy zwiększone prawdopodobieństwo wystąpienia urazu. Oczywiście nie jest tak, że eliminujemy całkowicie ryzyko i prawdopodobieństwo, ale sproawdzamy je do poziomu, który jest już przez nas, a szczegółnie nasz rozsądek akceptowalny.

Idąc tym torem myślowym, aby jeszcze dosadniej to zobrazować napiszę, że rozgrzewka jest niczym prezerwatywa dla panów, czy wkładka domaciczna dla pań w czasie aktu seksualnego. Nie daje nam oczywiście stuprocentowej gwarancji że nie wyskoczy po 9 miesiącach niespodzianka noce nam zarywająca. Jednak, dzięki prawidłowo przeprowadzonej rozgrzewce otrzymujemy wysoki procent bezpieczeństwa oraz nawet spory psychiczny luz, że nie nastąpi niepotrzebna wpadka. A ile nam daje moc psychiczna w czasie biegu, to chyba wszyscy wiemy.

Dlatego rozgrzewka przed biegiem to mus, a po też jest wskazana jako uspokojenie i schłodzenie rozpalonego stosunkiem biegowym organizmu. Nie jesteśmy maszynami, tylko organizmami biologicznymi, dlatego jesteśmy narażeni na wystąpienie różnych urazów, kontuzji i innych takich. I jeżeli możemy to niebezpieczeństwo organiczyć dzięki tak banalnej metodzie, to róbmy to. Znamy metody i sposoby na rogrzewkę i nie wahajmy sie ich użyć,a jeżeli nie znamy, to w necie bez problemu je znajdziemy. 

Czy mieszkańcy większych miast nienawidzą biegaczy?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Marku i Maćku bardzo ciekawe komentarze wrzuciliście, ale odniosę się do nich jutro, bo to temat to poważniejsze przemyślenie, chociaż dzisiejszy tekst do nich  w jakiś sposób nawiązuje. 

Ciekawy artykuł sprzed ponad roku znalazłem na portalu aktywnieradioz.pl Tytuł artykułu jest dosyć długi, dlatego streszczę go maksymalnie, jak i cały artykuł. Przesłanie jest, że biegacze zadzierają a ludzie ich nienawidzą. I wybiorę najlepsze kawałki: „  No bo przecież tłum śmiesznych ludzi w legginsach właśnie sparaliżował całe miasto. Ulice są zamknięte, komunikacja miejska nie kursuje, końca peletonu „truchtaczy” nie widać, a oni muszą stać w korku. Jak żyć?” Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Zrobić to co ja, czyli też zacząć biegać. Właśnie stanie w korku i wściekanie się, że nie mogę jechać, bo oni biegną spowodowało, że na złość sam zacząłem biegać.

„ Nie tylko przeciętni mieszkańcy większych miast nie cierpią biegaczy. Okazuje się, że rowerzyści i rolkarze również mają im sporo do zarzucenia. W końcu biegają po ICH leśnych ścieżkach oraz ICH drodze w parku. Uważają, że „truchtacze” stawiają swoją pasję ponad wszystko i za nic mają tych, którzy uprawiają inne sporty. No przecież bieganie jest teraz takie modne, że nie ma innych tematów do rozmów. W autobusie, tramwaju, podczas spaceru – praktycznie z każdej strony słychać tylko ten temat. Wychodzisz ze znajomymi na piwo, nawet nie możesz się doczekać weekendowego kaca, a tu znowu bieganie. Halo, da się przed tym w ogóle uciec?”. No cóż nie możesz walczyć to się przyłącz, będę to powtarzał jak mantrę, bo sam tę drogę przeszedłem

„No bo kto przy zdrowych zmysłach wychodzi na 15-stopniowy mróz, żeby pobiegać? A no „truchtacze”. Mają te swoje kolorowe legginsy, odblaskowe buty i gadżety, a zimą już na pewno nie zawahają się ich użyć. Podczas, gdy ludzie trzęsą się z zimna na przystankach, „truchtacze” pokonują kolejne kilometry. Aż na sam widok ich ubioru robi się zimniej! Nieważne, że są zaspy po kolana i że chodniki zamieniły się w lodowisko – nawet wtedy z twarzy nie schodzi im ten denerwujący uśmieszek” Odpowiem krótko. Kto nie biegł w śniegu, mrozie, a nawet na lodzie, ten nie wie i nie potrafi sobie wyobrazić, jakiego walka z ekstremalną pogodą daje życiowego kopa

Nie będę więcej wrzucał, dodam tylko, że było o męce mieszania z biegaczem i jego przepoconymi rzeczami, endomondo oraz zapychania portali społecznościowych, a szczególnie Facebooka tekstami o bieganiu, które nie każdego interesują. No cóż takie życie, jak to się mawia: life is brutal, full of zasadzkas and sometimes kopas w p(d)upas. Jak nie możesz walczyć, to się przyłącz, a ile stresów odejdzie. A tak na zupełnym marginesie, to nerwy piekności szkodzą, a lepiej być pięknym czy piękną niż nerwowym czy nerwową.