Maraton nie wybacza zaniechań

Bieganie to taka trochę dziwna pasja. Wiadomo, że biega w niej o to, żeby biegać. Jednak bieganie dla biegania, mimo że fajna rzecz w pewnym momencie staje się nurzące i czegoś brakuje i jakoś tak trochę z małą ilością logiki, bo biegać dla biegania, to trochę jak masło maślane. Dlatego potrzebujemy jakiegoś dodatkowego wspomagania, kóre będzie nas dodatowo motywowało. Tym wspomaganiem są różne starty zorganizowane. To one tak naprawdę w pewnym momencie stają się niezbędne, bo dodakowo napędzają nasze biegowe pragnienia. Start w biegu zorganizowanym, walka na trasie, możliwość przbiegnięcia po miejscach, gdzie normalnie w życiu byśmy nie biegai, cała ooczka, trąby, fanfary, a nawet kolejny do kolekcji medal. To wszystko nadaje blasku, ognia i powoduje, że dalej w naszej pasji się zanurzamy, że staje się ona naszym narkotykiem. To start zorganizowany w takiej czy innej formie napędza naszego biegowego bakcyla.

Jednak każdy start jest inny i wymaga innego nasawienia i przygotowania, a przez co inny poziom adrenaliny, czy też wewnętrznej agresji w nas wyzwala. Kiedy startujemy w biegach na pięć kilometrów, nie ważne czy darmowym parkrun, czy innym to nasze przygotowanie i trening w zasadzie wystarczy się sproawdza się do tego, by chociaż e dwa czy trzy razy w tygodniu parę kilometrów sobie zrobić. Ot dla zdrowia i fantazji. Tak naprawdę każda zdrowa osoba, nawet bez specjalnego przygotowania może taki dystans pokonać. Tu nie potrzeba wielkiego przygotowania. W przypadku biegu na 10 kilometrów, to już troszeczkę trzeba mieć tych kilometrów w tygodniu poonywanych. Nie wymaga to jakiś wielkich przygotować, ale pewnej regulraności czy też sytemayczności w treningu, by chociaż te 20 kilometrów w tygodniu pokonać.W systuacji półmaratonu już jest trochę trudniej, ale ktoś, kto ma w sobie na tyle samozparcia, że chociaż te 3-4 razy w tygodniu w granicach dyszki na trening machnie, to jest w stanie ten dystans pokonać. Moje pierwsze połówki robiłem biegając codziennie około 6 – 7 kilometrów i to wystarczyło, by nawet by poniżej 2 godzin do mety dobiec.

Natomiast w przypadku maratonu, to już zupełnie inna bajka. Tu nie ma że boli. Każdy odpuszczony tre trening, zaniechny kilometr w czasie treningowego tup, tup już się na trasie może wielką czkawką odbić. Od maratonu wzwyż zaczyna już się może nie prawdziwe bieganie, ale bieganie na granicy normalności i rozsądku. Bo o nie jest normalne, by człowiek dla frajdy, czasu biegał sobie 42 kilometry. I jeszcze za to płacił. Może i nie normalne, ale jakie cudowne. Kiedy już dobiegamy do mety i widzimy, że daliśmy radę, to wiemy, że ten cały treningowy znój miał sens. Dlatego nie ma ż boli. Trening do maratonu musi boleć. A  im bardziej będzie bolało teraz, tym mniej może boleć na trasie. Bo, że bedzie bolało, to jasne. W końcu to maraton, a nie biegowa popierdółka. Tu nie można w czasie treningu nic odpuścić, bo potem maraton nam wystawi rachunek. Tak na marginiesie właśnie uświadomiłem sobie, że do Warszawy zostały mi dwa miesiace. Będzie się działo.

Bieganie to bardzo skomplikowana czynność

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Krystyna masz rację starty w narodowych barwach z okazji biegów o patriotycznym charakterze,
to zupełnie inny wymiar biegania.Ostatnio przypomniało mi się parę śmiesznych definicji komunistycznych, ale nie tylko . można napisać, że generalnie abstrakcyjnie biurokratycznych nazywających w skomplikowany sposób proste rzeczy czy czynności.
Większość z nas z pewnością pamięta definicję lufy: słup powietrza otoczony metalem czy kałuża – akwen wodny bez znaczenia strategicznego i wiele innych. Nie wiadomo dlaczego szczególnie kojarzone z różnymi służbami mundurowymi,: policją, wojskiem i innymi takimi.

Muszę przyznać, że postanowiłem się przebiec po mądrych portalach, by poszukać mądrych definicji związanych z naszą pasją. Nie ma problemu ze znalezieniem bardzo twórczych definicji.Jak my pojmujemy motywację, a jak się to ma do książkowej,
czy encyklopedycznej definicji. Odpowiedź jest prosta: motywacja, to chęć, pragnienie podjęcia jakiegoś działania. Wikipedia tłumaczy to w sposób bardziej złożony:
„Motywacja jest to stan gotowości do podjęcia określonego działania, wzbudzony potrzebą zespół procesów psychicznych i fizjologicznych,określający podłoże zachowań i ich zmian. Wewnętrzny stan człowieka, mający wymiar trybutowy.”. Można napisać: cholera bądź tu mądry i pisz wiersze. Niby taka prosta rzecz, a jakże skomplikowana. Ale to nie wszystko. Co to może być zgodnie z definicją biegi: ” czynność zaliczana czasem jako sport. Polega na systematycznym poruszaniu kończynami dolnymi,odpychając i przyciągają się na przemian. Doświadczeni biegacze używają ponadto kończyn górnych wykonując podobne ruchy, tyle, że nie na podłożu, a w powietrzu.” Muszę przyznać, że brzmi bardzo ciekawie.
A jak sądzicie, co to jest trening: „Trening sportowy – proces polegający na poddawaniu organizmu stopniowo rosnącym obciążeniom, w wyniku czego następuje adaptacja i wzrost poziomu poszczególnych cech motorycznych. Pojęcie treningu obejmuje także naukę nawyków ruchowych związanych z daną dyscypliną sportu.”
Specjalnie nie podaję źródeł, aby nie było, że się wyśmiewam z takiego czy innego portalu.

Muszę przyznać, że kiedy czytam te definicje, to dobiegam do wniosku, że bieganie jest cholernie skomplikowane. Czasem zdarza mi się bardzo się poważnie zastanawiać, po kiego tak proste czynności, tak skomplikowanie się ubiera. Może stworzymy normalne, dla praktycznie każdego zrozumiałe definicje. Nie wymyślone przez tak mądre głowy, że my nie jesteśmy ich w stanie objąć bez gromkiego śmiechu. Może to powinny być definicje biegających dla chcących biegać czy także radośnie tutpajacych..
Bo w końcu tu nie ma nic skomplikowanego, a może? Z drugiej strony poruszanie po podłożu nogami, a w powietrzu kończynami górnymi brzmi bardzo interesująco.

My amatorzy nigdy nie będziemy profi

Rano wrzuciłem tekst o bezpośrednim przygotowaniu startowym i co ono może dać nam kompletnym amatorom. Mimo tych rozważań i dobiegnięcia do wniosku, że nawet może się nam takie przygotowanie przydać, chcę mocno i zdecydowanie podkreślić jedno. Żaden z nas, takich prawdziwych tuptaczy amatorów, do których sam się zaliczam nie ma żadnych szans, by swoimi wynikami chociaż zbliżyć się do wyników zawodowców. Możemy sobie trenować jak oni, możemy robić nawet takie same kilometry, podbiegi, interwały, rytmy i cholera wie co jeszcze, ale i tak nie wybiegniemy nigdy poza amaorską skorupę swoich możliwości. Po prostu nie ma na to żadnej opcji. Nasze uwarunkowania i możliwości fizyczne, tlenowe, i każde inne powodują, że nasze miejsce w biegowym peleonie będzie zawsze zbliżone.

I tu nie ma znaczenia jak mocno do danego startu się przygotujemy. Możemy jeść pokonywaną trawę, wyciskać wodę z kamieni swoim upartym trenigiem, ale samych siebie nie przeskoczymy. Możemy poprawiać życiówki, cieszyć się jak dzieci z każdej kolejnej ukradzonej sekundy, ale to wszystko, na co nas stać. Kiedyś ktoś napisał, że biegi masowe, to jedyne takie miejsce, gdzie amator może zmierzyć się z zawodowcem i go pokonać. Zmierzyć, to się możemy wzrokiem, jeżeli spojrzenie takiego mistrza przez nas przebiegnie i na sekundę złapiemy błysk jego oczu. Bo tak naprawdę żaden zawodowiec nawet na nas nie spojrzy, no chyba że akurat jakimś cudem na starcie pchani poczuciem własnej mocy ustawimy się przed nim. Tyle, że nie będą to wtedy miłe słowa, którymi w swojej duszy nas obrzuci. Będziemy mogli się cieszyć, jeżeli głośno nie powie, co o nas myśli.

Tak, bieganie, a szczególnie biegi zorganizowane to bardzo specyficzna forma rywalizacji. 98-99% procent biegnących walczy ze swoimi słabościami, a pozostały jeden, góra dwa procenty walczy o kasę. Nam amatorom to tita i buczy, kto kasę zgarnie, bo my nawet nie myślimy, żeby do tych wyników się zbliżyć. Ostatnio znajomy po biegu się pytał: które miejsce zająłeś, czy coś wygrałeś? Kiedy mu powiedziałem, że nie biegam dla zarobku, tylko dla przyjemności, to zrobił wielkie oczy i spytał: to po cholerę wydajesz kasę, jeżeli możesz za darmo pobiegać po parku. Odpowiedziałem mu krótko: to po cholerę kupujesz ubrania, jeżeli możesz się odziać listkiem klonowym ( figowego u nas się nie znajdzie)

Ja, podobnie jak większość z nas  nigdy nie będziemy profi i się do nich nie zbliżymy. Ale to nie znaczy, że nie możemy biec za nimi po tej samej drodze i w tym samym biegu. A, to że przez to pakiet droższy, no cóż, ale walczymy z zawodowcami.

Pięć lat minęło

Właśnie uświadomiłem sobie, że od czasu, kiedy dopadła mnie moja biegowa pasja minęło pięć lat. Tak jest to już pięć lat. Muszę przyznać, że kiedy zostałem zarażony nigdy nie myślałem, że tak to się rozwienie. Ot, myślałem, że od czasu do czasu jakąś piątkę sobie gdzieś pobiegnę i to będzie wszystko. I te moje pierwsze treningi, to były takie biegowe popierdółki. Zresztą cel wtedy był jeden. Chciałem przebiec bieg z klasą i on był moją pierwszą startową motywacją, która kto wie, czy nie wyzwoliła właśne mojego tuptającego pragnienia.

Bieg z klasą miał się odbyć 16 września 2012 roku, a we mnie pragnienie, by w nim wystartować obudziło się właśnie w ostatnim tygodniu lipca. I miałem wtedy spory problem. Jak ja, zupełne i całkowite biegowe antytalencie miałem się przygotować do mojego pierwszego startu? Zresztą wtedy nawet nie myślałem, czy to będzie pierwszy i co po nim sie stanie. Chciałem raz w życiu pobiec w biegu zorganizowanym. Nie miałem zielonego, różowego ani w żadnym innym kolorze pojęcia o tym jak sie przygotować, na co zrócić uwagę. Nawet w necie nie rozejrzałem się po treningowych rozpiskach. Coś mi wtedy napłynęło do głowy, żeby trenować robiąc codzienne parę kilometrów. Nie były to jakieś wielkie odległości, ot z dwa, góra trzy kilometry, ale robiłem to codziennie. No i po sześciu tygodniach takiego tuptania pierwszy raz pobiegłem w biegu zorganizowanym. Czas był wtedy zupełnie abstrakcyjny, żeby nie napisać, że fatalny, bo 35 minut na trochę ponad 5 kilometrów ( jedno obrkążenie Malty) to nawet obecnie, przy moim obecnym, zupełnym dnie pięciokiometrowego tuptania, nie jest możliwy do ogarnięcia i zrozumienia. No, ale wtedy tyle pobiegłem i byłem sam z siebie cholernie zadowolony, że udało się dobiec. Dla takiego kompletnie tuptającego laika jakim wtedy byłem, była to radość, szczęście, że dałem radę i dobiegłem. No, a potem to już pobiegło hurtem. Jakoś udało mi się gdzieś tam jeszcze pobiec i wtedy spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun, na którym pojawiłem się na początku października. I od tego czasu moja biegowa pasja zapłonęła pełnym ogniem.

Na początku tylko piątki i myślałem, że poza ten dystans nigdy się nie wychylę. Jednak po roku kolejne pomysły zwiększania startowych odegłości napłynęły. Najpierw dziesiątki, po kolejnym roku półmaratony, i na końcu Królewski Dystans. Taka biegowa progresja startowa. No i co będzie dalej? Zobaczymy jak to dalej pobiegnie.

Wstań i biegnij, bo bieg to też walka

Motyw przewodni, by wstać i podjąć walkę pojawia się w wielu utworach muzycznych. Pamiętam, kiedy jeszcze w czasach Ogólniaka byłem na Metalmanii w Katowicach ( tak się jeździło i słuchało), to pierwszy raz spotkałem się z tym motywem w słowach kapeli Destroyer: ” Czarne Okręty”. Potem ten motyw pojawiał się jeszcze w utworach Katarzyny Kowalskiej czy Moswy. Także motyw powstania i takiej czy innej walki pojawia się w utworach kapel nie tylko polskich.

No, ale nie o muzyce chcę teraz skrobać.. Z coraz większą radością obserwuję, jak coraz więcej nas biega. To już niemal nasz narodowy sport. Nie ma opcji, żeby rano jadąc do pracy, po południu z niej wracając czy poczas swoich codziennych treningów nie spotkać kogoś, kto także tupta. Od razu w mojej wyobraźni tworzą się obrazy. Widzę przeciętnego przestawiciela naszego społeczeństwa, takiego jak ja sam jestem, kiedy siedzi w domu opychając się chipsami, oglądając TV, popijając napój chmielowy, który nagle odrzuca o wszystko i tak samo jak ja te 5 lat temu podchodzi do lustra i mówi do siebie: to już koniec, trzeba coś zmienić, nie można żyć dla trwania, bo czegoś brakuje. I podejmujemy dcyzję o rozgrywaniu naszej właśnej osobistej walki ze słabościami. Różne mogą być formy tej walki, ale dla nas tuptaczy czy tuptaczek tą walką jes właśnie bieganie.

Bieganie to jest specyficzna forma walki. Tutaj walczymy z naszym wrogiem wewnętrznym, który sprawuje pieczę nad tym, by nasza akywność była sprowadzona do zera, ewentualnie maksymalnego minimum ( w końcu trzeba w sklepie pochodzić, czy sięgnąć ręką po pilota, ewentualnie przejść się do kuchni po jedzenie czy picie). W jego odczuciu ( tego naszego wroga), każda inna, wymagająca większego wysiłku aktywność życiowa jest zbędna i nie prowadzi do niczego dobrego. Człowiek z natury może nie tyle, że jest leniwy, ale wygodny i lubi maksymalnie sobie upraszać życie. Dlatego tworzy samochody, komputery, telefony oraz szereg takich czy innych rozwiązań, które tworzą nasze życie ławiejszym. A jeżeli nasze życie ma być łatwiejsze, to po co je utrudniać męczącym hobby? Można zbierać znaczyki, grać na kompie i mieć szereg innych rozrywek i pasji, które nie zmuszają nad do walki z samym sobą i naszym leniwym ja. Dlatego to leniwe ja zawsze jest przy nas i nam miód czy trucizne ( w zależności jak kto to określa) sączy do ucha.. A co my zrobimy? Mamy dwa wyjścia. Albo nic, bo zycie jest na tyle skomplikowane, że bez sensu je sobie jeszcze utruniać, albo przebrać się w sportowe ciuchy i wyjść przed dom, by z kilometrami i własnymi sabosciami wlaczyć. Wybór należy już do nas. Niech każdy wybiera to, co mu bliższe. Życie wygodne nie jest złe, ale czy jest pełne, to już zupełnie inna bajka.

Ile potrzeba nam czasu, aby przygotować się do maratonu

Muszę przyznać, że temat dzisiejszego wpisu wywołał wrzucając wczoraz godny komentarz na temat przygotowania się do startu na Królewski Dystansie Gieorgij. Pominę tutaj może stronę biznesową jego propozycji, gdyż jak kto się chce z nią zapoznać i zapłacić za instruktaż przygotowawczy, to wystarczy wbiec na wczorajszym mój wpis i zapoznać się komentarzem. Z pewnością komuś, kto będzie się do niego stosował pomoże.

Mnie natomiast dzisiaj interesuje inny temat. Ile realnie potrzeba czasu, by przygotować się do startu na Królewsim Dystansie i czy można się opierać, na opracowanych przez teoretyków i praktyków i wypróbowanych na innych metodach, rozpiskach zwał, jak zwał. Podejrzewam, że tutaj nie ma reguły. Każda osoba jest inna, ma inne przygotowanie, inne możliwości, inną psychikę. W moim oczuciu trudno wrzucić wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a teraz jedna łapka w górę i robimy 10 km, a jutro piętnaście a pojutrze jeszcze więcej. Pamiętam, jak mnie Andrzej przygotowywał do maratonu w Poznaniu, to najpierw zoabaczył raz, drugi, trzeci jak biegam, wskazał błędy, a dopiero potem ruszył z rozpiskami. I co ciekawe, do maratonu w Poznaniu, gdzie czasu na przygotowanie mieliśmy około 6 tygodni przygotował mnie tak, że 4 godziny złamałem. Potem do Dębna, Krakowa i do Wrocławia, mimo, że czasu było bardzo dużo do przygotowania i jechałem na pełnym gazie, to wynikowo wybiegła jedna wielka rozwodniona kupa. I można napisać, bądź tu mądry i pisz wiersze.

I tutaj nasuwa się pytanie. Ile potrzeba czasu, by się dobrze przygotować do maratonu. A może potrzeba nie tylko czasu, ale też pomocy z zewnątrz, na zasadzie: do maratonu trzeba dwojga… a może trojga, a może całej grupy. Trudno tutaj dobrze wyrokować. Tak jak już nie raz pisałem, każda osoba jest inna i posiada inny potencjał i możliwości tuptajace. Dlatego wrzucanie wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a ja każdego przygotuję, jest trochę jak obietnice polityków przed wyborami. Piękne, klasowe wodolejstwo, na które z radością dajemy się łapać. Natomiast myślę, że jest jedna, klarowna odpowiedź na pytanie: ile potrzeba czasu, bym dobrze przygotował czy przygotowała się do maratonu. Brzmi ona: tyle, ile będzie potrzeba i ani chwli dłużej. I myślę, że to zamyka w jakiś sposób temat.

No to sobie pospacerowaliśmy

Wczoraj wieczorem moja żona namówiła mnie,by pójść o godzinę 9 wieczorem na spacer do parku Adama Mickiewicza, gdzie ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że było tam ponad 10 tysięcy także spacerujących Poznaniaków. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy okazało się, że wszyscy mieli przy sobie świeczki, latarki oraz inne  świecące precozja. Jakimś cudem okazało się, że w torbie, którą wręczyła mi moja szanowna małożnka było pięć świeczek i jeszcze dwie latarki.

Muszę przyznać, że atmosfera spaceru była wręcz wyjątowa. Był nawet wodzirej, , który dla tak licznej spacerujacej grupy przygotował odpowiednią część artystyczną aby każdy czuł się odpowiednio dopieszczony. Nie tylko samego spaceru dla spaceru, ale wzbogaconego ekstra elementem wspomagającym, oraz spinającym poszczegółne elementy w jedną spójną, ale jakże intrygującą całość. Były i występy aktorów oraz osób, które miały coś wyjątkowo ciekawego do powiedzenia. Organizatorem spaceru tak naprawdę był każdy jego uczestnik. Muszę przyznać, że przeżyłem pewne daja vu. Ostatni raz na spacerach o podobnym charakterze brałem udział także w tych okolicach naszego miasta w roku 1989. Co ciekawe, wtedy szliśmy w jednej grupie z osobami, które obecnie znajdują się po przeciwnych stronach spacerujacej barykady. Mówimy o tych, którzy protestują spacerując, jak i tych, którzy w taki czy inny sposób ich starają się ośmieszyć czy zdyskredytować.

A tak zupełnie poważnie, to znowu czuć, że jest moc społeczna. Ponownie, jak w roku 1989 ludzie z wielu niezwiązanych z sobą środowisk czują się połączeni jedną myślą, ideą, pragnieniem. I tym pragnieniem jest znowu nasz kraj. W sumie jest to piękne, że mimo różnic majątkowych, społecznych, intelektualnych czy kulturowych znowu spotyakmy się krzycząc jednym glosem. I znowu stajemy się narodem, a nie grupą pojedyńczych indywidualistów, gdzie każdy pędzi za swoimi indywidualnemy celami. Już nie każdy powie: ” mi to tita, bo i tak nic nie zrobię,  a mam ważniejsze rzeczy na głowie”. Nie, wielu nas dostrzega zagrożenia i póki można je jeszcze w miare rozsądny i bez rozlewu krwi, czasem żartem, czasem perswazją sposobem wyeliminować, to starają się robić. Kolejne spotkanie dzisiaj o 21.00, tym razem pod Areną. Sam jestem ciekawy ile osób przyjdzie. Celem spotkań jest walka o niezależność sądów i utrzymanie świętego prawa demokracji opierajacej sie na trójpodziale władzy z niezależnymi sędziami, a nie wybieranych po linii partyjnej. I tak naprawdę to dotyczy każdego czy każdej z nas, bo wszyscy mamy święte i niezbywalne prawo do sądzenia przez niezależny sąd.

Co ciekawe barzo dużo było wczoraj osób z mojego rocznika, którzy w dorosłość i na naze pierwsze wybory szliśmy właśnie w pamiętnym 1989 roku.

Motywacja do biegania

Dwa dni temu popełniłem wpis na temat trenerów biegania. Tak poważnie się zastanawiałem, w czym szczególnie pomoc trenera może być nam zwykłym, szarym tuptaczom potrzebna? W końcu czasy mamy, takie jakie wytuptamy i są takie, a nie inne i raczej trudno przy naszych własnych, możliwościach fizycznych je poprawić. Trener może nas zaklinać, czarować, chuchać, dmuchać, ale nie jest w stanie pomóc nam w przekroczeniu granic, które tkwią w naszej świadomości i ciele. Jednak bardzo fajny komentarz wrzuciła mi Karolina. Zgodnie z jej słowami, pomoc trenera to wcale nie rozpiski treningowe czy porady jak stawiać nogi by biegać, nie człapać. To wszystko jest fajne, ale jest dodatkiem do najważniejszego zadania, które przed każdym biegowym trenerem stoi.

Tym zadaniem jest wyzwolenie w nas , czy może raczej uwolnienie biegowej motywacji. Powiedzmy sobie szczerze, ona jest w naszej pasji najważniejsza. Bo pasja pasją, ale jak motywacja nam spada, to już nic nam nie pomoże. I w takiej sytuacji niczym odsiecz  pod Wiedniem naciąga przyjmując postać Jana III Sobieskiego trener biegowy, rozbijając niechęć i brak motywacji w drobny mak. On ją na nowo budzi i powoduje, że całe nasze ciało przepełnia na nowo biegowe pożądanie. Muszę przyznać, że poważnie na tymi argumentami przemyślałem i muszę przyznać, że coś w tym jest. Oczywiście jest wielu z nas, którzy sami w sobie potrafią auto motywację wzbudzić i nie potrzebują żadnych czarów, ani kadzenia, ani wyzywania, czyli wszystkich możliwych do wykorzystania elementów motywacji. Jednak dla wielu, szczególnie dopiero wkraczających na biegowe ścieżki taka motywacja może okazać się bezcenna. Gdyż właśnie w tym początkowym okresie nasz pasja jest narażona na różne pokusy, które mogą ją przepędzić. I tu trener objawiony staje się naszym tuptającym zbawcą. Ja nie oceniam, nie krytykuje, ani też nie potępiam korzystanie z takiej pomocy. Każda osoba biegająca ma swoją biegową karmę i ona jej biegowe ścieżki prowadzi. I jeżeli uważa, że niezbędne jest pojawienie się na tej ścieżce biegowego trenera, to niech drogę dla niego prostuje, ozdabiając ją girlandami. Jak potrzebuje, każda osoba ma prawo dokonania optymalnego dla siebie treningowego wyboru.

Muszę przyznać, że fajną miałem motywację do przyciśnięcia trochę czasu podczas Cytadela by Night.  Biegły przede mną dwie biegaczki z lubońskiego klubu biegacza i trzeba przyznać, że fajne trzymały tempo. Goniłem za nimi przez pierwsze okrążenie i na początku drugiego udało mi się je wyprzedzić, jednak cały czas czułem na plecach ich oddech. I tak gdzieś na ostatnim kilometrze do mnie obiegły, co wyzwoliło we mnie dodatkowego tuppowera. No i może wstyd się przyznać, ale na tym ostatnim kilometrze znowu na paręnaście sekund im odbiegłem. Ale motywowały mnie wyjątkowo.

Czy warto mieć trenera

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, rozumiem, że tym komentarzem, chciałeś prowokacji dokonać. No, ale chyba nie wybiegło. Karolina trzymam kciuki za opuszczenie bieżni, wierzę w Ciebie.

Nie tak dawno pod jednym z moich wpisów odezwał się Pan, który twierdził, że osoba biegająca sama z siebie i bez zewnętrznego wsparcia daleko nie dobiegnie. Z pewnością nawiązuje to do nowego zawodu, który ostatnio pojawił się w branży usługowej. Oczywiście biega tutaj o osobistych trenerach. I to zarówno rozwoju w szerszym zakresie, jak i nakierowanych na daną dziedzinę. Ja z wiadomego powodu, zatrzymam się na tym drugim rodzaju trenerów, doradców, których obszarem działania jest nasza pasja, czyli bieganie. Kiedy wpiszemy sobie w wyszukiwarkę frazę: trener biegania – oferty, propozycje i inne takie, to wybiega nam tyle wyników, że nic tylko przebierać, wybierać i inne takie.

Można to posumować, że jak jest chłonny rynek, coraz więcej osób w naszym kraju biega, to wyciągają do nas ręce znawcy tematu, którzy powiedzą krótko: chcesz biegać dobrze, zgodnie z zasadami, bić życiówki, przekraczać granice swoich możliwości? Sam nie jesteś w stanie tego zrobić. Potrzeba ci pomocy, porady, a tylko z zawodowym wsparciem specjalisty w tym zakresie możesz swoje wymarzone wyniki osiągnąć. Nie mam wątpliwości, że tego typu porady wsparcie się przydaje ścigaczom różnej maści, którzy walczą nie tylko o czasy, ale i miejsca. Dla tych Mistrzów amatorskich tras porady na zawodowym poziomie są ja najbardziej wskazane.

Pytanie jest inne. Czy nam zwykłym przeciętnym amatorom takie wsparcie jest potrzebne? Mamy tutaj dwa spojrzenia. Fani takiego wsparcia, jak i sami wspierający powiedzą powiedzą krótko: tak oczywiście, nawet najbardziej przeciętny tuptacz może dzięki takiej pomocy poczuć smak życiówek i przełamać bariery, czyli same biegowe cuda na kiju. Zasada jest prosta: chcesz dobrze biegać? Musisz mieć trenera, bo on Ciebie dobrze poprowadzi.  Drugie spojrzenie jest przeciwieństwem pierwszego. Po co trener? W necie znajdziesz wszystko, a dla zwykłego tuptania kilometrów nie jest nam potrzebne żadne wsparcie. Po kiego czorta nam tuptaczom czy człapaczom trener?

Z pewnością inne spojrzenie, porada znawcy tematu się zawsze może przydać, ale czy warto aż zatrudniać trenera? Z drugiej strony patrząc na to, co się dzieje można stwierdzić, że bieganie staje się religią, gdzie trening jak pacierz, start jak msza a trener jak kapłan. A jak jesteśmy na mszy, to wypada dać na tacę. Dlatego, kiedy ktoś uważa, że bez takiego wsparcia może sobie nie poradzić, wybór ma naprawdę godny. Z drugiej strony zawsze można skorzystać z Internetu, gdzie rozpisek treningowych, dietetycznych i innych mamy zatrzęsienie.

Parkrun z armatą, co Ty powiesz na to

Ostatnie kilka miesięcy z obecnością na moim ulubionym biegu czyli parkrun są pewne zaległości. No, ale taka branża, praca, że my często w weekendy mamy realizacje i często gęsto jesteśmy poza Poznaniem i nie ma opcji, by na parkrun wskoczyć. No, ale ostatnie 4 tygodnie z rzędu udało się tak zagospodarować, by znaleźć czas, by  na sobotnim o 9 rano śmiganiu się znaleźć. Podobnie było też dzisiaj. Dlatego ranną porą udało mi się znaleźć na Cytadeli. Pogoda dzisiaj wreszcie po paru tygodniach układu pogodowego nijakiego, czy może japońskiego jako tako, zmieniła się na prawdziwie letni. Ciepełko, słoneczko, z drugiej strony można się zastanowić, czy się cieszyć, czy może nie do końca.

Cytadela jak zawsze przywitała mnie swoim zielonym uśmiechem. Kiedy przyjechałem sporo osób się już przygotowywało, rozgrzewało i inne takie klasyczne przedstartowe czary mary. Przywitałem się z kim się dało,a następnie popędzani Roberta dłużej znanego ponaglającym słowem udaliśmy się na miejsce startu. Tutaj klasyczne przywitanie, oraz zapewne informacja, a którą wielu czekało, że wracamy na starą trasę czyli znowu robimy jedną pętlę. Po tej informacji nastąpiła chwila, na którą wszyscy niecierpliwie czekaliśmy, czyli start. No i zanurzyliśmy się w upalne, rozpalone powietrze smakując kolejne, pokonywane metry, przebiegające powoli w kilometry. Starałem się trzymać jedno tempo, takie, które będę planował utrzymać za dwa miesiące z małym hakiem w Warszawie. Wiadomo, że obecnie wszystkie moje biegowe myśli w tamtym kierunku podążają. Jak pisałem, biegliśmy dzisiaj starą trasę, odkrywając na nowo piękno naszej poznańskiej Cytadeli. Pokonywaliśmy tunele drzew, Rosarium rozkwitające kwietnym pięknej i do dobiegliśmy do czołgów, czyli poznańskiego parkrun chwili prawdy. Obok czołgów stoją armatki wiwatówki z okolic XVI-XVII wieku. I dzisiaj mała niespodzianka. Na jednej z armatek tablica z logo parkrun i napisem: ognia. Nie wiem, czy ktoś się powstrzymał od uśmiechu i automatycznego przyspieszenia. W każdym razie ostatni fragment trasy śmiejąc się trochę jak mądry inaczej do sera na luzie pokonałem. Co prawda tuż przed metą jeszcze jedna z pań biegających mnie do przyciśnięcia trochę sprowokował, co widać na fotce ten wpis prowadzącej, ale ogólnie był luzik i jedno fajne  tuptanko.

Na mecie token, zeskanowanie, fotka i do domu. Czyli taka nasza biegowa: „ rąsia, klapa, buźka, goździk“. Ciekawe, czy ktoś pamięta skąd ten tekst. Kiedy dojechałem do domu wyniki już były. Czas dzisiaj bardzo przeciętny, ale wiadomo ustawiam moje tempa pod Warszawę. Dzisiaj 27,21, czyli niecałe 5.30 na kilometr, co byłoby dobrym czasem na Warszawę, gdyż spokojne złamanie 4 godzin i to z zapasem. Tyle, że nie mogę tak przeliczać. No, chyba że faktycznie uda mi się utrzymać stałość tempa, do czego powolutku zmierzam.