Antybiegacz czyli naturalna forma obronna

Nie jest żadnym odkryciem, ani sensacyjną tezą stwierdzenie, że funkcjonowanie świata oparte jest na przeciwieństwach. One wzajemnie w jakiś sposób się uzupełniają, mimo że stanowią całkowite swoje zaprzeczenie. Ludzkość od samego początku zdawała sobie z tego sprawę starając się odpowiednio je nazwać udowadniając, że muszą one istnieć obok siebie mimo że w teorii wzajemnie siebie wykluczają: Yin i Yang, materia i antymateria, , harmonia i chaos , życie i śmierć. Na przeciwieństwach jest wszechświat skonstruowany i dlatego przenikają one do naszego ludzkiego świata: wojna i pokój, miłość i nienawiść, porządek i burdel. Taki przeciwieństw można wymieniać i wymieniać. Wiadomo, że jeżeli istnieje coś, co jest dla nas super, to gdzieś w mroku czai się coś, co będzie stanowiło zupełne tego super zaprzeczenie i bardzo często będzie nas dopadało.

Podobnie jest i z naszą tuptającą pasją. Jeżeli jest bieganie, jako forma i style ruchu, życia, filozofii bytu, to będzie istniało antybieganie, które będzie całkowitym przeciwieństwem. Nie chcąc używać wielkich i skomplikowanych słów określę to bardzo prosto: mamy na świecie antybiegacza. Antybiegacz może przyjąć dwojaką formę: jako człowieka, będącego delikatnie mówiąc bardzo niemiłego dla nas biegających. To jest typ, który wyzywa podczas naszych treningów w parku, że mu słońce przebiegając zasłaniamy, klnie w żywy kamień musząc się wstrzymać z przechodzeniem przez ulicę gdyż akurat jest bieg zorganizowany, a epitetach na nasz temat za kierownicą rzucanych, kiedy stoi w korku biegiem spowodowanego już nie wspomnę. Generalnie jest to człowiek, który uważa, że wszelkie formy aktywności są chore, a tych którzy je uprawiają wysłałby najchętniej w kosmos. Możliwości walki z fizycznymi antybiegaczami nie ma, oni byli, są i będą i nie ma wyjścia musimy żyć razem na tym padole łez

Innym problem jest antybiegacz, który tkwi w każdym z nas. Niestety każda osoba biegająca ma w sobie antybiegacza. To on nas namawia, byśmy odpuścili trening, byśmy zeszli z trasy, byśmy zrobili coś „ciekawszego” niż miarowe przebieranie nogami na czas. Podejrzewam, że wielu z nas już spotkało się z anybiegowymi pokusami tego osobnika. A jeżeli jeszcze się nie spotkało, to wcześniej czy później się spotka, gdyż on tkwi w każdym bez wyjątku, tylko u niektórych bardziej zagrzebany. Jak z nim walczyć? Przede wszystkim podjąć walkę i nie poddać się po pierwszych odwiedzinach. Bo jak raz się poddamy, to potem odwiedziny będą coraz częstsze. A nawet jeżeli raz czy drugi ulegniemy, to za każdym razem stawajmy opór ograniczając porażki do minimum. W życie każdego człowieka wpisane są i sukcesy i porażki dlatego nie bierzmy ich do siebie. W końcu wszystko jest oparte na przeciwieństwach. Antybiegacz jest naturalną formą obronną naszej duszy i dlatego nie przejmujmy się zbytnio jego odwiedzinami.

Sobotni prawie cotygodniowy rytuał biegowy

Każda osoba, która zarażona jest taką, czy inną pasją musi mieć jakąś dodatkową ekstra motywację, która stanowi dla naszej pasji dodatkowe, ekstra wspomaganie. Dla filatelisty to będzie jakiś ekstra, super znaczek za którym poluje, dla kino maniaka super premiera, na której musi być, dla tego, co nic nie lubi robić ukochany fotel frontowo ustawiony przed telewizorem ( ewentualnie sam telewizor), a da nas osób aktywnych, jest to zwykle start w naszych ulubionych zawodach.

W naszym przypadku dotyczy tej grupy osób tuptających, które decydują się na starty w takich czy innych zawodach, czy może bardziej czy mniej zorganizowanych wydarzeniach biegowych. Niektórzy mają taki jeden czy dwa starty w roku, bez których sobie nie wyobrażają biegania. To dla nich święto, do którego przez cały rok się przygotowują. U mnie takim moim najważniejszym i najbardziej podtrzymującym mnie w bieganiu startem jest oczywiście parkrun. Jak mam wolną sobotę, to nie ma opcji, bym na Cytadelę, a sporadycznie i do innej lokalizacji się nie wybrał.

Tak też było dzisiaj. Mimo że rano było wcale nie z lekka chłodnawo, to na wszelki wypadek, pod ciepłą warstwą miałem lekką i tak zabezpieczony udałem się Cytadelę. Kiedy dojechałem, okazało się, że wzięcie lekkiego ubrania było strzałem w dziesiątkę, gdyż bardzo szybko zrobiło się ciepło. Szybkie przebranie, przywitanie ze znajomymi i na start. Dzisiaj około 170-180 osób na Parkrun przybyło, co jest od jakiegoś czasu taką średnią statystyczne. I pomyśleć, że kiedy zaczynałem moją przygodę z parkrun były weekendy, że i setki nie mogliśmy zebrać. No, ale czasy się zmieniają, a w zalewie biegów płatnych taka darmowa piąteczka jest bardzo fajnym przerywnikiem. Tempo dzisiaj znowu spokojne, bo ciągle w głowie ta Warszawa siedzi i nie mam wizji jak biegać, żeby było dobrze. Z drugiej strony dzisiaj tempo mimo wszystko trochę za ostre, gdyż zdecydowanie poniżej tego, co będę chciał biec za tydzień.

No, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że ponowie mój ulubiony bieg po raz chyba już 204 został przetuptany. Czyli moje biegowe czary w postaci rytualnego tup tup na Cytadeli zostały oprawione. 

Deszcz – najlepszy biegowy motywator

Wczoraj, kiedy wyruszałem na trening było niby trochę pochmurno, ale ze zdecydowaną przewagą względnie jasnego nieba. Przyjemnie, chłodno, ale nie zimno, nie upalnie, jednym słowem pogoda do tuptania wydawała się by idealna. Dlatego ubrałem się w jedną biegową warstwę i na codzienne, radosne tup, tup. Niestety czy stety, tak po dwóch, kilometrachnagle zaczęło wiać i z nieba spadł deszcz. Jeszcze, żeby to był ciepływiosenny, czy letni deszczyk. Oj nie, nagle zaczęły spadać z nieba lodowato zimne, tnące krople, które w pierwszej chwili  prawie mnie nie zatrzymały w połowie kroku.

Pierwsza myśl, to była: ” w tył zwrot i do domu”. No, ale z drugiej strony byłem prawie w połowie mojej pętli i w sumie tak naprawdę biec w tył, czy w przód nie stanowiło zbyt dużej różnicy w czasie dobiegnięcia do domu. Dlatego postanowiłem nie robić treningowych odstępstw i tuptać swoje. Muszę przyznać, że mimo wszystko różnica między tym treningiem, a większością innych była zasadnicza. To nie było klasyczne i standardowe tup, tup, tylko tup w wersji śmig i świst, oczywiście zgodnie z moimi możliwościami. No i muszę przyznać, że biegło się super. Mimo że te zimne, tnące krople niemal mroziły, ale wyzwalały taką potrzebę przyśpieszenia, że faktycznie czułem, jak czas śmiga zupełnie inaczej niż zwykle. Odczucia były fantastyczne. Co prawda było z lekka mało komfortowo pod względem odczuć fizycznych, ale psychicznie dusza z radości tańczyła. Ludzie pochowani za oknami domów samochodów, skupieni na przystankach pod metalowymi wiatami modląc się, by jak najszybciej przyjechał autobus i zabrał ich z tego zacinającego deszczu, a w tym wszystkim na wpół ubrany, albo w połowie rozebrany ( można wybrać określenie, które najbardziej pasuje) biegacz amator kilometry swoje robiący. Wydawałoby się, że wbrew i pogodzie i zdrowemu rozsądkowi. Ale to tylko może być zupełnie powierzchowna opinia. Gdyż kto sam siebie i pogody w takich warunkach nie pokonał, ten nie wiem, ile dzięki takiej walce i własnemu, prywatnemu zwycięstwu osiągnąć może. Kiedy wbrew wszystkiemu dobiegnie się do domu, to moc jest w nas taka, że kulę ziemską w dłoń możemy schwycić i tak ścisnąć, aż oceany, rzeki i jeziora spłyną w kosmos. To jest dopiero motywacja.

Z drugiej strony się zastanawiam czy tylko deszcz. W końcu mróz, śnieg, upał nie chyba warunków, w których źle się biega. Jak pasja płonie pełnym ogniem, to im gorzej na dworze, tym dla ogarniętych pasją lepiej .

Człowiek – istota skazana na nałogi

My ludzie, jesteśmy typami o określonej osobowości, inteligencji, umiejętności tworzenia za pomocą różnych wymyślonych narzędzi oraz innych specjalistycznych możliwościach, które wyróżniają nas od innych, zamieszkujących naszą planetę istot. Potrafimy zarówno upiększać, jak i niszczyć otaczający nas świat. I tak na zupełnym marginesie jesteśmy dobrzy w te klocki. Tak, jak wspomniałem dużo cech i umiejętności nas odróżnia od otaczających istot, ale chyba jedną z takich ważniejszych jest to, że potrafimy widzieć w życiu trochę głębszy sens, niż tylko trwanie dla trwania. Mamy własne zainteresowania, hobby, pasje oraz to wszystko, co w jakiś sposób urozmaica nasze trwanie na tym padole łez.

Jednym z takich poważniejszych urozmaiceń jest to, że w jakiś sposób jesteśmy skazani na nałogi. Mogą one przybrać różną formę, różny obraz i w różny sposób na nas oddziaływać. Na początku musimy trochę inaczej spojrzeć na znaczenie słowa nałogi. W większości przypadków wyraz ten kojarzy się jednoznacznie i bardzo negatywne. Nałóg rozumiemy jako papierosy, alkohol, narkotyki, czyli coś co działa na nasze ciało i duszę w sposób destrukcyjny. Ale nie zawsze i nie do końca tak jest.

Równie dobrze nałogiem jest nasze hobby, zainteresowania, różne formy aktywności, czyli wszystko to, co powoduje, że z taką radością odrywamy się od naszej mniej czy bardziej szarej codzienności. Coś dzięki czemu nie wyobrażamy sobie życia, bo to nadaje jemu odpowiedniego kolorytu i sensu naszego bycia w tym świecie. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego, gdyż to ładuje nasze życiowe akumulatory i nawet jeżeli czasem może się okazać destrukcyjna dla nas, to i tak w ułożonym rachunku jest zdecydowanie na plus. My ludzie jesteśmy jakby skazani na różnego rodzaju nałogi, bo w przeciwnym razie, na męski narząd rozrodczy ( w dużo mniej akceptowalnym określeniu) po co jest żyć. I myślę, że wszystko w tym temacie. Mógłbym pociągnąć, bo w końcu lubuję się w filozoficznych rozważaniach, ale wolę nie przeciągać zbytnio struny. 

Czy możemy uniknąć kontuzji?

Pytanie niemal z gatunki czarnej magii i fantastyki. Czy my osoby biegające możemy w czasie całej naszej przynajmniej paroletniej pasji uniknąć kontuzji. Opinie, jak to opinie bywają podzielone. Jedni uważają, że nie ma takiej możliwości, inni wręcz przeciwnie. I jedni i drudzy są przekonani do swoich racji. Biegający fataliści wybiegają z założenia, że tak i siak wcześniej czy później nas to spotka. Nie ma opcji, żeby nie. Im więcej trenujemy, im bombardujemy nasze ciało coraz większą dawką obciążeń nie ma szans, by się w pewnym momencie nie zbuntowało. Im więcej biegamy, tym większe prawdopodobieństwo, że defekt się nam przytrafi. To jak, ze wszystkimi innymi elementami czy przedmiotami, które nas otaczają. Im bardziej je eksploatujemy, tym większa szansa, że przytrafi się większa czy mniejsza awaria.

Zupełnie inaczej patrzą życiowi optymiści, a do tego ci,którzy bardzo poważnie zgłębili temat biegania. Oni wybiegają z prostego i także logicznego założenia: jeżeli dbamy o siebie, rozciągamy się, wzmacniamy dodatkowymi treningami, zdrowo odżywiamy, prowadzimy godny (pytanie co to znaczy) tryb życia, to mamy tak zakonserwowany i wychuchany organizm, że możemy biegać i biegać, a kontuzje i tak będą nas omijały. I też mogą się odwoływać do przedmiotów, które nas otaczają. Jak będziemy je serwisowali, robili przeglądy i tak po ludzku mówiąc dbali o nie, to mogą i nas przeżyć.

No i nasuwa się pytanie: która wizja jest bardziej zgodna z rzeczywistością. No cóż obie są w pewien sposób prawdziwe i nie można ani jednej, ani drugiej negować. Jeżeli bardzo dużo biegamy, trenujemy, startujemy tak że świata poza tym nie widzimy, to mimo całego naszego zabezpieczenia zawsze może zdarzyć się przypadek, którego nie był w stanie przewidzieć. W końcu prezerwatywa też czasem bywa zawodna. Tak zwany przypadek losowy. Z drugiej strony, jeżeli biegamy sobie czysto rekreacyjnie, bez nastawiania się na jakieś wielkie treningi, starty i tuptamy tylko samej przyjemności biegowej, zgodnie z rytuałem tych paru kilometrów dziennie, nie więcej niż np. 30 tygodniowo, to możemy faktycznie tuptać i tuptać i nic wielkiego może się nam nie przytrafić. Tyle, że i tak reguły nie ma. Można sobie nadwyrężyć czy nawet skręcić nogę biegając raz czy dwa razy w tygodniu i goniąc uciekający tramwaj, a można trenować i trenować i nic złego się nam nie stanie. Pod jednym jednak warunkiem. Jeżeli robimy to głową.

Podsumowując można napisać, że ryzyko kontuzji niczym miecz kata wisi nad głowami osób aktywnych  i diabli wiedzą, kiedy spadnie. Alteratywą jest nic nie robić i w spokoju i z jeszcze większym  fatalizmem czekać na zawał, miażdżycę i inne przypadki krążące wokół tych ostrożnie mało ruchliwych. No i pytanie: która forma życia ma większą przyszłość. Z drugiej strony, nawet pozbawione aktywności życie, ale z jakimś sensem i głową też może się toczyć i toczyć. Tylko pytanie dokąd i w jakim celu.

Dzień wg biegoholika

Tak się czasem zastanawiam, czy nasza pasja może być szkodliwa dla nas pod względem psychicznym i czy istnieją zagrożenia, które mogą nas postawić poza granicą realnego postrzegania świata. Wyobraźcie sobie taki trochę abstrakcyjny dzień:

 „ Rano, jak co dzień budzik zrywa mnie z łózka w okolicy godziny piątej. Delikatny buziak dla jeszcze śpiącej żony, szybka kąpiel, śniadanie, przebranie w sportowe ciuchy i biegiem do pracy. Jak zawsze jestem zanim pojawią się współpracownicy. Portier przyzwyczajony do tego widoku, wpuszcza mnie do środka, więc nie niepokojony biegnę do łazienki, prysznic, szatnia, i gotowy do pracy udaję się biura. Jest to już czas,  kiedy inni współpracownicy zaczynają się zbierać. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak długo szukałem takiej pracy, w której jest prysznic i przebieralnia. Za każdym razem, kiedy podczas rozmowy rekrutacyjnej padało pytanie: „ a co chce Pan zapytać”, moja odpowiedź wprawiała rekruterów w niemałą konsternację. Zawsze się pytałem czy jest szatnia, prysznic i czy mogę przybywać do pracy przed jej rozpoczęciem. No, ale wreszcie znalazłem pracę, gdzie moje lekkie dziwactwo nikogo zbytnio nie szokowało. Napiszę tylko, że pracuję wśród takich pasjonatów, że moja pasja, jest jedną ze spokojniejszych i ostrożniejszych. W pracy jak zwykle godziny za biurkiem, przed kompem, czasem jakieś spotkanie, no i chwile, które czekam, czyli informacja, że musimy wysłać gdzieś kuriera z lekką przesyłką czy wręcz listem. Wtedy błyskawicznie odrywałem się od mojego stoiska pracy, znowu przebierałem w sportowe ciuchy i biegłem, tam gdzie trzeba było. Jedyny warunek był taki, że odległość w jedną stronę nie powinna przekraczać 10 kilometrów, gdyż w takiej sytuacji podróż była już niestety zbyt mało efektywna dla firmy. No, ale średnio ten raz do dwóch razy dziennie miałem biegowe takie wycieczki. Po pracy jak zawsze zrzucenie garnituru i znowu w biegowe ciuchy i do domu. A tam dzisiaj żona wcześniej czekała. Wyglądał tak pięknie i pociągająco. A jak namiętnie się uśmiechała. Także uśmiechnąłem się do niej i poprosiłem: „tylko jeszcze dyszkę i….” Przerwała mi ze zgrozą w oczach: „ proszę, ale bez biegania przed… Jutro też muszę iść do pracy” Trochę spochmurniałem, ale wiedziałem w czym rzecz. Zawsze po biegu tuż przed, potem miałem moc na prawie całą noc. Ostatnio po takiej dyszce baraszkowaliśmy do czwartej. „ No dobra” – pomyślałem – „ faktycznie jutro moja żona musi mieć siłę w pracy, ale w weekend to już nie odpuszczę i przed zrobię sobie treningowy półmaraton”. I z tą radosną myślą oddałem się w panowanie mojej kochanej żony…

 Jak sądzicie czy za mocno ubarwiłem, czy może wręcz przeciwnie? Oto jest dylemat godny niemal hamletowskiego rozważania. 

Najweselszy maraton świata

W ten weekend we Francji odbywa się jeden z najciekawszych, jak i najweselszych maratonów świata. Jak podaje strona runners-world: „  Co roku 8 tys. miłośników biegania, restauratorów i kucharzy spotyka się w Bordeaux, by wystartować w „najdłuższym” maratonie na świecie. Bieg jest spowolniony przez przystanki z jedzeniem.Biegacze wyruszają na krętą drogę prowadzącą przez słynne winnice. Bieg ma jednak drugorzędne znaczenie – chodzi o pit stopy oferujące wszystko: od pasztecików i ślimaków po sery i wytrawne trunki. Organizatorzy promują równe szanse. Zarówno pierwszy, jak i ostatni zawodnik wygrywa butelkę wina Medoc.

Muszę przyznać, że postanowiłem trochę rozszerzyć wiadomości na ten temat. Jak podaje strona maraton travel:  Jak co roku we wrześniu odbywa się spektakularny maraton du Medoc. Maraton odbywa się w małej miejscowości Pauillac na północ od Bordeaux. Jest to najweselszy maraton na świecie. Pauillac to małe miasteczko nad zatoką , słynące z okolicznych winnic wytwarzających najsłynniejsze czerwone wina na świecie. Trasa wije się pomiędzy cudownymi winnicami a każda z nich zaprasza uczestników na dziedziniec przed swoim „Chateau”, na którym to dziedzińcu czekają suto zastawione stoły.  Winnice prześcigają się w zapewnieniu wszystkim jak najlepszej zabawy. Część uczestników przestaje w pewnym momencie biec i w wyśmienitych nastrojach wspólnie maszerują od winnicy do winnicy. Maraton du Medoc z pewnością nie jest imprezą do bicia rekordów życiowych, ale atmosfera jest nieporównywalna do żadnej innej imprezy biegowej.
http://www.marathondumedoc.com
TERMIN: 08.09 – 11.09.2017
CENA: 4.250 zł.
I WPŁATA: 3.250 zł.
II WPŁATA: 1.000 zł. do 08.08.2017
ZGŁOSZENIA: do wyczerpania miejsc
OPŁATY STARTOWE /w cenie/

CENA ZAWIERA:
– przelot na trasie Warszawa –  Bordeaux – Warszawa z przesiadką
– transfer lotnisko – hotel – lotnisko
– 3 noclegi ze śniadaniami w hotelu Campanille
– transport  na start
– pakiet startowy
– ubezpieczenie
CENA NIE ZAWIERA:
– biletów wstępu do zwiedzanych obiektów
– biletów komunikacji miejskiej
– wydatków własnych

ZWIEDZANIE:MARATON – WAŻNE INFORMACJE:
ZOBACZ FILM: 

Z pewnością nie jest to bieg na życiówki, o ile w ogóle można te zawody nazwać biegiem. Jednak muszę przyznać, ze działa na wyobraźnie i kto wie, może w przyszłym roku… Popijemy, pohulamy, a bieganie…. gdzieś też się pozataczamy.

 

Kto może biegać?

Posiadanie takiej czy innej pasji wymusza od osoby, która została przez nią ogarnięta pewnych działań, zmiany sposobu myślenia, poświęcania własnego czasu, który mógłby być na coś zupełnie innego przekierowany. Może słowo „poświęceń” jest tutaj zbyt mocne, ale w tym kierunku podążamy. Różne są formy pasji i wymagają różnych poziomów zaangażowań. I faktycznie jest tak, że są pasje, które tylko niektórym mogą być przypisane. Nie każdy może pilotować samolot, nie każdego stać na kolekcjonowanie rzeczy wymagających większych nakładów finansowych. Są takie pasje dla wybranych o odpowiednim statusie majątkowym, predyspozycjach psychicznych, fizycznych i każdych innych, których nie każda osoba posiada.

 Jak to wygląda z naszą pasją? Tutaj mamy sytuację prostą i klarowną. Praktycznie, biegać może każdy. Nie piszę tutaj o osobach mających problemy natury stricte zdrowotnej, chociaż w przypadku  serca, pamiętam kiedyś akcję społeczną: „uciekaj przed zawałem na własnych nogach”.  Muszę przyznać, że widywałem na trasach nawet osoby w ten czy inny sposób niepełnosprawne, nawet na wózkach, które jednak brały udział w zawodach. Tak więc biegać tak dla siebie, dla swojej przyjemności może każdy. A jak to wygląda ze startami zorganizowanymi. Zgadzam się, że dla sporej grupy osób właśnie taki start jest jakby ukoronowaniem całego cyklu treningowego. Tyle, że jak kiedyś zauważył jeden z komentujących , w tego typu wydarzeniach bierze udział parę, może kilkanaście procent wszystkich biegających. Czy to znaczy, że ktoś, kto startuje w biegach zorganizowanych jest lepszy/gorszy od tego, co tej osoby, która tylko od czasu do czasu biega sobie pod domem? Wcale nie, gdyż wszyscy mamy tą samą pasję, tyle że trochę inaczej ją postrzegamy. Ktoś musi czuć rywalizację, adrenalinę przez nią wywołaną, konieczność zmierzenia się z czasem i własnymi słabościami, czyli wszystko to, co jest serwowane podczas biegu zorganizowanego. Ktoś inny ( i podejrzewam, że tych jest zdecydowana większość) potrzebuje pobiegania tylko dla otrzeźwienia umysłu, zrzucenia paru kilogramów i generalnie lepszego samopoczucia, a cała reszta to dynda i tita.

 Jak mam być szczery dla mnie obie postawy są równie super. Gdyż w każdej sytuacji łączy nas jedno: zdecydowaliśmy się tuptać, gdyż postanowiliśmy coś zmienić w naszym życiu, poczuć smak pasji, rozszerzyć nasze życiowe horyzonty. I to łączy nas wszystkich, niezależnie czy bijemy rekordy, czy biegamy gdzieś tam, kiedy mamy ochotę i czas. A cała reszta, czyli jak już podchodzimy do tej pasji, co chcemy osiągnąć, jak traktujemy siebie i innych wynika z naszych indywidualnych uwarunkowań, których już nie się wrzucić do jednego wora. Podsumowując napiszę krótko: biegać może każdy, ale jak, z jakimi celami i pragnieniami, to już jest indywidualna sprawa każdej osoby tuptającej.

Waga – największy biegowy motywator

W tym roku, jak już parę razy wspomniałem zdarzyło mi się trochę „przestojów” biegowo-treningowych. Było to spowodowane różnymi czynnikami: a to uraz, a to brak czasu, a to pewna niechęć biegowa. Można to podsumować krótko: najbardziej popularne antybiegowe demony, które dookoła nas potrafią krążyć. No i miałem spore problemy, by zmusić się znowu do stałego, regularnego treningu i wbić się w mój wyrobiony przez ostatnie lata codzienny nawyk tuptający.

No i tak się zastanawiałem, jak zmusić się do ponownego, stałego i co najważniejsze regularnego treningu,kiedy z pomocą mi przybiegł jeden z ważniejszych domowych sprzętów. No, ale od początku. Parę dni temu na treningu spotkałem znajomego, który jakiś czas mnie nie widział i przepełniony napływem męskiej szczerości – która w zasadzie tylko między facetami jest akceptowalna stwierdził, że chyba mi się trochę przybrało ( spróbujcie powiedzieć to Kobiecie). Muszę przyznać, że zapadło mi to w pamięć i następnego dnia rano postanowiłem odwiedzić obrosłą kurzem przyjaciółkę wagę. Muszę tutaj przyznać, że od czasów mojego spektakularnego zbicia prawie 60 kilogramów nie korzystałem z niej, wybiegając z założenia, że nie dosyć że zbiłem, to jeszcze biegam więc kontrola bez kontroli może się obyć.

W moim optymalnym czasie po zbiciu i szczycie biegania ważyłem już 67 kilogramów co przy wzroście 178 cm i mojej posturze było trochę zbyt mało i wszyscy mówili bym troszkę przybrał. No i jak wbiegłem na moją przyjaciółkę wagę, to z lekka się zmieszałem. Wskazówka się zatrzymała na 85 kilogramach, czyli prawie 20+ od największej zrzuty. No więc znowu mnie wzięło na bieganie. Znowu odstawiłem całkowicie słodkie i biorę się na kilometry. Stosunkować maraton, stosunkować starty, ważne zbić kilogramy. Bo w końcu nic nas tak nie motywuje niż konieczność doprowadzenia siebie do odpowiedniej wagi. I co śmieszniejsze wagę jako motywatora rozumiemy tutaj dwojako: waga jako nadmiar kilogramów, których trzeba się pozbyć i waga jako przyrząd ukazujący nasze sukcesy i porażki na płaszczyźnie kilogramowej. Pytanie, która z tych dwóch motywacji jest ważniejsza nie ma chyba znaczenia, bo obie są równie dla nas ważne. Jak mam być szczery nie wiem czy jest coś bardziej motywującego do biegania.

Gorączka przedstartowa biegających

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Michu, takie biegi, o których napisałeś to muszą być wyjątki potwierdzające regułę, ale super, że są. Z drugiej strony Tobie bycie pod koniec stawki z pewnością nie grozi. Marku masz rację, dla takich widoków i wrażeń warto biegać.

Wielu z nas spotkało się zapewne z określeniem reisefieber zarówno w sensie dosłownym jako pewnego rodzaju podnieceniem przed podróżą, jak i bardziej ogólnym, czyli generalnie poddenerwowaniem, zaniepokojeniem przed różnego rodzaju wydarzeniami.  Objawów jest wiele, gdyż każda osoba inaczej to przeżywa. Ktoś nie może usiedzieć na miejscu, ktoś czuje jak zawartość żołądka przewraca się na drugą stronę, komuś włosy stają jak namagnesowane. Generalnie czujemy jedno, wielkie podniecenie z pewnymi elementami nieokreślonego lęku przed czymś , czego tak naprawdę sami nie jesteśmy w stanie jasno i klarownie wyartykułować.

Muszę przyznać, że kilka razy zdarzyło mi się coś podobnego przeżyć przed startem. Najśmieszniejsze jest to, że nie ma zbytniego znaczenia jaki to będzie start, czy parkrun, czy dziesiątka, czy półmaraton czy w końcu Królewski Dystans. Pewne odczucie niepokoju czy poddenerwowania czuję przed każdym takim wydarzeniem. Co prawda siła tych odczuć jest inna, ale zawsze czuję jakieś podniecenie, może niepokój. Czasem się zastanawiam czy jest to może związane bardziej ze spotkanie z większą grupą ludzi, czy może z samym wydarzeniem biegowym. Z drugiej strony spotkania z ludźmi nie wywołują u mnie żadnych głębszych odczuć, więc chyba to jest związane z nadchodzącym tuptaniem. Tak jak pisałem w zależności od trudności nadbiegającego wyzwania poziom wewnętrznych podrygów jelitowych, podwyższonej temperatury krwi w żyłach, czy umysłowej pożogi myśli jest inny, ale zawsze jakiś występuje. Ostatnio, kiedy pomyślę sobie o Warszawie, to czuję taką pożogę, jakby cały wszechświat miał się zmienić w kupkę popiołu.

Sam się zastanawiam, czy to jest normalne zjawisko, czy może pewien objaw patologii biegowej. W końcu już tyle startów za mną, tyle kilometrów pokonanych, a ja ciągle czuję się jak prawiczek przed pierwszym stosunkiem. I kto wie, może w tym właśnie tkwi wyjątkowy urok tej biegowej pasji.  Ostatnio ktoś znajomy, kiedy mu powiedziałem, że od początku trenuję na tej samej trasie, to powiedział, że jemu by się znudziło, że jak tak można. Podobnie jak mu opowiadałem o parkrun i moim stosunku do Cytadeli, to także określił: „że to przecież na głowę można dostać, biegając ciągle po tej samej trasie”. I wtedy mu powiedziałem krótko: „ owszem to jest ta sama trasa, ale nigdy nie jest taka sama i zawsze daje mi coś innego. Inny ogień i jakże różny odbiór i wrażenia z pokonania niby tych samych kilometrów. To trzeba przeżyć, by zrozumieć. Jednak samo przeżycie bez tego wewnętrznego ognia i poczucia przedstartowego, czy nawet przed treningowego podniecenia nic nie da. Biegać, tak naprawdę może każda osoba, ale czuć biegowego pożądanie i spijać rozkosz z pokonanych kilometrów, to już trzeba w sobie osobno wytworzyć. I czując to, tak naprawdę wtedy wiemy, co nam te pokonywane kilometry dają. 

Co do samej gorączki przedstartowej, to najbardziej ją można odczuć, kiedy już stajemy w strefie startu i czujemy pożądanie biegowe nad głowami nas wszystkich się unoszące. Ten ogień, która coraz bardziej w nas buzuje. Pokłady energii zmieniające się  w pięść naszej mocy, gotowej do jednego uderzenia w chwili, kiedy już wszysto się zacznie. To jest uczucie, dla którego warto żyć. W tej jednej chwili moc jest w nas i czujemy się jakbyśmy mogli kulę ziemską w dłoń chwycić i tak ją ścisnąć, aż morza i oceany wypłyną.