Antybiegacz czyli naturalna forma obronna

Nie jest żadnym odkryciem, ani sensacyjną tezą stwierdzenie, że funkcjonowanie świata oparte jest na przeciwieństwach. One wzajemnie w jakiś sposób się uzupełniają, mimo że stanowią całkowite swoje zaprzeczenie. Ludzkość od samego początku zdawała sobie z tego sprawę starając się odpowiednio je nazwać udowadniając, że muszą one istnieć obok siebie mimo że w teorii wzajemnie siebie wykluczają: Yin i Yang, materia i antymateria, , harmonia i chaos , życie i śmierć. Na przeciwieństwach jest wszechświat skonstruowany i dlatego przenikają one do naszego ludzkiego świata: wojna i pokój, miłość i nienawiść, porządek i burdel. Taki przeciwieństw można wymieniać i wymieniać. Wiadomo, że jeżeli istnieje coś, co jest dla nas super, to gdzieś w mroku czai się coś, co będzie stanowiło zupełne tego super zaprzeczenie i bardzo często będzie nas dopadało.

Podobnie jest i z naszą tuptającą pasją. Jeżeli jest bieganie, jako forma i style ruchu, życia, filozofii bytu, to będzie istniało antybieganie, które będzie całkowitym przeciwieństwem. Nie chcąc używać wielkich i skomplikowanych słów określę to bardzo prosto: mamy na świecie antybiegacza. Antybiegacz może przyjąć dwojaką formę: jako człowieka, będącego delikatnie mówiąc bardzo niemiłego dla nas biegających. To jest typ, który wyzywa podczas naszych treningów w parku, że mu słońce przebiegając zasłaniamy, klnie w żywy kamień musząc się wstrzymać z przechodzeniem przez ulicę gdyż akurat jest bieg zorganizowany, a epitetach na nasz temat za kierownicą rzucanych, kiedy stoi w korku biegiem spowodowanego już nie wspomnę. Generalnie jest to człowiek, który uważa, że wszelkie formy aktywności są chore, a tych którzy je uprawiają wysłałby najchętniej w kosmos. Możliwości walki z fizycznymi antybiegaczami nie ma, oni byli, są i będą i nie ma wyjścia musimy żyć razem na tym padole łez

Innym problem jest antybiegacz, który tkwi w każdym z nas. Niestety każda osoba biegająca ma w sobie antybiegacza. To on nas namawia, byśmy odpuścili trening, byśmy zeszli z trasy, byśmy zrobili coś „ciekawszego” niż miarowe przebieranie nogami na czas. Podejrzewam, że wielu z nas już spotkało się z anybiegowymi pokusami tego osobnika. A jeżeli jeszcze się nie spotkało, to wcześniej czy później się spotka, gdyż on tkwi w każdym bez wyjątku, tylko u niektórych bardziej zagrzebany. Jak z nim walczyć? Przede wszystkim podjąć walkę i nie poddać się po pierwszych odwiedzinach. Bo jak raz się poddamy, to potem odwiedziny będą coraz częstsze. A nawet jeżeli raz czy drugi ulegniemy, to za każdym razem stawajmy opór ograniczając porażki do minimum. W życie każdego człowieka wpisane są i sukcesy i porażki dlatego nie bierzmy ich do siebie. W końcu wszystko jest oparte na przeciwieństwach. Antybiegacz jest naturalną formą obronną naszej duszy i dlatego nie przejmujmy się zbytnio jego odwiedzinami.

Forma jest jak kobieta

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Piotrze masz dużo racji. Jak już pisałem mam dwa wyjścia: albo pobiegnę, albo odpuszczę. Jak pobiegnę, to przepadnę, jak odpuszczę to będę żałował, że nie dałem sobie szansy, by może jednak nie przepaść.

Ale jest jeszcze jedna, jakże ważna dla nas sprawa. Do tego żeby wystartować w takim wydarzeniu jak maraton, to musimy mieć pewność, że nasza aktualna forma daje nam szanse, nie tylko, by wystartować, ale co ważniejsze przebiec, dobiec. No i dobiegamy do głównego punktu dzisiejszego wpisu, czy tego czym jest dla nas biegających forma. W tym miejscu chcę zaznaczyć, że zerkam z mojego męskiego punktu widzenia i mam nadzieję, że odwiedzające mnie Panie wybaczą to trocję szowinistyczne,  męskie postrzeganie tematu.

Co jest najważniejsze dla nas, tuptajacych i szykujących się do takiego czy innego startu. Oczywiście jest to nasza forma. Czym dla mnie biegającego faceta jest forma? Forma jest tym, co najbardziej pożądam, czego pragnę. Marzę o tym, by zawsze była przy mnie, aby nigdy mnie nie opuściła, aby była we mnie, zespolona ze mną tak, jakbyśmy byli jednością. Pragnę ją czuć i aby być w niej, ale jednocześnie ona we mnie. Uwielbiam ją, jej każdy uśmiech, tchnienie jej mocy, którym obdarza moją duszę i moje ciało. Kiedy tylko zechce owiać mnie swoim oddechem. Ale niestety forma bywa bardzo humorzasta. Raz jest blisko, uśmiechnieta, radosna, innym razem się obraża i znika. Jest nieprzewidywalna nigdy nie wiemy jak się zachowa. Czy będzie z nami, tak blisko, czy nagle nie spakuje się i wyprowadzi od nas. Nigdy nie wiemy, czy może głowa ją nie rozboli, obrazi, będzie miała ciężkie dni, albo mamusia nie wpadnie w odwiedziny.  Wtedy jedynie co, możemy pobiec do sklepu na zakupy, by poprawić humor, a nie na zawody. Musimy o nią dbać, rozpieszczać ją, pamiętać o ważnych dla niej dat, chuchać i dmuchać a nią. No, ale życie osoby biegającej bez formy jest skazane na tupklapę. Dlatego mimo jej humorów, uwielbiamy ją i życia bez niej sobie nie wyobrażamy. Niech więc forma nigdy nas nie opuszcza. A kiedy tak analizuję jej zachowania i mojej jej postrzeganie, to muszę przyznać, że ma ona w sobie coś z kobiety.

Na końcu chciałbym się jeszcze odnieść do zdjęcia ten wpis prowadzącego. Czy potrzebna jest nam nowa forma? Myślę, że  tutaj tak, jak z kobietą warto się trzymać jednej, gdyż wiemy czego się po niej możemy spodziewać. Jak będziemy o nią odpowiednio dbali, to ona się nam odpowiednio zrewanżuje, a poszukanie nowej formy może przynieść bardzo mało przyjemne konsekwencje. Nigdy nie wiemy czy nowa w skarpetkach nas nie puści do domu, znaczy się na trasę. 

Biegowy kryzys egzystencjalny

Podejrzewam, że wiele osób, które są ogarnięte pasją biegania raz na jakiś czas dopada tzw biegowy kryzys egzystencjalny, czy może emocjonalny. Przyjmuje on bardzo prostą postać: nie chce się biegać, zaczynamy się zastanawiać nad sensem biegania, rozważamy możliwość całkowitego opuszczenia zmianę, ewentualnie zmiany zainteresowań pasji. Ja to mawiał Heraklit z Efezu: Panta rhei”, czyli wszystko płynie, zmienia się i nic nie trwa wiecznie. Muszę przyznać, że od dłuższego już czasu także nade mną wisi taki biegowy kryzys. Jeszcze w zeszłym roku został zapoczątkowany i tak z mniejszymi lub większymi przerwami trwa do dzisiaj. Czasem uda się go przykryć czy popalić ogniem biegowej pasji, ale to raczej leczenie syfa pudrem, niż dogłębne do zera wypalenie. Na razie jeszcze walczę. W przyszłym tygodniu powinienem jechać na maraton do Warszawy, ale na obecną chwilę szansę, ż wyjadę oceniam na poziomie 40 do 60, gdzie sześćdziesiąt procent przypada na to, że raczej nie pojadę.

Widzę jak z moją formą, psychiką i chęcią i wiem jedno: nic na siłę. Bieganie, start w maratonie to nie jest przymus, bo jestem zapisany, bo muszę, bo tak trzeba, bo wypada. Nie, start to musi być przyjemność ( he,he szczególnie po 30-stym kilometrze) poparta świadomością, że tak jestem gotowa/gotowy i czuję, że mój poziom przygotowania jest zgodny z tym, co zostało przeze mnie założone jeszcze przed cyklem przygotowawczym. Natomiast, jeżeli czujemy, że nasz poziom obecnych możliwości leży, kwiczy, stęka i sapie, to sorry możemy sobie pobiec piątkę, dziesiątkę, jak się uprzemy i na pokładach naszego wcześniejszego przygotowania jakoś przeczłapać półmaraton. Ale z Królewskim Dystansem nie ma żartów. Te start wymaga szacunku dla trasy i pełnej pokory, a przede wszystkim przepełnionej realizmem oceny własnych możliwości. Nie jest sztuką stanąć na starcie i zejść po nastu czy dziestu kilometrach. Sztuką jest na tyle realnie ocenić swoje szanse, by wiedzieć, że nie warto jechać, tracić czas i pieniądze na coś, co i tak zakończy się klapą. Z drugiej strony, jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Tak naprawdę i tak źle i tak nie do końca dobrze. Jak to klasyk śpiewał: „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.

Mój ewentualny start w przyszłą niedzielę w Warszawie może się zakończyć dwoma finałami. Pierwszy to kompletna klapa, zejście z trasy i na długo, jak nie na zawsze wypalenie biegowej pasji. Drugi to wybicie klina klinem, czyli niechęć pokonana startem na zasadzie, „a jednak się uprę i dam radę”. No i wbrew wszystkiemu, a szczególnie zdrowemu rozsądkowi pokonanie samego siebie i dotarcie do mety. Tak jak napisałem wcześniej: decyzja jeszcze nie została podjęta i zapewne będzie się szala przechylała z jedną na drugą stronę do dnia ostatniego. 

Deszcz – najlepszy biegowy motywator

Wczoraj, kiedy wyruszałem na trening było niby trochę pochmurno, ale ze zdecydowaną przewagą względnie jasnego nieba. Przyjemnie, chłodno, ale nie zimno, nie upalnie, jednym słowem pogoda do tuptania wydawała się by idealna. Dlatego ubrałem się w jedną biegową warstwę i na codzienne, radosne tup, tup. Niestety czy stety, tak po dwóch, kilometrachnagle zaczęło wiać i z nieba spadł deszcz. Jeszcze, żeby to był ciepływiosenny, czy letni deszczyk. Oj nie, nagle zaczęły spadać z nieba lodowato zimne, tnące krople, które w pierwszej chwili  prawie mnie nie zatrzymały w połowie kroku.

Pierwsza myśl, to była: ” w tył zwrot i do domu”. No, ale z drugiej strony byłem prawie w połowie mojej pętli i w sumie tak naprawdę biec w tył, czy w przód nie stanowiło zbyt dużej różnicy w czasie dobiegnięcia do domu. Dlatego postanowiłem nie robić treningowych odstępstw i tuptać swoje. Muszę przyznać, że mimo wszystko różnica między tym treningiem, a większością innych była zasadnicza. To nie było klasyczne i standardowe tup, tup, tylko tup w wersji śmig i świst, oczywiście zgodnie z moimi możliwościami. No i muszę przyznać, że biegło się super. Mimo że te zimne, tnące krople niemal mroziły, ale wyzwalały taką potrzebę przyśpieszenia, że faktycznie czułem, jak czas śmiga zupełnie inaczej niż zwykle. Odczucia były fantastyczne. Co prawda było z lekka mało komfortowo pod względem odczuć fizycznych, ale psychicznie dusza z radości tańczyła. Ludzie pochowani za oknami domów samochodów, skupieni na przystankach pod metalowymi wiatami modląc się, by jak najszybciej przyjechał autobus i zabrał ich z tego zacinającego deszczu, a w tym wszystkim na wpół ubrany, albo w połowie rozebrany ( można wybrać określenie, które najbardziej pasuje) biegacz amator kilometry swoje robiący. Wydawałoby się, że wbrew i pogodzie i zdrowemu rozsądkowi. Ale to tylko może być zupełnie powierzchowna opinia. Gdyż kto sam siebie i pogody w takich warunkach nie pokonał, ten nie wiem, ile dzięki takiej walce i własnemu, prywatnemu zwycięstwu osiągnąć może. Kiedy wbrew wszystkiemu dobiegnie się do domu, to moc jest w nas taka, że kulę ziemską w dłoń możemy schwycić i tak ścisnąć, aż oceany, rzeki i jeziora spłyną w kosmos. To jest dopiero motywacja.

Z drugiej strony się zastanawiam czy tylko deszcz. W końcu mróz, śnieg, upał nie chyba warunków, w których źle się biega. Jak pasja płonie pełnym ogniem, to im gorzej na dworze, tym dla ogarniętych pasją lepiej .

Człowiek – istota skazana na nałogi

My ludzie, jesteśmy typami o określonej osobowości, inteligencji, umiejętności tworzenia za pomocą różnych wymyślonych narzędzi oraz innych specjalistycznych możliwościach, które wyróżniają nas od innych, zamieszkujących naszą planetę istot. Potrafimy zarówno upiększać, jak i niszczyć otaczający nas świat. I tak na zupełnym marginesie jesteśmy dobrzy w te klocki. Tak, jak wspomniałem dużo cech i umiejętności nas odróżnia od otaczających istot, ale chyba jedną z takich ważniejszych jest to, że potrafimy widzieć w życiu trochę głębszy sens, niż tylko trwanie dla trwania. Mamy własne zainteresowania, hobby, pasje oraz to wszystko, co w jakiś sposób urozmaica nasze trwanie na tym padole łez.

Jednym z takich poważniejszych urozmaiceń jest to, że w jakiś sposób jesteśmy skazani na nałogi. Mogą one przybrać różną formę, różny obraz i w różny sposób na nas oddziaływać. Na początku musimy trochę inaczej spojrzeć na znaczenie słowa nałogi. W większości przypadków wyraz ten kojarzy się jednoznacznie i bardzo negatywne. Nałóg rozumiemy jako papierosy, alkohol, narkotyki, czyli coś co działa na nasze ciało i duszę w sposób destrukcyjny. Ale nie zawsze i nie do końca tak jest.

Równie dobrze nałogiem jest nasze hobby, zainteresowania, różne formy aktywności, czyli wszystko to, co powoduje, że z taką radością odrywamy się od naszej mniej czy bardziej szarej codzienności. Coś dzięki czemu nie wyobrażamy sobie życia, bo to nadaje jemu odpowiedniego kolorytu i sensu naszego bycia w tym świecie. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego, gdyż to ładuje nasze życiowe akumulatory i nawet jeżeli czasem może się okazać destrukcyjna dla nas, to i tak w ułożonym rachunku jest zdecydowanie na plus. My ludzie jesteśmy jakby skazani na różnego rodzaju nałogi, bo w przeciwnym razie, na męski narząd rozrodczy ( w dużo mniej akceptowalnym określeniu) po co jest żyć. I myślę, że wszystko w tym temacie. Mógłbym pociągnąć, bo w końcu lubuję się w filozoficznych rozważaniach, ale wolę nie przeciągać zbytnio struny. 

Dzień wg biegoholika

Tak się czasem zastanawiam, czy nasza pasja może być szkodliwa dla nas pod względem psychicznym i czy istnieją zagrożenia, które mogą nas postawić poza granicą realnego postrzegania świata. Wyobraźcie sobie taki trochę abstrakcyjny dzień:

 „ Rano, jak co dzień budzik zrywa mnie z łózka w okolicy godziny piątej. Delikatny buziak dla jeszcze śpiącej żony, szybka kąpiel, śniadanie, przebranie w sportowe ciuchy i biegiem do pracy. Jak zawsze jestem zanim pojawią się współpracownicy. Portier przyzwyczajony do tego widoku, wpuszcza mnie do środka, więc nie niepokojony biegnę do łazienki, prysznic, szatnia, i gotowy do pracy udaję się biura. Jest to już czas,  kiedy inni współpracownicy zaczynają się zbierać. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak długo szukałem takiej pracy, w której jest prysznic i przebieralnia. Za każdym razem, kiedy podczas rozmowy rekrutacyjnej padało pytanie: „ a co chce Pan zapytać”, moja odpowiedź wprawiała rekruterów w niemałą konsternację. Zawsze się pytałem czy jest szatnia, prysznic i czy mogę przybywać do pracy przed jej rozpoczęciem. No, ale wreszcie znalazłem pracę, gdzie moje lekkie dziwactwo nikogo zbytnio nie szokowało. Napiszę tylko, że pracuję wśród takich pasjonatów, że moja pasja, jest jedną ze spokojniejszych i ostrożniejszych. W pracy jak zwykle godziny za biurkiem, przed kompem, czasem jakieś spotkanie, no i chwile, które czekam, czyli informacja, że musimy wysłać gdzieś kuriera z lekką przesyłką czy wręcz listem. Wtedy błyskawicznie odrywałem się od mojego stoiska pracy, znowu przebierałem w sportowe ciuchy i biegłem, tam gdzie trzeba było. Jedyny warunek był taki, że odległość w jedną stronę nie powinna przekraczać 10 kilometrów, gdyż w takiej sytuacji podróż była już niestety zbyt mało efektywna dla firmy. No, ale średnio ten raz do dwóch razy dziennie miałem biegowe takie wycieczki. Po pracy jak zawsze zrzucenie garnituru i znowu w biegowe ciuchy i do domu. A tam dzisiaj żona wcześniej czekała. Wyglądał tak pięknie i pociągająco. A jak namiętnie się uśmiechała. Także uśmiechnąłem się do niej i poprosiłem: „tylko jeszcze dyszkę i….” Przerwała mi ze zgrozą w oczach: „ proszę, ale bez biegania przed… Jutro też muszę iść do pracy” Trochę spochmurniałem, ale wiedziałem w czym rzecz. Zawsze po biegu tuż przed, potem miałem moc na prawie całą noc. Ostatnio po takiej dyszce baraszkowaliśmy do czwartej. „ No dobra” – pomyślałem – „ faktycznie jutro moja żona musi mieć siłę w pracy, ale w weekend to już nie odpuszczę i przed zrobię sobie treningowy półmaraton”. I z tą radosną myślą oddałem się w panowanie mojej kochanej żony…

 Jak sądzicie czy za mocno ubarwiłem, czy może wręcz przeciwnie? Oto jest dylemat godny niemal hamletowskiego rozważania. 

Biegający postępowi i biegający konserwatywni

Kiedy tak sobie obserwuję nasze biegające środowisko, to dobiegam do wniosku, że nas tuptających można podzielić na dwie główne grupy: osoby, które mają naturę postępową, odkrywczą, szukających ciągle nowy wyzwań i nich czerpiących swoją siłę życiową, oraz osoby, którym ta cała otoczka tak trochę dynda i wisi. Dla nich najważniejsze jest bieganie dla biegania, dla samej czystej frajdy z niej płynącej, na spokoju, na luzie i dla częściowego czy całkowitego odstresowania. I to jest dla nich najważniejsze, a cała reszta czyli jakieś bardziej czy mniej złożone cykle treningowe, starty w różnych biegach zorganizowanych są jakimś dodatkiem, na który może kiedyś się zdecydują, a może wcale nie.

 Biegacz postępowy wyszukuje nowinek w sprzęcie, zerka jak można bardziej urozmaicić swój trening, analizuje różne rozpiski treningowe, wyszukuje biegowych nowinek i stara je dopasować do siebie, albo przyjmuje takie, jakie są w sposób całkowicie bezkrytyczny. Do tego analizuje kalendarz startowy starając się przynajmniej te parę razy w roku wystartować w godnym biegu zorganizowanym. A jak się da może i częściej. Zawsze na fali, zawsze z wiatrem unosząc się za jego pomocą do granic swoich możliwości, a czasem je nawet przekraczając.

 Zupełnie inaczej pasję postrzega biegacz konserwatywny. On ma już swoje wzorce treningowe przez lata treningów wyrobione, swoje trasy, których się trzyma, nawet godziny, dni kiedy nie biega, a kiedy ma przerwy. Wszystko zgodnie z wzorcem, schematem, planem tak ja być powinno. Generalnie nie odczuwa zbytnie potrzeby startowania w biegach zorganizowanych, no chyba że ma jakiś swój ulubiony, którego się trzyma i do którego cały czas się przygotowuje. Ale wcale nie koniecznie gdyż biegaczowi konserwatywnemu starczy samo bieganie dla bieganie. Taka tuptająca forma sztuki dla sztuki.

 Tak sobie myślę, że w teorii to brzmi fajnie, ale w praktyce… jest do pupy. Nie można ludzi wrzucać do jednego, drugiego czy nawet trzeciego, a nawet czwartego wora. Każda osoba jest inna do tego często zmienia swoje poglądy na różne sprawy i ma różne cykle swojej biegowej pasji. To, że ktoś ma w danym okresie poglądy konserwatywne na bieganie nie znaczy, że pół roku, czy za rok nie zmieni się w biegowego postępowca czy nawet rewolucjonistę. Każdy z nas może w końcu nagle wymyślić zupełnie nową formę treningu, przygotowania czy startowania, która może zrewolucjonizować spojrzenie na naszą pasję. Bo nigdy nie jest tak, że wszystko jest już wymyślone i zawsze jest coś do odkrycia, o czym nawet sobie w tej chwili nie możemy wyobrazić. I tak samo dotyczy to naszej tuptającej pasji. 

Najweselszy maraton świata

W ten weekend we Francji odbywa się jeden z najciekawszych, jak i najweselszych maratonów świata. Jak podaje strona runners-world: „  Co roku 8 tys. miłośników biegania, restauratorów i kucharzy spotyka się w Bordeaux, by wystartować w „najdłuższym” maratonie na świecie. Bieg jest spowolniony przez przystanki z jedzeniem.Biegacze wyruszają na krętą drogę prowadzącą przez słynne winnice. Bieg ma jednak drugorzędne znaczenie – chodzi o pit stopy oferujące wszystko: od pasztecików i ślimaków po sery i wytrawne trunki. Organizatorzy promują równe szanse. Zarówno pierwszy, jak i ostatni zawodnik wygrywa butelkę wina Medoc.

Muszę przyznać, że postanowiłem trochę rozszerzyć wiadomości na ten temat. Jak podaje strona maraton travel:  Jak co roku we wrześniu odbywa się spektakularny maraton du Medoc. Maraton odbywa się w małej miejscowości Pauillac na północ od Bordeaux. Jest to najweselszy maraton na świecie. Pauillac to małe miasteczko nad zatoką , słynące z okolicznych winnic wytwarzających najsłynniejsze czerwone wina na świecie. Trasa wije się pomiędzy cudownymi winnicami a każda z nich zaprasza uczestników na dziedziniec przed swoim „Chateau”, na którym to dziedzińcu czekają suto zastawione stoły.  Winnice prześcigają się w zapewnieniu wszystkim jak najlepszej zabawy. Część uczestników przestaje w pewnym momencie biec i w wyśmienitych nastrojach wspólnie maszerują od winnicy do winnicy. Maraton du Medoc z pewnością nie jest imprezą do bicia rekordów życiowych, ale atmosfera jest nieporównywalna do żadnej innej imprezy biegowej.
http://www.marathondumedoc.com
TERMIN: 08.09 – 11.09.2017
CENA: 4.250 zł.
I WPŁATA: 3.250 zł.
II WPŁATA: 1.000 zł. do 08.08.2017
ZGŁOSZENIA: do wyczerpania miejsc
OPŁATY STARTOWE /w cenie/

CENA ZAWIERA:
– przelot na trasie Warszawa –  Bordeaux – Warszawa z przesiadką
– transfer lotnisko – hotel – lotnisko
– 3 noclegi ze śniadaniami w hotelu Campanille
– transport  na start
– pakiet startowy
– ubezpieczenie
CENA NIE ZAWIERA:
– biletów wstępu do zwiedzanych obiektów
– biletów komunikacji miejskiej
– wydatków własnych

ZWIEDZANIE:MARATON – WAŻNE INFORMACJE:
ZOBACZ FILM: 

Z pewnością nie jest to bieg na życiówki, o ile w ogóle można te zawody nazwać biegiem. Jednak muszę przyznać, ze działa na wyobraźnie i kto wie, może w przyszłym roku… Popijemy, pohulamy, a bieganie…. gdzieś też się pozataczamy.

 

Kto może biegać?

Posiadanie takiej czy innej pasji wymusza od osoby, która została przez nią ogarnięta pewnych działań, zmiany sposobu myślenia, poświęcania własnego czasu, który mógłby być na coś zupełnie innego przekierowany. Może słowo „poświęceń” jest tutaj zbyt mocne, ale w tym kierunku podążamy. Różne są formy pasji i wymagają różnych poziomów zaangażowań. I faktycznie jest tak, że są pasje, które tylko niektórym mogą być przypisane. Nie każdy może pilotować samolot, nie każdego stać na kolekcjonowanie rzeczy wymagających większych nakładów finansowych. Są takie pasje dla wybranych o odpowiednim statusie majątkowym, predyspozycjach psychicznych, fizycznych i każdych innych, których nie każda osoba posiada.

 Jak to wygląda z naszą pasją? Tutaj mamy sytuację prostą i klarowną. Praktycznie, biegać może każdy. Nie piszę tutaj o osobach mających problemy natury stricte zdrowotnej, chociaż w przypadku  serca, pamiętam kiedyś akcję społeczną: „uciekaj przed zawałem na własnych nogach”.  Muszę przyznać, że widywałem na trasach nawet osoby w ten czy inny sposób niepełnosprawne, nawet na wózkach, które jednak brały udział w zawodach. Tak więc biegać tak dla siebie, dla swojej przyjemności może każdy. A jak to wygląda ze startami zorganizowanymi. Zgadzam się, że dla sporej grupy osób właśnie taki start jest jakby ukoronowaniem całego cyklu treningowego. Tyle, że jak kiedyś zauważył jeden z komentujących , w tego typu wydarzeniach bierze udział parę, może kilkanaście procent wszystkich biegających. Czy to znaczy, że ktoś, kto startuje w biegach zorganizowanych jest lepszy/gorszy od tego, co tej osoby, która tylko od czasu do czasu biega sobie pod domem? Wcale nie, gdyż wszyscy mamy tą samą pasję, tyle że trochę inaczej ją postrzegamy. Ktoś musi czuć rywalizację, adrenalinę przez nią wywołaną, konieczność zmierzenia się z czasem i własnymi słabościami, czyli wszystko to, co jest serwowane podczas biegu zorganizowanego. Ktoś inny ( i podejrzewam, że tych jest zdecydowana większość) potrzebuje pobiegania tylko dla otrzeźwienia umysłu, zrzucenia paru kilogramów i generalnie lepszego samopoczucia, a cała reszta to dynda i tita.

 Jak mam być szczery dla mnie obie postawy są równie super. Gdyż w każdej sytuacji łączy nas jedno: zdecydowaliśmy się tuptać, gdyż postanowiliśmy coś zmienić w naszym życiu, poczuć smak pasji, rozszerzyć nasze życiowe horyzonty. I to łączy nas wszystkich, niezależnie czy bijemy rekordy, czy biegamy gdzieś tam, kiedy mamy ochotę i czas. A cała reszta, czyli jak już podchodzimy do tej pasji, co chcemy osiągnąć, jak traktujemy siebie i innych wynika z naszych indywidualnych uwarunkowań, których już nie się wrzucić do jednego wora. Podsumowując napiszę krótko: biegać może każdy, ale jak, z jakimi celami i pragnieniami, to już jest indywidualna sprawa każdej osoby tuptającej.

Kto startuje w biegach zorganizowanych?

Do tej pory miałem wrażenie, że głównym powodem codziennych treningów oraz wysiłku, oraz potu który każda osoba biegająca wykonuje, wkłada oraz wylewa podczas mniej lub bardziej regularnie odbywanych treningów jest planowany w bliższej lub dalszej przyszłości start w biegu zorganizowanym. Właśnie te starty są motorem napędzającym całą naszą pasję. Praktycznie bardzo długo biegałem, trenowałem i robiłem inne przygotowujące rzeczy podtrzymywany świadomością, że robię to wszystko po to, by wcześniej czy później znowu wystartować w biegu zorganizowanym.

 Jednak, zgodnie ze starym obowiązującym nas osoby względnie rozumne prawem, które głosi, że tylko stworzenie rogate, żujące trawę i dające mleko nie zmieniają swoich poglądów, moje spojrzenie na naszą biegową pasję także ewoluuje. Muszę przyznać, że czuję jakbym znowu wracał do początków mojej biegowej pasji. Biegam sobie na luzie, na spokoju dookoła domu, raz w tygodniu w sobotę jadę na parkrun i obecnie starczy. Wiem, że gdzieś mam zawieszone w świadomości, że za około 2 tygodnie powinienem udać się do Warszawy i stanąć na starcie maratonu, ale jakby to napisać: nie chce mi się jechać taki kawał drogi, by przez parę godzin biegać bez przerwy. No i tak się zastanawiam, jak to jest z tymi biegami zorganizowanymi, że czujemy taką potrzebę by w nich wystartować. A może ta potrzeba jest sztucznie wytworzona przez Organizatorów biegów, a my zwykli, szarzy tuptacze niczym muchy do miodu zdążamy, bo tak trzeba, wypada i takie są wytworzone wzorce prawdziwych osób biegających. Jesteś biegaczem/biegaczką, chcesz należeć tej cudownej rodziny? Musisz startować w biegach zorganizowanych, bo one są wyznacznikiem naszej biegowej pasji i tego kim naprawdę jesteśmy. Startujesz? Jesteś biegajacym z krwi i kości. Nie startujesz? Jesteś tuptajacą popierdółką. No cóż, chyba wbiegam na płaszczyznę popierdółek. I jak mam być szczery, obecnie nawet dobrze mi z tym. 

Nie zmienia to faktu, że wcześniej czy później znowu z pewnością zapłonie potrzeba startów. Życie człowieka składa się z cyklów: raz się chce, raz się nie chce. I nie tylko biegania to dotyczy.. Z pewnością jest lepiej,  kiedy nasze „nie chce” obejmuje bieganie, niż inne, ważniejsze życiowo-zawodowe płaszczyzny. Za niechęć do startów nikt nas pracy nie wywali.