Ekstremalne lodowe biegowe wyzwania na 2018 rok.

Obecny tekst stanowi jakby pewną kontynuację porannego wpisu o miejscach, gdzie mieszkają ludzie w warunkach ekstremalnych. Nie jest to mój tekst tylko został zamieszczony prawie 2 lata temu na stronie www.redbull.com . Jest on na tyle ciekawy, że postanowiłem go przypomnieć. Trochę go przerobiłem, coś tam dodałem i dostosowałem do obecnych czasów. Klasyfikacja mroźnych biegów wygląda następująco:

1. Bieg: North Pole Marathon

Miejsce: biegun północny

Temperatura: od -25 do -40 st. C, ale zimne podmuchy wiatru mogą mieć nawet -60

Kiedy?: Rejestracja do biegu w kwietniu 2018

Ryzyko odmrożeń (od 1 do 10): 9

Podczas biegu na biegunie północnym jest o czym myśleć – o niedźwiedziach polarnych, mroźnym wietrze smagającym nas po twarzy i tym, że tak naprawdę nie ma pod nami stałego lądu. Tak o biegu mówi pierwsza osoba, która przebyła jego trasę, organizator, Richard Donovan: „Największym wyzwaniem dla zawodników jest podłoże po którym biegną i ekstremalne zimno. Jako organizator muszę rozważać także ataki niedźwiedzi polarnych, dlatego mamy uzbrojonych strażników gotowych na każdą ewentualność, żeby ewentualnie odstraszyć zwierzę. Ponadto na biegunie północnym nie ma lądu. Zawodnicy biegną po lodzie, dlatego trasę muszę ustalać tak, żeby unikać spękań”.

2. Bieg: Antarctic Ice Marathon

Miejsce: kilkaset kilometrów od bieguna południowego

Temperatura: -20 st. C z ryzykiem wystąpienia zimniejszych wiatrów katabatycznych (wiatru spływającego ze wzgórz, albo z lodowca)

Kiedy?: Rejestracja na bieg w październiku 2018 właśnie się rozpoczęła

Ryzyko odmrożeń (od 1 do 10): 8

W pobliżu południowego bieguna możemy wybrać spośród dwóch dystansów – maratonu i półmaratonu. Maraton jest jedynym rozgrywanym na kontynentalnej Antarktydzie, dlatego jeśli ktoś planuje zaliczyć takie bieg na wszystkich kontynentach świata niech już dziś kupi sobie dobre gogle i zarezerwuje bilety na prywatny samolot z Chile na Antarktydę.

3. Bieg: 6633 Ultra

Miejsce: Kanada (od Eagle Plains do Oceanu Arktycznego)

Temperatura: zwykle od -30 do -40 st. C (najniższa wyniosła -52, ale podmuchy wiatru chwilowo obniżały ją do -78 st. C – było tak podczas biegu w 2008)

Kiedy?: 25 kwietnia 2018 mamy do wyboru dwie opcje na 120 oraz jedną na 350 mil do pokonania. Cena bagatelka od 2800£ do 3200£ w zależności od dystansu oraz opcji biegu

Ryzyko odmrożeń (od 1 do 10): 8

To jeden z najzimniejszych, najwietrzniejszych i najbardziej ekstremalnych ultramaratonów na naszej planecie. To prawie 200 lub ponad 560 km biegu non stop, daleko za koło podbiegunowe, którego uczestnicy muszą polegać tylko na sobie. Sam bieg to nie wszystko. Zawodnicy ciągną sanie z prowiantem, sprzętem biwakowym i odzieżą. Zazwyczaj panuje tam temperatura od -30 do – 40 st. C, ale niekiedy robi się jeszcze zimniej.

4. Bieg: The Hypothermic Half Marathon

Miejsce: Szalony cykl półmaratonów odbywający się w Kanadzie i USA od lutego do marca. Mamy do wyboru w Kanadzie: Calgary, Edmonton, Letherbridge, Red Deer, Abootsfort, Kamloops, Kelowna, Vancoover, Victoria, Winnipeg. Halifaks, Moncton, Saint Johns, St. John’s, Ottawa, Sudburry, Monteral, Regina, Saskatoon, oraz dwa starty w USA w Minnesocie w Rochester oraz Eden Prairie. Cena do 31 grudnia w kanadyjskich lokalizacjach 70 USD, w amerykańskich 50 USD

Temperatura: bardzo złożony temat, ale w Winnipeg mieliśmy -42 stopnie

Kiedy?: Zaczynamy w Calgary 10 lutego i kończymy w Rochester 3 marca.

Ryzyko odmrożeń (od 1 do 10): 8

W zeszłym roku słupek alkoholu (rtęć w tej temperaturze zamarza) na termometrach w Winnipeg w Manitobie spadł do -47 st. C. Mimo to 500 osób wzięło tam udział w półmaratonie. Miejsce słynie z mrozu. NASA nazwała nawet kawałek powierzchni Marsa na jego cześć, gdy temperatura zrównała się tam z tą, występującą na czerwonej planecie.

5, Bieg: The Antarctic Ice Ultra

Miejsce: biegun południowy

Temperatura: -20 st. C

Kiedy?: Rejestracja na 100 km bieg w 13 grudnia 2018 jak ktoś chętny trzeba polować na zapisy. Opłata; 15000 EURO,

Ryzyko odmrożeń (od 1 do 10): 10

To jedyny 100 km bieg na biegunie południowym, który jest przeznaczony nie tylko dla ultramaratończyków, ale przede wszystkim dla prawdziwych twardzieli. W 2007, z czasem 19h 58m 14s bieg wygrał Christian Schiester (na zdjęciu). 100 km na antarktycznym pustkowiu wydaje się ciągnąć w nieskończoność, a słońce podczas biegu nie zachodzi.

6.Bieg: Siberian Ice Marathon

Miejsce: Syberia

Temperatura: najniższa odnotowana wyniosła -32 st. C

Kiedy?: Tak się złożyło, że w 2018 roku maraton odbywa się 7 marca,zapisy trwają. Cena od 620 do 1432 EURO z zależności od ilości noclegów

Ryzyko odmrożeń (od 1 do 10): 8

Tak o maratonie i półmaratonie mówi dyrektor biegu Inna Czernoblawskaja: „W biegu bierze udział 800-900 uczestników z całego świata. Każdy z nich ma własny sposób, aby się do niego przygotować, ale najbardziej interesujące było bieganie w fabrycznych chłodniach. 

7. Trochę po sąsiedzku, czyli w Szwecji:

Bieg Ice Ultra

Miejsce: Lapland, Arctic, Sweden

Temperatura: -20-30 st. C

Kiedy: 20 lutego 2018

Cena na poziomie  £2250

Tak w maksymalnym skrócie: 230 kilometrów ekstremalnych lodowych wrażeń: śnieg, mróz, czyli klasyczna jazda bez trzymanki.

8.Bieg: Tough Guy

Miejsce: Wielka Brytania

Temperatura: mróz jest niewielki, ale w mokrym ubraniu jest mocno odczuwalny

Kiedy?:4 luty 2018 – ech w dzień moich urodzin fajny prezent,czyż nie?

Ryzyko odmrożeń (od 1 do 10): 9

To tradycyjny bieg z przeszkodami, który odbywa się na mrozie, ale nazwa Tough Guy nie wzięła się znikąd. Przeszkód jest 200, a pokonanie jednej z nich wiąże się z taplaniem w lodowatej wodzie. Wyzwanie testuje nie tylko ducha, ale i ciało oraz jego podatność na hipotermię. W jednej z imprez wystartowało 600 chętnych na taką próbę.

Muszę przyznać, że dzień rozpoczęcia Tough Gay mnie ciągnie. Cena 110 funtów, ale raz się popełnia samobójstwo. 

Biegnie rodzi się z tęsknoty

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Tak Grzesiu gonisz mnie w naszej rywalizacji, ale tu sprawy służbowe i nie jestem w stanie się wyrwać na parkrun, jeżeli jestem w pracy. Możesz mnie dogonić wcześniej niż myślisz

Kiedy dotykamy tak sztandarowego tematu, jak przyczyna czy też powody naszego biegania. Na ten temat napisano już hektolitry atramentu, wystukano na klawiaturze miliony znaków i wydaje się, że już nic nie można dodać.Jak mam być szczery, to wydaje mi się, że te wszystkie setki czy też tysiące powodów, przyczyn i innych takich sprowadzają się do tak jakby jednej nadrzędnej przyczyny. Tą nadrzędną przyczyną jest nasza zwykła, ludzka tęsknota. Tęsknimy a tym, by być zdrowszym, szybszym, lepszym, szczuplejszym itp. itd. Generalnie chcemy pragniemy zmiany, czyli tęsknimy za nią. Możemy napisać, że bieganie daje nam i tutaj następuje cała litania określeń, czy też sformułować co osiągamy dzięki tuptaniu. Ale to, że chcemy osiągnąć te, a nie inne cele wypływa z tego, że tęsknimy za tymi celami, one nam przyświecają, stają się naszymi jakimiś priorytetami.

I ta waśnie tęsknota zmienia się z czasem w pasję. Możemy nawet napisać pasja rodzi się z tęsknoty. I chyba co w tym jest. A koniec jeszcze jedna informacja o ciekawym biegu, który odbędzie w przeddzień Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy 
http://www.okb-opalenica.pl/si–biega-si–pomaga——-bieg-26-fina-u-wo-p.html
 
 Muszę przyznać, że pobiegłbym sobie z 3 lub 4 pętle. Korci mnie, by zapisać się na pierwszą, drugą i noc może 3 albo 5. Muszę przemyśleć temat. Może pod koniec roku uda się przybyć na Cytdadelę. Jeżeli nie to trudno, za 4 miesiące Grzegorzu mnie dogonisz. Trzymam kciuki za powodzenia Twojej pogonii. Mam pewne dziwne przeczucie, że w tym roku tak się stanie. W końcu praca to praca, a biegania to bieganie. Praca zawsze na pierwszym miejscu, a bieganie wtedy, kiedy można. 

Jeden dzień, dwa starty

No i znowu przyszły weekend będzie mocno biegowy. Muszę przyznać, że kiedyś już takie biegowe scenariusze robiłem. Zdarzało mi się biec najpierw rano parkrun, a potem gdzieś jakąś dyszkę do kompletu dokładać. Tyle, że ta dyszka była zazwyczaj zdecydowanie później. No i byłem wtedy na zupełnie innym poziomie czasowym i przygotowawczym. Biagałem wtedy parkrun na poziomie 23 minut z hakiem, a dyszki w granicach 50 minut. Obecnie mój stan biegowy sięgnął dna przebijając się wcześniej przez grubą wastwę mułu, to znaczy biegam parkun na poziomie 27-30 minut, a dyszkę to nawet powyżej godziny zdarzało mi się robić. Oznacza to nastrój biegowy bardzo pogrzebowy.

No, ale kiedy forma na dnie, to trzeba sobie coś dołożyć, na zasadzie albo zaczniemy się wynurzać, albo zatoniemy na amen. No i w przyszłą sobotę planuję o 9 parkrun, a o 10 Bieg Niepodległości, gdzie na start też będę musiał dobiec. A moją formę mogę określić słowami dawnego przeboju: „ mniej niż zero”. I tak sobie myślę „i z czym do pani trudniącej się nierządem nędzy na start?” Bliżej mi do darcia pierza i kur macania niż w biegach zorganizowanych startowania. Co prawda od tygodnia zmieniłem mój styl treningu i nawet jakąś różnicę czasową na parkrun dojrzałem, ale to jest ciągle poziom 27 minut, a nie poniżej 24.

No, ale co nas nie zabije to nas wzmocni i w przyszłą sobotę jak nic niespodziewanego się nie wydarzy znowu spróbuję zaliczyć dwa starty w jeden dzień. No i ten tydzień znowu treningowy eksperyment, czyli jutro kilkanaście kilometrów na luzie, poniedziałek bieżnia, wtorek i środa spokojne treningowe dyszki, a w czwartek trening interwałowy. No i po owocach sobotnich zobaczymy czy już coś mi to da. Co prawda na to, by owoce dojrzały jeszcze trochę czasu potrzeba, ale może już chociaż kiełkować zaczną. O życiówce, a nawet łamaniu 50 minut nawet nie marzę, ale chociaż poprawić mój ostatni wynik dyszki, gdzie szczyt poruty, czyli nawet godziny nie złamałem. Co ma być to będzie. 

Chyba wiem, gdzie popełniłem błąd

Wiem, że trudno się przyznać do popełnionego błędu na swoim własnym blogu, ale niestety muszę popełnić samokrytykę w stylu epoki, której na szczęście już nie ma. Nie muszę chyba dodawać, że dotyczy to mojego startu podczas maratonu warszawskiego. Może nie tyle samego startu, co cyklu przygotowawczego przed startem. To, że udało się osiągnąć metę to jedno, ale najważniejszy był styl osiągnięcia i wynik, a to już była zupełna tragedia. Po wnikliwej analizie wszystkiego co miało miejsce podczas mojego treningu przed maratonem dochodzę do wniosku, że popełniłem dwa krytyczne błędy, które wpłynęły na taki, a nie inny mało chwalebny wynik.

Pierwszy błąd jest bardzo łatwy do zdiagnozowania. Polegał na zbyt późnym wzięciu się do treningowej pracy. W czasie dwóch ostatnich miesięcy przed maratonem trenowałem zaledwie jeden miesiąc a przez jeden dobiegałem do siebie praktycznie bez treningów biegowych. Można napisać, że treningowo się opie… znaczy się odpoczywałem. A kiedy zacząłem już biegać, to super, że w cykl treningowy wstawiłem trening siłowy na nogi, ale błędem było, że kosztem samego biegania. Utrzymałem mój codzienny czas treningu na poziomie godziny dziennie, jednak tylko połowa z tego czasu była przeznaczona na bieganie. No i w efekcie zabrakło tak po prostu pokonanych przed startem kilometrów i zapewne to był jednen z głównych powodów, dlaczego odcięło mi prąd po trzydziestym kilometrze.

Jak to mówi mądre przysłowie: „człowiek się uczy przez całe życie,a i tak głupi umiera”. No i teraz, kiedy zapłaciłem ogromną cenę za tę naukę wiem, że kiedy zacznę się przygotowywać do kolejnego maratonu, to owszem trening siłowy siłowy zachowam na poziomie około 30 minut dziennie, ale biegowy także na poziomie minimum godziny plus ekstra wybiegania. Po prostu zwiększę cykl treningowy o budowanie mocy fizycznej. I dopiero to będzie miało sens. A ja przyznaję oficjalnie bijąc się w piersi, że popełniłem błąd w czasie treningu przed jakże ważnym startem.

Jak napisałem, wydaje mi się że wiem, gdzie popełniłem błąd Z drugiej strony tak sobie myślę, czy właśnie nie zmienić całkowicie mój codzienny trening i nie wzbogacić go właśnie, może nie codzienną, ale trzy razy w tygodniu „siłówkę”. Co prawda czasu na trening stracę, ale czy czas, którym przeznaczamy na własne zdrowie, poprawę własnego samopoczucia jest czasem straconym? W końcu wszyscy musimy coś mieć z życia.

Forma jest jak kobieta

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Piotrze masz dużo racji. Jak już pisałem mam dwa wyjścia: albo pobiegnę, albo odpuszczę. Jak pobiegnę, to przepadnę, jak odpuszczę to będę żałował, że nie dałem sobie szansy, by może jednak nie przepaść.

Ale jest jeszcze jedna, jakże ważna dla nas sprawa. Do tego żeby wystartować w takim wydarzeniu jak maraton, to musimy mieć pewność, że nasza aktualna forma daje nam szanse, nie tylko, by wystartować, ale co ważniejsze przebiec, dobiec. No i dobiegamy do głównego punktu dzisiejszego wpisu, czy tego czym jest dla nas biegających forma. W tym miejscu chcę zaznaczyć, że zerkam z mojego męskiego punktu widzenia i mam nadzieję, że odwiedzające mnie Panie wybaczą to trocję szowinistyczne,  męskie postrzeganie tematu.

Co jest najważniejsze dla nas, tuptajacych i szykujących się do takiego czy innego startu. Oczywiście jest to nasza forma. Czym dla mnie biegającego faceta jest forma? Forma jest tym, co najbardziej pożądam, czego pragnę. Marzę o tym, by zawsze była przy mnie, aby nigdy mnie nie opuściła, aby była we mnie, zespolona ze mną tak, jakbyśmy byli jednością. Pragnę ją czuć i aby być w niej, ale jednocześnie ona we mnie. Uwielbiam ją, jej każdy uśmiech, tchnienie jej mocy, którym obdarza moją duszę i moje ciało. Kiedy tylko zechce owiać mnie swoim oddechem. Ale niestety forma bywa bardzo humorzasta. Raz jest blisko, uśmiechnieta, radosna, innym razem się obraża i znika. Jest nieprzewidywalna nigdy nie wiemy jak się zachowa. Czy będzie z nami, tak blisko, czy nagle nie spakuje się i wyprowadzi od nas. Nigdy nie wiemy, czy może głowa ją nie rozboli, obrazi, będzie miała ciężkie dni, albo mamusia nie wpadnie w odwiedziny.  Wtedy jedynie co, możemy pobiec do sklepu na zakupy, by poprawić humor, a nie na zawody. Musimy o nią dbać, rozpieszczać ją, pamiętać o ważnych dla niej dat, chuchać i dmuchać a nią. No, ale życie osoby biegającej bez formy jest skazane na tupklapę. Dlatego mimo jej humorów, uwielbiamy ją i życia bez niej sobie nie wyobrażamy. Niech więc forma nigdy nas nie opuszcza. A kiedy tak analizuję jej zachowania i mojej jej postrzeganie, to muszę przyznać, że ma ona w sobie coś z kobiety.

Na końcu chciałbym się jeszcze odnieść do zdjęcia ten wpis prowadzącego. Czy potrzebna jest nam nowa forma? Myślę, że  tutaj tak, jak z kobietą warto się trzymać jednej, gdyż wiemy czego się po niej możemy spodziewać. Jak będziemy o nią odpowiednio dbali, to ona się nam odpowiednio zrewanżuje, a poszukanie nowej formy może przynieść bardzo mało przyjemne konsekwencje. Nigdy nie wiemy czy nowa w skarpetkach nas nie puści do domu, znaczy się na trasę. 

Biegający postępowi i biegający konserwatywni

Kiedy tak sobie obserwuję nasze biegające środowisko, to dobiegam do wniosku, że nas tuptających można podzielić na dwie główne grupy: osoby, które mają naturę postępową, odkrywczą, szukających ciągle nowy wyzwań i nich czerpiących swoją siłę życiową, oraz osoby, którym ta cała otoczka tak trochę dynda i wisi. Dla nich najważniejsze jest bieganie dla biegania, dla samej czystej frajdy z niej płynącej, na spokoju, na luzie i dla częściowego czy całkowitego odstresowania. I to jest dla nich najważniejsze, a cała reszta czyli jakieś bardziej czy mniej złożone cykle treningowe, starty w różnych biegach zorganizowanych są jakimś dodatkiem, na który może kiedyś się zdecydują, a może wcale nie.

 Biegacz postępowy wyszukuje nowinek w sprzęcie, zerka jak można bardziej urozmaicić swój trening, analizuje różne rozpiski treningowe, wyszukuje biegowych nowinek i stara je dopasować do siebie, albo przyjmuje takie, jakie są w sposób całkowicie bezkrytyczny. Do tego analizuje kalendarz startowy starając się przynajmniej te parę razy w roku wystartować w godnym biegu zorganizowanym. A jak się da może i częściej. Zawsze na fali, zawsze z wiatrem unosząc się za jego pomocą do granic swoich możliwości, a czasem je nawet przekraczając.

 Zupełnie inaczej pasję postrzega biegacz konserwatywny. On ma już swoje wzorce treningowe przez lata treningów wyrobione, swoje trasy, których się trzyma, nawet godziny, dni kiedy nie biega, a kiedy ma przerwy. Wszystko zgodnie z wzorcem, schematem, planem tak ja być powinno. Generalnie nie odczuwa zbytnie potrzeby startowania w biegach zorganizowanych, no chyba że ma jakiś swój ulubiony, którego się trzyma i do którego cały czas się przygotowuje. Ale wcale nie koniecznie gdyż biegaczowi konserwatywnemu starczy samo bieganie dla bieganie. Taka tuptająca forma sztuki dla sztuki.

 Tak sobie myślę, że w teorii to brzmi fajnie, ale w praktyce… jest do pupy. Nie można ludzi wrzucać do jednego, drugiego czy nawet trzeciego, a nawet czwartego wora. Każda osoba jest inna do tego często zmienia swoje poglądy na różne sprawy i ma różne cykle swojej biegowej pasji. To, że ktoś ma w danym okresie poglądy konserwatywne na bieganie nie znaczy, że pół roku, czy za rok nie zmieni się w biegowego postępowca czy nawet rewolucjonistę. Każdy z nas może w końcu nagle wymyślić zupełnie nową formę treningu, przygotowania czy startowania, która może zrewolucjonizować spojrzenie na naszą pasję. Bo nigdy nie jest tak, że wszystko jest już wymyślone i zawsze jest coś do odkrycia, o czym nawet sobie w tej chwili nie możemy wyobrazić. I tak samo dotyczy to naszej tuptającej pasji. 

Jak bieganie może uratować związek

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany masz rację Nirvana ma w sobie to coś, a kawałek ” Smells Like Teen Spirits” jest jednym z najbardziej podpalającym nas biegających.

Ostatnio zostałem poproszony o wpis czy i jak bieganie może uratować związek. Muszę przyznać, że trochę pomyślałem nad tematem i dobiegłem do wniosku, że w sumie, jak to w życiu bywa mamy tutaj dwa możliwe scenariusze. Pierwszy, kiedy oboje biegają i drugi, kiedy biega połowa związku, a druga nie do końca się tym interesuje.

W przypadku, kiedy mam dwoje biegających, to jest to idealna sytuacja. Wiadomo, że nic tak nie cementuje, jak wspólna pasja. Wspólne treningi, wspólne starty dzielenie się wrażeniami i wzajemne podtrzymywanie pasji, kiedy połowa związku ma kryzys biegowo-egzystencjalny. To jest idealny układ, którego można tylko pozazdrościć. Pasja podpalana wzajemną miłością, nie ma nic piękniejszego.  No, ale takie przypadki nie występują zbyt często. Dużo częściej wystepuje sytuacja, kiedy biega połowa związku, a druga tak nie za bardzo się tym interesuje, albo nawet wcale nie. Teoretycznie wydaje się, że taki układ nie sprzyja utrzymaniu związku. Bo w końcu jednej połowy ciągle nie ma w domu, a druga wręcz przeciwnie siedzi w nim i się nudzi. Jakie mamy zagrożenia: oczywiście ktoś biegający może poznać inną osobę biegającą i może między nimi zapłonąć, a drugi partner znudzony czy znudzona czekaniem na biegającą połówkę może zechcieć poszukać skoku w bok w ramiona innej osoby która także nie biega. Teoretycznie jest to możliwe, ale dużo częściej bieganie może uratować związek. W jaki sposób? To bardzo proste. W przypadku  związku, gdzie jedna połowa biega, a druga woli siedzieć w domu, mamy bardzo prosty układ. Występuje taka różnica charakterów, którą teoretycznie trudno pogodzić. Wiem, że w tym momencie ktoś powie: to jak ich tyle dzieli, to po co są razem? Odpowiedź jest prosta: przeciwieństwa się przyciągają, a miłość bardzo często bywa ślepa i powoduje, że gorąca miłość i namiętność płonie między osobami o zupełnie różnym charakterze. Często i gęsto właśnie z tego powodu.

Tyle, że mamy pewien konflikt charakterów. No i wiadomo, osoba o charakterze domatora woli siedzieć w domu i nie ruszać się nigdzie więcej, niż potrzebuje. A co ma w tym czasie robić tak druga połowa, która jest wulkanem płonącej energii? Ma dwa wyjścia: albo wcześniej czy później zrobi tzw skok w bok, albo znajdzie taką pasję,  która wypalając nadmiar naszej energii powoduje, że po takim czy innym wysiłku wracamy uspokojeni do domu czując niezmienną miłość do naszej lepszej lub gorszej połowy czekającej na nas i oglądającej TV, wertującą Neta,  czy dziergającej na drutach. I po zaspokojeniu naszego nadmiaru energii właśnie dzięki tuptaniu mamy nasz duchowy i fizyczny katalizator temperujący nasz charakter.

Co nas najbardziej motywuje do biegania

Pytanie z gatunku tak łatwych i oczywistych, że na pierwszy rzut oka czy ucha, aż wstyd je zadawać. Przecież to jasne i każdy, kto tupta, biega, startuje czy tylko potruchtuje  zna odpowiedź na to pytanie. To jest jakby kontynuacja wczorajszego wpisu, kto to jest maratończyk.

Ogólnie w literaurze nazwijmy to zawoowej, czy też fachowej, wrzuca się nas wszystkich do jednego worka. Każda osoba, która biega jes biegaczem, każda osoba, która pokona Królewski Dytans jest maratończykiem itp. itd. Wszyscy jesteśmy równi, wsyscy tacy sami, jedna wielka biegająca rodzina. Można napisać, że równość biegowa czyli niemal komunizm, czy może raczej socjalizm, w tej najczystszej utopijnej formie nie skażony zbrodniczą pasją niszczenia wszystkich, którzy śmią myśleć inaczej.

Natomiast prawda o bieganiu, o motywacji do niego jest dużo bardziej złożona. Każda osoba, niezależnie pan, pani o takim czy innym statusie społecznym, majątkowym i każdym innym jest inna wyróżnia się swoimi własnymi indywidualnymi cechami.Podobnie jest z moywacją. Każda osoba ma inną motywację ogólnie do życia, a  szczególnie do biegania.Ktoś chce mieć lepszą sylwetkę, ktoś chce schudnąć, ktoś poprawić kondycje, ktoś poderwać sąsiada czy sąsiadkę, którzy biegają, ktoś zmienić coś w życiu.

Podejrzewam, że wymieniać można godzinami i końca nie będzie widać. Jednak myślę, że u podłoża, czy raczej podstawy tematu, czyli przerabiając klasyka motywacją wszystkich motywacji będzie wieczna ludzka chęć zmany. Dążenie do ulepszania, usprawniania sobie życia i ciągłego szukania nowych, lepszych dróg do naszej perfekcyjnej, wymarzonej egzystencji na tym padole łez. Szukanie możliwości, aby było nam lepiej, aby żyło się na lepiej ( bez politycznych skojarzeń). To jest normalne, że szukamy, dążymy i chcemy by było nam lepiej niż jest. Można to robić powoli, krok po kroku człapiąc i szukając tej wymarzonej drogi, często błądząć, mijając ją i w końcu umierając bez znalezienia i w poczuciu, ze czegoś zabrakło. Jednak człowiek z natury jest niecierpliwy i dlatego nie chce tracić więcej czasu na szukanie, jeżeli może go skrócić. Dlatego dużo lepiej jest szukać w biegu. Może też nie znajdziemy, może miniemy w pędzie nie dostrzegając, ale umierając będziemy wiedzieli, że zrobiliśmy wszystko, by znaleźć i nic sobie nie będziemy mogli zarzucić. A to chyba jest najważniejsze. A do tego pokonane kilometry, setki nowych ludzi poznanych, to jest bezcennym dodatkiem do całości obrazu.

Półmaraton z marszu, ale w nowych butach

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Kuba, rzeczywiście pamieć Ciebie nie myli. Po raz pierwszy piłem izo na trasie. nie sprawdzając co to za izo i nie testując. No, ale uważałem, że jest to wspomaganie uniwersalne i na każdego tak samo dobrze działa. Niestety okazało się, że mój organizm, który w gruncie rzeczy jest bardzo odporny, gdyż nigdy nie miałem problemów z tego typu rewolucjami, akurat na izo jest uczulony. Możliwe, że jest to na zasadzie, nie ma reguły bez wyjątku i ja jestem tym wyjątkiem, ale w moim przypadku izo jest na nie. Jak to się mówi, nie ma życia bez pewnych drobnych lub większych szaleństw. Czasem każda osoba musi się duchowo czy też fizycznie zresetować robiąc coś nieprzewidzianego, czego by w życiu nie sądziła czy sądził, że może mieć miejsce. Ostatnie miesiące u mnie pod wpływem biegowym nie prezentowały się okazale. Najpierw na początku roku kontuzja dwugłowego, która ciągnęła się jak brzydki zapaszek po majtkach kogoś, kto ma problemy z żołądkiem. Potem przybiegł szczyt zawodowego sezonu, co spowodowało, że poza treningami i to nie niecodziennie oraz parkrun nie miałem czasu na nic biegowego innego. No, ale w końcu Robert dłużej znany wraz z innymi zapaleńcami uruchomił projekt Cytadela By Night, dzięki któremu można było w tygodniu wieczorową porą się spotykać na bieganie na Cytadeli. Do tej pory były to piątki lub dziesiątki na Cytadeli. Jednak w dniu dzisiejszym Robert zrobił krok następny, czyli postanowił zorganizować półmaraton. Podobnie jak w poprzednich projektach całkowicie za free.

Trasę biegu, tak w maksymalnym skrócie można określić dookoła Warty. Oczywiście w Poznaniu w oparciu o jeden most, ale po obu stronach naszej rzeki, więc może nie dookoła, ale po dwóch stronach Warty. Bieg wyzwalał u mnie do dodatkowe emocje, gdyż miał to być startowy debiut moich nowych, testowanych Kalenji Kiprun LD.

Na miejscu startu, czyli śmiało można napisać, że pod Cytadelą, byłem gdzieś koło pół godziny przed startem. Roberci dłużej i krócej znani wydawali numery startowe. Mimo wieczorowej, mało komfortowej pory w tygodniu, a do tego niezobowiązującej formuły, to i tak plus minus koło setki pasjonatów tuptania się pojawiło. Inaczej niż pasjonatami nie można chyba nazwać osoby, które pojawiają się w środku tygodnia, wieczorową porą, by z dystansem 21 kilometrów się zmierzyć.

Kiedy wszystko zostało wydane, wszyscy stanęli w miejscu startu i na dany znak każdy pobiegł, czy pobiegła takim tempem, które było najbardziej dla danej osoby odpowiednie. Muszę przyznać, że pierwszy raz biegłem tą trasą i była naprawdę super. Co prawda na początku, trudno mi było się zgrać z butami, których wielka amortyzacja powodowała, że odnosiłem wrażenie, jakbym zanurzał się w asfalcie, ale z każdy kilometrem  wypracowywaliśmy nasz wspólny rytm.Biegło się super. Tuptaliśmy wzdłuż Warty, nikomu nie zamykając ulic, ani praktycznie nie przeszkadzając. Co prawda,po drugiej stronie Warty, biegliśmy mając z boku ścieżkę rowerową, a z racji że jedna część nas biegła w jedną stronę, a druga po nawrocie w drugą,więc rowerzystom został sam środek oznaczony dwoma pasami, ale jakoś nie stanowiło to dla nikogo problemu. Tak jak pisałem trasa super, bezkolizyjna,pogoda idealna, więc czego chcieć więcej od życia. Biegliśmy min. przy Bramie Poznania, w niektórych miejscach mając do pokonania podbiegi,a w innym zbiegi, ale to wszystko stanowiło dodatkowy koloryt.

Kiedy zakończyliśmy pierwszą, jakby pętle, czyli 10.5 km stwierdziłem, ze chyba starczy na dzisiaj, bo w końcu ostatni dłuższy start, miałem podczas maratonu we Wrocławiu, we wrześniu zeszłego roku, a od tego czasu moje bieganie było mniej lub bardziej ograniczone. No, ale kiedy przez najbliższe dwie czy trzy minuty, po wdaniu w dyskusję z Robertem dłużej znanym usłyszałem, że w takim razie nie będę sklasyfikowany, gdyż nie ma możliwości tylko jednego okrążenia, to mój duch i moje buty wrzasnęły na mnie: ” co ty tworzysz. Biegniesz dalej, nie odpuszczasz.To jest start, a nie popierdółka”. No i co było robić? Pobiegłem dalej. Oczywiście straciłem trochę rytmu, potem jeszcze skręciłem, nie tam gdzie trzeba i jeszcze nadrobiłem trochę trasy, ale ogólnie ogarnąłem wszystko i do mety w pełnym, a nawet z plusem wymiarze dobiegłem. Podsumowując  moje przygotowanie i sam start mogę napisać, że był to półmaraton wzięty z marszu, ale za to w nowych butach, czyli taka bardziej przyswajalna społecznie forma: nago, lecz w ostrogach.

Czas był bardzo luzacki, jak i cały bieg, ale 2 godziny z pewnym zapasem, gdzieś w okolicach dwóch minut złamałem. Buty sprawiły się rewelacyjnie. co prawda nie odczuwałem w nich potrzeby pożerania kilometrów, raczej dostojnego smakowania, ale po wejściu we wspólny rytm, komfort biegu dają naprawdę wielki. Podsumowując mogę napisać jedno: super impreza, do której z przyjemnością wrócę.

Natomiast już chyba wiem, o co biega z moją małą przyswajalnością izo w trakcie i po biegu, ale o tym jutro.

Śmierć o której się nie mówi

Jak wspominałem w sobotę byłem na osiemnastce córki w Domu Studenckim Maćko. Mieliśmy tam wynajętą salkę i była super zabawa. W zasadzie była super do godziny 20.30. Wtedy przed oknami naszej Sali ( byliśmy na parterze) ujrzałem leżącego na plecach młodego człowieka, dookoła którego nachylało się dwóch innych młodzieńców. Po chwili podszedł do nich jeden znajomy, z którym byliśmy na tej zabawie. Nagle  błyskawicznie  przykląkł przy młodzieńcu i zaczął do reanimować. W chwilę później podjechała policja, pogotowie i straż pożarna.  Ciało przykryto, a następnie odgrodzono przed wzrokiem specjalnym parawanem.

Kiedy znajomy wrócił oczywiście od razu się zapytaliśmy, o co chodzi. Powiedział, że widział leżącego i nachylających się nad nim młodzieńców. Podszedł i spytał : „ co popiło się?”. A oni na to : „ nie on skoczył z 8 lub10 piętra”. Mówił, że próbował go reanimować, ale czuł, że wszystkie kości połamane, a z uszu popłynęła krew. Nie musze chyba dodawać, że młodzieniec nie przezył. Jak się dowiedzieliśmy, było to chłopak dwudziestoletni, student 1 roku Uniwersytetu Przyrodniczego.

Następnego dnia patrzeliśmy w naszą regionalną prasę, e-portale i… cisza. Jakby nic się nie stało. Są informacje o wypadku samochodowym, o odkryciu planetoidy, o jakiś pchłach, a o śmierci przy akademiku Maćko, ani słowa. Ani słowa, cisza, nic. Był człowiek, nie ma człowieka, life is brutal, full of zasadzkas and sometimes spadas z oknas. Pytanie, a może wcale nie spadł? Może nie skoczył, może ktoś mu pomógł? Nie wiem, więc się nie wypowiadam. Pod akademikiem od wczoraj pali się jeden znicz. I to wszystko. Kim był, dlaczego tak się stało, czy można mu było pomóc, kto popełnił tutaj zaniedbanie? Obawiam się, że nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Śmierć otulona medialna ciszą. Może tak musi być. Ale może ktoś jest w takiej samej sytuacji i także podobne myśli po głowie mu biegają. Rozejrzyjmy się dookoła, bo grzech zaniechania w takiej sytuacji wcale nie jest lepszy niż namawiania.

Powiedzmy sobie szczerze. Samobójstwo jest może najprostszym wyjściem z sytuacji bez wyjścia w której się znaleźliśmy, ale nie tędy droga. Ilu z nas w życiu dopadły myśli, że to już koniec, starczy, nie damy rady dalej. Owszem najprościej jest wziąć i skończyć z sobą, ale nie jest antidotum na wszystkie problemu. One znikną, ale się nie rozwiążą.