Wyścig z infekcją

 Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Chełmiec masz rację, jest to super inicjatywa. Proponuję się zgłosić. Bartek oczywiście zgadzam się z Tobą, że podczas takich wypraw w kupie raźniej.

Na początku muszę się szczerze przyznać, że nie jestem typem wyścigowca. Kiedy nawet startuję w biegach zorganizowanych, to głównie po, by pobiegać w miłym towarzystwie, trochę pogadać, spotkać się chociaż na chwilę w miłym towarzystwie, a sam efekt tuptania zbiega na dalszy plan. O tym, by się ścigać z kimś na trasie, to nawet nie myślę. Mogę napisać krótko: nie moja bajka, nie moje klimaty.

Jednak czasem zdarzają się przypadki, kiedy musimy trochę pogonić, a w zasadzie w moim ostatnim przypadku pouciekać. Jak już wspomniałem parę dni temu od weekendu goni za mną jakaś nie do końca miła infekcja. Kiedy mnie na chwilę dopadnie, to się zaczyna kompozycja kichająco-kaszląca. Z nosa płynie, z płuc wyziewne  churchanie, taniec kaszlu w gardle, chyba każda osoba zna te objawy.  Nic co by nas miło do życia nastrajało. Wręcz odwrotnie, jesteśmy w życiowym odwrocie. Wszystko nas drażni, nic tylko wziąć i się odciąć od wszystiego i wszystkich.  Była nawet chwila, kiedy myślałem, czy tradycyjną metodą nie wziąć urlopu i nie walnąć się na parę dni, by doprowadzić do stanu zanim infekcja wzięła mnie w obroty. No, ale postanowiłem, że się nie poddam i postanowiłem uciec przed choróbskiem. Mogę napisać, że działam dwutorowo: bieganie i cytryna

Najpierw w poniedziałek uciekałem treningiem tempowym na stadionie. Ustawiłem sobie określone tempo na okrążenie i hajda przed siebie. No i muszę przyznać, że infekcja nie potrafiła mnie dogonić. Najpierw nos się wysuszył, potem płuca złapały drugi oddech. Możliwe, że infekcji przez to bieganie w kółko zakręciło się głowie i dostała chorobliwego kociokwiku. Podsumowując mogę napisać, że jeszcze długo po zakończeniu treningowych kółeczek nie mogła do mnie znaleźć drogi. Kolejnego dnia znowu mnie prawie dopadła, ale potem we wtorek na luźnych, treningowych 10 kilometrach znowu jej trochę odbiegłem. Następnie przez całą środę próbowała mnie znowu dopaść, ale na olejnym treningu podczas interwałów znowu jej uciekłem. Trochę to przypomina gonienie myszki przez kotka, ale na razie myszka górą.  Do tego codziennie herbata z miodem i cytryną. Kompozycja i smakowa i zdrowotna. Sam jestem ciekawy, jak ta pogoń się rozwinie. Na razie uciekam jak mogę i ile sił w nogach. Tak w skrócie: moja metoda na infekcję? Bieg z miodem i cytryną. Powiedzmy sobie szczerze: jest to moja metoda na pewnym poziomie zboczenia życiowego i nikomu narmalnemu jej nie polecam.

Maratony łączą biegających

Muszę przyznać, że bieganie to tak naprawdę bardzo samotna dyscyplina. Niby się znamy z wieloma innymi biegającymi, spotykamy w czasie biegów, pogadamy przed startem, pożartujemy na mecie, czasem jedna czy druga grupka skoczy na piwo raz na tzw. ruski rok i… na tym koniec. Po biegu każdy w swoją stronę i tak do następnego. Podsumowując można napisać krótko: chociaż w grupie, ale samotnie każdy walczy ze swoimi słabościami. Czasem oczywiście zdarzy się zebranie w grupę osób połączonych jedną pasją, która spotyka się trochę częściej, ale nie mam pojęcia czy zwykle ogranicza się to tylko do samych treningów, czy może są jakieś bliższe relacje. Tylko na czym bliższe relacje polegają? I tak jak się spotkamy na ulicy, to o czym gadamy? Kto gdzie startował, kto co planuje. Jesteśmy strasznie monotematyczni. Można napisać krótko: kiedy biegający się spotykają, to tylko o bieganiu gadają.

No, ale to taka dygresja. Już przebiegam do istoty wpisu. Mimo monotematyczności, oraz samotności z zasady biegania wypływającej, to zdarzają się sytuacje, kiedy nasza pasja łączy biegających. Taki przypadek następuje podczas wspólnej dalekiej wyprawy. Wiadomo, że takie wyprawy są zazwyczaj związane z chęcią zmierzenia się z Królewskim Dystansem. Na krótsze biegi raczej trudno zebrać ekipę, a maratony wyzwalają taki wyjątkowy ogień. Jeżeli jeszcze jest to wyprawa poza granice naszego kraju, ale nie na tyle daleko, że nie do końca możliwe jest zorganizowanie się, to taka ekipa biegowa jest najlepszym rozwiązaniem.

Podam jeden przyład. W grudniu odbędzie się w Maladze jeden bardziej interesujących maratonów w Europie. Wielu by chciało się wybrać, ale kawał drogi i samemu jechać taki kawał drogi to mało interesujące. Dlatego w wielu przypadkach zbierają się grupy i organizują na wspólne wyprawy. Tak właśnie jest w przypadku wyjazdu do Malagi. Z tego, co o uszy mi się obiło ekipa z Poznania liczy już 28 osób. Mają spotkania, ustalają marszrutę,dzielą się obowiązkami i działają, by wszystkim w  czasie wyjazdu było dobrze. Transport, noclegi wszystko robią by byłe lepiej i taniej. Muszę przyznać, że taka grupa robi wrażenie. Trzymam kciuki za sukces organizacyjny. Można napisać krótko:taka wyprawa łączy jak mało co. Ekipa musi być razem i wspólnie działać od momentu wyruszenia aż do startu i potem na mecie do powrotu do Poznania. Jedynie w czasie samego biegu, jak zwykle będziemy samotni. Podsumowując można napisać, jak w tytule: maratony łączą biegających. 

Podsumowanie 2 Biegu Niepodległości w Poznaniu

Kiedy trochę emocje biegowe i adrenalina opadnie można się pokusić o w miarę rzetelną, chociaż oczywiście przepełnioną subiektywnymi odczuciami ocenę Biegu Niepodległości, który wczoraj odbył się w Poznaniu.

Tak więc od początku. W piątek odbiór pakietów w jednej z hal MTP. Fajnie zorganizowane, nie było kolejek, super, że każdy, otrzymał na telefon sms-a ze swoimi odbiorczymi danymi. Wystarczyło podejść z telefonem pod swoje stanowisko, pokazać sms-a i gitara grała. Ja ktoś nie miał telefonu, to zawsze mógł sobie wydrukować, czy zapisać taką samą informację z maila. Dla kogoś, kto pracuje na drugą czy trzecią zmianę minusem były godziny otwarcia biura zawodów od 16 do 21, ale to było do ogarnięcia. Sam pakiet startowy z gatunku może nie aż biedy z nędzą, ale nie rzucał na kolana. Jedynie fajny duży worek, ale kiedy się zobaczyło zawartość worka, to śmiech pusty brał.

Bardzo fajnie zorganizowana strefa startu i sam start. Puszczanie biegających falami zgodnie z czasowymi możliwościami biegowymi super rzecz. Dzięki temu znajdowaliśmy w grupach osób, o porównywalnych możliwościach biegowych i cała grupa bez rozbijania mogła się trzymać razem. Co prawda mimo dosyć rygorystycznego przestrzegania wpuszczania osób do poszczególnych stref przez wolontariuszy parę osób z innych biegowych bajek się wkręciło trochę na „suchy ryj”, co widać na niektórych zdjęciach, ale były to sporadyczne przypadki. Kto wie, może te osoby mimo gorszych wyników w innych biegach, czy może braku takich wyników były na takim gazie, że bez problemu zaplanowany czas osiągnęły. Sama trasa, jej oznaczenie, wolontariusze na niej, jak pisałem wczoraj super, ekstra i w ogóle i w szczególe ,miód, malina i rewelka. Sama atmosfera, połączenie adrenaliny biegowej z nutką patriotyczną – rewelacja. Odczucie jedyne w swoim rodzaju. Z drugiej strony tak, jak to Paweł w komentarzu na Facebook napisał: brakowało oprawy na trasie, a nawet głupiej wody, tak trochę na odczepnego i bieg typowy robiony dla kasy. 

Dużym minusem brak miejsca po biegu, by usiąść, ochłonąć, i coś wypić, zjeść, generalnie się zregenerować. Mimo wszystko, wiadomo było, że w to listopad, raczej będzie zimno i rozgrzani po biegu, spoceni biegający, fajnie gdyby mogli gdzieś się schować i ochłonąć. Większość z nas jest już co prawda zahartowana i zimno nas nie rusza, ale ktoś to zaczyna i biegnie w zimnie, a potem spocony nie ma gdzie usiąść i trochę ogrzać, to mało halo. Do tego beznadziejne oznaczenie tego, co mają biegający robić po biegu. Spora grupa od razu po biegu skręcała z barierki i szła do domów nie wiedząc, że trzeba jeszcze kawałek przejść by dostać medal, a jeszcze dalej by wodę i rogalika. Pod względem informacyjnym na mecie kiepsko

Do tego fajny, bardzo oryginalny medal, ale czy aż tak wyjątowy i najpiękniejszy w kraju, jak to organizatorzy głosili, to mam wątpliwości. Jak pisałem wczoraj ładniejsze w moim odczuciu w mojej kolekcji. Po podsumowaniu wszystkich za i przeciw, które podczas nocy mi się nasunęły, to trochę mi ocena spadła z mocnej czwórki na czwórkę, ale ogólnie mimo paru niedociągnięć bieg super. 

Trening do czy po kotlecie i trening startowy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie wstrzymałbym się od tak jednoznacznych opinii. Uważam, że powinna nas cechować otwartość umysłów na różne nowości i nim faktycznie po organoleptycznym sprawdzeniu nie uznamy że coś jest be, lub cacy, podbiegać z wiarą i nadzieją do nowości. Miłość może zostawmy wyższym celom.

Dla każdej osoby tuptajacej, która oprócz tuptania dla tuptania czasem startuje w różnych biegach zorganizowanych i stara się wtedy uzyskać maksymalnie dobry czas nie jest żadną tajemnicą, że mamy dwie różne formy treningu. Jedną możemy określić, jako biegania dla biegania, ewentualnie do czy może raczej po kotlecie, a drugie to już poważniejsze robienie kilometrów przygotowujące nas do poważniejszego startu. I tu nie ma znaczenia, czy dla kogoś to dyszka, dla kogoś półmaraton, a dla innego w końcu Królewski Dystans, czy też biegi ultra. Ważne jest to, że podczas tego typu treningu, nasze założenia, odległości czy nawet metody ulegają całkowitej zmianie. A jak Metody, to i Cyryl może się przyplątać ( ciekawe kto złapie o co biega.

W każdym razie kiedy biegniemy do czy po kotlecie ( w zależności przed czy po obiedzie), to biegniemy sobie na całkowitym luzie. Nasze odległości są takie czy inne, możemy je zmieniać w zależności od fantazji i humoru, a tempo dokładnie takie, na jakie mamy ochotę czy jakiego czujemy potrzebę. Ot sobie biegniemy dla samego biegu, a cała reszta się nie liczy. Jest przyroda,, ptaszki, mniejszy lub mniejszy smog i my. I jest to kompozycja biegowa doskonała.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, kiedy przed oczami mamy cel w postaci takiego czy innego startu. I tu nawet nie ma znaczenia, czy chcemy, czy nie chcemy poprawiać naszych wyników. Bieg zorganizowany to jest wyzwanie, bo to już nie mierzymy się tylko z samym sobą na zasadzie jak dobiegnę to fajnie, jak nie to trudno. Tutaj wypada do tej cholernej mety dotuptać. Jeszcze bardzo często mierzymy się z odległościami, które na co dzień nawet przez głowę nam nie przebiegają, że może tak pobiegniemy. Tutaj to jest klasyczna woja: my, czas, trasa i nasze słabości. No bo do pani trudniącej się nierządem, nie jesteśmy cieniasami, by zejść z trasy. Jak już zdecydowaliśmy się wystartować, to wypada jakoś do tej mety doczłapać. A bez przygotowania, to ni cholery się nie uda. Dlatego trzeba podkręcić kilometry, tempo, wpleść w trening rytmy, podbiegi i inne takie. Jeżeli moja tygodniowa norma to powiedzmy 60 km, to w rytmie treningowym przed maratonem musi podskoczyć do tych 80-90. Oczywiście nie od razu, tylko  na systematyczne tygodniowe podnoszenie. Jak ktoś chętny, to niech poszuka w necie. Jest wiele rozpisek i niech ich się trzyma, a nie wg własnego widzimisię, gdyż do niczego to nie doprowadzi. A będą pewno i tygodnie, że i setkę się machnie. I to w różnych tempach. I nie ma, że boli. Królewski Dystans, to nie popierdółka i tu trzeba być przygotowanym, by jak popierdółka nie skończyć. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma że boli, tu musi poboleć, bo jak nie teraz to w czasie startu nam tak przy….., ze z papci wyskoczymy. Deszcz,żar z nieba czy wichura, kilometry robić trzeba.

 

Samobójstwo, to nie jest rozwiązanie

Na początku, jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany i Dariuszu, wpływ balastu wagowego na nasze możliwości tuptające jest i będzie duży i tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Są może talenty biegowe wrodzone, którym żadna waga biegowa nie przeszkadza w osiąganiu super wyników, ale większość z nas takimi tuptającymi samorodkami raczej nie jest. Ola oczywiście masz rację, że samo bieganie nie kosztuje. W mniejszy czy większy sposób kosztowna jest otoczka, oraz to wszystko co powoduje, że bieganie nie jest samą sztuką dla sztuki, tylko daje nam ekstra ognia w postaci startów zorganizowanych mniej czy bardziej markowego sprzętu, jeżeli w takim ktoś gustuje. Ewelina całkowicie się z Tobą zgadzam. Każda pasja związana z taką czy inną aktywnością jest lepsza niż siedzenie przed telewizorem czy kompem w błogim nieróbstwie. Co prawda ma to swój urok, ale chyba nie taki, który dodaje nam ekstra życiowego kopa. Marku, może faktycznie rodzina nie chcieć upubliczniania takiej wiadomości, ale w takim przypadku można tylko napisać, że takie zdarzenie miało miejsce, bez podawania danych osobowych. Tak trochę ku przestrodze innym.

Cały czas po głowie mi biegają wydarzenia, których świadkiem byłem w ten weekend na osiemnastce córki, czyli samobójczej śmierci młodego chłopaka, który skoczył z 10 piętra Domu Studenckiego Maćko. Tak sobie myślę, że wybór takiej śmierci jest nie tylko aktem trudnej do zrozumienia desperacji, ale wręcz braku jakiekolwiek logiki w zaćmę umysłową wchodzącą. Nigdy nie wiem, czy akurat ktoś nie będzie szedł pod budynkiem i nie spadniemy na głowę, w najlepszym wypadku robiąc z niego kalekę do końca życia. Kiedyś już był taki przypadek. No, ale nie metoda jest tematem rozważań, tylko sam fakt podjęcia się takiej próby i zakończenia w taki sposób własnego życia.

Przerażające jest to, że w naszym kraju liczba samobójstw praktycznie z każdym rokiem rośnie . W 2012 roku byliśmy na 24 miejscu w skali całego świata. Rok później byliśmy już na 23 miejscu. Które obecnie zajmujemy miejsce nie mogłem znaleźć , ale wiadomo, że obecnie nasza średnia jest dużo wyższa niż ogólnoeuropejska. Od 1951 roku, czyli czasów stalinowskiej, najokrutniejszej i najbardziej bezwzględnej komuny, liczba samobójstw wzrosła o 300 %. Tyle,  ze wtedy ilość zgonów ogólnie była zapewne wyrównywana zakatowanymi w kazamatach UB i tymi, co zakończyli z kulą w tyle głowy. No, ale teraz nam doszły jeszcze wypadki samochodowe, których w tamtych czasach tylu nie było, bo nie było tylu samochodów.

No, ale wracamy do rosnącej liczby samobójstw w Polsce. Zastanawia mnie dlaczego nigdzie nie ma oficjalnych danych.  Czyżby problem był aż tak głęboki, że aż boimy się do niego przyznać?  Nie chcę tu wnikać ile jest w tym polityki i ogólnej sytuacji gospodarczej. Nie chce tutaj rozważać czy to jeszcze wina Komucha, wina Solidarucha, wina Tuska, jak to mawia jeden z polityków zwalający na innych, czy w końcu samej Dobrej Zmiany. A może tych, co nie chodzą na wybory. Zapewne wszystkiego po trochu, podsmarowane problemami rodzinnymi, społecznymi, może osobowościowymi wynikającymi z niemożliwości dopasowania się do ogólnie akceptowalnych oczekiwań społecznych. Jestem pewny, że to nie bywa jedna przyczyna, ale cykl jakiś zachowań, działań, przypadków, zdarzeń, które doprowadzają nas do stanu, z którego wydaje się, że nie ma już żadnego wyjścia. Ja wiem, tak naprawdę nie wiem ilu jest nas takich, którym przez głowę mniej czy bardziej wyraźne myśli samobójcze przez głowę nie przebiegły. Samemu mi się parę razy w życiu zdarzyło pomyśleć, czy powiedzieć głośno do siebie: „ skończę z tym wszystkim, bo wszystko gówno warte i albo się zastrzelić, albo powiesić, albo pójść upić. I 99% z nas w takiej sytuacji albo idzie się upić, albo przejdzie czy przebiegnie kawałek i głupie myśli z głowy mu uciekną. No, ale zawsze pozostaje ten 1%, który weźmie te myśli na poważnie i skończy ze sobą.

W tym momencie musimy powiedzieć sobie szczerze: to nie jest wyjście z sytuacji. Nawet jeżeli jesteśmy chorzy, mamy kredyty, straciliśmy pracę, żona nas opuściła czy zdradziła, kochanka za drzwi wystawiła, to zawsze jest inne wyjście z sytuacji. Nawet w medycynie cuda się zdarzają, kasę można nawet w lotto wygrać, jak się da losowi szanse, kredyt w końcu się spłaci, pracę znajdzie się nową, może lepszą, jeżeli będzie się jej szukało, żona może wybaczy, albo my jej wybaczymy, kochankę czy kochanka możemy mieć nowego czy nową. Zawsze jest inne wyjście niż bezwzględna kapitulacja  i odebranie sobie życia. To, tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Nie chcę tutaj rozważać, czy jest to oznaka odwagi, czy wręcz tchórzostwa. Tak jak jest napisane pod zdjęciem ten wpis prowadzącym . Trzeba być cholernie odważnym tchórzem, aby je popełnić. Napiszę tylko, że do niczego to nie prowadzi, bo jak nam się uda, to sami sobie odbierzemy szansę odzyskania czy naprawienia tego, co się zgubiło, czy spieprzyło.

Wiosenny wysyp biegających,

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, faktycznie wycieczka biegowa super. Będą następne dotyczące innej tematyki, ale także z Poznaniem związane.

Dwa dni temu mieliśmy pierwszy dzień wiosny. Została ona okraszona cudowną pogodą. Było cieplutko, przyjemnie, nic tylko biegać. Kiedy pod wieczór wyszedłem na mój tradycyjny trening, to czułem jak mój biegowy ogień podgrzewa moje ciało, wyzwalając w nim biegowe pożądanie. Spokojnie, zgodnie z planem robiłem moje z zasady przypisane kilometry. Tempo było jakie było, więc wszystko zgodnie z planem.

Jak już nie raz pisałem mieszkam w rejonie Poznania, który można określić bardzo prosto: to tutaj psy szczekają tą częścią ciała, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Tak w skrócie, żeby się nie rozwodzić, klasyczne zapupcie. Kiedy zaczynałem biegać koło 5 lat temu, to poza mną zdarzyło mi się spotkać na treningu psa, który człapał z lekka okulawiony. W zasadzie wszyscy na mnie patrzyli wielkimi oczami zerkając za moje plecy, kto mnie goni, albo z niemym pytaniem w oczach: czy wszystko, aby na pewno z umysłem w porządku. Z biegiem czasu powoli, acz systematycznie zauważałem zmiany.  Po pierwsze, ludzie się trochę się przyzwyczaili, że codziennie biegam, więc przestałem być sensacją. Po drugie oprócz mnie ktoś tam jeszcze tuptał, więc nie byłem już sam. A kiedy już tupta paru nie ma sensacji, ot w odczuciu społecznym paru świrów obojga płci szlifuje im chodniki. Tak jak pisałem na mojej prowincji miejskiej za dużo osób tuptających nie było, ale parę się przewijało. To co wczoraj się działo wieczorową porą w czasie codziennego treningu, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia, dotyczącej aktywności, a raczej braku aktywności społecznej w mojej dzielnicy.

Co chwilę napotykałem  osoby biegające. Jedni biegali pojedynczo, inni parami, jeszcze inni trójkami. Byłem w ogromnym szoku. Co chwilę ktoś z naprzeciwka biegł. I tu tutaj mówimy tylko o osobach biegnących z naprzeciwka, a nie poruszających się  w tym samym kierunku co ja, np. w zbliżonym tempie. Na początku liczyłem, ale kiedy w połowie pierwszej pętli dobiegłem do przeszło dziesięciu  to odpuściłem. Tak na oko na całkowitych peryferiach naszego miasta tuptało wczoraj przynajmniej trzydzieści osób obojga płci. Na początku tak sobie pomyślą: jak to pora roku na nas działa, wyzwala energię, chęci do aktywnego życia. Wszystko nabiera zupełnie innego blasku. No,  a potem sobie uświadomiłem, że zapewne tkwi w tym drugie dno. W niedzielę mamy półmaraton i sporo osób zapewne myśli, że w końcu trzeba wziąć się za trenowanie i przygotowanie. Przyznam szczerze, że jeżeli ktoś myśli, ze w ciągu tygodnia się przygotuje, by pokonać  dystans półmaratonu, to cóż …  Mówi się wiara z elementami afirmacji czyni cuda. Jak mam być szczery wszystkim teraz zaczynającym treningi tego cudu w niedzielę życzę. Wierzę, że Wasz talent jest tak wielki, że wygracie ten bój, do którego ja na Waszym miejscu bym nawet nie zaryzykował przystąpić. Niech wiosenna pogoda i moc biegowa Wam sprzyja.

Ile pączków wybiegane?

No to mamy tłusty czwartek. Dzień bez wątpienia wyjątkowy, smakiem pączków wszystkich bez wyjątku kuszący. Ja wiem, że dieta, to nie hurt, ale detal, no, ale mamy tłusty czwartek. No, a w ten dzień ile pączków można, czy może wypada zjeść. Może jednego? No, ale jednego, to możemy sobie zjeść bez zbytniego, ważnego, celebrowanego dnia. Jednego pączka, to jemy dziennie bez zbytnich ceregieli i wielkiego świętowania. Jeden pączek jest jak pstryknięcie palcami w normalny, zwykły dzień. No, a dzisiaj mamy tłusty czwartek, a tradycja nakazuje tłusty czwartek tłusto, znaczy się pączkowo święcić. I nie ma że dieta, że nie wypada i że nie jemy. To jest tłusty czwartek i pączki ( nie pączka) jeść trzeba i wypada. Więc dzisiaj hamulce odpuszczamy i radośnie pączkami się opychamy.

No, ale żeby równowaga była zachowana, trzeba te pączki potem wybiegać. Za każdego pączka, no właśnie ile tuptania. Czy jeden pączek jeden kilometr? Trochę chyba słabo, gdyż by tradycyjną dyszkę machnąć, trzeba by 10 pączków zeżreć. A to już chyba troszkę przesadzone. Zresztą zjedzony pączek, nawet nie odczuje, że kilometr przebiegliśmy i się nie spali. Co to dla niego taki kilometr, a i nas w żaden sposób to nie hamuje, bo co to dla nas zrobić 10 czy 15 kilometrów, mając w duszy rozkosz pączkową.. Może za pączka dwa, albo trzy kilometry? Jest to jakaś opcja. Pączek za 10 kilometrów? Chyba nie, bo część z nas by musiała na jednym pączku skończyć, a co to jest jeden. Zresztą niech każdy sobie ustawi taką pączkowo-biegową zależność, jaka mu odpowiada.

No i pytanie: czy najpierw pobiec, a w czasie treningu wskoczyć po pączki i potem jeść, a może wpierw zjeść, a potem kupić. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby wpierw pobiec z dyszkę dla zasady, a następnie kupić pączki. Następnie zrobić w domu pączkożarstwo i nadmiar do rana wtedy wybiegamy. Co prawda nie wiadomo, jak potem do pracy rani trafimy, ale tłusty czwartek jest tylko raz w roku. To co, ile pączków dzisiaj wybiegamy? Ma ktoś już plan ułożony? Ja zaczynam od biegu, a w trakcie treningu przemyślę zagadnienie. Co prawda w Poznaniu leje, a to nie zachęca do tuptania, ale kiedy biegniemy za pączkami, to żaden deszcz nie straszny.

Ja wiem, że ktoś może powiedzieć, ale nie wierzący w tą akurat religię i mnie to chyba nie dotyczy. Odpowiem krótko: są święta, które uzyskały ponad religijny charakter, mimo że z daną religią są bardzo mocno związane. Święta Bożego Narodzenia, Święta Wielkiej Nocy w naszej tradycji kulturowej są tak mocno osadzone, że nawet osoby nie wierzące korzystają z ich dobrodziejstw. A tłusty czwartek to już jest wyjątkowa specyfika świętowania. Na ołtarzu naszego smaku, a może obżarstwa wielki pączek spoczywa. Niech jego smak będzie z nami wszystkimi.

Ktoś może mieć wątpliwości: a dieta? a trzymanie wagi? Przerabiając znany kawałek można napisać: dzisiaj diecie robimy bunt, koniec z detalem, czas na hurt, a co zjemy wybiegamy, dobry humor potem mamy.

Niech przed Mistrzostwami w Lahti zapanuje cisza oczekiwań

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Kamil super, że ruszać w biegowy tan. Niech tuptajaca moc będzie z Tobą.

No i wczoraj rozpoczęły się kolejne Mistrzostwa Świata, z którymi wiążemy niemałe nadzieję. Co prawda sporty zimowe nie należą może do ulubionych pod względem uprawiania, czy też kibicowania w naszym kraju. Do tej pierwszej grupy należą ( piłka nożna czy  piłka siatkowa). Do tej drugiej  z kolei żużel. Osobne miejsce wśród ulubionych sportów Polaków stanowi lekkoatletyka ( szczególnie bieganie, pod względem właśnie uprawiania) ale sądzę, że wyjątek w zimowej hierarchii narodowych ulubionych sportów skoki narciarskie. Nie jest to sport, który każdy może uprawiać. Podobnie jak żużel wymaga zarówno odpowiedniego sprzętu, jak i umiejętności, czy raczej możliwości wynikające z jakich fizycznych i psychicznych możliwości. Do tego dyscyplina bardzo widowiskowa, gdyż pozbawiona dłużyzn ( chyba że wiatr wieje), podsiadająca w sobie ogromne pokłady ryzyka oraz mimo swojej jakiejś prostoty ogromną wręcz dynamikę. Oglądając skoki nie sposób się nudzić, bo co chwila ktoś inny siada na desce i diabli wiedzą, jak mu się skoczy.

Muszę przyznać, że lubiłem oglądać skoki jeszcze przed czasami eksplozji  talentu mistrza Adama. Jako dzieciak pamiętam transmisje z Turnieju 4 Skoczni, kiedy skakał jeszcze Piotr Fijas. Oczywiście nie odnosił on takich sukcesów, jak nasi obecni mistrzowie, których moc wytworzyła się, czy raczej wykluła się ze skutecznego wysiedzenia pasji, która miała miejsce za czasów Małyszomanii. To wtedy zostało zasiane ziarno, które obecnie wykiełkowało. Już nie mogę się doczekać pierwszych zawodów. Jedno co mnie irytuje, to klasyczne pompowanie balonika, w którym brylują nasi spece od mikrofonu. Już zapowiadają trzy medale, w tym jeden drużynowy, rozdzielać, którzy z naszych zawodników staną na podium. O tytułach Mistrza Świata, które jakby z musu są przynależne Kamilowi Stochowi nie wspomnę.

Mogę napisać krótko. Tyle już było „wpadek”, czy też „wtop” związanych z nadmiernie rozbudowanych nadziei, że  w moich skromnym odczuciu lepiej chuchać na zimne i cieszyć się samymi skokami, zamiast nastawiać się na pewne sukcesy. Ja wiem, że mamy najsilniejszą ekipę w historii, tej dyscyplina, ale właśnie historia uczy, że bardzo często najbardziej murowani faworyci, tracą to, co im dawano z góry przed zawodami. Bo nigdy nie wiemy, czy ktoś nie wyskoczy jak Filip… nie jak Ammann z Salt Lake City zgarniając wręczone na długo przez zawodami dwa złote medale naszemu największemu Mistrzowi. Podoba mi się pokora i rozsądne spojrzenie naszych zawodników, którzy odcinają się jak mogą, od stawiania ich w roli pewniaków do medali. Tu potrzebna jest pokora i szacunek dla rywali. Ja wiem, że mamy potencjał, by zgarnąć wszystkie medale w zawodach, gdzie panowie skaczą. Na normalnej skoczni pierwszy Kamil Stoch, drugi Maciej Kot, a trzeci Piotr Żyła. Na dużej skoczni może być odwrotnie, a w drużynówce też złoto, bo jakże by inaczej. A jak, a dlaczego nie? Siedem medali w skokach, do tego może nasza wielka mistrzyni, czyli Justyna Kowalczyk przypomni sobie swoje najlepsze chwile? W końcu jak pompować, to pompować. Ale myślę, że przebiję naszych komentatorów.  Mam wizję, na tych Mistrzostwach wszystkie medale będą nasze, nawet jak nie zdobyte fizycznie, to duchowo, czyli mentalnie. Nawet, kiedy nasi w danej dyscyplinie nie startują, to niezwyciężony duch narodu i tak zdobędzie medal. Ba, a do to złoty. Zresztą nasz duch zgarnie wszystkie medale, jakie będą do zdobycia. Bo w razie potrzeby może się rozdzielić na prawie 40 mln elementów, czyli duszków, które tak zamieszają, że wszystkie medale będą nasze..

Naprawdę po co biegam nie wiem sam,

Ostatnio kilka razem wpadłem w lekko melancholijny nastrój. Każda bez wyjątku osobę raz na jakiś czas coś takiego dopada. I nie ma tutaj znaczenia czy jesteśmy wulkanem energii, czy przepełnionymi refleksami osobami. Raz na jakiś czas musimy się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i tak sobie pomyśleć: ale o co w  tym wszystkim biega.

No właśnie mamy zimę, jest zimno, ogólnie nie do końca przyjemnie, a jeszcze lód pod nogami może nas ślizgnąć. W takich warunkach, to trzeba mieć chyba trochę schizy, by codziennie się przebierać i tuptać po swojej trasie. Bo tak logicznie myśląc: po co mamy biegać zimą, kiedy jest zimno. Po cholerę i co nam to daje. Jasne w sieci znajdziemy tysiące powodów, dla których fajnie i warto jest biegać. Tyle tych powodów nas atakuje ze wszystkich sił, aż w końcu zaczynamy wierzyć, że faktycznie tak jest. Ale czy naprawdę? Jak mam być szczery ostatnio zrobiłem sobie taki prawdziwy, niewydumany „rachunek sumienia” i wiecie co napiszę? Tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia po kiego diabła tuptam. Owszem niby jest pasja, ogień i inne takie. No, ale ogień mróz przydusi, pasja zostaje pod piecem, a inne takie przed kompem, ewentualnie telewizorem. I tak naprawę w trasę tuptającą ruszam ja sam, bez moich wspomagań i po cholerę?

Naprawdę nie ma pojęcia. Biegam, bo biegam, bo tak się jakoś dziwnie złożyło. Tak naprawdę mógłbym robić dziesiątki innych rzeczy, począwszy od hazardu, przez alpinizm, boks czy alkoholizm. Mógłbym mieć takie nałogi, ale mnie dopadło bieganie. Jak, dlaczego, a po co nie wiem i chyba nigdy się nie dowiem. Ale wiem jedno. Dobrze mi z tą tuptającą schizą. I mam nadzieję, że jeszcze trochę ze mną pozostanie. Bo z drugiej strony tak jak nie wiadomo skąd przyszła, tak nie wiadomo kiedy może odejść. Takie jest prawo każdej schizy. Z drugiej strony jak mi moi znajomi mówią, ja mam ich tyle, że jedna w tą czy inną raczej nie zrobi żadnej różnicy.

Co do tytułu wpisu, to biega mi po głowie jeden kawałek:

Naprawdę po co biegam nie wiem sam,                                                                                   Lecz zawsze dobry humor mam,                                                                                              Kiedy tuptam wciąż

I będę biegał póki można,                                                                                                          choć czasem z wolna i ostrożna,                                                                                            Nie zatrzymam się,

Ciekawe czy ktoś ten  rozpozna muzykę i skąd ten standard pochodzi. Dla ułatwienia napiszę, że było to w czasach, kiedy jeszcze za dinozaurami biegaliśmy.

Polski Kabaret Polityczny

Jak zwykle od czasu do czasu mam zwyczaj przeskakiwać na trochę inne, niż biegowe tematy. Wiem, że znowu będzie, że ja nie lubię obecnie nam panujących i się czepiam, ale co ja poradzę, że kiedy ktoś, kto znajduje się u szczytów władzy wykorzystuje ją do ochrony swoich kuch i jeszcze robi to w sposób tak nieudolny, że aż śmieszny, to nie mogę się powstrzymać.

Ostatnio wszyscy żyjemy kolejną akcją w stylu filmu sensacyjnego o podłożu motoryzacyjnym z mistrzem kierownicy w roli głównej z elementem próby zamachu stanu, gdy młody chłopak w zabójczym seicento próbował zepchnąć z drogi niewinnie i zgodnie z przepisami wyprzedzający na podwójnej ciągłej pancerny samochód rządowy, w którym podążała jedna  z najważniejszych osób w naszym kraju, Jak podaje wszechwiedząca i nigdy nie kłamiąca strona rządowa samochody z panią premier na pokładzie  podążały z bardziej niż przyzwoitą prędkością w terenie zabudowanym, czyli 50 km/h. Z pewnością podążały zgodnie z obowiązującymi zasadami, że samochody rządowe powinny jechać zderzak z zderzak, a nie na zasadzie, że każdy jedzie jak mu fantazja nakazuje.  Muszę przyznać, że to chyba pierwszy przypadek na całym naszym globie, kiedy prywatny kierowca w małym samochodziku rzucał się taranować rządową kolumnę. No, ale może coś ciekawego po drodze pani Premier zauważyła , dlatego kierowca musiał nagle zwolnić i się stało, jak się stało. A może sam kierowca nie potrafił utrzymać się za jadącym przed nim samochodem prowadzącym na kogucie. Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli ktoś złamał szyk w kolumnie rządowej, to powinien zachować na drodze szczególną ostrożność, a nie jechać na zasadzie: z drogi śledzie,bo nie wiecie, kto ze mną jedzie. Tak na marginesie czekam, aż wielki, złotousty i wszystko wiedzący Polityk rządzącej Partii, wyskoczy z teorią o kolejnej próbie zamachu, bo kierowca seicento był ostatnio wiadomo gdzie  i przechodził specjalne szkolenie w siedzibie sami wiemy kogo.

Muszę przyznać, ze takiego politycznego kabaretu, jaki mamy teraz nie pamiętam. A trochę już lat przeżyłem i pamiętam różne rządowe popisy polityczne. Praktycznie każda z rządowych ekip poprzedzających obecną władzę miała na swoim koncie coś  mniej lub bardziej zabawnego. Ale ta bije wszystkie rekordy. Niedługo 90% dowcipów europejskich będzie się zaczynało: „bo w polskim rządzie…”, albo ” a w Polsce”. W sumie, może i byłoby to dla nas śmiesznie, gdyby nie to, że jest takie dla nas upokarzające i straszne. No, ale jak wybraliśmy tam mamy. Przynajmniej jest wesoło. Mamy na co dzień polityczno-gospodarczą  sensacje z elementami horroru, groteski a wszystko dobrą komedią podszyte.

Podsumować można krótko:

Gnała Premier razy klika                                                                                               Napotkała w fiacie wilka.

Macieju, widzę ze nie zrozumiałeś przesłania mojego wpisu. Ja nie śmiałem się chłopaka, bo bardzo mu współczuję, ale z tego, jak obecny rząd nawet w kolumnie pojazdów porządku i ładu utrzymać nie potrafi. Żyjemy w czasach, które jako specyficzne przejdą do historii. W zależności od tego, kto i kiedy będzie historię pisał, kto wie czy do przyszłości nie zostanie wysłany przekaz o próbie zamachu,