Król komentatorów piłkarskich

Wczoraj zapadła decyzja, że najbliższy mecz naszej reprezentacji będzie komentował Guru komentatorów piłkarskich czyli Dariusz Szpakowski. Podejrzewam, że na najbliższych Mistrzostwach Świata także będzie nas raczył swoimi tekstami. Dla przypomnienia kilka złotych czy raczej kilka komentarzy Króla wśród komentatorów.

Bracia-bliźniacy Frank i Ronald de Boerowie, z których większość gra w Barcelonie.”
Źródło: „Przegląd” nr 3, 21 stycznia 2002
„Mirosław Trzeciak zdobył gola po indywidualnej akcji całego zespołu.”
Źródło: „Przegląd” nr 3, 21 stycznia 2002
„Bardzo dobrze mówiący po niemiecku niemiecki arbiter.”
„Bergkamp trafił bramką w słupek.”
„Była to najsłabsza pierwsza połowa w tym meczu.”
„Do końca meczu została godzina, czyli około 60 minut.”
„Do końca pierwszej połowy pozostały sekundy… dokładnie cztery minuty… 360 sekund.”
„Dzień dobry państwu. Ze stadionu Wembley wita Dariusz Ciszewski.”
„Iversen mógłby być spokojnie synem Franco Baresiego, ale Baresiego zawiodły nerwy.”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006
„Jest coś takiego w życiu Kameruńczyków, że futbol, jak życie, pełen jest przygód.”
„Jest tak gorąco, że piłkarze oddychają.”
„Jest to Brazylijczyk z japońskim rodowodem.”
„Jeśli nie z nimi, to z kim, jeśli nie kiedy – no właśnie!”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006
„Włodek Smolarek krąży jak elektron koło jądra Zbyszka Bońka.”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006                                                                       
Roger w takim trójkącie z Krzynówkiem i Smolarkiem…                                Aaa…!No i mamy wyrównanie…! (W momencie strzelenia gola na 9:0 w meczu 

Do tego możemy dołożyć szereg innych powiedzonek, które weszły już fo kanonów komentowania. Wystarczy dodać ” puścił Bąka lewą stroną”, taki francuski trójkąt: Jeleń, Dutka i Obraniak”,” „i znów niecelne trafienie „, „udało mu się znaleźć czułe miejsce między nogami obrońcy”, „ta bramka nie powinna być uznana, gdyż jak widać w powtórce, bramki nie było”, „Janas chyba zmienił zdanie, choć Brożek był już rozebrany”  czy ” Johann Cruiff dokonywał bardziej zmian taktycznych, niż zmieniających taktyke zespołu”. Przykładów można mnożyć, ale trzeba przyznać, że Król jest jeden i mecz bez tych komentarzy meczy byłyby jałowe.

Najbardziej wyjątkowy projekt biegowy świata

Dzisiaj jak to często w sobotę bywa udałem się na Cytadelę, by po raz n-ty wziąć udział w moim ulubionym cyklu biegowym. Zdaję sobie sprawę z faktu, że dla wielu biegających jest to bieg jakiś drugorzędny, bo jakaś piątka, do tego za darmo, bez medalu na mecie, komu coś takiego jest potrzebne. Odpowiem na takie zarzuty prosto: parkrun jest oddolną inicjatywą stworzoną przez biegających dla biegających, gdzie głównym celem Organizatora nie jest zarobek, czy inna forma promocji marki, tylko promocja biegania jako biegania czyli czynności polegającej na miarowym, powtarzalnym poruszaniu nogami. I dlatego jest wybrany taki dystans, który praktycznie każdy względnie wysportowany człowiek może pokonać, a realizowany w ponad dwóch tysięcy lokalizacji w kilkunastu krajach stanowi najlepszą formę przekonania że bieganie jest super i cool. Ktoś może powiedzieć: prawdziwą promocją biegania są biegi zorganizowane w miastach do dziesiątki wzwyż, bo one pokazują tysiącom kibicującym, blokowanym, stojącym w korkach, jak bieganie jest super, bo kiedy pobiegną, to przecież nie będą stali w korkach. Tyle, że biegi zorganizowane miejskie mają porównywalną ilość opinii pozytywnych i negatywnych, a taki parkrun daje tylko pozytywne odczucia, bo komu przeszkadza, że kilkaset osób sobie biegnie w parku.

Podczas biegania mimo że głównie walczymy z naszymi słabościami i czasem, to czasem jest pewna rywalizacja, bo ktoś obok biegnie i akurat chcemy się z nim czy z nią ścigać. Na parkrun oprócz rywalizacji biegowej, która także między różnymi biegającymi się odbywa, może być także na innych obszarach. I to takich, gdzie nawet średni, przeciętny czy generalnie pod względem czasowym słaby biegacz, może mieć dużo lepsze osiągnięcia od dużo od siebie lepszych zawodników. Rywalizacja pod względem ilości biegów. Rekordzistą jest Wiesiu, który nie opuścił ani jednego i ma na koncie 273, drugi jest Zbyszek z 233, trzeci Marcin z 228. Zabawne jest to, że ja jestem na 5 miejscu z 208 biegami, do czwartego Macieja tracę 3 biegi a za moimi plecami czai się Grzesiu, który ma 191 ( dzięki Robercie później poznany) i podobno za każdym razem wypytuje, czy byłem czy nie byłem, ma przd sobą postawiony cel, by  mnie wyprzedzić. Zobaczymy jak to będzie, bo mi ostatnio sporo sobót z racji zawodowych obowiązków wypadło. Wiadomo, ze w soboty robi się najlepsze imprezy… 

Jak rzetelnie ocenić bieg zorganizowany

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Macieju masz dużo racji w tym co napisałeś. Tyle, że obawiam się, że bieganie dotarło do takiego miejsca, gdzie tworzenie dodatkowych barier dla zapisujących się wywoła taki dym, który wszystko przesłoni i nie wiem, czy ktoś się odważy coś takiego wprowadzić.

Po poznańskim maratonie rozgorzała gorąca dyskusja na forach. Można zauważyć trzy oceny czy raczej trzy spojrzenia na to jak powinniśmy oceniać bieg zorganizowany. Pierwsze spojrzenie, to tych to dopiero zaczynają przygodę z Królewskim Dystansem bez skali porównawczej, oraz tych, dla których najważniejsze jest to, że czas zmierzono, na trasie nie było uchybień, wyniki otrzymane szybko i bez różnych dziwnych kombinacji oraz była możliwość przebiegnięcia się po głównymi arteriami miasta. Trochę na zasadzie: kłak czy wełna byle pupa była pełna. Dla nich ta cała otoczka biegu, szczegóły, to jakieś duperele nie warte schylenia się nad nimi. Zawsze radośni, zawsze szczęśliwi, zawsze optymiści. Dla nich ten bieg, to była bajka. Druga grupa jest chyba najliczniejsza, czyli tych, którzy po prostu zaliczyli kolejny start do kolekcji biegów odbytych. Nie ma znaczenia co i jak, ważne, że kolejny bieg zaliczony. Bo to zaliczanie stanowi główny ogień napędowy dla procesów życiowych. Pobiegli, dobiegli i gra gitara, bez żadnych głębszych uczuć. Dla nich ważny bieg jako kolejny miło spędzony dzień ogniem tuptający napędzany. I tu ocena krótka:: odbył się, zaliczony i git. No i mamy w końcu trzecią grupę, czyli tych, o których możemy napisać, że analizują, oceniają i czepiają się każdej fałszywej nutki która im nie do końca w uchu im dźwięczy. Wybiegają z założenia, że kiedy za coś płacą, to mają prawo wymagać. I tu już ocenia nie jest ta różowa, a wręcz odwrotnie bardzo krytyczna. 

Jak w takim przypadku dokonać rzetelnej oceny biegu zorganizowanego. Tak, żeby każdą grupę w jakiś sposób usatysfakcjonować. Myślę, że trzeba by było wybiec od ogółu do szczegółu. Na zasadzie: ogólnie bieg super, świetna trasa, strefa wydawania pakietów bez zarzutu, nie było horrendalnych kolejek, szybko, sprawnie i bez większych wtop. Do tego super pogoda, trasa w zadowalający sposób oznaczona, wolontariusze, medal na mecie, wyniki w miarę wszystko otrzymane, nie ma się do czego w sensie ogólnym przyczepić. Tutaj pierwsza grupa dokonała oceny i jest zadowolona. Potem druga grupa też zadowolona i szczęśliwa, bo bieg się odbył, pogoda ok, a oni dobiegli. I czego chcieć więcej od życia. No i grupa czepialskich, którzy zwracają uwagę na to, że było zamieszanie na starcie, z obstawiającymi bieg się nie można było dogadać, bo ni w ząb po polsku, a generalnie brakowało osób, które miały trasę obstawiać, gdzieś nie była odpowiednio oznaczona, a jeszcze wśród obsługi pijany się trafił. Czyli tacy, którzy czepiają się wszystkiego. Oni dokonują drobiazgowej oceny wszystkich uchybień, które w potem w ich raporcie się znajdują.

I myślę, że dopiero wszystkich trzech opinii w jedną całość da nam rzetelny obraz całego wydarzenia. Zdaję sobie sprawę, że będzie spora grupa niezadowolonych z takiej formy oceny, ale jak mamy coś oceniać, to róbmy to rzetelnie i głęboko, a nie tylko po łebkach. To, że to nasza pasja nie znaczy, że musimy wszystko łykać jak te ryby. 

Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

Trening do czy po kotlecie i trening startowy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie wstrzymałbym się od tak jednoznacznych opinii. Uważam, że powinna nas cechować otwartość umysłów na różne nowości i nim faktycznie po organoleptycznym sprawdzeniu nie uznamy że coś jest be, lub cacy, podbiegać z wiarą i nadzieją do nowości. Miłość może zostawmy wyższym celom.

Dla każdej osoby tuptajacej, która oprócz tuptania dla tuptania czasem startuje w różnych biegach zorganizowanych i stara się wtedy uzyskać maksymalnie dobry czas nie jest żadną tajemnicą, że mamy dwie różne formy treningu. Jedną możemy określić, jako biegania dla biegania, ewentualnie do czy może raczej po kotlecie, a drugie to już poważniejsze robienie kilometrów przygotowujące nas do poważniejszego startu. I tu nie ma znaczenia, czy dla kogoś to dyszka, dla kogoś półmaraton, a dla innego w końcu Królewski Dystans, czy też biegi ultra. Ważne jest to, że podczas tego typu treningu, nasze założenia, odległości czy nawet metody ulegają całkowitej zmianie. A jak Metody, to i Cyryl może się przyplątać ( ciekawe kto złapie o co biega.

W każdym razie kiedy biegniemy do czy po kotlecie ( w zależności przed czy po obiedzie), to biegniemy sobie na całkowitym luzie. Nasze odległości są takie czy inne, możemy je zmieniać w zależności od fantazji i humoru, a tempo dokładnie takie, na jakie mamy ochotę czy jakiego czujemy potrzebę. Ot sobie biegniemy dla samego biegu, a cała reszta się nie liczy. Jest przyroda,, ptaszki, mniejszy lub mniejszy smog i my. I jest to kompozycja biegowa doskonała.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, kiedy przed oczami mamy cel w postaci takiego czy innego startu. I tu nawet nie ma znaczenia, czy chcemy, czy nie chcemy poprawiać naszych wyników. Bieg zorganizowany to jest wyzwanie, bo to już nie mierzymy się tylko z samym sobą na zasadzie jak dobiegnę to fajnie, jak nie to trudno. Tutaj wypada do tej cholernej mety dotuptać. Jeszcze bardzo często mierzymy się z odległościami, które na co dzień nawet przez głowę nam nie przebiegają, że może tak pobiegniemy. Tutaj to jest klasyczna woja: my, czas, trasa i nasze słabości. No bo do pani trudniącej się nierządem, nie jesteśmy cieniasami, by zejść z trasy. Jak już zdecydowaliśmy się wystartować, to wypada jakoś do tej mety doczłapać. A bez przygotowania, to ni cholery się nie uda. Dlatego trzeba podkręcić kilometry, tempo, wpleść w trening rytmy, podbiegi i inne takie. Jeżeli moja tygodniowa norma to powiedzmy 60 km, to w rytmie treningowym przed maratonem musi podskoczyć do tych 80-90. Oczywiście nie od razu, tylko  na systematyczne tygodniowe podnoszenie. Jak ktoś chętny, to niech poszuka w necie. Jest wiele rozpisek i niech ich się trzyma, a nie wg własnego widzimisię, gdyż do niczego to nie doprowadzi. A będą pewno i tygodnie, że i setkę się machnie. I to w różnych tempach. I nie ma, że boli. Królewski Dystans, to nie popierdółka i tu trzeba być przygotowanym, by jak popierdółka nie skończyć. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma że boli, tu musi poboleć, bo jak nie teraz to w czasie startu nam tak przy….., ze z papci wyskoczymy. Deszcz,żar z nieba czy wichura, kilometry robić trzeba.

 

Fenomen zwykłych, darmowych pięciu kilometrów startowych

Jak nie raz już pisałem, że moim ulubionym biegiem, do którego zawsze z radością wracam, bo wiem, że zawsze w tej samej porze i w tym samym dniu się odbywa jest parkrun. Co sobota punkt 9 rano w ponad tysiącu miejsc w kilkunastu krajach spotykają się zapaleńcy, by na tej samej, w danej lokalizacji trasie z czasem i swoimi możliwościami się zmierzyć. Ostatnio nie zawsze mogę, ale kiedy jest możliwość do się staram przybyć. W Poznaniu za dwa tygodnie będziemy obchodzili piąte już urodziny cyklu w naszym mieście. Dla mnie jest to oznaka, że już od pięciu lat biegam, gdyż narodziny mojej pasji zbiegły się z uruchomieniem tuptania na Cytadeli. Parkrun w Poznaniu ruszył w drugą połowę lipca, a w sierpniu na mnie spłynęła łaska biegająca. Na parkrun trafiłem dzięki śp. Januaremu na początku października tamtego roku. Od tego czasu już na prawie 200 parkrun eventach miałem przyjemność się pojawić.

No i z podziwem obserwuję, jak parkrun się w naszym raju rozwija. Pięć lat temu mieliśmy, jak mnie pamięć się myli cztery lokalizacje: Gdynia, Gdańsk, Łódź i Poznań. Jak podaje ciocia Wiki, oraz przeszuka się info z poszczególnych krajowych lokalizacji, pierwszy parkrun w naszym kraju odbył się w Gdyni 15 października 2011 roku a wystartowało w nim … 5 biegających. Co ciekawe byli to sami panowie zmieścili się w przedziale czasowym jednej minuty. Pierwszy zwycięzca polskiego parkrun uzyskał czas…24,51, więc można napisać, że bardzo, ale to bardzo lightowy. W pierwszym polskim parkrun, mieliśmy nawet mniej startujących, niż podczas inauguracji całego cyklu w Bushi Park w Londynie, gdzie 13 października 2004 roku pobiegło 13 osób. A teraz? Mamy już 14 krajów, w tym takie oryginalne jak Australia, Nowa Zelandia, Kanada, Stany Zjednoczone czy nawet Singapur, gdzie łącznie obywa się łącznie 1170 tuptań w każdą sobotę i o tej samej godzinie. Polska zalicza się do ścisłej czołówki pod względem ilości lokalizacji. Obecnie mamy już ich 44, a kolejne są w drodze. U nas w Wielkopolsce 2 września rusza Dąbrówka, a tuż za nim Kościan. Jak widać nie wygląda na to, by rozwój miał przyhamować. Jestem ciekawy, czy do końca roku o 50 lokalizacji dobiegniemy. Głównego centrum parkrun czyli Wysp Brytyjskich, gdzie mamy 459 lokalizacji raczej nie ma opcji byśmy dogonili. Podobnie może być problem z Australią, gdzie mamy 228 lokalizacji. Na kolejnym miejscu mamy Południową Afrykę ze 108 lokalizacjami i też chyba będzie problem. Przed nami jest jeszcze Irlandia, gdzie mamy ich 63 – i tu już temat do przemyślenia. Natomiast z krajów nie wywodzących się z anglosaskiego korzenia jesteśmy na pierwszym miejscu. Goni nas Rosja, która ma już 27 lokalizacji, oraz Stany Zjednoczone, które mimo brytyjskich korzeni także dopiero wkroczyły na drogę parkrun ekspansji. Kiedy Rosjanie z Amerykanami zaczną rywalizację, która nacja ma więcej parkrun lokalizacji, to myślę, że nawet hegemonia Wysp Brytyjskich może być zagrożona. Na szczęście tym polu Amerykanie z Rosjanami mogą rywalizować ile dusza zapragnie.

My w kraju cieszymy się, że rozwój parkrun w naszym kraju kroczy nieustannie do przodu. Powiedzmy sobie szczerze, powodów jest kilka, a główne trzy. Raz, że 5 kilometrów, to jest idealny dystans dla każdego, kto tylko marzy o tym, by poczuć smak biegowej żądzy. Praktycznie każdy, kto chociaż trochę biega z tym dystansem zawsze może się zmierzyć. Dwa zawsze w tym samym dniu i tej samej godzinie. Cykliczność i ciągłość projektu powoduje, że nie musisz szukać, myśleć, gdzie masz bieg i czy coś nie wypadło z głowy. Dzięki posiadaniu swojego kodu osobistego ( który nieodpłatnie mailem dostajemy) będąc nawet w innym mieście, gdzie odbywa się parkrun zawsze możesz w innej lokalizacji bez problemu wystartować. No i na końcu, chociaż z pewnością nie najmniej ważne, że za free czyli bez kosztów startowych. I to wszystko powoduje, że rodzina parkrun się tak pięknie nam rozwija.

Jak to jest z cierpieniem podczas biegania

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie, Marku i Leszku, myślę, że jest to tak opracowane, by nie było żadnej wtopy. W końcu to jeden z bardziej szalonych, ale i sztandarowych biegowych projektów, więc to wszystko musi być na tip top

Niedawno pod jednym z moich wpisów zamieszczonym na jednym z portali wywiązała się bardzo poważna dyskusja na temat, kto ma bardziej prawo bardziej cierpiący, czy nawet zmęczony po biegu: czy ten co biegnie 10 km w 40 minut, czy może wcale nie, bo ten co biegnie 50, albo i więcej. Czy różnej klasy biegający mają prawo być tak samo, a może jedni bardziej a drudzy mniej cierpiący, zmęczeni, konający etc. Jeden z szybkobiegaczy napisał krótko: „Em nie, biegając szybko inaczej się męczymy i inaczej pracują mięśnie. Ból i zmęczenie są całkowicie inne. Pozdrawiam” Inny dodał „Kompletną bzdurą jest że ten co biegnie swoje maksimum na 10 km w 50 minut przeżywa/cierpi tak samo co ten biegnący na 40 minut ” Kapitalnie spuentował to Artur Strzelecki ( mam zgodę na udostępnienie imienia i nazwiska) -
„To oczywiste – ten co biegnie 50 minut cierpi o całe 10 minut dłużej niż ten co 40 minut.“

I myślę, że to proste, krótkie, ale jakże przemawiające do wyobraźni zdanie jest clue wszystkiego. Ja wiem, że nie można porównywać klasy biegających, którzy pokonują ten sam dystans z różnicą kilknastu czy nawet kilkudziesięciu minut ( w zależności od odległości i możliwości biegających). Jednak wysiłek czy też cierpienie, która w czasie biegu nas dotyk jest już nawet porównywalne. Nawet posunę się dalej, głosząc ze osoby mające mniejszy talent biegowy, ci, którzy otrzymali mniejszy talent i dar od losu, mniej wprawione, gorzej wytrenowane, cierpią bardziej, bo ich możliwości są dużo gorsze i mimo dużo gorszych czasów, często muszą okupić dany start dużo większym wysiłkiem, wyczerpaniem, a nawet właśnie cierpieniem. Nawet nie wiem, czy ktoś kto da z siebie wszystko, ledwo doczołga się pod koniec stawki do mety, ale da z siebie ponad 100 procent swoich możliwości, nie jest wcale wcale mniejszym wygranym niż ten, który przybiegnie na podium, czy wręcz wygra dane  zawody. Z tą różnicą, że przerabiając klasyka jemu nie grają surmy, nie huczy róg, a cierpienie pod nogi się miota. I cześć im chwała nie mniejsza niż tym, którzy na luzie łamią nieosiągalne dla ponad 90 procent z nas granice.

Bo w biegu cierpieć każdy może, to nasze biegowe prawo, a czy jeden cierpi lepiej, a drugi trochę gorzej? Mam tutaj wielkie wątpliwości. Bo czyje biegowe cierpienie jest większe? Oto jest pytanie. Muszę przyznać, że debata w stylu kto ma prawo bardziej cierpieć jest z lekka nie na miejscu. Bo cierpienie jest jedno, tyko przyjmuje inne oblicza. Kiedyś jeden z klasyków romantyzmu pisał o cierpieniach młodego Wertera, teraz w dobie tuptania możemy skrobać o cierpieniach biegaczy w każdym wieku. Tak na marginesie debata na temat, kto ma większe prawo do cierpienia trochę przypomina kłótnie dwóch chłopców w piaskownicy, spierających się która łopatka jest lepsza.

Pamiętajcie o dowodach

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Kinga nie ma znaczenia dlaczego, ważne, że zaczęte i w pasję zmienione. Powodzenia w dalszym rozwoju biegowej pasji. Craft spokojnie powoli, byle do przodu. W końcu z odpowiednim czasie spokojnie zaczniesz przełamywać bariery swojej mocy. Tak naprawdę tkwią one w naszej podświadomości, zagrzebane na dnie umysłu. Jak je będziemy potrafili wydobyć to, już nie będzie dla nas granic, których nie możemy pokonać

Jeszcze na szybko z trochę innej bajki. Wczoraj sobie siedzimy spokojnie w domu rozmawiając rodzinnie o wszystkim i o niczym, kiedy nagle do ucha wpada mi wiadomość, że w tym roku około 8 milionów i pół miliona rodaków będzie musiało wymienić dowody osobiste. Ja z racji, że jeszcze z epoki dinozaurów, to pamiętam jeszcze kamienne, niezniszczalne i trwałe, które potem zostały zmienione na książeczki, które każda osoba niezmiennie przy czterech literach trzymała.

No i potem z czasami unijnymi czas nowych, plastikowych dowodów się nagle nam objawił. Człowiek wymienił, bo musiał, ale się zastanawiał, że są ważne tylko na dany okres bodajże 10 lat, po których trzeba je wymieniać. No więc nawet do głowy mi nie przybiegło, aby się tym tematem zainteresować. Wczoraj, kiedy usłyszałem informację o wymienię, w pierwszej chwili nawet pod wstępną rozwagę nie brałem, ze może to też mnie dotyczyć. Jednak coś mnie pokusiło, że zerknę, jak to moim dowodzie wygląda. Zerkam, a tam data ważności: 20.06.2017…. „ o …do pani trudniącej się nierządem nie do końca w bogactwie żyjącej“. Taka była mniej więcej pierwsza reakcja. No, ale potem do kompa, na stronę Urzędu, elektroniczna rejestracja i podano mi czas wejścia na dzisiaj godzinę 11.45. Rano jeszcze po fotkę i w urzędzie byłem koło 11.30. Tłumy ludzi się przesuwały, widać korzystając z dnia wolnego, wszyscy chcieli to co się dało dzisiaj załatwić. Wypełniłem wniosek, zarejestrowałem korzystając z otrzymanego wczoraj numerka i o 11.46 mój numer pokazał się na ekranie, nieupoważniającym do wejścia na salę interesantów. Kątem oka widziałem tylko złość i niedowierzanie, tych co czekali od ładnych dziesiątek minut, godzin, a byli i tacy co od rana. No, ale każdy może się elektronicznie zarejestrować i zaoszczędzić wielu niepotrzebnie straconych minut czy godzin.

Na przypisanym mi stanowisku wszystko załatwiłem w 10 minut i łącznie mój czas spędzony w urzędzie wraz z wypełnieniem wniosku, pobraniem numerku, czekaniem i załatwianiem wszystkiego zamknął się plus minus w ciut poniżej 30 minut. A były naprawdę godne tłumy. Dlatego na koniec dla wszystkich, co nie do końca na te daty zwracają uwagi: sprawdźcie terminy ważności swoich dowodów osobistych, gdyż jeszcze 8 milionów i 499999 rodaków będzie musiało w tym roku wymienić. No i nie idźcie w ciemno do Urzędu, tylko sprawdźcie czy nie można się zarejestrować elektronicznie. Naprawdę dużo czasu pozostanie w kieszeni.

 

Samobójstwo, to nie jest rozwiązanie

Na początku, jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany i Dariuszu, wpływ balastu wagowego na nasze możliwości tuptające jest i będzie duży i tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Są może talenty biegowe wrodzone, którym żadna waga biegowa nie przeszkadza w osiąganiu super wyników, ale większość z nas takimi tuptającymi samorodkami raczej nie jest. Ola oczywiście masz rację, że samo bieganie nie kosztuje. W mniejszy czy większy sposób kosztowna jest otoczka, oraz to wszystko co powoduje, że bieganie nie jest samą sztuką dla sztuki, tylko daje nam ekstra ognia w postaci startów zorganizowanych mniej czy bardziej markowego sprzętu, jeżeli w takim ktoś gustuje. Ewelina całkowicie się z Tobą zgadzam. Każda pasja związana z taką czy inną aktywnością jest lepsza niż siedzenie przed telewizorem czy kompem w błogim nieróbstwie. Co prawda ma to swój urok, ale chyba nie taki, który dodaje nam ekstra życiowego kopa. Marku, może faktycznie rodzina nie chcieć upubliczniania takiej wiadomości, ale w takim przypadku można tylko napisać, że takie zdarzenie miało miejsce, bez podawania danych osobowych. Tak trochę ku przestrodze innym.

Cały czas po głowie mi biegają wydarzenia, których świadkiem byłem w ten weekend na osiemnastce córki, czyli samobójczej śmierci młodego chłopaka, który skoczył z 10 piętra Domu Studenckiego Maćko. Tak sobie myślę, że wybór takiej śmierci jest nie tylko aktem trudnej do zrozumienia desperacji, ale wręcz braku jakiekolwiek logiki w zaćmę umysłową wchodzącą. Nigdy nie wiem, czy akurat ktoś nie będzie szedł pod budynkiem i nie spadniemy na głowę, w najlepszym wypadku robiąc z niego kalekę do końca życia. Kiedyś już był taki przypadek. No, ale nie metoda jest tematem rozważań, tylko sam fakt podjęcia się takiej próby i zakończenia w taki sposób własnego życia.

Przerażające jest to, że w naszym kraju liczba samobójstw praktycznie z każdym rokiem rośnie . W 2012 roku byliśmy na 24 miejscu w skali całego świata. Rok później byliśmy już na 23 miejscu. Które obecnie zajmujemy miejsce nie mogłem znaleźć , ale wiadomo, że obecnie nasza średnia jest dużo wyższa niż ogólnoeuropejska. Od 1951 roku, czyli czasów stalinowskiej, najokrutniejszej i najbardziej bezwzględnej komuny, liczba samobójstw wzrosła o 300 %. Tyle,  ze wtedy ilość zgonów ogólnie była zapewne wyrównywana zakatowanymi w kazamatach UB i tymi, co zakończyli z kulą w tyle głowy. No, ale teraz nam doszły jeszcze wypadki samochodowe, których w tamtych czasach tylu nie było, bo nie było tylu samochodów.

No, ale wracamy do rosnącej liczby samobójstw w Polsce. Zastanawia mnie dlaczego nigdzie nie ma oficjalnych danych.  Czyżby problem był aż tak głęboki, że aż boimy się do niego przyznać?  Nie chcę tu wnikać ile jest w tym polityki i ogólnej sytuacji gospodarczej. Nie chce tutaj rozważać czy to jeszcze wina Komucha, wina Solidarucha, wina Tuska, jak to mawia jeden z polityków zwalający na innych, czy w końcu samej Dobrej Zmiany. A może tych, co nie chodzą na wybory. Zapewne wszystkiego po trochu, podsmarowane problemami rodzinnymi, społecznymi, może osobowościowymi wynikającymi z niemożliwości dopasowania się do ogólnie akceptowalnych oczekiwań społecznych. Jestem pewny, że to nie bywa jedna przyczyna, ale cykl jakiś zachowań, działań, przypadków, zdarzeń, które doprowadzają nas do stanu, z którego wydaje się, że nie ma już żadnego wyjścia. Ja wiem, tak naprawdę nie wiem ilu jest nas takich, którym przez głowę mniej czy bardziej wyraźne myśli samobójcze przez głowę nie przebiegły. Samemu mi się parę razy w życiu zdarzyło pomyśleć, czy powiedzieć głośno do siebie: „ skończę z tym wszystkim, bo wszystko gówno warte i albo się zastrzelić, albo powiesić, albo pójść upić. I 99% z nas w takiej sytuacji albo idzie się upić, albo przejdzie czy przebiegnie kawałek i głupie myśli z głowy mu uciekną. No, ale zawsze pozostaje ten 1%, który weźmie te myśli na poważnie i skończy ze sobą.

W tym momencie musimy powiedzieć sobie szczerze: to nie jest wyjście z sytuacji. Nawet jeżeli jesteśmy chorzy, mamy kredyty, straciliśmy pracę, żona nas opuściła czy zdradziła, kochanka za drzwi wystawiła, to zawsze jest inne wyjście z sytuacji. Nawet w medycynie cuda się zdarzają, kasę można nawet w lotto wygrać, jak się da losowi szanse, kredyt w końcu się spłaci, pracę znajdzie się nową, może lepszą, jeżeli będzie się jej szukało, żona może wybaczy, albo my jej wybaczymy, kochankę czy kochanka możemy mieć nowego czy nową. Zawsze jest inne wyjście niż bezwzględna kapitulacja  i odebranie sobie życia. To, tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Nie chcę tutaj rozważać, czy jest to oznaka odwagi, czy wręcz tchórzostwa. Tak jak jest napisane pod zdjęciem ten wpis prowadzącym . Trzeba być cholernie odważnym tchórzem, aby je popełnić. Napiszę tylko, że do niczego to nie prowadzi, bo jak nam się uda, to sami sobie odbierzemy szansę odzyskania czy naprawienia tego, co się zgubiło, czy spieprzyło.

Święty z turbodoładowaniem

Na Halowych Lekkoatletycznych Mistrzostwach Europy w Belgradzie nasi zawodnicy jak zwykle popisali się wspaniałymi wynikami. Klasycznie w naszych niemal narodowych dyscyplinach nasi zawodnicy nie zawiedli. Oznacza to, że mamy i złoto w pchnięciu kulą, którego autorem został Konrada Bukowiecki, który śmiało kroczy drogą wyznaczoną przez naszych wielkich Mistrzów, takich jak Włodzimierz Komar, Edward Sarul czy oczywiście Tomasz Majewski. Drugą naszą narodową dyscypliną, która obsypała nas medalami jest skok o tyczce. Dyscyplina,  w której odnieśliśmy sukcesy na miarę naszych wielkich Mistrzów takich jak Tadeusz Ślusarski czy słynący z legendarnego gestu Włodzimierz Kozakiewicz, oraz oczywiście reprezentująca płeć piękną Monika Pyrek. W Belgradzie Piotr Lisek zdobył złoto, a Paweł Wojciechowski brąz. I tutaj możemy śmiało napisać o dominacji w tej dyscyplinie naszych zawodników.

Na mnie jednak największe wrażenie zrobił bieg Justyny Święty w finale na 400 metrów. W połowie dystansu, wbiegając na ostatnią prostą nasza zawodniczka była jeszcze przedostatnia i nic nie wskazywało, że będziemy świadkami takiego popisu. Ostatnie metry przed metą pani Justynie włączyło się turbodoładowanie  , co widać na filmiku:



Za ten popis przed panią Justyną czapki z głów. Zresztą nie tylko pani Justyna przyniosła nam radość w czasie tych mistrzostw. Na tym samym dystansie co pani Justyna Rafał Omełko także zdobył srebro. W biegu na 1500 metrów także złoto zdobył Marcin Lewandowski. Do tej chwili nasi zawodnicy zdobyli już łącznie 7 medali i prowadzą w klasyfikacji medalowej. Przed ostatnim dniem mamy już tyle medali, ile dwa lata temu w Pradze. A jeszcze dzisiaj mamy w rękawie dwie gwiazdy, czyli Adama Kszczota na 800 metrów oraz w kolejnej naszej narodowej dyscyplinie, czyli skoku wzwyż Sylwester Bednarek, który jest liderem listy w swojej dyscyplinie. Czy ktoś jeszcze może dać nam dzisiaj medalową radość? Nasz inna narodowa dyscyplina czyli trójskok, może 60 metrów, sztafety czy 3000 metrów kobiet. Czy gdzieś tutaj mamy szanse na medal? To się okaże niedługo, ale jedno jest pewne. Są szanse na jeden z naszych najlepszych startów w historii. Co prawda zapewne z wyniku z Rotterdamu z 1973 roku, gdzie zdobyliśmy aż 12 medali z zapewne nie poprawimy. Czy mamy szanse wyrównać nasze osiągniecia z Katowic z 1975 czy Sidelfingen z 1980, gdzie zdobyliśmy 10 madali? Może być trudno. Jakie jeszcze wyniki możemy poprawić? Dziewięć medali zdobyliśmy właśnie w Belgradzie w 1969, a osiem w Wiedniu w 1970, Goeteborgu 1974 czy San Sebastian 1977. W tej chwili mamy już najlepszy start od 37 lat,  czyli wspomnianego Sidelfinger. Czy dobiegniemy do tego wyniku? Okaże się dzisiaj. Jak na razie ten weekend pod względem sportowym jest wyjątkowy.

No koniec jeszcze jedna refleksja. Dosyć długo się zastanawiałem, czy tytuł wpisu powinien brzmieć: Święty z turbodoładowaniem, czy może Święte turbodoładowanie, ewentualnie Świetne. Wybrałem, jak wybrałem, ciekawe czy dobrze.Z drugiej strony pani Justyna przerabiając klasyka może z dumą powiedzieć: My name is Święty, Justyna Święty. I wszyscy nisko w pas się kłaniamy