Trening do czy po kotlecie i trening startowy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie wstrzymałbym się od tak jednoznacznych opinii. Uważam, że powinna nas cechować otwartość umysłów na różne nowości i nim faktycznie po organoleptycznym sprawdzeniu nie uznamy że coś jest be, lub cacy, podbiegać z wiarą i nadzieją do nowości. Miłość może zostawmy wyższym celom.

Dla każdej osoby tuptajacej, która oprócz tuptania dla tuptania czasem startuje w różnych biegach zorganizowanych i stara się wtedy uzyskać maksymalnie dobry czas nie jest żadną tajemnicą, że mamy dwie różne formy treningu. Jedną możemy określić, jako biegania dla biegania, ewentualnie do czy może raczej po kotlecie, a drugie to już poważniejsze robienie kilometrów przygotowujące nas do poważniejszego startu. I tu nie ma znaczenia, czy dla kogoś to dyszka, dla kogoś półmaraton, a dla innego w końcu Królewski Dystans, czy też biegi ultra. Ważne jest to, że podczas tego typu treningu, nasze założenia, odległości czy nawet metody ulegają całkowitej zmianie. A jak Metody, to i Cyryl może się przyplątać ( ciekawe kto złapie o co biega.

W każdym razie kiedy biegniemy do czy po kotlecie ( w zależności przed czy po obiedzie), to biegniemy sobie na całkowitym luzie. Nasze odległości są takie czy inne, możemy je zmieniać w zależności od fantazji i humoru, a tempo dokładnie takie, na jakie mamy ochotę czy jakiego czujemy potrzebę. Ot sobie biegniemy dla samego biegu, a cała reszta się nie liczy. Jest przyroda,, ptaszki, mniejszy lub mniejszy smog i my. I jest to kompozycja biegowa doskonała.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, kiedy przed oczami mamy cel w postaci takiego czy innego startu. I tu nawet nie ma znaczenia, czy chcemy, czy nie chcemy poprawiać naszych wyników. Bieg zorganizowany to jest wyzwanie, bo to już nie mierzymy się tylko z samym sobą na zasadzie jak dobiegnę to fajnie, jak nie to trudno. Tutaj wypada do tej cholernej mety dotuptać. Jeszcze bardzo często mierzymy się z odległościami, które na co dzień nawet przez głowę nam nie przebiegają, że może tak pobiegniemy. Tutaj to jest klasyczna woja: my, czas, trasa i nasze słabości. No bo do pani trudniącej się nierządem, nie jesteśmy cieniasami, by zejść z trasy. Jak już zdecydowaliśmy się wystartować, to wypada jakoś do tej mety doczłapać. A bez przygotowania, to ni cholery się nie uda. Dlatego trzeba podkręcić kilometry, tempo, wpleść w trening rytmy, podbiegi i inne takie. Jeżeli moja tygodniowa norma to powiedzmy 60 km, to w rytmie treningowym przed maratonem musi podskoczyć do tych 80-90. Oczywiście nie od razu, tylko  na systematyczne tygodniowe podnoszenie. Jak ktoś chętny, to niech poszuka w necie. Jest wiele rozpisek i niech ich się trzyma, a nie wg własnego widzimisię, gdyż do niczego to nie doprowadzi. A będą pewno i tygodnie, że i setkę się machnie. I to w różnych tempach. I nie ma, że boli. Królewski Dystans, to nie popierdółka i tu trzeba być przygotowanym, by jak popierdółka nie skończyć. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma że boli, tu musi poboleć, bo jak nie teraz to w czasie startu nam tak przy….., ze z papci wyskoczymy. Deszcz,żar z nieba czy wichura, kilometry robić trzeba.

 

Fenomen zwykłych, darmowych pięciu kilometrów startowych

Jak nie raz już pisałem, że moim ulubionym biegiem, do którego zawsze z radością wracam, bo wiem, że zawsze w tej samej porze i w tym samym dniu się odbywa jest parkrun. Co sobota punkt 9 rano w ponad tysiącu miejsc w kilkunastu krajach spotykają się zapaleńcy, by na tej samej, w danej lokalizacji trasie z czasem i swoimi możliwościami się zmierzyć. Ostatnio nie zawsze mogę, ale kiedy jest możliwość do się staram przybyć. W Poznaniu za dwa tygodnie będziemy obchodzili piąte już urodziny cyklu w naszym mieście. Dla mnie jest to oznaka, że już od pięciu lat biegam, gdyż narodziny mojej pasji zbiegły się z uruchomieniem tuptania na Cytadeli. Parkrun w Poznaniu ruszył w drugą połowę lipca, a w sierpniu na mnie spłynęła łaska biegająca. Na parkrun trafiłem dzięki śp. Januaremu na początku października tamtego roku. Od tego czasu już na prawie 200 parkrun eventach miałem przyjemność się pojawić.

No i z podziwem obserwuję, jak parkrun się w naszym raju rozwija. Pięć lat temu mieliśmy, jak mnie pamięć się myli cztery lokalizacje: Gdynia, Gdańsk, Łódź i Poznań. Jak podaje ciocia Wiki, oraz przeszuka się info z poszczególnych krajowych lokalizacji, pierwszy parkrun w naszym kraju odbył się w Gdyni 15 października 2011 roku a wystartowało w nim … 5 biegających. Co ciekawe byli to sami panowie zmieścili się w przedziale czasowym jednej minuty. Pierwszy zwycięzca polskiego parkrun uzyskał czas…24,51, więc można napisać, że bardzo, ale to bardzo lightowy. W pierwszym polskim parkrun, mieliśmy nawet mniej startujących, niż podczas inauguracji całego cyklu w Bushi Park w Londynie, gdzie 13 października 2004 roku pobiegło 13 osób. A teraz? Mamy już 14 krajów, w tym takie oryginalne jak Australia, Nowa Zelandia, Kanada, Stany Zjednoczone czy nawet Singapur, gdzie łącznie obywa się łącznie 1170 tuptań w każdą sobotę i o tej samej godzinie. Polska zalicza się do ścisłej czołówki pod względem ilości lokalizacji. Obecnie mamy już ich 44, a kolejne są w drodze. U nas w Wielkopolsce 2 września rusza Dąbrówka, a tuż za nim Kościan. Jak widać nie wygląda na to, by rozwój miał przyhamować. Jestem ciekawy, czy do końca roku o 50 lokalizacji dobiegniemy. Głównego centrum parkrun czyli Wysp Brytyjskich, gdzie mamy 459 lokalizacji raczej nie ma opcji byśmy dogonili. Podobnie może być problem z Australią, gdzie mamy 228 lokalizacji. Na kolejnym miejscu mamy Południową Afrykę ze 108 lokalizacjami i też chyba będzie problem. Przed nami jest jeszcze Irlandia, gdzie mamy ich 63 – i tu już temat do przemyślenia. Natomiast z krajów nie wywodzących się z anglosaskiego korzenia jesteśmy na pierwszym miejscu. Goni nas Rosja, która ma już 27 lokalizacji, oraz Stany Zjednoczone, które mimo brytyjskich korzeni także dopiero wkroczyły na drogę parkrun ekspansji. Kiedy Rosjanie z Amerykanami zaczną rywalizację, która nacja ma więcej parkrun lokalizacji, to myślę, że nawet hegemonia Wysp Brytyjskich może być zagrożona. Na szczęście tym polu Amerykanie z Rosjanami mogą rywalizować ile dusza zapragnie.

My w kraju cieszymy się, że rozwój parkrun w naszym kraju kroczy nieustannie do przodu. Powiedzmy sobie szczerze, powodów jest kilka, a główne trzy. Raz, że 5 kilometrów, to jest idealny dystans dla każdego, kto tylko marzy o tym, by poczuć smak biegowej żądzy. Praktycznie każdy, kto chociaż trochę biega z tym dystansem zawsze może się zmierzyć. Dwa zawsze w tym samym dniu i tej samej godzinie. Cykliczność i ciągłość projektu powoduje, że nie musisz szukać, myśleć, gdzie masz bieg i czy coś nie wypadło z głowy. Dzięki posiadaniu swojego kodu osobistego ( który nieodpłatnie mailem dostajemy) będąc nawet w innym mieście, gdzie odbywa się parkrun zawsze możesz w innej lokalizacji bez problemu wystartować. No i na końcu, chociaż z pewnością nie najmniej ważne, że za free czyli bez kosztów startowych. I to wszystko powoduje, że rodzina parkrun się tak pięknie nam rozwija.

Jak to jest z cierpieniem podczas biegania

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie, Marku i Leszku, myślę, że jest to tak opracowane, by nie było żadnej wtopy. W końcu to jeden z bardziej szalonych, ale i sztandarowych biegowych projektów, więc to wszystko musi być na tip top

Niedawno pod jednym z moich wpisów zamieszczonym na jednym z portali wywiązała się bardzo poważna dyskusja na temat, kto ma bardziej prawo bardziej cierpiący, czy nawet zmęczony po biegu: czy ten co biegnie 10 km w 40 minut, czy może wcale nie, bo ten co biegnie 50, albo i więcej. Czy różnej klasy biegający mają prawo być tak samo, a może jedni bardziej a drudzy mniej cierpiący, zmęczeni, konający etc. Jeden z szybkobiegaczy napisał krótko: „Em nie, biegając szybko inaczej się męczymy i inaczej pracują mięśnie. Ból i zmęczenie są całkowicie inne. Pozdrawiam” Inny dodał „Kompletną bzdurą jest że ten co biegnie swoje maksimum na 10 km w 50 minut przeżywa/cierpi tak samo co ten biegnący na 40 minut ” Kapitalnie spuentował to Artur Strzelecki ( mam zgodę na udostępnienie imienia i nazwiska) -
„To oczywiste – ten co biegnie 50 minut cierpi o całe 10 minut dłużej niż ten co 40 minut.“

I myślę, że to proste, krótkie, ale jakże przemawiające do wyobraźni zdanie jest clue wszystkiego. Ja wiem, że nie można porównywać klasy biegających, którzy pokonują ten sam dystans z różnicą kilknastu czy nawet kilkudziesięciu minut ( w zależności od odległości i możliwości biegających). Jednak wysiłek czy też cierpienie, która w czasie biegu nas dotyk jest już nawet porównywalne. Nawet posunę się dalej, głosząc ze osoby mające mniejszy talent biegowy, ci, którzy otrzymali mniejszy talent i dar od losu, mniej wprawione, gorzej wytrenowane, cierpią bardziej, bo ich możliwości są dużo gorsze i mimo dużo gorszych czasów, często muszą okupić dany start dużo większym wysiłkiem, wyczerpaniem, a nawet właśnie cierpieniem. Nawet nie wiem, czy ktoś kto da z siebie wszystko, ledwo doczołga się pod koniec stawki do mety, ale da z siebie ponad 100 procent swoich możliwości, nie jest wcale wcale mniejszym wygranym niż ten, który przybiegnie na podium, czy wręcz wygra dane  zawody. Z tą różnicą, że przerabiając klasyka jemu nie grają surmy, nie huczy róg, a cierpienie pod nogi się miota. I cześć im chwała nie mniejsza niż tym, którzy na luzie łamią nieosiągalne dla ponad 90 procent z nas granice.

Bo w biegu cierpieć każdy może, to nasze biegowe prawo, a czy jeden cierpi lepiej, a drugi trochę gorzej? Mam tutaj wielkie wątpliwości. Bo czyje biegowe cierpienie jest większe? Oto jest pytanie. Muszę przyznać, że debata w stylu kto ma prawo bardziej cierpieć jest z lekka nie na miejscu. Bo cierpienie jest jedno, tyko przyjmuje inne oblicza. Kiedyś jeden z klasyków romantyzmu pisał o cierpieniach młodego Wertera, teraz w dobie tuptania możemy skrobać o cierpieniach biegaczy w każdym wieku. Tak na marginesie debata na temat, kto ma większe prawo do cierpienia trochę przypomina kłótnie dwóch chłopców w piaskownicy, spierających się która łopatka jest lepsza.

Pamiętajcie o dowodach

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Kinga nie ma znaczenia dlaczego, ważne, że zaczęte i w pasję zmienione. Powodzenia w dalszym rozwoju biegowej pasji. Craft spokojnie powoli, byle do przodu. W końcu z odpowiednim czasie spokojnie zaczniesz przełamywać bariery swojej mocy. Tak naprawdę tkwią one w naszej podświadomości, zagrzebane na dnie umysłu. Jak je będziemy potrafili wydobyć to, już nie będzie dla nas granic, których nie możemy pokonać

Jeszcze na szybko z trochę innej bajki. Wczoraj sobie siedzimy spokojnie w domu rozmawiając rodzinnie o wszystkim i o niczym, kiedy nagle do ucha wpada mi wiadomość, że w tym roku około 8 milionów i pół miliona rodaków będzie musiało wymienić dowody osobiste. Ja z racji, że jeszcze z epoki dinozaurów, to pamiętam jeszcze kamienne, niezniszczalne i trwałe, które potem zostały zmienione na książeczki, które każda osoba niezmiennie przy czterech literach trzymała.

No i potem z czasami unijnymi czas nowych, plastikowych dowodów się nagle nam objawił. Człowiek wymienił, bo musiał, ale się zastanawiał, że są ważne tylko na dany okres bodajże 10 lat, po których trzeba je wymieniać. No więc nawet do głowy mi nie przybiegło, aby się tym tematem zainteresować. Wczoraj, kiedy usłyszałem informację o wymienię, w pierwszej chwili nawet pod wstępną rozwagę nie brałem, ze może to też mnie dotyczyć. Jednak coś mnie pokusiło, że zerknę, jak to moim dowodzie wygląda. Zerkam, a tam data ważności: 20.06.2017…. „ o …do pani trudniącej się nierządem nie do końca w bogactwie żyjącej“. Taka była mniej więcej pierwsza reakcja. No, ale potem do kompa, na stronę Urzędu, elektroniczna rejestracja i podano mi czas wejścia na dzisiaj godzinę 11.45. Rano jeszcze po fotkę i w urzędzie byłem koło 11.30. Tłumy ludzi się przesuwały, widać korzystając z dnia wolnego, wszyscy chcieli to co się dało dzisiaj załatwić. Wypełniłem wniosek, zarejestrowałem korzystając z otrzymanego wczoraj numerka i o 11.46 mój numer pokazał się na ekranie, nieupoważniającym do wejścia na salę interesantów. Kątem oka widziałem tylko złość i niedowierzanie, tych co czekali od ładnych dziesiątek minut, godzin, a byli i tacy co od rana. No, ale każdy może się elektronicznie zarejestrować i zaoszczędzić wielu niepotrzebnie straconych minut czy godzin.

Na przypisanym mi stanowisku wszystko załatwiłem w 10 minut i łącznie mój czas spędzony w urzędzie wraz z wypełnieniem wniosku, pobraniem numerku, czekaniem i załatwianiem wszystkiego zamknął się plus minus w ciut poniżej 30 minut. A były naprawdę godne tłumy. Dlatego na koniec dla wszystkich, co nie do końca na te daty zwracają uwagi: sprawdźcie terminy ważności swoich dowodów osobistych, gdyż jeszcze 8 milionów i 499999 rodaków będzie musiało w tym roku wymienić. No i nie idźcie w ciemno do Urzędu, tylko sprawdźcie czy nie można się zarejestrować elektronicznie. Naprawdę dużo czasu pozostanie w kieszeni.

 

Samobójstwo, to nie jest rozwiązanie

Na początku, jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany i Dariuszu, wpływ balastu wagowego na nasze możliwości tuptające jest i będzie duży i tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Są może talenty biegowe wrodzone, którym żadna waga biegowa nie przeszkadza w osiąganiu super wyników, ale większość z nas takimi tuptającymi samorodkami raczej nie jest. Ola oczywiście masz rację, że samo bieganie nie kosztuje. W mniejszy czy większy sposób kosztowna jest otoczka, oraz to wszystko co powoduje, że bieganie nie jest samą sztuką dla sztuki, tylko daje nam ekstra ognia w postaci startów zorganizowanych mniej czy bardziej markowego sprzętu, jeżeli w takim ktoś gustuje. Ewelina całkowicie się z Tobą zgadzam. Każda pasja związana z taką czy inną aktywnością jest lepsza niż siedzenie przed telewizorem czy kompem w błogim nieróbstwie. Co prawda ma to swój urok, ale chyba nie taki, który dodaje nam ekstra życiowego kopa. Marku, może faktycznie rodzina nie chcieć upubliczniania takiej wiadomości, ale w takim przypadku można tylko napisać, że takie zdarzenie miało miejsce, bez podawania danych osobowych. Tak trochę ku przestrodze innym.

Cały czas po głowie mi biegają wydarzenia, których świadkiem byłem w ten weekend na osiemnastce córki, czyli samobójczej śmierci młodego chłopaka, który skoczył z 10 piętra Domu Studenckiego Maćko. Tak sobie myślę, że wybór takiej śmierci jest nie tylko aktem trudnej do zrozumienia desperacji, ale wręcz braku jakiekolwiek logiki w zaćmę umysłową wchodzącą. Nigdy nie wiem, czy akurat ktoś nie będzie szedł pod budynkiem i nie spadniemy na głowę, w najlepszym wypadku robiąc z niego kalekę do końca życia. Kiedyś już był taki przypadek. No, ale nie metoda jest tematem rozważań, tylko sam fakt podjęcia się takiej próby i zakończenia w taki sposób własnego życia.

Przerażające jest to, że w naszym kraju liczba samobójstw praktycznie z każdym rokiem rośnie . W 2012 roku byliśmy na 24 miejscu w skali całego świata. Rok później byliśmy już na 23 miejscu. Które obecnie zajmujemy miejsce nie mogłem znaleźć , ale wiadomo, że obecnie nasza średnia jest dużo wyższa niż ogólnoeuropejska. Od 1951 roku, czyli czasów stalinowskiej, najokrutniejszej i najbardziej bezwzględnej komuny, liczba samobójstw wzrosła o 300 %. Tyle,  ze wtedy ilość zgonów ogólnie była zapewne wyrównywana zakatowanymi w kazamatach UB i tymi, co zakończyli z kulą w tyle głowy. No, ale teraz nam doszły jeszcze wypadki samochodowe, których w tamtych czasach tylu nie było, bo nie było tylu samochodów.

No, ale wracamy do rosnącej liczby samobójstw w Polsce. Zastanawia mnie dlaczego nigdzie nie ma oficjalnych danych.  Czyżby problem był aż tak głęboki, że aż boimy się do niego przyznać?  Nie chcę tu wnikać ile jest w tym polityki i ogólnej sytuacji gospodarczej. Nie chce tutaj rozważać czy to jeszcze wina Komucha, wina Solidarucha, wina Tuska, jak to mawia jeden z polityków zwalający na innych, czy w końcu samej Dobrej Zmiany. A może tych, co nie chodzą na wybory. Zapewne wszystkiego po trochu, podsmarowane problemami rodzinnymi, społecznymi, może osobowościowymi wynikającymi z niemożliwości dopasowania się do ogólnie akceptowalnych oczekiwań społecznych. Jestem pewny, że to nie bywa jedna przyczyna, ale cykl jakiś zachowań, działań, przypadków, zdarzeń, które doprowadzają nas do stanu, z którego wydaje się, że nie ma już żadnego wyjścia. Ja wiem, tak naprawdę nie wiem ilu jest nas takich, którym przez głowę mniej czy bardziej wyraźne myśli samobójcze przez głowę nie przebiegły. Samemu mi się parę razy w życiu zdarzyło pomyśleć, czy powiedzieć głośno do siebie: „ skończę z tym wszystkim, bo wszystko gówno warte i albo się zastrzelić, albo powiesić, albo pójść upić. I 99% z nas w takiej sytuacji albo idzie się upić, albo przejdzie czy przebiegnie kawałek i głupie myśli z głowy mu uciekną. No, ale zawsze pozostaje ten 1%, który weźmie te myśli na poważnie i skończy ze sobą.

W tym momencie musimy powiedzieć sobie szczerze: to nie jest wyjście z sytuacji. Nawet jeżeli jesteśmy chorzy, mamy kredyty, straciliśmy pracę, żona nas opuściła czy zdradziła, kochanka za drzwi wystawiła, to zawsze jest inne wyjście z sytuacji. Nawet w medycynie cuda się zdarzają, kasę można nawet w lotto wygrać, jak się da losowi szanse, kredyt w końcu się spłaci, pracę znajdzie się nową, może lepszą, jeżeli będzie się jej szukało, żona może wybaczy, albo my jej wybaczymy, kochankę czy kochanka możemy mieć nowego czy nową. Zawsze jest inne wyjście niż bezwzględna kapitulacja  i odebranie sobie życia. To, tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Nie chcę tutaj rozważać, czy jest to oznaka odwagi, czy wręcz tchórzostwa. Tak jak jest napisane pod zdjęciem ten wpis prowadzącym . Trzeba być cholernie odważnym tchórzem, aby je popełnić. Napiszę tylko, że do niczego to nie prowadzi, bo jak nam się uda, to sami sobie odbierzemy szansę odzyskania czy naprawienia tego, co się zgubiło, czy spieprzyło.

Święty z turbodoładowaniem

Na Halowych Lekkoatletycznych Mistrzostwach Europy w Belgradzie nasi zawodnicy jak zwykle popisali się wspaniałymi wynikami. Klasycznie w naszych niemal narodowych dyscyplinach nasi zawodnicy nie zawiedli. Oznacza to, że mamy i złoto w pchnięciu kulą, którego autorem został Konrada Bukowiecki, który śmiało kroczy drogą wyznaczoną przez naszych wielkich Mistrzów, takich jak Włodzimierz Komar, Edward Sarul czy oczywiście Tomasz Majewski. Drugą naszą narodową dyscypliną, która obsypała nas medalami jest skok o tyczce. Dyscyplina,  w której odnieśliśmy sukcesy na miarę naszych wielkich Mistrzów takich jak Tadeusz Ślusarski czy słynący z legendarnego gestu Włodzimierz Kozakiewicz, oraz oczywiście reprezentująca płeć piękną Monika Pyrek. W Belgradzie Piotr Lisek zdobył złoto, a Paweł Wojciechowski brąz. I tutaj możemy śmiało napisać o dominacji w tej dyscyplinie naszych zawodników.

Na mnie jednak największe wrażenie zrobił bieg Justyny Święty w finale na 400 metrów. W połowie dystansu, wbiegając na ostatnią prostą nasza zawodniczka była jeszcze przedostatnia i nic nie wskazywało, że będziemy świadkami takiego popisu. Ostatnie metry przed metą pani Justynie włączyło się turbodoładowanie  , co widać na filmiku:



Za ten popis przed panią Justyną czapki z głów. Zresztą nie tylko pani Justyna przyniosła nam radość w czasie tych mistrzostw. Na tym samym dystansie co pani Justyna Rafał Omełko także zdobył srebro. W biegu na 1500 metrów także złoto zdobył Marcin Lewandowski. Do tej chwili nasi zawodnicy zdobyli już łącznie 7 medali i prowadzą w klasyfikacji medalowej. Przed ostatnim dniem mamy już tyle medali, ile dwa lata temu w Pradze. A jeszcze dzisiaj mamy w rękawie dwie gwiazdy, czyli Adama Kszczota na 800 metrów oraz w kolejnej naszej narodowej dyscyplinie, czyli skoku wzwyż Sylwester Bednarek, który jest liderem listy w swojej dyscyplinie. Czy ktoś jeszcze może dać nam dzisiaj medalową radość? Nasz inna narodowa dyscyplina czyli trójskok, może 60 metrów, sztafety czy 3000 metrów kobiet. Czy gdzieś tutaj mamy szanse na medal? To się okaże niedługo, ale jedno jest pewne. Są szanse na jeden z naszych najlepszych startów w historii. Co prawda zapewne z wyniku z Rotterdamu z 1973 roku, gdzie zdobyliśmy aż 12 medali z zapewne nie poprawimy. Czy mamy szanse wyrównać nasze osiągniecia z Katowic z 1975 czy Sidelfingen z 1980, gdzie zdobyliśmy 10 madali? Może być trudno. Jakie jeszcze wyniki możemy poprawić? Dziewięć medali zdobyliśmy właśnie w Belgradzie w 1969, a osiem w Wiedniu w 1970, Goeteborgu 1974 czy San Sebastian 1977. W tej chwili mamy już najlepszy start od 37 lat,  czyli wspomnianego Sidelfinger. Czy dobiegniemy do tego wyniku? Okaże się dzisiaj. Jak na razie ten weekend pod względem sportowym jest wyjątkowy.

No koniec jeszcze jedna refleksja. Dosyć długo się zastanawiałem, czy tytuł wpisu powinien brzmieć: Święty z turbodoładowaniem, czy może Święte turbodoładowanie, ewentualnie Świetne. Wybrałem, jak wybrałem, ciekawe czy dobrze.Z drugiej strony pani Justyna przerabiając klasyka może z dumą powiedzieć: My name is Święty, Justyna Święty. I wszyscy nisko w pas się kłaniamy

Czas ruszyć na jeden z ważniejszych biegów w roku

Tak ogólnie bieganie wydaje się być wspaniałą pasją, jednak bez jakiejś głębi. Ot tuptamy sobie dla zdrowia, frajdy, walki ze słabościami, ale bez głębszego podtekstu. Jednak od czasu do czasu zdarzają się biegi z pewnym, jakby to nazwać podwójnym dnem. Takie, w których powinniśmy pobiec, gdyż są czymś więcej, niż tylko tuptaniem. Zaliczyć do takich biegów można z jednej strony różne biegi charytatywne, a z drugiej  o podłożu historycznym stanowiące naszą własną manifestację pamięci dla naszych przodków, którzy oddawali krew, a nie pot właśnie po to, byśmy teraz mogli bez obaw dzielić się naszymi przemyśleniami na każdy temat, bez obawy, że ktoś nas oskarży o różne wywrotowe wizje.

Do takich biegów możemy zaliczyć wszystkie Biegi Niepodległości, biegi różnych bitew, ale także dzisiejszy Bieg Wilczym Tropem, czyli do uczczenia pamięci tych, którzy po II Wojnie Światowej nie poddali się bezwolnie „wyzwalającym” nas okupantom z trochę bardziej ludzką niż niemiecką twarzą, ale także planujących nas zniewolić pod hasłami dyktatury proletariatu i wiecznej miłości polsko-rosyjskiej. Miłości której pocałunki i ślady po wzajemnym pożyciu znajdowaliśmy w grobach katyńskich, lasach syberyjskich, a także w dziesiątkach czy setkach innych mniej lub bardziej znanych miejscach.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z nas jest to temat drażliwy, o bardzo dwuznacznym podłożu. Ja nie mówię, że wszyscy żołnierze wyklęci, czy raczej przez Komunę przeklęci, byli łagodnymi idealistami, którzy także nie popełniali błędów. Jasne, że zdarzały się tutaj także przypadki mordowania niewinnych osób. Jednak to przez tych, co ze wschodu nadciągnęli nadeszły czasy zbrodni i krwi, a wszyscy, którzy potrafili niezależnie myśleć , z góry zostali skazani na eksterminację. Naszym nowym panom, trochę podobnie jak najeźdźcą hitlerowskim zależało, by w kraju mieszkał bezwolny proletariat, który nie potrafił niezależnie myśleć.  Cała reszta miała być wywieziona, eksterminowana i sprowadzona do pozycji niewolniczej. Jednak to właśnie ofiara wyklętych stanowiła siew, dzięki której pragnienie naszej niezależności i wolności w nas nie zaginęło. To właśnie z ich krwi i kości wyrosła nasza moc, która zmiotła w 1989 roku komunistyczne zniewolenie. To, czy umiejętnie odzyskaną wolność wykorzystujemy i kto na niej najbardziej korzysta to już zupełnie inna bajka.

Dlaczego dla mnie tak ważny jest to bieg, już nie raz pisałem, wiec nie będę się powtarzał Ja akurat dzisiaj muszę na Cytadeli pobiec.

Niech przed Mistrzostwami w Lahti zapanuje cisza oczekiwań

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Kamil super, że ruszać w biegowy tan. Niech tuptajaca moc będzie z Tobą.

No i wczoraj rozpoczęły się kolejne Mistrzostwa Świata, z którymi wiążemy niemałe nadzieję. Co prawda sporty zimowe nie należą może do ulubionych pod względem uprawiania, czy też kibicowania w naszym kraju. Do tej pierwszej grupy należą ( piłka nożna czy  piłka siatkowa). Do tej drugiej  z kolei żużel. Osobne miejsce wśród ulubionych sportów Polaków stanowi lekkoatletyka ( szczególnie bieganie, pod względem właśnie uprawiania) ale sądzę, że wyjątek w zimowej hierarchii narodowych ulubionych sportów skoki narciarskie. Nie jest to sport, który każdy może uprawiać. Podobnie jak żużel wymaga zarówno odpowiedniego sprzętu, jak i umiejętności, czy raczej możliwości wynikające z jakich fizycznych i psychicznych możliwości. Do tego dyscyplina bardzo widowiskowa, gdyż pozbawiona dłużyzn ( chyba że wiatr wieje), podsiadająca w sobie ogromne pokłady ryzyka oraz mimo swojej jakiejś prostoty ogromną wręcz dynamikę. Oglądając skoki nie sposób się nudzić, bo co chwila ktoś inny siada na desce i diabli wiedzą, jak mu się skoczy.

Muszę przyznać, że lubiłem oglądać skoki jeszcze przed czasami eksplozji  talentu mistrza Adama. Jako dzieciak pamiętam transmisje z Turnieju 4 Skoczni, kiedy skakał jeszcze Piotr Fijas. Oczywiście nie odnosił on takich sukcesów, jak nasi obecni mistrzowie, których moc wytworzyła się, czy raczej wykluła się ze skutecznego wysiedzenia pasji, która miała miejsce za czasów Małyszomanii. To wtedy zostało zasiane ziarno, które obecnie wykiełkowało. Już nie mogę się doczekać pierwszych zawodów. Jedno co mnie irytuje, to klasyczne pompowanie balonika, w którym brylują nasi spece od mikrofonu. Już zapowiadają trzy medale, w tym jeden drużynowy, rozdzielać, którzy z naszych zawodników staną na podium. O tytułach Mistrza Świata, które jakby z musu są przynależne Kamilowi Stochowi nie wspomnę.

Mogę napisać krótko. Tyle już było „wpadek”, czy też „wtop” związanych z nadmiernie rozbudowanych nadziei, że  w moich skromnym odczuciu lepiej chuchać na zimne i cieszyć się samymi skokami, zamiast nastawiać się na pewne sukcesy. Ja wiem, że mamy najsilniejszą ekipę w historii, tej dyscyplina, ale właśnie historia uczy, że bardzo często najbardziej murowani faworyci, tracą to, co im dawano z góry przed zawodami. Bo nigdy nie wiemy, czy ktoś nie wyskoczy jak Filip… nie jak Ammann z Salt Lake City zgarniając wręczone na długo przez zawodami dwa złote medale naszemu największemu Mistrzowi. Podoba mi się pokora i rozsądne spojrzenie naszych zawodników, którzy odcinają się jak mogą, od stawiania ich w roli pewniaków do medali. Tu potrzebna jest pokora i szacunek dla rywali. Ja wiem, że mamy potencjał, by zgarnąć wszystkie medale w zawodach, gdzie panowie skaczą. Na normalnej skoczni pierwszy Kamil Stoch, drugi Maciej Kot, a trzeci Piotr Żyła. Na dużej skoczni może być odwrotnie, a w drużynówce też złoto, bo jakże by inaczej. A jak, a dlaczego nie? Siedem medali w skokach, do tego może nasza wielka mistrzyni, czyli Justyna Kowalczyk przypomni sobie swoje najlepsze chwile? W końcu jak pompować, to pompować. Ale myślę, że przebiję naszych komentatorów.  Mam wizję, na tych Mistrzostwach wszystkie medale będą nasze, nawet jak nie zdobyte fizycznie, to duchowo, czyli mentalnie. Nawet, kiedy nasi w danej dyscyplinie nie startują, to niezwyciężony duch narodu i tak zdobędzie medal. Ba, a do to złoty. Zresztą nasz duch zgarnie wszystkie medale, jakie będą do zdobycia. Bo w razie potrzeby może się rozdzielić na prawie 40 mln elementów, czyli duszków, które tak zamieszają, że wszystkie medale będą nasze..

Co zwycięży: kaszel czy bieganie

Z góry chcę zapowiedzieć, by pytań  czy rozważań w tym temacie nie zadawała sobie osoba, która dopiero zaczyna biegać. Podobnie jest to odpowiednie do rozpatrywania dla kogoś, kto to życia podbiega w sposób ułożony, zorganizowany, zgodny ze wszelkimi obowiązującymi w naszym społeczeństwie zasadami. Jak najbardziej jest to wspaniała droga i trzymajcie się jej nie zbaczając ani na krok. Na zasadzie: jestem przeziębiony, idę do lekarza, biorę przepisane lekarstwa i do łóżka. O innych elementach uporządkowanego życia i jak można mieć z nimi na bakier, to może w innym tekście.

Wracając do przeziębienia: każda w miarę normalna i mieszcząca się w ogólnie przyjętych schematach postępowania osoba, niech postępuje tak, jak lekarska i książkowa droga nakazuje. A ona głosi prosto: na przeziębienie lekarstwa i łóżko. I w takim układzie przeziębienie trwa tydzień. Kiedy przeziębienia nie leczymy ogólnie uznawanymi lekarskimi metodami, tylko np. po babciniemu czyli coś  w stylu i użyciu jak czosnek, cytryna, herbata z lipy czy inne tajemne napary, to wtedy przeziębienie będzie trwało siedem dni. Powiedzmy sobie szczerze, obie metody są wskazane i obie mniej więcej równie skuteczne, pod warunkiem rzecz jasna, że siedzimy grzecznie w domu,

No, i muszę się szczerze przyznać, że od niedzieli dopadło przeziębienie i mnie. Po raz pierwszy od trzech lat kaszlę, psikam, o innych mniej zachęcających obrazach w zielonym kolorze może nie będę wspominał. Pierwszy raz mnie dopadło  odkąd zacząłem biegać, czyli 4 lat. Tyle, że cały styczeń nie biegałem w powodu kontuzji, a dopadło, kiedy znowu wyruszyłem w trasę. W sumie chyba powód jasny i logiczny. Miesiąc bez biegania i od razu skok, znaczy się wtup w głęboką wodę, tzn zmrożoną trasę. No i wynik był możliwy do przewidzenia, czyli jak wspominałem kaszel, katar i inne takie.

No i przez chwile się zastanawiałem co dalej. Rozsądek nakazywał odpuść bieganie i wykorzystaj metodę lekarską albo tradycyjną czyli babcinią. No, ale jak? Odpuścić bieganie? Na dwa miesiące przed maratonem? No więc wymyśliłem trzecią metodę na biegacza amatora. Czyli zero lekarstw chemicznych czy naturalnych, zero leżenia, ale codziennie dyszka. Mamy wtorek, czyli drugi dzień i przeziębienie w porównaniu z wczoraj, gdzie było ostro kaszląco znalazło się w odwrocie. Nawet gardło przestało boleć. Ciekawe co będzie za 5 dni, bo przeziębienia nawet wybiegane, a nie leczone u tuptacza amatora musi potrwać osławione 7 dni. Tyle, jak napisałem: nikomu nie polecam. To tylko moja szajba, świr, czy jak kto inaczej nazwie, bo rozsądne to nie jest. Ale czy życie jest rozsądne? W tym szaleństwie musi być jakaś metoda i w najbliższych dniach ją poznam. No i w niedzielę będę albo na biegu dla żołnierzy wyklętych, albo w łóżku w stanie niemal agonalnym, czyli facet z prawdziwą grypą. A powiedzmy sobie szczerze: nie ma nic gorszego niż męska grypa. To już nawet nie krok od śmierci wszechświata z mężczyzną w roli głównej.

Polski Kabaret Polityczny

Jak zwykle od czasu do czasu mam zwyczaj przeskakiwać na trochę inne, niż biegowe tematy. Wiem, że znowu będzie, że ja nie lubię obecnie nam panujących i się czepiam, ale co ja poradzę, że kiedy ktoś, kto znajduje się u szczytów władzy wykorzystuje ją do ochrony swoich kuch i jeszcze robi to w sposób tak nieudolny, że aż śmieszny, to nie mogę się powstrzymać.

Ostatnio wszyscy żyjemy kolejną akcją w stylu filmu sensacyjnego o podłożu motoryzacyjnym z mistrzem kierownicy w roli głównej z elementem próby zamachu stanu, gdy młody chłopak w zabójczym seicento próbował zepchnąć z drogi niewinnie i zgodnie z przepisami wyprzedzający na podwójnej ciągłej pancerny samochód rządowy, w którym podążała jedna  z najważniejszych osób w naszym kraju, Jak podaje wszechwiedząca i nigdy nie kłamiąca strona rządowa samochody z panią premier na pokładzie  podążały z bardziej niż przyzwoitą prędkością w terenie zabudowanym, czyli 50 km/h. Z pewnością podążały zgodnie z obowiązującymi zasadami, że samochody rządowe powinny jechać zderzak z zderzak, a nie na zasadzie, że każdy jedzie jak mu fantazja nakazuje.  Muszę przyznać, że to chyba pierwszy przypadek na całym naszym globie, kiedy prywatny kierowca w małym samochodziku rzucał się taranować rządową kolumnę. No, ale może coś ciekawego po drodze pani Premier zauważyła , dlatego kierowca musiał nagle zwolnić i się stało, jak się stało. A może sam kierowca nie potrafił utrzymać się za jadącym przed nim samochodem prowadzącym na kogucie. Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli ktoś złamał szyk w kolumnie rządowej, to powinien zachować na drodze szczególną ostrożność, a nie jechać na zasadzie: z drogi śledzie,bo nie wiecie, kto ze mną jedzie. Tak na marginesie czekam, aż wielki, złotousty i wszystko wiedzący Polityk rządzącej Partii, wyskoczy z teorią o kolejnej próbie zamachu, bo kierowca seicento był ostatnio wiadomo gdzie  i przechodził specjalne szkolenie w siedzibie sami wiemy kogo.

Muszę przyznać, ze takiego politycznego kabaretu, jaki mamy teraz nie pamiętam. A trochę już lat przeżyłem i pamiętam różne rządowe popisy polityczne. Praktycznie każda z rządowych ekip poprzedzających obecną władzę miała na swoim koncie coś  mniej lub bardziej zabawnego. Ale ta bije wszystkie rekordy. Niedługo 90% dowcipów europejskich będzie się zaczynało: „bo w polskim rządzie…”, albo ” a w Polsce”. W sumie, może i byłoby to dla nas śmiesznie, gdyby nie to, że jest takie dla nas upokarzające i straszne. No, ale jak wybraliśmy tam mamy. Przynajmniej jest wesoło. Mamy na co dzień polityczno-gospodarczą  sensacje z elementami horroru, groteski a wszystko dobrą komedią podszyte.

Podsumować można krótko:

Gnała Premier razy klika                                                                                               Napotkała w fiacie wilka.

Macieju, widzę ze nie zrozumiałeś przesłania mojego wpisu. Ja nie śmiałem się chłopaka, bo bardzo mu współczuję, ale z tego, jak obecny rząd nawet w kolumnie pojazdów porządku i ładu utrzymać nie potrafi. Żyjemy w czasach, które jako specyficzne przejdą do historii. W zależności od tego, kto i kiedy będzie historię pisał, kto wie czy do przyszłości nie zostanie wysłany przekaz o próbie zamachu,