Bieganie to bardzo skomplikowana czynność

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Krystyna masz rację starty w narodowych barwach z okazji biegów o patriotycznym charakterze,
to zupełnie inny wymiar biegania.Ostatnio przypomniało mi się parę śmiesznych definicji komunistycznych, ale nie tylko . można napisać, że generalnie abstrakcyjnie biurokratycznych nazywających w skomplikowany sposób proste rzeczy czy czynności.
Większość z nas z pewnością pamięta definicję lufy: słup powietrza otoczony metalem czy kałuża – akwen wodny bez znaczenia strategicznego i wiele innych. Nie wiadomo dlaczego szczególnie kojarzone z różnymi służbami mundurowymi,: policją, wojskiem i innymi takimi.

Muszę przyznać, że postanowiłem się przebiec po mądrych portalach, by poszukać mądrych definicji związanych z naszą pasją. Nie ma problemu ze znalezieniem bardzo twórczych definicji.Jak my pojmujemy motywację, a jak się to ma do książkowej,
czy encyklopedycznej definicji. Odpowiedź jest prosta: motywacja, to chęć, pragnienie podjęcia jakiegoś działania. Wikipedia tłumaczy to w sposób bardziej złożony:
„Motywacja jest to stan gotowości do podjęcia określonego działania, wzbudzony potrzebą zespół procesów psychicznych i fizjologicznych,określający podłoże zachowań i ich zmian. Wewnętrzny stan człowieka, mający wymiar trybutowy.”. Można napisać: cholera bądź tu mądry i pisz wiersze. Niby taka prosta rzecz, a jakże skomplikowana. Ale to nie wszystko. Co to może być zgodnie z definicją biegi: ” czynność zaliczana czasem jako sport. Polega na systematycznym poruszaniu kończynami dolnymi,odpychając i przyciągają się na przemian. Doświadczeni biegacze używają ponadto kończyn górnych wykonując podobne ruchy, tyle, że nie na podłożu, a w powietrzu.” Muszę przyznać, że brzmi bardzo ciekawie.
A jak sądzicie, co to jest trening: „Trening sportowy – proces polegający na poddawaniu organizmu stopniowo rosnącym obciążeniom, w wyniku czego następuje adaptacja i wzrost poziomu poszczególnych cech motorycznych. Pojęcie treningu obejmuje także naukę nawyków ruchowych związanych z daną dyscypliną sportu.”
Specjalnie nie podaję źródeł, aby nie było, że się wyśmiewam z takiego czy innego portalu.

Muszę przyznać, że kiedy czytam te definicje, to dobiegam do wniosku, że bieganie jest cholernie skomplikowane. Czasem zdarza mi się bardzo się poważnie zastanawiać, po kiego tak proste czynności, tak skomplikowanie się ubiera. Może stworzymy normalne, dla praktycznie każdego zrozumiałe definicje. Nie wymyślone przez tak mądre głowy, że my nie jesteśmy ich w stanie objąć bez gromkiego śmiechu. Może to powinny być definicje biegających dla chcących biegać czy także radośnie tutpajacych..
Bo w końcu tu nie ma nic skomplikowanego, a może? Z drugiej strony poruszanie po podłożu nogami, a w powietrzu kończynami górnymi brzmi bardzo interesująco.

Parkrun z armatą, co Ty powiesz na to

Ostatnie kilka miesięcy z obecnością na moim ulubionym biegu czyli parkrun są pewne zaległości. No, ale taka branża, praca, że my często w weekendy mamy realizacje i często gęsto jesteśmy poza Poznaniem i nie ma opcji, by na parkrun wskoczyć. No, ale ostatnie 4 tygodnie z rzędu udało się tak zagospodarować, by znaleźć czas, by  na sobotnim o 9 rano śmiganiu się znaleźć. Podobnie było też dzisiaj. Dlatego ranną porą udało mi się znaleźć na Cytadeli. Pogoda dzisiaj wreszcie po paru tygodniach układu pogodowego nijakiego, czy może japońskiego jako tako, zmieniła się na prawdziwie letni. Ciepełko, słoneczko, z drugiej strony można się zastanowić, czy się cieszyć, czy może nie do końca.

Cytadela jak zawsze przywitała mnie swoim zielonym uśmiechem. Kiedy przyjechałem sporo osób się już przygotowywało, rozgrzewało i inne takie klasyczne przedstartowe czary mary. Przywitałem się z kim się dało,a następnie popędzani Roberta dłużej znanego ponaglającym słowem udaliśmy się na miejsce startu. Tutaj klasyczne przywitanie, oraz zapewne informacja, a którą wielu czekało, że wracamy na starą trasę czyli znowu robimy jedną pętlę. Po tej informacji nastąpiła chwila, na którą wszyscy niecierpliwie czekaliśmy, czyli start. No i zanurzyliśmy się w upalne, rozpalone powietrze smakując kolejne, pokonywane metry, przebiegające powoli w kilometry. Starałem się trzymać jedno tempo, takie, które będę planował utrzymać za dwa miesiące z małym hakiem w Warszawie. Wiadomo, że obecnie wszystkie moje biegowe myśli w tamtym kierunku podążają. Jak pisałem, biegliśmy dzisiaj starą trasę, odkrywając na nowo piękno naszej poznańskiej Cytadeli. Pokonywaliśmy tunele drzew, Rosarium rozkwitające kwietnym pięknej i do dobiegliśmy do czołgów, czyli poznańskiego parkrun chwili prawdy. Obok czołgów stoją armatki wiwatówki z okolic XVI-XVII wieku. I dzisiaj mała niespodzianka. Na jednej z armatek tablica z logo parkrun i napisem: ognia. Nie wiem, czy ktoś się powstrzymał od uśmiechu i automatycznego przyspieszenia. W każdym razie ostatni fragment trasy śmiejąc się trochę jak mądry inaczej do sera na luzie pokonałem. Co prawda tuż przed metą jeszcze jedna z pań biegających mnie do przyciśnięcia trochę sprowokował, co widać na fotce ten wpis prowadzącej, ale ogólnie był luzik i jedno fajne  tuptanko.

Na mecie token, zeskanowanie, fotka i do domu. Czyli taka nasza biegowa: „ rąsia, klapa, buźka, goździk“. Ciekawe, czy ktoś pamięta skąd ten tekst. Kiedy dojechałem do domu wyniki już były. Czas dzisiaj bardzo przeciętny, ale wiadomo ustawiam moje tempa pod Warszawę. Dzisiaj 27,21, czyli niecałe 5.30 na kilometr, co byłoby dobrym czasem na Warszawę, gdyż spokojne złamanie 4 godzin i to z zapasem. Tyle, że nie mogę tak przeliczać. No, chyba że faktycznie uda mi się utrzymać stałość tempa, do czego powolutku zmierzam.

 

Biegowe wędkarskie opowieści

Ostatnio wbiegło mi przed oczy jedno z moich zdjęć, które właśnie wpis ten na różnych forach prowadzi. Widać na nim jak biegnę z charakterystycznie na moczykija rozłożonymi rękami pokazującymi wyraźnie: taką złapałem, ewentualnie taka ryba zerwała mi się z haka. Szczególnie ten drugi przypadek jest przez osoby, które lubią z naturą i wędką obcować bardzo często i gęsto wśród znajomych opowiadany. Tak na zasadzie: taka ryba była… Miałem ją już na haku, tuż pod pomostem, brzegiem. Idąc dalej sięgałem podbierakiem ( przyrząd służący do wyciągania co większych, wymęczonych już egzemplarzy z wody). Była, mieliśmy, rzuciła się obok… i tyle ją widzieliśmy. Bo, a to się zerwała, a to w ogólnie nie wzięła, bo chciała, a to ufo przyleciało i ją zjadło, nim ją wyciągnęliśmy z wody.

Drugą dużo bardziej ulubioną przez wędkarzy opowieścią jest ta z gatunku, jaką to dużą rybę naprawdę złapaliśmy. I co ciekawe, z każdym następnym rokiem ta sama ryba nam rośnie. O ile pierwszego roku to rzeczywiście był szczupak w okolicach kilograma, półtora, to po pięciu latach może w takiego już 10 kilogramowego, a po 20 może nawet suma. Tak zasadzie, „bo ja kiedyś złowiłem“ i tu następują historie tysiąca i jednej wody. Sam kiedyś byłem wędkarzem, więc wiem jakie prawa i opowieści w tym środowisku krążą. Dlaczego już nie jestem wędkarzem? No cóż, kiedy te już prawie 20 lat temu stawałem na ślubnym kobiercu, koledzy mi napisali kartkę: Paweł na ryby to ty już sobie pojeździłeś. Wtedy się z tego śmiałem. Teraz już mniej. I tu nie biega o to, że lepsza połowa zabrania. Po prostu nie ma czasu, ani chęci. A od kiedy zacząłem biegać, to juz zupełnie. Na zasadzie jedna pasja wystarczy, bo dwie to już się wzajemnie wykluczają. No, ale jak widać, stare nawyki pozostają i nawet biegając pokazuję, jak duże ryby łapałem, a może dalej łapię biegnąć obok wody, szybkie nachylenie i wyciągnięcie jedną ręką z wody. Bo druga jest zajęta odpowiednią biegową pracą. No i jak widać wędkarska wyobraźnia mi też pozostała.

Zresztą każdy wędkarz ma kilka wędkarskich opowieści ze swojego moczykijącego życia wzięte. Mi także parę się przytrafiło. Może kiedyś temat rozwinę.. o tych uklejkach i płoteczkach, co  sumy, sandacze, szczupakami, a nawet rekiny nie wiadomo skąd w naszych słodkich wodach się znalazły i z którymi toczyłem mrożące krew w żyłach boje.

Projekt korona maratonów Polski w pół roku

Ostatnio w czasie parkrun miałem bardzo ciekawą rozmowę z jednym znajomym biegaczem. Zgodnie z jego słowami, ostatnio razem ze znajomy zrobili koronę maratonów Polski. Niby nic aż tak wielkiego, gdyż wielu z nas ją ma w swojej kolekcji. Z tą małą różnicą, że oni ją zrobili przez ciut ponad rok. Obecnie rozważają podbiec raz jeszcze do tematu, ale skrócić ten okres do pół roku. W sumie jak się zerka na kalendarz, to faktycznie jest to nawet łatwe do ogarnięcia, jak się pobiegnie wg takie marszruty: Dębno początek kwietnia, koniec kwietnia Kraków, Wrocław Maraton początek września, Warszawa Maraton koniec września i Poznań październik.

W zasadzie, to mamy trzy miesiące biegania: kwiecień, wrzesień i październik. Kiedy się czyta o biegających, którzy robią ileś tam maratonów w roku, to można napisać: luzik, frajda i przyjemność. Muszę przyznać, że sam w zeszłym roku w jeden miesiąc tuptałem i Dębnie i w Krakowie, więc można. Co prawda we wrześniu po Wrocławiu i tamtejszych wydarzeniach Warszawy już nie dałem zrobić, ale nie znaczy to, że gdybym rozsądniej się we Wrocławiu zachował, to Warszawę raczej na luziku też bym zrobił. No, ale w jakiś sposób sam byłem sobie winny. Tak więc przy odpowiednim przygotowaniu, nastawieniu i mocy biegowej zrobione Korony w okresie pół roku jest jak najbardziej możliwe do ogarnięcia, nawet da takich zwykłych tuptaczy jak my, tyle że z odpowiednim zaparciem. Powodzenia dla wszystkich, którym ta wizja w głowie świta. Ja myślę, kto wie, może jak we wrześniu Warszawę zrobię, to jak nie przyszły rok, może następny … w sumie pomysł fajny…

Z drugiej strony, ktoś może powiedzieć: po co nam kolejne oznaki, medale, korony, herby, skoro i tak już powoli nie ma gdzie tego w domu trzymać. Owszem to fakt, z pewnością każda osoba tuptająca, która już trochę dłużej biega nie ma w którą stronę w domu się obrócić, aby na jakiś medal biegowy nie trafić. Ale to nam w chwilach życiowych zwątpień pokazuje, że mamy w sobie moc, że potrafimy nasze słabości pokonać. O co do ich ilości? No cóż, jak mądrzy ludzie powiadają od przybytku głowa nie boli.

Żywieniowe prawo biegających

Dzisiejsze wpisy z wiadomego powodu kręcą się dookoła niezbyt często przeze mnie poruszanego tematu odżywiania osób biegających. Tak jak napisałem rano jest to spowodowane powolnym recenzowaniem otrzymanej książki pt „ Wege Siła“. Nie chę teraz wracać do tematu samej książki, gdyż to już zrobiłem rano, tylko zatrzymać się na tym, czy faktycznie sposób odżywania, to co jemy, ile jemy i jak jemy wpływa w jakiś sposób na nasze możliwości tuptające.

Wystarczy wpisać odpowiednie frazy w wyszukiwarkę, by poznać setki, jak nie tysiące dowodów i przykładów, jak ważne jest odżywanie dla osób aktywnych. Gdyż my chcąc nie chcąc, ale zaliczamy się do osób, które są aktywne i wybrały taką, a nie inną drogę życiową. Jak to jest więc z tym naszym odżywaniem. Teoretycznie, kiedy jako laik się nad tym zastanowię, to dobiegam do wniosku, że nie ważne ile i jak jem, to zawsze będzie dobrze, gdyż to wybiegam. Mogę sobie więc pofolgować i jeść to co chcę i ile chcę, a i tak będzie dobrze. Jednak po jakimś czasie okazuje się, że nie do końca. Ku naszemu zdziwieniu jednak brzuch nam rośnie, a wyniki biegowe spadają. Czyli to nie jest możemy jeść wszystko i ile nam fantazja i brzuch pozwala. A może to nie biega o ilość, ale o jakość jedzenia? Kiedyś przeczytałem teorię, że jesteś tym co jesz. W takim przypadku idealne by było jeść mięso geparda, tylko czy humanitarne? A jedzenie świni jest humanitarne? Też w końcu było to żywe zwierzątko. A może właśnie dlatego wege, bo nikogo nie zjadamy? Muszę powiedzieć szczerze, że myślę, rozważam i analizuję. Na wnioski zapewne przyjdzie jeszcze czas.

Na razie wiem jedno. Wiem natomiast jedno. Ostatnimi miesiącami parę kilo mi przybyło i moje wyniki zdecydowanie spadły. Dlatego można śmiało napisać konsumpcyjne, czy może raczej prawo biegających: przyrost wagi jest odwrotnie proporcjonalny to poprawiania wyników biegowych. Im większa waga, tym nasze wyniki słabsze i na odwrót. I z tym chyba wiele osób się zgodzi. Ja akurat jestem przykładem osoby, dla które trzymanie, czy raczej zbijanie wagi ma wielkie znaczenie. Sam kiedyś ważyłem ponad 130 kg i nawet nie myślałem, że będę biegał. Byłaby to myśl tak abstrakcyjna, jak lot na paralotni ( pewno by spadła w korkociągu, jakbym się do niej przymierzył). Jednak jestem przykładem, że można jak się chce.

Na czym polega prawdziwa pożyteczność biegania,

Nam, którzy biegamy częściej lub rzadziej, ale mniej więcej regularnie i stale bieganie kojarzy się jednoznacznie. Biegamy dla naszego zdrowia, czasu, życiówki, dobrego miejsca w grupie, ale zgodnie z naturalnym celem biegania. Ktoś to może określić, że biegamy da biegania, czyli tak naprawdę tuptające masło maślane. Co tak naprawdę jest pożytecznego w zabijaniu dla czasu, celu i innych takich. Takie bieganie w sumie nie ma w sobie nic pożytecznego. To, że my czujemy ogień, walkę samych z sobą i swoimi słabościami, to nic, to drobiazg to jakaś rozrywka dla tuptajacych fanatyków, normalnym członkom i członkiniom społeczeństwa do niczego potrzebne. Czy aby na pewno bieganie, poza startami do niczego się nie przydaje? Rozważmy kilka możliwości.

Pierwsza, bardzo klasyczna. Samochód zostawiliśmy domu, albo generalnie jesteśmy nie zmotoryzowani, a tu autobus, albo tramwaj nam spie… znaczy się ucieka. No i kto go prędzej złapie: ktoś, kto biega regularnie, czy ktoś, kto z reguły i zasady jest mało aktywny. Odpowiedź wydaje się prosta. Zanim, ktoś kto nie biega wystartuje, nałogowy biegacz czy biegaczka już jest w pojeździe.

Inna opcja. Mamy wieczór, nagle nam się przypomniało, że nasza lodówka pusta, a sklep koło kilometra od domu, do którego tyko chodnikiem się dojdzie za 5 minut zamykają. Nawet jeżeli mamy samochód, to nim znajdziemy dokumenty, kluczyki wsiądziemy, odpalimy, wyjedziemy na drogę, zawrócimy poplączemy trochę, może być już pozamiatane. A biegiem, jak wystartujemy, to jeżeli przydusimy trasę, to zdążymy.

Trzeci przykład trochę ironicznie w jednym komentarzu wrzucony, ale wbrew pozorom, bardzo ważny. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w towarzystwie, jemy wszyscy to sami i nagle nas wszystkich dopada paskudna biegunka. No i pytanie, kto pierwszy zdąży do toalety, ktoś kto regularnie biega, czy ktoś, kto nie ma w tym wprawy i nawet nie zdąży pomyśleć, że może biegiem do kibla sorry za określenie kupie uciec. A do tej ucieczki to już trzeba być odpowiednio wprawionym.

Wymieniać można dalej: kto szybciej dobiegnie na promocje do sklepu, kto złapie uciekającą pannę młodą ( tak to jest gdy panna biega, a jej wybraniec nie do końca). Z drugiej strony, mąż wyczuwający zbliżanie się w furii swojej połowicy, gdy ten nurza się w obcych ramionach. A tak, kiedy jest wybiegany, może zdąży uciec. Gorszy problem, kiedy oboje biegają. No, ale to są tylko luźne przykłady, które można mnożyć, mnożyć i jeszcze raz mnożyć. Tak w skrócie można to skomentować: bo bieganie, to bardzo pożyteczna czynność i w codziennym życiu daje nam sporo przewag.

Uzależnieni od energetyków

Ostatnio na Facebook wbiegł mi przed oczy post jednego z biegaczy, że jest uzależniony od energetyków. Jak sam napisał,wypij ich dziennie 5 czy nawet 6. Pod postem się zakotłowało. Większość komentujących zdecydowanie proponowała odstawić energetyki. Szybko przebiegłem się po sieci wpisując odpowiednie frazy i okazało się, że tu czy tam można spotkać teksty na temat niebezpieczeństw, jakie niesie za sobą picie właśnie energetyków.

W tym momencie musimy chyba rozróżnić: energetyki od izotoników. Zdaję sobie sprawę, że wielu dla wielu biegających izo a energetyk nie ma różnicy, a i to i to jedynie moc wspomagająca ich biegowe zdolności. Jednak okazuje się, że nie do końca. To właśnie energetyki niosą za sobą wiele niebezpieczeństw z uzależnieniem włącznie. Izo z kolei głównie wyrównuje poziomy,, przeciwdziała skrurczom i jest podobno świetny dla biegaczy.  Zresztą na wielu biegach zorganizowanych Bardzo ciekawy tekst na ten temat znalazłem na stronie radio zet

http://www.aktywnie.radiozet.pl/Porady/Zdrowie/Energetyk-vs.-Izotonik.-Czym-roznia-sie-od-siebie

Jak wynika ze słów autora energetyki be, a izo cacy. Ile w tym jest prawdy i na ile ten teks powstał na zamówienie twórców izo? Z pewnością producenci energetyków na przewagę swojego napoju znaleźliby nie mniejszą ilość argumentów.
Muszę przyznać, że na mnie osobiście ani izo, ani tym bardziej energetyki dobrze nie działają. Wręcz przeciwnie, nie raz i nie dwa się przekonałem, że kiedy w czasie biegu zorganizowanego strzeliłem sobie izo to potem miałem biegowe zwroty. O energetykach, to już wolę nie wspominać. Dlatego mi to uzależnienie nie grozi.

Jak może ono wpływać na innych i czy faktycznie może grozić osobom biegającym? A może jest to kolejny wybieg jakiegoś producenta innych napojów, żeli czy innych takich, by pokazać, ze ich produkty są lepsze? Nie wiem, nie jestem specem od tego tematu, ale wiem jedno: nadmiar chemii nikomu jeszcze nie pomógł. Z drugiej strony nie jestem autorytetem do wypowiadania się w tej kwestii, bo sam ani izo, ani energetyków nie pijam, gdyż źle na mnie działają. I dlatego wiem, że nawet bez izo czy energetyków można biegać i nic się od ich braku złego nie dzieje. A one same też mogą zaszkodzić, co mi raz czy dwa się zdarzyło.

 

 

Wyścig z samym sobą, ale czasem warto odpuścić

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Karina ja także rozumiem osoby, które w swoim odczuciu dobiegły już do granicy, poza którą nic już nie ma, tylko pusta śmierć. Jednak to, że rozumiem nie znaczy, że pochwalam i akceptuję, gdyż zawsze jest nadzieja, zawsze jest jakaś szansa, którą trzeba drążyć.

Muszę przyznać, że ostatnio, mimo że stosuję metodę biegową, którą niejeden w pełni poważny biegający może uznać za sposób na paralityka, ale widzę, jak moje możliwości tuptające rosną. Ba, co może paru osobom się wydać świętokradztwem, dwa dni temu udałem się na bieżnię, gdzie utrzymywałem Gallowayem tempo około 5 minut na kilometr, co przy treningu nie jest w moim przypadku złym wynikiem. Co ciekawe różnica między biegiem, a nie biegiem jak to Gallowayu bywa wcale nie była duża na kółeczku. W paru przypadkach nawet miałem takie same osiągi. Muszę przyznać, że bardzo mnie to zdziwiło. Już się nie mogę doczekać sprawdzenia samego siebie na parkrun. Odkąd zacząłem stosować znowu tą metodę, to każdy następny parkrun miałem szybszy. Oczywiście nie są to czasy, którymi mogę się chwalić i cieszyć na wszystkie strony, ale jak na moje skromne biegowe możliwości są one w pełni zadowalające.

Sam jestem ciekawy do jakiego pułapu się posunę. Wiadomo, ze ja nigdy nie będę łamał pewnych granic biegowych, gdyż mam lata, jakie mam i możliwości podobne i sam siebie nigdy nie przeskoczę.  Jednak na tyle, na ile potrafię i mogę będę gonił sam siebie, by starać się przełamać kolejne granice i możliwości. Gdyż tak naprawdę o to w tej naszej pasji biega. O to, by móc osiągać to, co nam samym wydaje się mało realne, a co dzięki ciężkiej, codziennej pracy w pewnym momencie może okazać się osiągalne.  I w tym chyba leży istota wszystkich biegowych istot, celów i czegokolwiek innego. Bo tak naprawdę w bieganiu staramy się dogonić i przegonić samych siebie i wyobrażone sobie granice naszych możliwości. I dlatego z taką radością się wybiega, obserwując poprawę swoich możliwości, a kiedy ich nie ma szukając drogi ich znalezienia.

Z drugiej strony patrząc jestem tylko amatorem i czasem mam prawo to gorszego dnia i lekkiego ograniczenia normalnej jednostki treningowej. Właśnie wczoraj tak miałem. Napiszę w skrócie, że mi się nie chciało biegać. Co prawda zmusiłem się, by jednak wyjść z domu, zrobiłem na maksymalnym luzie parę kilometrów i powiedziałem sobie: dość, na dzisiaj starczy. Jeszcze ten rok czy dwa lata temu, albo bym wcale nie odpuścił i biegł co mi było przypisane. Bo tak jest, bo tak być musi. A wczoraj? Powiedziałem sobie: ” trudno, jest gorszy dzień, każda osoba ma do nie prawo. Nie przygotowuje się ani do Mistrzostw, ani do Igrzysk, bieganie nie jest moją pracą, tylko przyjemnością. Mam prawo mieć słabszy dzień”. I wiecie co? Pobiegłem mniej, skróciłem trening i wróciłem do domu bez śladu chandry, kaca moralnego czy czegokolwiek innego. Może jedynie potem czułem się trochę niedobiegany.

I co z tego? Nic, po prostu nic. Uważam, że lepiej pobiec raz czy dwa razy mniej i czuć głód biegania, niż o kilometr czy dwa za dużo i dostać biegowstrętu. Jak to się ludzkie poglądy czasem zmieniają

Trening czyni szczęśliwym

Ktoś może powiedzieć, że to jakiś slogan nie mający żadnego przełożenia w rzeczywistości. Gdzie tu szczęście, kiedy jak człowiek zdycha po pokonaniu np. królewskiego dystansu czy innego biegu zorganizowanego, a co dopiero po codziennym treningu. A tak naprawdę to biegi zorganizowane to jest kwintesencja biegania, dająca pełnię szczęścia i to, co w bieganiu jest najważniejsze.

Jednak najważniejszym elementem naszej biegowej pasji jest ten nasz biegowy chleb powszedni, czyli trening. I to naprawdę to on czyni nas szczęśliwym. Jakim cudem? Podam dwa przykłady, by nie owijać zbytnio w bawełnę. Rano, kiedy ktoś się budzi, idzie do pracy popołudniu, jeszcze kupę czasu i co tu robić? Człowiek siedzi, bije się z myślami i przeklina cholerny los, że cały dzień do rzyci, bo będzie trzeba iść do pracy, jak się wróci, to już ciemno, zimno i rzygać się chce od wszystkiego. A tak, jak sobie wyjdzie, machnie swoje kilometry, to tak jest naładowany endorfinami i innymi przypisanymi bieganiu cząstkami duchowej materii, że nic tylko chcieć żyć dalej.

Drugi przypadek, który mi akurat jest najbliższy, to wracamy z pracy po południu. Już też się zbytnio nic nie chce, bo wiadomo jak to po pracy: kapcie, fajka, piwo i bujany fotel przed telewizorem, czekając aż płucny robaczek nas zeżre. A jak nie fajka to cukier, cholesterol i inne przypadłości cywilizacyjne.  Jest to opcja na życie. Co prawda obciążona pewnym ryzykiem, ale jak długo się da tak pożyjemy. A tak przychodzimy do domu, coś tam zjemy przebierzemy się i robimy nasze kilometry, po których nie mamy ani siły, ani ochoty myśleć o jakiś tam głupotach. Jesteśmy naładowani  biegową energią, która powoduje, że z radością do kolejnego dnia podbiegamy. Jesteśmy szczęśliwi, bo mamy pasję, bo mamy coś, co nie zagrzebuje nas w naszej codziennej pustyni jednostajnego działania.  I to jest to, co daje życiowego ognia. Daje nam odrobinę radości i szczęścia w codziennym zmaganiu z losem. To tak nasz życiowy ekstras. To tak naprawdę trening powoduje, że nasze bieganie daje nam takiego życiowego kopa.

Czy szał biegowy opada, czy może rośnie, ale w inny sposób?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Bieganie uskrzydla oczywiście masz rację, tereny San Escobar do biegania nadają się najlepiej. Robercie później poznany masz rację pani Patrycja podczas biegu 24-godzinnego przegrała tylko z jednym mężczyzną. Bazując na współczesnej nowomowie, można napisać, że odwaliła taki kosmos, że aż gwiazdy z nieboskłonu zleciały. Ale nawet taka wielka mistrzyni boryka się ze zwykłymi przyziemnymi problemami. No, ale to jest temat na zupełnie inne opracowanie. Marku masz rację, potrzeby fizjologiczne przy biegu 24 godzinnym, to faktycznie może być problem. Ale podejrzewam, że po prostu zbiegają tutaj był bieg po 2 km kółkach, więc podejrzewam, że po prostu się zbiegało, gdyż 24 godzina bez toalety raczej nikt nie wytrzyma. Zresztą, jak napisał w drugim komentarzu jeden z sędziów, faktycznie w czasie takich zawodów są toi toi przy trasie ustawione.

Muszę przyznać, że cały czas mi biega po głowie informacja, że jeden z biegów musiał zmienić formułę na bezpłatną, gdyż nie było szans na zamknięcie listy startowej.  W tym momencie nasuwa się pytanie: czy coś się dzieje z naszym szałem biegowym. Nie ulega dla nikogo wątpliwości, że od paru lat na bieganie w naszym kraju zapanowała nie tyle moda, co wręcz szał. Ludzie, którzy nigdy nie biegali zostali nagle zarażeni biegowym szałem. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Co prawda, kiedy mnie ten szał, czy też wena biegowa dopadła, była ona jeszcze na etapie wdzierającym się dopiero w świadomość społeczną i to całe biegowe szaleństwo dopiero się zaczynało,  ale mogę napisać, że jestem z tych, co w pierwszej fazie zarazy zostali ogarnięci.  No, a potem się dopiero zaczęło. Z każdym rokiem osób biegających i samych biegów przybywało niemalże lawinowo. No i doszliśmy do obecnego stanu, ze biegów jest tyle, ze nie ma w którą stronę się obrócić, by z tuptającą propozycją się nie spotkać. No i zaczynamy obserwować pierwsze objawy nasycenia, a może nawet chłodzenia rynku. Owszem są biegi z gatunków kultowych, na które tuptajacy zapisują się w przedbiegach, ale odnoszę dziwne wrażenie, że już nie aż tak, jak jeszcze to było np. rok czy dwa lata temu. Tak, jakby z trochę większym dystansem biegające osoby do tematu podchodziły.

A może zgodnie z zasadami cyklu życia produktu do nasycenia i powoli zaczynamy się cofać. Z drugiej strony jest opcja, że wcale nie zaczynamy się cofać, a pasja wcale nie opada, tylko  dojrzewamy do etapu, że nie zależy nam już na jakiś medalach, czasach, biegach w tłumie, tylko traktujemy bieganie jako coś prywatnego, tylko naszego i niech wszyscy się odpiórkują.  Stwierdzenie, że biegająca osoba musi startować w biegach zorganizowanych powoli odchodzi do lamusa, bo tak naprawdę biegający nic nie musi, on czy ona ewentualnie chce sobie pójść pobiegać wtedy, kiedy czuje do tego wenę i tam gdzie chce, a nie wtedy, kiedy rygor startowy tak nakazuje, a trasa przez organizatora narysowanego biegu kierunek wskazuje. Biegamy sobie bo chcemy, a nie dlatego bo się zapisaliśmy i musimy.

Muszę przyznać, że widzę to nawet u siebie. Jak już wcześniej napisałem, że dokonałem zapisu na OWM. Niestety nie zgadałem się, że dzień wcześniej moja córka będzie wyprawiała huczną osiemnastkę. No i w zasadzie powinienem się albo wściekać, albo patrzeć, jak się wyrwać, by do Warszawy zdążyć, a wiecie co? Uznałem nie to nie, osiemnastka córki ważniejsza, a maraton, kiedyś pewno jeszcze pobiegnę. Na wszystko przybiegnie odpowiedni czas.