Waga – największy biegowy motywator

W tym roku, jak już parę razy wspomniałem zdarzyło mi się trochę „przestojów” biegowo-treningowych. Było to spowodowane różnymi czynnikami: a to uraz, a to brak czasu, a to pewna niechęć biegowa. Można to podsumować krótko: najbardziej popularne antybiegowe demony, które dookoła nas potrafią krążyć. No i miałem spore problemy, by zmusić się znowu do stałego, regularnego treningu i wbić się w mój wyrobiony przez ostatnie lata codzienny nawyk tuptający.

No i tak się zastanawiałem, jak zmusić się do ponownego, stałego i co najważniejsze regularnego treningu,kiedy z pomocą mi przybiegł jeden z ważniejszych domowych sprzętów. No, ale od początku. Parę dni temu na treningu spotkałem znajomego, który jakiś czas mnie nie widział i przepełniony napływem męskiej szczerości – która w zasadzie tylko między facetami jest akceptowalna stwierdził, że chyba mi się trochę przybrało ( spróbujcie powiedzieć to Kobiecie). Muszę przyznać, że zapadło mi to w pamięć i następnego dnia rano postanowiłem odwiedzić obrosłą kurzem przyjaciółkę wagę. Muszę tutaj przyznać, że od czasów mojego spektakularnego zbicia prawie 60 kilogramów nie korzystałem z niej, wybiegając z założenia, że nie dosyć że zbiłem, to jeszcze biegam więc kontrola bez kontroli może się obyć.

W moim optymalnym czasie po zbiciu i szczycie biegania ważyłem już 67 kilogramów co przy wzroście 178 cm i mojej posturze było trochę zbyt mało i wszyscy mówili bym troszkę przybrał. No i jak wbiegłem na moją przyjaciółkę wagę, to z lekka się zmieszałem. Wskazówka się zatrzymała na 85 kilogramach, czyli prawie 20+ od największej zrzuty. No więc znowu mnie wzięło na bieganie. Znowu odstawiłem całkowicie słodkie i biorę się na kilometry. Stosunkować maraton, stosunkować starty, ważne zbić kilogramy. Bo w końcu nic nas tak nie motywuje niż konieczność doprowadzenia siebie do odpowiedniej wagi. I co śmieszniejsze wagę jako motywatora rozumiemy tutaj dwojako: waga jako nadmiar kilogramów, których trzeba się pozbyć i waga jako przyrząd ukazujący nasze sukcesy i porażki na płaszczyźnie kilogramowej. Pytanie, która z tych dwóch motywacji jest ważniejsza nie ma chyba znaczenia, bo obie są równie dla nas ważne. Jak mam być szczery nie wiem czy jest coś bardziej motywującego do biegania.

Biegi w wersji hardcore

Wraz z rozwojem biegowej pasji, przybywa coraz więcej pomysłów, by wzbogacać propozycję imprez o coraz to nowe wyzwania. Nie wystarczają już biegi na standardowym, że tak napiszę, klasycznym dystansie czyli pięć, dziesięć kilometrów, półmaraton czy nawet maraton. Oj nie, to już dla sporej grupy tuptających jest za mało. Dlatego dla szukających poważniejszych, dystansowych wyzwań wprowadzono różne biegi ultra. Ale szybko się okazało, że samo bieganie dla wielu to za mało. Spora grupa po osiągnięciu pewnych biegowych spełnień poszukuje dodatkowych ekstra wrażeń.

 No i dla nich przygotowano specjalną propozycję różnych biegów z większymi czy mniejszymi przeszkodami. Można napisać, że oferta biegów klasy hardcore czy jak kto woli z dreszczykiem rozwija się coraz bardziej. To już nie tylko tak znany na rynku biegowym runmageddon, ale coraz więcej wydarzeń podążą tym śladem. Ostatnio wbiegł mi przed oczy Bieg Krata, który odbędzie się pod koniec września w Dzierżoniowie.
http://www.biegkrata.pl/index.html
. Muszę przyznać, że takie wyzwanie hardcore, ale w wersji light. Nie musimy tu przebiegać przez ogień, lód, ani przez inne stawiające włosy na głowie przeszkody. Co nie zmienia faktu, że mamy różne utrudnienia, w wielu przypadkach z gatunku naturalnych, także wzmocnionych dodatkową ludzką fantazją, Jak podaje strona biegu: „ Długość trasy wynosi 7 kilometrów i przebiegać będzie przez drogi polne, asfaltowe, bruk, parki miejskie oraz rzeki. Na trasie zostaną umieszczone przeszkody” Dodatkową, wyjątkową atrakcją biegu jest świadomość, że za nami podąża średniowieczny kat z toporem i jak nie zdążymy dobiec do mety, to możemy trochę stracić na wzroście.

 Muszę przyznać, że fajna propozycja dla zwolenników biegania z dreszczykiem, chociaż ja osobiście jestem zbyt dużym tradycjonalistą, by takie wrażenia mnie pociągały. Każdy ma swoją biegową karmę i jeżeli ktoś zechce uciekać przed gościem z toporem, to nic tylko trzymam kciuki. Może kiedyś, a może nie. Na razie ja wolę sobie tradycyjnie tuptać. A może ja bym mógł być katem? To by było ciekawe dowiadczenie. Biegacz amator z toporem. Chociaż ja pewno bym biegał z gilotyną na kółkach.  Czujecie tego bluesa? Biegniecie sobie spokojnie a za Wami gościu z gilotyną. I wtedy by nie potrzeba żadnych dodatkowych przeszkód, tylko prosta, z lekkimi zakrętami droga, A wtedy gościu goniący na gilotynie…

Skąd się bierze popularność biegania?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Remigiusz okłady z lodu oczywiście wskazane, tyle że w połączeniu z metodą, którą preferuję, mogą przynieść odwrotny skutek od zamierzonego, ale już może nie będę tego rozwijał. Tomek, bardzo mi miło, że jeden z twórców/zarządzajacych portalem enduhub odwiedził mojego skromnego bloga.

Kiedy wychodzimy na ulice, skwery, parki to możemy przeżyć dziwne wrażenie, że ludziom w naszym kraju odbiło na płaszczyźnie biegania. Praktycznie nie ma miejsca mniej czy bardziej możliwego do realizowania tej pasji, gdzie się nie biega. Nawet w mieście na chodniku, gdzie tłum wali do czy z pracy ewentualnie szykując się do skoku na zakupy, tu czy tam, nagle, zwykle niespodziewanie przemknie sylwetka osoby tuptającej mijającej idących, niczym narciarz slalomowe tyczki na stoki.

Pytanie, dlaczego biegamy, co nas do tego motywuje, dlaczego chcemy zmienić nasze życie, było już tyle razy poruszane i wałkowane, że nie pobiegnę w te rejony. Chciałbym się zatrzymać na innym pytaniu. Brzmi ono: co powoduje, czy może jaka jest przyczyna, że bieganie jest aż tak w tej chwili popularne? Przecież ludzie biegali od zawsze, od dziesiątek lat są organizowane różne biegi, ale takiego szału, jaki trwa od paru lat jeszcze nigdy nie było. Jaka jest tajemnica? Co stoi czy też biegnie za taką popularnością tuptania. Myślę, że odpowiedź jest tak prosta, że aż banalna. To Internet rozpropagował ideę pożerania kilometrów dzięki pomocy własnych nóg. Łatwość dotarcia z czy do informacji o różnych inicjatywach biegowych, portale zamieszczające propozycje treningów, przygotowań oraz w końcu dziesiątki, jeżeli nie setki blogów, gdzie podobni mi zapaleńcy w mniej lub bardziej profesjonalny sposób dzielą się swoją wiedzą, pasją i doświadczeniem. Oczywiście ci, którzy mają wiedzę połączoną z doświadczeniem mogą się nimi dzielić. My, którzy mamy tylko pasję, możemy się dzielić tylko nią.

Łatwość przekazu informacji i dotarcia do niej to tak naprawdę jest motor napędowy naszej pasji. Nie jest chyba tajemnicą, że najmniej biegających jest tam, gdzie dostęp do Internetu jest najtrudniejszy. No i tam, gdzie ludzie nie mają czasu na pasję, albo wydaje im się, że jego nie mają, gdyż jak mawiał klasyk: nie masz na nic czasu? Postaw przed sobą jeszcze jedno zadanie, to znajdziesz czas na wszystko. Bo nowet jeżeli nie ma czasu, a jest internet, to i tak zarazki biegania spłyną z klawiatury.

Z drugiej strony ktoś może powiedzieć, że nie do końca tak, gdyż po prostu bieganie stało się modne, cool, trendy i w ogóle i szczegól. Odpowiem : tak, jasne zgadza się, ale co, czy, kto tę modę poczucie cool i trendy wykreował? Samo się stało? Nie, jakoś musiało to do świadomości społecznej trafić. Moda sama z siebie się bierze, coś ją musi wytworzyć i jakoś musi dotrzeć do innych,

Meldunek z cyklu trenigowego przed startem

W zeszłym tygodniu popełniłem tekst na temat bezpośredniego cyklu startowego http://biegaczamator.blog.pl/2017/07/24/czy-nam-amatorom-moze-sie-przydac-bps/ . Tak jak napisałem w jakiś sposób podejmę rękawicę, ale jak to amator zrobię to po mojemu czyli amatorsku. Raczej nie będę korzystał z rozpisek proponowanych przez prawdziwych speców od tematu, gdyż gdzie mi, najbardziej amatorskiemu amatorowi do nich. Raczej nie byłoby opcji, aby przy moich tuptających możliwościach móc przebiec podręcznkowy cykl przygotowawczy.

W moim przypadku stosowanie podręcznikowego wzorca mija się z celem, gdyż jak podaje magazynbieganie.pl, aby profesjonalnie podejsć do treningu i uzyskiwać godne wyniki, to ” u progu BPS-u do maratonu należy być więc szybkim, wydolnym, sprawnym technicznie – czyli posiadać cechy, które są konieczne do przebiegnięcia szybkiej dyszki. To jednak nie wszystko. Ze względu na specyfikę maratonu, zawodnik nie powinien mieć problemu z długim, spokojnym biegiem. Po części jest to stan wytrenowany, po części wrodzone predyspozycje. Biegacz dobrze przygotowany do dystansu 10 km nie powinien mieć problemu z samym luźnym przebiegnięciem np. 30 km. Nawet jeśli w treningu nie stosuje żadnych długich bodźców, to odpowiednie przygotowanie mięśniowe i wydolnościowe sprawia, że w wolnym tempie biec może godzinami.

No cóż brzmi to fajnie, ale co ma powiedzieć taki ponad 40-sto letni amator jak ja, który biega w tempie w jakim biega, a do tego jego całe przygotowanie trwa od 5 lat, a zakres możliwości biegowych jest bardzo ograniczony. Wiele osób, nawet zdecydowana większość nas amatorów nie ma ani predyspozycji, ani talentu, ani odpowiedniego przygotowania fizycznego. Naszą jedyną siłą jest nasza pasja, oraz chęć zmiany swojego życia. Czy to znaczy, że jesteśmy gorsi ( jako ludzie, nie biegacze) i nie możemy do startu zgodnie z naszymi możliwościami przerobić? Uznałem, że dlaczego nie, w końcu my też mamy prawo do biegania i przygotowania się do startu

Dlatego też pozowliłem sobie go przerobić i dopasować do moich możliwości. W sumie czas już chyba najwyższy, gdyż do maratonu w Warszawie zostało 8 tygodni. No i pytanie czy to dużo i co takie trochę przygotowany, trochę kilometrów mający na rozkładzie, ale nie posiadający opowiedniej wiedzy w tym zakresie amator może jeszcze zrobić, poprawić, naprawić czy ulepszyć. Muszę przyznać, że po przeczytaniu mądrych porad zecydowałem się coś zostawić, ale jednak oprzeć się na swoim nosie, tego gdzie coś podsłuchałem, poznałem i zadziałać po swojemu. W tej chwili staram się, by mój standardowy trening te 4 razy w tygodniu wynosił około 11-12 kilometrów. Do tego w sobotę jak się uda parkrun z ekstra dodatkiem czyli też koło 10-15 kilometrów i w niedzielę jak się da od nastu do dziestu włącznie. Jak się uda, chciałbym jedną czy dwie trzydziestki zrobić, ale nie ma parcia, jak się nie uda to trudno. Myślę jeszcze o interwałach, podbiegach i rytmach, ale z powodu ciężkich nóg na razie mija sie to z celem. Na razie robię po prostu swoje i zobaczymy. Po ostatniej rozmowie na Faceook, poważnie się zastanawiam, czy nie odpuścić jednej dyszki z hakiem w tygodniu zastępując ją treningiem ogólnorozwojowym bez biegania. To byłoby coś nowego w moim układzie treningowym, ale jak to się mówi tyko sworzonko rogate i muczące swoich nawyków nie zmienia.

A w Warszawie? Chciałbym po prostu w spokoju ducha i względnie przyzwoitym czasie dotuptać do mety. Tylko tyle i aż tyle.

Dzień nieodpowiedzialności, tragedii i chwały

Czasem zdarza mi się z różnych powodów poruszać na biegowym blogu inne niż biegowe tematy. Tak jest też dzisiaj, a powód jest jeden, tak tragicznie, ale w przepełnionymi chwałą zgłoskami w naszej historii zapisane. Powstanie Warszawskie, jedna z najtragiczniejszych bitew czy też zrywów w naszej historii krwią zapisane. Ktoś może powiedzieć, co ja tuptający mieszkaniec Poznania mogę o tym wiedzieć i pisać. Jakie mam do tego prawo i co mną kieruje.

Opowiedź jest prosta. Podobnie jak Powstacy jestem Polakiem i mam prawo oddać pokłon i cześć wszystkim, którzy dla jej wolności stawali. I oddaję pokłon wszystkim wlaczącym z bronią pokoleniom. Czy to powstanom kościuszkowskim, czy listopadowym, styczniowym, naszym wielkopolskim, jak i tym, których krew strumieniami do Wisły w sierpniu spłynęła. To, czy to miało sens to zupełnie inna bajka. I Niemcy i Rosjani dostali prezent w postaci ujawnienia się najbardziej bohaterskich synów tej ziemi, którzy gdyby nie powstanie mogliby jeszcze sporo krwi napsuć i jednym i drugim naszym zaborcom. Co ciekawe obaj nasi zaborcy, mimo że sami w tym czasie byli śmierelnymi wrogami, to na czas powstania zawarli jakby nieme porozumienia dookoła Warszawy, że jedni drugim nie będę przeszkazali w zakończeniu obopólnie akceptowalnego dzieła, którym była całkowita pacyfikacja powstania. Co prawda polskie jednostki w służbie moskiewskiemu panu, coś tam niby raz czy drugi próbwały zadziałać, ale to było raczej łaskawe zezwolenie seniora względem swojego wasala, by uspokoić jego sumienie. Jeżeli ktoś, kto nadchodził ze wschodu miał jakieś sumienie.

Z drugiej strony czy coś jest w tym, co historycy, politycy i inni z pierwszych stron gazet głoszą. Olbrzymia ofiara i nieokiełznane męstwo powstańców uświadomić mogło Rosjanom, że Polacy nigdy nie będą pokornym wasalem. Mimo podporządkowania, mimo przynależności do nowego pana, pan ten nigdy nie wiedział, kiedy poddany mu nie wierzgnie i z półobrotu go nie zdzieli. Może właśnie dlatego, mimo różnych fiknięć rodaków nigdy nie było u nas praskiego czy węgierskiego scenariusza. Rosjanie zdawali sobie sprawę, że wjazd do nas swoimi czołgami, to nie będzie pitu, pitu, tylko może być krwawa zadyma. Może właśnie dlatego zawsze starali się rękami własnych podwładnych wasali rewolty nasze pacyfikować. I zapewne dlatego też tak często i gęsto w czasach PRL podkreślano, że jesteśmy wolną, socjalistyczną Ojczyzną połączoną nierozerwalnym, braterskim sojuszem w wielkim Związkiem Radzieckim. Tylko pytanie się nasuwa, czy Rosjanie nie widzieli już o tym wcześnie nauczeni latami konfilktów między naszymi narodami. Czy musieliśmy ponieść aż taką ofiarę? A może ta jak wielu głosi, Powstanie to była nieodpowiedzialna granicząca z głupotą decyzja, za którą stała chwała jej szeregowych żołnierzy i tragedia całego miasta. Nie wiem na co liczono w Londynie zgadzając się na zbiorowe samobójstwo miasta. Na to, że Rosjanie zamiast z radością patrzeć, jak dwaj wrogowie sie wykańczają wzjemnie, pomogą jednym przeciw drugim? A po co mieli to robić? Oni mieli swój dodatkowy interes, którym było podporządkowanie naszego kraju. A tu na ich oczach, ci, którzy w przyszłości mogli im w tym przeszkodzić zdecydowali się popełnić samobójstwo. Nic, tylko zacierać ręce i czekać, aż jedni drugi wykończą.

Natomiast co do Powstańców, to mimo olbrzymiej tregedii cześć im i chwała. Co ciekawe, w specyficzny i bardzo porywający sposób ich historię głosi szwedzka kapela Sabaton



Kiedy pisałem te słowa mijała godzina W. Za oknami słyszałem dźwięki syreny upamietniajacych i czczących pamięć o poległym pokoleniu. Dlatego czas na wrzucenie wpisu.

Bieganie to bardzo skomplikowana czynność

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Krystyna masz rację starty w narodowych barwach z okazji biegów o patriotycznym charakterze,
to zupełnie inny wymiar biegania.Ostatnio przypomniało mi się parę śmiesznych definicji komunistycznych, ale nie tylko . można napisać, że generalnie abstrakcyjnie biurokratycznych nazywających w skomplikowany sposób proste rzeczy czy czynności.
Większość z nas z pewnością pamięta definicję lufy: słup powietrza otoczony metalem czy kałuża – akwen wodny bez znaczenia strategicznego i wiele innych. Nie wiadomo dlaczego szczególnie kojarzone z różnymi służbami mundurowymi,: policją, wojskiem i innymi takimi.

Muszę przyznać, że postanowiłem się przebiec po mądrych portalach, by poszukać mądrych definicji związanych z naszą pasją. Nie ma problemu ze znalezieniem bardzo twórczych definicji.Jak my pojmujemy motywację, a jak się to ma do książkowej,
czy encyklopedycznej definicji. Odpowiedź jest prosta: motywacja, to chęć, pragnienie podjęcia jakiegoś działania. Wikipedia tłumaczy to w sposób bardziej złożony:
„Motywacja jest to stan gotowości do podjęcia określonego działania, wzbudzony potrzebą zespół procesów psychicznych i fizjologicznych,określający podłoże zachowań i ich zmian. Wewnętrzny stan człowieka, mający wymiar trybutowy.”. Można napisać: cholera bądź tu mądry i pisz wiersze. Niby taka prosta rzecz, a jakże skomplikowana. Ale to nie wszystko. Co to może być zgodnie z definicją biegi: ” czynność zaliczana czasem jako sport. Polega na systematycznym poruszaniu kończynami dolnymi,odpychając i przyciągają się na przemian. Doświadczeni biegacze używają ponadto kończyn górnych wykonując podobne ruchy, tyle, że nie na podłożu, a w powietrzu.” Muszę przyznać, że brzmi bardzo ciekawie.
A jak sądzicie, co to jest trening: „Trening sportowy – proces polegający na poddawaniu organizmu stopniowo rosnącym obciążeniom, w wyniku czego następuje adaptacja i wzrost poziomu poszczególnych cech motorycznych. Pojęcie treningu obejmuje także naukę nawyków ruchowych związanych z daną dyscypliną sportu.”
Specjalnie nie podaję źródeł, aby nie było, że się wyśmiewam z takiego czy innego portalu.

Muszę przyznać, że kiedy czytam te definicje, to dobiegam do wniosku, że bieganie jest cholernie skomplikowane. Czasem zdarza mi się bardzo się poważnie zastanawiać, po kiego tak proste czynności, tak skomplikowanie się ubiera. Może stworzymy normalne, dla praktycznie każdego zrozumiałe definicje. Nie wymyślone przez tak mądre głowy, że my nie jesteśmy ich w stanie objąć bez gromkiego śmiechu. Może to powinny być definicje biegających dla chcących biegać czy także radośnie tutpajacych..
Bo w końcu tu nie ma nic skomplikowanego, a może? Z drugiej strony poruszanie po podłożu nogami, a w powietrzu kończynami górnymi brzmi bardzo interesująco.

Parkrun z armatą, co Ty powiesz na to

Ostatnie kilka miesięcy z obecnością na moim ulubionym biegu czyli parkrun są pewne zaległości. No, ale taka branża, praca, że my często w weekendy mamy realizacje i często gęsto jesteśmy poza Poznaniem i nie ma opcji, by na parkrun wskoczyć. No, ale ostatnie 4 tygodnie z rzędu udało się tak zagospodarować, by znaleźć czas, by  na sobotnim o 9 rano śmiganiu się znaleźć. Podobnie było też dzisiaj. Dlatego ranną porą udało mi się znaleźć na Cytadeli. Pogoda dzisiaj wreszcie po paru tygodniach układu pogodowego nijakiego, czy może japońskiego jako tako, zmieniła się na prawdziwie letni. Ciepełko, słoneczko, z drugiej strony można się zastanowić, czy się cieszyć, czy może nie do końca.

Cytadela jak zawsze przywitała mnie swoim zielonym uśmiechem. Kiedy przyjechałem sporo osób się już przygotowywało, rozgrzewało i inne takie klasyczne przedstartowe czary mary. Przywitałem się z kim się dało,a następnie popędzani Roberta dłużej znanego ponaglającym słowem udaliśmy się na miejsce startu. Tutaj klasyczne przywitanie, oraz zapewne informacja, a którą wielu czekało, że wracamy na starą trasę czyli znowu robimy jedną pętlę. Po tej informacji nastąpiła chwila, na którą wszyscy niecierpliwie czekaliśmy, czyli start. No i zanurzyliśmy się w upalne, rozpalone powietrze smakując kolejne, pokonywane metry, przebiegające powoli w kilometry. Starałem się trzymać jedno tempo, takie, które będę planował utrzymać za dwa miesiące z małym hakiem w Warszawie. Wiadomo, że obecnie wszystkie moje biegowe myśli w tamtym kierunku podążają. Jak pisałem, biegliśmy dzisiaj starą trasę, odkrywając na nowo piękno naszej poznańskiej Cytadeli. Pokonywaliśmy tunele drzew, Rosarium rozkwitające kwietnym pięknej i do dobiegliśmy do czołgów, czyli poznańskiego parkrun chwili prawdy. Obok czołgów stoją armatki wiwatówki z okolic XVI-XVII wieku. I dzisiaj mała niespodzianka. Na jednej z armatek tablica z logo parkrun i napisem: ognia. Nie wiem, czy ktoś się powstrzymał od uśmiechu i automatycznego przyspieszenia. W każdym razie ostatni fragment trasy śmiejąc się trochę jak mądry inaczej do sera na luzie pokonałem. Co prawda tuż przed metą jeszcze jedna z pań biegających mnie do przyciśnięcia trochę sprowokował, co widać na fotce ten wpis prowadzącej, ale ogólnie był luzik i jedno fajne  tuptanko.

Na mecie token, zeskanowanie, fotka i do domu. Czyli taka nasza biegowa: „ rąsia, klapa, buźka, goździk“. Ciekawe, czy ktoś pamięta skąd ten tekst. Kiedy dojechałem do domu wyniki już były. Czas dzisiaj bardzo przeciętny, ale wiadomo ustawiam moje tempa pod Warszawę. Dzisiaj 27,21, czyli niecałe 5.30 na kilometr, co byłoby dobrym czasem na Warszawę, gdyż spokojne złamanie 4 godzin i to z zapasem. Tyle, że nie mogę tak przeliczać. No, chyba że faktycznie uda mi się utrzymać stałość tempa, do czego powolutku zmierzam.

 

Biegowe wędkarskie opowieści

Ostatnio wbiegło mi przed oczy jedno z moich zdjęć, które właśnie wpis ten na różnych forach prowadzi. Widać na nim jak biegnę z charakterystycznie na moczykija rozłożonymi rękami pokazującymi wyraźnie: taką złapałem, ewentualnie taka ryba zerwała mi się z haka. Szczególnie ten drugi przypadek jest przez osoby, które lubią z naturą i wędką obcować bardzo często i gęsto wśród znajomych opowiadany. Tak na zasadzie: taka ryba była… Miałem ją już na haku, tuż pod pomostem, brzegiem. Idąc dalej sięgałem podbierakiem ( przyrząd służący do wyciągania co większych, wymęczonych już egzemplarzy z wody). Była, mieliśmy, rzuciła się obok… i tyle ją widzieliśmy. Bo, a to się zerwała, a to w ogólnie nie wzięła, bo chciała, a to ufo przyleciało i ją zjadło, nim ją wyciągnęliśmy z wody.

Drugą dużo bardziej ulubioną przez wędkarzy opowieścią jest ta z gatunku, jaką to dużą rybę naprawdę złapaliśmy. I co ciekawe, z każdym następnym rokiem ta sama ryba nam rośnie. O ile pierwszego roku to rzeczywiście był szczupak w okolicach kilograma, półtora, to po pięciu latach może w takiego już 10 kilogramowego, a po 20 może nawet suma. Tak zasadzie, „bo ja kiedyś złowiłem“ i tu następują historie tysiąca i jednej wody. Sam kiedyś byłem wędkarzem, więc wiem jakie prawa i opowieści w tym środowisku krążą. Dlaczego już nie jestem wędkarzem? No cóż, kiedy te już prawie 20 lat temu stawałem na ślubnym kobiercu, koledzy mi napisali kartkę: Paweł na ryby to ty już sobie pojeździłeś. Wtedy się z tego śmiałem. Teraz już mniej. I tu nie biega o to, że lepsza połowa zabrania. Po prostu nie ma czasu, ani chęci. A od kiedy zacząłem biegać, to juz zupełnie. Na zasadzie jedna pasja wystarczy, bo dwie to już się wzajemnie wykluczają. No, ale jak widać, stare nawyki pozostają i nawet biegając pokazuję, jak duże ryby łapałem, a może dalej łapię biegnąć obok wody, szybkie nachylenie i wyciągnięcie jedną ręką z wody. Bo druga jest zajęta odpowiednią biegową pracą. No i jak widać wędkarska wyobraźnia mi też pozostała.

Zresztą każdy wędkarz ma kilka wędkarskich opowieści ze swojego moczykijącego życia wzięte. Mi także parę się przytrafiło. Może kiedyś temat rozwinę.. o tych uklejkach i płoteczkach, co  sumy, sandacze, szczupakami, a nawet rekiny nie wiadomo skąd w naszych słodkich wodach się znalazły i z którymi toczyłem mrożące krew w żyłach boje.

Projekt korona maratonów Polski w pół roku

Ostatnio w czasie parkrun miałem bardzo ciekawą rozmowę z jednym znajomym biegaczem. Zgodnie z jego słowami, ostatnio razem ze znajomy zrobili koronę maratonów Polski. Niby nic aż tak wielkiego, gdyż wielu z nas ją ma w swojej kolekcji. Z tą małą różnicą, że oni ją zrobili przez ciut ponad rok. Obecnie rozważają podbiec raz jeszcze do tematu, ale skrócić ten okres do pół roku. W sumie jak się zerka na kalendarz, to faktycznie jest to nawet łatwe do ogarnięcia, jak się pobiegnie wg takie marszruty: Dębno początek kwietnia, koniec kwietnia Kraków, Wrocław Maraton początek września, Warszawa Maraton koniec września i Poznań październik.

W zasadzie, to mamy trzy miesiące biegania: kwiecień, wrzesień i październik. Kiedy się czyta o biegających, którzy robią ileś tam maratonów w roku, to można napisać: luzik, frajda i przyjemność. Muszę przyznać, że sam w zeszłym roku w jeden miesiąc tuptałem i Dębnie i w Krakowie, więc można. Co prawda we wrześniu po Wrocławiu i tamtejszych wydarzeniach Warszawy już nie dałem zrobić, ale nie znaczy to, że gdybym rozsądniej się we Wrocławiu zachował, to Warszawę raczej na luziku też bym zrobił. No, ale w jakiś sposób sam byłem sobie winny. Tak więc przy odpowiednim przygotowaniu, nastawieniu i mocy biegowej zrobione Korony w okresie pół roku jest jak najbardziej możliwe do ogarnięcia, nawet da takich zwykłych tuptaczy jak my, tyle że z odpowiednim zaparciem. Powodzenia dla wszystkich, którym ta wizja w głowie świta. Ja myślę, kto wie, może jak we wrześniu Warszawę zrobię, to jak nie przyszły rok, może następny … w sumie pomysł fajny…

Z drugiej strony, ktoś może powiedzieć: po co nam kolejne oznaki, medale, korony, herby, skoro i tak już powoli nie ma gdzie tego w domu trzymać. Owszem to fakt, z pewnością każda osoba tuptająca, która już trochę dłużej biega nie ma w którą stronę w domu się obrócić, aby na jakiś medal biegowy nie trafić. Ale to nam w chwilach życiowych zwątpień pokazuje, że mamy w sobie moc, że potrafimy nasze słabości pokonać. O co do ich ilości? No cóż, jak mądrzy ludzie powiadają od przybytku głowa nie boli.

Żywieniowe prawo biegających

Dzisiejsze wpisy z wiadomego powodu kręcą się dookoła niezbyt często przeze mnie poruszanego tematu odżywiania osób biegających. Tak jak napisałem rano jest to spowodowane powolnym recenzowaniem otrzymanej książki pt „ Wege Siła“. Nie chę teraz wracać do tematu samej książki, gdyż to już zrobiłem rano, tylko zatrzymać się na tym, czy faktycznie sposób odżywania, to co jemy, ile jemy i jak jemy wpływa w jakiś sposób na nasze możliwości tuptające.

Wystarczy wpisać odpowiednie frazy w wyszukiwarkę, by poznać setki, jak nie tysiące dowodów i przykładów, jak ważne jest odżywanie dla osób aktywnych. Gdyż my chcąc nie chcąc, ale zaliczamy się do osób, które są aktywne i wybrały taką, a nie inną drogę życiową. Jak to jest więc z tym naszym odżywaniem. Teoretycznie, kiedy jako laik się nad tym zastanowię, to dobiegam do wniosku, że nie ważne ile i jak jem, to zawsze będzie dobrze, gdyż to wybiegam. Mogę sobie więc pofolgować i jeść to co chcę i ile chcę, a i tak będzie dobrze. Jednak po jakimś czasie okazuje się, że nie do końca. Ku naszemu zdziwieniu jednak brzuch nam rośnie, a wyniki biegowe spadają. Czyli to nie jest możemy jeść wszystko i ile nam fantazja i brzuch pozwala. A może to nie biega o ilość, ale o jakość jedzenia? Kiedyś przeczytałem teorię, że jesteś tym co jesz. W takim przypadku idealne by było jeść mięso geparda, tylko czy humanitarne? A jedzenie świni jest humanitarne? Też w końcu było to żywe zwierzątko. A może właśnie dlatego wege, bo nikogo nie zjadamy? Muszę powiedzieć szczerze, że myślę, rozważam i analizuję. Na wnioski zapewne przyjdzie jeszcze czas.

Na razie wiem jedno. Wiem natomiast jedno. Ostatnimi miesiącami parę kilo mi przybyło i moje wyniki zdecydowanie spadły. Dlatego można śmiało napisać konsumpcyjne, czy może raczej prawo biegających: przyrost wagi jest odwrotnie proporcjonalny to poprawiania wyników biegowych. Im większa waga, tym nasze wyniki słabsze i na odwrót. I z tym chyba wiele osób się zgodzi. Ja akurat jestem przykładem osoby, dla które trzymanie, czy raczej zbijanie wagi ma wielkie znaczenie. Sam kiedyś ważyłem ponad 130 kg i nawet nie myślałem, że będę biegał. Byłaby to myśl tak abstrakcyjna, jak lot na paralotni ( pewno by spadła w korkociągu, jakbym się do niej przymierzył). Jednak jestem przykładem, że można jak się chce.