Narkomani dają w żyłę, a biegacze w nogi

Nie raz się słyszało z tej czy z tamtej strony opinię, że bieganie jest jak narkotyk. Tak samo wciąga, może stać się wewnętrznym przymusem, bez którego podobnie jak narkomani nie możemy żyć. Myślę, że tych porównań może być więcej. Dlatego nie darmo się mówi, że bieganie to jest forma trochę bardziej bezpiecznego i zdrowego narkotyku. No, ale jednak mimo wszystko narkotyku, który uzależnia nas od siebie.

I podobnie jak w przypadku narkotyków bieganie i trening także możemy podzielić na miękki i twardy, chociaż w naszym przypadku określimy go jako lekki i ostry. Jedna trzymajmy się raczej narkotycznych określeń. Miękki trening, to swobodne bez szału tuptanie pozbawione wewnętrznego ognia, dla samego spokojnego biegu. No, ale od czasu do czasu, tak jak narkomanii dają sobie twardo w żyłę, tak my dajemy sobie ostry trening w nogi. Ja osobiście jestem na etapie 3 razy w tygodniu dawania sobie w nogi. Raz są to rytmy, czyli krótkie kawałki tak do 60 metrów sprintu i potem spokojnego zwolnienia i znowu sprintu. Całość wkomponowana z normalny spokojny trening. Potem kolejnego dnia trening interwałowy na zasadzie: minuta ostro na minutę spokojną. No i jutro bieżnia na stadionie i trening tempowy z ustawieniem biegowego tempomatu na ustalonym poziomie czasu na 400 metrowe okrążenie. I tak około 20 kółeczek.

Jestem ciekawy kiedy poczuję różnicę startową. Na razie nic specjalnego in plus się nie wydarzyło. Jednak mam nadzieję, że to dawanie w nogi da w końcu efekt. Tylko niestety należy być cierpliwym i trenować, trenować i jeszcze raz trenować. Niestety bez tego do niczego ciekawego nie dobiegniemy. Oczywiście można biegać dla samego biegania, bez potrzeby czucia i chęci poprawiania czasów, ale na dłuższa metę może się to zmienić w sztukę dla sztuki pozbawionej zbytnego sensu. Chociaż z drugiej strony bieganie dla biegania też może mieć w sobie pewien wcale nie ukryty sensTyle, że trzeba go troszeczkę poszukać.

Bo rano trzeba wstać

No i znowu tydzień zatoczył koło i mamy jego ostatnią odsłonę czyli sobotę. Dla mnie jest to dzień szczególny, gdyż zawsze kiedy tylko mogę, na godzinę 9 rano udaję się na Cytadelę, by w moim ulubionym cyklu biegowym wystartować. Ostatnio namawiałem parę osób z pracy, którym zaczyna w głowach kiełkować myśl by na poznański półmaraton się zapisać, by najpierw przebiegli się na parkrun i zobaczyli, czy w ogóle bieganie ich ciągnie. Odpowiedź ich była da mnie zastanawiająca: „z przyjemnością, ale w sobotę rano to my śpimy, a tu trzeba o nieludzkiej porze wstać”. No i tutaj jest chyba pies pogrzebany, jeżeli mówimy o frekwencji na parkrun i pewnej niechęci do tego cyklu pewnej grupy ludzi.

Nie jest tajemnicą, że nasze społeczeństwo dzieli się na sowy i na skowronki. Sowy stanowią grupę, która wstaje rano z musu, bo praca, obowiązki etc, ale za Chiny Ludowe ani demokratyczne (gdyby takie były) nie wstaną, by jakimś rozrywkom się oddać. Takie wstanie jest dla nich ekstremalnym przykładem głupoty, bo ich główna aktywność to czas wieczorno – nocny. Uwielbiają nocne zabawy, imprezy, spotkania, nawet siedzenie w pracy w nocnej porze, bo wtedy ich aktywność jest największa. Całkowitym przeciwieństwem tej grupy są tzw. skowronki, których szczyt aktywności przypada właśnie na ranki. Wtedy oni najsprawniej i najpełniej funkcjonują. Kiedy dla sów zaczyna się czas aktywności, skowronki idą spać.

Muszę tutaj przyznać, że sam jestem skowronkiem i chyba właśnie to jest jednym z głównych powodów, dlaczego tak lubię parkrun. Uwielbiam wstać wcześnie rano, kiedy ptaki się budzą, a noc powoli zamyka swoje zmęczone nocnym czuwaniem oczy. Wtedy razem ze świtem zrywam się rześki i pełen siły, werwy i ochoty nie tylko do roboty.

Tak na marginesie dzisiaj zrobiłem sobie eksperyment, czy po parkrun zdążę za tydzień na start Biegu Niepodległości. No i po przebiegnięciu w średnim tempie, jak na moje obecne możliwości parkrun, zesknowaniu na miejscu startu znalazłem się za kwadrans dziesiąta, czyli mogę napisać, po dobrej rozgrzewce od razu będę mógł startować. Zastanawia mnie jedno. We wszystkich szanujących się Biegach Niepodległości start jest o 11.11, bo tak współgra z datą. A Arti oczywiście musiał start zrobić o 10.00. Tak w sumie z pupy strony, ani nawiązanie, no ale wiadomo, że musiał to współgrać ze świętem i imieninami ulicy Świętego Marcina. Tyle, że trasa biegnie zupełnie gdzieś indziej i nie przecina ulicy Świętego Marcina. Może biega o kwestie organizacyjne, by nie oba wydarzenia nie nakładały się aż tak na siebie. Jedno muszę Artiemu przyznać. Nie muszę się zgadzać z jego wizjami organizacyjnymi oraz pędowi do kasy, ale facet nosa do biznesu i wie jak wykorzystać nadbiegające okazje. 

Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

Jak Szkoci w Londynie Parkrun robili

Myślę, że ta historia mogłaby wyglądać tak:

Dawno, dawno temu w odległym londyńskim parku, który swoim obszarem obejmuje 455 hektarów…. Jednak, żeby uściślić napiszę, że to było 13 lat temu, a ten park nazywa się Bushy Park, gdzie do tych 13 lat wstecz tylko jelenie biegały. No, ale budujemy dalej nastrój. No więc w sobotę 2 października siedziało na ławeczkach w parku 10 Szkotów, 3 Szkotki i jeden Irlandczyk. Byli po piątkowych baletach, więc w stanie parującym, niewyspani, bo gdzie idziej Szkoci, jak nie w parku spać mogli. No i siedzieli w tym stanie jak wspomniałem bardzo, bardzo ciężkim i dywagowali co zrobić, by jakoś doprowadzić się do stanu używalności. No i nagle dostali olśnienia i stwierdzili, że sobie pobiegną 5 kilometrów. Początkowo myśleli, że może nawet rzucą się na dłuższy dystans i do tego w wersji oficjalnej, ale bardzo szybko doszli do wniosku, że przy takim, a nie innym stanie to 5 kilometrów będzie optymalne. Do tego jeszcze kto widział, by Szkot miał Angolom za bieg płacić. Więc za darmo i pobiegną sami. Irlandczyk od początku powiedział, że on się nie pisze, bo on nie biega i koniec, ale żeby nie biegali bez sensu, to on im czas zmierzy. No i na tym stanęło i pobiegli.

W następny tygodniu znowu i kolejnym znowu. Coraz więcej innych biegających zaczęło ich obserwować i włączać się do akcji Potem zaczęli się rozjeżdżając po całym świecie, biorąc ze sobą wizję cotygodniowych sobotnich biegań na przegonienie kaca. Od tego czasu minęło 13 lat, a szkocka wizja biegania za darmo ogarnęła pewną część Świata niczym ośmiornica i obcnie już w 14 krajach w ponad 1200 parkach, co sobotę o godzinie 9 leczy piątkowy ból głowy dziesiątki tysięcy biegających. Jest to obecnie bez wątpienia największy pod względem osiągów oraz organizacji projekt biegowy świata

Śmierć podczas maratonu

Czasem mnie bierze na różne mniej lub bardziej kontrowersyjne wpisy.Po ostatnich wydarzeniach i śmierci maratończyka w Warszawie znowu nasuwają mi się refleksje: ile mieliśmy przypadków śmiertelnych w czasie biegów zorganizowanych? No i jaka jest najczęstsza ich przyczyna. Kiedyś, jeszcze przed moim pierwszym maratonem i startem w Szczecinku już popełniłem taki tekst:
http://biegaczamator.blog.pl/2015/07/27/bieg-po-smierc/
.

Jednak dzisiaj chciałbym się zatrzymać na jednym, wybranym temacie: ile śmiertelnych przypadków mieliśmy w trakcie startu na Królewskim Dystansie. U nas w kraju oficjalnie mówi się o trzech przypadkach: w 2012 roku w Poznaniu, w 2015 w Krakowie i ostatnim podczas ostatniego maratonu w Warszawie. Znalazłem także dwa przypadki śmierci podczas półmaratonu: 2016 roku zmarł jeden z uczestników Biegu Piastowskiego Kruszwica – Inowrocław, a w 2006 roku podczas półmaratonu Mlecznego Korycin -Janów -Korycin.

No, ale wracamy do maratonów w wersji zagranicznej. Troszeczkę poszperałem po necie. Do pierwszej listy nie było problemu dobiec. Kiedy na nią zerkamy, to możemy na niej dojrzeć 47 nazwisk ( co ciekawe, ale bez naszych rodaków)
https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_marathon_fatalities
. Wydaje się jednak, że tej liście daleko do rzeczywistych śmiertelnych przypadków podczas startu na Królewskim Dystansie. Jak podaje strona
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/
w latach 2000-2009 w samych Stanach Zjednoczonych zmarło 28 osób. W tym czasie w maratonach wystartowało prawie 4 miliony osób. Na liście w Wikipedii mamy 17 osób, które w tym okresie zmarły podczas startów w Stanach Zjednoczonych, więc mamy 11 osób różnicy. W Europie tak bardzo o przypadkach śmiertelnych nie słychać. Gdzieś przebiegła mi informacja o śmiertelnym przypadku w Niemczech. 6 marca 2017 roku. Anglii zmarł Polak podczas biegu na 10 kilometrów. Podczas maratonu w Londynie w 2007 także miał miejsce przypadek śmiertelny. 
Jak widać Amerykanie zdecydowanie „wiodą prym” w tej czarnej statystyce.

W większości przypadków śmierć nastąpiła na skutek zawału serca, ale jak widać także z innych, czasem trudnych do zdefiniowania powodów. Mamy na liście i „ naturalne przypadki” i udar cieplny, niespodziewany przypadek choroby serca, udar niedokrwienny, arytmię serca, wzrost temperatury ciała powyżej 42 stopni, wypadanie płatka zastawki mitralnej, niedobór sodu we krwi czy choroba niedokrwienna serca. Jak widać większości przypadków można było uniknąć, gdyż wynikały w różnych schorzeń, których osoby startujące nie zdiagnozowały przed startem. A to oznacza jedno. Zanim wystartujemy w maratonie, warto się przebadać. 

Nie sposób nie wspomnieć o zamachu bombowym podczas maratonu w Bostonie, który miał miejsce , jak podaje wszechwiedząca Wikipedia: „15 kwietnia 2013 roku, ok. godz. 14:49 czasu lokalnego (20:49 czasu polskiego), w czasie trwania maratonu Bostonie, w stanie Massachusetts (Stany Zjednoczone). Do wybuchu dwóch bomb doszło przy Boylston Street, niedaleko Copley Square Zginęły trzy osoby, a 264 zostały ranne”

Tak jak sobie zerkam, to wybiega na to, że ta nasza pasja wcale nie jest taka bezpieczna. No, ale może dzięki temu daje takiego kopa duchowego i fizycznego. Poważnie myślę, czy na poznański maraton się jeszcze nie zapisać. Podsumowując trzeba napisać jedno. Do wszystkiego trzeba podbiegać głową. Zdaję sobie sprawę, że sporo osób w tym momencie powie: czyli jednak bieganie nie jest zdrowe, a już zupełną głupotą jest biegać maratony. Z drugiej strony przypadków śmierci podczas seksu było zdecydowanie więcej i podejrzewam, że procentowo też jest więcej, a niech ktoś powie, że seks jest głupotą.

Samoregulacja czy destrukcja rynku biegowego

Wczoraj jeden z czołowych komentatorów znanego i szanowanego portalu Maratony Polskie wrzucił ciekawy komentarz: „W tym miesiącu odwołano już 8 biegów i to nie wszystkie z powodu wichury. Jeśli organizator nie uzbiera z wpisowego , odwołuje bieg.” Jeden z komentujących cytowany wpis stwierdził, że działa zwykłe prawo rynku. Zgodnie z biznesowym prawem zostają tylko te imprezy, które mają w sobie jeszcze to coś więcej, niż zwykłe, byle jakie tup tup. Jak to zostało określone następuje samoregulacja rynku biegowego. Tak trochę jak w życiu, zostają najsilniejsi i ci co mają najwięcej do zaoferowania. Ci, którzy nastawiają się tylko na sam zysk z maksymalną przebitką, dając jak najmniej, na dłuższą metę mają iluzoryczne szanse na utrzymanie. I podobne zjawisko obserwujemy obecnie w bieganiu. Zawodów jest tyle, że biegający mają możliwość dokonywania najlepszych dla siebie wyborów, dokładnie zerkając, co organizator ma im do zaoferowania. Powoli kończy się zapisywanie dla zapisywania, a zaczyna wybieranie, przebieranie i szukanie tego, co jest dla nas najlepsze.

I tutaj nasuwa się pytane, gdyż mamy dwie tezy postawione w tytule. Czy następuje faktycznie autoregulacja czy może raczej destrukcja biegów płatnych zorganizowanych? Ktoś może wysnuć jeszcze jeden wniosek: a może Polacy ograniczają bieganie i następuje faza spadku zainteresowania miarowego poruszania nogami. Muszę przyznać, że widząc podczas moich treningów coraz więcej mijanych osób, które robią to samo co ja, to raczej bieganie jest ciągle w fazie wzrostu. Co nie zmienia faktu, że niektórzy organizatorzy zrobili dużo, by ograniczyć chęć ludzi do biegania. No, ale pasja ma to do siebie, że lubi bronić się sama. Jak mam być szczery, jestem bardziej zwolennikiem tezy, że rynek bardziej się reguluje niż kurczy.

Myślę, że jest jeszcze trzecia opcja, która ściśle kojarzy się z pierwszą opinią. Mamy zdecydowany przesyt startów zorganizowanych, do tego rosnące ceny i to wszystko powoduje, że biegający zaczynają być poirytowani sytuacją. W efekcie rezygnują ze startów płatnych zorganizowanych. Mają dwa wyjścia, albo zmienić pasję, albo przeskoczyć na biegi samotne, towarzyskie, czy w końcu parkrun, który co jakby stanowiło paradoks potwierdzający fakt ograniczania biegów płatnych rozwija się coraz bardziej. Mamy coraz więcej lokalizacji parkrun, który w niektórych przypadkach może stanowić pewne zagrożenie dla biegów płatnych, szczególnie na krótszych dystansach.

Ja jestem jeszcze z tego rocznika, co pamięta, kiedy gospodarka rynkowa wbiegała do naszego kraju. Oj działo się wtedy. Była to klasyczna wolna amerykanka, którą wielu starało się wykorzystać. Były afery i takie jaja, o których nasza obecna młodzież nawet nie śniła. No, ale mniej czy bardziej w końcu wszystko jakoś się uregulowało i zostało mniej lub bardziej uporządkowane. Do ideału dużo brakuje, ale powolutku zmierzamy w tym kierunku i może za dwa, trzy pokolenia będzie dobrze. I podobnie jest z bieganiem. Do ideału też jeszcze brakuje, ale nie jest już tak daleko, jak było kiedyś. I co najważniejsze, jest większa szansa, że zdecydowanie szybciej zostanie uregulowane, niż zostanie poddane działaniom destrukcyjnym.

Trzeba przyznać, że jest o co walczyć na rynku biegowym. Wpis ten prowadzą dane porównawcze z 2006 i 2015 roku. Jak widać w 2015 roku mieliśmy na rynku ponad 4 miliony biegających o niebotycznej wartości rynku na poziomie prawie 2 mld złotych. Czy i jak się zmieniło, to w tym roku, jak widać aż strach wrzucać dane do sieci. W zeszłym roku na stronie zdrowie,przegladsportowy  dojrzałem dane, ze biega około 22 procent naszych rodaków, czyli to będzie już około 6 milionów osób. Jeżeli przy 4 milionach mieliśmy wartość rynku na poziomie 4 milionów, to przy pięćdziesiąt procentowym wzroście biegających, jaka będzie wartość? To są dane z zeszłego roku. Czy w tym spadło? Mam poważne wątpliwości. Tu jest klient, tu jest kasa, więc jest o co i o kogo walczyć. Jak to mawiają Sycylijczycy: trzeba umoczyć dziubek. 

Jak zapowiedziałem, czyli ogólnorozwojówka w ataku

Wczoraj zgodnie z zapowiedzią i nową biegową wizją, postanowiłem przeznaczyć środę na dzień rozwojowy. A to oznaczało, że zamiast biegania zrobiłem sobie godzinę ( z zegarkiem w ręku) treningu ogólnorozwojowego. Chcąc uzyskać odpowiednią wiedzę jakie, a przede wszystkim jak dane ćwiczenia wykonywać wsparłem się na dwóch źródłach.

Nie będę może pisał jakie to portale, gdyż nie mam na to zgody ich twórców, za to napiszę tylko, że jedne opisują ćwiczenia ogólnorozwojowe dla biegaczy, a drugi jeszcze opisuje je jako parszywą trzynastkę. Napiszę tyko, że w trakcie treningu wykonywałem: plank, plank boczny, skłony tułowia, jednoczesne unoszenie ręki oraz nogi,zmodyfikowany rowerek, mostek.deskę na boku, zmodyfikowanego psa,windę, boczne szuranie, pistoletowe przysiady, wędrówkę biodra czy żelazny krzyż. Muszę przyznać, że nazwy są bardzo oryginalne. Szczególnie ta ostatnia bardzo mi się kojarzy… jakby ktoś nie pamiętał, to II Wojna Światowa, Hans Kloss te klimaty.. Ale tak poważnie, to oznaczenie to zostało dużo wcześniej ustanowione, bo jeszcze w czasach pruskich na początku XIX wieku.

Co ciekawe jako ćwiczenie dla biegających żelazny krzyż widziałem w dwóch wersjach treningowych na dwóch różnych portalach. Zastanawiam się, o co tu biega. Może jeden to żelazny krzyż honorowy, czy diamentowy, a drugi zwykły brązowy? Kto to wie, jak Virtutti Militari różnej klasy, to dlaczego nie możemy mieć różnych żelaznych krzyży w wersji biegającej? Nic nie stoi, albo nie biega na przeszkodzie. Jak widać nazwy ćwiczeń są bardzo interesujące i same w sobie mogłyby stanowić materiał na osobne opracowanie. Może kiedyś, kto to wie spróbuję pobawić się w językoznawcę biegowego, chociaż to będzie bardzo trudne zadanie, gdyż wyobraźnia naszych biegających twórców czasem przekracza moje możliwości poznawcze.

No, ale wracają do wczorajszej sesji. Muszę przyznać, że cały cykl zajął mi jak wspomniałem równą godzinę. Po tej godzinie moje nogi były troszkę jak z waty, a mięśnie lekko popłakujące. Jednak dałem radę. I teraz planuję, że raz w tygodniu właśnie w środę będę tak robił. Czy i co mi to da okaże się już niedługo, bo za niecałe dwa miesiące w Warszawie. Na razie szukam, analizuje i trenuję

Pięć lat minęło

Właśnie uświadomiłem sobie, że od czasu, kiedy dopadła mnie moja biegowa pasja minęło pięć lat. Tak jest to już pięć lat. Muszę przyznać, że kiedy zostałem zarażony nigdy nie myślałem, że tak to się rozwienie. Ot, myślałem, że od czasu do czasu jakąś piątkę sobie gdzieś pobiegnę i to będzie wszystko. I te moje pierwsze treningi, to były takie biegowe popierdółki. Zresztą cel wtedy był jeden. Chciałem przebiec bieg z klasą i on był moją pierwszą startową motywacją, która kto wie, czy nie wyzwoliła właśne mojego tuptającego pragnienia.

Bieg z klasą miał się odbyć 16 września 2012 roku, a we mnie pragnienie, by w nim wystartować obudziło się właśnie w ostatnim tygodniu lipca. I miałem wtedy spory problem. Jak ja, zupełne i całkowite biegowe antytalencie miałem się przygotować do mojego pierwszego startu? Zresztą wtedy nawet nie myślałem, czy to będzie pierwszy i co po nim sie stanie. Chciałem raz w życiu pobiec w biegu zorganizowanym. Nie miałem zielonego, różowego ani w żadnym innym kolorze pojęcia o tym jak sie przygotować, na co zrócić uwagę. Nawet w necie nie rozejrzałem się po treningowych rozpiskach. Coś mi wtedy napłynęło do głowy, żeby trenować robiąc codzienne parę kilometrów. Nie były to jakieś wielkie odległości, ot z dwa, góra trzy kilometry, ale robiłem to codziennie. No i po sześciu tygodniach takiego tuptania pierwszy raz pobiegłem w biegu zorganizowanym. Czas był wtedy zupełnie abstrakcyjny, żeby nie napisać, że fatalny, bo 35 minut na trochę ponad 5 kilometrów ( jedno obrkążenie Malty) to nawet obecnie, przy moim obecnym, zupełnym dnie pięciokiometrowego tuptania, nie jest możliwy do ogarnięcia i zrozumienia. No, ale wtedy tyle pobiegłem i byłem sam z siebie cholernie zadowolony, że udało się dobiec. Dla takiego kompletnie tuptającego laika jakim wtedy byłem, była to radość, szczęście, że dałem radę i dobiegłem. No, a potem to już pobiegło hurtem. Jakoś udało mi się gdzieś tam jeszcze pobiec i wtedy spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun, na którym pojawiłem się na początku października. I od tego czasu moja biegowa pasja zapłonęła pełnym ogniem.

Na początku tylko piątki i myślałem, że poza ten dystans nigdy się nie wychylę. Jednak po roku kolejne pomysły zwiększania startowych odegłości napłynęły. Najpierw dziesiątki, po kolejnym roku półmaratony, i na końcu Królewski Dystans. Taka biegowa progresja startowa. No i co będzie dalej? Zobaczymy jak to dalej pobiegnie.

No to sobie pospacerowaliśmy

Wczoraj wieczorem moja żona namówiła mnie,by pójść o godzinę 9 wieczorem na spacer do parku Adama Mickiewicza, gdzie ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że było tam ponad 10 tysięcy także spacerujących Poznaniaków. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy okazało się, że wszyscy mieli przy sobie świeczki, latarki oraz inne  świecące precozja. Jakimś cudem okazało się, że w torbie, którą wręczyła mi moja szanowna małożnka było pięć świeczek i jeszcze dwie latarki.

Muszę przyznać, że atmosfera spaceru była wręcz wyjątowa. Był nawet wodzirej, , który dla tak licznej spacerujacej grupy przygotował odpowiednią część artystyczną aby każdy czuł się odpowiednio dopieszczony. Nie tylko samego spaceru dla spaceru, ale wzbogaconego ekstra elementem wspomagającym, oraz spinającym poszczegółne elementy w jedną spójną, ale jakże intrygującą całość. Były i występy aktorów oraz osób, które miały coś wyjątkowo ciekawego do powiedzenia. Organizatorem spaceru tak naprawdę był każdy jego uczestnik. Muszę przyznać, że przeżyłem pewne daja vu. Ostatni raz na spacerach o podobnym charakterze brałem udział także w tych okolicach naszego miasta w roku 1989. Co ciekawe, wtedy szliśmy w jednej grupie z osobami, które obecnie znajdują się po przeciwnych stronach spacerujacej barykady. Mówimy o tych, którzy protestują spacerując, jak i tych, którzy w taki czy inny sposób ich starają się ośmieszyć czy zdyskredytować.

A tak zupełnie poważnie, to znowu czuć, że jest moc społeczna. Ponownie, jak w roku 1989 ludzie z wielu niezwiązanych z sobą środowisk czują się połączeni jedną myślą, ideą, pragnieniem. I tym pragnieniem jest znowu nasz kraj. W sumie jest to piękne, że mimo różnic majątkowych, społecznych, intelektualnych czy kulturowych znowu spotyakmy się krzycząc jednym glosem. I znowu stajemy się narodem, a nie grupą pojedyńczych indywidualistów, gdzie każdy pędzi za swoimi indywidualnemy celami. Już nie każdy powie: ” mi to tita, bo i tak nic nie zrobię,  a mam ważniejsze rzeczy na głowie”. Nie, wielu nas dostrzega zagrożenia i póki można je jeszcze w miare rozsądny i bez rozlewu krwi, czasem żartem, czasem perswazją sposobem wyeliminować, to starają się robić. Kolejne spotkanie dzisiaj o 21.00, tym razem pod Areną. Sam jestem ciekawy ile osób przyjdzie. Celem spotkań jest walka o niezależność sądów i utrzymanie świętego prawa demokracji opierajacej sie na trójpodziale władzy z niezależnymi sędziami, a nie wybieranych po linii partyjnej. I tak naprawdę to dotyczy każdego czy każdej z nas, bo wszyscy mamy święte i niezbywalne prawo do sądzenia przez niezależny sąd.

Co ciekawe barzo dużo było wczoraj osób z mojego rocznika, którzy w dorosłość i na naze pierwsze wybory szliśmy właśnie w pamiętnym 1989 roku.

Biegi lepsze, biegi gorsze

Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że mój wczorajszy wpis o jubileuszowym  tuptaniu, który Robert dłużej znany z okazji swojego 400-setnego biegu zorganizował wywoła aż takie emocjonalne komentarze. Oliwy do ognia dodał Globus, który stwierdził, że darmowe biegi wcale nie muszą być dobre, bo kiedyś był parkrun na lodzie, a na półmaratonie na Wartostradzie się zgubił. Odpowiedzi innych, zaangażowanych w rozmowę czyli Roberta dłużej znanego, Marka, Andrzeja myślę, że na tyle rozwiały wszystkie zastrzeżenia, że chyba nie muszę już w samą dysputę się angażować, tylko podzielę się moją refleksją. Zresztą najlepiej to skomentował Sławek: brawo dla Roberta. Dokładnie tak. Brawo dla tego, kto nie organizuje dla zarobku, tylko dla dzielenia się pasją z innymi. Zresztą, sposób wypowiedzi i rozumowania Globusa bardzo wpisuje się w sposób pojmowania naszej pasji przez pewną grupę osób biegających.

Jest to koncepcja wykreowana zapewne przez pewne lobby organizatorów biegów płatnych i z pełną powagą podtrzymywanych przez biegających uważających się za lepszych od innych. Koncepcja ta głosi, że biegi się dzielą na lepsze i gorsze. Lepsze, są o biegi płatne, gdzie mamy pełen zakres pakietowy z koszulką i innymi cudami na kiju. I generalnie im biegi droższe tym lepiej, bo to nie są zawody dla pospólstwa. Ci biegacze napiszmy gorsi, żeby nie wbiegać w polityczną retorykę polegającą na sortowaniu naszego społeczeństwa, mogą sobie biegać w biegach darmowych, jakiś towarzyskich czy parkrun, gdzie żaden szanujący się biegacz nawet nie zajrzy. Bo co on sobie będzie wstyd przynosił. Bieg, żeby był Biegiem przez duże B, musi być płatny i im droższy tym lepszy, a nie jakąś tuptającą popierdółką.

Muszę przyznać, że wczoraj właśnie brałem udział w takiej biegowej popierdółce, przez Roberta dłużej znanego zorganizowanej z okazji uczczenia jest 400-setnego biegu. I powiem szczerze, nie jest to pierwszy bieg, który przez niego był zorganizowany i w którym brałem udział. Staram się kiedy tylko mogę startować w parkrunach, biegać nocą na Cytadeli i biegłem w półmaratonie. I za każdym razem było super, a wczoraj, to już rewelacja. Nie dość, że wreszcie moje czasy trochę drgnęły, dostałem ciacho, a nawet piwo. I to wszystko za free. I może ktoś powiedzieć, że jestem cienias, bo jak ja śmiem w darmowych biegach biegać i Roberta na koszty narażać. Odpowiem krótko. Jakby Robert nie chciał, nie czuł weny czy misji to by nie organizował. A jeżeli za coś się bierze, to tak już ma, że robi to naprawdę  klasą. Jak ktoś uważa, że to biegi gorsze to niech nie biega, przynajmniej więcej miejsca na trasie będzie dla nas i mniejszy na niej ścisk. A bieg z gatunku prima sort ( he he, nie mogłem się powstrzymać) i kto nie biegł, niech żałuje.