Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

Jak Szkoci w Londynie Parkrun robili

Myślę, że ta historia mogłaby wyglądać tak:

Dawno, dawno temu w odległym londyńskim parku, który swoim obszarem obejmuje 455 hektarów…. Jednak, żeby uściślić napiszę, że to było 13 lat temu, a ten park nazywa się Bushy Park, gdzie do tych 13 lat wstecz tylko jelenie biegały. No, ale budujemy dalej nastrój. No więc w sobotę 2 października siedziało na ławeczkach w parku 10 Szkotów, 3 Szkotki i jeden Irlandczyk. Byli po piątkowych baletach, więc w stanie parującym, niewyspani, bo gdzie idziej Szkoci, jak nie w parku spać mogli. No i siedzieli w tym stanie jak wspomniałem bardzo, bardzo ciężkim i dywagowali co zrobić, by jakoś doprowadzić się do stanu używalności. No i nagle dostali olśnienia i stwierdzili, że sobie pobiegną 5 kilometrów. Początkowo myśleli, że może nawet rzucą się na dłuższy dystans i do tego w wersji oficjalnej, ale bardzo szybko doszli do wniosku, że przy takim, a nie innym stanie to 5 kilometrów będzie optymalne. Do tego jeszcze kto widział, by Szkot miał Angolom za bieg płacić. Więc za darmo i pobiegną sami. Irlandczyk od początku powiedział, że on się nie pisze, bo on nie biega i koniec, ale żeby nie biegali bez sensu, to on im czas zmierzy. No i na tym stanęło i pobiegli.

W następny tygodniu znowu i kolejnym znowu. Coraz więcej innych biegających zaczęło ich obserwować i włączać się do akcji Potem zaczęli się rozjeżdżając po całym świecie, biorąc ze sobą wizję cotygodniowych sobotnich biegań na przegonienie kaca. Od tego czasu minęło 13 lat, a szkocka wizja biegania za darmo ogarnęła pewną część Świata niczym ośmiornica i obcnie już w 14 krajach w ponad 1200 parkach, co sobotę o godzinie 9 leczy piątkowy ból głowy dziesiątki tysięcy biegających. Jest to obecnie bez wątpienia największy pod względem osiągów oraz organizacji projekt biegowy świata

Śmierć podczas maratonu

Czasem mnie bierze na różne mniej lub bardziej kontrowersyjne wpisy.Po ostatnich wydarzeniach i śmierci maratończyka w Warszawie znowu nasuwają mi się refleksje: ile mieliśmy przypadków śmiertelnych w czasie biegów zorganizowanych? No i jaka jest najczęstsza ich przyczyna. Kiedyś, jeszcze przed moim pierwszym maratonem i startem w Szczecinku już popełniłem taki tekst:
http://biegaczamator.blog.pl/2015/07/27/bieg-po-smierc/
.

Jednak dzisiaj chciałbym się zatrzymać na jednym, wybranym temacie: ile śmiertelnych przypadków mieliśmy w trakcie startu na Królewskim Dystansie. U nas w kraju oficjalnie mówi się o trzech przypadkach: w 2012 roku w Poznaniu, w 2015 w Krakowie i ostatnim podczas ostatniego maratonu w Warszawie. Znalazłem także dwa przypadki śmierci podczas półmaratonu: 2016 roku zmarł jeden z uczestników Biegu Piastowskiego Kruszwica – Inowrocław, a w 2006 roku podczas półmaratonu Mlecznego Korycin -Janów -Korycin.

No, ale wracamy do maratonów w wersji zagranicznej. Troszeczkę poszperałem po necie. Do pierwszej listy nie było problemu dobiec. Kiedy na nią zerkamy, to możemy na niej dojrzeć 47 nazwisk ( co ciekawe, ale bez naszych rodaków)
https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_marathon_fatalities
. Wydaje się jednak, że tej liście daleko do rzeczywistych śmiertelnych przypadków podczas startu na Królewskim Dystansie. Jak podaje strona
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/
w latach 2000-2009 w samych Stanach Zjednoczonych zmarło 28 osób. W tym czasie w maratonach wystartowało prawie 4 miliony osób. Na liście w Wikipedii mamy 17 osób, które w tym okresie zmarły podczas startów w Stanach Zjednoczonych, więc mamy 11 osób różnicy. W Europie tak bardzo o przypadkach śmiertelnych nie słychać. Gdzieś przebiegła mi informacja o śmiertelnym przypadku w Niemczech. 6 marca 2017 roku. Anglii zmarł Polak podczas biegu na 10 kilometrów. Podczas maratonu w Londynie w 2007 także miał miejsce przypadek śmiertelny. 
Jak widać Amerykanie zdecydowanie „wiodą prym” w tej czarnej statystyce.

W większości przypadków śmierć nastąpiła na skutek zawału serca, ale jak widać także z innych, czasem trudnych do zdefiniowania powodów. Mamy na liście i „ naturalne przypadki” i udar cieplny, niespodziewany przypadek choroby serca, udar niedokrwienny, arytmię serca, wzrost temperatury ciała powyżej 42 stopni, wypadanie płatka zastawki mitralnej, niedobór sodu we krwi czy choroba niedokrwienna serca. Jak widać większości przypadków można było uniknąć, gdyż wynikały w różnych schorzeń, których osoby startujące nie zdiagnozowały przed startem. A to oznacza jedno. Zanim wystartujemy w maratonie, warto się przebadać. 

Nie sposób nie wspomnieć o zamachu bombowym podczas maratonu w Bostonie, który miał miejsce , jak podaje wszechwiedząca Wikipedia: „15 kwietnia 2013 roku, ok. godz. 14:49 czasu lokalnego (20:49 czasu polskiego), w czasie trwania maratonu Bostonie, w stanie Massachusetts (Stany Zjednoczone). Do wybuchu dwóch bomb doszło przy Boylston Street, niedaleko Copley Square Zginęły trzy osoby, a 264 zostały ranne”

Tak jak sobie zerkam, to wybiega na to, że ta nasza pasja wcale nie jest taka bezpieczna. No, ale może dzięki temu daje takiego kopa duchowego i fizycznego. Poważnie myślę, czy na poznański maraton się jeszcze nie zapisać. Podsumowując trzeba napisać jedno. Do wszystkiego trzeba podbiegać głową. Zdaję sobie sprawę, że sporo osób w tym momencie powie: czyli jednak bieganie nie jest zdrowe, a już zupełną głupotą jest biegać maratony. Z drugiej strony przypadków śmierci podczas seksu było zdecydowanie więcej i podejrzewam, że procentowo też jest więcej, a niech ktoś powie, że seks jest głupotą.

Samoregulacja czy destrukcja rynku biegowego

Wczoraj jeden z czołowych komentatorów znanego i szanowanego portalu Maratony Polskie wrzucił ciekawy komentarz: „W tym miesiącu odwołano już 8 biegów i to nie wszystkie z powodu wichury. Jeśli organizator nie uzbiera z wpisowego , odwołuje bieg.” Jeden z komentujących cytowany wpis stwierdził, że działa zwykłe prawo rynku. Zgodnie z biznesowym prawem zostają tylko te imprezy, które mają w sobie jeszcze to coś więcej, niż zwykłe, byle jakie tup tup. Jak to zostało określone następuje samoregulacja rynku biegowego. Tak trochę jak w życiu, zostają najsilniejsi i ci co mają najwięcej do zaoferowania. Ci, którzy nastawiają się tylko na sam zysk z maksymalną przebitką, dając jak najmniej, na dłuższą metę mają iluzoryczne szanse na utrzymanie. I podobne zjawisko obserwujemy obecnie w bieganiu. Zawodów jest tyle, że biegający mają możliwość dokonywania najlepszych dla siebie wyborów, dokładnie zerkając, co organizator ma im do zaoferowania. Powoli kończy się zapisywanie dla zapisywania, a zaczyna wybieranie, przebieranie i szukanie tego, co jest dla nas najlepsze.

I tutaj nasuwa się pytane, gdyż mamy dwie tezy postawione w tytule. Czy następuje faktycznie autoregulacja czy może raczej destrukcja biegów płatnych zorganizowanych? Ktoś może wysnuć jeszcze jeden wniosek: a może Polacy ograniczają bieganie i następuje faza spadku zainteresowania miarowego poruszania nogami. Muszę przyznać, że widząc podczas moich treningów coraz więcej mijanych osób, które robią to samo co ja, to raczej bieganie jest ciągle w fazie wzrostu. Co nie zmienia faktu, że niektórzy organizatorzy zrobili dużo, by ograniczyć chęć ludzi do biegania. No, ale pasja ma to do siebie, że lubi bronić się sama. Jak mam być szczery, jestem bardziej zwolennikiem tezy, że rynek bardziej się reguluje niż kurczy.

Myślę, że jest jeszcze trzecia opcja, która ściśle kojarzy się z pierwszą opinią. Mamy zdecydowany przesyt startów zorganizowanych, do tego rosnące ceny i to wszystko powoduje, że biegający zaczynają być poirytowani sytuacją. W efekcie rezygnują ze startów płatnych zorganizowanych. Mają dwa wyjścia, albo zmienić pasję, albo przeskoczyć na biegi samotne, towarzyskie, czy w końcu parkrun, który co jakby stanowiło paradoks potwierdzający fakt ograniczania biegów płatnych rozwija się coraz bardziej. Mamy coraz więcej lokalizacji parkrun, który w niektórych przypadkach może stanowić pewne zagrożenie dla biegów płatnych, szczególnie na krótszych dystansach.

Ja jestem jeszcze z tego rocznika, co pamięta, kiedy gospodarka rynkowa wbiegała do naszego kraju. Oj działo się wtedy. Była to klasyczna wolna amerykanka, którą wielu starało się wykorzystać. Były afery i takie jaja, o których nasza obecna młodzież nawet nie śniła. No, ale mniej czy bardziej w końcu wszystko jakoś się uregulowało i zostało mniej lub bardziej uporządkowane. Do ideału dużo brakuje, ale powolutku zmierzamy w tym kierunku i może za dwa, trzy pokolenia będzie dobrze. I podobnie jest z bieganiem. Do ideału też jeszcze brakuje, ale nie jest już tak daleko, jak było kiedyś. I co najważniejsze, jest większa szansa, że zdecydowanie szybciej zostanie uregulowane, niż zostanie poddane działaniom destrukcyjnym.

Trzeba przyznać, że jest o co walczyć na rynku biegowym. Wpis ten prowadzą dane porównawcze z 2006 i 2015 roku. Jak widać w 2015 roku mieliśmy na rynku ponad 4 miliony biegających o niebotycznej wartości rynku na poziomie prawie 2 mld złotych. Czy i jak się zmieniło, to w tym roku, jak widać aż strach wrzucać dane do sieci. W zeszłym roku na stronie zdrowie,przegladsportowy  dojrzałem dane, ze biega około 22 procent naszych rodaków, czyli to będzie już około 6 milionów osób. Jeżeli przy 4 milionach mieliśmy wartość rynku na poziomie 4 milionów, to przy pięćdziesiąt procentowym wzroście biegających, jaka będzie wartość? To są dane z zeszłego roku. Czy w tym spadło? Mam poważne wątpliwości. Tu jest klient, tu jest kasa, więc jest o co i o kogo walczyć. Jak to mawiają Sycylijczycy: trzeba umoczyć dziubek. 

Jak zapowiedziałem, czyli ogólnorozwojówka w ataku

Wczoraj zgodnie z zapowiedzią i nową biegową wizją, postanowiłem przeznaczyć środę na dzień rozwojowy. A to oznaczało, że zamiast biegania zrobiłem sobie godzinę ( z zegarkiem w ręku) treningu ogólnorozwojowego. Chcąc uzyskać odpowiednią wiedzę jakie, a przede wszystkim jak dane ćwiczenia wykonywać wsparłem się na dwóch źródłach.

Nie będę może pisał jakie to portale, gdyż nie mam na to zgody ich twórców, za to napiszę tylko, że jedne opisują ćwiczenia ogólnorozwojowe dla biegaczy, a drugi jeszcze opisuje je jako parszywą trzynastkę. Napiszę tyko, że w trakcie treningu wykonywałem: plank, plank boczny, skłony tułowia, jednoczesne unoszenie ręki oraz nogi,zmodyfikowany rowerek, mostek.deskę na boku, zmodyfikowanego psa,windę, boczne szuranie, pistoletowe przysiady, wędrówkę biodra czy żelazny krzyż. Muszę przyznać, że nazwy są bardzo oryginalne. Szczególnie ta ostatnia bardzo mi się kojarzy… jakby ktoś nie pamiętał, to II Wojna Światowa, Hans Kloss te klimaty.. Ale tak poważnie, to oznaczenie to zostało dużo wcześniej ustanowione, bo jeszcze w czasach pruskich na początku XIX wieku.

Co ciekawe jako ćwiczenie dla biegających żelazny krzyż widziałem w dwóch wersjach treningowych na dwóch różnych portalach. Zastanawiam się, o co tu biega. Może jeden to żelazny krzyż honorowy, czy diamentowy, a drugi zwykły brązowy? Kto to wie, jak Virtutti Militari różnej klasy, to dlaczego nie możemy mieć różnych żelaznych krzyży w wersji biegającej? Nic nie stoi, albo nie biega na przeszkodzie. Jak widać nazwy ćwiczeń są bardzo interesujące i same w sobie mogłyby stanowić materiał na osobne opracowanie. Może kiedyś, kto to wie spróbuję pobawić się w językoznawcę biegowego, chociaż to będzie bardzo trudne zadanie, gdyż wyobraźnia naszych biegających twórców czasem przekracza moje możliwości poznawcze.

No, ale wracają do wczorajszej sesji. Muszę przyznać, że cały cykl zajął mi jak wspomniałem równą godzinę. Po tej godzinie moje nogi były troszkę jak z waty, a mięśnie lekko popłakujące. Jednak dałem radę. I teraz planuję, że raz w tygodniu właśnie w środę będę tak robił. Czy i co mi to da okaże się już niedługo, bo za niecałe dwa miesiące w Warszawie. Na razie szukam, analizuje i trenuję

Pięć lat minęło

Właśnie uświadomiłem sobie, że od czasu, kiedy dopadła mnie moja biegowa pasja minęło pięć lat. Tak jest to już pięć lat. Muszę przyznać, że kiedy zostałem zarażony nigdy nie myślałem, że tak to się rozwienie. Ot, myślałem, że od czasu do czasu jakąś piątkę sobie gdzieś pobiegnę i to będzie wszystko. I te moje pierwsze treningi, to były takie biegowe popierdółki. Zresztą cel wtedy był jeden. Chciałem przebiec bieg z klasą i on był moją pierwszą startową motywacją, która kto wie, czy nie wyzwoliła właśne mojego tuptającego pragnienia.

Bieg z klasą miał się odbyć 16 września 2012 roku, a we mnie pragnienie, by w nim wystartować obudziło się właśnie w ostatnim tygodniu lipca. I miałem wtedy spory problem. Jak ja, zupełne i całkowite biegowe antytalencie miałem się przygotować do mojego pierwszego startu? Zresztą wtedy nawet nie myślałem, czy to będzie pierwszy i co po nim sie stanie. Chciałem raz w życiu pobiec w biegu zorganizowanym. Nie miałem zielonego, różowego ani w żadnym innym kolorze pojęcia o tym jak sie przygotować, na co zrócić uwagę. Nawet w necie nie rozejrzałem się po treningowych rozpiskach. Coś mi wtedy napłynęło do głowy, żeby trenować robiąc codzienne parę kilometrów. Nie były to jakieś wielkie odległości, ot z dwa, góra trzy kilometry, ale robiłem to codziennie. No i po sześciu tygodniach takiego tuptania pierwszy raz pobiegłem w biegu zorganizowanym. Czas był wtedy zupełnie abstrakcyjny, żeby nie napisać, że fatalny, bo 35 minut na trochę ponad 5 kilometrów ( jedno obrkążenie Malty) to nawet obecnie, przy moim obecnym, zupełnym dnie pięciokiometrowego tuptania, nie jest możliwy do ogarnięcia i zrozumienia. No, ale wtedy tyle pobiegłem i byłem sam z siebie cholernie zadowolony, że udało się dobiec. Dla takiego kompletnie tuptającego laika jakim wtedy byłem, była to radość, szczęście, że dałem radę i dobiegłem. No, a potem to już pobiegło hurtem. Jakoś udało mi się gdzieś tam jeszcze pobiec i wtedy spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun, na którym pojawiłem się na początku października. I od tego czasu moja biegowa pasja zapłonęła pełnym ogniem.

Na początku tylko piątki i myślałem, że poza ten dystans nigdy się nie wychylę. Jednak po roku kolejne pomysły zwiększania startowych odegłości napłynęły. Najpierw dziesiątki, po kolejnym roku półmaratony, i na końcu Królewski Dystans. Taka biegowa progresja startowa. No i co będzie dalej? Zobaczymy jak to dalej pobiegnie.

No to sobie pospacerowaliśmy

Wczoraj wieczorem moja żona namówiła mnie,by pójść o godzinę 9 wieczorem na spacer do parku Adama Mickiewicza, gdzie ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że było tam ponad 10 tysięcy także spacerujących Poznaniaków. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy okazało się, że wszyscy mieli przy sobie świeczki, latarki oraz inne  świecące precozja. Jakimś cudem okazało się, że w torbie, którą wręczyła mi moja szanowna małożnka było pięć świeczek i jeszcze dwie latarki.

Muszę przyznać, że atmosfera spaceru była wręcz wyjątowa. Był nawet wodzirej, , który dla tak licznej spacerujacej grupy przygotował odpowiednią część artystyczną aby każdy czuł się odpowiednio dopieszczony. Nie tylko samego spaceru dla spaceru, ale wzbogaconego ekstra elementem wspomagającym, oraz spinającym poszczegółne elementy w jedną spójną, ale jakże intrygującą całość. Były i występy aktorów oraz osób, które miały coś wyjątkowo ciekawego do powiedzenia. Organizatorem spaceru tak naprawdę był każdy jego uczestnik. Muszę przyznać, że przeżyłem pewne daja vu. Ostatni raz na spacerach o podobnym charakterze brałem udział także w tych okolicach naszego miasta w roku 1989. Co ciekawe, wtedy szliśmy w jednej grupie z osobami, które obecnie znajdują się po przeciwnych stronach spacerujacej barykady. Mówimy o tych, którzy protestują spacerując, jak i tych, którzy w taki czy inny sposób ich starają się ośmieszyć czy zdyskredytować.

A tak zupełnie poważnie, to znowu czuć, że jest moc społeczna. Ponownie, jak w roku 1989 ludzie z wielu niezwiązanych z sobą środowisk czują się połączeni jedną myślą, ideą, pragnieniem. I tym pragnieniem jest znowu nasz kraj. W sumie jest to piękne, że mimo różnic majątkowych, społecznych, intelektualnych czy kulturowych znowu spotyakmy się krzycząc jednym glosem. I znowu stajemy się narodem, a nie grupą pojedyńczych indywidualistów, gdzie każdy pędzi za swoimi indywidualnemy celami. Już nie każdy powie: ” mi to tita, bo i tak nic nie zrobię,  a mam ważniejsze rzeczy na głowie”. Nie, wielu nas dostrzega zagrożenia i póki można je jeszcze w miare rozsądny i bez rozlewu krwi, czasem żartem, czasem perswazją sposobem wyeliminować, to starają się robić. Kolejne spotkanie dzisiaj o 21.00, tym razem pod Areną. Sam jestem ciekawy ile osób przyjdzie. Celem spotkań jest walka o niezależność sądów i utrzymanie świętego prawa demokracji opierajacej sie na trójpodziale władzy z niezależnymi sędziami, a nie wybieranych po linii partyjnej. I tak naprawdę to dotyczy każdego czy każdej z nas, bo wszyscy mamy święte i niezbywalne prawo do sądzenia przez niezależny sąd.

Co ciekawe barzo dużo było wczoraj osób z mojego rocznika, którzy w dorosłość i na naze pierwsze wybory szliśmy właśnie w pamiętnym 1989 roku.

Biegi lepsze, biegi gorsze

Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że mój wczorajszy wpis o jubileuszowym  tuptaniu, który Robert dłużej znany z okazji swojego 400-setnego biegu zorganizował wywoła aż takie emocjonalne komentarze. Oliwy do ognia dodał Globus, który stwierdził, że darmowe biegi wcale nie muszą być dobre, bo kiedyś był parkrun na lodzie, a na półmaratonie na Wartostradzie się zgubił. Odpowiedzi innych, zaangażowanych w rozmowę czyli Roberta dłużej znanego, Marka, Andrzeja myślę, że na tyle rozwiały wszystkie zastrzeżenia, że chyba nie muszę już w samą dysputę się angażować, tylko podzielę się moją refleksją. Zresztą najlepiej to skomentował Sławek: brawo dla Roberta. Dokładnie tak. Brawo dla tego, kto nie organizuje dla zarobku, tylko dla dzielenia się pasją z innymi. Zresztą, sposób wypowiedzi i rozumowania Globusa bardzo wpisuje się w sposób pojmowania naszej pasji przez pewną grupę osób biegających.

Jest to koncepcja wykreowana zapewne przez pewne lobby organizatorów biegów płatnych i z pełną powagą podtrzymywanych przez biegających uważających się za lepszych od innych. Koncepcja ta głosi, że biegi się dzielą na lepsze i gorsze. Lepsze, są o biegi płatne, gdzie mamy pełen zakres pakietowy z koszulką i innymi cudami na kiju. I generalnie im biegi droższe tym lepiej, bo to nie są zawody dla pospólstwa. Ci biegacze napiszmy gorsi, żeby nie wbiegać w polityczną retorykę polegającą na sortowaniu naszego społeczeństwa, mogą sobie biegać w biegach darmowych, jakiś towarzyskich czy parkrun, gdzie żaden szanujący się biegacz nawet nie zajrzy. Bo co on sobie będzie wstyd przynosił. Bieg, żeby był Biegiem przez duże B, musi być płatny i im droższy tym lepszy, a nie jakąś tuptającą popierdółką.

Muszę przyznać, że wczoraj właśnie brałem udział w takiej biegowej popierdółce, przez Roberta dłużej znanego zorganizowanej z okazji uczczenia jest 400-setnego biegu. I powiem szczerze, nie jest to pierwszy bieg, który przez niego był zorganizowany i w którym brałem udział. Staram się kiedy tylko mogę startować w parkrunach, biegać nocą na Cytadeli i biegłem w półmaratonie. I za każdym razem było super, a wczoraj, to już rewelacja. Nie dość, że wreszcie moje czasy trochę drgnęły, dostałem ciacho, a nawet piwo. I to wszystko za free. I może ktoś powiedzieć, że jestem cienias, bo jak ja śmiem w darmowych biegach biegać i Roberta na koszty narażać. Odpowiem krótko. Jakby Robert nie chciał, nie czuł weny czy misji to by nie organizował. A jeżeli za coś się bierze, to tak już ma, że robi to naprawdę  klasą. Jak ktoś uważa, że to biegi gorsze to niech nie biega, przynajmniej więcej miejsca na trasie będzie dla nas i mniejszy na niej ścisk. A bieg z gatunku prima sort ( he he, nie mogłem się powstrzymać) i kto nie biegł, niech żałuje.

Bieganie w 3 tygodnie po porodzie to wcale nie powód do chwały

Muszę przyznać trochę ze wstydem i kierowaniem się brakiem znajomości ogranczeń ludzkiego organizmu, że nasz męski zachwyt nad biegającą panią, która 3 tygodnie po porodzie przebiegła parkrun nie do końca był na miejscu. A chwalenie naszej biegaczki i stawianie jej za przykład był spowodowany brakiem znajomości reakcji kobiecego ciała na tego typu obciążenia. Jak napisała w komentarzu pani, matka, biegaczka, położna:

„ To nie jest rekord, to nie jest ikona, tu nie ma co podziwiać, to zwykła głupota !!! Nawet jeśli ciąża przebiegała bez powikłań, nawet jeśli owa pani w czasie ciąży utrzymywała jakąś aktywność fizyczną, to bieganie 3 tygodnie po porodzie nie zasługuje na brawa, optymalny czas na powrót organizmu do siebie to ok 5/6 tyg i nie mówię tutaj, że w tym czasie kobieta nie ma nic robić, ale bez przesady. Nadmieńmy tu o czysto fizjologicznych objawach, często krwawienie jeszcze do końca nie ustąpiło, macica nie wróciła do swoich normalnych rozmiarów i szereg innych występujących czynników, więc nie róbmy z tej pani bohaterki.“

Muszę przyznać, że jest mi trochę wstyd, bo rozpływając się w zachwycie mogłem zasiać w umysłach niektórych lada moment przed, lub tuż po porodzie mam, że biegać w tym stanie to fajna rzecz i niczym nie grozi. To tak nie jest, gdyż my faceci nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić jakiemu cierpieniu i bólowi kobiece ciało jest poddane w czasie porodu. I jak wymaga odpowiedniej i w takim jak potrzeba później regeneracji w czasie której mama musi na siebie uważać, a my ojcowie i mężowie powinniśmy pomagać, wspierać, a nie namawiać do wysiłku. Idąc tą drogą, to może jeszcze mycie okien i ręczne pranie w tydzień po porodzie. Jak biec to na całość. A tak poważnie: kochane mamy gryzę się w język i proszę, błagam, nie biegnijcie tą drogą, tylko dbajcie o sobie. Tak na marginesie panowie wyobraźcie sobie, że to nasze żony tuż po porodzie tuptają. Czy faktycznie bylibyśmy zachwyceni? Wydaje mi się, że nie. Muszę przyznać, że mój wpis był bardzo nieodpowiedzialny.

Oczywiście mamy biegające z wózkami to super sprawa i dla mam i dla dzieci, ale nie 3 tygodnie po porodzie. Rozsądek jest koniczny, bo mama odpowiada nie tylko za siebie, ale także za maluszka. Jak maluszek sobie w życiu poradzi, gdy mamie coś się stanie. My ojcowie coś zrobimy, ale żaden z nas mamy nie zastąpi.

Czy bieganie to intuicyjna czynność ?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, dla Ciebie jest to rzecz oczywista, Ty zawsze biegałeś z prawidłową sylwetką, układem rąk i innymi drobiazgami wpływającymi na maksymalne wykorzystanie ludzkiego ciała, więc dla Ciebie to rzecz jasna i oczywiście. To dla Ciebie i Tobie podobnych prawie zawodowców nihil novi, jak nasi przodkowie krzyczeli. Ale dla takich amatorów czystej wody, jak ja, a uwierz, że jest nas wielu, są to rzeczy nowe, nieznane i w pewien sposób zachwycające. Tak, jak Jachu napisał, to jest dla nas coś, o czym nie do końca mieliśmy pojęcie. Piotrze, tak jak napisałeś, uczymy się całe życie, a i tak mało mądrzejsi umieramy.

Muszę przyznać, że zawsze mi się zdawało, że nie ma rzeczy bardziej intuicyjnej od biegania. W końcu człowiek ma w sobie idealne przeczucie jak powinien biegać, by maksymalnie wykorzystać swoje możliwości. W końcu tkwi w nas wiedza pokoleń, z której także płynie przesłanie, jak biegać, by nie być zjedzonym, a jeszcze samemu jedzenie złapać. I idealnie czujemy to intuicyjnie, a jakieś porady, książki, wiedza niemalże tajemna dotycząca biegania, to tylko spółkowanie w bambus, a po naszemu poznańskiemu takie ględzenie dla pokazania, jak ględzący jest mądry, a my głupi. Jednak okazuje się, że nawet taki przekonany o swojej idealnej intuicyjności stary beton, jak ja od czasu do czasu, potrafi się przemóc i posłuchać tych, co naprawdę znają się na temacie i mają świadomość, jak ta wiedza może się nam przydać. I nagle okazuje się, że z tą czystą intuicyjnością biegania nie do końca jest tak bardzo intuicyjnie, jak się nam wydawało. Takie zdawało się, mało znaczące drobiazgi jak odpowiednie wyciąganie nóg, sylwetka, czy praca rąk potrafią zrobić olbrzymią różnice. I to nie tylko w samych wynikach, ale także wzbudzić nową pasję i radość biegania. Tak naprawdę większość zmian stanowi dla nas nowy bodziec w tą, czy inną stronę dopingujących i wyzwalających nowe ognie. I podobnie jest z bieganiem. Czasem warto robić zmiany, dla samego nowego tuptającego ognia. Warto się doszkalać, czytać, analizować, a wtedy może się okazać, że cała nasza intuicyjność nie do końca się sprawdza. W ostatnich dniach, miałem pewną wymianę uwag i zdań z dwoma naprawdę znającymi się na rzeczy panami. I muszę przyznać, że nawet komuś tak upartemu i odpornemu na sugestie jak ja osobnikowi, te porady pomogły trochę inaczej na naszą pasję spojrzeć. I co najważniejsze uzyskać nową świeżość patrzenia, a to coś bezcennego.

Na koniec chciałbym, żeby jasne. Dalej nie mam nic przeciw intuicyjnemu bieganiu. Wręcz uważam, że na pewnym etapie, szczególnie początkowym jest ono idealne. Po cholerę początkującemu biegającemu, który czy która tak naprawdę jeszcze nie wie, czy chce biegać, czy to tylko chwilowe pod wpływem widoku innych zauroczenie, cała wiedza jak trzymać ręce, sylwetkę, jakie robić kroki. Do tego jakieś podbiegi, interwały, rytmy i inne takie. Ta cała otoczka może na początku tylko zniechęcić. Bo ktoś sobie powie: „ po cholerę mi to”. I będzie miał, czy miała rację. Na tym pierwszym etapie rozwoju naszej pasji bieganie powinno być czysto intuicyjne. Biegam tyle ile chcę i jak chcę i jak komuś to nie pasji, to nie musi patrzeć. Jednak w pewnym momencie dochodzimy do etapu, że chcemy poprawiać się, robić życiówki, startować na coraz dłuższych dystansach. I w tym dopiero momencie warto zagłębić się w teorię i poznać tajemne arkana biegania, które umożliwiają takie poprawy. Jedni do tego dojrzewają wcześniej, inni później, a inni wcale. I też nie ma w tym nic złego. Bo każdy może biegać tyle, na ile mu jego chęć i właśnie intuicja pozwala i jak podpowiada