Przerwy w bieganiu

Czasem się zdarza, że robimy w naszej tuppasji pewną przerwę. Raz w tygodniu to jest praktyczne standard i z pewnością zdecydowana większość z nas ma taką przerwę w swojej rozpisce treningowej. Niektórzy z nas mają dwie przerwy w tygodniu, a niektórzy i trzy. Jednak są to przerwy zaplanowane, zgodne z naszymi zasadami treningowo -biegowymi.

Jednak od czasu zdarzają się sytuacje tzw. „wyższe”, które powodują, że musimy sobie zrobić w bieganiu czasem jeden, czasem dwa, a zdarzają się i trzy dni przerwy. Teoretycznie wydaje się, że to jest dla nas negatywna i zła sytuacja. Ale tak naprawdę, ma w sobie także pozytywne strony. Tak, na zasadzie, że nic nie jest całkiem czarne i nic nie jest całkiem białe, a z każdej sytuacji można wynieść pozytywne strony.

Kiedy wyskoczą, czy też wybiegną takie sytuacje to możemy w sobie wzbudzić dodatkowy ekstra głód biegowy. Można napisać, że jest to czas na budzenie wielkiego biegowego głoda. Muszę przyznać, że u mnie się mocno obudził.Siedzi w mojej duszy i wyje mi do ucha: „nie biegasz, nie biegasz”. A do tego siorbi i mlaszcze do ucha.

No, ale jutro niedziela i czas na odrobienie biegowych zaległości. Czuje pożądanie biegowe wypełniające każdy fragment mojego ciała. Będzie trzeba go zaspokoić chociaż częściowo jutrzejszym tuptaniem. Co by nie napisać, ale takie przerwy dają nowego, biegowego ognia. Co prawda trochę żal mi parkrun, bo już trzeci z rzędu m odpadł, ale nic na to nie mogę poradzić. Grzesiu z pewnością się cieszy, gdyż z każdym tygodniem coraz bardziej mnie goni w ilości startów. Nic na to nie poradzę i mogę tylko napisać, że nie mam wpływu, Grzesiowi życzyć szybkiego dogonienia. No, ale za to jutro sobie trochę zaległości odrobię. Co sobie potuptam, to będzie moje. No i myślę, że w przyszłym tygodniu już bez przeszkód na parkrun się udam. No i oczywiście w ostatnią sobotę starego roku. Zresztą w sobotę szykują się dwa biegi, gdyż najpierw parkrun, a potem jeszcze Bieg Sylwestrowy nad Maltą. Można podsumować: znowu będzie się działo. Tak naprawdę takie przerwy w bieganiu są bardzo inspirujące, a do tego twórcze. W końcu zawsze można znaleźć pozytywne strony.

Biegnie rodzi się z tęsknoty

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Tak Grzesiu gonisz mnie w naszej rywalizacji, ale tu sprawy służbowe i nie jestem w stanie się wyrwać na parkrun, jeżeli jestem w pracy. Możesz mnie dogonić wcześniej niż myślisz

Kiedy dotykamy tak sztandarowego tematu, jak przyczyna czy też powody naszego biegania. Na ten temat napisano już hektolitry atramentu, wystukano na klawiaturze miliony znaków i wydaje się, że już nic nie można dodać.Jak mam być szczery, to wydaje mi się, że te wszystkie setki czy też tysiące powodów, przyczyn i innych takich sprowadzają się do tak jakby jednej nadrzędnej przyczyny. Tą nadrzędną przyczyną jest nasza zwykła, ludzka tęsknota. Tęsknimy a tym, by być zdrowszym, szybszym, lepszym, szczuplejszym itp. itd. Generalnie chcemy pragniemy zmiany, czyli tęsknimy za nią. Możemy napisać, że bieganie daje nam i tutaj następuje cała litania określeń, czy też sformułować co osiągamy dzięki tuptaniu. Ale to, że chcemy osiągnąć te, a nie inne cele wypływa z tego, że tęsknimy za tymi celami, one nam przyświecają, stają się naszymi jakimiś priorytetami.

I ta waśnie tęsknota zmienia się z czasem w pasję. Możemy nawet napisać pasja rodzi się z tęsknoty. I chyba co w tym jest. A koniec jeszcze jedna informacja o ciekawym biegu, który odbędzie w przeddzień Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy 
http://www.okb-opalenica.pl/si–biega-si–pomaga——-bieg-26-fina-u-wo-p.html
 
 Muszę przyznać, że pobiegłbym sobie z 3 lub 4 pętle. Korci mnie, by zapisać się na pierwszą, drugą i noc może 3 albo 5. Muszę przemyśleć temat. Może pod koniec roku uda się przybyć na Cytdadelę. Jeżeli nie to trudno, za 4 miesiące Grzegorzu mnie dogonisz. Trzymam kciuki za powodzenia Twojej pogonii. Mam pewne dziwne przeczucie, że w tym roku tak się stanie. W końcu praca to praca, a biegania to bieganie. Praca zawsze na pierwszym miejscu, a bieganie wtedy, kiedy można. 

Nadciąga pogodowy i duchowy Destructor

No i stało się to, co w końcu musiało się stać. Nadjechał dzisiaj do nas pogodowy i duchowy Detruktor naszego samopoczucia. Jak zawsze dojechał na szaro – czarnym, którego kopyta rozbryzgują na wszystkie strony smugi błota. Do tego niebo płacze non stop nad jego przyjazdem czyli podsumowując jest paskudnie, mokro, zimno, błotniście i jeszcze przechlapanie znaczy się zachlapanie. W taką pogodę to tylko się marzy by siedzieć w domu na przemian śpiąc, jedząc, oglądając TV lub śmigając po necie czekając nawet na mróz i śnieg. Bo wszystko jest lepsze, niż ta cholerna chlapa.

Jest to także czas, kiedy wielu biegających odwiesza buty na kołek czekając wiosny. Może i jest to jakaś koncepcja, by zanurzyć się w późno jesienno i zimowym marazmie zbierając siły na przyszły rok i wiosnę. Można w ten sposób w jakiś sposób wzbudzić głód biegania, zmieniający się w pożogę tup pożądania eksplodującego wiosną pełnym ogniem. Kto wie, może i jest to fajna droga życia. Ja osobiście wybieram inną. Właśnie teraz w tą paskudną pogodę, kiedy wychodzę na mój codzienny trening czuję tak naprawdę, co mi bieganie daje. Kiedy większość naszego społeczeństwa zanurzona jest w jesiennym smutku i oczekiwaniu zmiany pogody, ja nic sobie z niej nie robię. Wręcz przeciwnie bieganie w takich warunkach daje mi dodatkowego życiowego kopa. Wbrew rozsądkowi, ku politowaniu oraz niezrozumieniu ukrytych w domach czy kiedy muszą pod parasolami sąsiadów, ja wiecznie i niezmiennie klepię moje kilometry nucąc sobie w duchu na przemian: „ Deszczową Piosenkę” lub „ Spacerologię” przerobioną na „Biegologię”. Uwielbiam taką pogodę, uwielbiam takie bieganie, bo dzięki niemu nasza pasja nabiera zupełnie innego smaku. Jak dla mnie pogodowy i duchowy Destruktor jest moim tup kumplem. Leje? Mokro? Zimno? Paskudnie? I super ja sobie dzisiaj machnę trening interwałowy. Pogoda jest okropna? Święta racja, w taką pogodę się rodzi motywacja. Nie bójmy się desczu, nie bójmy mrozu, one nas nie zabiją, a dzięi poczujemy inny smak biegania. To są nasi kumple.

Klasyfikacja biegowych wymówek

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Oj Grzesiu ze mnie zrobić sobie cel motywacyjny, no cóż… Z pewnością wcześniej czy później mnie dopadniesz. Taka nasza mała rywalizacja.

Jak napisałem rano, nie poszedłem dzisiaj na parkrun, szukając samemu przed sobą takiego czy innego usprawiedliwienia. I tak sobie myślę, że to nie są tyle usprawiedliwienia, co w naszym męskim przypadku pani Wymówka, a w przypadku Pań pan Wymówek. No i tak sobie myślę jak możemy sklasyfikować, czy ustalić wymówki (niezależnie jakiej płci) pod względem ich usprawiedliwiowalności przed nami samymi. Oczywiście pomijamy wymówki „usprawiedliwione” w stylu choroba, kontuzja, przyjazd rodziny, igraszki z partnerką/partnerem i inne tego typu wydarzenia i przypadki chociaż zwykłe, to jednak możliwe do zaakceptowania. No, ale już przebiegam do powszechnie przez nas używanych wymówek treningowo – startowych.

Z pewnością możemy się wymawiać naszym nowym urozmaicenie cyklu treningowego. Ustalamy, że raz na jakiś czas nie mamy jednego dnia przerwy w treningu w tygodniu, tylko dwa, a kiedy weźmie nas Król Leń w opiekę, to może nawet i trzy. I ten dni przerwy to dla naszego dobra i poprawy naszej kondycji. Króla Lenia spychamy na dalszy plan naszej świadomości. Do tego dobiegają nam różne wymówi pogodowe: a to za zimno, a to za gorąco, pada, sucho, każda pogodówka wymówkowa może być ok.

Jakie jeszcze mamy wymówki? Oczywiście mamy problemy bolące wg starej, jakże znanej wymówki: a bo się coś zdarzyło… No właśnie zatrzymało nas czy raczej powstrzymało przed ruszeniem na trening owo osławione „coś”. Tutaj możemy mieć setki tajemnych wytłumaczeń, które tylko nam są znane i w naszej świadomości gdzieś tam ulokowane. Co jeszcze może być wymówką wyjścia na trening? Mogło się coś z butami stać, ciuchami, które nagle zaczęły uwierać, telefon od znajomych, generalnie, jak sobie poszukamy, to zawsze odpowiednią wymówkę znajdziemy, bo tak naprawdę żadna, która do Króla Lenia prowadzi nie jest zła. Można napisa krótko: każdy ma taką wymówę na jaką zasuguje i jaką fantazja popdpowiada. Tak naprawdę im bardziej nieprawdopodobna, tym lepiej. 

Rusałka welcome to czyli niedzielny trening w grupie

Rano dostałem od znajomej na Facebook taką wiadomość:

Zapraszam jutro na wolne wybieganie nad Rusałką. Jak masz ochotę będą inni biegacze. Bieg jest wokół jeziora. Spotkanie przy wejściu na stadion lekkoatletyczny na Golęcinie o godzinie 10.15. Biegniemy nawet, kiedy będzie lekko padać”.

Myślę, że w sumie fajny pomysł, by zebrać się ekipą i bez głębszego podtekstu zrobić sobie z 2 czy 3 okrążenia Rusałki, jak co komu pasuje. Zawsze w grupie raźniej niż samotnie. Co prawda 10.15 w niedzielę i dotarcie na Golęcin nie do końca może komuś pasować, ale w końcu nie można życia przespać w łóżku. Tak więc jak ktoś z Poznania i okolic chętny na motywujący, poranny trening, to serdecznie zapraszam. Mam tylko nadzieję, że pogoda nie popsuje szyków. Z drugiej strony co nas zmoczy, to się wysuszy, a odporność trzeba łapać.

Obecna pogoda to czas na testowanie swojej odporności, którą przez lata w sobie wyrobiliśmy. Teraz spijamy jej soki, mogąc śmiało powiedzieć: choroba nas goni, ale i tak jej zwiejemy. W końcu jesteśmy od niej szybsi. Może się zbliżyć, nawet nas na chwilę chwycić, ale i tak na dłuższą chwilę nas nie utrzyma. Przez płytki naszego pancerza ochronnego , nawet jeżeli zarazki przenikną, to i tak zostaną wybite.

Z powodu, że pobiegamy dookoła jeziora, to motyw muzyczny w rytmie szant mi się kojarzy. Ostatnio w firmie mamy na tapecie szantę narciarską:



Jeżeli jest narciarska, to czekam na szantę biegową, o tuptaniu pośród fal. No, a na koniec bardziej tradycyjne szant klimaty



I tym muzycznym akcentem zapraszam na jutrzejszy trening. Muszę przyznać, że jestem bardzo ciekawy ile osób w niedzielę rano znajdzie w sobie tyle samozaparcia, by wstać i pojawić się nad Rusałką. Jakby nie patrząc wymaga to trochę wytrwałości, samozaparcia i uporu. Bo wstać w niedzielę rano. Kto to widział. Raz można się trochę wyspać, a tu co? Pupa, bo nad Rusałkę trzeba jechać. Takie to już skoplikowane to nasze biegowe życie. 

Jeden dzień, dwa starty

No i znowu przyszły weekend będzie mocno biegowy. Muszę przyznać, że kiedyś już takie biegowe scenariusze robiłem. Zdarzało mi się biec najpierw rano parkrun, a potem gdzieś jakąś dyszkę do kompletu dokładać. Tyle, że ta dyszka była zazwyczaj zdecydowanie później. No i byłem wtedy na zupełnie innym poziomie czasowym i przygotowawczym. Biagałem wtedy parkrun na poziomie 23 minut z hakiem, a dyszki w granicach 50 minut. Obecnie mój stan biegowy sięgnął dna przebijając się wcześniej przez grubą wastwę mułu, to znaczy biegam parkun na poziomie 27-30 minut, a dyszkę to nawet powyżej godziny zdarzało mi się robić. Oznacza to nastrój biegowy bardzo pogrzebowy.

No, ale kiedy forma na dnie, to trzeba sobie coś dołożyć, na zasadzie albo zaczniemy się wynurzać, albo zatoniemy na amen. No i w przyszłą sobotę planuję o 9 parkrun, a o 10 Bieg Niepodległości, gdzie na start też będę musiał dobiec. A moją formę mogę określić słowami dawnego przeboju: „ mniej niż zero”. I tak sobie myślę „i z czym do pani trudniącej się nierządem nędzy na start?” Bliżej mi do darcia pierza i kur macania niż w biegach zorganizowanych startowania. Co prawda od tygodnia zmieniłem mój styl treningu i nawet jakąś różnicę czasową na parkrun dojrzałem, ale to jest ciągle poziom 27 minut, a nie poniżej 24.

No, ale co nas nie zabije to nas wzmocni i w przyszłą sobotę jak nic niespodziewanego się nie wydarzy znowu spróbuję zaliczyć dwa starty w jeden dzień. No i ten tydzień znowu treningowy eksperyment, czyli jutro kilkanaście kilometrów na luzie, poniedziałek bieżnia, wtorek i środa spokojne treningowe dyszki, a w czwartek trening interwałowy. No i po owocach sobotnich zobaczymy czy już coś mi to da. Co prawda na to, by owoce dojrzały jeszcze trochę czasu potrzeba, ale może już chociaż kiełkować zaczną. O życiówce, a nawet łamaniu 50 minut nawet nie marzę, ale chociaż poprawić mój ostatni wynik dyszki, gdzie szczyt poruty, czyli nawet godziny nie złamałem. Co ma być to będzie. 

Dzień inny niż wszystkie

Dzisiaj mamy dzień, o którym możemy napisać, że jest inny, niż wszystkie. To właśnie dzisiaj możemy napisać, że nasze życie już nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Ci, których kochamy, na których nam zależy odchodzą, bo takie są niestety koleje losu. Takie jest życie. Ani los, ani życie nie jest sprawiedliwe i toczy się własnymi ścieżkami, których nie znamy, ani nie jesteśmy naszymi umysłami ogarnąć. Odchodzą nasi najbliżsi, odchodzą przyjaciele, znajomi, osoby z którymi mniej się lubimy, często sprzeczamy, ale to nie zmienia faktu, że po każdym takim odejściu w duszy i sercu pozostaje smutek, żal i to cholerne pytanie: „dlaczego? Przecież to takie niesprawiedliwe”

No właśnie dlaczego tak jest, że nasz życiowy zegar czasem zatrzymuje się nagle i niespodziewanie, a czasem spokojnie całą tarczę naszego życia obiegnie? Nie ma tutaj reguły, nie ma wytłumaczenia i nie ma sprawiedliwości. Tak jest już to życie ułożone, że wcześniej czy później nastąpi jego koniec. Dla tych co odeszli to, kto wie może faktycznie, inna lepsza droga, tam gdzie nie bólu, zmartwień, smutku, kontuzji, zmęczenia, a nasza dalsza egzystencja jest przepełniona radością i pełnią szczęścia. A może jest to gorsza droga,która prowadzi do świata jeszcze gorszego niż ten, który opuścimy. A może nie ma tam nic i tylko ta sama pustka, taka jak to, która pozostaje w naszych sercach po ich odejściu.

Na razie tego nie wiemy, ale warto mieć nadzieję, że Ci co odeszli, a którzy byli nasz szczególnie bliscy są w lepszym świecie i szykują już dla nas odpowiednie przywitanie. Testują trasy biegowe, po których się razem do końca wieczności przebiegniemy. Nadejdzie to wtedy, kiedy nadbiegnie nas czas. Na szczęście nie wiemy, kiedy to będzie, ale z pewnością nastąpi i wtedy wszyscy się znowu spotkamy. Dzisiaj mamy dzień smutku, nostalgii i zadumania. Czasem taki dzień jest potrzeby i dobrze, że mamy go w naszym kalendarzu.

Z drugiej strony zastanawiam się, czy jeżeli Oni są faktycznie w lepszym świecie, to powinniśmy się cieszyć i radować czekając z niecierpliwością na nasz czas. 

Kiedy kilometrów w treningu zabraknie

Tak się zastanawiałem, gdzie może tkwić przyczyna mojego nagłego odpływu sił po 30 kilometrze podczas maratonu w Warszawie. To było tak, jakby nagle wszystkie siły ze mnie zeszły czy sfrunęły w siną dal i pozostałem sam na sam z trasą i ogromną trudną wręcz do opisania słabością. Nogi nagle zrobiły się jak z waty, a po skórze przebiegały dreszcze. W efekcie, z powodu, że dreszcze biegły,  zamiast mnie, ja ostatnie 10 kilometrów praktycznie przeszedłem.  No i rezultat był taki, że na te ostatnie kilometry straciłem prawie półtora godziny więc, jak nawet na moje ograniczone możliwości było to na poziomie mułu zalegającego na dnie, gdzie nie ma już nic.

I tak dumałem, analizowałem i myślę, że przyczyna tego nagłego zasłabniecia jest tak naprawdę bardzo prosta. Przez dwa miesiące poprzedzające maraton miałem dwie prawie tygodniowe przerwy w treningu spowodowane urazami, a potem, kiedy już zacząłem regularniejszy trening, to robiłem treningowo około 40 góra 50 kilometrów. No i maraton mógł poczuć się zlekceważony. Co ja szykuję się na bieg do knajpy, czy na 42 kilometry z haczykiem. Powiedzmy sobie szczerze,  Królewski Dystans nie wybacza braku odpowiedniego przygotowania i podejścia do niego w sposób lekceważący. Tak jakby mruczał pod krawężnikiem: ” o nie mój drogi, nie tędy droga”. I postanowił dać mi nauczkę. No i potem zrobił mi się czas na kilometr powyżej siedmiu minut, jak widać na zdjęciu ten wpis prowadzącym. I tak cud, że w ogóle doczłapałem do mety, ale zapewne było to efektem mojego wcześniejszego wyrobienia jakiś tam pokładów tuptających oraz wewnętrznych cech charakteru czyli uporu, nieustępliwości oraz zawsze walki do końca i ostatniego oddechu. No i zwykłą siłą woli jakoś te ostatnie kilometrów przepełzłem, bo inaczej tego nazwać nie można.

Teraz patrząc z perspektywy czasu wiem jedno. To była głupota z mojej strony, a walka do ostatniego tchu wcale nie jest dobra. Jeżeli decydujemy się na start w maratonie, to trenujmy z pełną powagą i zasadami sztuki, bo kiedy treningowych kilometrów zabraknie, to koniec może być żałosny. Królewski Dystans takiego lekceważenia nie wybacza. 

Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

Gdzie jest granica biegowego rozsądku?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Macieju masz rację, ale ja nie śmiem nawet porównywać nas z Mistrzami, tylko chciałem ukazać, że podczas maratonu każdy może legnąć i tu nie ma murowanego sukcesu.

Wczorajszy wpis wywołał poważną dyskusję na jednym w wiodących portali biegowych którego tematem przewodnim był, jak to można określić: zdrowy rozsądek w biegani. Gdzie jest granica, poza którą osoba biegająca nie powinna się już ruszać i co najważniejsze, jak tą granicę rozpoznać. Bo to, że kiedy dobiegamy już do kresu naszych sił i możliwości powinniśmy zejść z trasy, dla zdecydowanej większość stanowi „oczywistą oczywistość” Tylko pytanie, w którym momencie możemy dojrzeć, że ta granica się zbliża.

Przede wszystkim musimy chyba przed startem założyć, że niezależnie jak dobrze jesteśmy przygotowani, albo wydaje nam się, że tak jest, to podczas startu na dystansie od maratonu wzwyż, nigdy nie możemy być pewni, że lekko, łatwo i przyjemnie trasę pokonamy. Widzieliśmy już nie raz największych mistrzów, którzy potrafili paść przed metą pokonani przez jakby nie patrząc i w pełnym tego słowa znaczeniu morderczy dystans. I kiedy czujemy, że nasze siły odpływają w siną dal, a jakaś dziwna, nieznana wcześniej słabość ogarnia nasze ciało, to naprawdę dostajemy znak, że dosyć, starczy lepiej zejść i do innych startów się przygotować. Nie ma sensu walczyć do ostatnich zapasów sił, bo to może się fatalnie dla nas skończyć. A wiele jeszcze tras do pokonania i biegów w których możemy osiągnąć nasz wcale nie taki mały życiowy sukces. Tylko dajmy sobie szanse, by ten kolejny start nastąpił. Nic na siłę, nic na przysłowiowego „chama”, bo nasze zdrowie jest najważniejsze i naprawdę nie warto aż tak go narażać. Dzisiaj u mnie pracy spotkałem się z opiniami, że bieganie od maratonu wzwyż jest chore i nie ma nic wspólnego z radością życia. Określono to nawet bardziej dosadnie, ale może nie będę cytował.

Ja bym odpowiedział krótko: nie jest chore bieganie na takich dystansach, tylko brak umiejętności oceny własnych sił i możliwości oraz braku zwykłej odwagi czy może tutaj zaparcia by jednak zejść z trasy. Ale nie, my musimy do końca niezależnie jaką cenę za start zapłacimy. A to jest dopiero głupie, bo sami sobie odbieramy możliwość radości z kolejnych startów. Ja wiem, teraz ktoś może powiedzieć: „ I kto to do pani trudniącej się nierządem mówi? Gościu, który sam  we Wrocławiu czy w Warszawie wbrew rozsądkowi ledwo się doczołgał do mety.” No tak, ale dzięki temu wiem, że to była głupota. A co gdyby znowu coś takiego mi się przydarzyło? Szczerze? Nie mam pojęcia, ale chciałbym powiedzieć, że zejdę z trasy. To znaczy powiedzieć, że przemyślę zejście bardzo poważnie…