Jeden dzień, dwa starty

No i znowu przyszły weekend będzie mocno biegowy. Muszę przyznać, że kiedyś już takie biegowe scenariusze robiłem. Zdarzało mi się biec najpierw rano parkrun, a potem gdzieś jakąś dyszkę do kompletu dokładać. Tyle, że ta dyszka była zazwyczaj zdecydowanie później. No i byłem wtedy na zupełnie innym poziomie czasowym i przygotowawczym. Biagałem wtedy parkrun na poziomie 23 minut z hakiem, a dyszki w granicach 50 minut. Obecnie mój stan biegowy sięgnął dna przebijając się wcześniej przez grubą wastwę mułu, to znaczy biegam parkun na poziomie 27-30 minut, a dyszkę to nawet powyżej godziny zdarzało mi się robić. Oznacza to nastrój biegowy bardzo pogrzebowy.

No, ale kiedy forma na dnie, to trzeba sobie coś dołożyć, na zasadzie albo zaczniemy się wynurzać, albo zatoniemy na amen. No i w przyszłą sobotę planuję o 9 parkrun, a o 10 Bieg Niepodległości, gdzie na start też będę musiał dobiec. A moją formę mogę określić słowami dawnego przeboju: „ mniej niż zero”. I tak sobie myślę „i z czym do pani trudniącej się nierządem nędzy na start?” Bliżej mi do darcia pierza i kur macania niż w biegach zorganizowanych startowania. Co prawda od tygodnia zmieniłem mój styl treningu i nawet jakąś różnicę czasową na parkrun dojrzałem, ale to jest ciągle poziom 27 minut, a nie poniżej 24.

No, ale co nas nie zabije to nas wzmocni i w przyszłą sobotę jak nic niespodziewanego się nie wydarzy znowu spróbuję zaliczyć dwa starty w jeden dzień. No i ten tydzień znowu treningowy eksperyment, czyli jutro kilkanaście kilometrów na luzie, poniedziałek bieżnia, wtorek i środa spokojne treningowe dyszki, a w czwartek trening interwałowy. No i po owocach sobotnich zobaczymy czy już coś mi to da. Co prawda na to, by owoce dojrzały jeszcze trochę czasu potrzeba, ale może już chociaż kiełkować zaczną. O życiówce, a nawet łamaniu 50 minut nawet nie marzę, ale chociaż poprawić mój ostatni wynik dyszki, gdzie szczyt poruty, czyli nawet godziny nie złamałem. Co ma być to będzie. 

Dzień inny niż wszystkie

Dzisiaj mamy dzień, o którym możemy napisać, że jest inny, niż wszystkie. To właśnie dzisiaj możemy napisać, że nasze życie już nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Ci, których kochamy, na których nam zależy odchodzą, bo takie są niestety koleje losu. Takie jest życie. Ani los, ani życie nie jest sprawiedliwe i toczy się własnymi ścieżkami, których nie znamy, ani nie jesteśmy naszymi umysłami ogarnąć. Odchodzą nasi najbliżsi, odchodzą przyjaciele, znajomi, osoby z którymi mniej się lubimy, często sprzeczamy, ale to nie zmienia faktu, że po każdym takim odejściu w duszy i sercu pozostaje smutek, żal i to cholerne pytanie: „dlaczego? Przecież to takie niesprawiedliwe”

No właśnie dlaczego tak jest, że nasz życiowy zegar czasem zatrzymuje się nagle i niespodziewanie, a czasem spokojnie całą tarczę naszego życia obiegnie? Nie ma tutaj reguły, nie ma wytłumaczenia i nie ma sprawiedliwości. Tak jest już to życie ułożone, że wcześniej czy później nastąpi jego koniec. Dla tych co odeszli to, kto wie może faktycznie, inna lepsza droga, tam gdzie nie bólu, zmartwień, smutku, kontuzji, zmęczenia, a nasza dalsza egzystencja jest przepełniona radością i pełnią szczęścia. A może jest to gorsza droga,która prowadzi do świata jeszcze gorszego niż ten, który opuścimy. A może nie ma tam nic i tylko ta sama pustka, taka jak to, która pozostaje w naszych sercach po ich odejściu.

Na razie tego nie wiemy, ale warto mieć nadzieję, że Ci co odeszli, a którzy byli nasz szczególnie bliscy są w lepszym świecie i szykują już dla nas odpowiednie przywitanie. Testują trasy biegowe, po których się razem do końca wieczności przebiegniemy. Nadejdzie to wtedy, kiedy nadbiegnie nas czas. Na szczęście nie wiemy, kiedy to będzie, ale z pewnością nastąpi i wtedy wszyscy się znowu spotkamy. Dzisiaj mamy dzień smutku, nostalgii i zadumania. Czasem taki dzień jest potrzeby i dobrze, że mamy go w naszym kalendarzu.

Z drugiej strony zastanawiam się, czy jeżeli Oni są faktycznie w lepszym świecie, to powinniśmy się cieszyć i radować czekając z niecierpliwością na nasz czas. 

Kiedy kilometrów w treningu zabraknie

Tak się zastanawiałem, gdzie może tkwić przyczyna mojego nagłego odpływu sił po 30 kilometrze podczas maratonu w Warszawie. To było tak, jakby nagle wszystkie siły ze mnie zeszły czy sfrunęły w siną dal i pozostałem sam na sam z trasą i ogromną trudną wręcz do opisania słabością. Nogi nagle zrobiły się jak z waty, a po skórze przebiegały dreszcze. W efekcie, z powodu, że dreszcze biegły,  zamiast mnie, ja ostatnie 10 kilometrów praktycznie przeszedłem.  No i rezultat był taki, że na te ostatnie kilometry straciłem prawie półtora godziny więc, jak nawet na moje ograniczone możliwości było to na poziomie mułu zalegającego na dnie, gdzie nie ma już nic.

I tak dumałem, analizowałem i myślę, że przyczyna tego nagłego zasłabniecia jest tak naprawdę bardzo prosta. Przez dwa miesiące poprzedzające maraton miałem dwie prawie tygodniowe przerwy w treningu spowodowane urazami, a potem, kiedy już zacząłem regularniejszy trening, to robiłem treningowo około 40 góra 50 kilometrów. No i maraton mógł poczuć się zlekceważony. Co ja szykuję się na bieg do knajpy, czy na 42 kilometry z haczykiem. Powiedzmy sobie szczerze,  Królewski Dystans nie wybacza braku odpowiedniego przygotowania i podejścia do niego w sposób lekceważący. Tak jakby mruczał pod krawężnikiem: ” o nie mój drogi, nie tędy droga”. I postanowił dać mi nauczkę. No i potem zrobił mi się czas na kilometr powyżej siedmiu minut, jak widać na zdjęciu ten wpis prowadzącym. I tak cud, że w ogóle doczłapałem do mety, ale zapewne było to efektem mojego wcześniejszego wyrobienia jakiś tam pokładów tuptających oraz wewnętrznych cech charakteru czyli uporu, nieustępliwości oraz zawsze walki do końca i ostatniego oddechu. No i zwykłą siłą woli jakoś te ostatnie kilometrów przepełzłem, bo inaczej tego nazwać nie można.

Teraz patrząc z perspektywy czasu wiem jedno. To była głupota z mojej strony, a walka do ostatniego tchu wcale nie jest dobra. Jeżeli decydujemy się na start w maratonie, to trenujmy z pełną powagą i zasadami sztuki, bo kiedy treningowych kilometrów zabraknie, to koniec może być żałosny. Królewski Dystans takiego lekceważenia nie wybacza. 

Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

Gdzie jest granica biegowego rozsądku?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Macieju masz rację, ale ja nie śmiem nawet porównywać nas z Mistrzami, tylko chciałem ukazać, że podczas maratonu każdy może legnąć i tu nie ma murowanego sukcesu.

Wczorajszy wpis wywołał poważną dyskusję na jednym w wiodących portali biegowych którego tematem przewodnim był, jak to można określić: zdrowy rozsądek w biegani. Gdzie jest granica, poza którą osoba biegająca nie powinna się już ruszać i co najważniejsze, jak tą granicę rozpoznać. Bo to, że kiedy dobiegamy już do kresu naszych sił i możliwości powinniśmy zejść z trasy, dla zdecydowanej większość stanowi „oczywistą oczywistość” Tylko pytanie, w którym momencie możemy dojrzeć, że ta granica się zbliża.

Przede wszystkim musimy chyba przed startem założyć, że niezależnie jak dobrze jesteśmy przygotowani, albo wydaje nam się, że tak jest, to podczas startu na dystansie od maratonu wzwyż, nigdy nie możemy być pewni, że lekko, łatwo i przyjemnie trasę pokonamy. Widzieliśmy już nie raz największych mistrzów, którzy potrafili paść przed metą pokonani przez jakby nie patrząc i w pełnym tego słowa znaczeniu morderczy dystans. I kiedy czujemy, że nasze siły odpływają w siną dal, a jakaś dziwna, nieznana wcześniej słabość ogarnia nasze ciało, to naprawdę dostajemy znak, że dosyć, starczy lepiej zejść i do innych startów się przygotować. Nie ma sensu walczyć do ostatnich zapasów sił, bo to może się fatalnie dla nas skończyć. A wiele jeszcze tras do pokonania i biegów w których możemy osiągnąć nasz wcale nie taki mały życiowy sukces. Tylko dajmy sobie szanse, by ten kolejny start nastąpił. Nic na siłę, nic na przysłowiowego „chama”, bo nasze zdrowie jest najważniejsze i naprawdę nie warto aż tak go narażać. Dzisiaj u mnie pracy spotkałem się z opiniami, że bieganie od maratonu wzwyż jest chore i nie ma nic wspólnego z radością życia. Określono to nawet bardziej dosadnie, ale może nie będę cytował.

Ja bym odpowiedział krótko: nie jest chore bieganie na takich dystansach, tylko brak umiejętności oceny własnych sił i możliwości oraz braku zwykłej odwagi czy może tutaj zaparcia by jednak zejść z trasy. Ale nie, my musimy do końca niezależnie jaką cenę za start zapłacimy. A to jest dopiero głupie, bo sami sobie odbieramy możliwość radości z kolejnych startów. Ja wiem, teraz ktoś może powiedzieć: „ I kto to do pani trudniącej się nierządem mówi? Gościu, który sam  we Wrocławiu czy w Warszawie wbrew rozsądkowi ledwo się doczołgał do mety.” No tak, ale dzięki temu wiem, że to była głupota. A co gdyby znowu coś takiego mi się przydarzyło? Szczerze? Nie mam pojęcia, ale chciałbym powiedzieć, że zejdę z trasy. To znaczy powiedzieć, że przemyślę zejście bardzo poważnie…

Człowiek – istota skazana na nałogi

My ludzie, jesteśmy typami o określonej osobowości, inteligencji, umiejętności tworzenia za pomocą różnych wymyślonych narzędzi oraz innych specjalistycznych możliwościach, które wyróżniają nas od innych, zamieszkujących naszą planetę istot. Potrafimy zarówno upiększać, jak i niszczyć otaczający nas świat. I tak na zupełnym marginesie jesteśmy dobrzy w te klocki. Tak, jak wspomniałem dużo cech i umiejętności nas odróżnia od otaczających istot, ale chyba jedną z takich ważniejszych jest to, że potrafimy widzieć w życiu trochę głębszy sens, niż tylko trwanie dla trwania. Mamy własne zainteresowania, hobby, pasje oraz to wszystko, co w jakiś sposób urozmaica nasze trwanie na tym padole łez.

Jednym z takich poważniejszych urozmaiceń jest to, że w jakiś sposób jesteśmy skazani na nałogi. Mogą one przybrać różną formę, różny obraz i w różny sposób na nas oddziaływać. Na początku musimy trochę inaczej spojrzeć na znaczenie słowa nałogi. W większości przypadków wyraz ten kojarzy się jednoznacznie i bardzo negatywne. Nałóg rozumiemy jako papierosy, alkohol, narkotyki, czyli coś co działa na nasze ciało i duszę w sposób destrukcyjny. Ale nie zawsze i nie do końca tak jest.

Równie dobrze nałogiem jest nasze hobby, zainteresowania, różne formy aktywności, czyli wszystko to, co powoduje, że z taką radością odrywamy się od naszej mniej czy bardziej szarej codzienności. Coś dzięki czemu nie wyobrażamy sobie życia, bo to nadaje jemu odpowiedniego kolorytu i sensu naszego bycia w tym świecie. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego, gdyż to ładuje nasze życiowe akumulatory i nawet jeżeli czasem może się okazać destrukcyjna dla nas, to i tak w ułożonym rachunku jest zdecydowanie na plus. My ludzie jesteśmy jakby skazani na różnego rodzaju nałogi, bo w przeciwnym razie, na męski narząd rozrodczy ( w dużo mniej akceptowalnym określeniu) po co jest żyć. I myślę, że wszystko w tym temacie. Mógłbym pociągnąć, bo w końcu lubuję się w filozoficznych rozważaniach, ale wolę nie przeciągać zbytnio struny. 

Co nas najbardziej motywuje do biegania

Pytanie z gatunku tak łatwych i oczywistych, że na pierwszy rzut oka czy ucha, aż wstyd je zadawać. Przecież to jasne i każdy, kto tupta, biega, startuje czy tylko potruchtuje  zna odpowiedź na to pytanie. To jest jakby kontynuacja wczorajszego wpisu, kto to jest maratończyk.

Ogólnie w literaurze nazwijmy to zawoowej, czy też fachowej, wrzuca się nas wszystkich do jednego worka. Każda osoba, która biega jes biegaczem, każda osoba, która pokona Królewski Dytans jest maratończykiem itp. itd. Wszyscy jesteśmy równi, wsyscy tacy sami, jedna wielka biegająca rodzina. Można napisać, że równość biegowa czyli niemal komunizm, czy może raczej socjalizm, w tej najczystszej utopijnej formie nie skażony zbrodniczą pasją niszczenia wszystkich, którzy śmią myśleć inaczej.

Natomiast prawda o bieganiu, o motywacji do niego jest dużo bardziej złożona. Każda osoba, niezależnie pan, pani o takim czy innym statusie społecznym, majątkowym i każdym innym jest inna wyróżnia się swoimi własnymi indywidualnymi cechami.Podobnie jest z moywacją. Każda osoba ma inną motywację ogólnie do życia, a  szczególnie do biegania.Ktoś chce mieć lepszą sylwetkę, ktoś chce schudnąć, ktoś poprawić kondycje, ktoś poderwać sąsiada czy sąsiadkę, którzy biegają, ktoś zmienić coś w życiu.

Podejrzewam, że wymieniać można godzinami i końca nie będzie widać. Jednak myślę, że u podłoża, czy raczej podstawy tematu, czyli przerabiając klasyka motywacją wszystkich motywacji będzie wieczna ludzka chęć zmany. Dążenie do ulepszania, usprawniania sobie życia i ciągłego szukania nowych, lepszych dróg do naszej perfekcyjnej, wymarzonej egzystencji na tym padole łez. Szukanie możliwości, aby było nam lepiej, aby żyło się na lepiej ( bez politycznych skojarzeń). To jest normalne, że szukamy, dążymy i chcemy by było nam lepiej niż jest. Można to robić powoli, krok po kroku człapiąc i szukając tej wymarzonej drogi, często błądząć, mijając ją i w końcu umierając bez znalezienia i w poczuciu, ze czegoś zabrakło. Jednak człowiek z natury jest niecierpliwy i dlatego nie chce tracić więcej czasu na szukanie, jeżeli może go skrócić. Dlatego dużo lepiej jest szukać w biegu. Może też nie znajdziemy, może miniemy w pędzie nie dostrzegając, ale umierając będziemy wiedzieli, że zrobiliśmy wszystko, by znaleźć i nic sobie nie będziemy mogli zarzucić. A to chyba jest najważniejsze. A do tego pokonane kilometry, setki nowych ludzi poznanych, to jest bezcennym dodatkiem do całości obrazu.

Biegowa zmiana pokoleniowa

Dzisiaj udało mi się w sobotę rano znowu wyrwać na mój ulubiony cotygodniowy bieg czyli parkrun. Tak się złożyło, że za tydzień będziemy obchodzić praktycznie równe pięć lat, odkąd na poznańskiej Cytadeli odbywają się nasze tup-spotkania. Pierwszy parkrun w Poznaniu odbył się 28.07 i wystartowało w nim 54 osoby. Ja w tym okresie dopiero dojrzewałem do myśli, żeby zacząć biegać i pierwsze moje treningi zaczęły się właśnie na początku sierpnia pięć lat temu.We wrześniu wystartowałem w moim pierwszym biegu zorganizowanym ( Bieg z Klasą) Potem raz czy drugi wystartowałem w jakiejś piątce i spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun.

Na mój pierwszy parkrun poszedłem 6 października 2012 roku i był to 11 parkrun w poznańskim cyklu. Od tego czasu wystartowałem w 197 biegach z tego cyklu. Oczywiście głównie w Poznaniu, ale i parę wyjazdów się zdarzyło. No, ale nie o sobie chcę dzisiaj pisać. Kiedy zerkam na listy wyników z tych pierwszych parkrun to widać, że biegało nas wtedy około 60-80 osób na każdym parkrun. Pod względem wiekowym, o główie przeważały osoby od 30 lat wzwyż, z mocniejszym nastawieniem nawet na średniolatki o 35 do 50 lat. I to idealnie wpisywało w ówczesną opinię o tym, kto biega. To były początki biegspolzji, która nasąpiła tak od 2014  roku. Wtedy biegai głównie pracujący i odreagowujący swoje stresy dzięki kolejnym, pokonywanym kilometrom.

Obecnie sytutacja się diametralnie zmieniła. Z naszej pierwszej ekipy, która zaczynała rozkręcać poznański parkrun w 2012 roku zostało nas, którzy dalej biegają może kilkunastu. Z drugiej strony, n parkrun nie biega już nas kilkudziesięciu, ale i dwustu to wcale nie jakiś szokujący rezultat. Nie sposób, tutaj nie wspomnieć  oczywiście o parkrunie, z patriotycznym naszym wielkopolskim ogniem, który Robert dłużej znany zorganizował i w którym pobiegło ponad 1000 osób. Można śmiało napisać, że od tego biegu coraz więcej osób na parkrun w Poznaniu przybywa. Jednak możemy napisać, że dokonuje się zdecydowanie zmiana pokoleniowa. Nas wiekowych biegaczy już jest coraz mniej. Częśc rezygnuje, zmienia hobby, a paru zapewne tak jak śp. January biegają w tej chwili po innych trasach, gdzie bół, pot i zmczenie nie istnieje.

Jednak nasza pasja nie uznaje pustki i za nas trochę starszych biegaczy, którzy naturalną siłą rzeczy będą się wykruszali śmiało, szeroką ławą nadciąga młodość. Spora część młodzież nie traktuje już biegania jako przykrego  obowiązku na wf-ie, tylko odnajdują w nim tą samą radość, którą my starsi oczuwamy. Z pewnością ich odczucia są trochę inne, świeższe młodsze, kto wie, może nawet bardziej radosne, gdyż możliwe, że dostrzegają w bieganiu to, czego my starsi nie możemy już dojrzeć. I w sumie to bardzo dobrze, gdyż oni stanowią przyszłość naszej pasji. My starsi, możemy im tylko kibicować, bo ścigać się z nimi z pewnością nie będziemy.

No to sobie pospacerowaliśmy

Wczoraj wieczorem moja żona namówiła mnie,by pójść o godzinę 9 wieczorem na spacer do parku Adama Mickiewicza, gdzie ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że było tam ponad 10 tysięcy także spacerujących Poznaniaków. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy okazało się, że wszyscy mieli przy sobie świeczki, latarki oraz inne  świecące precozja. Jakimś cudem okazało się, że w torbie, którą wręczyła mi moja szanowna małożnka było pięć świeczek i jeszcze dwie latarki.

Muszę przyznać, że atmosfera spaceru była wręcz wyjątowa. Był nawet wodzirej, , który dla tak licznej spacerujacej grupy przygotował odpowiednią część artystyczną aby każdy czuł się odpowiednio dopieszczony. Nie tylko samego spaceru dla spaceru, ale wzbogaconego ekstra elementem wspomagającym, oraz spinającym poszczegółne elementy w jedną spójną, ale jakże intrygującą całość. Były i występy aktorów oraz osób, które miały coś wyjątkowo ciekawego do powiedzenia. Organizatorem spaceru tak naprawdę był każdy jego uczestnik. Muszę przyznać, że przeżyłem pewne daja vu. Ostatni raz na spacerach o podobnym charakterze brałem udział także w tych okolicach naszego miasta w roku 1989. Co ciekawe, wtedy szliśmy w jednej grupie z osobami, które obecnie znajdują się po przeciwnych stronach spacerujacej barykady. Mówimy o tych, którzy protestują spacerując, jak i tych, którzy w taki czy inny sposób ich starają się ośmieszyć czy zdyskredytować.

A tak zupełnie poważnie, to znowu czuć, że jest moc społeczna. Ponownie, jak w roku 1989 ludzie z wielu niezwiązanych z sobą środowisk czują się połączeni jedną myślą, ideą, pragnieniem. I tym pragnieniem jest znowu nasz kraj. W sumie jest to piękne, że mimo różnic majątkowych, społecznych, intelektualnych czy kulturowych znowu spotyakmy się krzycząc jednym glosem. I znowu stajemy się narodem, a nie grupą pojedyńczych indywidualistów, gdzie każdy pędzi za swoimi indywidualnemy celami. Już nie każdy powie: ” mi to tita, bo i tak nic nie zrobię,  a mam ważniejsze rzeczy na głowie”. Nie, wielu nas dostrzega zagrożenia i póki można je jeszcze w miare rozsądny i bez rozlewu krwi, czasem żartem, czasem perswazją sposobem wyeliminować, to starają się robić. Kolejne spotkanie dzisiaj o 21.00, tym razem pod Areną. Sam jestem ciekawy ile osób przyjdzie. Celem spotkań jest walka o niezależność sądów i utrzymanie świętego prawa demokracji opierajacej sie na trójpodziale władzy z niezależnymi sędziami, a nie wybieranych po linii partyjnej. I tak naprawdę to dotyczy każdego czy każdej z nas, bo wszyscy mamy święte i niezbywalne prawo do sądzenia przez niezależny sąd.

Co ciekawe barzo dużo było wczoraj osób z mojego rocznika, którzy w dorosłość i na naze pierwsze wybory szliśmy właśnie w pamiętnym 1989 roku.

Parkrun z armatą, co Ty powiesz na to

Ostatnie kilka miesięcy z obecnością na moim ulubionym biegu czyli parkrun są pewne zaległości. No, ale taka branża, praca, że my często w weekendy mamy realizacje i często gęsto jesteśmy poza Poznaniem i nie ma opcji, by na parkrun wskoczyć. No, ale ostatnie 4 tygodnie z rzędu udało się tak zagospodarować, by znaleźć czas, by  na sobotnim o 9 rano śmiganiu się znaleźć. Podobnie było też dzisiaj. Dlatego ranną porą udało mi się znaleźć na Cytadeli. Pogoda dzisiaj wreszcie po paru tygodniach układu pogodowego nijakiego, czy może japońskiego jako tako, zmieniła się na prawdziwie letni. Ciepełko, słoneczko, z drugiej strony można się zastanowić, czy się cieszyć, czy może nie do końca.

Cytadela jak zawsze przywitała mnie swoim zielonym uśmiechem. Kiedy przyjechałem sporo osób się już przygotowywało, rozgrzewało i inne takie klasyczne przedstartowe czary mary. Przywitałem się z kim się dało,a następnie popędzani Roberta dłużej znanego ponaglającym słowem udaliśmy się na miejsce startu. Tutaj klasyczne przywitanie, oraz zapewne informacja, a którą wielu czekało, że wracamy na starą trasę czyli znowu robimy jedną pętlę. Po tej informacji nastąpiła chwila, na którą wszyscy niecierpliwie czekaliśmy, czyli start. No i zanurzyliśmy się w upalne, rozpalone powietrze smakując kolejne, pokonywane metry, przebiegające powoli w kilometry. Starałem się trzymać jedno tempo, takie, które będę planował utrzymać za dwa miesiące z małym hakiem w Warszawie. Wiadomo, że obecnie wszystkie moje biegowe myśli w tamtym kierunku podążają. Jak pisałem, biegliśmy dzisiaj starą trasę, odkrywając na nowo piękno naszej poznańskiej Cytadeli. Pokonywaliśmy tunele drzew, Rosarium rozkwitające kwietnym pięknej i do dobiegliśmy do czołgów, czyli poznańskiego parkrun chwili prawdy. Obok czołgów stoją armatki wiwatówki z okolic XVI-XVII wieku. I dzisiaj mała niespodzianka. Na jednej z armatek tablica z logo parkrun i napisem: ognia. Nie wiem, czy ktoś się powstrzymał od uśmiechu i automatycznego przyspieszenia. W każdym razie ostatni fragment trasy śmiejąc się trochę jak mądry inaczej do sera na luzie pokonałem. Co prawda tuż przed metą jeszcze jedna z pań biegających mnie do przyciśnięcia trochę sprowokował, co widać na fotce ten wpis prowadzącej, ale ogólnie był luzik i jedno fajne  tuptanko.

Na mecie token, zeskanowanie, fotka i do domu. Czyli taka nasza biegowa: „ rąsia, klapa, buźka, goździk“. Ciekawe, czy ktoś pamięta skąd ten tekst. Kiedy dojechałem do domu wyniki już były. Czas dzisiaj bardzo przeciętny, ale wiadomo ustawiam moje tempa pod Warszawę. Dzisiaj 27,21, czyli niecałe 5.30 na kilometr, co byłoby dobrym czasem na Warszawę, gdyż spokojne złamanie 4 godzin i to z zapasem. Tyle, że nie mogę tak przeliczać. No, chyba że faktycznie uda mi się utrzymać stałość tempa, do czego powolutku zmierzam.