Człowiek – istota skazana na nałogi

My ludzie, jesteśmy typami o określonej osobowości, inteligencji, umiejętności tworzenia za pomocą różnych wymyślonych narzędzi oraz innych specjalistycznych możliwościach, które wyróżniają nas od innych, zamieszkujących naszą planetę istot. Potrafimy zarówno upiększać, jak i niszczyć otaczający nas świat. I tak na zupełnym marginesie jesteśmy dobrzy w te klocki. Tak, jak wspomniałem dużo cech i umiejętności nas odróżnia od otaczających istot, ale chyba jedną z takich ważniejszych jest to, że potrafimy widzieć w życiu trochę głębszy sens, niż tylko trwanie dla trwania. Mamy własne zainteresowania, hobby, pasje oraz to wszystko, co w jakiś sposób urozmaica nasze trwanie na tym padole łez.

Jednym z takich poważniejszych urozmaiceń jest to, że w jakiś sposób jesteśmy skazani na nałogi. Mogą one przybrać różną formę, różny obraz i w różny sposób na nas oddziaływać. Na początku musimy trochę inaczej spojrzeć na znaczenie słowa nałogi. W większości przypadków wyraz ten kojarzy się jednoznacznie i bardzo negatywne. Nałóg rozumiemy jako papierosy, alkohol, narkotyki, czyli coś co działa na nasze ciało i duszę w sposób destrukcyjny. Ale nie zawsze i nie do końca tak jest.

Równie dobrze nałogiem jest nasze hobby, zainteresowania, różne formy aktywności, czyli wszystko to, co powoduje, że z taką radością odrywamy się od naszej mniej czy bardziej szarej codzienności. Coś dzięki czemu nie wyobrażamy sobie życia, bo to nadaje jemu odpowiedniego kolorytu i sensu naszego bycia w tym świecie. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego, gdyż to ładuje nasze życiowe akumulatory i nawet jeżeli czasem może się okazać destrukcyjna dla nas, to i tak w ułożonym rachunku jest zdecydowanie na plus. My ludzie jesteśmy jakby skazani na różnego rodzaju nałogi, bo w przeciwnym razie, na męski narząd rozrodczy ( w dużo mniej akceptowalnym określeniu) po co jest żyć. I myślę, że wszystko w tym temacie. Mógłbym pociągnąć, bo w końcu lubuję się w filozoficznych rozważaniach, ale wolę nie przeciągać zbytnio struny. 

Co nas najbardziej motywuje do biegania

Pytanie z gatunku tak łatwych i oczywistych, że na pierwszy rzut oka czy ucha, aż wstyd je zadawać. Przecież to jasne i każdy, kto tupta, biega, startuje czy tylko potruchtuje  zna odpowiedź na to pytanie. To jest jakby kontynuacja wczorajszego wpisu, kto to jest maratończyk.

Ogólnie w literaurze nazwijmy to zawoowej, czy też fachowej, wrzuca się nas wszystkich do jednego worka. Każda osoba, która biega jes biegaczem, każda osoba, która pokona Królewski Dytans jest maratończykiem itp. itd. Wszyscy jesteśmy równi, wsyscy tacy sami, jedna wielka biegająca rodzina. Można napisać, że równość biegowa czyli niemal komunizm, czy może raczej socjalizm, w tej najczystszej utopijnej formie nie skażony zbrodniczą pasją niszczenia wszystkich, którzy śmią myśleć inaczej.

Natomiast prawda o bieganiu, o motywacji do niego jest dużo bardziej złożona. Każda osoba, niezależnie pan, pani o takim czy innym statusie społecznym, majątkowym i każdym innym jest inna wyróżnia się swoimi własnymi indywidualnymi cechami.Podobnie jest z moywacją. Każda osoba ma inną motywację ogólnie do życia, a  szczególnie do biegania.Ktoś chce mieć lepszą sylwetkę, ktoś chce schudnąć, ktoś poprawić kondycje, ktoś poderwać sąsiada czy sąsiadkę, którzy biegają, ktoś zmienić coś w życiu.

Podejrzewam, że wymieniać można godzinami i końca nie będzie widać. Jednak myślę, że u podłoża, czy raczej podstawy tematu, czyli przerabiając klasyka motywacją wszystkich motywacji będzie wieczna ludzka chęć zmany. Dążenie do ulepszania, usprawniania sobie życia i ciągłego szukania nowych, lepszych dróg do naszej perfekcyjnej, wymarzonej egzystencji na tym padole łez. Szukanie możliwości, aby było nam lepiej, aby żyło się na lepiej ( bez politycznych skojarzeń). To jest normalne, że szukamy, dążymy i chcemy by było nam lepiej niż jest. Można to robić powoli, krok po kroku człapiąc i szukając tej wymarzonej drogi, często błądząć, mijając ją i w końcu umierając bez znalezienia i w poczuciu, ze czegoś zabrakło. Jednak człowiek z natury jest niecierpliwy i dlatego nie chce tracić więcej czasu na szukanie, jeżeli może go skrócić. Dlatego dużo lepiej jest szukać w biegu. Może też nie znajdziemy, może miniemy w pędzie nie dostrzegając, ale umierając będziemy wiedzieli, że zrobiliśmy wszystko, by znaleźć i nic sobie nie będziemy mogli zarzucić. A to chyba jest najważniejsze. A do tego pokonane kilometry, setki nowych ludzi poznanych, to jest bezcennym dodatkiem do całości obrazu.

Biegowa zmiana pokoleniowa

Dzisiaj udało mi się w sobotę rano znowu wyrwać na mój ulubiony cotygodniowy bieg czyli parkrun. Tak się złożyło, że za tydzień będziemy obchodzić praktycznie równe pięć lat, odkąd na poznańskiej Cytadeli odbywają się nasze tup-spotkania. Pierwszy parkrun w Poznaniu odbył się 28.07 i wystartowało w nim 54 osoby. Ja w tym okresie dopiero dojrzewałem do myśli, żeby zacząć biegać i pierwsze moje treningi zaczęły się właśnie na początku sierpnia pięć lat temu.We wrześniu wystartowałem w moim pierwszym biegu zorganizowanym ( Bieg z Klasą) Potem raz czy drugi wystartowałem w jakiejś piątce i spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun.

Na mój pierwszy parkrun poszedłem 6 października 2012 roku i był to 11 parkrun w poznańskim cyklu. Od tego czasu wystartowałem w 197 biegach z tego cyklu. Oczywiście głównie w Poznaniu, ale i parę wyjazdów się zdarzyło. No, ale nie o sobie chcę dzisiaj pisać. Kiedy zerkam na listy wyników z tych pierwszych parkrun to widać, że biegało nas wtedy około 60-80 osób na każdym parkrun. Pod względem wiekowym, o główie przeważały osoby od 30 lat wzwyż, z mocniejszym nastawieniem nawet na średniolatki o 35 do 50 lat. I to idealnie wpisywało w ówczesną opinię o tym, kto biega. To były początki biegspolzji, która nasąpiła tak od 2014  roku. Wtedy biegai głównie pracujący i odreagowujący swoje stresy dzięki kolejnym, pokonywanym kilometrom.

Obecnie sytutacja się diametralnie zmieniła. Z naszej pierwszej ekipy, która zaczynała rozkręcać poznański parkrun w 2012 roku zostało nas, którzy dalej biegają może kilkunastu. Z drugiej strony, n parkrun nie biega już nas kilkudziesięciu, ale i dwustu to wcale nie jakiś szokujący rezultat. Nie sposób, tutaj nie wspomnieć  oczywiście o parkrunie, z patriotycznym naszym wielkopolskim ogniem, który Robert dłużej znany zorganizował i w którym pobiegło ponad 1000 osób. Można śmiało napisać, że od tego biegu coraz więcej osób na parkrun w Poznaniu przybywa. Jednak możemy napisać, że dokonuje się zdecydowanie zmiana pokoleniowa. Nas wiekowych biegaczy już jest coraz mniej. Częśc rezygnuje, zmienia hobby, a paru zapewne tak jak śp. January biegają w tej chwili po innych trasach, gdzie bół, pot i zmczenie nie istnieje.

Jednak nasza pasja nie uznaje pustki i za nas trochę starszych biegaczy, którzy naturalną siłą rzeczy będą się wykruszali śmiało, szeroką ławą nadciąga młodość. Spora część młodzież nie traktuje już biegania jako przykrego  obowiązku na wf-ie, tylko odnajdują w nim tą samą radość, którą my starsi oczuwamy. Z pewnością ich odczucia są trochę inne, świeższe młodsze, kto wie, może nawet bardziej radosne, gdyż możliwe, że dostrzegają w bieganiu to, czego my starsi nie możemy już dojrzeć. I w sumie to bardzo dobrze, gdyż oni stanowią przyszłość naszej pasji. My starsi, możemy im tylko kibicować, bo ścigać się z nimi z pewnością nie będziemy.

No to sobie pospacerowaliśmy

Wczoraj wieczorem moja żona namówiła mnie,by pójść o godzinę 9 wieczorem na spacer do parku Adama Mickiewicza, gdzie ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że było tam ponad 10 tysięcy także spacerujących Poznaniaków. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy okazało się, że wszyscy mieli przy sobie świeczki, latarki oraz inne  świecące precozja. Jakimś cudem okazało się, że w torbie, którą wręczyła mi moja szanowna małożnka było pięć świeczek i jeszcze dwie latarki.

Muszę przyznać, że atmosfera spaceru była wręcz wyjątowa. Był nawet wodzirej, , który dla tak licznej spacerujacej grupy przygotował odpowiednią część artystyczną aby każdy czuł się odpowiednio dopieszczony. Nie tylko samego spaceru dla spaceru, ale wzbogaconego ekstra elementem wspomagającym, oraz spinającym poszczegółne elementy w jedną spójną, ale jakże intrygującą całość. Były i występy aktorów oraz osób, które miały coś wyjątkowo ciekawego do powiedzenia. Organizatorem spaceru tak naprawdę był każdy jego uczestnik. Muszę przyznać, że przeżyłem pewne daja vu. Ostatni raz na spacerach o podobnym charakterze brałem udział także w tych okolicach naszego miasta w roku 1989. Co ciekawe, wtedy szliśmy w jednej grupie z osobami, które obecnie znajdują się po przeciwnych stronach spacerujacej barykady. Mówimy o tych, którzy protestują spacerując, jak i tych, którzy w taki czy inny sposób ich starają się ośmieszyć czy zdyskredytować.

A tak zupełnie poważnie, to znowu czuć, że jest moc społeczna. Ponownie, jak w roku 1989 ludzie z wielu niezwiązanych z sobą środowisk czują się połączeni jedną myślą, ideą, pragnieniem. I tym pragnieniem jest znowu nasz kraj. W sumie jest to piękne, że mimo różnic majątkowych, społecznych, intelektualnych czy kulturowych znowu spotyakmy się krzycząc jednym glosem. I znowu stajemy się narodem, a nie grupą pojedyńczych indywidualistów, gdzie każdy pędzi za swoimi indywidualnemy celami. Już nie każdy powie: ” mi to tita, bo i tak nic nie zrobię,  a mam ważniejsze rzeczy na głowie”. Nie, wielu nas dostrzega zagrożenia i póki można je jeszcze w miare rozsądny i bez rozlewu krwi, czasem żartem, czasem perswazją sposobem wyeliminować, to starają się robić. Kolejne spotkanie dzisiaj o 21.00, tym razem pod Areną. Sam jestem ciekawy ile osób przyjdzie. Celem spotkań jest walka o niezależność sądów i utrzymanie świętego prawa demokracji opierajacej sie na trójpodziale władzy z niezależnymi sędziami, a nie wybieranych po linii partyjnej. I tak naprawdę to dotyczy każdego czy każdej z nas, bo wszyscy mamy święte i niezbywalne prawo do sądzenia przez niezależny sąd.

Co ciekawe barzo dużo było wczoraj osób z mojego rocznika, którzy w dorosłość i na naze pierwsze wybory szliśmy właśnie w pamiętnym 1989 roku.

Parkrun z armatą, co Ty powiesz na to

Ostatnie kilka miesięcy z obecnością na moim ulubionym biegu czyli parkrun są pewne zaległości. No, ale taka branża, praca, że my często w weekendy mamy realizacje i często gęsto jesteśmy poza Poznaniem i nie ma opcji, by na parkrun wskoczyć. No, ale ostatnie 4 tygodnie z rzędu udało się tak zagospodarować, by znaleźć czas, by  na sobotnim o 9 rano śmiganiu się znaleźć. Podobnie było też dzisiaj. Dlatego ranną porą udało mi się znaleźć na Cytadeli. Pogoda dzisiaj wreszcie po paru tygodniach układu pogodowego nijakiego, czy może japońskiego jako tako, zmieniła się na prawdziwie letni. Ciepełko, słoneczko, z drugiej strony można się zastanowić, czy się cieszyć, czy może nie do końca.

Cytadela jak zawsze przywitała mnie swoim zielonym uśmiechem. Kiedy przyjechałem sporo osób się już przygotowywało, rozgrzewało i inne takie klasyczne przedstartowe czary mary. Przywitałem się z kim się dało,a następnie popędzani Roberta dłużej znanego ponaglającym słowem udaliśmy się na miejsce startu. Tutaj klasyczne przywitanie, oraz zapewne informacja, a którą wielu czekało, że wracamy na starą trasę czyli znowu robimy jedną pętlę. Po tej informacji nastąpiła chwila, na którą wszyscy niecierpliwie czekaliśmy, czyli start. No i zanurzyliśmy się w upalne, rozpalone powietrze smakując kolejne, pokonywane metry, przebiegające powoli w kilometry. Starałem się trzymać jedno tempo, takie, które będę planował utrzymać za dwa miesiące z małym hakiem w Warszawie. Wiadomo, że obecnie wszystkie moje biegowe myśli w tamtym kierunku podążają. Jak pisałem, biegliśmy dzisiaj starą trasę, odkrywając na nowo piękno naszej poznańskiej Cytadeli. Pokonywaliśmy tunele drzew, Rosarium rozkwitające kwietnym pięknej i do dobiegliśmy do czołgów, czyli poznańskiego parkrun chwili prawdy. Obok czołgów stoją armatki wiwatówki z okolic XVI-XVII wieku. I dzisiaj mała niespodzianka. Na jednej z armatek tablica z logo parkrun i napisem: ognia. Nie wiem, czy ktoś się powstrzymał od uśmiechu i automatycznego przyspieszenia. W każdym razie ostatni fragment trasy śmiejąc się trochę jak mądry inaczej do sera na luzie pokonałem. Co prawda tuż przed metą jeszcze jedna z pań biegających mnie do przyciśnięcia trochę sprowokował, co widać na fotce ten wpis prowadzącej, ale ogólnie był luzik i jedno fajne  tuptanko.

Na mecie token, zeskanowanie, fotka i do domu. Czyli taka nasza biegowa: „ rąsia, klapa, buźka, goździk“. Ciekawe, czy ktoś pamięta skąd ten tekst. Kiedy dojechałem do domu wyniki już były. Czas dzisiaj bardzo przeciętny, ale wiadomo ustawiam moje tempa pod Warszawę. Dzisiaj 27,21, czyli niecałe 5.30 na kilometr, co byłoby dobrym czasem na Warszawę, gdyż spokojne złamanie 4 godzin i to z zapasem. Tyle, że nie mogę tak przeliczać. No, chyba że faktycznie uda mi się utrzymać stałość tempa, do czego powolutku zmierzam.

 

Co to są zawody biegowe

Muszę przyznać, że ostatnio z lekka mnie zażyło.Jeden z komentujących mój opis biegów parkrun napisał krótko: „ Jeśli chodzi o ParkRun to mnie to wkurza, że jak wchodzę na kalendarz biegowy to nie da się tego filtrować i wywalić.To nie zawody bo nie ma medali ani pudła. No właśnie, co to jest?“ Muszę przyznać, że trochę mnie zażyło.Z racji, że staram się mieć otwarty umysł na różne sądy i oceny, nawet kiedy się nie zgadzają z moimi, dlatego zdecydowałem się popełnić wpis na ten temat.

Pierwsze pytanie nasuwa się samo: jaka powinna być prawidłowa definizja zawodów biegowych. Muszę przyznać, że próbowałem szperać w Internecie szuajac odpowiedniej definicji i tu nic, zero, nul, martwa pustka. Dlatego postanowiłem pobiec głębiej i wrzuciłem frazę: zawody sportowe. No i tutaj wybiegło parę definicji, z których najbardziej mi przypasowała definicja znaleziona na portalu Onet: „ Imprezy organizowane, mające na celu zrzeszyć ludzi uprawiający daną dyscyplinę, np. lekkoatletykę, by mogli konkurować między sobą o najlepszy wynik np. czas czy miejsce na podium. Pierwsze trzy miejsca zazwyczaj nagradzane nagrodą, pucharem, medalem lub dyplomem. Podczas zawodów zazwyczaj jest więcej niż jedna dyscyplina lub dystans lecz nie jest to obowiązkowe ;)“ Idąc tropem myślenia komentującego w moim odczuciu definicja zawodów biegowych w naszym amatorskim wymiarze powinna być trochę głębsza. Powinna ona łączyć w sobie powszechność startu, jednego, określonego dystansu,podanie wyniku poszczególnych biegaczy oraz klasyfikacji końcowej. I tutaj nasuwają się dwa kolejne pytania. Czy, aby wypełnić definicję niezbędna jest odpłatność za bieg, otrzymanie medalu, oraz osobnych pucharów, czy też nagród dla pierwszej trójki. No, ale jeżeli tak, podbiegniemy, to co z w takim przypadku z około 99.9% wszystkich biegających, którzy do tej trójki się nie dostaną? Czy medal, który tak naprawdę za grosze każdy może sobie kupić faktycznie jest tym godnym wyznacznikiem biegu zorganizowanego? A podium? Faktycznie są może prawie zawodowcy, którzy walczą i o medale i całą resztą. No, a co nam, zwykłym tuptaczom daje start w zawodach biegowych? Medal? Mam ich całe lustro w kibelku i całe pudło naładowane i nawet tam nie zerkam. Jaka tak naprawdę jest wyjątkowość medalu za imprezę biegową, jeżeli każdy i tak go dostaje?

Czy zawody biegowe muszą być płatne i to jest ich wyróżnik? To co w takim razie właśnie z biegami typu parkrun, gdzie nie płacimy, nie dostajemy medalu, ale wyniki, klasyfikacja jest? Czy to są inne zawody biegowe? Może lepsze, może gorsze, w zależności od tego jak kto to pojmuje. Jednak tutaj zwróćmy uwagę na jeden fragment uniwersalnej definicji. „ Pierwsze trzy miejsca zazwyczaj nagradzane nagrodą, pucharem, medalem lub dyplomem. „. Warto tu podkreślić słowo „zazwyczaj”, gdyż oznacza, mogą, ale wcale nie muszą. To nam chyba wyjaśnia, że zawody biegowe mogą zakończone otrzymaniem medalu, ale wcale nie muszą, jeżeli spełnione są podstawowe warunki: biorą udział osoby, które mogą w nich uczestniczyć, gdyż po spełnieniu określonych wymagań ( rejestracja, zakup pakietu etc) otrzymali prawo startu, biegną zgodnie z ustaloną przez Organizatora trasą, bez możliwości jej zmiany w trakcie biegu, po biegu otrzymują swój wynik i zostają sklasyfikowane. Do tego można definicje rozszerzyć o możliwość otrzymania medalu oraz dodatkowych nagród za uzyskanie danego miejsca, zazwyczaj w pierwszej trójce, lub za określoną przez Organizatora pozycję. Tylko trzeba podkreślić, że mogą otrzymać, ale wcale nie muszą, podobnie jak mogą płacić, ale też nie muszą. I to wcale nie znaczy, że są biegi lepsze i gorsze, tylko takie, które służą rozwojowi pasji, oraz wspomagania dzięki pomysłowi i wizji kieszeni Organizatora. Żeby było jasne nie mam nic przeciwko zarobkowi Orgów. Dobra praca powinna być zapłacona, ale pod warunkiem, że jest dobrze wykonana. Bo z tym to różnie bywa.

Co do definicji zawodów biegowych, z racji, że oficjalnej nie można nigdzie znaleźć, to można zaproponować taką: jest to zorganizowana forma biegania określonej w regulaminie grupy ludzi na danym dystansie, charakteryzującą się określonymi ustalonymi przez organizatora zasadami. W wyniku uczestnictwa w zawodach biegowych zawodnicy niezbędne jest podanie wyniku oraz klasyfikacji końcowej. Dodatkowo wskazane jest opracowanie w pisemnej formie regulaminu. W większości przypadków w wyniku ukończenia zawodów biegowych startujący otrzymują medale, a dla najlepszej trójki specjalne nagrody i wyróżnienia. Istnieje możliwość uzyskania wyróżnień w postaci osobnych nagród za uzyskanie określonych przez Organizatora miejsc.

I myślę, że na pierwszą wersję do dalszej obróbki wystarczy. I myślę, że na pierwszą wersję do dalszej obróbki wystarczy. Można jeszcze krócej? Można: biegniesz i zostaniesz sklasyfikowany ze swoim wynikiem. A to wszystko połączone z duchem czy upiorem zdrowej rywalizacji. Ale się dzisiaj rozpisałem… Ciekawe, czy ktoś dobiegnie do tego miejsca.

 

 

Bieganie w 3 tygodnie po porodzie to wcale nie powód do chwały

Muszę przyznać trochę ze wstydem i kierowaniem się brakiem znajomości ogranczeń ludzkiego organizmu, że nasz męski zachwyt nad biegającą panią, która 3 tygodnie po porodzie przebiegła parkrun nie do końca był na miejscu. A chwalenie naszej biegaczki i stawianie jej za przykład był spowodowany brakiem znajomości reakcji kobiecego ciała na tego typu obciążenia. Jak napisała w komentarzu pani, matka, biegaczka, położna:

„ To nie jest rekord, to nie jest ikona, tu nie ma co podziwiać, to zwykła głupota !!! Nawet jeśli ciąża przebiegała bez powikłań, nawet jeśli owa pani w czasie ciąży utrzymywała jakąś aktywność fizyczną, to bieganie 3 tygodnie po porodzie nie zasługuje na brawa, optymalny czas na powrót organizmu do siebie to ok 5/6 tyg i nie mówię tutaj, że w tym czasie kobieta nie ma nic robić, ale bez przesady. Nadmieńmy tu o czysto fizjologicznych objawach, często krwawienie jeszcze do końca nie ustąpiło, macica nie wróciła do swoich normalnych rozmiarów i szereg innych występujących czynników, więc nie róbmy z tej pani bohaterki.“

Muszę przyznać, że jest mi trochę wstyd, bo rozpływając się w zachwycie mogłem zasiać w umysłach niektórych lada moment przed, lub tuż po porodzie mam, że biegać w tym stanie to fajna rzecz i niczym nie grozi. To tak nie jest, gdyż my faceci nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić jakiemu cierpieniu i bólowi kobiece ciało jest poddane w czasie porodu. I jak wymaga odpowiedniej i w takim jak potrzeba później regeneracji w czasie której mama musi na siebie uważać, a my ojcowie i mężowie powinniśmy pomagać, wspierać, a nie namawiać do wysiłku. Idąc tą drogą, to może jeszcze mycie okien i ręczne pranie w tydzień po porodzie. Jak biec to na całość. A tak poważnie: kochane mamy gryzę się w język i proszę, błagam, nie biegnijcie tą drogą, tylko dbajcie o sobie. Tak na marginesie panowie wyobraźcie sobie, że to nasze żony tuż po porodzie tuptają. Czy faktycznie bylibyśmy zachwyceni? Wydaje mi się, że nie. Muszę przyznać, że mój wpis był bardzo nieodpowiedzialny.

Oczywiście mamy biegające z wózkami to super sprawa i dla mam i dla dzieci, ale nie 3 tygodnie po porodzie. Rozsądek jest koniczny, bo mama odpowiada nie tylko za siebie, ale także za maluszka. Jak maluszek sobie w życiu poradzi, gdy mamie coś się stanie. My ojcowie coś zrobimy, ale żaden z nas mamy nie zastąpi.

W poszukiwaniu ulubionego biegu

Muszę przyznać, że ten rok pod względem startowym jest jak na razie całkowicie do pupy. Napiszę tylko tyle, że jest to chyba pierwszy rok odkąd zostałem zarażony moją nową pasją, kiedy ani razu ( przynajmniej do tej pory) jeszcze nie wystartowałem w ani jednym biegu płatnym zorganizowanym. I do tego jak na razie nie wygląda, abym gdzieś miał wystartować.

Jest to spowodowane dwoma głównymi przyczynami. Pierwszą i najbardziej poważną jest po prostu brak czasu. Na razie weekendy, a szczególnie soboty mam tak ustawione, że nie sposób zaplanować startu nawet w niedzielę. Parę razy udało się wyrwać w sobotę na parkrun, ale to wszystko. Muszę przyznać, że sam się zastanawiam, czy i kiedy w tym roku wystartuję. No, ale wiadomo, że wiele biegów płatnych zorganizowanych jest organizowanych w niedzielę, więc teoretycznie nie powinno być problemów. No, ale jeżeli wracamy z realizacji w sobotę w nocy bez sił i bez ducha, to jeżeli mam w niedzielę rano wstać i jechać na start, to nie ma opcji. Zresztą przyszłą sobotę, 17 czerwca mam wygrany pakiet na nocny półmaraton we Wrocławiu. Z przyjemnością bym wystartował, ale mamy zaplanowany event u naszego Klienta w sobotę, więc start z marszu po pracy mało realny. Nie mówiąc o tym, że nie ma opcji odebrania pakietu, który musiałbym podjąć do godziny 21. Nie ma opcji na start. C est la vie, jak mawiają Francuzi.

Drugą, nie mniej ważną przyczyną, jest stałe pogarszanie organizacyjnej oferty biegowej, przy coraz wyższych cenach za pakiet. Tu nawet nie biega o to, czy kogoś stać, czy nie stać na zapisanie. Przyczyna jest inna. Jeżeli poziom spada, a cena rośnie, to sorry, ale nie odczuwam potrzeby popierania takich działań i startowania w takich biegach. Jeszcze, żeby był realny powód takich podwyżek np inflacja, to bym rozumiał. W sytuacji jeżeli widzę, że podwyższanie cen ma na celu po prostu wykorzystanie pasji biegowej, dla napełniania swoich kieszeni, to sorry, ale ja tego wpierał nie będę. Mam moje zasady i będę się ich trzymał. Mogę zapłacić, jeżeli widzę, że jakość tej cenie odpowiada. Ale jeżeli tak nie jest i mam kupować stary chleb za wyższą cenę, to wolę zmienić rodzaj pieczywa np na lekkie chrupkie. W naszym przypadku oznacza to biegi typu parkrun, towarzyskie, czy zwykłe prywatne, treningów bieganie pod domem. W końcu biegam głównie dla siebie, dla przyjemności, a nie dla wyników w różnych tabelach czy kolejnego medalu w kibelku powieszonego. No, ale wierzę, że znajdę w tym roku jeszcze taki bieg, w którym uda się wystartować. Z pewnością wskoczy on od razu do grupy moich ulubionych biegów. To nie ma tak, że jest jeden ulubiony bieg. Jest ich kilka, takich, które ciągle poziom trzymają tylko czasu na start bra

 

Samobójstwo, to nie jest rozwiązanie

Na początku, jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany i Dariuszu, wpływ balastu wagowego na nasze możliwości tuptające jest i będzie duży i tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Są może talenty biegowe wrodzone, którym żadna waga biegowa nie przeszkadza w osiąganiu super wyników, ale większość z nas takimi tuptającymi samorodkami raczej nie jest. Ola oczywiście masz rację, że samo bieganie nie kosztuje. W mniejszy czy większy sposób kosztowna jest otoczka, oraz to wszystko co powoduje, że bieganie nie jest samą sztuką dla sztuki, tylko daje nam ekstra ognia w postaci startów zorganizowanych mniej czy bardziej markowego sprzętu, jeżeli w takim ktoś gustuje. Ewelina całkowicie się z Tobą zgadzam. Każda pasja związana z taką czy inną aktywnością jest lepsza niż siedzenie przed telewizorem czy kompem w błogim nieróbstwie. Co prawda ma to swój urok, ale chyba nie taki, który dodaje nam ekstra życiowego kopa. Marku, może faktycznie rodzina nie chcieć upubliczniania takiej wiadomości, ale w takim przypadku można tylko napisać, że takie zdarzenie miało miejsce, bez podawania danych osobowych. Tak trochę ku przestrodze innym.

Cały czas po głowie mi biegają wydarzenia, których świadkiem byłem w ten weekend na osiemnastce córki, czyli samobójczej śmierci młodego chłopaka, który skoczył z 10 piętra Domu Studenckiego Maćko. Tak sobie myślę, że wybór takiej śmierci jest nie tylko aktem trudnej do zrozumienia desperacji, ale wręcz braku jakiekolwiek logiki w zaćmę umysłową wchodzącą. Nigdy nie wiem, czy akurat ktoś nie będzie szedł pod budynkiem i nie spadniemy na głowę, w najlepszym wypadku robiąc z niego kalekę do końca życia. Kiedyś już był taki przypadek. No, ale nie metoda jest tematem rozważań, tylko sam fakt podjęcia się takiej próby i zakończenia w taki sposób własnego życia.

Przerażające jest to, że w naszym kraju liczba samobójstw praktycznie z każdym rokiem rośnie . W 2012 roku byliśmy na 24 miejscu w skali całego świata. Rok później byliśmy już na 23 miejscu. Które obecnie zajmujemy miejsce nie mogłem znaleźć , ale wiadomo, że obecnie nasza średnia jest dużo wyższa niż ogólnoeuropejska. Od 1951 roku, czyli czasów stalinowskiej, najokrutniejszej i najbardziej bezwzględnej komuny, liczba samobójstw wzrosła o 300 %. Tyle,  ze wtedy ilość zgonów ogólnie była zapewne wyrównywana zakatowanymi w kazamatach UB i tymi, co zakończyli z kulą w tyle głowy. No, ale teraz nam doszły jeszcze wypadki samochodowe, których w tamtych czasach tylu nie było, bo nie było tylu samochodów.

No, ale wracamy do rosnącej liczby samobójstw w Polsce. Zastanawia mnie dlaczego nigdzie nie ma oficjalnych danych.  Czyżby problem był aż tak głęboki, że aż boimy się do niego przyznać?  Nie chcę tu wnikać ile jest w tym polityki i ogólnej sytuacji gospodarczej. Nie chce tutaj rozważać czy to jeszcze wina Komucha, wina Solidarucha, wina Tuska, jak to mawia jeden z polityków zwalający na innych, czy w końcu samej Dobrej Zmiany. A może tych, co nie chodzą na wybory. Zapewne wszystkiego po trochu, podsmarowane problemami rodzinnymi, społecznymi, może osobowościowymi wynikającymi z niemożliwości dopasowania się do ogólnie akceptowalnych oczekiwań społecznych. Jestem pewny, że to nie bywa jedna przyczyna, ale cykl jakiś zachowań, działań, przypadków, zdarzeń, które doprowadzają nas do stanu, z którego wydaje się, że nie ma już żadnego wyjścia. Ja wiem, tak naprawdę nie wiem ilu jest nas takich, którym przez głowę mniej czy bardziej wyraźne myśli samobójcze przez głowę nie przebiegły. Samemu mi się parę razy w życiu zdarzyło pomyśleć, czy powiedzieć głośno do siebie: „ skończę z tym wszystkim, bo wszystko gówno warte i albo się zastrzelić, albo powiesić, albo pójść upić. I 99% z nas w takiej sytuacji albo idzie się upić, albo przejdzie czy przebiegnie kawałek i głupie myśli z głowy mu uciekną. No, ale zawsze pozostaje ten 1%, który weźmie te myśli na poważnie i skończy ze sobą.

W tym momencie musimy powiedzieć sobie szczerze: to nie jest wyjście z sytuacji. Nawet jeżeli jesteśmy chorzy, mamy kredyty, straciliśmy pracę, żona nas opuściła czy zdradziła, kochanka za drzwi wystawiła, to zawsze jest inne wyjście z sytuacji. Nawet w medycynie cuda się zdarzają, kasę można nawet w lotto wygrać, jak się da losowi szanse, kredyt w końcu się spłaci, pracę znajdzie się nową, może lepszą, jeżeli będzie się jej szukało, żona może wybaczy, albo my jej wybaczymy, kochankę czy kochanka możemy mieć nowego czy nową. Zawsze jest inne wyjście niż bezwzględna kapitulacja  i odebranie sobie życia. To, tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Nie chcę tutaj rozważać, czy jest to oznaka odwagi, czy wręcz tchórzostwa. Tak jak jest napisane pod zdjęciem ten wpis prowadzącym . Trzeba być cholernie odważnym tchórzem, aby je popełnić. Napiszę tylko, że do niczego to nie prowadzi, bo jak nam się uda, to sami sobie odbierzemy szansę odzyskania czy naprawienia tego, co się zgubiło, czy spieprzyło.

Śmierć o której się nie mówi

Jak wspominałem w sobotę byłem na osiemnastce córki w Domu Studenckim Maćko. Mieliśmy tam wynajętą salkę i była super zabawa. W zasadzie była super do godziny 20.30. Wtedy przed oknami naszej Sali ( byliśmy na parterze) ujrzałem leżącego na plecach młodego człowieka, dookoła którego nachylało się dwóch innych młodzieńców. Po chwili podszedł do nich jeden znajomy, z którym byliśmy na tej zabawie. Nagle  błyskawicznie  przykląkł przy młodzieńcu i zaczął do reanimować. W chwilę później podjechała policja, pogotowie i straż pożarna.  Ciało przykryto, a następnie odgrodzono przed wzrokiem specjalnym parawanem.

Kiedy znajomy wrócił oczywiście od razu się zapytaliśmy, o co chodzi. Powiedział, że widział leżącego i nachylających się nad nim młodzieńców. Podszedł i spytał : „ co popiło się?”. A oni na to : „ nie on skoczył z 8 lub10 piętra”. Mówił, że próbował go reanimować, ale czuł, że wszystkie kości połamane, a z uszu popłynęła krew. Nie musze chyba dodawać, że młodzieniec nie przezył. Jak się dowiedzieliśmy, było to chłopak dwudziestoletni, student 1 roku Uniwersytetu Przyrodniczego.

Następnego dnia patrzeliśmy w naszą regionalną prasę, e-portale i… cisza. Jakby nic się nie stało. Są informacje o wypadku samochodowym, o odkryciu planetoidy, o jakiś pchłach, a o śmierci przy akademiku Maćko, ani słowa. Ani słowa, cisza, nic. Był człowiek, nie ma człowieka, life is brutal, full of zasadzkas and sometimes spadas z oknas. Pytanie, a może wcale nie spadł? Może nie skoczył, może ktoś mu pomógł? Nie wiem, więc się nie wypowiadam. Pod akademikiem od wczoraj pali się jeden znicz. I to wszystko. Kim był, dlaczego tak się stało, czy można mu było pomóc, kto popełnił tutaj zaniedbanie? Obawiam się, że nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Śmierć otulona medialna ciszą. Może tak musi być. Ale może ktoś jest w takiej samej sytuacji i także podobne myśli po głowie mu biegają. Rozejrzyjmy się dookoła, bo grzech zaniechania w takiej sytuacji wcale nie jest lepszy niż namawiania.

Powiedzmy sobie szczerze. Samobójstwo jest może najprostszym wyjściem z sytuacji bez wyjścia w której się znaleźliśmy, ale nie tędy droga. Ilu z nas w życiu dopadły myśli, że to już koniec, starczy, nie damy rady dalej. Owszem najprościej jest wziąć i skończyć z sobą, ale nie jest antidotum na wszystkie problemu. One znikną, ale się nie rozwiążą.