My, biegający psychopaci

Dzisiaj rano kiedy jechałem na parkrun nad ulicami jeszcze panowała szarówka. Po drodze bardzo sporadycznie przemknęła, przeszła jakaś jeszcze wczorajsza osoba. Ktoś spał na ławce, mając do nogi przytulony plecak, jakaś jeszcze w sylwestrowej kreacji pani szła chodnikiem odbijając się od jednego krawężnika do drugiego. Na miastem panowała cisza. Można napisać, że Poznań spał lecząc kaca po upojnej, sylwestrowej nocy.

A na Cytadeli w tym czasie zbierali się biegający. Mimo że w wielu głowach alkohol jeszcze szumiał, to jednak przygnani własnym nakazem wewnętrznym pojawili się na Cytadeli,by jak co tydzień w parkrun piąteczkę machnąć. Ku mojemu zdziwieniu kilka osób przybyło dzisiaj pierwszy raz, wkraczając do naszej biegowej, psychopatycznej rodziny. Bo trudno nazwać nas inaczej, jeżeli po sylwestrze przed 9 rano zbieramy się, by sobie pobiegać. I to nawet nie w sobotę, ale w tygodniu w wolny dzień. To jeszcze nic, ale o tym za kilka chwil.

W nocy i nad ranem nad Poznańskiem przebiegł deszcz, co okazało się bardzo brzemienne w późniejszym czasie. Dzisiaj na Cytadeli pokazało się ponad 120 osób, co biorąc po uwagę porę oraz dzień, było wynikiem bardzo godnym. Sam bieg mogę napisać, że zaliczyłem, gdyż z powodu dwugłowego, do którego jeszcze rano dołączyło kolano po prostu sobie przetruchtałem. Po przebiegnięciu naszej poznańskiej trasy okazało się, że tylko część biegających udała się do domów. Kilkadziesiąt osób zapakowało się w kilka, może nawet kilkanaście samochodów i udało się do niedalekiej Dąbrówki, gdzie o 10.30 miał się odbyć kolejny parkrun. Kiedy zebraliśmy się wszyscy już na miejscu w Dąbrówce, okazało się, że było nas ponad 90 osób, z czego ponad 60 z Poznania.

Muszę przyznać, że bieg po leśnej, miękkiej, zmoczonej i błotnistej trasie miał w sobie wyjątkowy urok. Na drzewami pojawiły się klucze ptaków wracające z ciepłych krajów. Czyżby oznaczało to koniec zimy? Zapach lasu, miękkość podłoża, konieczność unikania zdradliwych kałuż, w których można było spokojnie but zostawić powodowało, że ten bieg miał taki wyjątkowy urok. Przyznam szczerze, że czas miałem fatalny, jeszcze gorszy niż w Poznaniu, ale komfort biegu, mimo że trasa taka rozwodniona i rozbłocona dużo większy. Może właśnie z powodu że moja boląca noga lepiej się czuła na miękkiej nawierzchni. Muszę napisać szczerze, że super mi się dzisiaj biegło w Dąbrówce, mimo że czas był to bani. Biegowy początek nowego roku rewelacyjny.

Na koniec jeszcze jedna uwaga dotycząca psychopatów biegowych. Jak napisałem można tak nazwać wszystkich, którzy dzisiaj w stanie ulotnej radości po zabawie sylwestrowej pojawili się rano starcie. Jednak wszystkich nas przebił gość, który przyleciał wczoraj spod Londynu tylko po to, by wziąć udział w dwóch parkrun-ach. Był z nami i na Cytadeli i w Dąbrówce. Muszę przyznać, że nawet nam szczęki poopadały. Samemu przylecieć w czas Sylwestra ze stolicy światowego Parkrun czyli Londynu, gdzie mamy prawie tyle samo lokalizacji ile w całej Polsce ( 49 lokalizacji w okolicach samego Londynu, w tym Bushy Park, czyli kolebka całego Parkrun), przespać się, nie znając miejsca, okolicy, tras, języka tylko po to by mieć dwa parkrun więcej w portfolio biegowym, to dopiero trzeba być psychopatą. My także mamy podróżników parkrun-owych, ale chyba jeszcze nie aż tak hadcorowych. Ale wszystko przed nami. Tak sobie myślę, gdyby kiedyś urządzić festiwal parkrun-owy i zacząć o 9.00 w Poznaniu, potem o 10.30 w Dąbrówce, o 13.00 w Kościanie, o 15.00 w Lesznie, a zakoczyć o 18.00 w Gostyniu, to byłby klimat i wyzwanie. Ciekawe ile osób by je podjęło. No i ile przyleciało z innych krajów. Z drugiej strony w okolicy Londynu dużo byłoby to łatwiejsze do przeprowadzenia, ale Anglicy są chyba zbyt konserwatywni na takie pomysły…

Przejściowy, noworoczno – weekendowy czteropak startowy

No i zaczynamy ostatni weekend starego roku. Tak się akurat składa, że nowy rok zaczyna się równo z początkiem Nowego Roku. Jednak możemy już przyjąć, że zaczynający się wczoraj weekend jest przejściowym wprowadzającym nas prostą drogą w Nowy Rok. To będzie dla mnie w pewien sposób wyjątkowy weekend pod względem biegowym.

Pierwszy raz mi się zdarza, że w okresie 3 dni startuję w 4 biegach zorganizowanych. Ja wiem, że ktoś może napisać, co tam 3 parkruny i jedna dyszka. Toż to dla większości osób, które poważnie traktują swoje treningi pikuś, a nie wyzwanie. Może, jeszcze rok, jeszcze dwa miesiące temu bym tak samo napisał. Wiadomo, że moje czasy nigdy na kolana nie rzucały, ale by przebiec 5 i 10 jednego dnia, a po dniu przerwy machnąć jeszcze dwie piątki, nie robiło dla mnie większego problemu. Niestety zmieniły się trochę okoliczności przygotowawcze. Od prawie miesiąca biegam sporadycznie, dzieląc kilometry z urazem, który się przyczepił niczym rzep psiego ogona. Podczas biegania czuję kłucie w tylnej części uda i łydki. Może nie jest to jakiś przeszywający ból, raczej spory dyskomfort biegowy, ale biega się generalnie do pupy. Mogę śmiało napisać, że moja forma, stan przyggotowania i smopoczucie biegowego jest do … pupy, czyli zanurzone w mule sięgając dna. 

Co prawda od dwóch dni smaruję się zakupioną w aptece dicloziają, ale przez dwa dni raczej trudno naprawić czy raczej zregenerować nadwyrężone mięśnie. Dlatego dzisiaj przed pierwszą, a do tego bardziej skomplikowaną połową czteropaku ( w końcu piątka i dziesiątka) czuję wcale nie małą obawę, ale jak to się mówi, nie ma że boli, czasem musi. Z pewnością dzisiaj pobiegnę na dużym luzie nie goniąc czasu. Najważniejsze będzie by dobiec, a cała reszta… gonił to Stary Rok.

Dzisiaj z całą pewnością mogę napisać, że będzie się działo. I to takie działo, że niemal armata. Ale czy wypali, czy zrobi tylo puf i ledwie mruknie okaże się w okolicy godziny 13.00 Jedna jes pewne: żadnych życiówek, żadnego bicia czasu. Dzisiaj trzeba tylko dobiec. Chociaż przy moim obecnym stanie fizycznym, to tylko zmienia się w aż. Sam jestem ciekawy, jak to dzisiaj okaże. Z pewnością będę tuptał metodą na kalekę.A jaki wybiegnie z tego wynik i czy w ogóle, to się dopiero okaże. Dzisiaj może się dużo zdarzyć. Napisać mogę jedno: plan na dzisiaj mam, ale co z niego wybiegnie nie mam zielonego, różowego, ani żadnego innego pojęcia. 

Powstanie, którym nie lubimy się chwalić

Dzisiaj mija 99 rocznica wybuchu powstania wielkopolskiego.  „Było to jedno z czterech, obok powstania wielkopolskiego 1806 rokupowstania sejneńskiego w 1919 roku i  w 1920 roku, zwycięskich powstań w dziejach Polski. Pierwsze z polskich powstań z tamtego okresu, które umożliwiło realizację wszystkich założonych celów.” – źródło ciocia Wiki. Kiedy zerkam w program telewizyjny czołowych czterech stacji w naszym kraju, to praktycznie ani słowa, ani jednej pozycji programowej nawiązującej do tego wydarzenia. Kiedy mamy rocznicę oblanego krwią setek tysięcy i okupionego zniszczeniem naszej stolicy oraz rażącymi błędami dowódczymi powstania warszawskiego, to mamy całe bloki zawierające filmy dokumentalne, fabularne i każde inne. No, ale powstanie warszawskie idealnie wpisuje się w kreowany i tak hołubiony obraz naszego społeczeństwa jako nieprawnych romantyków, idealistów rzucających się bez żadnych szans powodzenia na przeważające siły, czy kawalerzystów okładających szablami czołgi.

Taki obraz został wpisany w naszą świadomość za czasów komuny, kiedy zależało by wmówić nam, że jako naród, Państwo nie jesteśmy w stanie racjonalnie działać i potrzebujemy „parasola ochronnego” przez innych ( czytaj Wielkiego Brata zza wschodniej granicy) nad nami roztoczonego. Powstanie Wielkopolskie zupełnie nie wpisuje się w ten tak hołubiony obraz naszej historii. Perfekcyjnie zorganizowane, przeprowadzone i co najważniejsze zakończone sukcesem. Pokazujące, że my Polacy jak chcemy, to potrafimy tak zorganizować zryw niepodległościowy, że mimo iż przez wszystkich nawet Warszawę zajętą bardziej terenami wschodnimi potraktowani po macoszemu na zasadzie co nam Poznań ważniejszy Lwów, to jednak zrobić tak, by odnieść całkowity sukces.

Jak widać po miejscu postania w historii oraz w świadomości naszego kraju powstanie to dzisiaj jest jakby ością w gardle przekazów propagandowych. Tak jakbyśmy sami się wstydzili, że potrafimy bez niczyjej pomocy coś wygrać. W ten sposób sami pogłębiamy nasze narodowe kompleksy, zamiast powiedzieć głośno i wyraźni: my też potrafimy, a Powstanie Wielkopolskie jest tego idealnym przykładem. Dzisiaj o 16.40, czyli w godzinie wybuchu powstania codzienny hałas miasta został rozdarty przez minutowy konert syren, a autobusy i tramwaje stanęły, by oddać cześć tym, którzy w pełni na to zasługują.

Podsumowanie 2 Biegu Niepodległości w Poznaniu

Kiedy trochę emocje biegowe i adrenalina opadnie można się pokusić o w miarę rzetelną, chociaż oczywiście przepełnioną subiektywnymi odczuciami ocenę Biegu Niepodległości, który wczoraj odbył się w Poznaniu.

Tak więc od początku. W piątek odbiór pakietów w jednej z hal MTP. Fajnie zorganizowane, nie było kolejek, super, że każdy, otrzymał na telefon sms-a ze swoimi odbiorczymi danymi. Wystarczyło podejść z telefonem pod swoje stanowisko, pokazać sms-a i gitara grała. Ja ktoś nie miał telefonu, to zawsze mógł sobie wydrukować, czy zapisać taką samą informację z maila. Dla kogoś, kto pracuje na drugą czy trzecią zmianę minusem były godziny otwarcia biura zawodów od 16 do 21, ale to było do ogarnięcia. Sam pakiet startowy z gatunku może nie aż biedy z nędzą, ale nie rzucał na kolana. Jedynie fajny duży worek, ale kiedy się zobaczyło zawartość worka, to śmiech pusty brał.

Bardzo fajnie zorganizowana strefa startu i sam start. Puszczanie biegających falami zgodnie z czasowymi możliwościami biegowymi super rzecz. Dzięki temu znajdowaliśmy w grupach osób, o porównywalnych możliwościach biegowych i cała grupa bez rozbijania mogła się trzymać razem. Co prawda mimo dosyć rygorystycznego przestrzegania wpuszczania osób do poszczególnych stref przez wolontariuszy parę osób z innych biegowych bajek się wkręciło trochę na „suchy ryj”, co widać na niektórych zdjęciach, ale były to sporadyczne przypadki. Kto wie, może te osoby mimo gorszych wyników w innych biegach, czy może braku takich wyników były na takim gazie, że bez problemu zaplanowany czas osiągnęły. Sama trasa, jej oznaczenie, wolontariusze na niej, jak pisałem wczoraj super, ekstra i w ogóle i w szczególe ,miód, malina i rewelka. Sama atmosfera, połączenie adrenaliny biegowej z nutką patriotyczną – rewelacja. Odczucie jedyne w swoim rodzaju. Z drugiej strony tak, jak to Paweł w komentarzu na Facebook napisał: brakowało oprawy na trasie, a nawet głupiej wody, tak trochę na odczepnego i bieg typowy robiony dla kasy. 

Dużym minusem brak miejsca po biegu, by usiąść, ochłonąć, i coś wypić, zjeść, generalnie się zregenerować. Mimo wszystko, wiadomo było, że w to listopad, raczej będzie zimno i rozgrzani po biegu, spoceni biegający, fajnie gdyby mogli gdzieś się schować i ochłonąć. Większość z nas jest już co prawda zahartowana i zimno nas nie rusza, ale ktoś to zaczyna i biegnie w zimnie, a potem spocony nie ma gdzie usiąść i trochę ogrzać, to mało halo. Do tego beznadziejne oznaczenie tego, co mają biegający robić po biegu. Spora grupa od razu po biegu skręcała z barierki i szła do domów nie wiedząc, że trzeba jeszcze kawałek przejść by dostać medal, a jeszcze dalej by wodę i rogalika. Pod względem informacyjnym na mecie kiepsko

Do tego fajny, bardzo oryginalny medal, ale czy aż tak wyjątowy i najpiękniejszy w kraju, jak to organizatorzy głosili, to mam wątpliwości. Jak pisałem wczoraj ładniejsze w moim odczuciu w mojej kolekcji. Po podsumowaniu wszystkich za i przeciw, które podczas nocy mi się nasunęły, to trochę mi ocena spadła z mocnej czwórki na czwórkę, ale ogólnie mimo paru niedociągnięć bieg super. 

Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

My amatorzy nigdy nie będziemy profi

Rano wrzuciłem tekst o bezpośrednim przygotowaniu startowym i co ono może dać nam kompletnym amatorom. Mimo tych rozważań i dobiegnięcia do wniosku, że nawet może się nam takie przygotowanie przydać, chcę mocno i zdecydowanie podkreślić jedno. Żaden z nas, takich prawdziwych tuptaczy amatorów, do których sam się zaliczam nie ma żadnych szans, by swoimi wynikami chociaż zbliżyć się do wyników zawodowców. Możemy sobie trenować jak oni, możemy robić nawet takie same kilometry, podbiegi, interwały, rytmy i cholera wie co jeszcze, ale i tak nie wybiegniemy nigdy poza amaorską skorupę swoich możliwości. Po prostu nie ma na to żadnej opcji. Nasze uwarunkowania i możliwości fizyczne, tlenowe, i każde inne powodują, że nasze miejsce w biegowym peleonie będzie zawsze zbliżone.

I tu nie ma znaczenia jak mocno do danego startu się przygotujemy. Możemy jeść pokonywaną trawę, wyciskać wodę z kamieni swoim upartym trenigiem, ale samych siebie nie przeskoczymy. Możemy poprawiać życiówki, cieszyć się jak dzieci z każdej kolejnej ukradzonej sekundy, ale to wszystko, na co nas stać. Kiedyś ktoś napisał, że biegi masowe, to jedyne takie miejsce, gdzie amator może zmierzyć się z zawodowcem i go pokonać. Zmierzyć, to się możemy wzrokiem, jeżeli spojrzenie takiego mistrza przez nas przebiegnie i na sekundę złapiemy błysk jego oczu. Bo tak naprawdę żaden zawodowiec nawet na nas nie spojrzy, no chyba że akurat jakimś cudem na starcie pchani poczuciem własnej mocy ustawimy się przed nim. Tyle, że nie będą to wtedy miłe słowa, którymi w swojej duszy nas obrzuci. Będziemy mogli się cieszyć, jeżeli głośno nie powie, co o nas myśli.

Tak, bieganie, a szczególnie biegi zorganizowane to bardzo specyficzna forma rywalizacji. 98-99% procent biegnących walczy ze swoimi słabościami, a pozostały jeden, góra dwa procenty walczy o kasę. Nam amatorom to tita i buczy, kto kasę zgarnie, bo my nawet nie myślimy, żeby do tych wyników się zbliżyć. Ostatnio znajomy po biegu się pytał: które miejsce zająłeś, czy coś wygrałeś? Kiedy mu powiedziałem, że nie biegam dla zarobku, tylko dla przyjemności, to zrobił wielkie oczy i spytał: to po cholerę wydajesz kasę, jeżeli możesz za darmo pobiegać po parku. Odpowiedziałem mu krótko: to po cholerę kupujesz ubrania, jeżeli możesz się odziać listkiem klonowym ( figowego u nas się nie znajdzie)

Ja, podobnie jak większość z nas  nigdy nie będziemy profi i się do nich nie zbliżymy. Ale to nie znaczy, że nie możemy biec za nimi po tej samej drodze i w tym samym biegu. A, to że przez to pakiet droższy, no cóż, ale walczymy z zawodowcami.

Wolna sobota z rana musi być wybiegana

Ostatnie tygodnie pod względem zawodowym, były trochę obciążone, więc kiedy wolna się zdarza, należy ją maksymalnie wypoczynkowo wykorzystać. A dla nas z pasją się oddającym tuptaniu wypoczynkowe wykorzystanie kojarzy się jednoznacznie. Jest to czas, by zaległe kilometry nadrobić. Oczywiście zaczynamy w sobotę rano, a podsumowanie następnego dnia w niedzielę. Dlaczego w sobotę z rana? A może lepiej się wyspać i popołudniu trochę kilometrów machnąć? Teoretycznie jest to jakiś pomysł. Jednak mamy tutaj zasadniczy minus. Kiedy się rano w łóżku zbytnio rozgościmy, to potem taki leń może nas złapać, że dobiegniemy do wniosku, że ten weekend będzie pod wezwaniem LB, czyli leżenia bykiem i posiadania wszystkiego w pompie, ewentualnie ukrytego głęboko w czterech literach.

Muszę przyznać, że jest w tym pewien urok, gdyż czasem takie pozbawione ruchu dni mogą komuś się przydać. To już jest uzależnione od naszego charakteru, czyli preferujemy nic nie robienie, czy nawet wypoczynkowo coś dziubać musimy. Ja z kolei wolę robić, niż zupełnie nie robić. Jednak by coś robić, trzeba wpierw się do stanu roboczego letargu wprowadzić. By to robić musimy się dodatkowo wzmocnić. Dlatego w sobotę z rana tuptanie smakuje jak śmietana. A gdzie najlepiej w sobotę rano może pobiegać tutpający amator? Oczywiście parkrun i Cytadela, czyli mój ulubiony bieg. Kiedyś tydzień w tydzień, a teraz kiedy się da. Ale to wcale nie znaczy, że gorzej, bo taki parkrun wyczekany nawet bardziej smakuje. Szczególnie, że oprócz parkrun jeszcze dodatkowe ekstra kilometry się dzisiaj zrobi.

W końcu wolna sobota jest jak święto. I takie święto należy godnie uczcić. A jak inaczej ja, skazany na bieganie mogę to zrobić, jak kolejnymi pokonywanymi kilometrami. Tak skazany na bieganie, temat na kolejny wpis. A może nie kolejny, czyli rozwinięcie tego. Tak jak sobie obserwuję moje tuptajace chwytanie chwili jest tym, co nadaje codzienności zupełnie innego smaku i pozwala w spokoju się z codziennymi trudnościami zmierzyć. Bo wraz z tysiącami podobnych jak ja fanatykami obojga płci jesteśmy skazani na tuptanie. Bo dzięki niemu czujemy prawdziwy smak życia. Starożytni by powiedzieli: tuptająco łapmy chwilę, bo nikt się nie dowie jakie nam życiówki szykują Bogowie.

Trenig, czyli reset umysłu

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Polemizator, do tematu w czym obecna młodzież niektóre tematy ogarnia lepiej od takiego podstarzałego ramola jak ja, wrócę w jednym z wpisów, które już w mojej wyobraźni się tworzą. Podejrzewam, że nawet jeszcze w tym tygodniu, ale wszystko w swoim czasie.

Ostatnie dni były z gatunku mocno obciążonych z różnych stron. Można napisać, że zarówno pod względem fizycznym, duchowym, jak i umysłowym czuję się z lekka obciążony. Ilu z nas zna to odczucie, kiedy jesteśmy tak wypluci, wymięci i przemieleni ze wszystkich stron. Największe marzenie, to się walnąć, odciąć od rzeczywistości i niech się wali co chce. Ale tak naprawdę, to nie wyjście. Zawsze nadbiegnie nowy dzień, nowe wyzwania, a my zwarci i gotowi w nowe zagadnienia się zanurzymy. Tylko jak zebrać się w sobie, by z nowymi siłami rano do boju się zerwać? Ciało wiadomo może w taki czy inny sposób się zregenerować. Różne są drogi do tej regeneracji prowadzące. Dla jednych to może być lenistwo, dla innych taka czy inna forma aktywności. No, ale ciało to tylko jedna trzecia naszych pokładów wyczerpania. Drugą jest duch. Tutaj także są różne formy regenracji. Ktoś może śmiechem, ktoś czytaniem, oglądaniem, czy także aktywności fizyczna ( już tak, żeby nie było, że ja tylko o bieganiu). No i mamy dwie trzecie naszego wyczarpania. No, ale to chyba ciągle jeszcze nie największe obciążenie, z którym przybiega nam się zmagać. Mamy jeszcze wyplucie umyslowe, którym ani czytaniem, ani ogladaniem, czyli jakimkolwiek innym obciążeniem umysowym. W tym przypadku klina klinem raczej nie da się wybić.

Odświeżenie, czyli reset umysłowy jest możliwy dzięki wysiłkowi fizycznemu. Wtedy, kiedy czujemy świeży podmuch wiatru owiewający naszą głowę, uśmiech słońca czy krople deszczu tańczące po naszej głowie czy policzkach. To właśnie w umyśle, pod wpływem wysiłku biegowego wytwarzają się endrofiny, czyli tzw. hormony szczęścia. Kiedy one obejmują w posiadanie nasze całe jestestwo to jesteśmy zresetowani i możemy w spokoju ducha czekać na nowy dzień. Dzięki resetowi umysłu cali nabieramy nowych życiowy mocy.

 

Co powinno się znaleźć w dekalogu biegających

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Adamie, trzymam kciuki za rozwój Twojej pasji. Powodzenia i do zobaczenia na trasach.

Niedziela jest to taki dzień, kiedy zdecydowana większość z nas ma czas wolny. Jakoś tak w zwyczajach społecznych się ułożyło, że jest to dzień, podczas którego możemy odpocząć. Oczywiście nie dotyczy to osób, które niestety muszą wtedy pracować, czyli różnych służb mundurowych, służby zdrowia, ośrodków użyteczności publicznej, gastronomi, usług dla ludności które są świadczone dzień w dzień czy handlu wielkopowierzchniowego. Z drugiej strony, jak tak pomyślimy, to wybiegnie na to, że my którzy nie musimy w niedziele pracować mamy szczęście, a tak naprawdę wcale nie ma nas aż dużo. W mojej branży także czasem zdarza się, że niedziela jest zajęta, ale na szczęście nie we wszystkie, a nawet są, przynajmniej jak na razie w zdecydowanej mniejszości. Inna sprawa, że sezon się zaczyna, więc może jeszcze potem być ciekawie.

Na razie jednak jeżeli niedziela była  wolna, więc trzeba ją było maksymalnie wykorzystać. My, którzy z taką radością pasji biegowej się oddajemy możemy czas wolny w jeden główny sposób uczcić. Możemy albo wystartować w biegu płatnym zorganizowanym, albo ruszyć na klasyczne niedzielne wybieganie, na takim dystansie, jaki nam najbardziej pasuje. Na razie to jest tylko wstęp, do głównego punktu dzisiejszego wpisu. Z racji, że niedziela niesie za sobą pewne religijne przesłania ( bez znaczenia ma tutaj fakt, kto w Kogo czy w Co wierzy), to warto by sporządzić coś w formie dekalogu, czyli zbioru nakazów natury fizyczno- duchowej, które powinny przyświecać każdej osobie biegającej. Tak sobie układam w moim amatorskim rozumku, co powinno się znaleźć w dekalogu osób biegających. Na razie to zupełnie luźna propozycja.  Może coś takiego:

  1. Przed treningiem, startem zawsze się rozgrzewaj.
  2. Pamiętaj, że trening jest Twoim najważniejszym posiłkiem biegowym, od niego zależy, czy Twoja pasja przetrwa chwile naturalnej niechęci.
  3. Nie musisz trenować codziennie, ale trenuj regularnie w ustalonych przez siebie dniach. Pamiętaj o wybieganiach.
  4. Każda osoba biegająca ma prawo do słabości. Od nas zależy, czy będziemy potrafili ją pokonać.
  5. Nie czyń innemu biegaczowi, co Tobie nie miłe. Nie blokuj szybszych, nie przepychaj się, pamiętaj o kulturze na trasie.
  6. Wszyscy jesteśmy tak samo ważni, a to że ktoś jest lepszym od nas biegaczem, nie musi znaczyć, że jest lepszym człowiekiem, podobnie, jak ktoś biega gorzej, nie znaczy, że jest gorszym człowiekiem.
  7. Szanuj innych, nie pozostawiaj upadłego samego na trasie. Twoja pomoc może komuś uratować życie.
  8. Każda osoba biegająca jest tak samo ważna na trasie, bo wszyscy walczymy ze swoimi słabościami.
  9. Pamiętaj o rozciąganiu, jest nie mniej ważne od samej rozgrzewki. Zasada jest prosta: przed startem się rozgrzewamy, po starcie rozciągamy.
  10. Nie zaśmiecaj tras biegowych. Nawet podczas biegu można dbać o środowisko. Wolontariusze to także ludzie i pamiętajmy, że pomagają nam z radością często za zwykłe dziękuję, więc nie ograniczajmy się w używaniu tego słowa.

W moim amatorskim odczuciu to są tematy czy zagadnienia, które powinny się znaleźć w dekalogu. Można je przerobić w 10 prostych, łatwych do zapamiętania  zdań. Ktoś może powiedzieć: ale po co coś takiego tworzyć, przecież i tak każdy, kto ma rozum o tym wie. No, ale o ogólnoludzkich zasadach spisanych w dekalogu czy innych obowiązujących nam zasadach, też wszyscy wiedzą, a jednak są spisane. Z radością poddam dekalog weryfikacji i zmienię pod wpływem osób, które bardziej profesjonalnie zerkają na temat.

Półmaraton, jakiego jeszcze chyba nie było

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Agnes oczywiście pełen szacunek i podziw dla Twoich zdolności kulinarnych. Trzy torty w jednym dniu? Jesteś mistrzynią i nic więcej nie dodam.

Od jakiegoś czasu na poznańskim rynku biegowym działa organizator filantrop pierwszej wody. Oczywiście piszę tutaj o Robercie dłużej znanym. Pierwszą jego wielką realizacją był oczywiście Bieg Powstania Wielkopolskiego zrealizowany 2 lata temu w ramach poznańskiego Parkrun. O tym biegu już praktycznie wszystko powiedziano i napisano, dlatego nie będę się powtarzał. Od jakiegoś czasu wprowadził do terminarza biegowego projekt Cytadela By Night, czyli cykl bezpłatnych biegów organizowanych w wybrane wieczorowe wtorki na Cytadeli, gdzie można pobiec do wyboru 5 lub 10 kilometrów po trasie parkrun. Oczywiście także z pomiarem czasu oraz poczęstunkiem po biegu. Do tej pory odbyło się w Poznaniu 5 takich biegów.

Jednak to wszystko Mu mało i Robert dalej rozwija swoje biegowo-organizacyjne wizje, rzucając się na coraz bardziej wymagające projekty. W najbliższy wtorek w Poznaniu o godzinie 19.00 przy Cytadeli wystartuje półmaraton, gdzie nie ma wpisowego, za to jest i pomiar czasu, woda, arbuzy, czekolada na trasie, a i z pewnością coś po także zostanie zaproponowane. Muszę przyznać, że bardzo mnie kusi i jeżeli nic służbowego mi nie wybiegnie, to z radością wieczorem pojawię się w miejscu startu. Jeżeli ktoś ma ochotę i czas, by we wtorek ot tak zgodnie z fantazją pobiec sobie 21 kilometrów, to serdecznie zapraszam https://www.facebook.com/cytadelabynight/?fref=ts . Można napisać, że bieg z gatunku takich, które się nie zdarzają, bo który Organizator nie chce na biegu zarobić, albo inne zaplanowane rezultaty osiągnąć. Jak widać jest taki jeden i mieszka od jakiegoś czasu w Poznaniu.

Tak jak napisałem wcześniej, jeżeli nic służbowego  nie stanie mi na przeszkodzie, to sam z największą przyjemnością się pojawię. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio biegłem w biegu zorganizowanym powyżej parkrun. Chyba właśnie był to jeden  biegów Cytadela By Night. Co prawda jest to w okolicach środka tygodnia, ale mimo wszystko łatwiej jest wyrwać się wiedząc, że jak się nie uda nic się nie stanie, niż zapisując się na Bieg Płatny, gdzie jak nie mogę pobiec, to trudno, moja strata. To po co ryzykować, że coś wypadnie? Dlatego właśnie nic płatnego mi się nie kroi. Wracając do pomysłów Roberta, to czekam na kolejny ruch, naturalną kolejną rzeczy jest oczywiście Królewski Dystans. Jest jeszcze jeden plus wtorkowego biegu. Jeżeli ktoś jest dopiero na początku swojej biegowej drogi i ma poważne wątpliwości, czy będzie potrafił, czy potrafiła dać radę, to zawsze po połowie trasy, czyli 10 kilometrach może w spokoju ducha się wycofać. A nawet wcześniej czy później, bo i tak nic nie traci, a biegnie dla sprawdzenia samego czy samej siebie.