Samoregulacja czy destrukcja rynku biegowego

Wczoraj jeden z czołowych komentatorów znanego i szanowanego portalu Maratony Polskie wrzucił ciekawy komentarz: „W tym miesiącu odwołano już 8 biegów i to nie wszystkie z powodu wichury. Jeśli organizator nie uzbiera z wpisowego , odwołuje bieg.” Jeden z komentujących cytowany wpis stwierdził, że działa zwykłe prawo rynku. Zgodnie z biznesowym prawem zostają tylko te imprezy, które mają w sobie jeszcze to coś więcej, niż zwykłe, byle jakie tup tup. Jak to zostało określone następuje samoregulacja rynku biegowego. Tak trochę jak w życiu, zostają najsilniejsi i ci co mają najwięcej do zaoferowania. Ci, którzy nastawiają się tylko na sam zysk z maksymalną przebitką, dając jak najmniej, na dłuższą metę mają iluzoryczne szanse na utrzymanie. I podobne zjawisko obserwujemy obecnie w bieganiu. Zawodów jest tyle, że biegający mają możliwość dokonywania najlepszych dla siebie wyborów, dokładnie zerkając, co organizator ma im do zaoferowania. Powoli kończy się zapisywanie dla zapisywania, a zaczyna wybieranie, przebieranie i szukanie tego, co jest dla nas najlepsze.

I tutaj nasuwa się pytane, gdyż mamy dwie tezy postawione w tytule. Czy następuje faktycznie autoregulacja czy może raczej destrukcja biegów płatnych zorganizowanych? Ktoś może wysnuć jeszcze jeden wniosek: a może Polacy ograniczają bieganie i następuje faza spadku zainteresowania miarowego poruszania nogami. Muszę przyznać, że widząc podczas moich treningów coraz więcej mijanych osób, które robią to samo co ja, to raczej bieganie jest ciągle w fazie wzrostu. Co nie zmienia faktu, że niektórzy organizatorzy zrobili dużo, by ograniczyć chęć ludzi do biegania. No, ale pasja ma to do siebie, że lubi bronić się sama. Jak mam być szczery, jestem bardziej zwolennikiem tezy, że rynek bardziej się reguluje niż kurczy.

Myślę, że jest jeszcze trzecia opcja, która ściśle kojarzy się z pierwszą opinią. Mamy zdecydowany przesyt startów zorganizowanych, do tego rosnące ceny i to wszystko powoduje, że biegający zaczynają być poirytowani sytuacją. W efekcie rezygnują ze startów płatnych zorganizowanych. Mają dwa wyjścia, albo zmienić pasję, albo przeskoczyć na biegi samotne, towarzyskie, czy w końcu parkrun, który co jakby stanowiło paradoks potwierdzający fakt ograniczania biegów płatnych rozwija się coraz bardziej. Mamy coraz więcej lokalizacji parkrun, który w niektórych przypadkach może stanowić pewne zagrożenie dla biegów płatnych, szczególnie na krótszych dystansach.

Ja jestem jeszcze z tego rocznika, co pamięta, kiedy gospodarka rynkowa wbiegała do naszego kraju. Oj działo się wtedy. Była to klasyczna wolna amerykanka, którą wielu starało się wykorzystać. Były afery i takie jaja, o których nasza obecna młodzież nawet nie śniła. No, ale mniej czy bardziej w końcu wszystko jakoś się uregulowało i zostało mniej lub bardziej uporządkowane. Do ideału dużo brakuje, ale powolutku zmierzamy w tym kierunku i może za dwa, trzy pokolenia będzie dobrze. I podobnie jest z bieganiem. Do ideału też jeszcze brakuje, ale nie jest już tak daleko, jak było kiedyś. I co najważniejsze, jest większa szansa, że zdecydowanie szybciej zostanie uregulowane, niż zostanie poddane działaniom destrukcyjnym.

Trzeba przyznać, że jest o co walczyć na rynku biegowym. Wpis ten prowadzą dane porównawcze z 2006 i 2015 roku. Jak widać w 2015 roku mieliśmy na rynku ponad 4 miliony biegających o niebotycznej wartości rynku na poziomie prawie 2 mld złotych. Czy i jak się zmieniło, to w tym roku, jak widać aż strach wrzucać dane do sieci. W zeszłym roku na stronie zdrowie,przegladsportowy  dojrzałem dane, ze biega około 22 procent naszych rodaków, czyli to będzie już około 6 milionów osób. Jeżeli przy 4 milionach mieliśmy wartość rynku na poziomie 4 milionów, to przy pięćdziesiąt procentowym wzroście biegających, jaka będzie wartość? To są dane z zeszłego roku. Czy w tym spadło? Mam poważne wątpliwości. Tu jest klient, tu jest kasa, więc jest o co i o kogo walczyć. Jak to mawiają Sycylijczycy: trzeba umoczyć dziubek. 

My amatorzy nigdy nie będziemy profi

Rano wrzuciłem tekst o bezpośrednim przygotowaniu startowym i co ono może dać nam kompletnym amatorom. Mimo tych rozważań i dobiegnięcia do wniosku, że nawet może się nam takie przygotowanie przydać, chcę mocno i zdecydowanie podkreślić jedno. Żaden z nas, takich prawdziwych tuptaczy amatorów, do których sam się zaliczam nie ma żadnych szans, by swoimi wynikami chociaż zbliżyć się do wyników zawodowców. Możemy sobie trenować jak oni, możemy robić nawet takie same kilometry, podbiegi, interwały, rytmy i cholera wie co jeszcze, ale i tak nie wybiegniemy nigdy poza amaorską skorupę swoich możliwości. Po prostu nie ma na to żadnej opcji. Nasze uwarunkowania i możliwości fizyczne, tlenowe, i każde inne powodują, że nasze miejsce w biegowym peleonie będzie zawsze zbliżone.

I tu nie ma znaczenia jak mocno do danego startu się przygotujemy. Możemy jeść pokonywaną trawę, wyciskać wodę z kamieni swoim upartym trenigiem, ale samych siebie nie przeskoczymy. Możemy poprawiać życiówki, cieszyć się jak dzieci z każdej kolejnej ukradzonej sekundy, ale to wszystko, na co nas stać. Kiedyś ktoś napisał, że biegi masowe, to jedyne takie miejsce, gdzie amator może zmierzyć się z zawodowcem i go pokonać. Zmierzyć, to się możemy wzrokiem, jeżeli spojrzenie takiego mistrza przez nas przebiegnie i na sekundę złapiemy błysk jego oczu. Bo tak naprawdę żaden zawodowiec nawet na nas nie spojrzy, no chyba że akurat jakimś cudem na starcie pchani poczuciem własnej mocy ustawimy się przed nim. Tyle, że nie będą to wtedy miłe słowa, którymi w swojej duszy nas obrzuci. Będziemy mogli się cieszyć, jeżeli głośno nie powie, co o nas myśli.

Tak, bieganie, a szczególnie biegi zorganizowane to bardzo specyficzna forma rywalizacji. 98-99% procent biegnących walczy ze swoimi słabościami, a pozostały jeden, góra dwa procenty walczy o kasę. Nam amatorom to tita i buczy, kto kasę zgarnie, bo my nawet nie myślimy, żeby do tych wyników się zbliżyć. Ostatnio znajomy po biegu się pytał: które miejsce zająłeś, czy coś wygrałeś? Kiedy mu powiedziałem, że nie biegam dla zarobku, tylko dla przyjemności, to zrobił wielkie oczy i spytał: to po cholerę wydajesz kasę, jeżeli możesz za darmo pobiegać po parku. Odpowiedziałem mu krótko: to po cholerę kupujesz ubrania, jeżeli możesz się odziać listkiem klonowym ( figowego u nas się nie znajdzie)

Ja, podobnie jak większość z nas  nigdy nie będziemy profi i się do nich nie zbliżymy. Ale to nie znaczy, że nie możemy biec za nimi po tej samej drodze i w tym samym biegu. A, to że przez to pakiet droższy, no cóż, ale walczymy z zawodowcami.

Samobójstwo, to nie jest rozwiązanie

Na początku, jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany i Dariuszu, wpływ balastu wagowego na nasze możliwości tuptające jest i będzie duży i tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Są może talenty biegowe wrodzone, którym żadna waga biegowa nie przeszkadza w osiąganiu super wyników, ale większość z nas takimi tuptającymi samorodkami raczej nie jest. Ola oczywiście masz rację, że samo bieganie nie kosztuje. W mniejszy czy większy sposób kosztowna jest otoczka, oraz to wszystko co powoduje, że bieganie nie jest samą sztuką dla sztuki, tylko daje nam ekstra ognia w postaci startów zorganizowanych mniej czy bardziej markowego sprzętu, jeżeli w takim ktoś gustuje. Ewelina całkowicie się z Tobą zgadzam. Każda pasja związana z taką czy inną aktywnością jest lepsza niż siedzenie przed telewizorem czy kompem w błogim nieróbstwie. Co prawda ma to swój urok, ale chyba nie taki, który dodaje nam ekstra życiowego kopa. Marku, może faktycznie rodzina nie chcieć upubliczniania takiej wiadomości, ale w takim przypadku można tylko napisać, że takie zdarzenie miało miejsce, bez podawania danych osobowych. Tak trochę ku przestrodze innym.

Cały czas po głowie mi biegają wydarzenia, których świadkiem byłem w ten weekend na osiemnastce córki, czyli samobójczej śmierci młodego chłopaka, który skoczył z 10 piętra Domu Studenckiego Maćko. Tak sobie myślę, że wybór takiej śmierci jest nie tylko aktem trudnej do zrozumienia desperacji, ale wręcz braku jakiekolwiek logiki w zaćmę umysłową wchodzącą. Nigdy nie wiem, czy akurat ktoś nie będzie szedł pod budynkiem i nie spadniemy na głowę, w najlepszym wypadku robiąc z niego kalekę do końca życia. Kiedyś już był taki przypadek. No, ale nie metoda jest tematem rozważań, tylko sam fakt podjęcia się takiej próby i zakończenia w taki sposób własnego życia.

Przerażające jest to, że w naszym kraju liczba samobójstw praktycznie z każdym rokiem rośnie . W 2012 roku byliśmy na 24 miejscu w skali całego świata. Rok później byliśmy już na 23 miejscu. Które obecnie zajmujemy miejsce nie mogłem znaleźć , ale wiadomo, że obecnie nasza średnia jest dużo wyższa niż ogólnoeuropejska. Od 1951 roku, czyli czasów stalinowskiej, najokrutniejszej i najbardziej bezwzględnej komuny, liczba samobójstw wzrosła o 300 %. Tyle,  ze wtedy ilość zgonów ogólnie była zapewne wyrównywana zakatowanymi w kazamatach UB i tymi, co zakończyli z kulą w tyle głowy. No, ale teraz nam doszły jeszcze wypadki samochodowe, których w tamtych czasach tylu nie było, bo nie było tylu samochodów.

No, ale wracamy do rosnącej liczby samobójstw w Polsce. Zastanawia mnie dlaczego nigdzie nie ma oficjalnych danych.  Czyżby problem był aż tak głęboki, że aż boimy się do niego przyznać?  Nie chcę tu wnikać ile jest w tym polityki i ogólnej sytuacji gospodarczej. Nie chce tutaj rozważać czy to jeszcze wina Komucha, wina Solidarucha, wina Tuska, jak to mawia jeden z polityków zwalający na innych, czy w końcu samej Dobrej Zmiany. A może tych, co nie chodzą na wybory. Zapewne wszystkiego po trochu, podsmarowane problemami rodzinnymi, społecznymi, może osobowościowymi wynikającymi z niemożliwości dopasowania się do ogólnie akceptowalnych oczekiwań społecznych. Jestem pewny, że to nie bywa jedna przyczyna, ale cykl jakiś zachowań, działań, przypadków, zdarzeń, które doprowadzają nas do stanu, z którego wydaje się, że nie ma już żadnego wyjścia. Ja wiem, tak naprawdę nie wiem ilu jest nas takich, którym przez głowę mniej czy bardziej wyraźne myśli samobójcze przez głowę nie przebiegły. Samemu mi się parę razy w życiu zdarzyło pomyśleć, czy powiedzieć głośno do siebie: „ skończę z tym wszystkim, bo wszystko gówno warte i albo się zastrzelić, albo powiesić, albo pójść upić. I 99% z nas w takiej sytuacji albo idzie się upić, albo przejdzie czy przebiegnie kawałek i głupie myśli z głowy mu uciekną. No, ale zawsze pozostaje ten 1%, który weźmie te myśli na poważnie i skończy ze sobą.

W tym momencie musimy powiedzieć sobie szczerze: to nie jest wyjście z sytuacji. Nawet jeżeli jesteśmy chorzy, mamy kredyty, straciliśmy pracę, żona nas opuściła czy zdradziła, kochanka za drzwi wystawiła, to zawsze jest inne wyjście z sytuacji. Nawet w medycynie cuda się zdarzają, kasę można nawet w lotto wygrać, jak się da losowi szanse, kredyt w końcu się spłaci, pracę znajdzie się nową, może lepszą, jeżeli będzie się jej szukało, żona może wybaczy, albo my jej wybaczymy, kochankę czy kochanka możemy mieć nowego czy nową. Zawsze jest inne wyjście niż bezwzględna kapitulacja  i odebranie sobie życia. To, tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Nie chcę tutaj rozważać, czy jest to oznaka odwagi, czy wręcz tchórzostwa. Tak jak jest napisane pod zdjęciem ten wpis prowadzącym . Trzeba być cholernie odważnym tchórzem, aby je popełnić. Napiszę tylko, że do niczego to nie prowadzi, bo jak nam się uda, to sami sobie odbierzemy szansę odzyskania czy naprawienia tego, co się zgubiło, czy spieprzyło.

PiSrealizm czyli sztuka po nowemu, politycznemu

Zdaję sobie sprawę z faktu, że znowu paru znajomym mocno podpadnę, że znowu politycznie się odnoszę w sposób taki, a nie inny, ale czasem, kiedy widzę absurdy, które jako żywo przypominają czasy po II Wojnie Światowej w naszym kraju, ale po drugiej stronie bieguna umiejscowione, to nie mogę się powstrzymać

Zacznę może od początku i co mnie natchnęło. Wczoraj sobie spokojnie oglądałem, jeden z moich bardziej lubianych seriali, czyli Komisarza Aleksa. Ku mojemu zdziwieniu obsada aktorska została wzmocniona ( chociaż w tym przypadku bardziej by pasowało osłabiona) przez jeszcze jedną aktorkę. Tak, jak generalnie nie przywiązuję zbytniej wagi do poziomu aktorstwa w tego typu pozycjach, tak tym razem poziom gry pani aktorki był tak słaby, że wręcz zaczął wpływać  na całość obrazu, więc musiałem aż sprawdzić, kto to jest. Okazało się że to Beata Fido, aktorka nominowana do nagrody Polskich Malin czyli za najgorszą rolę żeńską w obsypanym nominacjami  do tych mało chwalebnych nagród filmie Smoleńsk. I to zdobyła ten tytuł bez szans pozostawiając całą konkurencję. Jako ciekawostkę warto zaznaczyć, że pani aktorka jest prywatnie partnerką życiową kuzyna braci Kaczyńskich – Jana Marii Tomaszewskiego. Jak widać poprawność polityczna zaczyna obowiązywać w naszej sztuce. I to nie tylko w filmie.

Wpis ten prowadzi rzeźba Janusza Rakowskiego ( ciekawe czy jakaś rodzina Mieczysława) prezentująca postaci najbardziej znanych bliźniaków w naszym kraju. Jak widać sztuka ludowa także władzy się kłania.  W poezji, jeżeli tak można napisać także powstają już dzieła godne Wrażyka, Broniewskiego, Putramenta czy Woroszylskiego. Teraz mamy Selima Chwabijewicza
http://www.newsweek.pl/polska/oda-do-jaroslawa-kaczynskiego-selima-chazbijewicza-wiersz-o-kaczynskim,artykuly,396992,1.html
czy Jarosława Rymkiewicza
http://www.fronda.pl/a/rymkiewicz-do-jaroslawa-kaczynskiego-pan-jeszcze-cos-jest-winien-bratu,6139.html
.

Mamy też powieść beletryzowaną pt Bracia. Lech i Jarosław Kaczyński, oraz szereg innych „ Dlaczego Lech Kaczyński musiał zginąć”, „Lech Kaczyński ostatni wywiad”, „ Przebudzenie”, „ Przemysł Pogardy” czy „ Smoleńsk 2010”.

Do tego mamy obrazy np Hołd Smoleński, głównego kapłana religii smoleńskiego czyli Antoniego M. Można napisać krótko i na temat: nowa sztuka, nowa religia, nowa Polska, a jedna partia znowu nam świeci.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że to dopiero początek, a nasi poeci, reżyserzy, malarze, rzeźbiarze czy pisarze tworzą obraz nowego obowiązkowego nurtu w naszej narodowej sztuce. Mieliśmy kiedyś socrealizm, teraz mamy pisrealizm, niby coś innego, ale chyba nie do końca. Bieguny polityczne się zmieniły, forma przekazu i sposobu kreowania bohaterów pozostała.

Relacja z Biegu Wilczym Tropem,

Mimo toczącej mnie od ponad tygodnia grypy i brakach treningowych sięgających niemal dwóch miesięcy udałem się dzisiaj na Cytadelę, by w biegu oddać cześć żołnierzom wyklętym. W strefie startu byłem tuż po 9, witając się ze znajomymi i w końcu zgodnie z założeniem stanąć w strefie startu. Na początku przed startem wszyscy odśpiewaliśmy Hymn Narodowy, by w rytm słów Zbigniewa Herberta odśpiewanych przez Molika, Piętaka i Własnowolskiego ruszyć w trasę

 

Przezornie stanąłem pod koniec stawki, czując, że moje obecne siły są z lekka osłabione. No, ale biegnąć spokojnym rytmem w czasie około 5.40 na km, tak bez nerwów i na luzie. Dookoła tłum biegnących. Z racji że startowałem praktycznie z końca stawki, z każdym kilometrem przesuwałem się przodu. Niestety na trzecim kilometrze dopadł mnie taki atak kaszlu, że przez następne 2 kilometry rozsiewałem kaszlące bakterie na wszystkie strony. Do mety na 5 kilometrze się doczłapałem, znaczy dokaszlałem ale po piątce już zrezygnowałem i zbiegłem z wieloma innymi do mety. Musze przyznać, że miałem cholerną chandrę, ale nie było opcji by biec dalej. Już nawet nie podszedłem do strefy pobiegowej, by w wielkiej kolejce czekać na coś do nie wiadomo czego, tylko szybko udałem się do domu, by do stanu zdrowotnej użyteczności się doprowadzić

Co do samego biegu, oprawa super, co do spraw pobiegowych nie będę się wypowiadał, gdyż nie skorzystałem. Jak napisałem wcześniej biegowa chandra, ale trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Jeden wielki plus, że chyba odflegmiłem się na amen, pozbywając całej płucno-oskrzelowej zawiesiny. I albo legnę, albo już stanę zupełnie na nogi. Jutro zapewne będę wiedział, czy mnie postawiło to nogi, czy rozłożyło na amen. Jak to się mówi, pod względem zdrowotnym postawiłem wszystko na jedną kartę, czyli albo wóz, albo przewóz, albo wstanę, albo rozłożę się na amen. Otrzymałem dzisiaj albo zbawczy, albo rozkładający na amen pocałunek biegowy.

Na koniec może rozszerzę trochę temat samych żołnierzy wyklętych, gdyż ilu z nas naprawdę wie coś więcej na ich temat Zainteresowanych odsyłam do opracowania dr. Leszka Pietrzaka, na temat powstania antykomustycznego na ziemiach polskich po 1945 roku, które było ostatnim do tej pory oficjalnym wystąpieniem zbrojnym w naszym kraju przeciwko narzuconej z zewnątrz władzy:

„Najnowsze badania historyczne szacują, że przez wszystkie organizacje i grupy zbrojne antykomunistycznego podziemia  przewinęło się nawet 180 tysięcy ludzi. Niemal połowa wywodziła się z AK by działać następnie w strukturach DSZ i WiN. Około 30 – 40 tysięcy związanych było z podziemiem narodowym. Pozostali należeli do organizacji i grup o zasięgu lokalnym. W bezpośredniej walce poległo według najnowszych szacunków od 8 do 10 tysięcy ludzi podziemia a około 21 tysięcy zmarło w więzieniach i aresztach UB. Była to cena jaka zapłacili Polacy w pierwszym starciu z komunizmem – cena jak pokazują badania niemała.

Tak jak każda armia, również armia  antykomunistycznego podziemia miała swoich bohaterów i miała swoje Termopile. Nie zawsze  to byli bohaterowie bez skazy, ale na pewno walczyli o naprawdę wolną Polskę, nie wiedząc kiedy rzeczywiście ona nadejdzie. Walczyli z wiarą, że ich walka nie będzie nadaremna, nawet kiedy  poniosą klęskę. Zazwyczaj nie mieli rodzin ponieważ, jak  stwierdził jeden z nich „nie był czas ku temu”. Mieli również ludzkie słabości.

Byli jednak żołnierzami z krwi i kości, nawet jeśli nie byli zawodowymi wojskowymi. Mieli zazwyczaj 25 – 30 lat. Wojna pozbawiła ich możliwości zdobycia wykształcenia, chyba, że udało im się zdobyć przedwojenną maturę. Posiadali za to bogate doświadczenia walcząc najpierw z okupantem niemieckim, a następnie z komunistyczna władzą.  Mieli zazwyczaj silne cechy przywódcze i ogromny autorytet u podkomendnych. Na co dzień musieli zmagać się z trudami partyzanckiego życia, któremu bardzo często  towarzyszyła walka z przeważającym wrogiem i mordercza ucieczka przed przeważającymi siłami  NKWD i UB. Towarzyszyło im piekielne zmęczenie, strach przed beznadziejnym końcem. Jednak walczyli bardzo często do samego końca, dając potomnym przykład niesłychanej odwagi i hartu ducha.”

Nie raz już pisałem, dlaczego tematyka żołnierzy wyklętych tak bardzo jest mi bliska. Jak ktoś nie pamięta to:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kempi%C5%84ski
. Jak widać w naszej uważanej do 1956 roku praworządnej i nie stawiających zbytnich przeszkód sowieckim okupantom, także byli ci, dla który orzeł z koroną był bliski. Dlatego mimo choroby musiałem tam dzisiaj być.

Czas ruszyć na jeden z ważniejszych biegów w roku

Tak ogólnie bieganie wydaje się być wspaniałą pasją, jednak bez jakiejś głębi. Ot tuptamy sobie dla zdrowia, frajdy, walki ze słabościami, ale bez głębszego podtekstu. Jednak od czasu do czasu zdarzają się biegi z pewnym, jakby to nazwać podwójnym dnem. Takie, w których powinniśmy pobiec, gdyż są czymś więcej, niż tylko tuptaniem. Zaliczyć do takich biegów można z jednej strony różne biegi charytatywne, a z drugiej  o podłożu historycznym stanowiące naszą własną manifestację pamięci dla naszych przodków, którzy oddawali krew, a nie pot właśnie po to, byśmy teraz mogli bez obaw dzielić się naszymi przemyśleniami na każdy temat, bez obawy, że ktoś nas oskarży o różne wywrotowe wizje.

Do takich biegów możemy zaliczyć wszystkie Biegi Niepodległości, biegi różnych bitew, ale także dzisiejszy Bieg Wilczym Tropem, czyli do uczczenia pamięci tych, którzy po II Wojnie Światowej nie poddali się bezwolnie „wyzwalającym” nas okupantom z trochę bardziej ludzką niż niemiecką twarzą, ale także planujących nas zniewolić pod hasłami dyktatury proletariatu i wiecznej miłości polsko-rosyjskiej. Miłości której pocałunki i ślady po wzajemnym pożyciu znajdowaliśmy w grobach katyńskich, lasach syberyjskich, a także w dziesiątkach czy setkach innych mniej lub bardziej znanych miejscach.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z nas jest to temat drażliwy, o bardzo dwuznacznym podłożu. Ja nie mówię, że wszyscy żołnierze wyklęci, czy raczej przez Komunę przeklęci, byli łagodnymi idealistami, którzy także nie popełniali błędów. Jasne, że zdarzały się tutaj także przypadki mordowania niewinnych osób. Jednak to przez tych, co ze wschodu nadciągnęli nadeszły czasy zbrodni i krwi, a wszyscy, którzy potrafili niezależnie myśleć , z góry zostali skazani na eksterminację. Naszym nowym panom, trochę podobnie jak najeźdźcą hitlerowskim zależało, by w kraju mieszkał bezwolny proletariat, który nie potrafił niezależnie myśleć.  Cała reszta miała być wywieziona, eksterminowana i sprowadzona do pozycji niewolniczej. Jednak to właśnie ofiara wyklętych stanowiła siew, dzięki której pragnienie naszej niezależności i wolności w nas nie zaginęło. To właśnie z ich krwi i kości wyrosła nasza moc, która zmiotła w 1989 roku komunistyczne zniewolenie. To, czy umiejętnie odzyskaną wolność wykorzystujemy i kto na niej najbardziej korzysta to już zupełnie inna bajka.

Dlaczego dla mnie tak ważny jest to bieg, już nie raz pisałem, wiec nie będę się powtarzał Ja akurat dzisiaj muszę na Cytadeli pobiec.

Wyzwoleni przez gwałt

Ten tydzień pod względem biegowym będzie wyjątkowy . Najważniejsze, że sobie znowu tuptam i planuję, myślę, analizuję i rozważam I tak właśnie będzie w tym tygodniu, przede wszystkim dlatego, ze znowu planuję dwa starty zorganizowane. Jak nic się służbowego nie zdarzy, to w sobotę pojawię się na Cytadeli na parkrun, w niedzielę znowu na Cytadeli, ale tym razem dyszkę ku upamiętnieniu tak mi bliskich żołnierzy wyklętych. Zdaję sobie sprawę, że jest to dla wielu osób temat delikatnie mówiąc bardzo dwuznaczny. Raz, że wyrośliśmy na propagandzie z czasów PRL, kiedy uczono nas o bohaterskiej Armii Czerwonej wyzwalającej nasz kraj spod okupacji niemieckiej i rzucającym im kłody pod nogi działającym za żołdzie Amerykanów, oraz  Anglików „bandytów” spod znaków AK czy NSZ.

Niestety wyzwalanie naszego kraju nie wyglądało tak, jak w „Czterech Pancernych i Psie” nas uczono. Teraz otwartym tekstem można napisać, że Armia Czerwona biła wszelkie rekordy w gwałtach na Polkach. Zresztą z drugiej strony trudno im się było dziwić. Kilka lat bez kobiet, wkraczający na wrogie, albo podległe im ziemie polskie. No i efekt był taki, jak to w Polityce kiedyś napisano:

 
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/284023,2,czerwonoarmisci-siali-strach-kobiety-baly-sie-gwaltow.read

No i co tu dodać? Powiedzmy sobie szczerze to, o czym tak głośno się nie mówi, gdyż nie jest to politycznie wskazane. To Rosjanie w niewiele mniejszym stopniu odpowiadają za wybuch II Wojny Światowej. Zresztą w pierwszym jej okresie zajęli większy kilometrowo obszar niż Niemcy i dopiero po zaatakowaniu przez tych ostatnich wkroczyli na jasną stronę mocy. Ale tak naprawdę Rosjanie nigdy nie byli ci jaśni, co nasi „wyzwalani” przez nich rodacy doskonale wiedzą. I dlatego doskonale rozumiem jednego z członków mojej rodziny czyli porucznika Błyska, który oddał życie za zasady i Rzeczpospolitą bez bratniego, przepełnionego gwałcącą miłością sojuszu radziecko -polskiego.

Wpis ten prowadzi zdjęcie wyjątkowej rzeźby: ( cyt Poltyka ) „Temat kobiet gwałconych przez żołnierzy Armii Czerwonej w 1945 roku wrócił za sprawą rzeźby „Komm Frau”, autorstwa studenta gdańskiej ASP Jerzego Bohdana Szumczyka. Przedstawia ona mężczyznę w mundurze sowieckim, który leżącej pod nim kobiecie przystawia prawą ręką pistolet do twarzy. Lewą zaś chwyta za włosy. Rzeźba stanęła przy al. Zwycięstwa w Gdańsku w pobliżu czołgu upamiętniającym zdobycie Trójmiasta przez wojska radzieckie i polskie wiosną 1945 roku. „Pomnik przedstawia ostry gwałt, bez przemilczeń, bez uników. Przedstawia tragedię kobiet, która nie jest poruszana. Dużo płakałem z powodu tej rzeźby. Chciałem to z siebie wyrzucić. Też się boję tej rzeźby, nie jest tak, że się z niej cieszę” – mówił w mediach młody artysta.

Dzieło Szumczyka zostało usunięte przez służby miejskie po kilkunastu godzinach, a sprawą zainteresowała się prokuratura, która badała, czy nie doszło do nawoływania do nienawiści na tle narodowościowym.Szybko jednak zdecydowała, że śledztwa nie będzie wszczynać. „Artysta nie nawoływał, poprzez prezentowanie rzeźby, do nienawiści na tle różnic narodowościowych” – stwierdzili śledczy.

Ostro zabrzmiał protest ambasadora Federacji Rosyjskiej w Polsce Aleksandra Aleksiejewa, który w specjalnym komunikacie nazwał rzeźbę „wulgarną” oraz „pseudosztuką”. Według Aleksiejewa był to „wybryk”, który „znieważył pamięć ponad 600 tys. żołnierzy radzieckich, poległych w walce o wolność i niepodległość Polski”.

Jak widać Rosjanie sami ze swoja historią nie potrafią się pogodzić, cały czas budując swój obraz jako tych jednych sprawiedliwych. No cóż, jedyni sprawiedliwi gwałciciele, a w szczegółach zaś już siedział Beria, działając  rękami  bohaterskich oficerów UB. Obawiam się, że dopóki Rosjanie sami nie będą potrafili się uderzyć w pierś i przyznać do swojej faktycznej roli w historii II Wojny Światowej to ciągle będziemy żyli we wzajemnej ułudzie. W wyniku tej wojny to właśnie Rosjanie osiągnęli swoje cele budując dookoła siebie wianuszek podległych im państw, wyzwalając ich przez gwałt bohaterskich czerwonoarmistów. Niestety, dla Rosjan II Wojna Światowa zaczęła się 22 czerwca 1941 roku, a przedtem to była jakaś popierdółka, a nie wojna.

Punkt widzenia faceta czyli seks, polityka i pasja

Muszę przyznać, że ostatnimi dniami bardzo poważnie myślałem o dalszym sensie prowadzenia bloga. Z jednej strony fajnie jest mieć taką swoją intelektualną odskocznie, gdzie można wyrażać, czy też dzielić się swoimi takimi czy innymi przemyśleniami, a z drugiej ze względu na jasny temat przewodni mojego bloga powinienem się koncentrować tylko na jednym temacie. Z kolei dla mnie jest to stanowczo za mało, gdyż lubię ogarniać trochę szczerzej, czasem kontrowersyjnie, czasem  inaczej, a czasem zupełnie różne. Ale już taki jestem i myślę, że się nie zmienię.

Dlatego nie będę na razie likwidował bloga, raczej postaram się trochę inne treści trochę częściej przemycać. Ostatnio tak sobie myślę, że my faceci tak naprawdę jesteśmy bardzo prosto skonstruowani. Jeżeli nie czujemy jakiegoś głębszego religijnego, czy duchowego wyzwania, to nasze życie sprowadza się do dwóch głównych trójek życiowych. Pierwsza jest bardzo prosta, czyli praca, rodzina, oraz my facet. Dla tych z nas, którzy posiadają rodziny, to jest jasny formalny układ. Zawsze na pierwszym miejscu jest rodzina z pracą, a potem to trzecie, czy to co jest w nas jako w nas facetach. Jeżeli nie mamy rodziny, to zostaje praca, jeżeli nie mamy pracy, to rodzina, a jeżeli nie mamy ani jednego, ani drugiego, to na pierwszym miejscu jest zawsze to trzecie, czyli nasz męski punkt widzenia. Po prostu my jako facet, czyli co nas wyróżnia, co na interesuje, co nas pasjonuje.

Nie będę chyba odkrywczy, jeżeli na pierwszym miejscu postawię seks. On nas facetów zawsze kręci. Pocałunek, pieszczota, rozkosz we wszystkich gamach spełnień różnorako pojmowana. Jedni lubią na szybko, inni smakować, jedni prostymi metodami byle do celu, inni budują fundamenty budowli, w której pożar rozkoszy godzinami buzuje. Niezależnie kto z nas jakie ma potrzeby oraz możliwości w tym zakresie to seks jest i będzie dla nas wyjątkowo ważny.

Kolejny obszar, którym żyjemy, w którym się spieramy, który wyzwala u nas ogromne emocje to polityka. Niezależnie kto ma jakie przekonania, to potrafimy za nie nawet do noży chwycić podrzynając sobie gardła z nazwą ulubionego politycznego guru, czy też ugrupowania. Polityka może podzielić najlepszych przyjaciół, jeżeli ich spojrzenia na świat w tym zakresie są inne.

No i na końcu pasja, czyli coś ca nas łączy, co wyzwala takie, a nie inne gorące emocje, co powoduje, że nasze życie jest inne, ma sens i łączy nas z takimi samymi pasjonatami jak my. I tu nie ma znaczenia czy jest to bieganie, wędkarstwo czy szachy. Pasja na łączy, pasja wznieca ogień i odpowiada na pytania dotyczące sensu naszego życia. Dzięki pasji poznajemy nowych przyjaciół, dzięki którym smakujemy naszą pasję z różnych stron. Jednak pod jednym warunkiem. Że nie zaczniemy mówić o polityce, kiedy okaże się, że nasze preferencje są różne. Bo wtedy wszystko może się posypać. Możemy napisać śmiało: preferencje polityczne bardziej nas różnią niż seksualne. Bo to, że ktoś woli chłopców, jeżeli nie dobiera się do nas osobiście, a swoją orientacje zostawia dla siebie, to nam to tyta i buczy. Ale jeżeli ktoś śmie powiedzieć, że jego racja polityczna jest bardziej racjowata niż nasza, to się zaczyna. I wtedy pasuje nasz prawdziwy męski ogień.

Polak Polakowi Pisowcem

Zdaję sobie sprawę, że tym tekstem podpadnę mniej więcej połowie moich znajomych, ale co ja poradzę, że mam niewyparzoną gębę i jak widzę coś, co powoduje, że krew mnie zalewa, a wątroba obraca się w miejscu o 360 stopni i po zrobieniu takiego obrotu wraca na swoje miejsce, to nie mogę się powstrzymać i muszę to napisać.

Ja wiem, że można jedną partię bardziej wspierać niż inną, za jedną opcją bardziej się opowiadać niż za jeszcze inną, ale generalnie na zewnątrz przed Światem powinniśmy być jednością. W tej chwili mamy Polaka na jednym z najbardziej godnych stanowisk w historii, nie licząc oczywiście Papieża. Nawet Jerzy Buzek, który był Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, nie miał takiego wpływu na politykę naszego kontynentu, jaką ma obecnie Donald Tusk. Co ciekawe, zgodnie z zapowiedziami płynącymi z innych Państw jego kandydatura do reelekcji cieszy się poparciem wielu krajów. Nawet zbytnio rywala w wyścigu do jednego z najbardziej sztandarowych europejskich stanowisk nie do końca widać. Najśmieszniejsze jednak jest to, że największym oponentem kandydatury naszego Rodaka jest… Przewodniczący rządzącej obecnie Partii w naszym kraju. Co by było jeszcze śmieszniej Pan Przewodniczący nie tylko, że sam w sobie jest oponentem, to jeszcze robi w Europie krecią robotę, donosząc min do Kanclerz Niemiec, że planuje wysłać za Przewodniczącym Rady Europejskiej, europejski list gończy. Muszę przyznać, że kiedy to usłyszałem, to mnie zażyło. Tu nie biega o to, czy popieram pana Tuska czy nie. Ale o ile mnie pamięć nie myli, to kiedyś Polaków, którzy donosili na innych Polaków Niemcom określano jednym,  a w zasadzie dwoma prostymi słowami. Jedno polsko, a drugie niemiecko brzmiało. Nie będę przytaczał, gdyż kto coś z historii pamięta, to zapewne łatwo je sobie przywoła.

W historii mieliśmy kilku rodaków, którzy wpłynęli na historię Europy, a w naszym kontynentalnym spojrzeniu nawet świata. Pierwszym był Bolesław Chrobry, których zbudował podwaliny potęgi naszego kraju w skali Europejskiej, Władysław Jagiełło, który mimo że był Litwinem, to jednak jest uważany za naturalizowanego Polaka, Jan III Sobieski, który zatrzymał Turków i uratował naszego przyszłego zaborcę, Tadeusz Kościuszko czyli bohater Stanów Zjednoczonych oraz Polski,   Józef Piłsudski który zatrzymał pierwszą inwazję komunizmu na Europę, Jan Paweł II, Lech Wałęsa, Jerzy Buzek oraz właśnie Donald Tusk. Z racji, że dookoła dwóch z trzech wymienionych na końcu budowana jest taka, a nie inna historia, to mimo niewątpliwych zasług, są obecnie przez sporą część społeczeństwa dosyć dwuznacznie postrzegani, Szczególnie czarny PR jest budowany dookoła Lecha Wałęsy. Napiszę krótko: obecne działania propagandy jako żywo przypominają mi schematy stosowane w czasach PRL, kiedy wmawiano nam, że żołnierze AK w czasie II Wojny Światowej stali z bronią u nogi, a po wojnie stali się wrogimi agentami działającym na rzecz Waszyngtonu, Londynu, czy też Bonn. ( tak jest z Niemcami, to też było dwuznaczne). Natomiast jeżeli Lech Wałęsa był owym osławionym „ Bolkiem”, to można napisać, że jako agent był tak samo nieudolny, jak obecni politycy. Bo ja wierzę, że oni wszyscy, niezależnie z której strony do władzy się dorywają, to chcą dla nas wszystkich dobrze, tylko, że im to nie wychodzi. Ów legendarny niemal Bolek, chciał dla całego podziemia niepodległościowego źle, ale także zupełnie mu to nie wyszło.

Obserwując to, co obecnie dzieje się w naszym kraju, jako żywo przypominają mi najbardziej czarne momenty w naszym kraju. Znowu powstaje między nami mur, dzielimy się na tych lepszych i tych gorszych, a Polak Polakowi staje się Pisowcem. Z drugiej strony myślę, że dla PiS-u najlepszym rozwiązaniem byłoby trzymać Donalda Tuska jak najdłużej w Brukseli. Jeżeli w wyborach noga mu się powinie i wróci do Kraju,, to może zrobić opozycję, która postawi obecną sytuację polityczną na głowie.  Domyślam się, że zaraz z paru stron przez niektórych znajomych będę zaatakowany, że znowu wrzucam teksty skopiowane z różnych źródeł. Odpowiem krótko: jeżeli nie ma cytatu, ani podanego źródła, oznacza to, ze to moje autorskie przemyślenia. Jeżeli ktoś uważa inaczej, to proszę podać cytat i źródło, gdzie takie same słowa jak moje zostały użyte. Żeby było jasne. Zawsze jestem otwarty na rzetelną polemikę, opartą o wzajemny szacunek i pozbawioną bezsensownych kalumnii.

Polski Kabaret Polityczny

Jak zwykle od czasu do czasu mam zwyczaj przeskakiwać na trochę inne, niż biegowe tematy. Wiem, że znowu będzie, że ja nie lubię obecnie nam panujących i się czepiam, ale co ja poradzę, że kiedy ktoś, kto znajduje się u szczytów władzy wykorzystuje ją do ochrony swoich kuch i jeszcze robi to w sposób tak nieudolny, że aż śmieszny, to nie mogę się powstrzymać.

Ostatnio wszyscy żyjemy kolejną akcją w stylu filmu sensacyjnego o podłożu motoryzacyjnym z mistrzem kierownicy w roli głównej z elementem próby zamachu stanu, gdy młody chłopak w zabójczym seicento próbował zepchnąć z drogi niewinnie i zgodnie z przepisami wyprzedzający na podwójnej ciągłej pancerny samochód rządowy, w którym podążała jedna  z najważniejszych osób w naszym kraju, Jak podaje wszechwiedząca i nigdy nie kłamiąca strona rządowa samochody z panią premier na pokładzie  podążały z bardziej niż przyzwoitą prędkością w terenie zabudowanym, czyli 50 km/h. Z pewnością podążały zgodnie z obowiązującymi zasadami, że samochody rządowe powinny jechać zderzak z zderzak, a nie na zasadzie, że każdy jedzie jak mu fantazja nakazuje.  Muszę przyznać, że to chyba pierwszy przypadek na całym naszym globie, kiedy prywatny kierowca w małym samochodziku rzucał się taranować rządową kolumnę. No, ale może coś ciekawego po drodze pani Premier zauważyła , dlatego kierowca musiał nagle zwolnić i się stało, jak się stało. A może sam kierowca nie potrafił utrzymać się za jadącym przed nim samochodem prowadzącym na kogucie. Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli ktoś złamał szyk w kolumnie rządowej, to powinien zachować na drodze szczególną ostrożność, a nie jechać na zasadzie: z drogi śledzie,bo nie wiecie, kto ze mną jedzie. Tak na marginesie czekam, aż wielki, złotousty i wszystko wiedzący Polityk rządzącej Partii, wyskoczy z teorią o kolejnej próbie zamachu, bo kierowca seicento był ostatnio wiadomo gdzie  i przechodził specjalne szkolenie w siedzibie sami wiemy kogo.

Muszę przyznać, ze takiego politycznego kabaretu, jaki mamy teraz nie pamiętam. A trochę już lat przeżyłem i pamiętam różne rządowe popisy polityczne. Praktycznie każda z rządowych ekip poprzedzających obecną władzę miała na swoim koncie coś  mniej lub bardziej zabawnego. Ale ta bije wszystkie rekordy. Niedługo 90% dowcipów europejskich będzie się zaczynało: „bo w polskim rządzie…”, albo ” a w Polsce”. W sumie, może i byłoby to dla nas śmiesznie, gdyby nie to, że jest takie dla nas upokarzające i straszne. No, ale jak wybraliśmy tam mamy. Przynajmniej jest wesoło. Mamy na co dzień polityczno-gospodarczą  sensacje z elementami horroru, groteski a wszystko dobrą komedią podszyte.

Podsumować można krótko:

Gnała Premier razy klika                                                                                               Napotkała w fiacie wilka.

Macieju, widzę ze nie zrozumiałeś przesłania mojego wpisu. Ja nie śmiałem się chłopaka, bo bardzo mu współczuję, ale z tego, jak obecny rząd nawet w kolumnie pojazdów porządku i ładu utrzymać nie potrafi. Żyjemy w czasach, które jako specyficzne przejdą do historii. W zależności od tego, kto i kiedy będzie historię pisał, kto wie czy do przyszłości nie zostanie wysłany przekaz o próbie zamachu,