Zahartowany jak biegacz

Wiele jest powodów, dlaczego warto biegać. Można napisać, że na ten temat stworzono już całe epopeje. Dlatego nie będę po raz n-ty powtarzał tak nam wszystkim znanych argumentów. Chciałbym za to dzisiaj zatrzymać się na jednym, który jest nam co prawda znany, ale nie tak bardzo rozdmuchany. Tym tematem jest nasza odporność na różnego rodzaju infekcje. Nie chcąc być gołosłownym zatrzymam się na konkretnym przykładzie.

Jak pisałem wczoraj brałem udział w biegowym dwupaku. Najpierw na 9 parkrun, a potem na 12.00 nad Maltą Bieg Sylwestrowy. Na biegi wyszedłem ubrany sportowo jesiennie. Oznacza to przewiewną, nie za bardzo ciepłą pierwszą warstwę i na to koszulkę. To, że długie spodnie to wiadomo. Kiedy wyszedłem na dwór i okazało się, że jest na minusie, to z lekka zęby mi zaszczękały. Miałem dwa wyjścia. Mogłem się wrócić i przebrać, albo pojechać samochodem. Stwierdziłem, że co ja cienias jestem i pojechałem tak jak stałem komunikacją miejską. Raz się żyje ( ale też raz umiera). W czasie parkrun się najpierw w czasie biegu rozgrzałem, potem na mecie spociłem, czyli klasyka. A mróz mnie całował swoim lubieżnym lodowym językiem.

Po praktun na Maltę. Tam na szczęście przed startem mogliśmy się schować w specjalnie do tego przygotowanym pomieszczeniu. Po biegu powtórka z rozrywki z parkrun, czyli najpierw rozgrzanie, a potem spocenie. Po wszystkim na szczęście posiłek także w pomieszczeniu, czyli można było trochę ochłonąć, ale to nie zmienia faktu, że znowu w mrozie do domu. Kiedy dotarłem muszę przyznać, że ręce mimo rękawiczek miałem zgrabiałe, a na plecach czułem igiełki lodu. Po wszystkim szybko do wanny, gorąca kąpiel i czekałem na infekcję, która po takim czymś powinna z radością nadbiec. I co? I nic, dzisiaj czuję się jak młody Bóg. Co prawda z tym młodym, to może pobiegłem z ostro, ale co mi tam.

Tak na zakończenie w wielu przypadkach po biegach wydawało mi się, że muszę się rozłożyć, bo to nie jest normalne biegać w takich warunkach. A jednak nic się nie stało. Ja wczoraj byłem ubrany w długi rękaw, ale widziałem hardocorowców z krótkimi spodenkami i w koszulkach tylko z naramiennikami. Jak na nich patrzyłem, to muszę przyznać, że nawet mi się robiło zimno. No, ale jak ktoś się ściga, to musi być naprawdę lekko ubrany. Można napisać, że po ubraniu zimą poznasz jakie cel ma dana osoba przed sobą. Jeżeli biegnie całkowicie na krótko, to wiadomo ścigacz, biegnie po godne miejsce. Jeżeli typowo na długo, biegacz klasyczny. A jeżeli a grubo (widziałem nawet w kurtkach, to tuptacz turysta, chce się przejść, a powiedzieć, że przebiegł. Też tak można.

Indianie już trzeci rok chrust zbierają…

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie Małgorzato wielkie dzięki za życzenia, Tobie w tym roku także samych sucesów i radości we wszystkich możliwych dziedzinach. A jak się nasza pasja rozwinie? Zobaczymy czy będzie to rok w jakiś sposób przełomowy, czy tylko standardowy.

Dzisiaj trochę z innej bajki. Nadbiegł nam kolejny, już drugi w tym nowym roku weekend. Od początku roku nasi geniusze pogodowi zapowiadali, że to już ostatnie podrygi zimy, a weekend miał być ciepły i przyjazny i już zima miała uciec precz, a wiosna radosnymi promieniami słońca nas częstować. W zeszłą sobotę zapowiadali, że w poniedziałek, który w rzeczywistości radośnie mroźnie upłynął nadbiegnie ocieplenie. Wybiegła z tego kupa prawda. Zresztą jeszcze w niedzielę zapowiadali, że w poniedziałek będzie ciepło… Potem poniedziałek minął, wtorek podczas którego wieczorem spadł zdrowy, biały śnieg i wiosenne zapowiedzi klasyczny szlag trafił.

Wczoraj przebiegłem się z ciekawością po większości „poważnych” portali wstępując na chwilę do speców od pogody. I cóż ku mojemu zdziwieniu, co portal, to inne zapowiedzi. Gdzieś ma być zimno, gdzieś cieplej, gdzieś ma padać śnieg a gdzieś nawet deszcz. Brakuje tylko gradobicia, tajfunu kokluszu i cholery, chociaż te dwa czy dwie ostatnie, to z innej bajki. Podobnie w telewizji, co program, to inna pogoda. Prawdziwy pogodowy hokus-pokus. A dzisiaj miało być ciepło połowiczny sukces w przepowiedziach, rano było  na minusie i padał śnieg, a w południe słońce i ciepło.

Tak sobie dumam, wielka kasa zainwestowana w system przepowiadania pogody, jakieś satelity i inne takie. Do tego dodajemy doskonale wyedukowanych znawców od tematu. Takich, którzy na nauce związanej z odczytywaniem otrzymanych z kosmosu danych oraz pełnej i rzetelnej ich analizie wraz z umiejętnościami wyciągania poprawnych wniosków zęby zjedli. Zdobyli taką wiedzę, że nam szarym żuczkom  niemal tajemną się wydaje. Tak wiec przekazywanie tych danych, to nie powinno być oparte prognozowanie na przypadku . ręcz odwrotnie powinniśmy otrzymywać tylko jasne i klarowne informacje. Ale u nas wygląda na to, że nasi „znawcy” nie do końca swoją rzetelnością i wiedzą merytoryczną odstępują szamanom indiańskim, starym góralom czy słowiańskim Żercom i Wołchwom  w okresów Peruna, Pochwista czy Porenuta czy innych wymyślonych później przez współczesnych ludzi pióra Lelum Polelum czy jakiegoś Burzogrzmota Wielkiego. W sumie ich wróżenie zapewne nie było gorsze i częściej trafiało w realny stan pogodowy niż obecnych synoptyków. Gdyż w dawnych czasach ówcześni przepowiadacze byli z naturą na ty. Wsłuchiwali się w szepty przyrody i stamtąd wyciągali odpowiednie i często dużo prawdziwsze,  czy może raczej rzetelniejsze niż obecni geniusze wnioski.

Teraz zamiast symbiozy człowieka z naturą, mamy połączenie z różnymi wytworzonymi przez nas przyrządami, które mają za nas naturę skuteczniej analizować. Ale zapominamy o jednym szczególe. Natura jest żywa, podobnie jak my, a martwy wytwór naszych rąk nigdy z żywym organizmem przyrody nie nawiąże takiej relacji, jak ci wyśmiewani kapłani, górale czy szamani. Dlatego też sztucznym okiem przeprowadzona analiza zapewne w tym przypadku przegra z czującym pogodę dla wielu śmiesznym, gdyż opierającym się na swoim nosie i innych zmysłach czarownikiem natury. W sumie jak w tym starym dowcipie o indiańskim szamanie.

Podobnie jest z bieganiem. Wsparcie realnego, rzeczywistego doradcy biegowego czy jak kto woli trenera będzie zapewne  skuteczniejsze niż wyszukane w necie porady jak biegać szybciej. Nie ujmując nic tym poradom, one są praktycznie uniwersalne dla wszystkich bez rozróżnienia indywidualnych możliwości każdego z nas. A każdy z nas jest inny i ma inne możliwości i potencjał biegowy, czego komputerowa propozycja już nie rozróżni. Dla niej wszyscy jesteśmy tacy sami i tak samo możemy trenować. Rzeczywisty, realny doradca czy też trener, najpierw zobaczy jak biegamy, określi nasz potencjał i na tej podstawie przygotuje odpowiedni, indywidualnie pod nas opracowany plan treningowy. I co najważniejsze faktycznie określi granice naszych możliwości oraz szanse ich przekroczenia. Komputerowa aplikacja nie jest w stanie takiej analizy przeprowadzić.