My, biegający psychopaci

Dzisiaj rano kiedy jechałem na parkrun nad ulicami jeszcze panowała szarówka. Po drodze bardzo sporadycznie przemknęła, przeszła jakaś jeszcze wczorajsza osoba. Ktoś spał na ławce, mając do nogi przytulony plecak, jakaś jeszcze w sylwestrowej kreacji pani szła chodnikiem odbijając się od jednego krawężnika do drugiego. Na miastem panowała cisza. Można napisać, że Poznań spał lecząc kaca po upojnej, sylwestrowej nocy.

A na Cytadeli w tym czasie zbierali się biegający. Mimo że w wielu głowach alkohol jeszcze szumiał, to jednak przygnani własnym nakazem wewnętrznym pojawili się na Cytadeli,by jak co tydzień w parkrun piąteczkę machnąć. Ku mojemu zdziwieniu kilka osób przybyło dzisiaj pierwszy raz, wkraczając do naszej biegowej, psychopatycznej rodziny. Bo trudno nazwać nas inaczej, jeżeli po sylwestrze przed 9 rano zbieramy się, by sobie pobiegać. I to nawet nie w sobotę, ale w tygodniu w wolny dzień. To jeszcze nic, ale o tym za kilka chwil.

W nocy i nad ranem nad Poznańskiem przebiegł deszcz, co okazało się bardzo brzemienne w późniejszym czasie. Dzisiaj na Cytadeli pokazało się ponad 120 osób, co biorąc po uwagę porę oraz dzień, było wynikiem bardzo godnym. Sam bieg mogę napisać, że zaliczyłem, gdyż z powodu dwugłowego, do którego jeszcze rano dołączyło kolano po prostu sobie przetruchtałem. Po przebiegnięciu naszej poznańskiej trasy okazało się, że tylko część biegających udała się do domów. Kilkadziesiąt osób zapakowało się w kilka, może nawet kilkanaście samochodów i udało się do niedalekiej Dąbrówki, gdzie o 10.30 miał się odbyć kolejny parkrun. Kiedy zebraliśmy się wszyscy już na miejscu w Dąbrówce, okazało się, że było nas ponad 90 osób, z czego ponad 60 z Poznania.

Muszę przyznać, że bieg po leśnej, miękkiej, zmoczonej i błotnistej trasie miał w sobie wyjątkowy urok. Na drzewami pojawiły się klucze ptaków wracające z ciepłych krajów. Czyżby oznaczało to koniec zimy? Zapach lasu, miękkość podłoża, konieczność unikania zdradliwych kałuż, w których można było spokojnie but zostawić powodowało, że ten bieg miał taki wyjątkowy urok. Przyznam szczerze, że czas miałem fatalny, jeszcze gorszy niż w Poznaniu, ale komfort biegu, mimo że trasa taka rozwodniona i rozbłocona dużo większy. Może właśnie z powodu że moja boląca noga lepiej się czuła na miękkiej nawierzchni. Muszę napisać szczerze, że super mi się dzisiaj biegło w Dąbrówce, mimo że czas był to bani. Biegowy początek nowego roku rewelacyjny.

Na koniec jeszcze jedna uwaga dotycząca psychopatów biegowych. Jak napisałem można tak nazwać wszystkich, którzy dzisiaj w stanie ulotnej radości po zabawie sylwestrowej pojawili się rano starcie. Jednak wszystkich nas przebił gość, który przyleciał wczoraj spod Londynu tylko po to, by wziąć udział w dwóch parkrun-ach. Był z nami i na Cytadeli i w Dąbrówce. Muszę przyznać, że nawet nam szczęki poopadały. Samemu przylecieć w czas Sylwestra ze stolicy światowego Parkrun czyli Londynu, gdzie mamy prawie tyle samo lokalizacji ile w całej Polsce ( 49 lokalizacji w okolicach samego Londynu, w tym Bushy Park, czyli kolebka całego Parkrun), przespać się, nie znając miejsca, okolicy, tras, języka tylko po to by mieć dwa parkrun więcej w portfolio biegowym, to dopiero trzeba być psychopatą. My także mamy podróżników parkrun-owych, ale chyba jeszcze nie aż tak hadcorowych. Ale wszystko przed nami. Tak sobie myślę, gdyby kiedyś urządzić festiwal parkrun-owy i zacząć o 9.00 w Poznaniu, potem o 10.30 w Dąbrówce, o 13.00 w Kościanie, o 15.00 w Lesznie, a zakoczyć o 18.00 w Gostyniu, to byłby klimat i wyzwanie. Ciekawe ile osób by je podjęło. No i ile przyleciało z innych krajów. Z drugiej strony w okolicy Londynu dużo byłoby to łatwiejsze do przeprowadzenia, ale Anglicy są chyba zbyt konserwatywni na takie pomysły…

Jak planować w Nowy Rok, to z rozmachem

W ten nowy rozpoczęty właśnie rok moje życzenia dla Wszystkich, którzy mnie odwiedzają zacznę inaczej niż tradycyjnie się to odbywa.

Wczoraj zapewne wszyscy „parkruniarze” otrzymali list podpisany przez Paula Simona-Hewitta – założyciela parkrun. W liście tym mogliśmy przeczytać informację, że „W przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy otworzyliśmy więcej lokalizacji, niż kiedykolwiek wcześniej a liczba zarejestrowanych uczestników przekroczyła w mijającym roku cztery miliony. Ponadto, po raz pierwszy zanotowaliśmy milion ukończonych biegów w przeciągu jednego miesiąca, a do naszej rodziny dołączyły Suazi, Namibia, Norwegia, Finlandia oraz Niemcy. Obecnie, biegi parkrun organizowane są w ponad 1,300 lokalizacjach w 19 krajach.” Bardzo ciekawie prezentują się plany parkrun na najbliższe 10 lat: „  W tym roku wprowadziliśmy również nową kolorystykę naszej marki, która zastąpiła barwy towarzyszące nam od powstania naszej inicjatywy. W mijającym roku podjęliśmy również kroki w kierunku powstania organizacji non-profit rozpoznawalnej globalnie, jak również stworzyliśmy nową stronę internetową, która umożliwi nam publikację ponad miliona rezultatów uzyskiwanych w chwili obecnej w każdym miesiącu, i która docelowo będzie w stanie obsłużyć 12,000 lokalizacji parkrun w 25 krajach w przeciągu kolejnej dekady.”

Muszę przyznać, że robi to wrażenie. Pierwsze dni nowego roku są idealnym czasem, by planować, analizować, wytyczać sobie mniej lub bardziej realne do osiągnięcia cele. Większość z nas planuje na najbliższy czas i zatrzymuje się na naszych planach, które możemy określić jako mikro, zgodnie z naszymi możliwościami i zasobami. Jak widać Paul myśli delikatnie pisząc globalnie, tworząc imperium biegowe, z którym mało jaki projekt będzie się mógł równać. Bo, jeżeli teraz przy 1300 lokalizacjach mamy ponad 4 miliony tuptajacych na parkrun, to przy 12.000 będziemy mogli mieć prawie 40 milionów, czyli tylu biegających, ilu mieszkańców liczy cały nasz kraj. Jesteście w stanie ogarnąć tą wizję? Jest to coś nieprawdopodobnego. Wielu z nas zada sobie takie nasze polskie pytanie: ” co on z tego ma? Przecież takiego projektu się nie robi na zasadzie non profit, bo to jest chore.”Napiszę krótko, by coś takiego tworzyć, trzeba być wizjonerem w skali makro.A to jak rozumuje i odbiera Świat wizjoner w skali makro, jest zdecydowanie poza możliwosciami pojmowania wielu z nas. Dlatego nie rozważajmy jak, gdzie, dlaczego, tylko cieszmy się, że możemy w takim projekcie uczestniczyć i co tydzień spotykać się w naszej ulubionej loklizacji parkrun. Tak na marginesie, do Suazi bym się wybrał na parkrun. To byłby klimat. Jedno z najmniejszych państw Świata, gdzie mieszka niecałe 1.5 mln ludzi, a ma własny parkrun.

Natomiast nam wszystkim pod ten rok, który od dzisiaj trwa realizacji wszystkich naszych mikro planów, które jednak dla nas są najważniejsze na świecie. No chyba, że ktoś ma podobną rozmachem wizję jak Paul, a wtedy jej realizacji z całego serca życzę. Niech w ten Nowy Rok cała kula ziemska będzie dla naszych pomysłów polem do realizacji.

Przejściowy, noworoczno – weekendowy czteropak startowy

No i zaczynamy ostatni weekend starego roku. Tak się akurat składa, że nowy rok zaczyna się równo z początkiem Nowego Roku. Jednak możemy już przyjąć, że zaczynający się wczoraj weekend jest przejściowym wprowadzającym nas prostą drogą w Nowy Rok. To będzie dla mnie w pewien sposób wyjątkowy weekend pod względem biegowym.

Pierwszy raz mi się zdarza, że w okresie 3 dni startuję w 4 biegach zorganizowanych. Ja wiem, że ktoś może napisać, co tam 3 parkruny i jedna dyszka. Toż to dla większości osób, które poważnie traktują swoje treningi pikuś, a nie wyzwanie. Może, jeszcze rok, jeszcze dwa miesiące temu bym tak samo napisał. Wiadomo, że moje czasy nigdy na kolana nie rzucały, ale by przebiec 5 i 10 jednego dnia, a po dniu przerwy machnąć jeszcze dwie piątki, nie robiło dla mnie większego problemu. Niestety zmieniły się trochę okoliczności przygotowawcze. Od prawie miesiąca biegam sporadycznie, dzieląc kilometry z urazem, który się przyczepił niczym rzep psiego ogona. Podczas biegania czuję kłucie w tylnej części uda i łydki. Może nie jest to jakiś przeszywający ból, raczej spory dyskomfort biegowy, ale biega się generalnie do pupy. Mogę śmiało napisać, że moja forma, stan przyggotowania i smopoczucie biegowego jest do … pupy, czyli zanurzone w mule sięgając dna. 

Co prawda od dwóch dni smaruję się zakupioną w aptece dicloziają, ale przez dwa dni raczej trudno naprawić czy raczej zregenerować nadwyrężone mięśnie. Dlatego dzisiaj przed pierwszą, a do tego bardziej skomplikowaną połową czteropaku ( w końcu piątka i dziesiątka) czuję wcale nie małą obawę, ale jak to się mówi, nie ma że boli, czasem musi. Z pewnością dzisiaj pobiegnę na dużym luzie nie goniąc czasu. Najważniejsze będzie by dobiec, a cała reszta… gonił to Stary Rok.

Dzisiaj z całą pewnością mogę napisać, że będzie się działo. I to takie działo, że niemal armata. Ale czy wypali, czy zrobi tylo puf i ledwie mruknie okaże się w okolicy godziny 13.00 Jedna jes pewne: żadnych życiówek, żadnego bicia czasu. Dzisiaj trzeba tylko dobiec. Chociaż przy moim obecnym stanie fizycznym, to tylko zmienia się w aż. Sam jestem ciekawy, jak to dzisiaj okaże. Z pewnością będę tuptał metodą na kalekę.A jaki wybiegnie z tego wynik i czy w ogóle, to się dopiero okaże. Dzisiaj może się dużo zdarzyć. Napisać mogę jedno: plan na dzisiaj mam, ale co z niego wybiegnie nie mam zielonego, różowego, ani żadnego innego pojęcia. 

Najpierw bieganie, a potem świąteczne śniadanie,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Masz rację Robercie później poznany biegać, a potem jeść, ale do tego tematu zaraz przejdę.Dzisiaj rano zerwałem się z łóżka w okolicy 6 rano. Wiem, że to zboczona pora na wstawanie w czas świąteczny, czego potwierdzenie był miarowy oddech śpiącej reszty rodziny. No cóż, jak oni śpią, to ja wstaję i cichutko tup, tup na Cytadelę się udaję. W tym momencie nasuwa mi się refleksja. Postanowiłem przerobić stary dowcip na jego dopasowaną do naszych zasad wersję. W badaniu ankietowym pytano: biznesmena, pracownika szeregowego i biegacza czy lepiej mieć żonę czy kochankę (ewentualnie męża czy kochanka). No i biznesmen mówi że kochankę, pracownik szeregowy, że żonę, a biegacz że i żonę i kochankę (męża – kochanka). „ Jak to? ”pytają. „ Ano tak, żona (mąż) rano myśli że jestem u kochanki ( kochanka), kochanka(kochanek), że u żony, a ja tup tup i na parkrun. Bo w końcu kto rozsądnie myślący wpadnie na myśl, że można się tak wcześnie rano w Święta czy inny wolny sobotni dzień zrywać, by jechać na drugi koniec miasta, by 5 kilometrów sobie pobiec.

I mimo że był to czas świąteczny,chłód Poznań ogarnął, to jednak ponad 170 osób dzisiaj na Cytadeli się pojawiło. Wszyscy w większości po lekkiej porannej przekąsce, ale przed oficjalnym świątecznym śniadaniem. Tak jak porozmawiałem przed startem, to wszyscy potwierdzili, że oficjalne świąteczne śniadanie dopiero po parkrunie. No, a p śniadaniu płynnie przebigamy dzisiaj w obiad, deser, kolacje i nocne przegryzanie. W końcu dzisiaj dzień Wielkiego Ż. No, ale nie było czasu na zbyt długie pogaduszki, gdyż nasz Wódz Koordynator czasami rządzący, czyli Robert wcześniej poznany zawołał nas na start. Pogoda dzisiaj do biegania idealna, co prawda nie mająca wiele wspólnego z bożonarodzeniową aurą, ale dla nas taka, jaką biegający lubią najbardziej. Słoneczko, chłód, ale nie mróz, jednym słowem żyć, biegać nie umierać.

Sam parkrun, jak zawsze, czyli pełna radość i swoboda tuptania na niezbyt wymagającym dystansie 5 kilometrów. Co prawda z powodu cholernego urazu, który od ponad tygodnia się przyczepił i za cholerę nie chce puścić, biegłem na dużym luzie i spokoju, ale dobiegłem. Nie było w wynikach ognia i przytupu, nawet jak na moje ograniczone warunki, ale co najważniejsze w spokoju i radości ducha mój 214 parkrun zaliczyłem. Oczywiście na mecie spotkałem Grzesia, który wypatrywał czy jestem i może czy znowu kolejny bieg nadrobi. No, ale nie tym razem. No, ale jeszcze na przełomie grudnia i stycznia trzy szanse będą. Zresztą nadchodzący przełom tygodnia i roku pod względem biegowym ostro się zapowiada Najpierw 30 grudnia parkrun, a po nim od razu dycha noworoczna na Malcie. Potem 31 na 1 zabawa, a rano 1 stycznia kacrun, znaczy się parkrun podwojony, najpierw na Cytadeli, a potem na 10.30 w Dąbrówce. Oj, będzie się działo, kiedy wężykiem pobiegniemy… Na koniec jeszcze jedna rekordowa informacja. Dzisiaj Marysia – córka Roberta później poznanego ukończyła swój setny parkrun. Niby nie ma w tym nic niezwykłego, bo w końcu 100 parkrun na rozkładzie ma już tysiące osób biegających. Tyle, że Marysia ma lat 12 w swojej kategorii wiekowej jest w naszym kraju drugą dopiero juniorką, która tyle razy wykazała się hartem ducha i uporem by rano na Cytadeli się pojawić, kiedy jej rówieśniczki i rówieśnicy smacznie śpią, albo poranne kreskówki oglądają.. 

Historia pewnej biegowej rywalizacji

Zgodnie z zapowiedzią chciałem dzisiaj wrócić do pewnej biegowej rywalizacji. Zazwyczaj, kiedy słyszymy słowo rywalizacja połączone z bieganiem, to skojarzenie jest proste: kto szybciej pobiegnie, kto osiągnie lepszy czas, kto stanie na podium, a kto nie. I jest to jasna i logiczna rywalizacja, która odbywa się między osobami o zbliżonych możliwościach, czy też potencjałach biegowych. Jednak są takie obszary biegowej rywalizacji, gdzie całkowity amator, biegający na bardzo przeciętnym poziomie czasowym może rywalizować z prawdziwym biegowym ( może w zakresie amatorskim), ale mistrzem.

Ostatnio pod jednym z moich wpisów znalazł się następujący komentarz: „… Nie mniej jednak jestem przekonany, że w liczbie parkunów Cię dogonię, to nic osobistego w zupełności Cię rozumiem, też miewam raz na kilka miesięcy ,,kryzys parkrunowy ” jednakże musiałem znaleźć coś co wywołała we mnie dodatkową motywację, bo pamiętam taki okres jak po pokonaniu pierwszej setki parkun, że przecież 109 czy 110 nie robi takiej różnicy, teraz tą motywację jesteś Ty ! Zacząłem prowadzić statystyki od stanu 169-118 ( parkrun 196, 7 maj 2016 ) więc jestem optymistą

Autorem tego wpisu był jeden z naszych parkrun mistrzów, czyli Grzegorz. Porównania naszych potencjałów biegowych nawet nie robię, bo co ja, gdzie moja życiówka na parkrun jest na poziomie 23 minut z hakiem mogę napisać do Gościa, którego życiówka jest na poziomie 17 minut i 32 sekund. Biegowego Sprintera, który w swoich 171 poznańskich biegach 27 razy był na biegowym podium, 6 razy wygrał, 11 razy był drugi, a 10 razy trzeci.  Jeżeli do tego dodamy wyjazowe gościnne wygrane w Katowicach, Gostyniu, Kutnie, Gorzowie Wielkopolskim, drugie miejsca w Gotyniu, Kołobrzegu, Toruniu, Wroclawiu, Kutnie, a trzecie w Kaliszu czy Lesznie, to mamy w 195 biegach około  38 miejsc na podium. Klasyczny biegowy kosmita. Gdzie tu jakiekolwiek porównanie i kto tu czyją powinien być motywacją. To tak, jakby polonez z pełnym bakiem gonił na torze Indianapolis Motor Speedway Ferrari w przygotowaniu startowym. Tyle, że Grzesiu nie może być moją motywacją, bo ja nawet nie mogę śnić, by zbliżyć się do jego zakresu czasowego. Jak widać po komentarzach Grzesiu sobie upatrzył mnie jako swojego motywatora przychodzenia na parkrun. Muszę przyznać, że dla przeciętnego biegacza jak ja ten fakt jest ogromnie nobilitujący, chociaż zdaję sobie sprawę z faktu, że wcześniej czy później z pewnością mnie dogoni. Jest to spowodowane moją nową pracą. Jak już parę razy napisałem od ponad roku działam w branży eventowej, i bardzo często realizacje mamy w czasie weekendów. Eventy dzielimy na trzy główne grupy: wyjazdy integracyjne, pikniki oraz różne wieczorne zabawy, gale i inne hulanki czy też swawole. W przypadku integracji wygląda to tak, że w piątek wyjeżdżamy, w sobotę wracamy, lub w sobotę wyjeżdżamy i w niedzielę wracamy. Kiedy mamy piknik to cała sobota od wczesnych godzin rannych na nogach, bo trzeba go rozstawić. W przypadku imprezy nocnej, także trzeba jakoś się od rana przygotować, no ale jest opcja by rano parkrun, a potem na rozstawianie, tyle co, jeżeli jst to gdzieś, gdzie nie ma parkrun? . Dlatego nie ma opcji przy Grzegorz przy swojej wytrwałości i uporze mnie nie dogonił.

Nie zmienia to faktu, że tak długo jak się da będę Grzegorzowi uciekał. Na razie mam 212 parkrun na swoim rozkładzie, Grzegorz 195, więc jeszcze bezpiecznie na kilka eventów mogę pojechać. Chociaż coś mi biega po głowie, by wyrównać trochę szanse.

Niepodległościowe Szaleństwo Biegowe

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany masz rację, wczoraj pogoda na bieganie była idealna. 

Przed nami jeden z najbardziej rozbieganych weekendów i to chyba nie tylko w naszym kraju. Nie licząc pakrun oraz innych biegów z gatunku nie dotyczących wiadomego tematu obliczyłem korzystając tylko z jednej aplikacji, że odbędą się w naszym kraju 32 biegi pod flagą niepodległości rozgrywanych

 

2017-11-11

Bieg niepodległości

10km 000m

PL

Gdynia

2017-11-11

5. PKO Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Rzeszów

2017-11-11

Bieg niepodległości

10km 000m

PL

Kępno

2017-11-11

Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Warszawa

2017-11-11

Poznański Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Poznań

2017-11-11

4. Krakowski Bieg Niepodległości

11km 000m

PL

Kraków

2017-11-11

XXVI Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Czechowice-Dziedzice

2017-11-11

Niepodległościowa Jedenastka

11km 000m

PL

Biały Kościół k/Krakowa

2017-11-11

Bieg niepodległości z wasem

10km 000m

PL

Wrocław

2017-11-11

Ostrowieckie Biegi Niepodległości 2017

10km 000m

PL

Ostrowiec Świętokrzyski

2017-11-11

Bieg niepodległości

10km 000m

PL

Kraków

2017-11-11

Bieg niepodległości

10km 000m

PL

Żagań

2017-11-11

Bieg niepodległości

10km 000m

PL

Kraków

2017-11-11

Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Oborniki Wlkp.

2017-11-11

XXIX Goleniowska Mila Niepodległości 2017

10km 000m

PL

Goleniów

2017-11-11

7 Luboński Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Luboń

2017-11-11

XXVII Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Malbok

-11-11

6. GÓRSKI BIEG NIEPODLEGŁOŚCI O PUCHAR WÓJTA GMINY NOWA RUDA

10km 000m

PL

Świerki

2017-11-11

17. Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Białystok

2017-11-11

V Bieg Niepodległości

11km 000m

PL

Wolsztyn

2017-11-11

Gnieźnieński bieg niepodległości

11km 000m

PL

Gniezno

2017-11-11

XXI Bieg Niepodległości Łubianka Grand Prix Cross 2017
(rywalizacja drużynowa)

11km 000m

PL

Pigża

2017-11-11

XXVIII BIEGI NIEPODLEGŁOŚCI oraz II Marsz Nordic Walking
(rywalizacja drużynowa)

10km 000m

PL

Turek

2017-11-11

III Biecki Bieg Służb Mundurowych i nie tylko

10km 000m

PL

Biecz

2017-11-11

XXVIII Biegi Niepodległości

10km 000m

PL

Turek

2017-11-11

IV Elbląski Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Elbląg

2017-11-11

XXVIII Bieg Legionów

10km 000m

PL

Ustroń Legionów

2017-11-11

Bieg niepodległości

10km 000m

FI

Turku

2017-11-11

I Olsztyński Bieg Niepodległości

10km 000m

PL

Olsztyn

2017-11-11

Jedenastka na 11 listopada

11km 000m

PL

Oświęcim

2017-11-11

XXIV OGÓLNOPOLSKI BIEG NIEPODLEGŁOŚCI

10km 000m

PL

Góra


Potem jeszcze 12 listopada Szkarżysko Kamienna oraz Kielce

Trzeba przyznać, że to wyjątkowy projekt biegowy. Można się nawet pokusić o określenie: biegowy przemysł niepodległościowy. Do tego podejrzewam spora ilość biegów towarzyskich niezgłoszonych czy innych takich przepełnionych wolnoscią, luzem i swobodą biegową. Ilu nas w Biegach Niepodległości pobiegnie? W Warszawie limit 18.000 już zamknięty. W Poznaniu mamy już 9300 na liście, Krakowie ponad 3000, Łodzi 1200, Luboniu 1500, podobnie Wrocławiu. Czy każda osoba biegająca wystartuje w tych wyjątkowych biegach, które są dla nas jakby manifestacją naszych narodowych uczuć? Nie ma takiej opcji, ale jak nie większość, to z pewnością wyjątkowa część biegających połączy się z sobą w tym jednym, szczególnym dniu. Jako Naród, Społeczeńtwo jesteśmy bardzo w tym temacie wyczuleni. Lata rozbiorów, potem komunitycznego zniewolenia umysłów bardzo wzbudziły w nas potrzebę manifestowania naszej polskości i nawet obnoszenia, czy odziewania w pariotyczne szaty. Dlatego dziesiątki tysiące biegających wyjdzie w tym dniu na biegowe trasy, by oddać hołd tym, którzy oddawali to co mieli najcenniejsze byśmy dalej mogli się czuć Polakami i naszą polskością się obnosili. 

Ciekawi mnie ten bieg w Turku w dalekiej Finlandii. Ciekawe ilu jeszcze naszych Rodaków na obczyźnie w hołdzie Biało-Czerwonej pobiegnie.

A kiedy pada deszcz…

No i przybyła pani jesień, która odsłoniła swoją najmniej urokliwą twarz. Od paru dni pada, zimno i ogólnie ponuro. Można napisać, że w jakiś sposób dostosowuje się nastroju najbliższych dni i już nawet niebo płacze nad wszystkimi naszymi bliskimi, którzy od nas odeszli.

No, ale co my biegający mamy robić, kiedy deszcz pada, biegać z wiadomych powodu nie do końca się chce, a kilometry zrobić trzeba, lub na swój ulubiony cykl biegowy się wybrać. No cóż w takiej sytuacji mamy dwa wyjścia: albo pójdziemy biegać, albo zostaniemy w domu pod pierzynką. Obie koncepcje równie mocno przyciągają do siebie, ale która się okaże bardziej dzisiaj przekonująca? Może jednak zostać w domu i odpuścić? Przecież nic się nie stanie, jak raz nie pojadę na trening czy na parkrun . No może nie raz, ale nie jest to nagminne, raczej incydentalne zjawisko. No, ale z drugiej strony, dlaczego mam nie iść biegać? Bo deszcz pada, bo zimno, bo zmoknę? No trudno, zmoknięcie też ma swój niewątpliwy urok. Ktoś może powiedzieć: „ale kaszel, katar, choroby, które w deszczu tylko wypatrują głupców, którzy się im podstawiają. Specjalnie wystawiać się pod ich atak?”

Dla tych, którzy tak uważają pokażę inną stronę, czy może raczej użyję innych argumentów. To właśnie dzięki bieganiu w takich trochę ekstremalnych warunkach się hartujemy, a nad naszym organizmem budujemy tarczę, przez którą choróbska mają bardzo duże problemy się przebić. Nie znaczy to, że może się całkowicie uodpornić, ale z pewnścią wzmocnić czy też zabezpieczyć.To właśnie dzięki bieganiu podczas takiej pogody nasza odporność wzrasta. Tyle, że musi być tutaj zachowany rozsądek oraz odpowiednia ocena sytuacji. Jeżeli ktoś już ma swoje kilometry porobione i jest w jakiś już sposób zahartowany, to może biegać w każdych warunkach. Jeżeli ktoś dopiero zaczyna i stwierdza, że idzie biegać w mrozie czy deszczu, bo dzięi temu się uodporni, to będzie klasyczny strzał w kolano. Żeby wybijać klina klinem, trzeba już trochę tych klinów mieć w ręce. 

Jak Szkoci w Londynie Parkrun robili

Myślę, że ta historia mogłaby wyglądać tak:

Dawno, dawno temu w odległym londyńskim parku, który swoim obszarem obejmuje 455 hektarów…. Jednak, żeby uściślić napiszę, że to było 13 lat temu, a ten park nazywa się Bushy Park, gdzie do tych 13 lat wstecz tylko jelenie biegały. No, ale budujemy dalej nastrój. No więc w sobotę 2 października siedziało na ławeczkach w parku 10 Szkotów, 3 Szkotki i jeden Irlandczyk. Byli po piątkowych baletach, więc w stanie parującym, niewyspani, bo gdzie idziej Szkoci, jak nie w parku spać mogli. No i siedzieli w tym stanie jak wspomniałem bardzo, bardzo ciężkim i dywagowali co zrobić, by jakoś doprowadzić się do stanu używalności. No i nagle dostali olśnienia i stwierdzili, że sobie pobiegną 5 kilometrów. Początkowo myśleli, że może nawet rzucą się na dłuższy dystans i do tego w wersji oficjalnej, ale bardzo szybko doszli do wniosku, że przy takim, a nie innym stanie to 5 kilometrów będzie optymalne. Do tego jeszcze kto widział, by Szkot miał Angolom za bieg płacić. Więc za darmo i pobiegną sami. Irlandczyk od początku powiedział, że on się nie pisze, bo on nie biega i koniec, ale żeby nie biegali bez sensu, to on im czas zmierzy. No i na tym stanęło i pobiegli.

W następny tygodniu znowu i kolejnym znowu. Coraz więcej innych biegających zaczęło ich obserwować i włączać się do akcji Potem zaczęli się rozjeżdżając po całym świecie, biorąc ze sobą wizję cotygodniowych sobotnich biegań na przegonienie kaca. Od tego czasu minęło 13 lat, a szkocka wizja biegania za darmo ogarnęła pewną część Świata niczym ośmiornica i obcnie już w 14 krajach w ponad 1200 parkach, co sobotę o godzinie 9 leczy piątkowy ból głowy dziesiątki tysięcy biegających. Jest to obecnie bez wątpienia największy pod względem osiągów oraz organizacji projekt biegowy świata

Parkrun jako zjawisko społeczne o charakterze biegowym,

Ostatnio pod jednym z moich wpisów pojawił się komentarz, że ja tylko ograniczam się do parkrun i ten bieg tylko chwalę, tym się zachwycam, a inne traktuję delikatnie pisząc z dużo mniejszym entuzjazmem. Coś w tym jest, a powód jest prosty. Parkrun, to nie jest zwykły bieg, jakich mamy setki jeżeli nie tysiące w naszym kraju. To nie jest wydarzenie podczas którego jego organizator chce zarobić czy ewentualnie w wyjątkowych przypadkach uzyskać jakiś efekt promocyjny. Jest jeszcze opcja, by sobie towarzysko potuptać w grupie bliższcyh czy dalszych znajomych. Generalnie w normalnym układzie biegi są organizowne jako może specyficzna, ale forma takiej czy innej działalności biznesowej o podłożu zarobkowym, gdzie bieganie żródłem przychodu, który przekształca się w mniejszy lub większy zysk. I tak jest w przypadku około 80-90 procent wszyskich biegów zorganizownych. I w sumie nie ma w tym nic złego, w końcu oni nam dają pobiegać, sprawdzić się, zmierzą nam czas, dadzą medal, coś by żołądek nie był pusty, no a w zamian chcą jedni mniej, drudzy więcej, ale coś zarobić.

Zupełnie inaczej jest w przypadku biegów parkrun. Parkrun, to nie jest taki zwyły bieg, to jest w zasadzie biegowe zjawisko społeczne, które powoduje, że co sobotę o jednej godzinie 9 rano ( z paroma wyjątkami) w 1218 parkach znajdujących się w 15 krajach w Australii, Nowej Zelandii, Azji, Afryce, Ameryce Północnej oraz Europie staje setki tysiące tuptajacych ( łącznie do tej pory biegło ponad 2,5 mln zarejestrowanych tuptajacych), by przebiec sobie na czas, na pobicie życiówki, a nawet większym czy mniejszym luzie. I tu nie ma kasy, nie ma wpisowego, nie ma jawnych czy ukrytych kosztów zrzucanych na biegających, jest tylko sama, czysta, krystaliczna biegowa pasja. Tylko w samej Polsce mamy już 47 parkrun lokalizacji. Dzisiaj ruszała nowa u nas pod Poznaniem w Dąbrówce, a za tydzień kolejna w Kościanie. I o ile gdzieś z jednej czy innej strony dobiegają głosy, że z bieganiem zaczyna robić się gorzej, bo gdzieś nie mogą domknąć budżetu ( list) i ktoś tam wycofuje się z organizacji, to parkrun temu wyraźnie przeczy.

I chociaż są tacy, którzy głoszą, że parkrun to bieg podrzędny, bo tylko 5 kilomtetrów, darmowy, czyli gorszego sortu, to mimo, że są tacy co szczekają, to jak mówi znane przyszłowie parkrun karawana biegnie coraz szybciej do przodu. Muszę przyznać, ze poważnie myślałem, by wybrać się dzisiaj do Dąbrówki, jednak przyzwyczajenie górą. Zamiast wstać trochę wcześniej wstałem jak zawsze i muszę przyznać, ze w połowie drogi na Cytadelę, uświadomiłem sobie, że przecież miałem jechać do Dąbrówki. No, ale nie ma znaczenia tam czy tu, grunt, że sobotnia piąteczka zaliczona po raz 202 w mojej biegowej historii. Czas staram się trzymać ten, którego będę chciał się trzymać w Warszawie i dzisiaj wybiegło 27 minut i 19 sekund, co gdyby udało się podczas warszawskiego maratonu utrzymać stanowiłoby mój biegowy raj.

Pięć lat minęło

Właśnie uświadomiłem sobie, że od czasu, kiedy dopadła mnie moja biegowa pasja minęło pięć lat. Tak jest to już pięć lat. Muszę przyznać, że kiedy zostałem zarażony nigdy nie myślałem, że tak to się rozwienie. Ot, myślałem, że od czasu do czasu jakąś piątkę sobie gdzieś pobiegnę i to będzie wszystko. I te moje pierwsze treningi, to były takie biegowe popierdółki. Zresztą cel wtedy był jeden. Chciałem przebiec bieg z klasą i on był moją pierwszą startową motywacją, która kto wie, czy nie wyzwoliła właśne mojego tuptającego pragnienia.

Bieg z klasą miał się odbyć 16 września 2012 roku, a we mnie pragnienie, by w nim wystartować obudziło się właśnie w ostatnim tygodniu lipca. I miałem wtedy spory problem. Jak ja, zupełne i całkowite biegowe antytalencie miałem się przygotować do mojego pierwszego startu? Zresztą wtedy nawet nie myślałem, czy to będzie pierwszy i co po nim sie stanie. Chciałem raz w życiu pobiec w biegu zorganizowanym. Nie miałem zielonego, różowego ani w żadnym innym kolorze pojęcia o tym jak sie przygotować, na co zrócić uwagę. Nawet w necie nie rozejrzałem się po treningowych rozpiskach. Coś mi wtedy napłynęło do głowy, żeby trenować robiąc codzienne parę kilometrów. Nie były to jakieś wielkie odległości, ot z dwa, góra trzy kilometry, ale robiłem to codziennie. No i po sześciu tygodniach takiego tuptania pierwszy raz pobiegłem w biegu zorganizowanym. Czas był wtedy zupełnie abstrakcyjny, żeby nie napisać, że fatalny, bo 35 minut na trochę ponad 5 kilometrów ( jedno obrkążenie Malty) to nawet obecnie, przy moim obecnym, zupełnym dnie pięciokiometrowego tuptania, nie jest możliwy do ogarnięcia i zrozumienia. No, ale wtedy tyle pobiegłem i byłem sam z siebie cholernie zadowolony, że udało się dobiec. Dla takiego kompletnie tuptającego laika jakim wtedy byłem, była to radość, szczęście, że dałem radę i dobiegłem. No, a potem to już pobiegło hurtem. Jakoś udało mi się gdzieś tam jeszcze pobiec i wtedy spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun, na którym pojawiłem się na początku października. I od tego czasu moja biegowa pasja zapłonęła pełnym ogniem.

Na początku tylko piątki i myślałem, że poza ten dystans nigdy się nie wychylę. Jednak po roku kolejne pomysły zwiększania startowych odegłości napłynęły. Najpierw dziesiątki, po kolejnym roku półmaratony, i na końcu Królewski Dystans. Taka biegowa progresja startowa. No i co będzie dalej? Zobaczymy jak to dalej pobiegnie.