My nie dajemy, my biegniemy

Ostatnio podczas poznańskiego maratonu zaobserwowałem ciekawą sytuację: biegły sobie dwie panie, a stojący po bokach kibice bardzo często je wspierali, tak znanym na tuptających trasach słowem: „dajesz, dajesz”. Na to panie niczym pacierz w kółko powtarzały: „ my nie dajemy, my biegniemy”. I w tym momencie sobie uświadomiłem, że faktycznie użycie sformułowania „dajesz” w stosunku do pani, której osobiście nie znamy, a która sobie biegnie spokojnie ulicą, może być przez nią bardzo negatywnie odebrane. Nie trzeba tutaj chyba dodawać, że w przypadku pań określenie „ dajesz” budzi raczej negatywne niż pozytywne odczucia.

W przypadku nas panów jest trochę, a nawet zupełnie inaczej i nam nie przeszkadza, że ktoś mówi, że dajemy. W naszym przypadku określenie dajemy, ma zupełnie inny, pozbawiony seksualnych skojarzeń podtekst. My możemy dawać pracę, rękę, jałmużnę itp. Ta sobie myślę, jak te skojarzenia życiowe są różnie odbierane i my faceci zawsze ci macho i goście, a panie to niestety. I to jest chyba trochę mało fair.

Jestem ciekawy jaki byłby wynik, gdyby jakaś pani wystąpiła na drogę sądową, domagając się od tak dopingującego pana odszkodowania za straty moralne. Wiadomo, że musiałaby to udowodnić, ale dobrze przygotowana na taką akcję Pani mogłaby pobiec z kamerką i wtedy byłoby wesoło. Ilu panów mogłoby stanąć przed sądem. Dlatego panowie, od dzisiaj nie wspieramy Pań na trasach dwuznacznym „dajesz”, tylko: „ biegniesz”, „gnasz”, „pędzisz”, „moc z Tobą”, a dla bardziej ambitnych: „ biegnij Pani drogą, lasem, podskakując sobie czasem”. Mam nadzieję, że taki ułożony doping przegoni precz złe skojarzenia.

Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

Wielka poznańska „poruta”, czyli 18 PKO Maraton

Poznań zawsze słynął z perfekcyjnej organizacji. Jako mieszkańcy szczyciliśmy się tym, że kiedy się bierzemy za organizację jakiegoś wydarzenia, to mucha nie siada, bo nie gdzie. Szczególnie, kiedy mówimy o różnych sztandarowych w naszym mieście imprezach. Jednym z takich wydarzeń jest oczywiście poznański maraton, który już 18 razy odbył się w naszym mieście. W 17-stu pierwszych edycjach nie można się chyba do niczego przyczepić, czego dowodem były tysiące biegających osób, które co roku do strefy startu przybywały. Biegłem w Poznaniu raz i nie miałem nic do zarzucenia. Co prawda pod względem organizacyjnym nie mi nie urwało, ale jakiś dobry poziom organizacyjny można było zaznaczyć.. Przynajmniej dopóki Polacy trasę obstawiali…

No, ale zacznijmy od początku. Jak podaje Gazeta Wyborcza:istotne uchybienia podczas pierwszej inspekcji trasy, którą robiliśmy o godz. 7.30. Trasę obstawiał pijany ochroniarz, wśród ochrony byli obcokrajowcy niemówiący w języku polskim i niemający pojęcia, co mają robić – relacjonuje Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji. Dodaje, że na trasie brakowało także wolontariuszy, pracowników służb informacyjnych i ochrony. Policjanci zauważyli również, że trasa biegu nie wszędzie jest wygrodzona płotkami”

Do tego setki wściekłych kierowców, ludzie przechodzący przez ulice, kiedy rzeka biegajacych przez ulice przemierzała, gdzieś mi się obiło o uszy o wypadku. Można napisać, że w Poznaniu jedna wielka organizacyjna klapa, jakiej chyba nikt sobie nikt nie wyobrażał. Kiedy parę tygodni temu zachwycałem się poziomem organizacyjnym Warszawy, ktoś mi napisał, że wielkie mi halo, bo przecież wszędzie tak jest i nigdzie nie ma jakiś wielkich wpadek. Jak widać nasz Poznań postanowił być oryginalny i pokazać, że można spieprzyć najlepszą tradycję. Taki jest efekt przeprowadzania przetargów na organizację imprez sportowych, gdzie głównym kryterium jest cena. Jak dla mnie zasada czy raczej kryterium wyboru powinno być proste : osoby obsługujące muszą znać język polski, a doświadczenie organizatora musi stanowić gwarancję odpowiedniego poziomu organizacyjnego. Obecnie jest tak, że rządzi cena, no i w efekcie wygrywa firma NN,  powołana by zarabiać na takich imprezach, gdzie tnie się koszty wszędzie gdzie można i nie można, a głównym kryterium jest zysk. No i w efekcie w Poznaniu pozostał wstyd. Ciekawe jak sponsor teraz zareaguje. Jest mi trochę głupio, że Warszawa potrafi, a Poznań nie do końca.

Szczytem jest ostatnia wiadomość, którą znalazłem na stronie Organizatora: Organizatorzy 18. PKO Poznań Maratonu im. Macieja Frankiewicza z przykrością informują, że na trasie biegu śmierć poniósł jeden z jego uczestników. Do zdarzenia doszło pomimo pomocy udzielonej biegaczowi przez służby medyczne. Ubolewamy nad tym faktem, a na ręce rodziny i bliskich składamy kondolencje.Okoliczności zdarzenia są badane przez Policję i Prokuraturę. Organizatorzy nie są podmiotem upoważnionym do udzielania wyjaśnień w tej sprawie.” Nie wiem jak to nazwać, ale możemy okreslić to wydarzenie, jako „czarny maraton”. 

Śmierć podczas maratonu

Czasem mnie bierze na różne mniej lub bardziej kontrowersyjne wpisy.Po ostatnich wydarzeniach i śmierci maratończyka w Warszawie znowu nasuwają mi się refleksje: ile mieliśmy przypadków śmiertelnych w czasie biegów zorganizowanych? No i jaka jest najczęstsza ich przyczyna. Kiedyś, jeszcze przed moim pierwszym maratonem i startem w Szczecinku już popełniłem taki tekst:
http://biegaczamator.blog.pl/2015/07/27/bieg-po-smierc/
.

Jednak dzisiaj chciałbym się zatrzymać na jednym, wybranym temacie: ile śmiertelnych przypadków mieliśmy w trakcie startu na Królewskim Dystansie. U nas w kraju oficjalnie mówi się o trzech przypadkach: w 2012 roku w Poznaniu, w 2015 w Krakowie i ostatnim podczas ostatniego maratonu w Warszawie. Znalazłem także dwa przypadki śmierci podczas półmaratonu: 2016 roku zmarł jeden z uczestników Biegu Piastowskiego Kruszwica – Inowrocław, a w 2006 roku podczas półmaratonu Mlecznego Korycin -Janów -Korycin.

No, ale wracamy do maratonów w wersji zagranicznej. Troszeczkę poszperałem po necie. Do pierwszej listy nie było problemu dobiec. Kiedy na nią zerkamy, to możemy na niej dojrzeć 47 nazwisk ( co ciekawe, ale bez naszych rodaków)
https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_marathon_fatalities
. Wydaje się jednak, że tej liście daleko do rzeczywistych śmiertelnych przypadków podczas startu na Królewskim Dystansie. Jak podaje strona
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/
w latach 2000-2009 w samych Stanach Zjednoczonych zmarło 28 osób. W tym czasie w maratonach wystartowało prawie 4 miliony osób. Na liście w Wikipedii mamy 17 osób, które w tym okresie zmarły podczas startów w Stanach Zjednoczonych, więc mamy 11 osób różnicy. W Europie tak bardzo o przypadkach śmiertelnych nie słychać. Gdzieś przebiegła mi informacja o śmiertelnym przypadku w Niemczech. 6 marca 2017 roku. Anglii zmarł Polak podczas biegu na 10 kilometrów. Podczas maratonu w Londynie w 2007 także miał miejsce przypadek śmiertelny. 
Jak widać Amerykanie zdecydowanie „wiodą prym” w tej czarnej statystyce.

W większości przypadków śmierć nastąpiła na skutek zawału serca, ale jak widać także z innych, czasem trudnych do zdefiniowania powodów. Mamy na liście i „ naturalne przypadki” i udar cieplny, niespodziewany przypadek choroby serca, udar niedokrwienny, arytmię serca, wzrost temperatury ciała powyżej 42 stopni, wypadanie płatka zastawki mitralnej, niedobór sodu we krwi czy choroba niedokrwienna serca. Jak widać większości przypadków można było uniknąć, gdyż wynikały w różnych schorzeń, których osoby startujące nie zdiagnozowały przed startem. A to oznacza jedno. Zanim wystartujemy w maratonie, warto się przebadać. 

Nie sposób nie wspomnieć o zamachu bombowym podczas maratonu w Bostonie, który miał miejsce , jak podaje wszechwiedząca Wikipedia: „15 kwietnia 2013 roku, ok. godz. 14:49 czasu lokalnego (20:49 czasu polskiego), w czasie trwania maratonu Bostonie, w stanie Massachusetts (Stany Zjednoczone). Do wybuchu dwóch bomb doszło przy Boylston Street, niedaleko Copley Square Zginęły trzy osoby, a 264 zostały ranne”

Tak jak sobie zerkam, to wybiega na to, że ta nasza pasja wcale nie jest taka bezpieczna. No, ale może dzięki temu daje takiego kopa duchowego i fizycznego. Poważnie myślę, czy na poznański maraton się jeszcze nie zapisać. Podsumowując trzeba napisać jedno. Do wszystkiego trzeba podbiegać głową. Zdaję sobie sprawę, że sporo osób w tym momencie powie: czyli jednak bieganie nie jest zdrowe, a już zupełną głupotą jest biegać maratony. Z drugiej strony przypadków śmierci podczas seksu było zdecydowanie więcej i podejrzewam, że procentowo też jest więcej, a niech ktoś powie, że seks jest głupotą.

Biegacz contra ściana czyli relacja z maratonu warszawskiego

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Dziękuję Robercie później poznany i Marku za miłe słowa i gratulacje. Bardzo mi przyjemnie jest je czytać. I jeszcze jedna uwaga, która mi się nasuwa po moim szóstym maratonie. Od czterech ostatnich za każdym razem mam nie do końca planowane przygody, które pod dużym znakiem zapytania stawiają moje dalsze starty na Królewskim Dystansie. No, ale od początku.

Zgodnie z obwiązującymi zasadami do Warszawy udałem się w sobotę. Kiedy dotarłem na miejsce wydawania pakietów, które znajdowało się naprzeciwko stadionu Legii, to moja poznańska dusza poczuła się trochę dziwnie. No, ale kiedy mówimy o bieganiu, trzeba w kąt odłożyć regionalne, piłkarskie animozje. Kiedy wszedłem do środka, to na początku długo musiałem się przebijać przez targowisko biegowej próżności. Z każdej strony pokusa szczerzyła do biegaczy swoje zęby. No, ale dotarłem na miejsce odebrałem pakiet – tu muszę przyznać, że bardzo wypasiony: tabletki na stawy, piwo, woda, napój energetyczny, płyn do prania ciuchów sportowych, żel pod prysznic w wersji sport. Muszę przyznać, że robiło to wrażenie. Z racji zamiaru opisania wszystkiego co Orgowie dla nas szykują maksymalnie dokładnie,  zdecydowałem się spać ze wszystkimi w sali dla biegających uszykowanej. W zasadzie sali to złe określenie, gdyż okazało się, że miejsc, gdzie biegacze mieli nocować było kilka. Przyczyna była prosta: było nas zbyt dużo, by w jednym miejscu się pomieścić. Mi przypadł jeden z warszawskich ogólniaków. Kiedy dotarłem na miejsce, to pierwsze odczucie było: szukam hotelu, gdyż drewniana podłoga, w całości zapełniona karimatami. Można napisać, że palca nie było gdzie wsadzić, a leżenie na podłodze średnio mi pasowało. Na szczęście poszliśmy do pani zarządzającej, która widząc, że faktycznie nie mamy się gdzie pomieścić wzięła nas do innej sali. Tam w porównaniu wersja sala lux, czyli z wygodnymi, grubymi materacami, na których faktycznie super się spało. 

Rano udaliśmy na start i wpierw musieliśmy oddać depozyt. Z racji, że start był w innym miejscu niż meta, dlatego każda osoba startująca miała na numerze startowym rysunek busa z przypisanym numerem. Okazało się, że w pakiecie mieliśmy także naklejkę na worek depozytowy, dzięki czemu można go było  odpowiednio oznaczyć. Oznaczone worki przekazaliśmy do przepisanych na busów, które po zapakowaniu udały na metę, gdzie czekały na nas. Muszę przyznać, kapitalny pomysł Przed startem odsłuchaliśmy „ Snu o Warszawie” i ruszyliśmy w biegowy tan. Pogoda do tuptania idealna, do tego fantastyczna trasa, po której aż chciało się biegać, dlatego nic, tylko zanurzyć się w rozkoszach biegowych. W tłumie można było dostrzec naprawdę wymyślne przebrania. Był i pan Ufo i trójka w łódce ze sternikiem i samolot. Szczególnie mi się spodobali spartańscy hoplici, którzy w pełnym rynsztunku w dwuszeregu biegli. Były to dwa dwuszeregi, a pomiędzy nimi wózek ciągniony na którym bardzo powabne dziewczę siedziało. Co prawda z relacjami, które w Sparcie obowiązywały, niezbyt to grało, ale fajnie wyglądało. No i jeszcze na 30-stym kilometrze ujrzałem dwie panie, które robiły się sobie zdjęcie, jako fakt dokumentujący dotarcie do tego miejsca. Podbiegłem do obu pań i zrobiliśmy sobie zdjęcie w trójkę, a co mi tam.

Co do samego mojego biegu. Do trzydziestego kilometra było w miarę. Może bez szału, ale jakoś się biegło. Tak na czas 4.20-4.40 na mecie. Do życiówki daleko, ale względnie i do przyjęcia. No i na trzydziestym drugim czy trzecim kilometrze się zaczęło. Jakbym się nagle zderzył ze ścianą. Nic z nogami, nic z urazem, ale jakby siły nagle odpłynęły. Poczułem się słaby, w głowie lekko się zakręciło i nagle jakbym stanął. I z radosnego, spokojnego tuptania, zrobiło się nagle człapanie. Chyba nie musiałem najlepiej wyglądać, gdyż na około 35 kilometrze, jakaś zaniepokojona moim wyglądem pani zapytała czy nie lepiej do karetki, bo wyglądam jak trup. Powiedziałem, że dam radę i czołgałem się dalej. Każdy kilometr zmienił się w mordęgę. Super było wbiegnięcie do namiotu tlenowego ustawionego pod koniec trasy. W tlenowej mgle parę metrów się pobiegło. Na ostatnich kilometrach dobiegła do mnie Japonka, z lekką niepełnosprawnością nożną, eskortowana przez inną panią. Postanowiłem pomóc i na metę wbiegliśmy we trójkę trzymając się ręce.

Po wszystkim do depozytu, przekąsiłem tym razem nie do końca mi podbiegającą zupę makaronową, wziąłem piwo bezalkoholowe i do domu. Podsumowanie napiszę jutro, kiedy zbiorę wszystko w jedną kupę, na razie takie zupełnie luźne odczucia. Na koniec szczególnie chcę podziękować wszystkim biegającym, którzy podeszli do mnie i pogadali na temat mojego bloga. Było mi z tego powodu bardzo przyjemnie.

Jak podtrzymać gasnącą pasję

Pasja każdego człowieka, niezależnie czy jest to bieganie, zbieranie znaczków, wyprawy łowieckie, latanie i dziesiątki innych mniej lub bardziej skomplikowanych i wymagając mniejszych czy większych nakładów narażona jest na zgaśnięcie. Dopóki płonie pełnym ogniem i napędza nasze moce życiowe jest super i rewelacja i żyć nie uwierać.No, ale pasja, podobnie jak wszystko co nas otacza zarówno w sferze materialnej, jak i duchowej narażona jest na działanie czasu i podlega takiemu czy innemu cyklowi życia

Tak w skrócie oznacza to, że są chwile, kiedy wszystko płonie, ale są i takie kiedy zaczyna gasnąć, co może prowadzić, w przypadku braku odpowiedniej reakcji do całkowitego zagaszenia. No i tutaj pytanie: jak wyłapać moment, kiedy dobiegamy do miejsca, że grozi nam zgaszenie i jakie środki zaradcze można wykorzystać? Ekonomia uczy, że kiedy produkt w swoim cyklu życia wkracza na etap spadku, można przyjąć dwie strategie: albo walczyć o produkt, albo wycofać go z rynku. Jeżeli chcemy walczyć o produkt to mamy do wybory takie trzy główne techniki: obniżka cen, ograniczenia kanałów dystrybucji, oraz jakaś promocja uzupełniająca.

To by można zastosować w przypadku organizatorów biegów, kiedy zauważą, że coraz mniej ludzi zapisuje się na biegi, ale jak to się ma do naszej osobistej skali mikro? Okazuje się że ma i można to także w przypadku gasnącej pasji wykorzystać. W jaki sposób? Zaczynamy od ograniczenia startów w biegach zorganizowanych. Nie zapisujemy się ja leci, tylko z wielką rezerwą podbiegamy co, gdzie i na co. Mamy tutaj dwie opcje: albo wybieramy jeden, ale poważny start w roku np maraton, albo może dwa, góra trzy mniejsze. Jednak z pewnością nie więcej, bo musimy poczuć głód startowy. W przypadku drugiej propozycji, czyli ograniczanie kanałów dystrybucji, my rozumiemy, jako zmniejszanie naszych dawek treningowych. Nie trenujemy już codziennie, tylko 2-3 razy w tygodniu,  a czasem nawet i rzadziej. Może się nawet zdarzyć sytuacja, że odpuścimy cały tydzień. Tak samo ograniczamy nasz kilometraż treningowy. Generalnie wszystkiego mniej. Możemy zastosować jakieś rozrywki alternatywne i np raz czy drugi na ryby, grzyby czy nad drutami przysiąść dziergając wełnę. No i trzeci element promocja uzupełniająca. Tu już można uwolnić wyobraźnię. Możemy sobie założyć, że po treningu, coś dobrego zjemy, zrobimy coś fajnego, czy co w moim odczuciu najlepsze umówimy się z naszą partnerką ( czy w przypadku pań partnerem) na gorący, namiętny seks. Jak nie raz już pisałem, seks po bieganiu najlepiej smakuje, a tu jeszcze może stanowić dodatkowy element motywacyjny.

W każdym razie robimy wszystko, by nasza biegowa pasja wbiegła na nową płaszczyznę i na nowo pełnym ogniem zapłonęła.

Lato deszczowych ludzi

Na początku jak zawsze w ym miejscu i czasie. Praszku masz rację, od biegania, jak ktoś już jest tuptajaco zahartowany, to raczej małe szanse, by zachorował. Martens, nie mam pojęcia co się dzieje z opisanym przez Ciebie portalem i jej autorami. Może coś innego im się narodziło.

Dzisiejszy tekst stanowi jakby kontynuację wczorajszego wpisu, z pewnym wzbogaceniem. Od czasu do czasu tytuły czy wstawiane w tekst frazy nawiązują do różnych klasyków. Tak i jest i tym razem. Ciekawy jestem, czy ktoś rozpozna skąd i od Kogo. No, ale wracam już do istoty, clue, jądra i innych najważniejszych kwestii związanych z tytułem i tematem. Trzeba przyznać, że lato w tym roku, przynajmniej jak na razie jest takie bardzo mało letnie. Można nawet się posunąć do stwierdzenia, że jest do pupy. Generalnie mało ciepło, wodniście, bez smakowitych letnich kąsków niczym obiad na wyjeździe ekonomicznym w dodatkowo  bardzo oszczędnej wersji.

Na szczęście nam tuptajacym to aż tak bardzo nie przeszkadza, wręcz do biegania pogoda jest idealna. Brak palącego słońca powoduje, że jeżeli nie można się zbytnio wylegiwać na plaży, łąkach czy innych wylegujących miejscach, to trzeba poszukać alternatywnych form wypoczynku. I zawsze parę osób więcej może podłapać bakcyla np. biegania. Z drugiej strony,jak jest tak jak dzisiaj to nawet my zapaleńcy mamy biegowy problem egzystencjalny. Jak zmusić samego siebie by w taką ulewę wyjść i tuptać. Czekamy tak długo jak się da, może przestanie. A jak nie? No cóż jak to mawiał baca w pewnym starym dowcipie: mamy dwa wyjścia, albo pójdziemy biegać, albo nie pójdziemy. I potem mieliśmy całą litanie z tym kiedy w jakiej sytuacji przepadliśmy. Można podsumować krótko: pobiegamy będziemy mokrzy, nie pobiegamy, możemy mieć chandrę, zły humor, moralnego kaca i inne obciążenia psychiczne. Pytanie, co wolimy: być mokrzy czy zadać sobie cios w psychikę. Każdy staje przed swoim wyborem. Takie trochę w klasykę wbiegającą zagadnienia: biegać czy moknąć, być suchym czy szczęśliwym. Bo każda osoba biegająca ma w sobie coś z dziecka, a wiadomo, że mokre dziecko to szczęśliwe dziecko. Tak więc lato deszczowych dni niech biegającej pasji nie gasi. Choć to wbrew naturze, ale deszcz może biegowy ogień podtrzymywać.

Tak naprawdę każda pogoda jest dobra do biegania, tylko należy samemu w to uwierzyć i tej wiary się trzymać. Jak na razie deszczowi, albo deszczem wspomagani biegający ludzie proszeni są na start.

Biegi zorganizowane: czyli działanie prawa popytu i podaży.

Od paru lat obserwujemy prawdziwy wysyp biegów zorganizowanych. Kiedy zaczynałem moją przygodę biegową cztery czy pięć lat temu ( już nawet nie pamiętam, skleroza staruszka wali), to biegów było w naszym mieście było jak na lekarstwo. Ja zaczynałem od Biegu z Klasą, potem co dwa, trzy tygodnie udawało  się jakiś bieg  złapać. Potem przybiegł parkrun, ( to był właśnie rok, kiedy pojawił się on w Polsce), a Poznań był drugą, trzecią, może czwartą lokalizacją. Potem na wiosnę była Maniacka Dziesiątka, półmaraton, maraton i palcach jednej ręki, góra dwóch można było zliczyć inne tuptania w naszej najbliższej okolicy.

Wraz z eksplozją biegającej pasji, równie tłumnie pojawiły się kolejne biegi zorganizowane. Z rokiem na rok przybywało ich coraz więcej, aż dobiegło do tego stanu, który teraz obserwujemy, że kiedy otwieramy kalendarz biegów, to nie wiadomo w którą stronę się obrócić. Biegów mamy taką ilość, że to już zaczyna się człowiek zastanawiać, czy nie za dużo. Bo my biegający stajemy jak ten osiołek, któremu w żłobie dano, w jednym owies, w drugim siano i nie wiadomo skąd skubnąć. Z jednej strony się zastanawiamy, czy nie jest tego za dużo, bo to już sięga granic szaleństwa. Co ciekawe wraz ze wzrostem ilości biegów rosną też ich ceny, a przy okazji, co już wydaje się być zupełnie abstrakcyjne spada ich jakość. . Dla wielu z nas to wydaje się być dziwne, gdyż mamy tutaj klasyczne odwrócenie mechanizmów prawa popytu i podaży. Wraz ze wzrostem popytu na dane dobro, rośnie jego cena, z jednej strony może się wydawać, że się kłóci, ale jednak wcale nie do końca z zasadami rządzącymi w ekonomii. No, ale jest moda na bieganie, a póki jest moda jest naciąganie na kasę, gdyż co to jest pięćdziesiąt czy nawet sto złotych zapłacić za możliwość oddania się swojej ulubionej pasji.

I Organizatorzy  to wykorzystują zgodnie z zasadami obowiązującymi w ekonomii.  Zasada głosi, że w przypadku niezmienności innych warunków istniejących na rynku cena jest odwrotnie proporcjonalna do popytu. Więc teoretycznie wraz ze wzrostem popytu i olbrzymią podażą ( biegów mamy ogromną ilość) cena powinna spadać. Jednak tutaj zgłasza się druga część prawa, czyli zasada ceteris paribus co znaczy niezmienność innych warunków, czyli np stałym popycie. Jednak popyt jak na razie rośnie w sposób szalony, co wykorzystują orgowie podnosząc ceny. Tylko idąc w tą stronę orgowie powoli mogą zasypywać pasję i chęć startów w płatnych biegach. Owszem będą jakieś kultowe biegi, które zawsze niezależnie od jakości oferowanego produktu zawsze będą ogień wywoływały, tak trochę na zasadzie owczego pędu, wszyscy biegną, to ja też  ale coraz więcej biegów może mieć ( i już zresztą ma) z zapełnieniem list startowych. Jak to się mówi: jak Najwyższy chce kogoś pokarać, to najpierw mu rozum odbiera. Mam nadzieję, że póki nie będzie za późno, ktoś zdąży pobiec po ten rozum do głowy.Obecnie to wykorzystywanie  prawa popytu i podaży z efektem ceteris paribus wygląda trochę tak, jak Orgowie sami sobie w kolano strzelali. Ciekawym przykładem jest właśnie Maniacka Dziesiątka. Bieg, który nie ma żadnych problemów z zapełnieniem list biegowych, ale cena nie ulega zamianie. Jedynie dobiegają ekstra dodatki, za które jak ktoś chce może dopłacić.

Jak mam być szczery, ja np. w tym roku nie wiem, czy wystartuję w jakimś biegu płatnym zorganizowanym. I tu nawet nie biega o to czy stać czy nie stać, ale jest tego tak dużo, że aż się nie chce szukać, wybierać, tylko lepiej pozostać przy ulubionym parkrun, ale i to też nie zawsze.

Jechać na OWM czy nie jechać, oto jest pytanie

Właśnie  wczoraj zdałem sobie sprawę, że za trzy tygodnie czeka mnie jeden z najważniejszych startów w roku, a ja  nie mam pojęcia czy wystartuję. Mam dwa spore przeszkody, które na mojej drodze się pojawiły.  Pierwsza, to kompletny brak przygotowania, ale z tym jakoś mogę sobie poradzić. Trochę czasu jest, biorąc pod uwagę fakt, że planuję start moim zmodyfikowanym trochę Gallowayem, jest jakaś szansa, że te 42 kilometry z małym hakiem pokonam. Lekko nie będzie, ale to maraton, a nikt nie mówił, że maraton jest lekki. Tu nie ma opcji, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Każdy start na królewskim dystansie, dla nas zwykłych pożeraczy kilometrów, to jest wojna z nami samymi podpalona pierwiastkami masochizmu. W końcu to Królewski Dystans. Z tym problemem jakoś sobie bym poradził. Człapiąco czy wlekąco, ale do mety jakoś się doczołgam

Dużo poważniejszy problem mam do rozwiązania z odbiorem pakietu. Zgodnie z regulaminem odbiór jest możliwy tylko do soboty włącznie. No i tutaj jest problem praktycznie nie do przeskoczenia. Moja córa wyprawia w sobotę osiemnastkę, a nie wyobrażam sobie ( ona zresztą też, aby mnie nie było). Najszybciej, o której będę mógł się wyrwać się z Poznania, to jest około godziny 24, a to raczej nierealne, więc mogę przyjechać do Warszawy rano. Mam rodzinę w Warszawie, więc jest szansa, że pakiet jak znajdą chwilkę czasu, to mi odbiorą. Więc to jest jakoś do ogarnięcia. No, ale pozostaje samo przybycie do Warszawy. Do tego wszystkiego w piątek mamy firmową realizację, z której dopiero w sobotę koło południa wrócę do domu, od razu na osiemnastkę córki i po osiemnastce bez kładzenia się do Warszawy.  U rodzinki przespać się z trzy, może cztery  godzinki i rano start. Drugą opcją jest przespać się w domu, rano koło 4 wyjazd do Warszawy i rodzinie władować się przed ósmą do domu, odebrać pakiet i na start.

Jak mam być szczery obie opcje i  przyjazd w stanie niewyspania, a następnie z rana start na Dystansie 42 kilometrów z małym hakiem, to raczej nie brzmi zbyt poważnie. W końcu to maraton, a nie jakaś popierdółka i tutaj trzeba podejść z pełną pokorą, a nie wybrać się jak na piwo do knajpy. No i muszę przyznać, że mam problem niemalże hamletowski: jechać na OWM czy nie jechać, oto jest pytanie.  Jeszcze nie wiem, jak ten problem rozwiązać. Jest opcja odpuścić, bo w końcu na wariackich papierach za daleko się dojedzie, tzn nie dobiegnie. Nie wiem, na razie myślę, analizuję i szukam optymalnego rozwiązania. Umiejętność dokonania optymalnego wyboru… Tylko czy jest taki w tej sytuacji.

Jeszcze o Herbie Półmaratonów i Maratonów Polski

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Dzięki Marku za rozszerzenie wiadomości o tym, jak zmieniała się nazwa Kwidzyna.

Ostatnio popełniłem tekst na temat nowej wizji związanej z Herbem Maratonów i Półmaratonów Polski. Jednak nie przedstawiłem pełnej idei, gdyż by to zrobić trzeba oddać głos twórcy całego pomysłu:

„Może należy napisać kilka słów odnośnie idei wprowadzenia Herbu Maratonów i Herbu Półmaratonów, dla wszystkich zwolenników i przeciwników tego typu dodatkowych wyróżnień dla osób biegających na dystansie maratonu i półmaratonu.  Idea wprowadzenia tego dodatkowego odznaczenia pojawiła się w sumie pod koniec 2016 roku. Jedną z przesłanek aby się za to zabrać były dwa dosyć ważne wydarzenia z naszej perspektywy. Po pierwsze artykuły które pojawiły się w sieci ile kosztuje tak naprawdę zdobycie innych funkcjonujących na rynku odznaczeń za ukończenie pewnej określonej ilości biegów na danym dystansie. I co ciekawe niektóre wpisy internautów pokazały że są to koszty kilku tysięcy złotych. To duży wydatek spowodowany głównie kosztami podróży oraz noclegów, gdyż dla otrzymania dodatkowego odznaczenia potrzebne są kolejne biegi. Przeanalizowaliśmy masę rankingów publikowanych na maratonach polskich, na portalu enduhub i doszliśmy do wniosku że jest masa biegaczy którzy w danym roku ukończyli po 8-10 a nawet więcej maratonów czy półmaratonów w roku nie zakwalifikowaliby się do otrzymania dodatkowego odznaczenia bo nie ukończyli wskazanych z góry biegów. Stąd pojawił się pomysł takiego dodatkowego, koleżeńskiego i zupełnie niekomercyjnego przedsięwzięcia jakim jest herb maratonów i herb półmaratonów. To także odpowiedź dla biegaczy którzy z dużym wyprzedzeniem zapisali się na Półmaraton w Sobótce i zostali troszkę na lodzie, bo liczyli że za swój trud dostaną dodatkową pamiątkę a tu nagle bieg wypadł z dodatkowych klasyfikacji. Przy okazji na własnych drogach biegowych udało mi się poznać masę biegaczy i tych trochę starszej daty, ale także całkiem młodą dziewczynę która biega maratony sama dla siebie na małych kameralnych imprezach organizowanych przez grupę przyjaciół i warto takie inicjatywy docenić. Warto też odwiedzać te małe kameralne imprezy biegowe, gdyż one mają klimat. Aby był fajny bieg wcale nie musi biec 5 czy 10 tysięcy osób, fakt w takim gronie jest adrenalinka ale czy tym mniejszym imprezom czegoś brakuje? Moim zdaniem nie i nie można umniejszać rangi udziału w takich imprezach. Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na jedno, że środowisko biegowe powinno się łączyć a nie dzielić. Wspierać swoje biegowe inicjatywy a nie hejtować ten czy inny projekt. Każdy z projektów jest super a co najważniejsze każdy jest dla nas niesamowita motywacją aby wyjść z domu i zwyczajnie pobiec. Jedni wybiorą herb, jedni koronę a jedni triadę, a jedni zdobędą z łatwością wszystkie te trzy odznaczenia i oto chodzi. Każdy sposób motywacji jest dobrym sposobem. A jak spytacie czy potrzebne jest dodatkowe odznaczenie? Myślę że tak, i to właśnie dla osób które biegają w kameralnych czy bardziej niszowych imprezach. Chyba Wam jako biegaczom, doświadczonym biegaczom skoro uczestniczycie w biegach maratońskich czy półmaratońskich nie trzeba tłumaczyć że każdy start na dystansie maratonu czy też półmaratonu wymaga godzin spędzonych przez nas na treningach, dla niektórych także specjalnych diet i wyrzeczeń. Bez względu na to czy pobiegniemy w Warszawie, Szczecinie, Berlinie, Nowym Jorku czy w małej Wituni wysiłek i zaangażowanie każdego z uczestników jest bezsprzeczne i nie można go bagatelizować. Masa z nas czasem zwyczajnie nie może logistycznie ogarnąć udziału w konkretnych biegach, przecież każdy z nas ma rodziny, pracę, obowiązku a czasem zwyczajnie ograniczone finanse, dlatego forma którą chce zaproponować Wam herb maratonów i herb półmaratonów chce uhonorować Was, tych zwykłych niezwykłych ludzi dla których największą pasją jest bieganie, i bez względu czy ukończycie największy bieg świata czy kameralny bieg pokonaliście ten sam dystans. Łączy nas jedno, pasja i dystans pod butami i to niech nas łączy i jednoczy a nie dzieli, bo to w końcu my jesteśmy maratończykami i półmaratończykami, niejednokrotnie biegnącymi z własnymi intencjami, czasem także by pomóc innym. Warto też podkreślić jedno, gdyby udało nam się kiedykolwiek znaleźć sponsora, który współfinansowałby zakup i wysyłkę herbów to zapewniamy Was że herb byłby dla Was zupełnie darmowy, bo na to zasługujecie. Kwota 30 zł pokrywa przy tak niskim nakładzie koszty produkcji herbu, zakupu kopert i kosztów wysyłki pocztowej i jest inicjatywa zupełnie non profit. Czekamy na Wasze maile, z inicjatywami które mogłyby dodatkowo uatrakcyjnić w Waszych oczach całe ideę funkcjonowania herbu. Wysyłajcie maile:  herb@herbmaratonów.pl

Muszę przyznać, że pomysł super. Wiem, że parę osób będzie atakowało, parę wspierało, a co najważniejsze karuzela biegowa musi się kręcić. Czy wizja wypali? Zobaczymy, muszę przyznać, że poważnie myślę, my podjąć wyzwanie. W tym roku jednak w planie tylko dwa maratony, no, ale zobaczymy, pobiegniemy, pomyślimy. Na koniec nasuwa się pytanie: czy Herb stanowi konkurencję czy raczej uzupełnienie Korony, to myślę, że chyba jednak uzupełnienie. Dzięki Herbowi, kiedy już zdobędziemy wymarzoną Koronę, to kolejny cel przed nami się objawi. A warto w życiu mieć zawsze przed sobą cele. nawet jeżeli komuś się wydaje, co tam jakieś cele biegowe. Tak naprawdę one wcale nie są mniej ważne od życiowych, tylko idealnie je wspomagają.