Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

Jak to jest z tym biegowym braniem

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Brawo dla Pani Polonistki. Oczywiście nie Wyspiański, ale min. Mickiewicz pisał trzynastozgłoskowcem. Nasza epopeja narodowa przez wielu wyklinana czyli Pan Tadeusz została tak napisana. Zrobiłem lekki miks przerabiając na trzynastozgłoskowca Wyspiańskiego i czekając, kto zwróci mi uwagę. Brawo za czujność. A tu przybiegło zwrócenie uwagi, ale z innej bajki. Maciek, oraz kilka osób zauważyli w sporym zdziwieniu, że nie potępiłem tak ostro jak to ja mam w zwyczaju pani Olgi. No cóż, zazwyczaj w stosunku do kobiet może jestem trochę bardziej wyrozumiały. A tak poważnie, to wybiegam z założenia, że każdy czy każda ma swoją biegową karmę. I ona właśnie mu czy jej przyświeca. Z drugiej strony obserwuję, jak obecnie wszyscy i tak po pani Oldze jadą jak po…. Wiadomo kim,  a ja cóż z reguły chodzę własnymi drogami.  A kiedy jest nadmiar „poprawności politycznej”, to ktoś musi się wyłamać, dla posolenia i popieprzenia potrawy. W przeciwnym przypadku jej smak byłby bardzo mdły.. Oczywiście nie pochwalam zachowania i łykania jak leci, które niektórzy biegający sobie serwują. Marku zaciekawiłeś mnie informacją, że Leniwa Danuta ma swoją biegową ekipę. Nie spotkałem się z nimi.

Ostatnio w jednym z komentarzy Robert krócej znany przypomniał mi jedną znaną wędkarską maksymę, że tylko ryby nie biorą.  A w życiu normalnym czyli polityce, biznesie czy nawet bieganiu biorą praktycznie wszyscy z małymi, wręcz incydentalnymi wyjątkami.  Patrząc na nas biegaczy z ogromnym przekonaniem mogę powiedzieć, ze tak wszyscy coś bierzemy. Z tym, że większość z nas bierze coś z biegania, a mam nadzieję że tak naprawdę niewielka grupa bierze dla biegania. Czujecie tą małą różnicę? Chociaż z drugiej strony zdecydowana większość z nas bierze jakieś suplementy diety, witaminy czy inne dozwolone środki. Nie ukrywam, że także zdarza się jakieś wapno, magnez ( dzięki Marku, drobna, ale jakże subtelna różnica) czy różne witaminy łykać co jakiś czas. Może nie regularnie (bije się w piersi i przyznaję, że tak bardzo średnio dbam o siebie), ale mam czasem okresy, kiedy nadrabiam zaległości. Z drugiej strony coś może być w łykaniu magne(s)u. Potem mnie ciągnie do osób tak skrajnie różnych ode mnie.

Natomiast najwięcej biorę z samego biegania. Szczególnie podczas startów zorganizowanych. Kiedy staję w strefie startu czuję przenikające mnie pożądanie biegowe, moc nad tłumem się unoszącą niczym czarna gradowo-burzowa chmura. I nagle, kiedy startujemy następuje ulewa mocy spływająca na każdego czy każdą z nas z osobna. Ale nie potrzebujemy przed nią parasola. Łykamy jej smak szeroko otwartym ustami. No i potem na trasie, kiedy z kimś czy za kimś biegniemy, przybijamy piątki, to jest to, to jest mój doping, to jest moje wsparcie. Biorę i czerpię z każdego biegu pełnymi garściami. Coś takiego będzie w najbliższą niedzielę w Grodzisku.

Ostatnio coś takiego mam także na treningu. Wczoraj kiedy biegłem zaczepiła mnie pani mieszkająca przy jednej z ulic, gdzie codziennie przebiegam. Zapytała, czy będzie mogła ze mną od czasu do czasu pójść na trening pobiegać. I to jest dodatkowy biegowy ogień. Biegać z kimś w parze. Od jakiegoś czasu o czymś takim myślę, ale jakoś nie udało się zorganizować. Może pojawi się szansa? Trzymam panią za słowo, jeżeli na mojego bloga wbiegnie. Potem, kiedy biegłem minąłem inną panią, z którą także od czasu do czasu obok siebie przebiegamy przecinajac tuptające orbity. I od stosunkowo niedługiego czasu piątki sobie przybijamy. Kawałek dalej mijam kolejną panią i co robię? Znowu sobie piątki przybijamy. I to jest mój środek dopingowy. Pytanie czy dozwolony. Sądzę, ze na to pytanie partnerzy mijanych pań by musieli odpowiedzieć, jak i pani, z którą niedługo będę biegał. Już się cieszę i czuję biegowy ogień.

Co do wspomagania hmm napiszę mniej legalnego. No cóż ono było, jest i będzie i od niego nie uciekniemy. Od tego co z domu wyniesliśmy, jakie mam zasady życiowe i zwykłą wewnętrzną uczciwość zależy czy z niego korzystamy. Bo zapewne niejedną osobę to kusi. Trochę na zasadzie jak zarobić, ale się nie narobić. Jak mam być szczery mi to rybka czyli plum, kto co i jak bierze. Jeżeli czuje się Wielki, bo nie do końca jasno i klarownie super wynik osiągnął, cóż gratuluję poziomu człowieczeństwa. Żal tylko tych, którzy w pełni uczciwie biegnąć stracą z tego powodu szanse do dobre miejsce. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że do uczciwych ich uczciwość wróci i zostanie nagrodzona. A w przypadku tych mniej uczciwych? No cóż, każdemu wedle jego zasług. Ja może jestem trochę staroświecki, ale wychodzę, a w zasadzie wybiegam z założenia: jeżeli się nie narobię, to nie zarobię. W naszym przypadku to oznacza jedno: ile potu, cierpienia i krwi na treningu zostawię, tylko podczas zawodów do mnie wróci. A jeżeli nic nie zostawię, to moje oczekiwania do oficjalnego wyniku są takie same. Czyli prosto: za nic-nic, za coś-coś. Mam nadzieję, że zrozumiale to napisałem.

No to ruszam do Krakowa

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Macieju masz rację, wyprawy biegowe są kosztowne, ale każda pasja się wiąże z takim czy innym wydatkiem. No  chyba, że dla kogoś pasją jest oglądanie samochodów z okna swojego domu. Też jest jakaś opcja.

Były w tym tygodniu zawirowania, załamania, wątpliwości, istny wodospad wahań nad którym szalał wicher biegowej namiętności próbując pobudzić to co zasnęło. No i wczoraj nabiegło moje drugie biegowe ja i walnęło mnie młotem pneumatycznym zwalając moje racjonalne ja pod stół. No więc pojechałem, kupiłem bilet i w sobotę rano zerwałem się, by zaraz ruszyć do Krakowa. Piszę te słowa a w duszy płoną pożary podniecenia, pożądania, ale połączonego z obawą i nawet pewnym lękiem.  No i oczywiście z szacunkiem dla dystansu, który przed nami jutro się objawi. Tak sobie myślę, że chyba mi odbiło. Jak wiem, że pakiet był już opłacony i trudno było nie pojechać. No więc pojadę, ale co się stanie na trasie? Obecnie nie mam pojęcia.

Zgodnie z otrzymanym od Andrzeja zaleceniem mam się trzymać baloników na 4 godziny i biec tak długo jak się da. I myślę, ze to rozsądna strategia. Biegniemy jutro tak długo jak się da i mam nadzieję, że bez problemu do mety wszyscy dotrzemy. Pięknej pogody, pełni biegowych wrażeń i niech kontuzje omijają nas szerokim łukiem. Tego nam wszystkim jutro życzę. No tuptająca ekipo z kim się jutro w Krakowie jak nie fizycznie, to chociaż duchowo zobaczę?

Muszę przyznać, że mi odbiło i wyjeżdżam już o 7.30 rano. Oznacza to, że parkrun sobie muszę odpuścić. No, ale takie życie. Co będę robił w Krakowie tak długo? To jest Kraków, a w tym mieście nie sposób się nudzić. Może wskoczę tu, a może tam i z kimś znajomym się spotkam? Zobaczymy. Do zobaczenia tuptająca ekipo.  Paru osobom, które trochę częściej u mnie bywają wiedzą, że lubię coś zrymować, coś przerobić więc i dzisiaj mnie wzięło:

Hej kto biegacz gwałtu, rety

Do Krakowa dzisiaj gna,

Takim hasłem tup podniety,

Trąba nasza metrom gra

Trąba nasza metrom gra

Wiem, że powinno być kilometrom gra, ale układ sylabowy by się posypał. Pytanie, kto zgadnie na jaką wielką muzę to leci i jak wielką pieśń sprofanowałem?

A teraz jemy, ach jemy …węglowodany

Wczoraj zgodnie z założeniem wybrałem się na Śródkę na trening tempowy. Od jakiegoś czasu odpuściłem sobie jazdy na bieganie oraz generalnie po mieście samochodem, tylko jak na wpierającego transport miejski mieszkańca naszego miasta jeżdżę po mieście komunikacją zorganizowaną.  Co prawda mam kilka przesiadek, gdyż wpierw muszę autobusem, potem tramwajem, ale duchowy luz i pozbawiony wyklinania na innych kierowców i przepełnionych fantazją wtargania na jezdnię pieszych jest w mieście bezcenny. No więc podszedłem na przystanek grzecznie czekając na autobus. Ku mojemu zdziwieniu nagle kawałek za przystankiem stanął samochód, którego kierowca machał w moim kierunku zapraszająco. Podszedłem i wszedłem do środka W samochodzie siedział pan, obok którego siedziała kilkuletnia, maksymalnie ciut ponad 10cio letnia dziewczynka.

No i zaczęliśmy rozmawiać, oczywiście o bieganiu, ale nie tylko. Okazało się, że pan jest głównie triathlonistą i podczas ostatniego triathlonu na olimpijskim dystansie  w Poznaniu po pływaniu był w pierwszej setce, po rowerze w pięćsetce, a jak określił „poległ” na bieganiu. Co to oznaczało wolałem nie pytać, ale biegowo sobie daje radę, gdyż na poznańskiej połówce dobiegł do mety z nawet przyzwoitym czasem. Może 2 godzin nie udało się złamać, ale jak widać jego silną stroną jest bieganie i pływanie.  Od czwartku, czyli dzisiaj zaczyna trenować z córką, która wystartuje w najbliższym Colour Run. I tak sobie rozmawialiśmy, a kiedy nie chcąc być gburem chciałem opowiedzieć coś o sobie, okazało się, że nie muszę, gdyż pan czyta mojego bloga. I tu mi szczęka wyjątkowo opadła. Rozumiem, że od czasu do czasu na moją stronę wbiegają znajomi czy to z parkrun czy innych biegów, którym się pochwaliłem, ale że „obce” osoby i do tego bieganie traktujący jako dopełnienie swojej prawdziwej pasji, to mnie zdrowo zażyło. Oczywiście nie muszę dodawać, że życzę córce radosnego, kolorowego biegu, a panu dalszych sukcesów triathlonowych.  Powiedzmy sobie szczerze, biegać to może każdy, ale start i ukończenie triathlonu, to już zupełnie inna bajka czy para kaloszy, chociaż bardziej pasuje trampek, slipów i koła rowerowego. Dlatego głośno w tym miejscu krzyczę: powodzenia, a córka niech kolorowo Colour Run zakończy.

Na Śródce byłem w okolicach 19.30 i stadion tętnił pełnią sportowego życia. Na murawie biegali piłkarze, a na bieżni dookoła niej śmigali szybciej lub wolniej biegacze. Po rozgrzewce ustawiłem się na starcie i zacząłem moje kółka robić. Jedno po drugim mniej więcej w stałym rytmie, ale niestety troszkę w rytmie opadającym, więc niestety tempo mi trochę spadało. Może nie były to wielkie spadki, ale nie do końca mnie osiągane wyniki satysfakcjonowały.No i czułem się lekko słaby. Muszę przyznać, że byłem trochę zaniepokojony, gdyż start za parę dni, a jak słaby jak po zdrowo zakrapianej imprezie. Czy by być bardziej polityczny jak niemowlę.Po treningu usłyszałem od Andrzeja, że to normalne, gdyż ostatnie dni byłem bez węglowodanów, a bez nich biegać się nie da. Teraz do startu mam się opychać węglowodanami, by w Krakowie niczym ta tykająca bomba węglowodanowa pełną mocą eksplodować.Tylko trzeba znaleźć „bezpieczne” produkty węglowodanowe, po odpuszczeniu tego, który sam z siebie to jeden wielki węglowodan czyli cukier. O ile rzecz jasna pojadę do grodu Kraka, gdyż mam w tym zakresie niemałe wątpliwości.  Jak podaje portal  sfd.pl : Węglowodany są zdrowe dla układu trawiennego, lecz konsekwencje ich nadmiernego spożywania są już dla organizmu bardzo niekorzystne – zwłaszcza otyłość i cukrzyca, które pociągają za sobą kolejne, bardzo poważne schorzenia. Popularnym źródłem węglowodanów są ziarna: zboża, ryż, kukurydza, nasiona roślin strączkowych: groch, fasola, bób, soczewica, soja oraz rośliny okopowe: ziemniaki, buraki cukrowe.  Czyli będę żarł pyry, jak na klasycznego mieszkańca Pyrlandii przystało. Ale posypie je ryżowym sosem.

Mimo spadków szybkości, nie zmienia to mojego nastawienia do śmigania po bieżni na Śródce. Przeżycia i wrażenia bezcenne i jedyne w swoim rodzaju. No i jak Andrzej napisał, nie był to bieg tempowy, tylko bieg ciągły w drugim zakresie, cokolwiek to oznacza. W każdym razie brzmi fajnie, bardzo mądrze, a do tego wpada w ucho,

Czy istnieje syndrom zmęczenia biegowego?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, może i każdy może stanąć sobie z gitarą akustyczną czy bębenkiem na chodniku wygrywają rytm biegnącym. Ale w sytuacji kapel, to jest potrzebne i odpowiednie nagłośnienie i zazwyczaj jakiś podest, a to już bardziej skomplikowany proces i robić taką samowolkę, to chyba nie godzi. Ale jak ktoś chce, to nie ma sprawy robimy kapelę obstawiamy kilka miejsc w Poznaniu i codziennie w różnych godzinach dajemy koncerty. Ja w razie czego mogę robić na wokalu. Nikt tego nie zdzierży, a szczególnie straż miejska, gdyby chciała nas usunąć.

Tak sobie zerkam, na to co ostatnimi czasy mnie dopadło i się zastanawiam czy można powiedzieć o syndromie zmęczenia biegowego. Zerknąłem tu i tam i znajdowałem głównie teksty na temat przetrenowania w treningu biegowym. Jak podaje stronahttp://portalaktywni.com/aktualnosci/przetrenowanie-w-treningu-biegowym/ :

 Przetrenowanie ma zawsze negatywny wpływ na jakość naszego biegowego występu, ale na dłuższa metę jest również szkodliwe dla zdrowia. Rozpoznać je można po tym, że coraz wolniej robimy postępy, a nasz organizm zamiast nabierać formy – słabnie. Objawami przetrenowania są:

- ponadprzeciętne zmęczenie i ból lub napięcie mięśni,

problemy ze snem,

- skłonność do infekcji i kontuzji,

- wahania nastroju i problemy z motywacją,

- brak miesiączki …

- przyśpieszone bicie serc

Kiedy analizuje zachowanie mojego organizmu, to nic z tych rzeczy nie ma miejsca, no może brakiem miesiączki, ale to niespecjalnie mnie martwi ( oczywiście taki żarcik, gdyż dotyczyło to kobiet, ale specjalnie usunąłem dla motywu sensacyjno-obyczajowego). Zresztą pod względem biegowym czuję w sobie taki  ogień i moc, jakich jeszcze nigdy nie czułem. Tutaj jestem przygotowany że aż pragnę moje obecne możliwości wykorzystać i wypróbować.  Ale jednak coś jest na rzeczy. Jeszcze kilka tygodni czy miesięcy temu, gdyby coś stało na drodze mojej wyprawy biegowej, to stawałbym na głowie, by przeszkodę odsunąć, usunąć i w ogóle zamieść po dywan. A teraz? Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że jednak do Krakowa nie będę mógł pojechać, bo coś mi na drodze może stanąć? I co? Zamiast w szaleństwie organizacyjnym się zanurzyć zmiatając przeszkody z drogi, to podchodzę z lekko fatalistyczną postawą. Tak na zasadzie: jak jest mi pisane pojechanie do Krakowa i start w maratonie to fajnie, a jak nie to w końcu nic się nie stanie. Tyle jeszcze potencjalnych biegów przed nami. A jak w ogóle odechce mi się biegać i pisać? No cóż są różne inne życiowe pasje, którym można równie dobrze się oddawać. Tak, biegacz amator fatalista, a może tylko lekko zniechęcony? Sam nie wiem, ale takie kryzysy każdą czy każdego z nas dopaść mogą. Jest też opcja np. na tydzień, dwa czy nawet trzy odpuścić, zamilknąć ze skrobaniem, bieganiem i trochę sobie odpocząć. Na razie ciągle jestem w cyklu treningowym zgodnym z rozpiską, którą otrzymałem. Bo nie wiem, a póki nie wiem, to muszę robić tak, jakbym jechał. Dlatego na szybko odpowiadając na różne komentarze na różnych portalach wrzucone: łączenie przetrenowania z syndromem biegowego zmęczenia jasno i zdecydowanie odrzucam.

Odpowiadając na pytanie: czy istnieje syndrom zmęczenia biegowego? Myślę, że nie warto ubierać ideologii i wielkich słów do naszej pasji. Każda czy każdy z nas ma czasem wszystkiego dosyć, ale nie ma spółkować i ubierać to w wielkie słowa i albo na chwilę zamilknąć, albo wziąć się ostro do roboty.

Im bliżej startu tym więcej wątpliwości

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany super, że podczas weekendu wygraliśmy z parkrun naszą frekwencyjną krajową rywalizację. Mam nadzieję, ze z każdym tygodniem będzie lepiej. Co do kapel podczas półmaratonu, to jak pan mi powiedział to nie jest tak, że w przypadku ustawienia kapel mogą to zrobić samopas. Muszą mieć oficjalną zgodę. I tego nie można odpuścić.

Nie wiem, co się dzieje, ale z każdym dniem przybliżającym do startu mam coraz więcej wątpliwości związanych z wyjazdem do Krakowa. Trochę wygląda tak, jakby moje biegowe zniechęcenie, które po Trzemesznie odbiegło znowu wróciło. Sam nie do końca łapię co się dzieje, ale nie jest dobrze. Co prawda treningi są teraz lżejsze, ale zniechęcenie wcale nie ucieka, a wręcz przeciwnie wraca, a nawet narasta. Niby staram się budzić i afirmację i realne i trzeźwe spojrzenie, ale coś we mnie dziwnego narasta.  Oczywiście pisząc o diecie, znowu coś zamieszałem, gdyż ryż też jest be. W sumie wszystko jest be, poza jajkami, jogurtem naturalnym i parówkami, oraz innymi takimi jedzeniowymi sprawami. Odliczam dni do Krakowa i jest coś, co  mnie niepokoi. Brakuje mi tego ognia, podniecenia, czy wręcz nawet biegowego pożądania. Jest nawet odwrotnie. Jakby wszystkie niepokoje z czasów sprzed Trzemeszna wróciły i to z podwójną mocą. Może to dieta, może inne obawy. W końcu tkwi we mnie, że podczas dwóch ostatnich startów zarówno w Dębnie, jak i Trzemesznie  omal nie odpadłem. Istnieje takie przysłowie: „ do trzech razy sztuka”.

Ale z drugiej strony najpiękniejsze w naszej pasji jest to że mimo wszystkich lęków, obaw i słabości w końcu potrafimy sami siebie pokonać i zdecydować na start. Mam znowu kilka dni, by wszystko przemyśleć i przeanalizować. Bo jechać na drugi koniec naszego pięknego kraju, by w spektakularnej porażce brać udział? Nie wiem, muszę to wszystko spokojnie przemyśleć. W końcu każda przygoda się kiedyś kończy. Może trzeba jakoś to wszystko obudzić, bo na razie mimo treningowego cyklu drzemię. Na szczęście do zdobycia Korony mam czas do października przyszłego roku. Więc zawsze jeszcze jedno podbiegnięcie w Krakowie mi będzie przysługiwało. Jest jeszcze parę dni do rozważenia wszystkich za i przeciw. Jak to się mówi, czasem trzeba odpuścić, żeby potem przyłożyć.

Co daje podejście psychiczne przed startem w maratonie?

Wiadomo, że w obecnym  tygodniu płonę w każdej chwili moim tuptającym płomieniem. W najbliższą niedzielę po raz 4 w życiu stanę w tłumie ponad 7 tysiącach biegających,  by z Królewskim Dystansem 42 kilometrów się zmierzyć. I tak sobie myślę, czy powinniśmy się obawiać takiego startu, czy raczej podbiec na luzie, na zasadzie będzie co będzie pobiegnę i będzie git, albo ok albo jeszcze lepiej.

No właśnie nastawienie psychiczne, jakie powinno być? Zgodnie z zasadami afirmacji, powinniśmy wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży, pobiegnie, a nasz czas spowoduje, że nasza szczęka  w podziwie opadnie. Afirmacja nas uczy, że pozytywne myślenie, daje pozytywne efekty. Zgodnie z jej zasadami powinniśmy stanąć w strefie startu z przekonaniem, że wszystko będzie super, a nawet lepiej i nic złego nas nie spotka, bo nie ma prawa. Jesteśmy Królami Wszechświata, a on kładzie nam się u stóp. Pobiegniemy, przebiegniemy i na luzie do mety dotrzemy. I nie ma prawa być inaczej. Myślenie innymi torami jest głupotą i szaleństwem.

Tak właśnie wygląda  spojrzenie optymisty wierzącego w moc afirmacji. Pytanie, czy przed startem w maratonie, ono się może przydać, czy może wręcz odwrotnie, jako podejście przepełnione pychą zostanie potraktowane i surowo na trasie się na nas zemści? No właśnie, jak podejść a w zasadzie podbiec przed startem? Z szacunkiem, pokorą, lekkim strachem, czy może właśnie z pewnością siebie trochę nawet z pychą graniczącą? Jak mam być szczery, trudno mi napisać, które podbiegnięcie jest lepsze.

W moim odczuciu pokora, szacunek i obawa jest konieczna, ale istnieje ryzyko, że zmieni się w strach i przegramy już na starcie. Tak więc przyznaję, że nie mam zdania w tym temacie. Uważam, że każdą czy każdego z nas niech prowadzi jego własna prywatna droga od startu do mety bez żadnej fałszywej nutki prowadzącej.To będzie nasza niedziela, nasz bieg, nasz czas. I nic więcej nie będzie się liczyło. Dla jednej osoby pokora i szacunek to podstawa, dla innej pewność siebie i duchowa gwarancja sukcesu. Tak jak jesteśmy różni, tak połączeni w niedzielę jedną myślą staniemy na starcie. I niech ta myśl nas prowadzi. A jaka? To chyba każdy i każda wie.

Tak sobie myślę, że jest jeszcze jedna możliwość nastawienia psychiczno-fizycznego. Podejść w stanie wskazującym na zasadzie „ ale o co chodzi? A co ja robię tutaj?”.  A potem ruszyć i w nastawieniu radosnego upojenia do mety dotrzeć. Bo co w takim stanie może nas niemiłego spotkać? No, ale to już kwestia psychiki i nastawiania do życia.

Dieta i wyjazd do Krakowa

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Tomaszu, wiadomo wolę nie dziękować, le pozdrawiam serdecznie.

Przyznam się szczerze, bez bicia że wczoraj trochę mi się wszystko pomieszało. Okazało się, że dieta bezwęglowodanowa pomyliła mi się z bezglutenową. Dlatego wracam raz jeszcze i skrobię, że jestem na diecie z minimalną ilością lub pozbawionych węglowodanów. No właśnie nasuwa się tutaj pytanie. Jak można znaleźć produkty pozbawione węglowodanów? Czy jest coś takiego? Z pewnością wódki wszelkiego typu i rodzaju. I jak tu być zwolennikiem prohibicji i podbiegać do  wódki tak mało polsko, jak u mnie bywa. No, ale trzeba będzie z panią wódeczką się przeprosić, bo przez ostatnie lata zdecydowanie ją zaniedbałem.  Co do szybkiej zmiany wczorajszego tekstu, to musiałem tak zrobić.Dzisiaj na śniadanie zjadłem 2 parówki drobiowe i jogurt naturalny. Na obiad będę się opychał diabli wiedzą czym,, a na kolację wezmę jajka i parówki. I tak trzy dni. mniam, mniam… no nie bądźmy szczerzy, nie będę ściemniał,,,fuj, ani to smaczne, ani przyjemne, ale jak trzeba, to trzeba. Tak na marginesie dalej głodny, a co za tym biegnie trochę zły jestem, ale może to wybiegam.

No, a wczoraj jeszcze przybiegła do mnie informacja z Grodziska o przyznaniu mi 1113 numeru startowego w jednym z najbardziej kultowych półmaratonów w kraju, czyli Słowaka. Mam tylko nadzieję, że po Krakowie jeszcze będę mógł. Właśnie apropo Krakowa. Najrozsądniejsza się wydaje wyprawa pociągiem. Najlepszym rozwiązanie jest chyba zakup biletu weekendowego
https://www.intercity.pl/pl/site/dla-pasazera/oferty/krajowe/bilety-weekendowe.html
  Na razie jeszcze nie wiem, czy dam radę wyjechać, więc spokojnie czekam. Mam nadzieję, że wszystko mi się odpowiednio ułoży.

Wiadomo, że także można zebrać ekipę kierowców i jednym samochodem ze zmianą prowadzącego jechać. Tyle, że to już jest trochę uciązliwe. Tak sobie zerknąłem, że jak komuś długo jazdy pociągiem lub samochodem, to może się zdecydować na lot samolotem. Ceny zaczynają się już od 590 PLN
http://www.skyscanner.pl/transport/loty/poz/krk/tanie-loty-z-poznan-do-krakow.html?adults=1&children=0&infants=0&cabinclass=economy&rtn=1&preferdirects=false&outboundaltsenabled=false&inboundaltsenabled=false&oym=1605&iym=1605&selectedoday=14&selectediday=15

Jest jeszcze opcja autobusowa, ale najmniej interesująca
http://www.pks.poznan.pl/rozklad_jazdy
Przynajmniej tak mi się wydaje. My już tak, jak na zdjęciu ten wpis prowadzącym… Jesteśmy już niemal w strefie startu.

No, ale wyjazd wyjazdem, ale trenować trzeba. W tym tygodniu luźno, ale za to treściwie. Dzisiaj jadę na Śródkę i ustawię mój biegowy tempomat na 25 kółkach. Miłej niedzieli.

Dieta biegacza amatora przed maratonem

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Macieju, moja wiara w zamieszczane w necie plany treningowe także jest zdrowo ograniczona. Na szczęście moje plany są pisane przez osobę, która zna się na rzeczy.

Muszę przyznać, że coraz bardziej widzę, jak w czasie ostatnich dni przed startem na Królewskim Dystansie ważne są najdrobniejsze szczegóły. Podam dwa przykłady:

Przed maratonem w Poznaniu zgodnie z zaleceniem Andrzeja miałem w ostatnim tygodniu trzy dni diety bezwęglowodanowej ( coś mi się pomieszało z tą bezglutenową). No i w Poznaniu biegło się super, a na ostatnich 12 kilometrach ruszyłem z ekstra ogniem. Błędem było jedynie, że ruszyłem o 2 kilometry za szybko i trochę na dwóch ostatnich pary zabrakło.

Przed Dębnem jadłem bez żadnych ograniczeń to co i jak chciałem. No i pytanie, czy moje żołądkowo wymiotujące sensacje były efektem tylko wypitego izo, czy może także, a może szczególnie diety.

Andrzej jak zwykle wszystko ocenia i analizuje za mnie. Parę dni temu, oprócz rozpiski treningowo-biegowej przybiegła dodatkowa informacja.” Od niedzieli przez trzy dni jak przed Poznaniem jesteś na diecie bezwęglowodanowej ( nie bezglutenowej)”. Co to oznacza? Od rana jestem na: rybach, każdym rodzaju mięsa (wołowina, wieprzowina, drób, baranina), kiełbasie, wędlinach, jajach, serze, śmietanie, twarogach, jogurcie naturalnym (bez cukru), mleku (nie za dużo), wszystkich rodzajach tłuszczu zwierzęcego, Sałatkach, liściach i łodygach warzyw (szparagi, brukselka, kalafior, sałata, kapusta, brokuły), ogórkach, awokado, pomidorach (w umiarkowanych ilościach), napojach alkoholowych (tylko niesłodzone i w rozsądnych ilościach, wybiega na to, ze w rozsądnych granicach czyściocha, whiskey, jałowcówka to podstawa), orzechy (niezbyt dużo 
http://readthelabel.pl/diety/dieta-niskoweglowodanowa/
A tutaj tabela produktów nisko węglowodanowych:
http://atkatka.pinger.pl/m/565996

Padło pytanie o bigos. To wspaniałe polskie danie jest paleo, niskowęglowodanowe, bez glutenu, zbóż, nabiału i roślin strączkowych oraz bardzo łatwe w przygotowaniu ( źródło paleo smak), czyli pasuje.  Zobaczymy jak to będzie. Piszę te słowa i zajadam się cytryną. Bardzo smaczna, No i do środy będę jadł, jak jadł. I tak do wtorku wieczora. Będę się karmił jak będę marząc o środzie. A od środy rano:



Czyli będzie klasyczne i pełne wpierdalamento czyli będę jadł i jadł i jeszcze troszkę coś zjem. Do niedzieli mam jeszcze parę godzin, więc idę coś zjeść

Bieganie pod specjalnym nadzorem

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany masz rację Europe z tym kawałkiem w czasach naszej młodości rządził. Dzisiaj mam sobotę ranek, co znaczy że biegacz amator jak zwykle rusza by biegowych ramionach swojej duchowej połowicy czyli parkrun się zanurzyć. Nie raz pisałem, że lubię wszystkie biegi, ale parkrun od początku najbliższy mi był w sensie duchowym. Dlatego jadę zaraz, ale dzisiaj moje tempo ma być na poziomie ciut ponad bardzo luzackie tuptanie. Mogę je określić, jako luzackie tuptanie, czyli bez bardzo. Ale i tak jeżeli będę potrafił się w założenia wpisać, a w zasadzie wtuptać, to mój czas będzie baaaardzo odległy. No, ale tak musi być. Od września zeszłego roku moje tuptanie mogę określić jako bieganie pod specjalnym nadzorem. Takie szybkie pytanie: ktoś kojarzy skąd ten tytuł się wziął?

No, ale jak to jest z tymi nadzorami. Ktoś może powiedzieć: tyle jest różnych rozpisek biegowych w necie, to po co słuchać osoby fizycznej? Odpowiedź jest prosta. W necie znajdziemy rozwiązania i plany że tak skrobnę uniwersalne teoretycznie dla każdego. Ale jak coś jest dla każdego, to może się okazać, że w rzeczywistości nie do końca. Bo powiedzmy sobie szczerze, każdy czy każda z nas jest inny czy inna i nie ma biegowych praw i zasad uniwersalnych. Bo są pewne detale dotyczące każdej osoby i wyróżniającej ją od innych. Dlatego jak mam już trenować wg jakiegoś schematu, to lepiej, by to było przez kogoś układane, kto  nas w jakiś sposób już zna. Jest taka mądra życiowa maksyma: jak coś jest dla wszystkiego, to naprawdę jest do niczego. I coś w tym chyba jest.

Zupełnie inaczej, kiedy jesteśmy pod nadzorem kogoś, kto widzi co się dzieje i jakie są nasze reakacje. Wtedy w sytuacji różnych zwątpień, kryzysów będzie można zastosować zmiany specjalnie pod nas dopasowane. A w sytuacji narzuconego uniwersalnego planu z netu musisz zasuwać zgodnie z nim i nie ma miejsca na odstępstwo. Wiem, ktoś może powiedzieć, że tu nie ma miejsca na słabość, to nasza pasja. Może i tak, ale jesteśmy ludźmi i każda czy każdy z nas boryka się z ludzkimi problemami. Bieganie pod nadzorem, to świetna rzecz. Pomaga zwiększyć naszą biegową moc i zdecydowanie poprawić wyniki. Jednak warto to mimo wszystko robić pod okiem kogoś, to może reagować, niż tylko pod uniwersalną rozpiską. No, ale każdy ma swoją biegową karmę. Tyle, że w czasie takiego biegania ważna jest jedna rzecz. Trzeba uczciwie i jasna mówić, jeżeli coś złego się dzieje. U mnie  z tym jest niestety problem. Nie lubię się przyznawać do słabości i zawsze mówię że jest super. No i potem takie różne kwiatki na tym nawozie wyrastają.

Co do Andrzeja, który mnie wspiera. Jak nie raz  pisałem, jest to osoba, która w bieganiu ma sukcesy, które nam nawet się nie śnią. Ilu z nas może mieć szanse na medale w Igrzyskach Paraolimpijskich? Ba i to na nawet nie szansę wystąpienia, ale zdobycie takich medali. I to kilka w trzech różnych Igrzyskach? No, ale przechodząc do ostatniej myśli. Andrzej ma pod swoim skrzydłami mocną ekipę. Już  z paroma osobami się zapoznałem. Bez wątpienia ja jestem w tej ekipie „najsłabszym ogniwem”. No cóż napiszę tak, są wyniki , czasy i biegacze, którym ja nigdy nie dorównam. Z kolei każdy może biegać tak jak ja, bo jestem zaliczanych do szarej biegowej masy statystycznej. Ale wiedząc o moich ograniczeniach Andrzej jednak poświęca mi swój czas. I to mnie  najbardziej szokuje. Sam się dziwię, że mu się chce.

Kilka słów na temat jak wygląda bieganie pod nadzorem. Co tydzień przybiega rozpiska ile kilometrów każdego dnia do pokonania na jaki czas.  Do tego informacje o kombinacjach związanych z rytmami, podbiegami, skipami i innymi takimi. Do tego codziennie jest informacja zwrotna z tym co zrobiłem jak się czuję i ogólnie i szczególnie. Potem do każdego startu także założenia czasowe. Na jaki czas z jakim tempem ustawienia taktyczne biegowe. I faktycznie to daje efekty. Nawet w przypadku tak opornej masy biegowej jak ja.

Na koniec jeszcze jedna drobna refleksja. Ogólnie mam dużo szczęścia do osób, które w taki czy inny sposób wspierają mnie biegowo. Oprócz Andrzeja w okresie zimowym wybierałem się co środę na Maltę lub Śródkę gdzie cały czas odbywają się treningi pod patronatem biegologia.pl . Są realizowane pod czujnym okiem małżeństwa bardzo profesjonalnie przygotowanych biegaczy Oli i Tomka. Oczywiście biegacz amator zdecydowanie woli pod okiem pani trenować i także zdrowy wycisk tam otrzymał. No i co się okazało? Szefoowa wszystkich podbiegów także ma „swoje za uszami” : „Za czasów juniorskich biegaczka średnio i długodystansowa (startująca pod panieńskim nazwiskiem Nowak), kilka razy stawała na podium Mistrzostw Polski, oraz była członkiem kadry narodowej na ME i MŚ juniorów. Rekordy życiowe: maraton 3:10:49, półmaraton 1:24:38″ Źródło : portal biegologia.pl.. No cóż nie mam więcej pytań. Mogę tylko napisać, że mam tuptające szczęście, że na takich ludzi trafiam.