Kto ma jeszcze w domu podpijka domowego?

Dzisiaj tak innej bajki. Wczoraj kiedy wróciłem z pracy usiadłem sobie w domu w spokoju duszy. Zaczynał się weekend, do tego jeszcze wolny weekend, więc można było sobie zasiąść przed stołem, kompem, telewizorem, tym na co akurat miałem ochotę. Jak spora grupa osób biegających, ale nie tylko myślę biegających bardzo lubię sobie smakować napój o chmielowej goryczce.

Tak więc sobie usiadłem, otworzyłem buteleczkę i coś tam dziubałem na klawiaturze. Nie pamiętam, czy może nowy wpis, a może coś tak innego analizowałem, w każdym razie miałem trochę spraw do popisania, oglądania i załatwiania. W każdym razie trochę czasu mi to zajęło. Kiedy skończyłem, postanowiłem sięgnąć po butelkę,która czekała na mnie na stole. Podnoszę ją do ust, a tu pusto, nic, zero. Ani kropla napoju życia nie spłynęła mi do ust. Muszę przyznać, że się zdrowo zdenerwowałem. No jak było piwo,a tu raptem nie ma piwa. Ani kropelki, ni hu hu. I tak sobie od wczoraj myślę, rozważam i analizuję i dochodzę do wniosku, że muszę mieć w domu podpijka domowego. Chyba nie trzeba go nikomu przedstawiać. Mały, złośliwy zielony w barwach Irlandii, przypminający kameleona z maksymalnie wydłużonym języiem, którym chwyta butelkę czy kufel  i po cichu, że nawet nie jesteśmy w stanie się zorientować, jak, gdzie i kiedy wszystko nam wypija. Kąży cicho po ulicach i wielkimi ślipiami wypatruje gdzie może wskoczyć i co komu wypić. Tak naprawdę, to nikt przed nie jest bezpieczny. 

Tak się zastanawiam, kto jeszcze spotkał w życiu tą złośliwą bestię. Jak mieliście przypadki, kiedy ktoś wam wydudlił Wasze napoje. Szczególnie dotyczy to piwa, gdyż nie wiadomo dlaczego ta cholera właśnie w chmielowym napoju gustuje. Czy można z tym gnojkiem walczyć? Jedyne wyjście to mieć w zapasie jeszcze co najmniej jedną butelkę i wtedy jest wyścig. Czy my zdążymy chociaż coś wypić, czy ten cholerny podpijek wszystko nam wydudli. Tak z ciekawości: spotkaliście już podpijka na swojej drodze? Podejrzewam, że tak, ale mało kto się chce przyznać, że mu piwo wydudlił. Pewno z białą myszką na spółkę. 

Co powinno wyróżniać dobrze zorganizowany bieg?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasem. Macieju, Marku cóż moja ocena obecnej sytuacji gospodarczo – politycznej w naszym kraju trochę się różni od Waszej, ale na szczęście jeszcze póki co każda osoba może swoje opinie wygłaszać. I ja nie mam zamiaru dzielić naszych rodaków, na tych co stoją tam, gdzie kiedyś ZOMO i na bohaterów. Nie dotyczy to tematu bloga, więc tylko od czasu do czasu delikatnie się burzę, kiedy widzę jak ładnie przebiegamy z czerwieni w brunatne barwy. Ja akurat jestem zwolennikiem stonowanych kolorów więc mi takie jaskrawości nie przypadają do gustu.

No, ale już przebiegam do głównego punktu dzisiejszego wpisu. Po ostatnim Biegu Niepodległości w Poznaniu, na portalu Maratony Polskie rozgorzała dyskusja, czy ten bieg spełniał wszystkie oczekiwania i wymagania osób biegających. I mamy tutaj dwa punty widzenia. Można napisać, że dwie skrajne odmienne oceny tego samego wydarzenia. Organizatorzy, a także osoby, dla których najważniejszy jest uzyskany czas, dobra trasa i tylko strona czysto merytoryczna wydarzenia uważają, że taki bieg, jak w Poznaniu spełniał wszystkie oczekiwania i był idealny. Świetnie przygotowana trasa, dobrze zmierzony czas, brak zatorów to jest to, czego potrzebujemy. Nic więcej biegającym nie jest potrzebne. W końcu na Zachodzie tak jest. Tam nikt nie myśli o jakiś wypasionych pakietach, czy innych fanaberiach. U nas biegający są rozpuszczeni, jak dziadowskie bicze i śmią coś żądać od organizatorów poza samym biegiem. Jakieś pakiety, srety i inne takie głupoty, o których nikt na Zachodzie nie śmiał by nawet marzyć. Tam się biega, a nie spółkuje ( w bardziej dosadnej rzecz jasna formie)

A my co? Oczekujemy pakietów, odpowiedniej atmosfery, oprawy, jak my w ogóle śmiemy cokolwiek poza samym biegiem żądać. Jesteśmy biegacze roszczeniowi i bezczelni. Odpowiem krótko: może i tak, ale od takiego Biegu, jak Bieg Niepodległości mamy prawo wymagać wymagać czegoś więcej niż biegu. To jest nasza manifestacja przynależności do tego, jakże umęczonego przez wieki kraju. I my mamy prawo żądać, by w biegu niepodległości czuć się jak na wielkim wydarzeniu, a nie kolejnym może i dobrze zorganizowanym, ale nie niczym się nie wyróżniającym od innych biegów. Bo co? Bo odśpiewaliśmy hymn, ostaliśmy rogala i medal? Poza odśpiewaniem hymnu niczym innym szczególnym ten bieg się wyróżniał. Brakował mi tej atmosfery, oprawy, czucia, że to coś więcej niż tylko tup, tup. Podczas np. maratonu jest poczucie, że to inny bieg niż inne. Są zespoły, jest oprawa, jest ogień.

Zresztą biegłem w Biegach Niepodległości  i w Obornikach, biegłem w Luboniu i tam czułem atmosferę święta. W Poznaniu był po prostu dobrze pod względem merytorycznym zorganizowany bieg, ale bez tego smaku, który stanowi o jego wyjątkowści. A dobrze zorganizowany pod każdym względem bieg, to w moim skromnym odczuciu to jest przede wszystkim atmosfera. Są biegi, gdzie czujemy święto, a są biegi, gdzie czujemy się, jakbyśmy poszli do Maryny na piwo. No i z racji, że u Maryny, to i rozkosz może się przydarzyć. Wtedy mamy przyzwoity bieg z ewentuanym dodatkiem, ale nie wyjątkowy.

Ja rozumiem Artiego i jego oburzenie, jak ja śmiem być tak roszczeniowy. Arti jest biegaczem i patrzy jak biegacz. Bieg ma być biegiem i do tego się sprawdzać. Ja z kolei oczekuję wydarzenia i czegoś więcej, niż na treningu znajdę. I bynajmniej nie dotyczy to tylko biegu w grupie, bo też mogę się umówić z paroma osobami na wspólny trening, gdzie zmierzymy sobie czas, a potem pójdziemy razem na piwo. I czym się to będzie różniło. I o tą różnicę mi biega. Myślę, że to chyba jasne. 

Ile i kiedy dni wolnych w czasie tygodnia biegowego

Na początku trochę z innej strony. Wczoraj dostałem wyjaśnienie od POSIR-u oraz Szpot-a w związku z konfliktem, który pojawił się między Opel Szpot a POSIR-em i zniknięciem z biegowego kalendarza cyklu darmowych biegów „Biegaj z Opel Szpot”, który był realizowany nad Maltą. Oba listy zamieszczę na blogu w przyszłym tygodniu. Listy stanowiły odpowiedź na moje pismo, skierowane do POSIR w dniu 29 października
http://biegaczamator.blog.pl/2017/10/31/dlaczego-biegaj-z-opel-szpot-zniknal-znad-malty/
oraz odpowiedź Szpot-a dotyczącej odpowiedzi POSIR-u Jak napisałem wyjaśnienie wstawię w przyszłym tygodniu.

Nie jest dla nikogo tuptającego tajemnicą, że najważniejszym elementem rozwijania naszej pasji jest nasz codzienny trening. On buduje naszą moc, nasze przygotowania do tego, co stanowi najsmaczniejszy dodatek do naszego tuptania czyli biegów zorganizowanych. To dzięki treningowi możemy się przygotować do tych startów i spijać z nich tuprozkosz. Tylko, ze trenować też należy z głową i zgodnie ze swoimi w tym zakresie możliwościami, by się po prostu tak rzecz nazwawszy nie zarżnąć.

Kiedyś trenowałem dzień w dzień, ale ktoś, kto zna się na bieganiu dużo lepiej od mnie powiedział mi, że jeden dzień przerwy to minimum. Są osoby, które trenują 5 razy w tygodniu, sa i takie które 4 czy 3 w zależności od potrzeb, samopoczucia i innych takich. Z racji, że moją wizją jest jeden dzień przerwy muszę się zastanowić kiedy ten dzień będzie optymalny. Do tej pory były to zawsze piątki, ale ostatnio jedna ze znajomych szybkobiegaczek stwierdziła że dzień przed planowanymi zawodami, które praktycznie zawsze są w sobotę nie jest dobrym pomysłem. Optymalnym rozwiązaniem jest czwartek, czyli dwa dni przed planowanym startem. Wtedy w piątek spokojna przebieżka i znowu wejście w rytm biegowy. A tak przerwa tuż przed startem powoduje wybicie z rytmu. No i mam teraz spory dylemat. Czy faktycznie lepsza jest przerwa tuż przed startem czy może jednak dwa dni przed. Myślę, ze trzeba będzie wypróbować ten drugi treningowo-startowy schemat. Jestem ciekawy, jak to osoby, które zaszczycają mnie swoją obecnością robią i który ze schematów im najbardziej odpowiada. 

Kopciuszek na biegowych salonach

Ta historia zabrzmi trochę jak bajka. Kiedy ją pierwszy raz przeczytałem zastanawiałem się czy to żart czy jakaś inna forma zwrócenia na siebie uwagi. Ale historia wydarzyła się naprawdę i miała miejsce na jednym z najtrudniejszych ultramaratonów świata z Sydney do Melbourne, którego dystans wynosi 875 kilometrów. Dla osób, które na co dzień nie biegają jest to całkowicie pozbawione sensu, by w takich biegach startować, a dla nas, którzy już trochę posmakowaliśmy biegowej pasji, jakieś nie do zrealizowania marzenie,fantazja do której i tak nigdy nie przystąpimy, bo to zupełnie inna konkurencja. Taka, która jest  zdecydowanie poza możliwościami biegowymi 99,99% z nas.

Nawet jeżeli nie wystartujemy, to i tak chociaż w przybliżeniu możemy sobie wyobrazić cykl przygotowań do takiego startu oraz samej strategii zachowania się na trasie. Tutaj każdy element, treningu, diety, wypoczynku, tempa musi być opracowany, przygotowany, dopieszczony. Nie ma miejsca na improwizację i luz w podejściu. Do tego trzeba znać swoje możliwości w tym zakresie, przejść odpowiednie badania czy możemy, czy to się dla nas fatalnie nie skończy.

Link do całego tekstu tej nieprawdopodobnej historii zamieszczam poniżej, tutaj tylko wybrane jego fragmenty:

„W 1983 roku ze zdziwieniem odnotowano pojawienie się na starcie 61-letniego Cliffa Younga. Początkowo myślano, że przyszedł on popatrzeć na rozpoczęcie maratonu. Ubrany był nie jak inni sportowcy, lecz w roboczy kombinezon i kalosze. Gdy jednak Cliff podszedł do stolika po numer startowy, stało się jasne, że zamierza wziąć udział w wyścigu… Gdy maraton się rozpoczął, profesjonaliści pozostawili daleko w tyle Cliffa w jego kaloszach. Niektórzy kibice mu współczuli, inni śmiali się z niego, że nie daje rady od samego początku biegu. Widzowie obserwowali farmera w tv, wielu przeżywało i modliło się za niego, by nie umarł na trasie.
Wytrawni biegacze wiedzą, że by pokonać dystans potrzeba kilku dni i każdego dnia należy biec przez 18 godzin i spać przez 6. Cliff Young nie miał tej wiedzy…. Każdej nocy zmniejszał się dystans pomiędzy farmerem a resztą uczestników. Po ostatniej nocy okazało się, że Cliff minął wszystkich biegaczy. Rankiem ostatniego dnia był już daleko z przodu. .. Przebiegł odległość 875 kilometrów w czasie: 5 dni, 15 godzin i 4 minut. ( pobił rekord biegu o prawie 2 dni) Gdy wręczano mu nagrodę w wysokości 10.000 dolarów australijskich, powiedział, że nawet nie wiedział o jej istnieniu i nie dla pieniędzy wziął udział w maratonie. Całą kwotę rozdał pozostałym pięciu lekkoatletom, którym także udało się ukończyć bieg”


http://m.joemonster.org/art/21452

Przyznam szczerze, że jestem rozbity na czynniki  pierwsze tą historią. Jak gościu bez profesjonalnego przygotowania, ubrania, snu może pokonać taki dystans. Kopciuszek w wersji męskiej, który wydarzył się naprawdę. 

Sezon na „ale piździ” – najlepszy czas na aktywność

Od tygodnia na dworze zapanował klasyczny okres na „co cię nie zdmuchnie, to cię wzmocni czyli sezon na „ale piździ” uważamy za otwarty”. Tak w sumie można określić jeden z najmniej przyjemnych okresów pogodowych w naszym kraju, czyli koniec października do początków grudnia. Czas ten możemy określić jako jesienne ostatki. W okresie tym mamy w naszym kraju stan pogodowy określany jako „ale piździ” , czyli jest albo zimno, ale wieje. Jeżeli mamy połączenie zimna z bardzo porywistym wiatrem ( niestety jest to dosyć częste), to wtedy mówimy, że piździ do kwadratu.

Generalnie, kiedy mamy ten okres, to większość naszych rodaków, kiedy nie musi wychodzić, to zamyka się w domach czekając na zimę, po której wreszcie nadbiegnie wiosna. No, może aż tak daleko jeszcze nie wybiegamy z naszymi marzeniami, ale czekamy z niecierpliwością aż ten pieprzony „ piździ time” zostanie zakończony. Dla nas, osób które z większym lub mniejszym zamiłowaniem zajmują się tuptaniem jest to idealny czas co oddawania się naszej biegowej pasji. Nie ma już upału, nie ma trzaskającego mrozu, ale jest na tyle paskudnie za bardzo nie ma co w tym czasie robić. Można co prawda siedzieć przed kompem, telewizorem czy pójść do knajpy, ale to takie życie na półśrodki. Jeżeli ktoś lubi aktywnie spędzać czas, to teraz jest na to najlepsza pora. I tu nie ma znaczenia czy mówimy o bieganiu, jeżdżeniu na rowerze, chodzeniu na siłownie, czy na sale gimnastyczne. Każda forma aktywnego spędzenia czasu w tych jakby tego inaczej nie nazwać paskudnych dniach niesie za sobą wartość dodaną. Najważniejsze jest chyba to, że zabezpieczamy się pod względem zdrowotnym, uodparniamy na zmasowany atak bakterii niosące za sobą przeróżne choróbska i które w tym czasie są szczególnie aktywne. Właśnie nasza aktywność i przebywanie na dworze buduje dookoła nas tarczę odporności. Mimo że leje, zimno i wracamy przemarznięci i przemoczeni, to jeżeli mamy już wcześniej wytworzoną tarczę ochronną, to duże prawdopodobieństwo, że okres ten przetrwamy bez strat zdrowotnych.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny powód, by aktywnie wystąpić przeciwko sezonowi na „ale piździ”. Jest to czas, kiedy ludzi bardzo często dopadają zniechęcenia, depresje i inne obciążenia psychiczne. Co ciekawe, gdzieś znalazłem informację, że najwięcej samobójstw jest popełnianych w maju i czerwcu, ale podejrzewam, że czas na „ale piździ” nie wiele tutaj ustępuje. Kiedyś może pochylę się nad tym tematem. Podsumowując: mamy czas na „al piździ” i to jest fakt bezsporny. Chcemy go dobrze przetrwać? Bądźmy w tym czasie aktywni. Biegajmy, jeździjmy na rowerze, spacerujmy, korzystajmy z siłowni, kursów tańca i innych metod ruchu. W ten sposób przetrwamy ten okres bez zbytnich strat psychicznych. 

Czy mieszkańcy większych miast nienawidzą biegaczy?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Marku i Maćku bardzo ciekawe komentarze wrzuciliście, ale odniosę się do nich jutro, bo to temat to poważniejsze przemyślenie, chociaż dzisiejszy tekst do nich  w jakiś sposób nawiązuje. 

Ciekawy artykuł sprzed ponad roku znalazłem na portalu aktywnieradioz.pl Tytuł artykułu jest dosyć długi, dlatego streszczę go maksymalnie, jak i cały artykuł. Przesłanie jest, że biegacze zadzierają a ludzie ich nienawidzą. I wybiorę najlepsze kawałki: „  No bo przecież tłum śmiesznych ludzi w legginsach właśnie sparaliżował całe miasto. Ulice są zamknięte, komunikacja miejska nie kursuje, końca peletonu „truchtaczy” nie widać, a oni muszą stać w korku. Jak żyć?” Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Zrobić to co ja, czyli też zacząć biegać. Właśnie stanie w korku i wściekanie się, że nie mogę jechać, bo oni biegną spowodowało, że na złość sam zacząłem biegać.

„ Nie tylko przeciętni mieszkańcy większych miast nie cierpią biegaczy. Okazuje się, że rowerzyści i rolkarze również mają im sporo do zarzucenia. W końcu biegają po ICH leśnych ścieżkach oraz ICH drodze w parku. Uważają, że „truchtacze” stawiają swoją pasję ponad wszystko i za nic mają tych, którzy uprawiają inne sporty. No przecież bieganie jest teraz takie modne, że nie ma innych tematów do rozmów. W autobusie, tramwaju, podczas spaceru – praktycznie z każdej strony słychać tylko ten temat. Wychodzisz ze znajomymi na piwo, nawet nie możesz się doczekać weekendowego kaca, a tu znowu bieganie. Halo, da się przed tym w ogóle uciec?”. No cóż nie możesz walczyć to się przyłącz, będę to powtarzał jak mantrę, bo sam tę drogę przeszedłem

„No bo kto przy zdrowych zmysłach wychodzi na 15-stopniowy mróz, żeby pobiegać? A no „truchtacze”. Mają te swoje kolorowe legginsy, odblaskowe buty i gadżety, a zimą już na pewno nie zawahają się ich użyć. Podczas, gdy ludzie trzęsą się z zimna na przystankach, „truchtacze” pokonują kolejne kilometry. Aż na sam widok ich ubioru robi się zimniej! Nieważne, że są zaspy po kolana i że chodniki zamieniły się w lodowisko – nawet wtedy z twarzy nie schodzi im ten denerwujący uśmieszek” Odpowiem krótko. Kto nie biegł w śniegu, mrozie, a nawet na lodzie, ten nie wie i nie potrafi sobie wyobrazić, jakiego walka z ekstremalną pogodą daje życiowego kopa

Nie będę więcej wrzucał, dodam tylko, że było o męce mieszania z biegaczem i jego przepoconymi rzeczami, endomondo oraz zapychania portali społecznościowych, a szczególnie Facebooka tekstami o bieganiu, które nie każdego interesują. No cóż takie życie, jak to się mawia: life is brutal, full of zasadzkas and sometimes kopas w p(d)upas. Jak nie możesz walczyć, to się przyłącz, a ile stresów odejdzie. A tak na zupełnym marginesie, to nerwy piekności szkodzą, a lepiej być pięknym czy piękną niż nerwowym czy nerwową.

Biegacz amator jako motywator

Dzisiaj sobota, więc zgodnie z obowiązującym już od ciut ponad 5 lat ( w zeszłym, tygodniu miałem moją 5 rocznicę parkrunowania) przymusem wewnętrznym po raz 207 łącznie, z czego 203 w Poznaniu pojawiłem się na Cytadeli, by w moim ulubionym biegu wystartować. Z racji jutrzejszego maratonu nawiedziła nas spora grupa biegających z innych części lokalizacji, i to nie tylko z naszego kraju. Był przedstawiciel Szwecji, ze Sztokholmu, spora grupa z jeżeli pamięć mnie nie myli z Leicester z Wielkiej Brytanii i chyba ktoś jeszcze, ale nie dosłyszałem skąd. Można napisać, że było dzisiaj godnie i międzynarodowo.

Mnie szczególnie ucieszyło, że pojawiła się znajoma, której od paru miesięcy nie widziałem, bo gdzieś po Azji ujeżdżała. Kiedyś biegaliśmy w zbliżonych czasach, co prawda ona zwykle trochę szybsza, ale często się wzajemnie motywowaliśmy. Tak też było dzisiaj. Przez całą trasę przebiegliśmy razem wzajemnie się wspierając. Co prawda zgodnie z naszą tradycją znajoma na ostatnich metrach niczym ta sarenka mi odbiegła śmigając, jakby przez złym wilkiem uciekała, ale że z formą wilka nie jest najlepiej, więc odpłynęła, a w zasadzie odbiegła mi w siną dal. Tuż przed metą ujrzałem kolejną znajomą, do której bardzo się zbliżyłem. Ona też zwykle biegała poza moim zasięgiem, więc kiedy już byłem na etapie jej wyprzedzania krzyknąłem do niej: „biegacz amator Ciebie wyprzedza? Wstyd”. No i to słowo klucz „wstyd” podziałało na nią jak czerwona płachta na byka ( chociaż w tym przypadku trudno napisać o byku). W każdym razie dostała takiego przyśpieszenia, że na tych ostatnich metrach poczułem nagle w nosie zapach palonej gumy na asfalcie. Nie muszę chyba dodawać, że oczywiście pani nie wyprzedziłem, a na mecie powiedziała, że tak ją zmotywowałem słowem „wstyd”, że dostała nagłego dopływu mocy. Mogę więc napisać, że dzisiejszy parkrun jako motywator przebiegłem. Myślę, że jutro koło Śródki, lub samej Katedry na 30-stym kilometrze się ustawię i  podobnie, jak dwa lata temu będę podbiegiem i słowem wspierał nadbiegających. Już to raz przerabiałem i pamiętam, że parę osób mi podziękowało za wsparcie. 

Jak Szkoci w Londynie Parkrun robili

Myślę, że ta historia mogłaby wyglądać tak:

Dawno, dawno temu w odległym londyńskim parku, który swoim obszarem obejmuje 455 hektarów…. Jednak, żeby uściślić napiszę, że to było 13 lat temu, a ten park nazywa się Bushy Park, gdzie do tych 13 lat wstecz tylko jelenie biegały. No, ale budujemy dalej nastrój. No więc w sobotę 2 października siedziało na ławeczkach w parku 10 Szkotów, 3 Szkotki i jeden Irlandczyk. Byli po piątkowych baletach, więc w stanie parującym, niewyspani, bo gdzie idziej Szkoci, jak nie w parku spać mogli. No i siedzieli w tym stanie jak wspomniałem bardzo, bardzo ciężkim i dywagowali co zrobić, by jakoś doprowadzić się do stanu używalności. No i nagle dostali olśnienia i stwierdzili, że sobie pobiegną 5 kilometrów. Początkowo myśleli, że może nawet rzucą się na dłuższy dystans i do tego w wersji oficjalnej, ale bardzo szybko doszli do wniosku, że przy takim, a nie innym stanie to 5 kilometrów będzie optymalne. Do tego jeszcze kto widział, by Szkot miał Angolom za bieg płacić. Więc za darmo i pobiegną sami. Irlandczyk od początku powiedział, że on się nie pisze, bo on nie biega i koniec, ale żeby nie biegali bez sensu, to on im czas zmierzy. No i na tym stanęło i pobiegli.

W następny tygodniu znowu i kolejnym znowu. Coraz więcej innych biegających zaczęło ich obserwować i włączać się do akcji Potem zaczęli się rozjeżdżając po całym świecie, biorąc ze sobą wizję cotygodniowych sobotnich biegań na przegonienie kaca. Od tego czasu minęło 13 lat, a szkocka wizja biegania za darmo ogarnęła pewną część Świata niczym ośmiornica i obcnie już w 14 krajach w ponad 1200 parkach, co sobotę o godzinie 9 leczy piątkowy ból głowy dziesiątki tysięcy biegających. Jest to obecnie bez wątpienia największy pod względem osiągów oraz organizacji projekt biegowy świata

Magia 30-stego kilometra

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Macieju masz rację, że trochę to dziwne z tym to co na Malcie wczoraj się wydarzyło. Zresztą jest to ciekawy bieg, gdyż jak Robert dłużej znany napisał:Ten bieg nad Malta jest za darmo dla uczestników ale za organizację płaci urząd marszałkowski i organizator robi to dla zarobku. Był normalnie przetarg tak samo jak rok temu” Ciekawą informację dodał Maciej: „ No tak, na Malcie limit 700, na liście startowej 698, a pobiegło 497. Z tych 200 którzy nie stawili się na starcie, część zablokowała start innym biegaczom, a organizator w bardzo łatwy sposób proponował wyrejestrowanie się i umożliwienie startu innym chętnym, a część po prostu zapewne tylko odebrała pakiet startowy z bidonem, bo wydawano go przed biegiem już w piątek. Dla mnie żenująca postawa tych 200 osób, no bo ilu z nich mogło mieć rzeczywiście przypadki losowe uniemożliwiające udział wynikłe w ostatnich 2 dniach?”No i co tutaj dodać? Jak widać, kiedy bieg darmowy, to nie do końca pewna część biegaczy potrafi to docenić. Jak płacimy to biegniemy, jak nie płacimy, to co dadzą weźmiemy, a pobiegniemy, jeżeli będzie się nam chciało. To po co się wysilać, jeżeli nie zapłaciliśmy.

No, ale już przebiegam do motywu przewodniego wpisu. Dla większości z nas, przeciętnych pożeraczy kilometrów, w mniej lub bardziej amatorski sposób przygotowujących się do startu trzydziesty kilometr na maratonie niesie za sobą pewne fatum, przekleństwo, zwał jak zwał. Tu nam często odcina prąd, tu się dzieją różne cuda. A ten kilometr ma też w sobie pewną magię. Wczoraj dostałem od jednej z uczestniczek fotkę z maratonu w Warszawie. Historia tego zdjęcia jest prosta i nie ma w sobie żadnego podtekstu. Ale może od początku.

Nie muszę chyba dodawać, że działo się to w zeszłą niedzielę, podczas maratonu w Warszawie. Jeszcze wtedy miałem resztę sił. Kiedy przed oznaczeniem 30-stego kilometra ujrzałem dwie piękne kobiety, które robiły sobie zdjęcie, na tle planszy oznaczającej ten właśnie kilometr. No i cóż, nie mogłem się powstrzymać i podbiegłem, by się podczepić pod „fotkę”. Ku mojemu niemałemu zdziwieniu obie panie bez zbytnich oporów zgodziły się fotkę i nawet obiecały, że mi podeślą przez Facebook. Minęło parę dni i ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu wczoraj fotka z magicznego trzydziestego kilometra przybiegła. Bo ten trzydziesty kilometr miał magię. To, że potem odcięło mi prąd to inna bajka, ale zanim to nastąpiło jeszcze z dwa czy trzy kilometry dzięki wsparciu pań przebiegłem. Gdyby nie ta fotka pewno siadłbym już od razu na trzydziestym i kto wie czy doczłapałbym do mety. A tak, dzięki duchowo-fotkowemu dwóch pań jakoś do mety doczłapałem. A może to było tak, że jak mi duch maratoński coś dał, to potem musiał zabrać? Też coś w tym może być. 

Antybiegacz czyli naturalna forma obronna

Nie jest żadnym odkryciem, ani sensacyjną tezą stwierdzenie, że funkcjonowanie świata oparte jest na przeciwieństwach. One wzajemnie w jakiś sposób się uzupełniają, mimo że stanowią całkowite swoje zaprzeczenie. Ludzkość od samego początku zdawała sobie z tego sprawę starając się odpowiednio je nazwać udowadniając, że muszą one istnieć obok siebie mimo że w teorii wzajemnie siebie wykluczają: Yin i Yang, materia i antymateria, , harmonia i chaos , życie i śmierć. Na przeciwieństwach jest wszechświat skonstruowany i dlatego przenikają one do naszego ludzkiego świata: wojna i pokój, miłość i nienawiść, porządek i burdel. Taki przeciwieństw można wymieniać i wymieniać. Wiadomo, że jeżeli istnieje coś, co jest dla nas super, to gdzieś w mroku czai się coś, co będzie stanowiło zupełne tego super zaprzeczenie i bardzo często będzie nas dopadało.

Podobnie jest i z naszą tuptającą pasją. Jeżeli jest bieganie, jako forma i style ruchu, życia, filozofii bytu, to będzie istniało antybieganie, które będzie całkowitym przeciwieństwem. Nie chcąc używać wielkich i skomplikowanych słów określę to bardzo prosto: mamy na świecie antybiegacza. Antybiegacz może przyjąć dwojaką formę: jako człowieka, będącego delikatnie mówiąc bardzo niemiłego dla nas biegających. To jest typ, który wyzywa podczas naszych treningów w parku, że mu słońce przebiegając zasłaniamy, klnie w żywy kamień musząc się wstrzymać z przechodzeniem przez ulicę gdyż akurat jest bieg zorganizowany, a epitetach na nasz temat za kierownicą rzucanych, kiedy stoi w korku biegiem spowodowanego już nie wspomnę. Generalnie jest to człowiek, który uważa, że wszelkie formy aktywności są chore, a tych którzy je uprawiają wysłałby najchętniej w kosmos. Możliwości walki z fizycznymi antybiegaczami nie ma, oni byli, są i będą i nie ma wyjścia musimy żyć razem na tym padole łez

Innym problem jest antybiegacz, który tkwi w każdym z nas. Niestety każda osoba biegająca ma w sobie antybiegacza. To on nas namawia, byśmy odpuścili trening, byśmy zeszli z trasy, byśmy zrobili coś „ciekawszego” niż miarowe przebieranie nogami na czas. Podejrzewam, że wielu z nas już spotkało się z anybiegowymi pokusami tego osobnika. A jeżeli jeszcze się nie spotkało, to wcześniej czy później się spotka, gdyż on tkwi w każdym bez wyjątku, tylko u niektórych bardziej zagrzebany. Jak z nim walczyć? Przede wszystkim podjąć walkę i nie poddać się po pierwszych odwiedzinach. Bo jak raz się poddamy, to potem odwiedziny będą coraz częstsze. A nawet jeżeli raz czy drugi ulegniemy, to za każdym razem stawajmy opór ograniczając porażki do minimum. W życie każdego człowieka wpisane są i sukcesy i porażki dlatego nie bierzmy ich do siebie. W końcu wszystko jest oparte na przeciwieństwach. Antybiegacz jest naturalną formą obronną naszej duszy i dlatego nie przejmujmy się zbytnio jego odwiedzinami.