Lato deszczowych ludzi

Na początku jak zawsze w ym miejscu i czasie. Praszku masz rację, od biegania, jak ktoś już jest tuptajaco zahartowany, to raczej małe szanse, by zachorował. Martens, nie mam pojęcia co się dzieje z opisanym przez Ciebie portalem i jej autorami. Może coś innego im się narodziło.

Dzisiejszy tekst stanowi jakby kontynuację wczorajszego wpisu, z pewnym wzbogaceniem. Od czasu do czasu tytuły czy wstawiane w tekst frazy nawiązują do różnych klasyków. Tak i jest i tym razem. Ciekawy jestem, czy ktoś rozpozna skąd i od Kogo. No, ale wracam już do istoty, clue, jądra i innych najważniejszych kwestii związanych z tytułem i tematem. Trzeba przyznać, że lato w tym roku, przynajmniej jak na razie jest takie bardzo mało letnie. Można nawet się posunąć do stwierdzenia, że jest do pupy. Generalnie mało ciepło, wodniście, bez smakowitych letnich kąsków niczym obiad na wyjeździe ekonomicznym w dodatkowo  bardzo oszczędnej wersji.

Na szczęście nam tuptajacym to aż tak bardzo nie przeszkadza, wręcz do biegania pogoda jest idealna. Brak palącego słońca powoduje, że jeżeli nie można się zbytnio wylegiwać na plaży, łąkach czy innych wylegujących miejscach, to trzeba poszukać alternatywnych form wypoczynku. I zawsze parę osób więcej może podłapać bakcyla np. biegania. Z drugiej strony,jak jest tak jak dzisiaj to nawet my zapaleńcy mamy biegowy problem egzystencjalny. Jak zmusić samego siebie by w taką ulewę wyjść i tuptać. Czekamy tak długo jak się da, może przestanie. A jak nie? No cóż jak to mawiał baca w pewnym starym dowcipie: mamy dwa wyjścia, albo pójdziemy biegać, albo nie pójdziemy. I potem mieliśmy całą litanie z tym kiedy w jakiej sytuacji przepadliśmy. Można podsumować krótko: pobiegamy będziemy mokrzy, nie pobiegamy, możemy mieć chandrę, zły humor, moralnego kaca i inne obciążenia psychiczne. Pytanie, co wolimy: być mokrzy czy zadać sobie cios w psychikę. Każdy staje przed swoim wyborem. Takie trochę w klasykę wbiegającą zagadnienia: biegać czy moknąć, być suchym czy szczęśliwym. Bo każda osoba biegająca ma w sobie coś z dziecka, a wiadomo, że mokre dziecko to szczęśliwe dziecko. Tak więc lato deszczowych dni niech biegającej pasji nie gasi. Choć to wbrew naturze, ale deszcz może biegowy ogień podtrzymywać.

Tak naprawdę każda pogoda jest dobra do biegania, tylko należy samemu w to uwierzyć i tej wiary się trzymać. Jak na razie deszczowi, albo deszczem wspomagani biegający ludzie proszeni są na start.

Masochiści na trening marsz

No to dzisiaj się nam w Poznaniu pogoda narobiła. Nie wiem, jak to wygląda w innych miejscach naszego kraju, ale u nas leje deszcz. To nie jest to, że sobie kapie kap, kap, lekko, delikatnie i przyjemnie. Tak naprawdę, to takie kapanie mało komu przeszkadza. Ja osobiście uwielbiam biegać w takim wiosennym czy letnim ciepłym deszczyku. Nawet jesienią, kiedy już nie jest taki ciepły i przyjemny, to biegać można bez większych stresów.

Natomiast, to co od rana dzieje się dzisiaj, to już zdecydowane przegięcie. Może nie jest to klasyczne urwanie chmury, ale równo, mocno i bez przebaczenia leje się równo woda z nieba na człowieka. Oczywiście nie tylko na człowieka. Generalnie na wszystkie istoty, co na dworze przebywają. No i pytanie. Pogoda to jest taka, że jak mówi przysłowie: psa na dwór się nie wygna. W sumie psa, to może nie, ale osobę biegającą jak najbardziej . Nie ma że mokro, nie ma że moczy wszystkie zakryte i nie zakryte części ciała.

Kilometry zrobić trzeba, bo maraton nam  nie wybaczy żadnego zaniechania, ani zaniedbania. Lepiej zmoknąć, niż poddać się na trasie. W takiej pogodzie kształtuje się nasz charakter. Więc tupatający masochiści, na trening marsz. Pokazujemy dzisiaj ile pasji jest naprawdę w nas. Jest zawsze opcja stwierdzenia, że pokazywaliśmy kiedy byliśmy mali czy małe, a teraz się wstydzimy. No cóż każda osoba ma swoją biegową karmę. Jestem ciekawy ilu czy ile dzisiaj takich samych osób o wariackim nastawieniu do życia spotkam dzisiaj na trasie. W końcu żyje się raz… Tak naprawdę dzisiaj przed nami biegowy dzień prawdy. I to takiej mokrej jak diabli prawdy.

No i na koniec jeszcze taka refleksja czy pytanie. Czy to, że decydujemy się w taką pogodę tuptać jest oznaką pasji, czy raczej masochizmu. Bo czy zdrowe jest bieganie w taką pogodę? Przecież można się przeziębić, katarku złapać, kaszelku, albo i jeszcze czegoś gorszego. No, cóż biegałem już w burzy, ulewach, mrozach, śniegach i odkąd biegam tfu odpukać przeziębienia szerokim łukiem na razie mnie omijają, szukając łatwiejszych od mnie celów.

My amatorzy nigdy nie będziemy profi

Rano wrzuciłem tekst o bezpośrednim przygotowaniu startowym i co ono może dać nam kompletnym amatorom. Mimo tych rozważań i dobiegnięcia do wniosku, że nawet może się nam takie przygotowanie przydać, chcę mocno i zdecydowanie podkreślić jedno. Żaden z nas, takich prawdziwych tuptaczy amatorów, do których sam się zaliczam nie ma żadnych szans, by swoimi wynikami chociaż zbliżyć się do wyników zawodowców. Możemy sobie trenować jak oni, możemy robić nawet takie same kilometry, podbiegi, interwały, rytmy i cholera wie co jeszcze, ale i tak nie wybiegniemy nigdy poza amaorską skorupę swoich możliwości. Po prostu nie ma na to żadnej opcji. Nasze uwarunkowania i możliwości fizyczne, tlenowe, i każde inne powodują, że nasze miejsce w biegowym peleonie będzie zawsze zbliżone.

I tu nie ma znaczenia jak mocno do danego startu się przygotujemy. Możemy jeść pokonywaną trawę, wyciskać wodę z kamieni swoim upartym trenigiem, ale samych siebie nie przeskoczymy. Możemy poprawiać życiówki, cieszyć się jak dzieci z każdej kolejnej ukradzonej sekundy, ale to wszystko, na co nas stać. Kiedyś ktoś napisał, że biegi masowe, to jedyne takie miejsce, gdzie amator może zmierzyć się z zawodowcem i go pokonać. Zmierzyć, to się możemy wzrokiem, jeżeli spojrzenie takiego mistrza przez nas przebiegnie i na sekundę złapiemy błysk jego oczu. Bo tak naprawdę żaden zawodowiec nawet na nas nie spojrzy, no chyba że akurat jakimś cudem na starcie pchani poczuciem własnej mocy ustawimy się przed nim. Tyle, że nie będą to wtedy miłe słowa, którymi w swojej duszy nas obrzuci. Będziemy mogli się cieszyć, jeżeli głośno nie powie, co o nas myśli.

Tak, bieganie, a szczególnie biegi zorganizowane to bardzo specyficzna forma rywalizacji. 98-99% procent biegnących walczy ze swoimi słabościami, a pozostały jeden, góra dwa procenty walczy o kasę. Nam amatorom to tita i buczy, kto kasę zgarnie, bo my nawet nie myślimy, żeby do tych wyników się zbliżyć. Ostatnio znajomy po biegu się pytał: które miejsce zająłeś, czy coś wygrałeś? Kiedy mu powiedziałem, że nie biegam dla zarobku, tylko dla przyjemności, to zrobił wielkie oczy i spytał: to po cholerę wydajesz kasę, jeżeli możesz za darmo pobiegać po parku. Odpowiedziałem mu krótko: to po cholerę kupujesz ubrania, jeżeli możesz się odziać listkiem klonowym ( figowego u nas się nie znajdzie)

Ja, podobnie jak większość z nas  nigdy nie będziemy profi i się do nich nie zbliżymy. Ale to nie znaczy, że nie możemy biec za nimi po tej samej drodze i w tym samym biegu. A, to że przez to pakiet droższy, no cóż, ale walczymy z zawodowcami.

Czy nam amatorom może się przydać BPS?

Na początku nasuwa się nam wielu tuptającym amatorom pierwszej wody, do których sam się zaliczam: a o to jest to BPS i o co w tym biega? Dla wielu tuptających obojga płci jest to jakaś mało zrozumiała fraza. Jej tłumaczenie jest proste: bezpośrednie przygotowanie startowe. Jak podaje magazyn bieganie:

„Aby odpowiedzieć na to pytanie, zastanówmy się, co jest celem BPS-u (nota bene podzielonego na trzy fazy: akumulacji, intensyfikacji oraz transformacji)? W skrócie można powiedzieć, iż jest to wytworzenie adaptacji organizmu do warunków, jakie będą panować podczas startu, pod który planowany jest BPS. W uproszczeniu – biec długo i szybko, przy możliwie niskim zmęczeniu. O ile nie mamy wpływu na warunki klimatyczne, w jakich przyjdzie nam się zmagać, tak już prędkość startowa, o której mowa, i jej obróbka są jak najbardziej w naszym zasięgu. Tu jednak dochodzimy do miejsca, gdzie rozprawiamy o dwóch z lekka nietożsamych zdolnościach: szybkości i wytrzymałości.”

Muszę przyznać, że kiedy ujrzałem rozpiskę kilometrów ekstra akcentów na ostatnie osiem tygodni do maratonu, to zrobiło mi się na przemian zimno i gorąco. Zresztą ja nie liczę, na to, by łamać na maratonie 3 godziny. To jest poza moimi granicami możliwości. 4 godzny mogę złamać, ale trzy to już zupełna abstrakcja. Czy w takim razie BPS może mi się przydać? Jak mam być szczery nie mam pojęcia, ale kiedy czytam rozpiskę BPS, to jak napisałem moje pierwsze odczucie było: głupota, szaleństwo i poza moimi możliwościami. Jednak z drugiej strony, kiedy analizuję propozycję treningową,

http://www.magazynbieganie.pl/tajemnice-bps-bezposrednie-przygotowanie-startowe/ ,

to w zasadzie mamy w tygodniu trzy treningi specjalne w okresie ostatnich ośmiu tygodni do maratonu. Czyli mam jeszcze niecałe dwa tygodnie do rozpoczęcia tańca. W sumie rozpiska fajna, tyle, że trochę przeraża zrobienie tych 35 kilometrów. Na razie raz w tygoniu robię koło 20, a tu podskoczyć do 35, to lekki szok biegowy. Natomiast zastanawia mnie jedno. Jest napisane w rozpisce trzy treningi specjalne, ok,  a co w pozostałe dni? Klasyczne dyszki bo odpuścić treningi w końcu chyba nie. Zresztą jeszcze jedno pytanie.

Co takiemu zadeklarowanemu amatorowi jak ja może dać taki plan. To, że trzech godzin nie będę łamał, to jasne i logiczne, bo to poza moimi fizycznymi możliwościami. Ale może mogę poprawić moją dotychczasową życiówkę na maratonie, czyli ciut poniżej 4 godzin, a może po prostu dobiec we względnie dobrym samopoczuciu i formie ( w końcu to 42 kilometry) do mety. Nie wiem, czy może coś mi to dać. No, ale jak nie spróbuję nie będę wiedział. Muszę przyznać, że korci mnie by podjąć rękawicę.

Pięć lat minęło

Właśnie uświadomiłem sobie, że od czasu, kiedy dopadła mnie moja biegowa pasja minęło pięć lat. Tak jest to już pięć lat. Muszę przyznać, że kiedy zostałem zarażony nigdy nie myślałem, że tak to się rozwienie. Ot, myślałem, że od czasu do czasu jakąś piątkę sobie gdzieś pobiegnę i to będzie wszystko. I te moje pierwsze treningi, to były takie biegowe popierdółki. Zresztą cel wtedy był jeden. Chciałem przebiec bieg z klasą i on był moją pierwszą startową motywacją, która kto wie, czy nie wyzwoliła właśne mojego tuptającego pragnienia.

Bieg z klasą miał się odbyć 16 września 2012 roku, a we mnie pragnienie, by w nim wystartować obudziło się właśnie w ostatnim tygodniu lipca. I miałem wtedy spory problem. Jak ja, zupełne i całkowite biegowe antytalencie miałem się przygotować do mojego pierwszego startu? Zresztą wtedy nawet nie myślałem, czy to będzie pierwszy i co po nim sie stanie. Chciałem raz w życiu pobiec w biegu zorganizowanym. Nie miałem zielonego, różowego ani w żadnym innym kolorze pojęcia o tym jak sie przygotować, na co zrócić uwagę. Nawet w necie nie rozejrzałem się po treningowych rozpiskach. Coś mi wtedy napłynęło do głowy, żeby trenować robiąc codzienne parę kilometrów. Nie były to jakieś wielkie odległości, ot z dwa, góra trzy kilometry, ale robiłem to codziennie. No i po sześciu tygodniach takiego tuptania pierwszy raz pobiegłem w biegu zorganizowanym. Czas był wtedy zupełnie abstrakcyjny, żeby nie napisać, że fatalny, bo 35 minut na trochę ponad 5 kilometrów ( jedno obrkążenie Malty) to nawet obecnie, przy moim obecnym, zupełnym dnie pięciokiometrowego tuptania, nie jest możliwy do ogarnięcia i zrozumienia. No, ale wtedy tyle pobiegłem i byłem sam z siebie cholernie zadowolony, że udało się dobiec. Dla takiego kompletnie tuptającego laika jakim wtedy byłem, była to radość, szczęście, że dałem radę i dobiegłem. No, a potem to już pobiegło hurtem. Jakoś udało mi się gdzieś tam jeszcze pobiec i wtedy spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o parkrun, na którym pojawiłem się na początku października. I od tego czasu moja biegowa pasja zapłonęła pełnym ogniem.

Na początku tylko piątki i myślałem, że poza ten dystans nigdy się nie wychylę. Jednak po roku kolejne pomysły zwiększania startowych odegłości napłynęły. Najpierw dziesiątki, po kolejnym roku półmaratony, i na końcu Królewski Dystans. Taka biegowa progresja startowa. No i co będzie dalej? Zobaczymy jak to dalej pobiegnie.

Budzenie biegowego głoda

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Kropka wielkie dzięki za ten komentarz. Masz rację, że pomoc trenera czy doradcy to nie tylko rozpiski, ale głównie motywacja. Myślę, że to temat na osobny wpis. Bardzo Tobie dziękuję. Zresztą wczorajszy wpis wzbudził ku mojemu zdziwieniu sporo różnych opinii, często tuptających po dwóch stronach barykady, więc jak wspomniałem jutro wrócę do tematu w sposób bardziej refleksyjny.  Z racji, że zawsze skrobię z jakąś moją ukrytą wizją, więc skrobnę do mi w głowie tańczy. Na jednym z wiodących biegowych portali rozgorzała naprawdę interesująca dyskusja, gdzie nawet okazało się, że spotkał mnie zaszczyt posiadania może hatera, to za dużo powiedziane, ale osoby, która zagląda w moje wpisy na tyle dokładnie, żeby podważać ich sens.

Naturalną kolejnością rzeczy każdego człowieka są napływające i odpływające fale naszej chęci, ochoty, pragnień związanych z różnymi obszarami naszego życia. Może to dotyczyć praktycznie wszystkich elementów naszej życiowej aktywności od pracy począwszy na pasji skończywszy. Tak samo jest z bieganiem. Czasem nasza biegowa pasja niczym ten przyczajony tygrys, ukryty smok zakopuje się w różnych zakamarkach naszej świadomości i za cholerę nie chce się z nich wynurzyć. Możemy szukać, prosić, wypatrywać, a tu nic. No i w efekcie nie chce się nam wyjść na codzienne tuptanie. Tak po prostu nie, bo nie i ni …. nie ma biegania. Jesteśmy trochę wypaleni, znużeni, zmęczeni i chcemy odpocząć, oderwać się i przemyśleć wszystko.cóż w moim odczuciu jest naturalne zjawisko i można je próbować gasić, odkładać, przekładać, ale i tak wcześniej, czy później każdego dopada.

 No i pytanie, jak już nas dopadnie co dalej? Każda osoba ma inną drogę powrotu do biegowych chęci. Ktoś może usiąść cichutko w kąciku i poczekać aż do nas wróci. Ktoś może stwierdzić, że to jest dobry czas, by na drogę wolontariatu wkroczyć i będąc obok, obserwując, pomagając wyzwalać chęć ruszenia w biegowe tup. tup. Ktoś jeszcze inny może zajmować się setkami innych rzeczy, oczyścić na chwilę swój umysł od biegowego pożądania, by mógł z pełną siłą powrócić. Może właśnie tutaj być potrzebna pomoc biegowego trenera, który niczym motywator nagle się nam objawi, W końcu biegowe pożądanie, niczym ten wielki głód z wiadomej reklamy, nigdy  nas nie opuści i zawsze będzie dookoła krążyło, by w odpowiednim momencie zameldować się na naszym pokładzie z podwójną siłą. Dlatego, jeżeli kogoś niechęć dopadnie, niech się nie załamuje,to jest naturalne. Nasz biegowy głód jeszcze do nas wróci.  Musimy tylko odpowiednią drogę mu przygotować  oraz girlandami ozdobić. Czy zrobimy to sami, czy z pomocą biegowego trenera czy doradcy, to już zupełnie inna bajka.

 

Trening do czy po kotlecie i trening startowy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie wstrzymałbym się od tak jednoznacznych opinii. Uważam, że powinna nas cechować otwartość umysłów na różne nowości i nim faktycznie po organoleptycznym sprawdzeniu nie uznamy że coś jest be, lub cacy, podbiegać z wiarą i nadzieją do nowości. Miłość może zostawmy wyższym celom.

Dla każdej osoby tuptajacej, która oprócz tuptania dla tuptania czasem startuje w różnych biegach zorganizowanych i stara się wtedy uzyskać maksymalnie dobry czas nie jest żadną tajemnicą, że mamy dwie różne formy treningu. Jedną możemy określić, jako biegania dla biegania, ewentualnie do czy może raczej po kotlecie, a drugie to już poważniejsze robienie kilometrów przygotowujące nas do poważniejszego startu. I tu nie ma znaczenia, czy dla kogoś to dyszka, dla kogoś półmaraton, a dla innego w końcu Królewski Dystans, czy też biegi ultra. Ważne jest to, że podczas tego typu treningu, nasze założenia, odległości czy nawet metody ulegają całkowitej zmianie. A jak Metody, to i Cyryl może się przyplątać ( ciekawe kto złapie o co biega.

W każdym razie kiedy biegniemy do czy po kotlecie ( w zależności przed czy po obiedzie), to biegniemy sobie na całkowitym luzie. Nasze odległości są takie czy inne, możemy je zmieniać w zależności od fantazji i humoru, a tempo dokładnie takie, na jakie mamy ochotę czy jakiego czujemy potrzebę. Ot sobie biegniemy dla samego biegu, a cała reszta się nie liczy. Jest przyroda,, ptaszki, mniejszy lub mniejszy smog i my. I jest to kompozycja biegowa doskonała.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, kiedy przed oczami mamy cel w postaci takiego czy innego startu. I tu nawet nie ma znaczenia, czy chcemy, czy nie chcemy poprawiać naszych wyników. Bieg zorganizowany to jest wyzwanie, bo to już nie mierzymy się tylko z samym sobą na zasadzie jak dobiegnę to fajnie, jak nie to trudno. Tutaj wypada do tej cholernej mety dotuptać. Jeszcze bardzo często mierzymy się z odległościami, które na co dzień nawet przez głowę nam nie przebiegają, że może tak pobiegniemy. Tutaj to jest klasyczna woja: my, czas, trasa i nasze słabości. No bo do pani trudniącej się nierządem, nie jesteśmy cieniasami, by zejść z trasy. Jak już zdecydowaliśmy się wystartować, to wypada jakoś do tej mety doczłapać. A bez przygotowania, to ni cholery się nie uda. Dlatego trzeba podkręcić kilometry, tempo, wpleść w trening rytmy, podbiegi i inne takie. Jeżeli moja tygodniowa norma to powiedzmy 60 km, to w rytmie treningowym przed maratonem musi podskoczyć do tych 80-90. Oczywiście nie od razu, tylko  na systematyczne tygodniowe podnoszenie. Jak ktoś chętny, to niech poszuka w necie. Jest wiele rozpisek i niech ich się trzyma, a nie wg własnego widzimisię, gdyż do niczego to nie doprowadzi. A będą pewno i tygodnie, że i setkę się machnie. I to w różnych tempach. I nie ma, że boli. Królewski Dystans, to nie popierdółka i tu trzeba być przygotowanym, by jak popierdółka nie skończyć. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma że boli, tu musi poboleć, bo jak nie teraz to w czasie startu nam tak przy….., ze z papci wyskoczymy. Deszcz,żar z nieba czy wichura, kilometry robić trzeba.

 

Projekt korona maratonów Polski w pół roku

Ostatnio w czasie parkrun miałem bardzo ciekawą rozmowę z jednym znajomym biegaczem. Zgodnie z jego słowami, ostatnio razem ze znajomy zrobili koronę maratonów Polski. Niby nic aż tak wielkiego, gdyż wielu z nas ją ma w swojej kolekcji. Z tą małą różnicą, że oni ją zrobili przez ciut ponad rok. Obecnie rozważają podbiec raz jeszcze do tematu, ale skrócić ten okres do pół roku. W sumie jak się zerka na kalendarz, to faktycznie jest to nawet łatwe do ogarnięcia, jak się pobiegnie wg takie marszruty: Dębno początek kwietnia, koniec kwietnia Kraków, Wrocław Maraton początek września, Warszawa Maraton koniec września i Poznań październik.

W zasadzie, to mamy trzy miesiące biegania: kwiecień, wrzesień i październik. Kiedy się czyta o biegających, którzy robią ileś tam maratonów w roku, to można napisać: luzik, frajda i przyjemność. Muszę przyznać, że sam w zeszłym roku w jeden miesiąc tuptałem i Dębnie i w Krakowie, więc można. Co prawda we wrześniu po Wrocławiu i tamtejszych wydarzeniach Warszawy już nie dałem zrobić, ale nie znaczy to, że gdybym rozsądniej się we Wrocławiu zachował, to Warszawę raczej na luziku też bym zrobił. No, ale w jakiś sposób sam byłem sobie winny. Tak więc przy odpowiednim przygotowaniu, nastawieniu i mocy biegowej zrobione Korony w okresie pół roku jest jak najbardziej możliwe do ogarnięcia, nawet da takich zwykłych tuptaczy jak my, tyle że z odpowiednim zaparciem. Powodzenia dla wszystkich, którym ta wizja w głowie świta. Ja myślę, kto wie, może jak we wrześniu Warszawę zrobię, to jak nie przyszły rok, może następny … w sumie pomysł fajny…

Z drugiej strony, ktoś może powiedzieć: po co nam kolejne oznaki, medale, korony, herby, skoro i tak już powoli nie ma gdzie tego w domu trzymać. Owszem to fakt, z pewnością każda osoba tuptająca, która już trochę dłużej biega nie ma w którą stronę w domu się obrócić, aby na jakiś medal biegowy nie trafić. Ale to nam w chwilach życiowych zwątpień pokazuje, że mamy w sobie moc, że potrafimy nasze słabości pokonać. O co do ich ilości? No cóż, jak mądrzy ludzie powiadają od przybytku głowa nie boli.

Fenomen zwykłych, darmowych pięciu kilometrów startowych

Jak nie raz już pisałem, że moim ulubionym biegiem, do którego zawsze z radością wracam, bo wiem, że zawsze w tej samej porze i w tym samym dniu się odbywa jest parkrun. Co sobota punkt 9 rano w ponad tysiącu miejsc w kilkunastu krajach spotykają się zapaleńcy, by na tej samej, w danej lokalizacji trasie z czasem i swoimi możliwościami się zmierzyć. Ostatnio nie zawsze mogę, ale kiedy jest możliwość do się staram przybyć. W Poznaniu za dwa tygodnie będziemy obchodzili piąte już urodziny cyklu w naszym mieście. Dla mnie jest to oznaka, że już od pięciu lat biegam, gdyż narodziny mojej pasji zbiegły się z uruchomieniem tuptania na Cytadeli. Parkrun w Poznaniu ruszył w drugą połowę lipca, a w sierpniu na mnie spłynęła łaska biegająca. Na parkrun trafiłem dzięki śp. Januaremu na początku października tamtego roku. Od tego czasu już na prawie 200 parkrun eventach miałem przyjemność się pojawić.

No i z podziwem obserwuję, jak parkrun się w naszym raju rozwija. Pięć lat temu mieliśmy, jak mnie pamięć się myli cztery lokalizacje: Gdynia, Gdańsk, Łódź i Poznań. Jak podaje ciocia Wiki, oraz przeszuka się info z poszczególnych krajowych lokalizacji, pierwszy parkrun w naszym kraju odbył się w Gdyni 15 października 2011 roku a wystartowało w nim … 5 biegających. Co ciekawe byli to sami panowie zmieścili się w przedziale czasowym jednej minuty. Pierwszy zwycięzca polskiego parkrun uzyskał czas…24,51, więc można napisać, że bardzo, ale to bardzo lightowy. W pierwszym polskim parkrun, mieliśmy nawet mniej startujących, niż podczas inauguracji całego cyklu w Bushi Park w Londynie, gdzie 13 października 2004 roku pobiegło 13 osób. A teraz? Mamy już 14 krajów, w tym takie oryginalne jak Australia, Nowa Zelandia, Kanada, Stany Zjednoczone czy nawet Singapur, gdzie łącznie obywa się łącznie 1170 tuptań w każdą sobotę i o tej samej godzinie. Polska zalicza się do ścisłej czołówki pod względem ilości lokalizacji. Obecnie mamy już ich 44, a kolejne są w drodze. U nas w Wielkopolsce 2 września rusza Dąbrówka, a tuż za nim Kościan. Jak widać nie wygląda na to, by rozwój miał przyhamować. Jestem ciekawy, czy do końca roku o 50 lokalizacji dobiegniemy. Głównego centrum parkrun czyli Wysp Brytyjskich, gdzie mamy 459 lokalizacji raczej nie ma opcji byśmy dogonili. Podobnie może być problem z Australią, gdzie mamy 228 lokalizacji. Na kolejnym miejscu mamy Południową Afrykę ze 108 lokalizacjami i też chyba będzie problem. Przed nami jest jeszcze Irlandia, gdzie mamy ich 63 – i tu już temat do przemyślenia. Natomiast z krajów nie wywodzących się z anglosaskiego korzenia jesteśmy na pierwszym miejscu. Goni nas Rosja, która ma już 27 lokalizacji, oraz Stany Zjednoczone, które mimo brytyjskich korzeni także dopiero wkroczyły na drogę parkrun ekspansji. Kiedy Rosjanie z Amerykanami zaczną rywalizację, która nacja ma więcej parkrun lokalizacji, to myślę, że nawet hegemonia Wysp Brytyjskich może być zagrożona. Na szczęście tym polu Amerykanie z Rosjanami mogą rywalizować ile dusza zapragnie.

My w kraju cieszymy się, że rozwój parkrun w naszym kraju kroczy nieustannie do przodu. Powiedzmy sobie szczerze, powodów jest kilka, a główne trzy. Raz, że 5 kilometrów, to jest idealny dystans dla każdego, kto tylko marzy o tym, by poczuć smak biegowej żądzy. Praktycznie każdy, kto chociaż trochę biega z tym dystansem zawsze może się zmierzyć. Dwa zawsze w tym samym dniu i tej samej godzinie. Cykliczność i ciągłość projektu powoduje, że nie musisz szukać, myśleć, gdzie masz bieg i czy coś nie wypadło z głowy. Dzięki posiadaniu swojego kodu osobistego ( który nieodpłatnie mailem dostajemy) będąc nawet w innym mieście, gdzie odbywa się parkrun zawsze możesz w innej lokalizacji bez problemu wystartować. No i na końcu, chociaż z pewnością nie najmniej ważne, że za free czyli bez kosztów startowych. I to wszystko powoduje, że rodzina parkrun się tak pięknie nam rozwija.

Czas kości rozruszać i stres odgonić

Ma początek jak zawsze w ty miejscu i czasie. Leszek Boy powodzenia na biegowych trasach.Kasia biegi ultra, to bajka dla zupełnie innej grupy biegającej, niż my zwykli tuptający, Parkrun Dąbrówka trzymamy kciuki za debiut, podobnie jak z Kościanem. Niech parkrun si dalej rozwija.

Ostatnie dwa dni muszę przyznać, że miałem bez tupania. Było to spowodowane różnymi zawirowaniami. No, ale weekend zapowiada się wolny, dobrze czy nie dobrze wolę nie roztrząsać, gdyż są sprawy, które tego bloga nie dotyczą, napiszę tylko, że muszę troszkę się odstresować, gdyż jak czasem los nam dop… dokopie, to trudno się odkopać. No, ale trzeba się wstrząsnąć i pójść, a raczej pobiec dalej do przodu. W każdym razie ostatnie dwa dni, to jak u Hitchcocka, najpierw trzęsienie ziemi, a od tego czasu napięcie dopiero zaczęło rosnąć. Mam tylko nadzieję, że od tego weekendu zacznie spadać, bo jak nie to to… wolę pomilczeć.

Dlatego dzisiaj sobie planuję trochę potupać i zaległości kilometrów nadrobić, a przy okazji doczepione karku napięcie połączone z niemałym stresem odgonić, przegnać, przepędzić i inne takie. Dzisiaj będzie więc swobodny układ biegowy. Najpierw sobie spokojnie parkrun zrobię, a potem biegusiem do domu. Parkrun, czyli moje ulubione biegowe miejsce, dzięki któremu ta moja pasja w dalszym ciągu płonie niezmiennym blaskiem. Bywają oczywiście tygodnie, a czasami nawet miesiące, kiedy nic się nie dzieje i nie mam opcji na Cytadelę się wybrać, ale świadomość tego, że w końcu się znajdzie wolna sobota i się uda wyrwać z taką radością pozwala z takim zaangażowaniem być skoncentrowanym na bieżących działaniach.   I myślę, że to będzie bardzo fajna od stresująca koncepcja życia i napiszę krótko, jak na razie w pełni się sprawdza.. Bo w końcu coś z tego życia mieć musimy. Nie możemy tylko brać, nie możemy tylko dawać, a życiowa równowaga musi być zachowana. Mi ją pozwala zachować właśnie biegowa pasja, której najjaśniejszą perłą są właśnie biegi parkrun. Ja wiem są begi bardziej renomowane, dłuższe, pozwalające bardziej się sprawdzić i w ogóle i w szczególe. Wielkie biegi płatne, gdzie nasz pasja znajduje pełne uwolnienie.  Jak dla mnie jednak to właśnie  parkrun jest moim największym motywatorem i  dzięki temu biegowi nie czuję się, jakbym biegał do kotleta czy też uprawiał sztukę dla sztuki.  Tak więc do wszystkich dzisiaj tuptających, niezależnie gdzie, niech moc kilometrów będzie z Wami.