Jak planować w Nowy Rok, to z rozmachem

W ten nowy rozpoczęty właśnie rok moje życzenia dla Wszystkich, którzy mnie odwiedzają zacznę inaczej niż tradycyjnie się to odbywa.

Wczoraj zapewne wszyscy „parkruniarze” otrzymali list podpisany przez Paula Simona-Hewitta – założyciela parkrun. W liście tym mogliśmy przeczytać informację, że „W przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy otworzyliśmy więcej lokalizacji, niż kiedykolwiek wcześniej a liczba zarejestrowanych uczestników przekroczyła w mijającym roku cztery miliony. Ponadto, po raz pierwszy zanotowaliśmy milion ukończonych biegów w przeciągu jednego miesiąca, a do naszej rodziny dołączyły Suazi, Namibia, Norwegia, Finlandia oraz Niemcy. Obecnie, biegi parkrun organizowane są w ponad 1,300 lokalizacjach w 19 krajach.” Bardzo ciekawie prezentują się plany parkrun na najbliższe 10 lat: „  W tym roku wprowadziliśmy również nową kolorystykę naszej marki, która zastąpiła barwy towarzyszące nam od powstania naszej inicjatywy. W mijającym roku podjęliśmy również kroki w kierunku powstania organizacji non-profit rozpoznawalnej globalnie, jak również stworzyliśmy nową stronę internetową, która umożliwi nam publikację ponad miliona rezultatów uzyskiwanych w chwili obecnej w każdym miesiącu, i która docelowo będzie w stanie obsłużyć 12,000 lokalizacji parkrun w 25 krajach w przeciągu kolejnej dekady.”

Muszę przyznać, że robi to wrażenie. Pierwsze dni nowego roku są idealnym czasem, by planować, analizować, wytyczać sobie mniej lub bardziej realne do osiągnięcia cele. Większość z nas planuje na najbliższy czas i zatrzymuje się na naszych planach, które możemy określić jako mikro, zgodnie z naszymi możliwościami i zasobami. Jak widać Paul myśli delikatnie pisząc globalnie, tworząc imperium biegowe, z którym mało jaki projekt będzie się mógł równać. Bo, jeżeli teraz przy 1300 lokalizacjach mamy ponad 4 miliony tuptajacych na parkrun, to przy 12.000 będziemy mogli mieć prawie 40 milionów, czyli tylu biegających, ilu mieszkańców liczy cały nasz kraj. Jesteście w stanie ogarnąć tą wizję? Jest to coś nieprawdopodobnego. Wielu z nas zada sobie takie nasze polskie pytanie: ” co on z tego ma? Przecież takiego projektu się nie robi na zasadzie non profit, bo to jest chore.”Napiszę krótko, by coś takiego tworzyć, trzeba być wizjonerem w skali makro.A to jak rozumuje i odbiera Świat wizjoner w skali makro, jest zdecydowanie poza możliwosciami pojmowania wielu z nas. Dlatego nie rozważajmy jak, gdzie, dlaczego, tylko cieszmy się, że możemy w takim projekcie uczestniczyć i co tydzień spotykać się w naszej ulubionej loklizacji parkrun. Tak na marginesie, do Suazi bym się wybrał na parkrun. To byłby klimat. Jedno z najmniejszych państw Świata, gdzie mieszka niecałe 1.5 mln ludzi, a ma własny parkrun.

Natomiast nam wszystkim pod ten rok, który od dzisiaj trwa realizacji wszystkich naszych mikro planów, które jednak dla nas są najważniejsze na świecie. No chyba, że ktoś ma podobną rozmachem wizję jak Paul, a wtedy jej realizacji z całego serca życzę. Niech w ten Nowy Rok cała kula ziemska będzie dla naszych pomysłów polem do realizacji.

Szczęśliwego, biegowego roku

 

Już wskazówki zegara biegną do północy,

Już tanecznym rytmem na bal wielu kroczy

Już szampan czeka w lodówce chłodzony,

Już Nowy Rok przymierza swoje  korony,

 

Niech w ten Nowy Rok co niecierpliwie tupie,

Pod bramą Starego zamkniętego w skorupie,

Spełnią się  marzenia, i te wypowiedziane

I te, które głęboko w  sercu są schowane,

 

Niech  sukcesami zdobiona będzie Wasza droga,

Niech nie zabrzmią w uszach nienawistne słowa,

Niech miłość, szczęście i radość  wam towarzyszy,

Ale nie omijajcie także „dietetycznych” słodyczy,

 

Zawodowe i biegowe sukcesy zawsze z Wami będą,

Niech kwiatki radości, szczęścia nigdy nie zwiędną,

A kasa zawsze w kiedy trzeba do kieszeni wpadała,

Głowa z powodu problemów za bardzo nie bolała,

 

A tak w skrócie zdrowa, szczęścia i słodyczy,

W Nowym Roku biegacz amator szczerze życzy,

Zarówno wszystkim razem, jak i każdemu z osobna,

Liczba sukcesów z marzeniami będzie zawsze zgodna



 

Zahartowany jak biegacz

Wiele jest powodów, dlaczego warto biegać. Można napisać, że na ten temat stworzono już całe epopeje. Dlatego nie będę po raz n-ty powtarzał tak nam wszystkim znanych argumentów. Chciałbym za to dzisiaj zatrzymać się na jednym, który jest nam co prawda znany, ale nie tak bardzo rozdmuchany. Tym tematem jest nasza odporność na różnego rodzaju infekcje. Nie chcąc być gołosłownym zatrzymam się na konkretnym przykładzie.

Jak pisałem wczoraj brałem udział w biegowym dwupaku. Najpierw na 9 parkrun, a potem na 12.00 nad Maltą Bieg Sylwestrowy. Na biegi wyszedłem ubrany sportowo jesiennie. Oznacza to przewiewną, nie za bardzo ciepłą pierwszą warstwę i na to koszulkę. To, że długie spodnie to wiadomo. Kiedy wyszedłem na dwór i okazało się, że jest na minusie, to z lekka zęby mi zaszczękały. Miałem dwa wyjścia. Mogłem się wrócić i przebrać, albo pojechać samochodem. Stwierdziłem, że co ja cienias jestem i pojechałem tak jak stałem komunikacją miejską. Raz się żyje ( ale też raz umiera). W czasie parkrun się najpierw w czasie biegu rozgrzałem, potem na mecie spociłem, czyli klasyka. A mróz mnie całował swoim lubieżnym lodowym językiem.

Po praktun na Maltę. Tam na szczęście przed startem mogliśmy się schować w specjalnie do tego przygotowanym pomieszczeniu. Po biegu powtórka z rozrywki z parkrun, czyli najpierw rozgrzanie, a potem spocenie. Po wszystkim na szczęście posiłek także w pomieszczeniu, czyli można było trochę ochłonąć, ale to nie zmienia faktu, że znowu w mrozie do domu. Kiedy dotarłem muszę przyznać, że ręce mimo rękawiczek miałem zgrabiałe, a na plecach czułem igiełki lodu. Po wszystkim szybko do wanny, gorąca kąpiel i czekałem na infekcję, która po takim czymś powinna z radością nadbiec. I co? I nic, dzisiaj czuję się jak młody Bóg. Co prawda z tym młodym, to może pobiegłem z ostro, ale co mi tam.

Tak na zakończenie w wielu przypadkach po biegach wydawało mi się, że muszę się rozłożyć, bo to nie jest normalne biegać w takich warunkach. A jednak nic się nie stało. Ja wczoraj byłem ubrany w długi rękaw, ale widziałem hardocorowców z krótkimi spodenkami i w koszulkach tylko z naramiennikami. Jak na nich patrzyłem, to muszę przyznać, że nawet mi się robiło zimno. No, ale jak ktoś się ściga, to musi być naprawdę lekko ubrany. Można napisać, że po ubraniu zimą poznasz jakie cel ma dana osoba przed sobą. Jeżeli biegnie całkowicie na krótko, to wiadomo ścigacz, biegnie po godne miejsce. Jeżeli typowo na długo, biegacz klasyczny. A jeżeli a grubo (widziałem nawet w kurtkach, to tuptacz turysta, chce się przejść, a powiedzieć, że przebiegł. Też tak można.

Gdzie się kończy feminizm

Chciałbym trochę jeszcze nawiązać do porannego wpisu o byciu lepszym ojcem. Jednak tym razem chciałbym w moim męskim rozumku spróbować przeanalizować zjawisko feminizmu i jakby odwrócenia w wielu przypadkach tradycyjnego i zakorzenionego w naszej świadomości modelu matki i ojca. Modelu w którym mama rządzi w domu, a ojciec na niego zarabia.

Czasy się zmieniły i zmienił się model rodziny. Oczywiście są jeszcze ojcowie, panowie i władcy i panie, które kornie się do roli określmy to służebnej wstawiają, jednak coraz mniej obserwujemy takich „układów rodzinnych”. Panie twardo i zdecydowanie wkroczyły na drogę sukcesów zawodowych. I to wcale niekoniecznie związanych z zawodami, które niegdyś uważano za bardziej kobiece, jak przedszkolanki, panie w sklepie czy chociaż modelki na wybiegu. Obecnie panie twardo i zdecydowanie zdobywają obszary zawodowe, które jeszcze nie tak dawno wydawały się męskimi domenami. I wielu przypadkach okazuje się, że nie tylko nie są gorsze, ale wręcz lepsze od nas facetów Co prawda jeszcze niektórzy panowie „fikają” starając się zepchnąć panią Prezes do kuchni, mycia garów i podcieraniu zmęczonemu panu i władcy tyłka, ale to już chyba ostatki.

W tej chwili ruch społeczny nazywany feminizmem i dążący do pełnego równouprawnienia jest w rozkwicie. I raczej nie wygląda by miał się kurczyć. Panie w wielu przypadkach pokazują nam facetom miejsce w szeregu. Trzymają pewną ręką i finanse domowe i sprawują nadzór ad wszystimi procesami, które w nim sie odbywają. My panowie jesteśmy w większości przypadków na równych prawach, a sa i przypadki, kiedy na zdecydowanie gorszych. No, ale tak jest ułożony obecny świat i to na razie z pewnością się nie zmieni. Zasada jest prosta: panie mają takie same prawa jak my i tak będzie.  Jednak są jeszcze sytuacje, gdzie feminizm się nie sprawdza i kończy. Chociaż wtedy, kiedy trzeba odkorkować wino. No chyba, że nad butelką staje Iwona Guzowska, Małgorzata Mączyńska czy chociaż Aneta Florczyk. To wtedy i my panowie  i korek możemy zacząć się bać. Zresztą jest dużo więcej pań, których my panowie możemy śmiało się bać.

Każdy ojciec może być lepszym tatą

 Od jakiegoś czasu zmienia się postrzeganie „tradycyjnego modelu rodziny”, które przez setki, a nawet tysiące lat zostało zakorzenione w świadomości nas facetów. Zgodnie z tym modelem obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę, a obowiązkiem kobiety sprawować nas nią opiekę duchową, konsumpcyjną i każdą inną. Jednak odkąd Panie poszły do pracy okazało się, że wcale nie są gorszymi pracownikami, szefami niż my. Wręcz przeciwnie w wielu przypadkach okazuje się, że są lepsze i my musimy się z tym pogodzić.

Nie będę dzisiaj tego tematu poruszał, bo jest to zagadnienie na zupełnie inny wpis, tylko chciałbym zatrzymać się przy trochę innym temacie. Kiedy oboje rodzice idą do pracy, czy wręcz kiedy to Kobieta, a nie mąż pracuje, okazuje się, że my panowie także musimy przyjąć na siebie obowiązki rodzicielskie. I to nie na zasadzie: jestem ojcem i jestem wielki, tylko jestem ojcem i także zajmuję się dzieckiem. Przyznam szczerze, kiedy moja córka się urodziła sam ją potrafiłem wykąpać, zająć się nią, uśpić czytając książeczki, czy godzinami chodząc po dworze z wózkiem, by ją uśpić. Tak się złożyło, że najlepiej zasypiała w wózku, więc codziennie od 19 czasem i do 22 potrafiłem z nią po dworze krążyć.

W tamtych czasach, a było to ciut ponad 18 lat temu nie było takiego dostępu do wiedzy i źródeł wspomagających ojców jak teraz. Wtedy musieliśmy sobie radzić sami. Teraz każdy przyszły czy obecny ojciec może skorzystać z pomocy serwisu Tato.Net, który prowadzi ojców za rękę, prostą drogą po niby prostej, ale jakże dla nas zawiłej drodze ojcostwa 
http://tato.net/
.
Muszę przyznać, że szczególnie podoba mi się kampania społeczna propagująca to, byśmy byli lepszymi ojcami. W moim odczuciu filmik trafia do wyobraźni.

 

 

Myślę, że idea, byśmy byli lepszymi ojcami jest naprawdę bardzo motywująca i inspirująca nas do tego, by tak faktycznie było. To nie jest tak, że możemy zatrzymać się w naszym ojcostwie mówiąc sobie: jakim ja jestem wspaniałym ojcem. Zawsze można coś poprawić, ulepszyć w swoim rodzicielskim warsztacie. Dlaczego? Po to by mamom było lepiej, a nasze dzieci radośnie dorastały.

 Pamiętajmy o jednym Bycie ojcem to nie znaczy być dawcą nasienia. Bycie ojcem to odpowiedzialność, to zaszczyt, to najważniejsza rzecz, jaka nas facetów może spotkać. Kiedy obserwujemy jak nasze dziecko dorasta, potyka się na drodze życia, my ojcowie mamy mu pokazać najbezpieczniejszą i najpewniejszą drogę. Musimy wspomagać mamy w tym dziele. Bo jest nasz wspólny obowiązek, szczęście i radość.A kiedy nasze dziecko przyjdzie z nami, pogadać jak córka czy syn z ojcem, to…. jest najpiękniejsze przeżycie. 

 

 

 

 

 

 

 

Społeczna walka z bieganiem rozpoczęta

Ostatnio wbiegł mi przed oczy taki tekst zamieszczony na stronie: https://www.vice.com/p:

Chociaż bieganie to mało efektywna metoda spalania tłuszczu oraz jeden z najbardziej niezdrowych treningów kardio, od lat stanowi najpopularniejsze ćwiczenie na świecie (zaraz po chodzeniu). To bardzo zła wiadomość, ponieważ bieganie ma zdecydowanie więcej wad niż zalet: aż 79 proc. biegaczy przynajmniej raz w roku rezygnuje treningów z powodu kontuzji. Nic dziwnego – bieganie w bardzo małym stopniu wzmacnia siłę mięśni, a jak wiadomo, to właśnie sprawny i silny układ mięśniowy zapobiega urazom. Co więcej, to właśnie on odpowiada za szybką przemianę materii, spalanie tłuszczu oraz zapewnia dobrą formę na starość.Statystycznie rzecz biorąc, jeśli komuś bardzo zależy na zdrowiu, zazwyczaj bierze się za bieganie. Jasne, na pierwszy rzut oka stanowi to bardzo „naturalne” ćwiczenie, ale trzeba pamiętać, że miarowe dreptanie nie stanowi jakiegoś magicznego obrządku, dzięki któremu twój organizm rozkwitnie. Fenomen biegania ma swoje początki w latach 60. XX wieku, kiedy to postanowiono walczyć z zatrważająco siedzącym trybem życia większości ludzi. Choć nie sposób polemizować z faktem, że każdy ruch jest lepszy od jego braku, bieg stanowi jedno z najmniej skutecznych ćwiczeń. Według trenera osobistego Lee Boyce’a istnieją dwa główne powody, dla których ludzie biegają. Najpopularniejszym z nich jest chęć spalenia tłuszczu: większość pragnie pozbyć się swojego brzuszka i właśnie dlatego decyduje się na treningu kardio. Problem w tym, że bieganie to zły wybór.Najczęściej uważają, że dzięki temu stracą na wadze i wyrzeźbią sylwetkę. Jednak dopiero połączenie treningu aerobowego z ćwiczeniami siłowymi przyniesie pożądany i trwały efekt” – powiedział. Podobnie jak każdy profesjonalny trener, Boyce za najlepszą metodę spalania tłuszczu uważa kompleksowy trening siłowy, polegający przede wszystkim na ćwiczeniach angażujących wiele grup mięśni (są to m.in. przysiady, martwy ciąg, wyciskanie sztangi, podciąganie na drążku czy pompki).

Osobom niewyobrażającym sobie życia bez biegania zaproponował skrócenie przerw albo połączenie kilku ćwiczeń w tzw. obwód. Dzięki temu można utrzymać wysokie tętno i poprawić swoją wydolność krążeniowo-oddechową. Po takim treningu człowiek jest zasapany jak po intensywnej przebieżce, a jednocześnie „osiąga lepsze efekty, ponieważ mięśnie pracują z obciążeniami. W konsekwencji spala się więcej kalorii oraz tłuszczu, a także podkręca się swój metabolizm”. Boyce ma rację: badania niezmiennie pokazują, że ćwiczenia siłowe oraz sprinty są pod wieloma względami znacznie efektywniejsze od biegania: szybciej spalają „oponkę” oraz regulują gospodarkę hormonalną. To zaś oznacza poprawę wrażliwości na insulinę, zmniejszenie poziomu kortyzolu (hormonu stresu) i zwiększenie poziomu hormonu wzrostu oraz testosteronu (tak, dla kobiet również stanowi to sporą korzyść). Wszystkie te czynniki przyczyniają się do utraty wagi.

Badanie opublikowanie w 2008 roku w medycznym miesięczniku „Medicine & Science in Sports & Exercise” (ang. Medycyna i nauka w sporcie i ćwiczeniach) stanowi świetną tego ilustrację. Badacze podzielili grupę 27 otyłych kobiet na trzy podgrupy, z której jednej kazano biegać z niską intensywnością pięć razy w tygodniu, drugiej uprawiać intensywne sprinty trzy razy w tygodniu, a trzeciej zabroniono jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Po okresie 16 tygodni rezultaty nie pozostawiały żadnych wątpliwości: podczas gdy sprinterki straciły znaczącą ilość tłuszczu z brzucha oraz z ud, biegaczki spaliły dokładnie tyle samo tłuszczu, co ich niećwiczące koleżanki (przy czym rzeczywiście poprawiły swoją kondycję).

Drugim powodem jest chęć wzmocnienia serca oraz układu krążenia. Co więcej, jeśli wierzyć niektórym ankietom, stanowi to najpowszechniejszą przyczynę, dla której ludzie zaczynają ćwiczyć – zgrabna sylwetka to jedynie pewien sympatyczny, niezamierzony efekt uboczny. (Aha, jasne). I chociaż bieganie niewątpliwie zwiększa pojemność płuc i usprawnia pracę serca, taki trening może być niewystarczająco forsowny, by naprawdę przynieść jakieś efekty.

Podobnie wygląda sprawa w przypadku ćwiczeń siłowych: intensywne obwody z dużymi ciężarami przynoszą znacznie większe efekty niż monotonne wyciskanie sztangi. Badania pokazują, że krótkie treningi beztlenowe – przykładowo kilka szybkich serii z ciężarami albo sprint – działają na serce równie dobrze, co długie, nużące biegi. Jednocześnie warto podkreślić, że znacznie lepiej wpływają na stan układu mięśniowego oraz na wydolność fizyczną i pułap tlenowy. Potwierdza to badanie opublikowane w „Journal of Strength and Conditioning Research”. Trwało ono 15 tygodni i jednoznacznie wykazało, że dziesięć super intensywnych dziesięciosekundowych serii na rowerku stacjonarnym przynosiło znacznie lepsze efekty niż średnio intensywne 25-minutowe treningi (zwłaszcza w kategorii wytrzymałości i siły).

Pamiętaj również, że bieganie zaliczamy do kardio tylko dlatego, że zaczynamy przez nie ciężej oddychać – to zaś można osiągnąć na wiele innych sposobów. Jeśli jednak kochasz biegać i nie chcesz z tego rezygnować, nie ma problemu: po prostu rób to szybciej. „Pod wieloma względami sprint jest bezpieczniejszy od biegania” – powiedział Boyce. „Większość osób cierpi na jakiegoś rodzaju zaburzenia równowagi mięśniowej, co oznacza, że mięśnie po jednej stronie stawu mają słabsze niż po drugiej. To bardzo nierozsądne, żeby je masakrować podczas długiego, monotonnego biegu, podczas którego pokonujesz nawet 10 tysięcy kroków (w ciągu zaledwie 30 minut!). Może to doprowadzić do przewlekłego bólu oraz zaburzeń równowagi”. Jednocześnie dodał, że poprawnie wykonany sprint pozwoli ci uniknąć wielu problemów biegaczy. Zrobisz podczas niego mniej kroków (czyli nie obciążysz tak bardzo stawów), będziesz poruszać się bardziej efektywnie, a także zaangażujesz więcej mięśni oraz włókien mięśniowych szybkokurczliwych, które są odpowiedzialne za rozwój masy mięśniowej.

To właśnie włókna szybkokurczliwe wzmacniają twoje stawy, więc warto o nie dbać” – powiedział Boyce. „Decydując się na sprinty, zauważysz podobny ubytek tłuszczu, co w przypadku ćwiczeń siłowych. To trening opierający się na sile, nagłym ruchu, wysiłku oraz intensywności, więc twoje mięśnie czeka większy wysiłek. Dzięki temu spalisz więcej kalorii i nawet po zakończeniu ćwiczeń twój metabolizm nadal będzie działał na zwiększonych obrotach”.

Sprint rzeczywiście efektywniej spala tkankę tłuszczową” – potwierdził Dean Somerset, dyplomowany specjalista od treningów siłowych, fizjoterapeuta i kinezjolog z Alberty w Kanadzie. Podkreślił jednak, że jego zdaniem łatwy, nieintensywny bieg wywiera znacznie mniejszy nacisk na ścięgna niż sprint.

Somerset uważa również, że chociaż trening o dużej intensywności rzeczywiście przyśpiesza przemianę materii na jeszcze pewien okres po treningu, miarowy bieg pozwala spalić równie dużo kalorii, ponieważ takie ćwiczenia po prostu trwają dłużej. Tak naprawdę prawdziwe korzyści sprintów widzi w ich wpływie na gospodarkę hormonalną. „Sprinty zwiększają poziom testosteronu oraz hormonu wzrostu, a do tego stymulują wydzielanie hormonów przez tarczycę” – powiedział. Dwa pierwsze hormony mają duży wpływ na spalanie tkanki tłuszczowej oraz zwiększenie siły mięśni, i to właśnie dlatego Somerset uważa sprinty za korzystniejsze dla zdrowia.

Jeśli naprawdę nie wyobrażasz sobie życia bez ćwiczeń wytrzymałościowych, długoterminowe korzyści zdrowotne osiągniesz jedynie wtedy, kiedy połączysz je z treningami wzmacniającymi. Jak podkreślił Boyce, bieganie nie jest jednym z nich: szkodzi twoim stawom i nie pozwala zwiększyć masy mięśniowej. A pamiętaj, że to właśnie dzięki niej stajesz się odporny na najróżniejsze kontuzje. Wraz z upływem lat będzie się to stawało dla ciebie coraz ważniejsze.

Jeżeli nie lubisz biegać, a jednocześnie zależy ci na korzyściach płynących z treningu kardio, podobne rezultaty osiągniesz za pomocą zupełnie innych ćwiczeń” – zapewnił Somerset. „Możesz wiosłować na ergometrze, robić wymachy odważnikiem, jeździć szybko na rowerze albo ćwiczyć na sankach obciążeniowych”. Pokonanie 10 kilometrów na ergometrze w ciągu 40 minut albo zrobienie 500 wymachów z pewnością zaspokoi twoją potrzebę długiego i intensywnego treningu wytrzymałościowego, a jednocześnie nie zrujnuje ci stawów. Co więcej, dzięki takiemu treningowi poprawisz swoją postawę i wzmocnisz mięśnie posturalne.

Jeśli jednak „żyjesz, aby biegać”, biegaj. Pamiętaj tylko o słowach Boyce’a, który doradził, by „traktować trening siłowy jako główne danie, a bieganie jako deser”. Innymi słowy, każde 20-30 minut przebieżki powinieneś poprzedzić 30-40 minutami treningu siłowego. Spalisz więcej tłuszczu, wzmocnisz swoje serce, a na starość będziesz miał lepszą równowagę i sprawność ruchową. Czy to właśnie nie dlatego zacząłeś ćwiczyć?”

Przyznam szczerze, że z wysiłkiem przebiłem się przez cały tekst. Tak się zastanawiam jakie ktoś musi mieć kompleksy, problemy emocjonalne i mało szczęśliwe życie, by takimi przemyśleniami się z tak wielkim wysiłkiem dzielić. Można napisać, że kanapowcy wyciągają armaty przeciwko aktywnościuchom. No, a wiadomo, że biegający stają tutaj na pierwszej linii forntu. Wygląda na to, że zaczynamy społeczny konflikt opierający się na dylemacie szekspirowskim: być aktywnym, czy nie być akywnym, oto jest pytanie Odpowiem na to krótko: jak ktoś woli niech siedzi na kanapie, ale niech pozwala żyć innym.  Na koniec jedno krótkie stwierdzenie, które ten wpis prowadzi: it is simple: just go run. I myślę że w tych paru słowach dajemy nasz przekaz i naszą odpowiedź innym. To jest takie proste… Psy szczekają, karawana biegnie dalej. 

Sztuczne wyzwalanie endorfin

Od dzisiaj podjąłem nowy eksperyment. Moja Szanowna Małżonka w sklepie internetowym zamówiła tabletki, o wyjątkowo łatwej do wymówienia nazwie Ashwagandha. Za 22 PLN można dostać opakowanie ( w naszym przypadku 100 tabletek), które wystarczą na 50 dni.

Ashwagandha (witania ospała) jest rośliną pochodzącą z suchych rejonów Indii, AfrykiPółnocnej i Bliskiego Wschodu. Dziś uprawiana jest w bardziej łagodnym klimacie między innymi w Stanach zjednoczonych. Jej nazwa “Ashwagandha” oznacza “zapach konia” co wskazuje na to iż zioło to nadaje siłę i wigor. Lekarstwo to ma zastosowanie w walce ze stresem, ma wpływ na nasze samopoczucie, zwiększa odporność, usprawnia wydalanie toksyn. W tym momencie nasuwa się pytane: co daje nam biegającym? Wielu trenerów personalnych poleca Witanię Ospałą w celu wyciszenia organizmu po nadmiernym wysiłku fizycznym. Podczas nasilonej aktywności fizycznej trwającej powyżej 40 minut wydziela się kortyzol – hormon stresu. Zaburza on pracę organizmu i powoduje nerwowość. Ashwagandha wycisza organizm i przywraca go do stanu homeostazy. Ponadto pozwala na szybszą regenerację i odbudowę włókien mięsniowych. Zalecana jest szczególnie osobom, które jednocześnie pracują umysłowo i uprawiają wymagający sport ponieważ pozwala na lepsze skupienie nawet gdy nasz organizm jest na skraju wyczerpania.

Przeciwskazania to ciąża, przyjmowanie leków nasennych, przeciwpadaczkowych i środków znieczulających. Ciąża mi raczej nie grozi ( a szkoda, bo 1 mln dolarów czeka), leków nasennych z reguły nie używam, o padaczce w moim przypadku nie słyszałem, a znieczulony jestem wystarczająco, więc nic tylko poddać się eksperymentowi. Będę zdawał relację po 2 tygodniach, gdyż dopiero zacząłem. 

Zastanawia mnie jedno. Gdzieś tam spotkałem się z opinią, że ashwagandha, opowiada także za wyzwalanie endorfin, czyli hormonów szczęścia. Wielu z nas spotkało się z odczuciem euforii i szczęści podczas biegania. Tutaj mamy jego sztuczne wyzwalania. Ciekawy jestem jak wybiegnie kombinacja biegu i naturalnego szczęścia z takim pobudzanym czy też wybudzanym mniej naturalnie. Efekt może być dwojaki, albo bardzo pozytywny, albo wręcz całkowicie odwrotny na zasadzie, że dwa szczęścia będą się wzajemnie

Przerwy w bieganiu

Czasem się zdarza, że robimy w naszej tuppasji pewną przerwę. Raz w tygodniu to jest praktyczne standard i z pewnością zdecydowana większość z nas ma taką przerwę w swojej rozpisce treningowej. Niektórzy z nas mają dwie przerwy w tygodniu, a niektórzy i trzy. Jednak są to przerwy zaplanowane, zgodne z naszymi zasadami treningowo -biegowymi.

Jednak od czasu zdarzają się sytuacje tzw. „wyższe”, które powodują, że musimy sobie zrobić w bieganiu czasem jeden, czasem dwa, a zdarzają się i trzy dni przerwy. Teoretycznie wydaje się, że to jest dla nas negatywna i zła sytuacja. Ale tak naprawdę, ma w sobie także pozytywne strony. Tak, na zasadzie, że nic nie jest całkiem czarne i nic nie jest całkiem białe, a z każdej sytuacji można wynieść pozytywne strony.

Kiedy wyskoczą, czy też wybiegną takie sytuacje to możemy w sobie wzbudzić dodatkowy ekstra głód biegowy. Można napisać, że jest to czas na budzenie wielkiego biegowego głoda. Muszę przyznać, że u mnie się mocno obudził.Siedzi w mojej duszy i wyje mi do ucha: „nie biegasz, nie biegasz”. A do tego siorbi i mlaszcze do ucha.

No, ale jutro niedziela i czas na odrobienie biegowych zaległości. Czuje pożądanie biegowe wypełniające każdy fragment mojego ciała. Będzie trzeba go zaspokoić chociaż częściowo jutrzejszym tuptaniem. Co by nie napisać, ale takie przerwy dają nowego, biegowego ognia. Co prawda trochę żal mi parkrun, bo już trzeci z rzędu m odpadł, ale nic na to nie mogę poradzić. Grzesiu z pewnością się cieszy, gdyż z każdym tygodniem coraz bardziej mnie goni w ilości startów. Nic na to nie poradzę i mogę tylko napisać, że nie mam wpływu, Grzesiowi życzyć szybkiego dogonienia. No, ale za to jutro sobie trochę zaległości odrobię. Co sobie potuptam, to będzie moje. No i myślę, że w przyszłym tygodniu już bez przeszkód na parkrun się udam. No i oczywiście w ostatnią sobotę starego roku. Zresztą w sobotę szykują się dwa biegi, gdyż najpierw parkrun, a potem jeszcze Bieg Sylwestrowy nad Maltą. Można podsumować: znowu będzie się działo. Tak naprawdę takie przerwy w bieganiu są bardzo inspirujące, a do tego twórcze. W końcu zawsze można znaleźć pozytywne strony.

Strach przed bieganiem

Już parę lat temu jeden z dziennikarzy poczytnej gazety zamieścił w swoim artykule złotą myśl: „ Wy, fajni biegacze! Wy, którzy oddajecie swoje dusze fałszywym bożkom, Wy którzy budujecie pseudo ideologie wokół masowego sportu. Wy spokoju nie zaznacie, a podskórnie będąc świadomymi pustki waszych przekonań, coraz mocniej gardzić katolickimi korzeniami będziecie, co by wyprzeć je ze świadomości…”. Potem kolejny znany dziennikarz zamieścił sławetny, albo niesławny jak kto woli tekst o biegactwie. Ktoś inny dzieli się na innym forum swoimi przemyśleniami o szkodliwości biegania. Można dojść do wniosku, że są osoby, które boją się biegania, które chcą udowodnić, że bieganie jest niebezpieczne, szkodliwe i prowadzi do widocznych strat społecznych.

Niektórzy starają się tworzyć obraz, że osoby wierzące nie powinny biegać, bo przecież starty są w niedzielę, a kiedy do Kościoła i ogólnie czas dla rodziny, następuje przez bieganie osłabienie więzi rodzinnych. Muszę przyznać, że trochę to wygląda tak, że psy szczekają, a karawana biegnie dalej. Jak podaje strona salon24: „ W Narodowym Spisie Biegaczy z 2014 r. wzięło udział ponad 60 tys. osób, a co roku w Polsce organizowanych jest ponad 3 tys. imprez biegowych na różnych dystansach, otwartych dla amatorów. W niektórych uczestniczy po kilkanaście tysięcy osób.

Zjawiskiem biegania zainteresowali się socjologowie. Powstała nawet pierwsza książka analizująca fenomen biegania w Polsce pt. „Moda na bieganie – zapiski socjologiczne”. Jeden z jej współautorów dr Jakub Ryszard Stempień z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi przeprowadził badania ankietowe wśród uczestników łódzkiego maratonu w latach 2013-2016.

Zdaniem dra Stempnia, w Polsce moda na bieganie jest zdominowana przez przedstawicieli klasy średniej. Kobiety biegają głównie dla zdrowia, dla mężczyzn częściej ważna jest rywalizacja. Chociaż kobiety stanowią ok. 40 proc. populacji biegaczy w Polsce, to zdecydowanie mniej pań startuje w zawodach (zaledwie ¼ ogółu zawodników).”

Muszę przyznać, że jest to zabawne, jak wokół zwykłego przebierania nogami dla przyjemności, dla zdrowia, dla frajdy robi się wielką ideologię, tworzy teorię, analizuje pod względem socjologicznym i każdym innym. Jak dla mnie wygląda to na robienie sobie jakiegoś PR w oparciu o budowanie własnej jasnej czy ciemnej ale popularności. A tak naprawdę nie ma przynajmniej w moim skromnym odczuciu żadnej ideologii. Po prostu biegamy, bo mamy w tym frajdę i koniec. Każdy ma swoją metodę na spędzanie wolnego czasu. Jedni wolą aktywnie, inni nie. Ci co nie chcą aktywnie mogą sobie poczytać, inni oglądać TV, jeszcze inni leżeć w łóżku i nic nie robić. Ci co chcą bardziej aktywnie mogą chodzić na siłownie, ryby, grzyby, matę, ring, spacerować i co tam lubią. Jeszcze innym starczy kiedy się onanizują i też mają jakąś formę aktywności. My z kolei wolimy biegać i to jest cała filozofia i ideologia. Tylko tyle i aż tyle. A że są tacy, którzy się biegania boją? To już jest ich problem. Są też i tacy, którzy sie boją krasnoludków i nie lubią, kiedy inni są zadowoleni.

W sumie razumiem tych, co się boją bieganie. Bieganie to jest chęć zmian, dążenie do poprawiania siebie, doskonalenia swoich możliwości. A jeżeli ktoś wybiega z założenia:”jakim mnie Panie stworzyłeś, takim masz” to już jego wizja życia. I niech mu wybiegnie a zdowie

Treningowa gospodarka biegowa

Domyślam się, że wiele osób, które przeczytają tak napisany tytuł powiedzą: ale o co biega? Jaka gospodarka biegowa z treningami związana? Po prostu jak się chce to się wychodzi na trening, jak się nie chce to się wychodzi, a a treningu się biega tak jak zawsze i tyle co zawsze. Nie ma tutaj żadnej głębi, ani jakiegoś drugiego dna.

Napiszę krótko: z jednej strony jest to prawda. Jeżeli biegamy dla samego biegania, bez chęci ani potrzeby w biegach zorganizowanych startowania, to jak najbardziej się zgodzę, że brak w takim bieganiu głębi. Ot wychodzimy sobie na trening wtedy, kiedy nam pasuje i kiedy się chce, robie się tyle kilometrów ile się uważa z słuszne i gra muzyka. Nawet jeżeli wystartujemy w jakimś biegu zorganizowanym, to biegniemy sobie na luzie bez chęci i potrzeby przełamywania swoich czasowych możliwości. Nie ma głębi, nie ma drugiego dna, jest czysta nieskażona pożądaniem poprawy chęć tuptania dla samego tuptania.

Na jakiś czas tego typu tuptanie jest nawet miłe i przyjemne. Jednak w pewnym momencie nagle dobiegamy do wniosku, ze czegoś w tym bieganiu nam brakuje. Brakuj nam tego smaczku, tej chęci ciągłego poprawiania, polepszania, czyli procesów, które tak naprawdę są wpisane w naszą ludzką psychikę. Gdyby tak nie było, to byśmy nadal siedzieli w jaskiniach, nie myśląc nad sensem naszego bytu na tym ziemskim padole. I dotyczy to praktycznie wszystkich aspektów naszego życia i bieganie nie jest tu żadnym wyjątkiem. A jeżeli chcemy poprawiać nasze możliwości biegowe, gonić za życiówkami i przełamywać kolejne granice naszych możliwości, to niestety, albo i stety musimy w jakiś sposób wzbogacać nasze treningi. Musimy w jakiś sposób zarządzać naszą gospodarką treningową dookoła biegania się kręcącą. Musimy wprowadzać rytmy, podbiegi, robić trening interwałowy, bywać na bieżni, gdzie robić trening tempowy i wszelakie inne działania, które sprawiają, że nasze bieganie staje się szybsze i bardziej efektywne. Do tego niezbędna jest prowadzona z głową i zgodnie z zasadami sztuki nasza gospodarka treningowo-biegowa. Nie chcę tutaj się wymądrzać i dawać mądre rady, jak tą gospodarkę prowadzić. Od tego są specjaliści w tym zakresie. Jak ktoś nie chce mieć specjalisty, to w necie mamy także wiele porad, jak biegać lepiej, szybciej i bardziej efektywnie. Można korzystać z tych metod i szkół dokładnie tak jak jest napisanie, ale można też w jakiś sposób dopasowywać je do siebie. To, która metoda jest lepsza i bardziej do nas dopasowana zmodyfikuje i tak start w biegu zorganizowanym i uzyskany tam rezultat.

Wiem jedno: chcesz biegać szybciej? Musisz doskonalić swój warsztat, bo w przeciwnym razie zauważysz, że Twoje osiągi spadają. To stara zasada: kto się nie rozwija, ten się cofa, a stanie w miejscu ma w sobie moc destrukcyjną. Ale mnie korci by zakończyć… ale się powstrzymam i na koniec napiszę tylko ahoy.