Czy start w biegu zorganizowanym jest celem osoby biegającej?

Na początku chciałem na chwilę nawiązać do jednego z wcześniejszych moich wpisów, który wczoraj na jednym z porali wywołał spore emocji. Sporo osób mnie potępiło, jak mogę, jak śmiem, jaki seksista ze mnie, że śmiem Kobietę do formy porównać. Odpowiem krótko: jeżeli klasyk uznał, że Kopernik i Einstein byli Kobietami, to jak Forma nie może nią być?

Muszę przyznać, że kiedy zacząłem moją przygodę z bieganiem, to moim głównym celem treningów i codziennego przydomowego tup, tup było wystartowanie w biegu zorganizowanym. To właśnie ustawiony w świadomości cel, jakim był start stanowił jakby motor napędzający całą moją pasję. I jak mam być szczery wydawało mi się, że każda osoba, która trenuje chociaż te parę razy w roku powinna się przebiec w zawodach, gdyż to one rozpalają ogień w naszych tuptających duszach, są dla nas samych dowodem na to, że potrafimy, że możemy i że moc, o której nigdy nawet sobie nie zdawaliśmy sprawy tkwi w nas. Właśnie w czasie zawodów, kiedy walczymy z kilometrami, z czasem, ze swoimi słabościami hartuje się nasz duch i budujemy w sobie pewność, że z każdych, najbardziej trudnych i zdaje się ponad nasze siły sytuacji potrafimy wybiec. Nie ma znaczenia jak, nie ma znaczenia w jakim czasie, ale wbrew wszystkiemu, wbrew samym sobie potrafimy.

Muszę przyznać, ze to mnie głównie napędzało do biegania o odnosiłem wrażenie, że tak jest z prawie wszystkimi biegającymi. Bo mamy cele i tym celem jest start. Ostatnio z niemałym zdziwieniem przeczytałem dwa różne wyniki badań na temat startów zorganizowanych rodaków i żadne z nich nie są jakimś powodem do chwały. Ciekawa jest także interpretacja tych wyników. Przegląd Sportowy w styczniu zeszłego roku informował, że w biegach zorganizowanych startowało w naszym kraju tylko około 15% biegających. I wyraźnie zostało podkreślone „tylko”, jako, że nie jest to powód do chwały. Z kolei w tym roku na stronach biegajmyrazem i zadlużenia.com (hmmm ciekawe miejsce na takie badania) została zamieszczona informacja, że Polsce w biegach zorganizowanych startuje aż 7% zadeklarowało start w biegach zorganizowanych. 

No i muszę przyznać, że jest trochę w kropce. W zeszłym roku startowało 15% biegających, a w tym roku połowa tej liczby. Mamy dwie możliwości interpretacji tej informacji. Albo w zeszłym roku dane były trefne, albo w tym roku są takie. No i jaka jest prawda? Z drugiej strony spadek ilości osób startujących trochę się zgadza z moimi osobistymi odczuciami. Napiszę tak, im więcej biegam, im dłużej przede wszystkim, tym mniej mnie pociągają starty zorganizowane. Napiszę tak, w tym roku nie licząc parkrun,(ale wiadomo, że parkrun to inna bajka) wystartowałem tylko w jednym półmaratonie i to wszystko jeżeli biega o zorganizowane wydarzenia tuptające. No jeszcze na dwie czy trzy dyszki na Cytadeli,ale to biegi zorganizowane w wersji free a nie pay. Muszę przyznać, że zastanawiające jest to, czy faktycznie biegający powoli odchodzą od biegów płatnych zorganizowanych. Troszkę jest to zgodnie z tym, co kiedyś już pisałem, że odnoszę wrażenie, że pogorszeniem oferty i podwyżką cen pakietów Orgowie sami sobie stopy strzelają. A może to biegający sami dochodzą do wniosku, że po kiego diabła mają startować, płacić za to, by podporządkować się takiemu czy innemu rygorowi startowemu, jeżeli mogą zebrać się z paroma znajomymi, albo i samotnie, wyjść przed dom, czy udać się do parku i robić sobie tyle kilometrów, ile im wyobraźnia nakaże. Może nasza pasja ewoluuje i dobiegamy do wniosku, że po co nam starty, jak to strata czasu i kasy, które można inaczej wykorzystać. A i kto wie, czy nie zaczyna się niektórym „odbijać” ten przyrost dobrobytu gospodarczego przez rządzących z taką radością głoszonego. No i to by się zgadzało, gdyż wiadomo, że góra 10% społeczeństwa nadbija średnią płacę krajową, a 90% zastanawia się jak ma przeżyć od pierwszego do pierwszego. No i te około 10% startuje w biegach zorganizowanych, a reszta sobie hasa po polach i lasach, Jak ktoś się obrazi, to napiszę krótko: jak podają dane statystyczne w USA w biegach zorganizowanych startuje ponad 50% biegających. Jak widać daleko nam do tych danych. Co trzeba, że biegających -startujących przybyło? Może Orgowie powinni się uderzyć w piersi i odejść od pogoni za samym zyskiem i spojrzenie na tych, dla których te biegi organizują. W przeciwnym razie może się okazać, że za rok dwa będzie nas startowało poniżej 5%, a dużo większa ilość będzie dalej hasać po polach i lasach, bo to ma swój wyjątkowy urok

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule napiszę krótko: kiedy zaczynałem moją przygodę biegową wydawało mi się, że tak. Obecnie mam coraz większe wątpliwości.

Gdzie jest granica biegowego rozsądku?

Chociaż z trudnością mi to przybiega, ale muszę się w końcu przyznać. Niestety, ale posypałem się, w pełnym tego słowa znaczeniu. To oznacza, że niestety mój urazik, o którym wcześniej wspominałem wcale za pomocą ćwiczeń rozciągający nie zniknął. Może nie jest aż tak uciążliwy, ale jednak od czas do czasu mruczy coś pod nosem, to znaczy pod udem. Taki delikatny śpiew mięśni. Wydawało mi się, że już wszystko ok, ale to trochę jak w tym dowcipie o studencie i studentce: „pani zdała, a panu się zdawało”. Nie oznacza to, że nie mogę chodzić, biegać, ćwiczyć. Jak najbardziej mogę, nawet piątkę, dziesiątkę na względnym luzie, bez zbytniego konania pokonam. Jednak czuję podświadomie, że to nie jest takie samopoczucie, jakie powinno być. Najgorsze jest to, że nie czuję się wcale na siłach, by podjąć wyzwanie Królewskiego Dystansu. Wręcz przeciwnie, realnie szanse na doczłapanie do mety oceniam tak na 20 procent. I nie piszę tutaj o dobiegnięciu z dobrym czasem i ogniem w duszy, tylko doczłapaniu na granicy swoich możliwości i wytrzymałości.

Ktoś w tym momencie powie i będzie miał świętą rację: „odpuść, nie warto. Dużo biegów przed tobą, nie ma sensu się narażać, by ten był ostatni.” Odpowiem krótko: jest w tym dużo racji i jest to bardzo rozsądne podejście do tematu. Jednak pasja nie zawsze słucha rozsądku. Przyznam szczerze, że właśnie ten fakt, że nie czuję się specjalnie na siłach, że moja forma ( jeżeli można o takowej w moim przypadku mówić) zagrzebała się w głębokim mule sięgając dna, to właśnie stanowi dodatkowy środek motywacyjny, by stanąć na starcie. Tak, by pokazać, że nie ma że boli, że jest nie tak. Ja się nigdy nie poddam, a mój duch do ostatniego tchnienia mocy będzie napędzał osłabione i nie w pełni sprawne nogi. No bo jak się można poddać? Ja? Nie jest to rozsądne, niech nikt nie podąża to drogą, bo to głupota. Wąska, ozdobiona lodem ścieżynka wiodąca na skraju przepaści. Po jednej stronie mam ścianę, po drugiej przepaść, a pod nogami lód. Przede mną widzę jeszcze granicę rozsądku, gdzie i kiedy mogę się wycofać. Mam dwa wyjścia: albo zrobię krok do tyłu i spokojnie wycofam się na pozycje, gdzie spokojnie zbiorę i przegrupuję siły na kolejne tygodnie, miesiące, sezony, albo zrobię krok do przodu i zacznie jazda po lodzie bez trzymanki. Jeszcze nie podjąłem decyzji. 

Na końcu chciałbym jeszcze nawiązać do zdjęcia, które ten wpis prowadzi. Ja w obecnym stanie jeszcze do takiej granicy nie dobiegłem. I jak mam być szczery nikomu nie życzę, a wręcz odradzam doprowadzenia się do takiego stanu i walki z trasą za każdą cenę. Tak, wiem zaraz ktoś skomentuje: „i kto to mówi? Gościu, który zwiał z karetki, by ukończyć maraton we Wrocławiu”. Więc może już nic nie napiszę, ale nie polecam. A ja to po prostu ja – świr amatorsko tuptający.

Bieganie w dźwiękach muzyki

Ostatnio coraz częściej zdarza mi się widzieć osoby, które biegnąc mają na uszach słuchwki i pokonują kolejne kilometry w dźwiękach muzyki. Muszę przyznać, że trochę mnie to zainspirowało do zdecydowania się na podobny ruch. Genralnie bardzo lubię muzykę i często sobie podśpiewuję podczas biegania. Jednak wymaga to dużo większgo skupienia oraz wiąże się z pewną utratą oddechu, a co za tym biegnie i sił.

Ostatnio jednak przed oczy mi wbiegła dosyć ciekawa w tym zakresie propozycja 
https://www.megascena.pl/?m=b&q=+avlink+SBH03
 
 Muszę przyznać, że po analizie wszystkich za i przeciw stwierdziłem, że zdecyduję się na zakup. Jak napisałem uwielbiam biegać w dźwiękach muzyki, gdyż ona dodaje nam odpowiedniej ekstra mocy. Tylko tutaj sie nasuwa pytanie jaka muzyka daje nam biegowgo kopa? Jak mam być szczery zawsze byłem zwolennikiem trochę ostrzejszej muzyki. Może nie tej z gatunku najbardziej ostrej, ale poziom Nirvany, Metalliki, Black Sabath, czyli taki trochę ostrzejszy rock pomieszany z grunge. Jeżeli mówimy o Nirvanie, to oczywiście nie może się obyć bez ich sztandarowego kawałka:



Jak mam być szczery dla mnie jest to najlepszy utwór do finiszu. Kiedy czujemy już zapach mety i jesteśmy w dwóch stanach uczuciowych Z  jednej strony nasze ciało, kości i cała nasza fizyczność krzyczą z bólu i cierpienia: dosyć, koniec nie dam już rady,  a z drugiej nasz  duch czuje ten nieziemski stan euforycznego uniesienia. Tak, to już mta, pokonałem/pokonałam te cholerne kilometry i czuję że mimo mojej słabości wszechświat pada nam do stóp. I w tym stanie, kiedy słyszę w uszach muzę pokroju Nirvany, to wiem, że to cholerne życie ma jednak jakiś sens.

Tak podsumowując i na szybko. Do życia potrzeba i pasji i chleba, a muza to wszystko wzmacnia. Chyba troszeczkę pomieszałem, ale to u mnie naturalne zjawisko. Wracając do muzy podczas treningu. Trzeba przyznać jedno: dodaje ona nam po prostu biegowego kopa. Mamy jak zawsze dwie możliwości. Możemy sobie na plecy wsadzić magnetofon z bateriami na cały regulator poszczając jaką tam lubimy muzę i  biec przez ulice miasta wywołująć chęć u innych by także za nami lub przed nami biegi, tyle że z mało pokojowymi zamiarami, albo dzięki słuchawkom nie przeszadzać nikomu zanurzeni we własnej muzyce.

Do tej po

Skąd się bierze popularność biegania?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Remigiusz okłady z lodu oczywiście wskazane, tyle że w połączeniu z metodą, którą preferuję, mogą przynieść odwrotny skutek od zamierzonego, ale już może nie będę tego rozwijał. Tomek, bardzo mi miło, że jeden z twórców/zarządzajacych portalem enduhub odwiedził mojego skromnego bloga.

Kiedy wychodzimy na ulice, skwery, parki to możemy przeżyć dziwne wrażenie, że ludziom w naszym kraju odbiło na płaszczyźnie biegania. Praktycznie nie ma miejsca mniej czy bardziej możliwego do realizowania tej pasji, gdzie się nie biega. Nawet w mieście na chodniku, gdzie tłum wali do czy z pracy ewentualnie szykując się do skoku na zakupy, tu czy tam, nagle, zwykle niespodziewanie przemknie sylwetka osoby tuptającej mijającej idących, niczym narciarz slalomowe tyczki na stoki.

Pytanie, dlaczego biegamy, co nas do tego motywuje, dlaczego chcemy zmienić nasze życie, było już tyle razy poruszane i wałkowane, że nie pobiegnę w te rejony. Chciałbym się zatrzymać na innym pytaniu. Brzmi ono: co powoduje, czy może jaka jest przyczyna, że bieganie jest aż tak w tej chwili popularne? Przecież ludzie biegali od zawsze, od dziesiątek lat są organizowane różne biegi, ale takiego szału, jaki trwa od paru lat jeszcze nigdy nie było. Jaka jest tajemnica? Co stoi czy też biegnie za taką popularnością tuptania. Myślę, że odpowiedź jest tak prosta, że aż banalna. To Internet rozpropagował ideę pożerania kilometrów dzięki pomocy własnych nóg. Łatwość dotarcia z czy do informacji o różnych inicjatywach biegowych, portale zamieszczające propozycje treningów, przygotowań oraz w końcu dziesiątki, jeżeli nie setki blogów, gdzie podobni mi zapaleńcy w mniej lub bardziej profesjonalny sposób dzielą się swoją wiedzą, pasją i doświadczeniem. Oczywiście ci, którzy mają wiedzę połączoną z doświadczeniem mogą się nimi dzielić. My, którzy mamy tylko pasję, możemy się dzielić tylko nią.

Łatwość przekazu informacji i dotarcia do niej to tak naprawdę jest motor napędowy naszej pasji. Nie jest chyba tajemnicą, że najmniej biegających jest tam, gdzie dostęp do Internetu jest najtrudniejszy. No i tam, gdzie ludzie nie mają czasu na pasję, albo wydaje im się, że jego nie mają, gdyż jak mawiał klasyk: nie masz na nic czasu? Postaw przed sobą jeszcze jedno zadanie, to znajdziesz czas na wszystko. Bo nowet jeżeli nie ma czasu, a jest internet, to i tak zarazki biegania spłyną z klawiatury.

Z drugiej strony ktoś może powiedzieć, że nie do końca tak, gdyż po prostu bieganie stało się modne, cool, trendy i w ogóle i szczegól. Odpowiem : tak, jasne zgadza się, ale co, czy, kto tę modę poczucie cool i trendy wykreował? Samo się stało? Nie, jakoś musiało to do świadomości społecznej trafić. Moda sama z siebie się bierze, coś ją musi wytworzyć i jakoś musi dotrzeć do innych,

Wielka reklama za śmieszne pieniądze

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, do temayki tempa na treningu wrócę jutro rano, dzisiaj chciałem poruszyć trochę inną sprawę. Wiadomo, że czasem poruszam na blogu tematy nie zawsze związane tylko z bieganiem.

Ostatnio na rynku medialnym jedna z czołowych energetycznych marek pokazała, jak można za stosunkowo rozsądne pieniądze zrobić ogólnopolską reklamę, która trafi do tysięcy, a co najważniejsze głęboko zapadnie im w pamięci. Cały mój wpis nawiązuje do reklamy Tigera, którą wstępnie chciałem wrzucicić na różne portale, jako zdjęcie przewodnie ten wpis promujące. Jednak uznałem, że nie będę dodatowej reklamy za free robił i wrzuciłem zdjecie tygrysa. Dlaczego właśnie tygrysa? Zaraz się wyjaśni.  Szczegóły na temat bez wątpienia bulwersującej sprawy http://wiadomosci.onet.pl/kraj/dziennikarz-michal-rachon-wylal-na-wizji-puszke-tigera-po-niefortunnej-reklamie/0ssgj2j

Jak wielu, a nawet zdecydowana większość naszych rodaków potępiam zachowanie marki i także jestem oburzony taką formą promocji, jednak muszę z podziwem pochylić i pokłonić nad geniuszem marketingowym tej akcji. Jeżeli ktoś wierzy, że to był przypadek, niedopatrzenie, niefortunny zbieg okoliczności czy nawet zwykła gafa producenta, to … no cóż życzę mu dobrego samopoczucia i wiary w ludzką dobroć i naiwność. Jak dla mnie, to było co prawda przekraczające zasady dobrego smaku i kultury, ale perfekcyjnie zagranie na uczuciach Polaków i chociaż naganna, ale perfekcyjna metoda, jak wyróżnić czy rozreklamować  swoją markę. Zwróćcie uwagę ile osób mówi o tej reklamie, oraz jak szerokim echem rozniosła się po całym kraju. Na poprzednie reklamy czy akcje promocyjne tego producenta praktycznie nikt nie zwracał uwagi. A teraz? Jednym wpisem i zapłaceniem 500.000 PLN są praktycznie wszędzie. Odpowiedzmy sobie na pytanie. Ile musieliby zapłacić, by uzyskać taki odzew, rozgłos i zainteresowanie ogólnokrajowe, gdyby zastosowali chcieli zastosować zwykłą drogę reklamową.

Podejrzewam, że musiałby to być grube miliony złotych. A tak za 500.000 PLN mają reklamę, a co najważniejsze odbiór tej reklamy, o której w normalnych warunkach nawet by nie mogli śnić. Muszę przyznać, że potępiając drogę i metodę, to jednak chylę czoła nad geniuszem marketingowym. Jest to z pewnością nowa droga i nowe spojrzenie na przekaz reklamowy. Czekam na kolejne zagrywki i odpowiedź konkurencji i innych balansujących często na granicy dobrego smaku marek. Co będzie następne? Jakie kolejne tabu przełamiemy? Muszę przyznać, że wolę się nad tym nie wgłębiać i nie pokazywać kierunków, gdzie jeszcze można pójść, by wywołując wielkie oburzenie, a potem formalnie się kajając i udając, że w taki czy inny sposób chce się naprawić szkodę uzyskać taki efekt, o którym w normalnych warunkach nawet byśmy nie śnili. I teraz chyba wiadomo, dlaczego to jest właśnie tygrys.

Maraton nie wybacza zaniechań

Bieganie to taka trochę dziwna pasja. Wiadomo, że biega w niej o to, żeby biegać. Jednak bieganie dla biegania, mimo że fajna rzecz w pewnym momencie staje się nurzące i czegoś brakuje i jakoś tak trochę z małą ilością logiki, bo biegać dla biegania, to trochę jak masło maślane. Dlatego potrzebujemy jakiegoś dodatkowego wspomagania, kóre będzie nas dodatowo motywowało. Tym wspomaganiem są różne starty zorganizowane. To one tak naprawdę w pewnym momencie stają się niezbędne, bo dodakowo napędzają nasze biegowe pragnienia. Start w biegu zorganizowanym, walka na trasie, możliwość przbiegnięcia po miejscach, gdzie normalnie w życiu byśmy nie biegai, cała ooczka, trąby, fanfary, a nawet kolejny do kolekcji medal. To wszystko nadaje blasku, ognia i powoduje, że dalej w naszej pasji się zanurzamy, że staje się ona naszym narkotykiem. To start zorganizowany w takiej czy innej formie napędza naszego biegowego bakcyla.

Jednak każdy start jest inny i wymaga innego nasawienia i przygotowania, a przez co inny poziom adrenaliny, czy też wewnętrznej agresji w nas wyzwala. Kiedy startujemy w biegach na pięć kilometrów, nie ważne czy darmowym parkrun, czy innym to nasze przygotowanie i trening w zasadzie wystarczy się sproawdza się do tego, by chociaż e dwa czy trzy razy w tygodniu parę kilometrów sobie zrobić. Ot dla zdrowia i fantazji. Tak naprawdę każda zdrowa osoba, nawet bez specjalnego przygotowania może taki dystans pokonać. Tu nie potrzeba wielkiego przygotowania. W przypadku biegu na 10 kilometrów, to już troszeczkę trzeba mieć tych kilometrów w tygodniu poonywanych. Nie wymaga to jakiś wielkich przygotować, ale pewnej regulraności czy też sytemayczności w treningu, by chociaż te 20 kilometrów w tygodniu pokonać.W systuacji półmaratonu już jest trochę trudniej, ale ktoś, kto ma w sobie na tyle samozparcia, że chociaż te 3-4 razy w tygodniu w granicach dyszki na trening machnie, to jest w stanie ten dystans pokonać. Moje pierwsze połówki robiłem biegając codziennie około 6 – 7 kilometrów i to wystarczyło, by nawet by poniżej 2 godzin do mety dobiec.

Natomiast w przypadku maratonu, to już zupełnie inna bajka. Tu nie ma że boli. Każdy odpuszczony tre trening, zaniechny kilometr w czasie treningowego tup, tup już się na trasie może wielką czkawką odbić. Od maratonu wzwyż zaczyna już się może nie prawdziwe bieganie, ale bieganie na granicy normalności i rozsądku. Bo o nie jest normalne, by człowiek dla frajdy, czasu biegał sobie 42 kilometry. I jeszcze za to płacił. Może i nie normalne, ale jakie cudowne. Kiedy już dobiegamy do mety i widzimy, że daliśmy radę, to wiemy, że ten cały treningowy znój miał sens. Dlatego nie ma ż boli. Trening do maratonu musi boleć. A  im bardziej będzie bolało teraz, tym mniej może boleć na trasie. Bo, że bedzie bolało, to jasne. W końcu to maraton, a nie biegowa popierdółka. Tu nie można w czasie treningu nic odpuścić, bo potem maraton nam wystawi rachunek. Tak na marginiesie właśnie uświadomiłem sobie, że do Warszawy zostały mi dwa miesiace. Będzie się działo.

Lato deszczowych ludzi

Na początku jak zawsze w ym miejscu i czasie. Praszku masz rację, od biegania, jak ktoś już jest tuptajaco zahartowany, to raczej małe szanse, by zachorował. Martens, nie mam pojęcia co się dzieje z opisanym przez Ciebie portalem i jej autorami. Może coś innego im się narodziło.

Dzisiejszy tekst stanowi jakby kontynuację wczorajszego wpisu, z pewnym wzbogaceniem. Od czasu do czasu tytuły czy wstawiane w tekst frazy nawiązują do różnych klasyków. Tak i jest i tym razem. Ciekawy jestem, czy ktoś rozpozna skąd i od Kogo. No, ale wracam już do istoty, clue, jądra i innych najważniejszych kwestii związanych z tytułem i tematem. Trzeba przyznać, że lato w tym roku, przynajmniej jak na razie jest takie bardzo mało letnie. Można nawet się posunąć do stwierdzenia, że jest do pupy. Generalnie mało ciepło, wodniście, bez smakowitych letnich kąsków niczym obiad na wyjeździe ekonomicznym w dodatkowo  bardzo oszczędnej wersji.

Na szczęście nam tuptajacym to aż tak bardzo nie przeszkadza, wręcz do biegania pogoda jest idealna. Brak palącego słońca powoduje, że jeżeli nie można się zbytnio wylegiwać na plaży, łąkach czy innych wylegujących miejscach, to trzeba poszukać alternatywnych form wypoczynku. I zawsze parę osób więcej może podłapać bakcyla np. biegania. Z drugiej strony,jak jest tak jak dzisiaj to nawet my zapaleńcy mamy biegowy problem egzystencjalny. Jak zmusić samego siebie by w taką ulewę wyjść i tuptać. Czekamy tak długo jak się da, może przestanie. A jak nie? No cóż jak to mawiał baca w pewnym starym dowcipie: mamy dwa wyjścia, albo pójdziemy biegać, albo nie pójdziemy. I potem mieliśmy całą litanie z tym kiedy w jakiej sytuacji przepadliśmy. Można podsumować krótko: pobiegamy będziemy mokrzy, nie pobiegamy, możemy mieć chandrę, zły humor, moralnego kaca i inne obciążenia psychiczne. Pytanie, co wolimy: być mokrzy czy zadać sobie cios w psychikę. Każdy staje przed swoim wyborem. Takie trochę w klasykę wbiegającą zagadnienia: biegać czy moknąć, być suchym czy szczęśliwym. Bo każda osoba biegająca ma w sobie coś z dziecka, a wiadomo, że mokre dziecko to szczęśliwe dziecko. Tak więc lato deszczowych dni niech biegającej pasji nie gasi. Choć to wbrew naturze, ale deszcz może biegowy ogień podtrzymywać.

Tak naprawdę każda pogoda jest dobra do biegania, tylko należy samemu w to uwierzyć i tej wiary się trzymać. Jak na razie deszczowi, albo deszczem wspomagani biegający ludzie proszeni są na start.

Masochiści na trening marsz

No to dzisiaj się nam w Poznaniu pogoda narobiła. Nie wiem, jak to wygląda w innych miejscach naszego kraju, ale u nas leje deszcz. To nie jest to, że sobie kapie kap, kap, lekko, delikatnie i przyjemnie. Tak naprawdę, to takie kapanie mało komu przeszkadza. Ja osobiście uwielbiam biegać w takim wiosennym czy letnim ciepłym deszczyku. Nawet jesienią, kiedy już nie jest taki ciepły i przyjemny, to biegać można bez większych stresów.

Natomiast, to co od rana dzieje się dzisiaj, to już zdecydowane przegięcie. Może nie jest to klasyczne urwanie chmury, ale równo, mocno i bez przebaczenia leje się równo woda z nieba na człowieka. Oczywiście nie tylko na człowieka. Generalnie na wszystkie istoty, co na dworze przebywają. No i pytanie. Pogoda to jest taka, że jak mówi przysłowie: psa na dwór się nie wygna. W sumie psa, to może nie, ale osobę biegającą jak najbardziej . Nie ma że mokro, nie ma że moczy wszystkie zakryte i nie zakryte części ciała.

Kilometry zrobić trzeba, bo maraton nam  nie wybaczy żadnego zaniechania, ani zaniedbania. Lepiej zmoknąć, niż poddać się na trasie. W takiej pogodzie kształtuje się nasz charakter. Więc tupatający masochiści, na trening marsz. Pokazujemy dzisiaj ile pasji jest naprawdę w nas. Jest zawsze opcja stwierdzenia, że pokazywaliśmy kiedy byliśmy mali czy małe, a teraz się wstydzimy. No cóż każda osoba ma swoją biegową karmę. Jestem ciekawy ilu czy ile dzisiaj takich samych osób o wariackim nastawieniu do życia spotkam dzisiaj na trasie. W końcu żyje się raz… Tak naprawdę dzisiaj przed nami biegowy dzień prawdy. I to takiej mokrej jak diabli prawdy.

No i na koniec jeszcze taka refleksja czy pytanie. Czy to, że decydujemy się w taką pogodę tuptać jest oznaką pasji, czy raczej masochizmu. Bo czy zdrowe jest bieganie w taką pogodę? Przecież można się przeziębić, katarku złapać, kaszelku, albo i jeszcze czegoś gorszego. No, cóż biegałem już w burzy, ulewach, mrozach, śniegach i odkąd biegam tfu odpukać przeziębienia szerokim łukiem na razie mnie omijają, szukając łatwiejszych od mnie celów.

Ile potrzeba nam czasu, aby przygotować się do maratonu

Muszę przyznać, że temat dzisiejszego wpisu wywołał wrzucając wczoraz godny komentarz na temat przygotowania się do startu na Królewski Dystansie Gieorgij. Pominę tutaj może stronę biznesową jego propozycji, gdyż jak kto się chce z nią zapoznać i zapłacić za instruktaż przygotowawczy, to wystarczy wbiec na wczorajszym mój wpis i zapoznać się komentarzem. Z pewnością komuś, kto będzie się do niego stosował pomoże.

Mnie natomiast dzisiaj interesuje inny temat. Ile realnie potrzeba czasu, by przygotować się do startu na Królewsim Dystansie i czy można się opierać, na opracowanych przez teoretyków i praktyków i wypróbowanych na innych metodach, rozpiskach zwał, jak zwał. Podejrzewam, że tutaj nie ma reguły. Każda osoba jest inna, ma inne przygotowanie, inne możliwości, inną psychikę. W moim oczuciu trudno wrzucić wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a teraz jedna łapka w górę i robimy 10 km, a jutro piętnaście a pojutrze jeszcze więcej. Pamiętam, jak mnie Andrzej przygotowywał do maratonu w Poznaniu, to najpierw zoabaczył raz, drugi, trzeci jak biegam, wskazał błędy, a dopiero potem ruszył z rozpiskami. I co ciekawe, do maratonu w Poznaniu, gdzie czasu na przygotowanie mieliśmy około 6 tygodni przygotował mnie tak, że 4 godziny złamałem. Potem do Dębna, Krakowa i do Wrocławia, mimo, że czasu było bardzo dużo do przygotowania i jechałem na pełnym gazie, to wynikowo wybiegła jedna wielka rozwodniona kupa. I można napisać, bądź tu mądry i pisz wiersze.

I tutaj nasuwa się pytanie. Ile potrzeba czasu, by się dobrze przygotować do maratonu. A może potrzeba nie tylko czasu, ale też pomocy z zewnątrz, na zasadzie: do maratonu trzeba dwojga… a może trojga, a może całej grupy. Trudno tutaj dobrze wyrokować. Tak jak już nie raz pisałem, każda osoba jest inna i posiada inny potencjał i możliwości tuptajace. Dlatego wrzucanie wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a ja każdego przygotuję, jest trochę jak obietnice polityków przed wyborami. Piękne, klasowe wodolejstwo, na które z radością dajemy się łapać. Natomiast myślę, że jest jedna, klarowna odpowiedź na pytanie: ile potrzeba czasu, bym dobrze przygotował czy przygotowała się do maratonu. Brzmi ona: tyle, ile będzie potrzeba i ani chwli dłużej. I myślę, że to zamyka w jakiś sposób temat.

10 tygodni do maratonu,

Wczoraj zdałem sobie sprawę, że najważniejszego tegorocznego tupwyzwania, czyli maratonu w Warszawie pozostało 10 tygodni. Czy to dużo czy to mało? No właśnie… Z pewnością dla kogoś, kto dopiero teraz dobiega do wniosku, że a co mi tam zapiszę się na maraton.W końcu 10 tygodni to ponad 2 miesiące, dlatego na luzie się przygotuje. No cóż są różne formy masochizmu z pewnymi elementami samobójstwa. Dlatego może niebędę rozwijał tematu tego akurat przypadku.

Dla większości z nas już trochę wytuptanych biegających te ostatnie dziesięć tygodniu, to czas ładowania akumulatorów, szlifowanie formy i doprowadzenie się do stanu mocy przedstartowej. Dla znających trochę temat nie jest tajemnicą określenie: BTS, czyli Bezpośrednie Przygotowanie Startowe. Nie będę tutaj bił piany, gdyż wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę tą frazę,to wybiegnie profesjonalnych informacji nieprzebrana ilość. Dlatego ja wolę się zatrzymać na moich treningowych tup planach.

No i tutaj muszę przyznać, że jest mały problem. Przy moim obecnym stanie przygotowawczym rzucanie się na maraton, to faktycznie szaleństwo masochizmem podpalane. Biorąc pod uwagę, że w tym roku dwa razy przebiegłem półmaraton, trochę parkrun, a i z treningami bywało różnie,to ciekawie do nie wygląda. Natomiast jakaś baza przez 5 lat biegania została zbudowana i teraz przez 10 tygodni jestem w stanie myślę, że coś na jej podstawie przygotować. Zapewne na życiówkę szans nie ma, ale w spokojnym, rozsądnym bez szału tempie poniżej 5 godzin powinienem jakoś dotuptać. Jeszcze się treningowo w tygodniu podniosę swoją codzienną dyszkę na dyszkę z plusem, a niedzielne wybiegania, nie tylko jako klasyczne dwudziestki, ale z dwa razy i trzydziestkę się machnie. Na czas się nie nastawiam, więc żadnych rytmów, podbiegów, interwałów. We wrześniu jedno hasło mi będzie przyświecało: najważniejsze to doczłapać, a reszta będzie, jaka będzie. Dlatego spokojnie te 10 tygodni będę musiał potuptać tyle, żeby było dobrze. A ile to będzie, to jak na razie nie ma żadnego pomysłu. Raz w tygodniu z pewnością minimum dwudziestka, a trzy, cztery razy po dyszce z większym lub mniejszym plusem do tego parkrkun z biegowym powrotem, kiedy się uda na Cytadelę wyrwać i zobaczymy jak to wybiegnie. Jak wspomniałem upiększenia czasów tym razem odpuszczam, więc to będzie przygotowanie na luzie, jeżeli w przypadku maratonu można tak powiedzieć,