Co powinno wyróżniać dobrze zorganizowany bieg?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasem. Macieju, Marku cóż moja ocena obecnej sytuacji gospodarczo – politycznej w naszym kraju trochę się różni od Waszej, ale na szczęście jeszcze póki co każda osoba może swoje opinie wygłaszać. I ja nie mam zamiaru dzielić naszych rodaków, na tych co stoją tam, gdzie kiedyś ZOMO i na bohaterów. Nie dotyczy to tematu bloga, więc tylko od czasu do czasu delikatnie się burzę, kiedy widzę jak ładnie przebiegamy z czerwieni w brunatne barwy. Ja akurat jestem zwolennikiem stonowanych kolorów więc mi takie jaskrawości nie przypadają do gustu.

No, ale już przebiegam do głównego punktu dzisiejszego wpisu. Po ostatnim Biegu Niepodległości w Poznaniu, na portalu Maratony Polskie rozgorzała dyskusja, czy ten bieg spełniał wszystkie oczekiwania i wymagania osób biegających. I mamy tutaj dwa punty widzenia. Można napisać, że dwie skrajne odmienne oceny tego samego wydarzenia. Organizatorzy, a także osoby, dla których najważniejszy jest uzyskany czas, dobra trasa i tylko strona czysto merytoryczna wydarzenia uważają, że taki bieg, jak w Poznaniu spełniał wszystkie oczekiwania i był idealny. Świetnie przygotowana trasa, dobrze zmierzony czas, brak zatorów to jest to, czego potrzebujemy. Nic więcej biegającym nie jest potrzebne. W końcu na Zachodzie tak jest. Tam nikt nie myśli o jakiś wypasionych pakietach, czy innych fanaberiach. U nas biegający są rozpuszczeni, jak dziadowskie bicze i śmią coś żądać od organizatorów poza samym biegiem. Jakieś pakiety, srety i inne takie głupoty, o których nikt na Zachodzie nie śmiał by nawet marzyć. Tam się biega, a nie spółkuje ( w bardziej dosadnej rzecz jasna formie)

A my co? Oczekujemy pakietów, odpowiedniej atmosfery, oprawy, jak my w ogóle śmiemy cokolwiek poza samym biegiem żądać. Jesteśmy biegacze roszczeniowi i bezczelni. Odpowiem krótko: może i tak, ale od takiego Biegu, jak Bieg Niepodległości mamy prawo wymagać wymagać czegoś więcej niż biegu. To jest nasza manifestacja przynależności do tego, jakże umęczonego przez wieki kraju. I my mamy prawo żądać, by w biegu niepodległości czuć się jak na wielkim wydarzeniu, a nie kolejnym może i dobrze zorganizowanym, ale nie niczym się nie wyróżniającym od innych biegów. Bo co? Bo odśpiewaliśmy hymn, ostaliśmy rogala i medal? Poza odśpiewaniem hymnu niczym innym szczególnym ten bieg się wyróżniał. Brakował mi tej atmosfery, oprawy, czucia, że to coś więcej niż tylko tup, tup. Podczas np. maratonu jest poczucie, że to inny bieg niż inne. Są zespoły, jest oprawa, jest ogień.

Zresztą biegłem w Biegach Niepodległości  i w Obornikach, biegłem w Luboniu i tam czułem atmosferę święta. W Poznaniu był po prostu dobrze pod względem merytorycznym zorganizowany bieg, ale bez tego smaku, który stanowi o jego wyjątkowści. A dobrze zorganizowany pod każdym względem bieg, to w moim skromnym odczuciu to jest przede wszystkim atmosfera. Są biegi, gdzie czujemy święto, a są biegi, gdzie czujemy się, jakbyśmy poszli do Maryny na piwo. No i z racji, że u Maryny, to i rozkosz może się przydarzyć. Wtedy mamy przyzwoity bieg z ewentuanym dodatkiem, ale nie wyjątkowy.

Ja rozumiem Artiego i jego oburzenie, jak ja śmiem być tak roszczeniowy. Arti jest biegaczem i patrzy jak biegacz. Bieg ma być biegiem i do tego się sprawdzać. Ja z kolei oczekuję wydarzenia i czegoś więcej, niż na treningu znajdę. I bynajmniej nie dotyczy to tylko biegu w grupie, bo też mogę się umówić z paroma osobami na wspólny trening, gdzie zmierzymy sobie czas, a potem pójdziemy razem na piwo. I czym się to będzie różniło. I o tą różnicę mi biega. Myślę, że to chyba jasne. 

POSIR contra Opel Szpot kto w tym sporze ma racje?

Na wczorajsze komentarze odpowiem w jutrzejszym wpisie, gdyż jak pisałem nie chcę wpowadzać chaosu informacyjnego. 

Parę dni temu wysłałem do Opel Szpot oraz POSIR-u maile z prośbą o przedstawienie swjego zdania na temat zakończenia 10-letniego projektu pt Biegaj z Opel Szpot nad Maltą w Poznaniu.Jak wspomniałem dostałem, ku mojemu niemałemu zdziwieniu szybką odpowiedź zarówno ze strony POSIR, jak i Opel Szpot. Chcąc być obiektywnym zamieszczam oba listy. Nie będę komentował, gdyż chciałbym by każda osoba, która jest zainteresowana tematem mogła na podstawie zamieszczonych pism wysnuć własne wnioski. Na początku odpowiedź POSIR-u:

w nawiązaniu do Pana maila podtrzymujemy nasze stanowisko, wyrażone w odpowiedzi, jaką otrzymał Pan w styczniu:

(…)rzeczywiście w trakcie negocjacji pomiędzy POSiR i organizatorem imprezy pojawiła się kwota 3 tysięcy złotych. Nie wynikała ona z opłaty „za powietrze ale naturalnej eksploatacji obiektu, związanej między innymi z udostępnianiem toalet (zużycie wody, odprowadzanie ścieków) czy zaangażowaniem pracowników POSiR, a także udostępnianiem powierzchni reklamowej nie tylko w dni biegów.

Ostatecznie wczoraj, głównie z uwagi na społeczny charakter biegu i uczestniczące w nim dzieci z poznańskich szkół, ze strony POSiR padła propozycja podtrzymania dotychczasowej współpracy. Polega ona na udostępnianiu obiektu na zasadzie umowy barterowej, na mocy której organizator nie ponosił kosztów za wynajem(…) ”

Pomimo propozycji utrzymania kosztów dzierżawy obiektu na potrzebę organizacji biegów dla dzieci na poziomie sprzed roku firma Opel Szpot nie zdecydowała się na realizację projektu. Od stycznia organizator nie podjął z nami jakichkolwiek rozmów na temat powrotu imprezy nad Maltę. Tymczasem naszym zdaniem projekt mógł być realizowany na istniejących dotychczas warunkach. Chciałbym także zaznaczyć, że wszyscy pozostali organizatorzy imprez biegowych nad Maltą ponoszą koszty związane z dzierżawą obiektu.

Nie może Pan także oceniać oferty POSiR skierowanej do organizatora jedynie na podstawie doniesień medialnych i stanowiska organizatora. Oferta nie dotyczyła bowiem jedynie organizacji biegów dla dzieci. W trakcie negocjacji pojawiały się plany dużo szerszych działań, o których wiedzą tylko zainteresowane strony.

Warto także zaznaczyć, iż na podstawie Ustawy o samorządzie gminnym oraz Ustawy o finansach publicznych Samorządowe Zakłady Budżetowe, a takim są właśnie Poznańskie Ośrodki Sportu i Rekreacji, realizują zadania własne jednostki samorządu terytorialnego w zakresie kultury fizycznej i sportu, w tym utrzymywania terenów rekreacyjnych i urządzeń sportowych. Na podstawie wymienionych powyżej Ustaw POSiR pokrywają koszty swojej działalności z przychodów własnych — między innymi z dzierżawy obiektów i terenów. Zatem przychody z tytułu dzierżawy przeznaczane są na utrzymanie obiektów, w tym obiektów ogólnodostępnych, których chociażby nad Maltą nie brakuje. Tylko w tym roku oddaliśmy do użytku ogólnodostępne i nieodpłatne obiekty — siłownię zewnętrzną po północnej stronie jeziora i kompleks sportowo – rekreacyjny (plac do street workoutu, boiska do siatkówki plażowej i beach soccera) w pobliżu kąpieliska Malta, którego użytkowanie jest również nieodpłatne.

Nawiązując natomiast do idei wspierania dzieci i młodzieży chciałbym podkreślić, że istnieje wiele imprez sportowych i rekreacyjnych organizowanych przez POSiR, za udział w których uczestnicy nie ponoszą żadnych kosztów. Przykładami takich imprez są chociażby Sportowy Zajączek czy Puchar 5 Milionów. Każdego roku w obu tych imprezach uczestniczy ponad 2 tysiące dzieci z poznańskich przedszkoli i szkół podstawowych. Organizujemy także nieodpłatnie igrzyska młodzieży szkolnej w wielu dyscyplinach sportowych, zawody pływackie na pływalni Chwiałka, letnie wycieczki za miasto i spływy kajakowe, dla najbardziej potrzebujących rodzin organizujemy nieodpłatne sportowe półkolonie. Ponadto lokalne młodzieżowe kluby sportowe wynajmują obiekty POSiR po stawkach niekomercyjnych.

Zatem nie mogę zgodzić się z Pana opinią, iż niszczymy jakąkolwiek inicjatywę.”

Oraz pismo od Opel Szpot

„Tak naprawdę, to powiedzieliśmy wszystko na temat przyczyny rezygnacji z 10-letniego projektu, który kosztował nas około 350 000 złotych, w tym 60 000 zł to wartość nagród dla najlepszych szkół w Rankingu prowadzonym przez 10 lat. Na więcej po prostu nas nie stać, a oczekiwania POSiR opiewały na dodatkową kwotę 27 000 zł netto, czyli około 33 000 zł brutto za kolejne 9 biegów nad Maltą. Nie jest naszym celem walka z nikim, ale też nie jesteśmy workiem bez dna. Ta sytuacja mogła już mieć miejsce w roku 2015, ale wówczas interwencja  ( na naszą prośbę ) ówczesnego wiceprezydenta Poznania Arkadiusza Stasicy zapobiegła rezygnacji z tego projektu z uwagi na oczekiwania finansowe POSiR-u. W końcówce roku 2016 nastąpiła powtórna eskalacja żądań finansowych ze strony POSiR i to było przyczyną naszej decyzji. Co prawda na kilka dni przed planowaną inauguracją XI edycji  „Biegaj z Opel Szpot” ze strony POSiR nadeszły propozycje znacznie skromniejsze finansowo, ale przez 10-12 dni nie jesteśmy w stanie pozyskać partnerów, media patronów, zapewnić całą techniczną stronę oraz logistykę. Na to pracuje się kilka miesięcy, a na prowizorkę po prostu nie mogliśmy sobie pozwolić .

Na szczęście jest Swarzędz, gdzie od  lat organizujemy bieg 10 km Szpot Swarzędz, od 2 lat Półmaraton Szpot Swarzędz oraz Igrzyska Biegowe Dzieci i Młodzieży . Znakomicie układa nam się współpraca z lokalnym samorządem, Urzędem Miasta i Gminy, Swarzędzkim Centrum Sportu i Rekreacji. W naszych biegach wzięło dotychczas udział ponad 13 000 biegaczek i biegaczy oraz kilka tysięcy dzieci . Czujemy się poważnie traktowani,  odczuwamy wsparcie z wielu stron i chcemy oba nasze projekty kontynuować. Zapraszamy na biegi do Swarzędza, na nasze treningi, do członkostwa w powołanym przed rokiem do życia Klubie Ludzi Aktywnych Sportowo.

Czy żal nam „Biegaj z Opel Szpot” ? Absolutnie tak, ale nie żalimy się, tylko działamy. Że nie w Poznaniu, a w Swarzędzu ? Przecież to tylko 10 kilometrów, a jakże inne nastawienie. Zapraszamy do nas.”

Jak napisałem wcześniej powstrzymam się od komentarza zostawiając prawo do jego wygłoszenia każdej osobie, która przeczyta ten wpis. 

Król komentatorów piłkarskich

Wczoraj zapadła decyzja, że najbliższy mecz naszej reprezentacji będzie komentował Guru komentatorów piłkarskich czyli Dariusz Szpakowski. Podejrzewam, że na najbliższych Mistrzostwach Świata także będzie nas raczył swoimi tekstami. Dla przypomnienia kilka złotych czy raczej kilka komentarzy Króla wśród komentatorów.

Bracia-bliźniacy Frank i Ronald de Boerowie, z których większość gra w Barcelonie.”
Źródło: „Przegląd” nr 3, 21 stycznia 2002
„Mirosław Trzeciak zdobył gola po indywidualnej akcji całego zespołu.”
Źródło: „Przegląd” nr 3, 21 stycznia 2002
„Bardzo dobrze mówiący po niemiecku niemiecki arbiter.”
„Bergkamp trafił bramką w słupek.”
„Była to najsłabsza pierwsza połowa w tym meczu.”
„Do końca meczu została godzina, czyli około 60 minut.”
„Do końca pierwszej połowy pozostały sekundy… dokładnie cztery minuty… 360 sekund.”
„Dzień dobry państwu. Ze stadionu Wembley wita Dariusz Ciszewski.”
„Iversen mógłby być spokojnie synem Franco Baresiego, ale Baresiego zawiodły nerwy.”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006
„Jest coś takiego w życiu Kameruńczyków, że futbol, jak życie, pełen jest przygód.”
„Jest tak gorąco, że piłkarze oddychają.”
„Jest to Brazylijczyk z japońskim rodowodem.”
„Jeśli nie z nimi, to z kim, jeśli nie kiedy – no właśnie!”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006
„Włodek Smolarek krąży jak elektron koło jądra Zbyszka Bońka.”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006                                                                       
Roger w takim trójkącie z Krzynówkiem i Smolarkiem…                                Aaa…!No i mamy wyrównanie…! (W momencie strzelenia gola na 9:0 w meczu 

Do tego możemy dołożyć szereg innych powiedzonek, które weszły już fo kanonów komentowania. Wystarczy dodać ” puścił Bąka lewą stroną”, taki francuski trójkąt: Jeleń, Dutka i Obraniak”,” „i znów niecelne trafienie „, „udało mu się znaleźć czułe miejsce między nogami obrońcy”, „ta bramka nie powinna być uznana, gdyż jak widać w powtórce, bramki nie było”, „Janas chyba zmienił zdanie, choć Brożek był już rozebrany”  czy ” Johann Cruiff dokonywał bardziej zmian taktycznych, niż zmieniających taktyke zespołu”. Przykładów można mnożyć, ale trzeba przyznać, że Król jest jeden i mecz bez tych komentarzy meczy byłyby jałowe.

Czy bieganie bez zmęczenia ma sens?

Na początku ja zawsze w tym miejscu i czasie. Sławku, wszystko zależy od kontekstu w jakim dane wyrażenie zostało użyte. 

Ostatnio wbiegły mi przed oczy stwierdzenia czy też porady: jak biegać bez zmęczenia, bieganie bez zmęczenia itp.,itd. Zresztą, jak czasem zdarza mi się rozmawiać na temat naszej pasji z osobami, które nie czują do biegania mięty, to ich opinia jest prosta: wszystko pięknie, ładnie, tylko po cholerę się męczyć.  Gdyby można było biegać bez zmęczenia, to oni pierwsi i bardzo chętnieMuszę przyznać, że jest to teoria wręcz rewolucyjna. Biegać, czy też trenować jakiekolwiek sporty, ale bez wysiłku, zmęczenia i wkładania w to energii. Czy jest to możliwe? Jak najbardziej, można sobie usiąść przed kompem wrzucić taką grę, czy też poszukać symulator biegania i bez żadnego wysiłku nawet biegi ultra można zaliczyć. Jest to jak najbardziej możliwe, tylko pytanie: czy ma to jakikolwiek sens.

Prawdziwy urok naszej biegowej pasji, jej piękno i to co nas do niej przyciąga, to jest właśnie wysiłek, który musimy tutaj włożyć, walka ze swoimi słabościami, pokonywanie własnych w umyśle wytworzonych barier i przesuwanie granic swoich fizycznych możliwości. Nic tak nie napędzania do treningów i startów, jak to że poczujemy po wszystkim to czasem olbrzymie zmęczenie, które jednak zmieni się w stan błogiej satysfakcji, radości i frajdy, że wbrew wszystkiemu, samym sobą i wszystkim blokującym nas zewnętrznym i wewnętrznym czynnikom daliśmy radę i dotarliśmy do mety. Kiedy czujemy, że jesteśmy na granicy naszych możliwości, że pokonanie każdego kolejnego metra przekracza nasze możliwości, a jednak walczymy i biegniemy dalej. I nagle widzimy przed sobą bramkę mety, a wtedy wszystko co słabe odpływa zastąpione niemożliwą wręcz do opisania euforią.  I to jest tak naprawdę clue wszystkiego. Niech to zmęczenie przybiegnie, będzie jak największe, niech rzuca nam kłody pod nogi, a my i tak damy radę. Pokonamy i zmęczenie i wszystkie inne cholery tamy naszej pasji stawiające.

Dlatego jak ktoś chce biegać bez zmęczenia, to proszę bardzo, ale straci całą frajdę z pasji naszej płynącą.

My nie dajemy, my biegniemy

Ostatnio podczas poznańskiego maratonu zaobserwowałem ciekawą sytuację: biegły sobie dwie panie, a stojący po bokach kibice bardzo często je wspierali, tak znanym na tuptających trasach słowem: „dajesz, dajesz”. Na to panie niczym pacierz w kółko powtarzały: „ my nie dajemy, my biegniemy”. I w tym momencie sobie uświadomiłem, że faktycznie użycie sformułowania „dajesz” w stosunku do pani, której osobiście nie znamy, a która sobie biegnie spokojnie ulicą, może być przez nią bardzo negatywnie odebrane. Nie trzeba tutaj chyba dodawać, że w przypadku pań określenie „ dajesz” budzi raczej negatywne niż pozytywne odczucia.

W przypadku nas panów jest trochę, a nawet zupełnie inaczej i nam nie przeszkadza, że ktoś mówi, że dajemy. W naszym przypadku określenie dajemy, ma zupełnie inny, pozbawiony seksualnych skojarzeń podtekst. My możemy dawać pracę, rękę, jałmużnę itp. Ta sobie myślę, jak te skojarzenia życiowe są różnie odbierane i my faceci zawsze ci macho i goście, a panie to niestety. I to jest chyba trochę mało fair.

Jestem ciekawy jaki byłby wynik, gdyby jakaś pani wystąpiła na drogę sądową, domagając się od tak dopingującego pana odszkodowania za straty moralne. Wiadomo, że musiałaby to udowodnić, ale dobrze przygotowana na taką akcję Pani mogłaby pobiec z kamerką i wtedy byłoby wesoło. Ilu panów mogłoby stanąć przed sądem. Dlatego panowie, od dzisiaj nie wspieramy Pań na trasach dwuznacznym „dajesz”, tylko: „ biegniesz”, „gnasz”, „pędzisz”, „moc z Tobą”, a dla bardziej ambitnych: „ biegnij Pani drogą, lasem, podskakując sobie czasem”. Mam nadzieję, że taki ułożony doping przegoni precz złe skojarzenia.

Podczas maratonu nawet Mistrzowie padają

Maraton czyli Królewski Dystans. Bieg, który nie wybacza zaniedbań, zaniechań, oraz braku szacunku. A nawet czasem nie wiedzieć dlaczego tych najlepiej przygotowanych skazuje na klęskę. Po moich paru ostatnich kryzysach spotkałem się z opiniami, że startowałem „na wariata”, bez przygotowania czy wręcz z głupoty. Bo, w końcu ktoś, kto jest do startu odpowiednio przygotowany nie ma szans, by do mety w dobrym lub bardzo dobrym czasie, jak na swoje możliwości nie przybiegł. Tylko cieniasy w moim stylu mogą mieć problemy. Ktoś, kto wie jak się przygotować i to zrobi to zgodnie z zasadami sztuki nie ma prawa by nie dobiegł do mety. A jednak nie do końca tak jest i nawet najwięksi na tym dystansie mają problemy. Idealnym przykładem może być zasłabnięcie Recho Kosgei na 800 metrów przed metą warszawskiego maratonu



Muszę przyznać, że przy tym zasłabnięciu, moje to zupełny pikuś. No, ale kiedy mistrzów dopadnie kryzys, to jest dopiero kryzys, a nie takie popierdółki kryzysowe, jakie w moim przypadku się zdarzały. Przykład zawodniczki, która biegła po zwycięstwo, a nie dała rady dotrzeć do mety, jest idealnym ukazaniem, co na trasie Królewskiego Dystansu może się każdemu zdarzyć. I jeżeli takie rzeczy mogą się przydarzyć prawdziwym mistrzom, to pełen podziw szacunek dla wszystkich, którzy jednak potrafią dotrzeć do mety o własnych siłach, niezależnie czy na pierwszym, czy na ostatnim miejscu. To są ponad 42 kilometry i nie każdy może mieć siły, chęci, odwagę czy możliwości by z tym dystansem się zmierzyć. Ciekawe są opinie świata na ten temat. Tak w skrócie Polacy są znowu rasistami, najgorsi, podli, jak śmieli nie pomóc. Bardzo ciekawy tekst na temat opublikował festiwalbiegowy.pl       


http://www.festiwalbiegowy.pl/biegajacy-swiat/polacy-rasistami-swiat-komentuje-upadek-recho-kosgei#.WcqpAWi0PIU

No cóż można skomentować: wszystkiemu winni cykliści, masoni i Polacy, a ci ostatni już w szczególności. Dla mnie jest to idealny przykład na to, że podczas startu w maratonie może zdarzyć się wszystko i każdego najbardziej przygotowanego dopaść nieszczęście. Nie dobiegają najlepsi, a nam zdarzy się nawet doczołgać. I to jest cała biegowa adrenalina, że każdego z nas to może spotkać i jaka euforia, kiedy docieramy do mety.

Zresztą, to nie wszystko co wydarzyło się w Warszawie. Możemy napisać, że w tym roku był w Warszawie horror-maraton. Jak podaje wawalove.pl: „Trwa wyjaśnianie okoliczności śmierci jednego z biegaczy, który brał udział w Maratonie Warszawskim. Jeden z biegaczy stracił przytomność. Pomimo kilkugodzinnej akcji ratunkowej uczestnik maratonu zmarł. Incydent potwierdzają organizatorzy, a sprawę bada policja i prokuratura”.  

Kiedy tak rozmyślam nad tym, co mi się wydarzyło podczas ostatnich startów,o tym co się zdarza dużo lepszym, o kilka klas nawet zawodnikom, to poważne się zastanawiam, czy to jest normalne startować na dystansach od maratonu wzwyż. Przecież to niesie za sobą ryzyko utraty nie tylko zdrowia, ale i życia. Nikt nie jest tak naprawdę przygotowany i każdego to może spotkać. Może i tak, ale ta adrenalina oraz niesamowite euforia, kiedy się uda dobiec do mety, to jest jedyne w swoim rodzaju i niepowtarzalne uczucie. A czy jesteśmy normalni? A może to tylko świat zwariował, a my się w jego wariactwo wpisujemy. 

 

                                                                                       

Czy start w biegu zorganizowanym jest celem osoby biegającej?

Na początku chciałem na chwilę nawiązać do jednego z wcześniejszych moich wpisów, który wczoraj na jednym z porali wywołał spore emocji. Sporo osób mnie potępiło, jak mogę, jak śmiem, jaki seksista ze mnie, że śmiem Kobietę do formy porównać. Odpowiem krótko: jeżeli klasyk uznał, że Kopernik i Einstein byli Kobietami, to jak Forma nie może nią być?

Muszę przyznać, że kiedy zacząłem moją przygodę z bieganiem, to moim głównym celem treningów i codziennego przydomowego tup, tup było wystartowanie w biegu zorganizowanym. To właśnie ustawiony w świadomości cel, jakim był start stanowił jakby motor napędzający całą moją pasję. I jak mam być szczery wydawało mi się, że każda osoba, która trenuje chociaż te parę razy w roku powinna się przebiec w zawodach, gdyż to one rozpalają ogień w naszych tuptających duszach, są dla nas samych dowodem na to, że potrafimy, że możemy i że moc, o której nigdy nawet sobie nie zdawaliśmy sprawy tkwi w nas. Właśnie w czasie zawodów, kiedy walczymy z kilometrami, z czasem, ze swoimi słabościami hartuje się nasz duch i budujemy w sobie pewność, że z każdych, najbardziej trudnych i zdaje się ponad nasze siły sytuacji potrafimy wybiec. Nie ma znaczenia jak, nie ma znaczenia w jakim czasie, ale wbrew wszystkiemu, wbrew samym sobie potrafimy.

Muszę przyznać, ze to mnie głównie napędzało do biegania o odnosiłem wrażenie, że tak jest z prawie wszystkimi biegającymi. Bo mamy cele i tym celem jest start. Ostatnio z niemałym zdziwieniem przeczytałem dwa różne wyniki badań na temat startów zorganizowanych rodaków i żadne z nich nie są jakimś powodem do chwały. Ciekawa jest także interpretacja tych wyników. Przegląd Sportowy w styczniu zeszłego roku informował, że w biegach zorganizowanych startowało w naszym kraju tylko około 15% biegających. I wyraźnie zostało podkreślone „tylko”, jako, że nie jest to powód do chwały. Z kolei w tym roku na stronach biegajmyrazem i zadlużenia.com (hmmm ciekawe miejsce na takie badania) została zamieszczona informacja, że Polsce w biegach zorganizowanych startuje aż 7% zadeklarowało start w biegach zorganizowanych. 

No i muszę przyznać, że jest trochę w kropce. W zeszłym roku startowało 15% biegających, a w tym roku połowa tej liczby. Mamy dwie możliwości interpretacji tej informacji. Albo w zeszłym roku dane były trefne, albo w tym roku są takie. No i jaka jest prawda? Z drugiej strony spadek ilości osób startujących trochę się zgadza z moimi osobistymi odczuciami. Napiszę tak, im więcej biegam, im dłużej przede wszystkim, tym mniej mnie pociągają starty zorganizowane. Napiszę tak, w tym roku nie licząc parkrun,(ale wiadomo, że parkrun to inna bajka) wystartowałem tylko w jednym półmaratonie i to wszystko jeżeli biega o zorganizowane wydarzenia tuptające. No jeszcze na dwie czy trzy dyszki na Cytadeli,ale to biegi zorganizowane w wersji free a nie pay. Muszę przyznać, że zastanawiające jest to, czy faktycznie biegający powoli odchodzą od biegów płatnych zorganizowanych. Troszkę jest to zgodnie z tym, co kiedyś już pisałem, że odnoszę wrażenie, że pogorszeniem oferty i podwyżką cen pakietów Orgowie sami sobie stopy strzelają. A może to biegający sami dochodzą do wniosku, że po kiego diabła mają startować, płacić za to, by podporządkować się takiemu czy innemu rygorowi startowemu, jeżeli mogą zebrać się z paroma znajomymi, albo i samotnie, wyjść przed dom, czy udać się do parku i robić sobie tyle kilometrów, ile im wyobraźnia nakaże. Może nasza pasja ewoluuje i dobiegamy do wniosku, że po co nam starty, jak to strata czasu i kasy, które można inaczej wykorzystać. A i kto wie, czy nie zaczyna się niektórym „odbijać” ten przyrost dobrobytu gospodarczego przez rządzących z taką radością głoszonego. No i to by się zgadzało, gdyż wiadomo, że góra 10% społeczeństwa nadbija średnią płacę krajową, a 90% zastanawia się jak ma przeżyć od pierwszego do pierwszego. No i te około 10% startuje w biegach zorganizowanych, a reszta sobie hasa po polach i lasach, Jak ktoś się obrazi, to napiszę krótko: jak podają dane statystyczne w USA w biegach zorganizowanych startuje ponad 50% biegających. Jak widać daleko nam do tych danych. Co trzeba, że biegających -startujących przybyło? Może Orgowie powinni się uderzyć w piersi i odejść od pogoni za samym zyskiem i spojrzenie na tych, dla których te biegi organizują. W przeciwnym razie może się okazać, że za rok dwa będzie nas startowało poniżej 5%, a dużo większa ilość będzie dalej hasać po polach i lasach, bo to ma swój wyjątkowy urok

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule napiszę krótko: kiedy zaczynałem moją przygodę biegową wydawało mi się, że tak. Obecnie mam coraz większe wątpliwości.

Gdzie jest granica biegowego rozsądku?

Chociaż z trudnością mi to przybiega, ale muszę się w końcu przyznać. Niestety, ale posypałem się, w pełnym tego słowa znaczeniu. To oznacza, że niestety mój urazik, o którym wcześniej wspominałem wcale za pomocą ćwiczeń rozciągający nie zniknął. Może nie jest aż tak uciążliwy, ale jednak od czas do czasu mruczy coś pod nosem, to znaczy pod udem. Taki delikatny śpiew mięśni. Wydawało mi się, że już wszystko ok, ale to trochę jak w tym dowcipie o studencie i studentce: „pani zdała, a panu się zdawało”. Nie oznacza to, że nie mogę chodzić, biegać, ćwiczyć. Jak najbardziej mogę, nawet piątkę, dziesiątkę na względnym luzie, bez zbytniego konania pokonam. Jednak czuję podświadomie, że to nie jest takie samopoczucie, jakie powinno być. Najgorsze jest to, że nie czuję się wcale na siłach, by podjąć wyzwanie Królewskiego Dystansu. Wręcz przeciwnie, realnie szanse na doczłapanie do mety oceniam tak na 20 procent. I nie piszę tutaj o dobiegnięciu z dobrym czasem i ogniem w duszy, tylko doczłapaniu na granicy swoich możliwości i wytrzymałości.

Ktoś w tym momencie powie i będzie miał świętą rację: „odpuść, nie warto. Dużo biegów przed tobą, nie ma sensu się narażać, by ten był ostatni.” Odpowiem krótko: jest w tym dużo racji i jest to bardzo rozsądne podejście do tematu. Jednak pasja nie zawsze słucha rozsądku. Przyznam szczerze, że właśnie ten fakt, że nie czuję się specjalnie na siłach, że moja forma ( jeżeli można o takowej w moim przypadku mówić) zagrzebała się w głębokim mule sięgając dna, to właśnie stanowi dodatkowy środek motywacyjny, by stanąć na starcie. Tak, by pokazać, że nie ma że boli, że jest nie tak. Ja się nigdy nie poddam, a mój duch do ostatniego tchnienia mocy będzie napędzał osłabione i nie w pełni sprawne nogi. No bo jak się można poddać? Ja? Nie jest to rozsądne, niech nikt nie podąża to drogą, bo to głupota. Wąska, ozdobiona lodem ścieżynka wiodąca na skraju przepaści. Po jednej stronie mam ścianę, po drugiej przepaść, a pod nogami lód. Przede mną widzę jeszcze granicę rozsądku, gdzie i kiedy mogę się wycofać. Mam dwa wyjścia: albo zrobię krok do tyłu i spokojnie wycofam się na pozycje, gdzie spokojnie zbiorę i przegrupuję siły na kolejne tygodnie, miesiące, sezony, albo zrobię krok do przodu i zacznie jazda po lodzie bez trzymanki. Jeszcze nie podjąłem decyzji. 

Na końcu chciałbym jeszcze nawiązać do zdjęcia, które ten wpis prowadzi. Ja w obecnym stanie jeszcze do takiej granicy nie dobiegłem. I jak mam być szczery nikomu nie życzę, a wręcz odradzam doprowadzenia się do takiego stanu i walki z trasą za każdą cenę. Tak, wiem zaraz ktoś skomentuje: „i kto to mówi? Gościu, który zwiał z karetki, by ukończyć maraton we Wrocławiu”. Więc może już nic nie napiszę, ale nie polecam. A ja to po prostu ja – świr amatorsko tuptający.

Bieganie w dźwiękach muzyki

Ostatnio coraz częściej zdarza mi się widzieć osoby, które biegnąc mają na uszach słuchwki i pokonują kolejne kilometry w dźwiękach muzyki. Muszę przyznać, że trochę mnie to zainspirowało do zdecydowania się na podobny ruch. Genralnie bardzo lubię muzykę i często sobie podśpiewuję podczas biegania. Jednak wymaga to dużo większgo skupienia oraz wiąże się z pewną utratą oddechu, a co za tym biegnie i sił.

Ostatnio jednak przed oczy mi wbiegła dosyć ciekawa w tym zakresie propozycja 
https://www.megascena.pl/?m=b&q=+avlink+SBH03
 
 Muszę przyznać, że po analizie wszystkich za i przeciw stwierdziłem, że zdecyduję się na zakup. Jak napisałem uwielbiam biegać w dźwiękach muzyki, gdyż ona dodaje nam odpowiedniej ekstra mocy. Tylko tutaj sie nasuwa pytanie jaka muzyka daje nam biegowgo kopa? Jak mam być szczery zawsze byłem zwolennikiem trochę ostrzejszej muzyki. Może nie tej z gatunku najbardziej ostrej, ale poziom Nirvany, Metalliki, Black Sabath, czyli taki trochę ostrzejszy rock pomieszany z grunge. Jeżeli mówimy o Nirvanie, to oczywiście nie może się obyć bez ich sztandarowego kawałka:



Jak mam być szczery dla mnie jest to najlepszy utwór do finiszu. Kiedy czujemy już zapach mety i jesteśmy w dwóch stanach uczuciowych Z  jednej strony nasze ciało, kości i cała nasza fizyczność krzyczą z bólu i cierpienia: dosyć, koniec nie dam już rady,  a z drugiej nasz  duch czuje ten nieziemski stan euforycznego uniesienia. Tak, to już mta, pokonałem/pokonałam te cholerne kilometry i czuję że mimo mojej słabości wszechświat pada nam do stóp. I w tym stanie, kiedy słyszę w uszach muzę pokroju Nirvany, to wiem, że to cholerne życie ma jednak jakiś sens.

Tak podsumowując i na szybko. Do życia potrzeba i pasji i chleba, a muza to wszystko wzmacnia. Chyba troszeczkę pomieszałem, ale to u mnie naturalne zjawisko. Wracając do muzy podczas treningu. Trzeba przyznać jedno: dodaje ona nam po prostu biegowego kopa. Mamy jak zawsze dwie możliwości. Możemy sobie na plecy wsadzić magnetofon z bateriami na cały regulator poszczając jaką tam lubimy muzę i  biec przez ulice miasta wywołująć chęć u innych by także za nami lub przed nami biegi, tyle że z mało pokojowymi zamiarami, albo dzięki słuchawkom nie przeszadzać nikomu zanurzeni we własnej muzyce.

Do tej po

Skąd się bierze popularność biegania?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Remigiusz okłady z lodu oczywiście wskazane, tyle że w połączeniu z metodą, którą preferuję, mogą przynieść odwrotny skutek od zamierzonego, ale już może nie będę tego rozwijał. Tomek, bardzo mi miło, że jeden z twórców/zarządzajacych portalem enduhub odwiedził mojego skromnego bloga.

Kiedy wychodzimy na ulice, skwery, parki to możemy przeżyć dziwne wrażenie, że ludziom w naszym kraju odbiło na płaszczyźnie biegania. Praktycznie nie ma miejsca mniej czy bardziej możliwego do realizowania tej pasji, gdzie się nie biega. Nawet w mieście na chodniku, gdzie tłum wali do czy z pracy ewentualnie szykując się do skoku na zakupy, tu czy tam, nagle, zwykle niespodziewanie przemknie sylwetka osoby tuptającej mijającej idących, niczym narciarz slalomowe tyczki na stoki.

Pytanie, dlaczego biegamy, co nas do tego motywuje, dlaczego chcemy zmienić nasze życie, było już tyle razy poruszane i wałkowane, że nie pobiegnę w te rejony. Chciałbym się zatrzymać na innym pytaniu. Brzmi ono: co powoduje, czy może jaka jest przyczyna, że bieganie jest aż tak w tej chwili popularne? Przecież ludzie biegali od zawsze, od dziesiątek lat są organizowane różne biegi, ale takiego szału, jaki trwa od paru lat jeszcze nigdy nie było. Jaka jest tajemnica? Co stoi czy też biegnie za taką popularnością tuptania. Myślę, że odpowiedź jest tak prosta, że aż banalna. To Internet rozpropagował ideę pożerania kilometrów dzięki pomocy własnych nóg. Łatwość dotarcia z czy do informacji o różnych inicjatywach biegowych, portale zamieszczające propozycje treningów, przygotowań oraz w końcu dziesiątki, jeżeli nie setki blogów, gdzie podobni mi zapaleńcy w mniej lub bardziej profesjonalny sposób dzielą się swoją wiedzą, pasją i doświadczeniem. Oczywiście ci, którzy mają wiedzę połączoną z doświadczeniem mogą się nimi dzielić. My, którzy mamy tylko pasję, możemy się dzielić tylko nią.

Łatwość przekazu informacji i dotarcia do niej to tak naprawdę jest motor napędowy naszej pasji. Nie jest chyba tajemnicą, że najmniej biegających jest tam, gdzie dostęp do Internetu jest najtrudniejszy. No i tam, gdzie ludzie nie mają czasu na pasję, albo wydaje im się, że jego nie mają, gdyż jak mawiał klasyk: nie masz na nic czasu? Postaw przed sobą jeszcze jedno zadanie, to znajdziesz czas na wszystko. Bo nowet jeżeli nie ma czasu, a jest internet, to i tak zarazki biegania spłyną z klawiatury.

Z drugiej strony ktoś może powiedzieć, że nie do końca tak, gdyż po prostu bieganie stało się modne, cool, trendy i w ogóle i szczegól. Odpowiem : tak, jasne zgadza się, ale co, czy, kto tę modę poczucie cool i trendy wykreował? Samo się stało? Nie, jakoś musiało to do świadomości społecznej trafić. Moda sama z siebie się bierze, coś ją musi wytworzyć i jakoś musi dotrzeć do innych,