Maraton nie wybacza zaniechań

Bieganie to taka trochę dziwna pasja. Wiadomo, że biega w niej o to, żeby biegać. Jednak bieganie dla biegania, mimo że fajna rzecz w pewnym momencie staje się nurzące i czegoś brakuje i jakoś tak trochę z małą ilością logiki, bo biegać dla biegania, to trochę jak masło maślane. Dlatego potrzebujemy jakiegoś dodatkowego wspomagania, kóre będzie nas dodatowo motywowało. Tym wspomaganiem są różne starty zorganizowane. To one tak naprawdę w pewnym momencie stają się niezbędne, bo dodakowo napędzają nasze biegowe pragnienia. Start w biegu zorganizowanym, walka na trasie, możliwość przbiegnięcia po miejscach, gdzie normalnie w życiu byśmy nie biegai, cała ooczka, trąby, fanfary, a nawet kolejny do kolekcji medal. To wszystko nadaje blasku, ognia i powoduje, że dalej w naszej pasji się zanurzamy, że staje się ona naszym narkotykiem. To start zorganizowany w takiej czy innej formie napędza naszego biegowego bakcyla.

Jednak każdy start jest inny i wymaga innego nasawienia i przygotowania, a przez co inny poziom adrenaliny, czy też wewnętrznej agresji w nas wyzwala. Kiedy startujemy w biegach na pięć kilometrów, nie ważne czy darmowym parkrun, czy innym to nasze przygotowanie i trening w zasadzie wystarczy się sproawdza się do tego, by chociaż e dwa czy trzy razy w tygodniu parę kilometrów sobie zrobić. Ot dla zdrowia i fantazji. Tak naprawdę każda zdrowa osoba, nawet bez specjalnego przygotowania może taki dystans pokonać. Tu nie potrzeba wielkiego przygotowania. W przypadku biegu na 10 kilometrów, to już troszeczkę trzeba mieć tych kilometrów w tygodniu poonywanych. Nie wymaga to jakiś wielkich przygotować, ale pewnej regulraności czy też sytemayczności w treningu, by chociaż te 20 kilometrów w tygodniu pokonać.W systuacji półmaratonu już jest trochę trudniej, ale ktoś, kto ma w sobie na tyle samozparcia, że chociaż te 3-4 razy w tygodniu w granicach dyszki na trening machnie, to jest w stanie ten dystans pokonać. Moje pierwsze połówki robiłem biegając codziennie około 6 – 7 kilometrów i to wystarczyło, by nawet by poniżej 2 godzin do mety dobiec.

Natomiast w przypadku maratonu, to już zupełnie inna bajka. Tu nie ma że boli. Każdy odpuszczony tre trening, zaniechny kilometr w czasie treningowego tup, tup już się na trasie może wielką czkawką odbić. Od maratonu wzwyż zaczyna już się może nie prawdziwe bieganie, ale bieganie na granicy normalności i rozsądku. Bo o nie jest normalne, by człowiek dla frajdy, czasu biegał sobie 42 kilometry. I jeszcze za to płacił. Może i nie normalne, ale jakie cudowne. Kiedy już dobiegamy do mety i widzimy, że daliśmy radę, to wiemy, że ten cały treningowy znój miał sens. Dlatego nie ma ż boli. Trening do maratonu musi boleć. A  im bardziej będzie bolało teraz, tym mniej może boleć na trasie. Bo, że bedzie bolało, to jasne. W końcu to maraton, a nie biegowa popierdółka. Tu nie można w czasie treningu nic odpuścić, bo potem maraton nam wystawi rachunek. Tak na marginiesie właśnie uświadomiłem sobie, że do Warszawy zostały mi dwa miesiace. Będzie się działo.

Lato deszczowych ludzi

Na początku jak zawsze w ym miejscu i czasie. Praszku masz rację, od biegania, jak ktoś już jest tuptajaco zahartowany, to raczej małe szanse, by zachorował. Martens, nie mam pojęcia co się dzieje z opisanym przez Ciebie portalem i jej autorami. Może coś innego im się narodziło.

Dzisiejszy tekst stanowi jakby kontynuację wczorajszego wpisu, z pewnym wzbogaceniem. Od czasu do czasu tytuły czy wstawiane w tekst frazy nawiązują do różnych klasyków. Tak i jest i tym razem. Ciekawy jestem, czy ktoś rozpozna skąd i od Kogo. No, ale wracam już do istoty, clue, jądra i innych najważniejszych kwestii związanych z tytułem i tematem. Trzeba przyznać, że lato w tym roku, przynajmniej jak na razie jest takie bardzo mało letnie. Można nawet się posunąć do stwierdzenia, że jest do pupy. Generalnie mało ciepło, wodniście, bez smakowitych letnich kąsków niczym obiad na wyjeździe ekonomicznym w dodatkowo  bardzo oszczędnej wersji.

Na szczęście nam tuptajacym to aż tak bardzo nie przeszkadza, wręcz do biegania pogoda jest idealna. Brak palącego słońca powoduje, że jeżeli nie można się zbytnio wylegiwać na plaży, łąkach czy innych wylegujących miejscach, to trzeba poszukać alternatywnych form wypoczynku. I zawsze parę osób więcej może podłapać bakcyla np. biegania. Z drugiej strony,jak jest tak jak dzisiaj to nawet my zapaleńcy mamy biegowy problem egzystencjalny. Jak zmusić samego siebie by w taką ulewę wyjść i tuptać. Czekamy tak długo jak się da, może przestanie. A jak nie? No cóż jak to mawiał baca w pewnym starym dowcipie: mamy dwa wyjścia, albo pójdziemy biegać, albo nie pójdziemy. I potem mieliśmy całą litanie z tym kiedy w jakiej sytuacji przepadliśmy. Można podsumować krótko: pobiegamy będziemy mokrzy, nie pobiegamy, możemy mieć chandrę, zły humor, moralnego kaca i inne obciążenia psychiczne. Pytanie, co wolimy: być mokrzy czy zadać sobie cios w psychikę. Każdy staje przed swoim wyborem. Takie trochę w klasykę wbiegającą zagadnienia: biegać czy moknąć, być suchym czy szczęśliwym. Bo każda osoba biegająca ma w sobie coś z dziecka, a wiadomo, że mokre dziecko to szczęśliwe dziecko. Tak więc lato deszczowych dni niech biegającej pasji nie gasi. Choć to wbrew naturze, ale deszcz może biegowy ogień podtrzymywać.

Tak naprawdę każda pogoda jest dobra do biegania, tylko należy samemu w to uwierzyć i tej wiary się trzymać. Jak na razie deszczowi, albo deszczem wspomagani biegający ludzie proszeni są na start.

Masochiści na trening marsz

No to dzisiaj się nam w Poznaniu pogoda narobiła. Nie wiem, jak to wygląda w innych miejscach naszego kraju, ale u nas leje deszcz. To nie jest to, że sobie kapie kap, kap, lekko, delikatnie i przyjemnie. Tak naprawdę, to takie kapanie mało komu przeszkadza. Ja osobiście uwielbiam biegać w takim wiosennym czy letnim ciepłym deszczyku. Nawet jesienią, kiedy już nie jest taki ciepły i przyjemny, to biegać można bez większych stresów.

Natomiast, to co od rana dzieje się dzisiaj, to już zdecydowane przegięcie. Może nie jest to klasyczne urwanie chmury, ale równo, mocno i bez przebaczenia leje się równo woda z nieba na człowieka. Oczywiście nie tylko na człowieka. Generalnie na wszystkie istoty, co na dworze przebywają. No i pytanie. Pogoda to jest taka, że jak mówi przysłowie: psa na dwór się nie wygna. W sumie psa, to może nie, ale osobę biegającą jak najbardziej . Nie ma że mokro, nie ma że moczy wszystkie zakryte i nie zakryte części ciała.

Kilometry zrobić trzeba, bo maraton nam  nie wybaczy żadnego zaniechania, ani zaniedbania. Lepiej zmoknąć, niż poddać się na trasie. W takiej pogodzie kształtuje się nasz charakter. Więc tupatający masochiści, na trening marsz. Pokazujemy dzisiaj ile pasji jest naprawdę w nas. Jest zawsze opcja stwierdzenia, że pokazywaliśmy kiedy byliśmy mali czy małe, a teraz się wstydzimy. No cóż każda osoba ma swoją biegową karmę. Jestem ciekawy ilu czy ile dzisiaj takich samych osób o wariackim nastawieniu do życia spotkam dzisiaj na trasie. W końcu żyje się raz… Tak naprawdę dzisiaj przed nami biegowy dzień prawdy. I to takiej mokrej jak diabli prawdy.

No i na koniec jeszcze taka refleksja czy pytanie. Czy to, że decydujemy się w taką pogodę tuptać jest oznaką pasji, czy raczej masochizmu. Bo czy zdrowe jest bieganie w taką pogodę? Przecież można się przeziębić, katarku złapać, kaszelku, albo i jeszcze czegoś gorszego. No, cóż biegałem już w burzy, ulewach, mrozach, śniegach i odkąd biegam tfu odpukać przeziębienia szerokim łukiem na razie mnie omijają, szukając łatwiejszych od mnie celów.

Ile potrzeba nam czasu, aby przygotować się do maratonu

Muszę przyznać, że temat dzisiejszego wpisu wywołał wrzucając wczoraz godny komentarz na temat przygotowania się do startu na Królewski Dystansie Gieorgij. Pominę tutaj może stronę biznesową jego propozycji, gdyż jak kto się chce z nią zapoznać i zapłacić za instruktaż przygotowawczy, to wystarczy wbiec na wczorajszym mój wpis i zapoznać się komentarzem. Z pewnością komuś, kto będzie się do niego stosował pomoże.

Mnie natomiast dzisiaj interesuje inny temat. Ile realnie potrzeba czasu, by przygotować się do startu na Królewsim Dystansie i czy można się opierać, na opracowanych przez teoretyków i praktyków i wypróbowanych na innych metodach, rozpiskach zwał, jak zwał. Podejrzewam, że tutaj nie ma reguły. Każda osoba jest inna, ma inne przygotowanie, inne możliwości, inną psychikę. W moim oczuciu trudno wrzucić wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a teraz jedna łapka w górę i robimy 10 km, a jutro piętnaście a pojutrze jeszcze więcej. Pamiętam, jak mnie Andrzej przygotowywał do maratonu w Poznaniu, to najpierw zoabaczył raz, drugi, trzeci jak biegam, wskazał błędy, a dopiero potem ruszył z rozpiskami. I co ciekawe, do maratonu w Poznaniu, gdzie czasu na przygotowanie mieliśmy około 6 tygodni przygotował mnie tak, że 4 godziny złamałem. Potem do Dębna, Krakowa i do Wrocławia, mimo, że czasu było bardzo dużo do przygotowania i jechałem na pełnym gazie, to wynikowo wybiegła jedna wielka rozwodniona kupa. I można napisać, bądź tu mądry i pisz wiersze.

I tutaj nasuwa się pytanie. Ile potrzeba czasu, by się dobrze przygotować do maratonu. A może potrzeba nie tylko czasu, ale też pomocy z zewnątrz, na zasadzie: do maratonu trzeba dwojga… a może trojga, a może całej grupy. Trudno tutaj dobrze wyrokować. Tak jak już nie raz pisałem, każda osoba jest inna i posiada inny potencjał i możliwości tuptajace. Dlatego wrzucanie wszystkich do jednego wora, na zasadzie, a ja każdego przygotuję, jest trochę jak obietnice polityków przed wyborami. Piękne, klasowe wodolejstwo, na które z radością dajemy się łapać. Natomiast myślę, że jest jedna, klarowna odpowiedź na pytanie: ile potrzeba czasu, bym dobrze przygotował czy przygotowała się do maratonu. Brzmi ona: tyle, ile będzie potrzeba i ani chwli dłużej. I myślę, że to zamyka w jakiś sposób temat.

10 tygodni do maratonu,

Wczoraj zdałem sobie sprawę, że najważniejszego tegorocznego tupwyzwania, czyli maratonu w Warszawie pozostało 10 tygodni. Czy to dużo czy to mało? No właśnie… Z pewnością dla kogoś, kto dopiero teraz dobiega do wniosku, że a co mi tam zapiszę się na maraton.W końcu 10 tygodni to ponad 2 miesiące, dlatego na luzie się przygotuje. No cóż są różne formy masochizmu z pewnymi elementami samobójstwa. Dlatego może niebędę rozwijał tematu tego akurat przypadku.

Dla większości z nas już trochę wytuptanych biegających te ostatnie dziesięć tygodniu, to czas ładowania akumulatorów, szlifowanie formy i doprowadzenie się do stanu mocy przedstartowej. Dla znających trochę temat nie jest tajemnicą określenie: BTS, czyli Bezpośrednie Przygotowanie Startowe. Nie będę tutaj bił piany, gdyż wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę tą frazę,to wybiegnie profesjonalnych informacji nieprzebrana ilość. Dlatego ja wolę się zatrzymać na moich treningowych tup planach.

No i tutaj muszę przyznać, że jest mały problem. Przy moim obecnym stanie przygotowawczym rzucanie się na maraton, to faktycznie szaleństwo masochizmem podpalane. Biorąc pod uwagę, że w tym roku dwa razy przebiegłem półmaraton, trochę parkrun, a i z treningami bywało różnie,to ciekawie do nie wygląda. Natomiast jakaś baza przez 5 lat biegania została zbudowana i teraz przez 10 tygodni jestem w stanie myślę, że coś na jej podstawie przygotować. Zapewne na życiówkę szans nie ma, ale w spokojnym, rozsądnym bez szału tempie poniżej 5 godzin powinienem jakoś dotuptać. Jeszcze się treningowo w tygodniu podniosę swoją codzienną dyszkę na dyszkę z plusem, a niedzielne wybiegania, nie tylko jako klasyczne dwudziestki, ale z dwa razy i trzydziestkę się machnie. Na czas się nie nastawiam, więc żadnych rytmów, podbiegów, interwałów. We wrześniu jedno hasło mi będzie przyświecało: najważniejsze to doczłapać, a reszta będzie, jaka będzie. Dlatego spokojnie te 10 tygodni będę musiał potuptać tyle, żeby było dobrze. A ile to będzie, to jak na razie nie ma żadnego pomysłu. Raz w tygodniu z pewnością minimum dwudziestka, a trzy, cztery razy po dyszce z większym lub mniejszym plusem do tego parkrkun z biegowym powrotem, kiedy się uda na Cytadelę wyrwać i zobaczymy jak to wybiegnie. Jak wspomniałem upiększenia czasów tym razem odpuszczam, więc to będzie przygotowanie na luzie, jeżeli w przypadku maratonu można tak powiedzieć,

Trening do czy po kotlecie i trening startowy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie wstrzymałbym się od tak jednoznacznych opinii. Uważam, że powinna nas cechować otwartość umysłów na różne nowości i nim faktycznie po organoleptycznym sprawdzeniu nie uznamy że coś jest be, lub cacy, podbiegać z wiarą i nadzieją do nowości. Miłość może zostawmy wyższym celom.

Dla każdej osoby tuptajacej, która oprócz tuptania dla tuptania czasem startuje w różnych biegach zorganizowanych i stara się wtedy uzyskać maksymalnie dobry czas nie jest żadną tajemnicą, że mamy dwie różne formy treningu. Jedną możemy określić, jako biegania dla biegania, ewentualnie do czy może raczej po kotlecie, a drugie to już poważniejsze robienie kilometrów przygotowujące nas do poważniejszego startu. I tu nie ma znaczenia, czy dla kogoś to dyszka, dla kogoś półmaraton, a dla innego w końcu Królewski Dystans, czy też biegi ultra. Ważne jest to, że podczas tego typu treningu, nasze założenia, odległości czy nawet metody ulegają całkowitej zmianie. A jak Metody, to i Cyryl może się przyplątać ( ciekawe kto złapie o co biega.

W każdym razie kiedy biegniemy do czy po kotlecie ( w zależności przed czy po obiedzie), to biegniemy sobie na całkowitym luzie. Nasze odległości są takie czy inne, możemy je zmieniać w zależności od fantazji i humoru, a tempo dokładnie takie, na jakie mamy ochotę czy jakiego czujemy potrzebę. Ot sobie biegniemy dla samego biegu, a cała reszta się nie liczy. Jest przyroda,, ptaszki, mniejszy lub mniejszy smog i my. I jest to kompozycja biegowa doskonała.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, kiedy przed oczami mamy cel w postaci takiego czy innego startu. I tu nawet nie ma znaczenia, czy chcemy, czy nie chcemy poprawiać naszych wyników. Bieg zorganizowany to jest wyzwanie, bo to już nie mierzymy się tylko z samym sobą na zasadzie jak dobiegnę to fajnie, jak nie to trudno. Tutaj wypada do tej cholernej mety dotuptać. Jeszcze bardzo często mierzymy się z odległościami, które na co dzień nawet przez głowę nam nie przebiegają, że może tak pobiegniemy. Tutaj to jest klasyczna woja: my, czas, trasa i nasze słabości. No bo do pani trudniącej się nierządem, nie jesteśmy cieniasami, by zejść z trasy. Jak już zdecydowaliśmy się wystartować, to wypada jakoś do tej mety doczłapać. A bez przygotowania, to ni cholery się nie uda. Dlatego trzeba podkręcić kilometry, tempo, wpleść w trening rytmy, podbiegi i inne takie. Jeżeli moja tygodniowa norma to powiedzmy 60 km, to w rytmie treningowym przed maratonem musi podskoczyć do tych 80-90. Oczywiście nie od razu, tylko  na systematyczne tygodniowe podnoszenie. Jak ktoś chętny, to niech poszuka w necie. Jest wiele rozpisek i niech ich się trzyma, a nie wg własnego widzimisię, gdyż do niczego to nie doprowadzi. A będą pewno i tygodnie, że i setkę się machnie. I to w różnych tempach. I nie ma, że boli. Królewski Dystans, to nie popierdółka i tu trzeba być przygotowanym, by jak popierdółka nie skończyć. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma że boli, tu musi poboleć, bo jak nie teraz to w czasie startu nam tak przy….., ze z papci wyskoczymy. Deszcz,żar z nieba czy wichura, kilometry robić trzeba.

 

Czas na biegowe przebudzenie.

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany oczywiście bez pudła odgadłeś skąd tytuł wpisu. To, że pod prąd, to chyba u mnie standard. Co do licznika i do przyszłości, to zobaczymy jak długo weny i ochoty starczy. Jak to się mówi, wszytko ma swój początek i koniec.

Nasze życie bardzo często przepływa różnymi falami. Czasem mamy okres wyciszenia, innym razem rzucamy się na życie czerpiąc z niego pełnymi garściami. Oczywiście w takim zakresie, które jest w naszym odczuciu zgodne z naszym własnym pojmowaniem czerpania i możliwego do zaakceptowania szaleństwa. Co nie zmienia oczywiście faktu, że od czasu do czasu przekraczamy nasze możliwe do zaakceptowania w odczuciu społecznym granice, sięgając tego, czego normalnie byśmy nie tylko nie sięgnęli, ale nawet nie pomyśleli, że można sięgnąć. W moim przypadku może takich szaleństw nie ma, gdyż ja z reguły grzeczny, spokojny i pokornego serca pełen.

Ostatnio nawet biegałem na granicy spokoju, sięgającej wręcz usypiania. W takim sennym, jakże spokojnym tempie. Jednak człowiek od czasu czasu lubi coś zmienić w swoim ułożonym czy wręcz uporządkowanym do granic możliwości i rozsądku życiu. I w sumie to usypiające bieganie trochę mnie znużyło, czy wręcz faktycznie znużyło. W sumie, od tego powolnego człapania aż się zmęczyłem. Myślę, że trzeba trochę się przebudzić, tzn pogonić trochę szybciej kilometry. Łatwe to nie będzie, gdyż trzeba będzie żwawiej tuptać, czy może bardziej wyciągać nogi, a to nie do końca się chce. Gdyż takie człapanie ma swój urok, bo sobie biegniemy dla samego biegu, a rywalizacja, czas jest… po prostu jest, ale nas nie dotyczy. Z drugiej strony to trochę jak z życiem. Można żyć dla samego życia tak, jakim mnie Panie stworzyłeś, takim mnie masz i nic nadto, oraz nic więcej. Jest to jakaś opcja, bo w końcu też to życie jakoś mniej czy bardziej godnie, ale przeżyjemy. Ale czy o to chodzi, by żyć i trwać, czy jednak coś pragnąć, dać coś z siebie, mieć marzenia i śmiało dążyć do ich realizacji. I tak samo jest z bieganiem. Można faktycznie biegać dla biegania i po prostu biegać, tak jak być i niczym więcej się nie zadawalać. A można też dążyć do przełamywania swoich własnych granic, by osiągnąć to, co czasem jest poza granicami naszej wyobraźni. Wiadomo, że nigdy 20 minut na 5 km nie będę łamał, na dyszkę nie dobiegnę do 40 minut, na połówce półtora godziny też nie złamię, a na maratonie 3 godzin. Tych granic nie osiągnę, bo one są poza moimi możliwościami fizycznymi. Ale ile mogę, tylko się powinienem starać dać z siebie, a wtedy każdy czas będzie wielką radością, gdyż będę wiedział, że walczyłem, że dałem z siebie wszystko, a nie biegłem jak ta osławiona popierdółka. Dlatego czas znowu wstać i zmierzyć się z granicami swoich możliwości

 

Pamiętajcie o dowodach

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Kinga nie ma znaczenia dlaczego, ważne, że zaczęte i w pasję zmienione. Powodzenia w dalszym rozwoju biegowej pasji. Craft spokojnie powoli, byle do przodu. W końcu z odpowiednim czasie spokojnie zaczniesz przełamywać bariery swojej mocy. Tak naprawdę tkwią one w naszej podświadomości, zagrzebane na dnie umysłu. Jak je będziemy potrafili wydobyć to, już nie będzie dla nas granic, których nie możemy pokonać

Jeszcze na szybko z trochę innej bajki. Wczoraj sobie siedzimy spokojnie w domu rozmawiając rodzinnie o wszystkim i o niczym, kiedy nagle do ucha wpada mi wiadomość, że w tym roku około 8 milionów i pół miliona rodaków będzie musiało wymienić dowody osobiste. Ja z racji, że jeszcze z epoki dinozaurów, to pamiętam jeszcze kamienne, niezniszczalne i trwałe, które potem zostały zmienione na książeczki, które każda osoba niezmiennie przy czterech literach trzymała.

No i potem z czasami unijnymi czas nowych, plastikowych dowodów się nagle nam objawił. Człowiek wymienił, bo musiał, ale się zastanawiał, że są ważne tylko na dany okres bodajże 10 lat, po których trzeba je wymieniać. No więc nawet do głowy mi nie przybiegło, aby się tym tematem zainteresować. Wczoraj, kiedy usłyszałem informację o wymienię, w pierwszej chwili nawet pod wstępną rozwagę nie brałem, ze może to też mnie dotyczyć. Jednak coś mnie pokusiło, że zerknę, jak to moim dowodzie wygląda. Zerkam, a tam data ważności: 20.06.2017…. „ o …do pani trudniącej się nierządem nie do końca w bogactwie żyjącej“. Taka była mniej więcej pierwsza reakcja. No, ale potem do kompa, na stronę Urzędu, elektroniczna rejestracja i podano mi czas wejścia na dzisiaj godzinę 11.45. Rano jeszcze po fotkę i w urzędzie byłem koło 11.30. Tłumy ludzi się przesuwały, widać korzystając z dnia wolnego, wszyscy chcieli to co się dało dzisiaj załatwić. Wypełniłem wniosek, zarejestrowałem korzystając z otrzymanego wczoraj numerka i o 11.46 mój numer pokazał się na ekranie, nieupoważniającym do wejścia na salę interesantów. Kątem oka widziałem tylko złość i niedowierzanie, tych co czekali od ładnych dziesiątek minut, godzin, a byli i tacy co od rana. No, ale każdy może się elektronicznie zarejestrować i zaoszczędzić wielu niepotrzebnie straconych minut czy godzin.

Na przypisanym mi stanowisku wszystko załatwiłem w 10 minut i łącznie mój czas spędzony w urzędzie wraz z wypełnieniem wniosku, pobraniem numerku, czekaniem i załatwianiem wszystkiego zamknął się plus minus w ciut poniżej 30 minut. A były naprawdę godne tłumy. Dlatego na koniec dla wszystkich, co nie do końca na te daty zwracają uwagi: sprawdźcie terminy ważności swoich dowodów osobistych, gdyż jeszcze 8 milionów i 499999 rodaków będzie musiało w tym roku wymienić. No i nie idźcie w ciemno do Urzędu, tylko sprawdźcie czy nie można się zarejestrować elektronicznie. Naprawdę dużo czasu pozostanie w kieszeni.

 

Na czym polega prawdziwa pożyteczność biegania,

Nam, którzy biegamy częściej lub rzadziej, ale mniej więcej regularnie i stale bieganie kojarzy się jednoznacznie. Biegamy dla naszego zdrowia, czasu, życiówki, dobrego miejsca w grupie, ale zgodnie z naturalnym celem biegania. Ktoś to może określić, że biegamy da biegania, czyli tak naprawdę tuptające masło maślane. Co tak naprawdę jest pożytecznego w zabijaniu dla czasu, celu i innych takich. Takie bieganie w sumie nie ma w sobie nic pożytecznego. To, że my czujemy ogień, walkę samych z sobą i swoimi słabościami, to nic, to drobiazg to jakaś rozrywka dla tuptajacych fanatyków, normalnym członkom i członkiniom społeczeństwa do niczego potrzebne. Czy aby na pewno bieganie, poza startami do niczego się nie przydaje? Rozważmy kilka możliwości.

Pierwsza, bardzo klasyczna. Samochód zostawiliśmy domu, albo generalnie jesteśmy nie zmotoryzowani, a tu autobus, albo tramwaj nam spie… znaczy się ucieka. No i kto go prędzej złapie: ktoś, kto biega regularnie, czy ktoś, kto z reguły i zasady jest mało aktywny. Odpowiedź wydaje się prosta. Zanim, ktoś kto nie biega wystartuje, nałogowy biegacz czy biegaczka już jest w pojeździe.

Inna opcja. Mamy wieczór, nagle nam się przypomniało, że nasza lodówka pusta, a sklep koło kilometra od domu, do którego tyko chodnikiem się dojdzie za 5 minut zamykają. Nawet jeżeli mamy samochód, to nim znajdziemy dokumenty, kluczyki wsiądziemy, odpalimy, wyjedziemy na drogę, zawrócimy poplączemy trochę, może być już pozamiatane. A biegiem, jak wystartujemy, to jeżeli przydusimy trasę, to zdążymy.

Trzeci przykład trochę ironicznie w jednym komentarzu wrzucony, ale wbrew pozorom, bardzo ważny. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w towarzystwie, jemy wszyscy to sami i nagle nas wszystkich dopada paskudna biegunka. No i pytanie, kto pierwszy zdąży do toalety, ktoś kto regularnie biega, czy ktoś, kto nie ma w tym wprawy i nawet nie zdąży pomyśleć, że może biegiem do kibla sorry za określenie kupie uciec. A do tej ucieczki to już trzeba być odpowiednio wprawionym.

Wymieniać można dalej: kto szybciej dobiegnie na promocje do sklepu, kto złapie uciekającą pannę młodą ( tak to jest gdy panna biega, a jej wybraniec nie do końca). Z drugiej strony, mąż wyczuwający zbliżanie się w furii swojej połowicy, gdy ten nurza się w obcych ramionach. A tak, kiedy jest wybiegany, może zdąży uciec. Gorszy problem, kiedy oboje biegają. No, ale to są tylko luźne przykłady, które można mnożyć, mnożyć i jeszcze raz mnożyć. Tak w skrócie można to skomentować: bo bieganie, to bardzo pożyteczna czynność i w codziennym życiu daje nam sporo przewag.

Jak to jest z rzucaniem palenia

Dzisiaj obchodzimy światowy dzień bez papierosa. Można napisać, że to drugi dzień w roku, kiedy moce zewnętrzne próbują pomóc palaczom w zerwaniu z tym zgubnym, ale jednocześnie tak wciągającym nałogiem. Drugim takim dniem jest Światowy Dzień Rzucania Palenia, który będziemy obchodzili 16 listopada. Ktoś może powiedzieć: ale dlaczego poruszam ten temat, przecież nie palę, a my biegacze w zasadzie także nie palimy,gdyż całkowicie się to kłóci z ideą naszej pasji.

Z jednej strony się zgadza, ale z drugiej tak nie do końca.Sam przez wiele lat byłem przytłoczony tym nałogiem. Zacząłem palić jeszcze w ogólniaku i potem z jedną roczną przerwą paliłem do zeszłego roku, kiedy to ostatecznie rzuciłem ten kosztowny zarówno do kieszeni, jak i zdrowia nałóg.Jak pisałem zacząłem palić jeszcze w ogólniaku, przytłoczony koleżeńskimi poradami: „a sztachnij się, my możemy, a ty nie?” No i tak się zaczęło Najpierw od popalanych po cichu, przez oczami rodziców schowanymi papierosami, a z czasem oficjalnie bez żadnego zahamowania. Co prawda w wieku 24
po wypadku samochodowym miałem roczną przerwę, gdyż jak to mi lekarze zapowiedzieli: ” mogę palić, ale niech zapomnę, ze wyjdę ze szpitala”. W efekcie
przez rok nie paliłem, ale miałem postanowienie, że kiedy moja czaszka i mózg wrócą do stanu normalnego ( miałem po wypadku zbity pień mózgowy i pęknięcie podstawy czaszki), to wrócę do palenia. No i ciężki idiota wróciłem. No i paliłem przez naście kolejnych lat. Nawet, kiedy zacząłem biegać,to i tak sobie popalałem. Aż wreszcie postanowiłem rzucić, a raczej palić ‚zdrowiej”, jeżeli można tak napisać.

W tym celu kupiłem sobie e-papierosy. Z racji, że mniej szkodzą używałem je radośnie i do woli, przez okres 3 miesięcy, aż do przepalenia grzałki.Nagle przestały „smakować”, jeżeli w przypadku papierosów można tak napisać. Nie pomyślałem, by wymienić grzałkę, tylko rzuciłem e-ćmika w kąt i tak się skończyło moje palenia. W sumie tak jak zaczęło, czyli nagle i natychmiast. No i od tego czasu nie palę, ale biegam, czyli w jakiś sposób
zastąpiłem jeden nałóg drugim. Można napisać, że nasze nałogowe życie nie znosi próżni, więc zawsze mamy jakiś nałóg, bo czym jest życie bez nałogu

Zresztą nie ja jeden biegający od czasu do czasu raczyłem się dymkiem. Nie raz i nie dwa widziałem przed, a nawet po biegach popalających gdzieś po cichutku biegających. Podejrzewam, że wielu z nich także planuje rzucić, czego szczerze życzę. Czy moja droga jest dobra? W moim przypadku się sprawdziła, ale czy sprawdzi się u kogoś innego trudno mi napisać. Każdy jest inny, ma swoją karmę i osobną do tego drogę.