Bieganie jako choroba przenoszona drogą internetową,

Nie jest chyba dla nikogo wielką tajemnicą, że w ostatnim dziesięcioleciu mamy prawdziwy wysyp osób biegających. Biegają nie tylko osoby, które mają ku temu odpowiednie predyspozycje, wysportowani oraz zawsze aktywni, ale co ciekawe pasją biegową zostają zarażeni panie i panowie, którzy nigdy w życiu nie przypuszczali, że kiedykolwiek zaczną biegać. Sam jest idealnym przykładem takiego typa antysportowego  i antyprzygotowanego do uprawiania jakiekolwiek sportu. Co prawda w młodości zdarzyło mi się coś tam trenować, ale to było dawno i nieprawda. Dość napisać,że jako dzieciak, młodzieniec oraz facet bardzo długo byłem otyły, a moje zainteresowanie sportem ograniczało się do podnoszenia butelki z wiadomym napojem podczas oglądania transmisji
sportowych. Z drugiej strony zainteresowanie sportem w sensie kibicowania było zawsze. Jednak na tym się kończyło i   to było wszystko.

Skąd u mnie się wzięła pasja związana z bieganiem, to już pisałem i nie będę bił piany. Dla przypomnienia tłum biegnący mnie przyblokował, stałem w korku samochodowym i tak się wkurzyłem, że postanowiłem sam by może kiedyś zablokować tego, co teraz biegnie i przez którego jak muszę stać. No, ale wiadomo moje motywacje są z lekka zakręcone, mam swoje schizy i mało kogo bierze w taki sposób, jak to ma miejsce u mnie. Dlatego mimo coraz większych możliwości blokowania innych, związanych z tym, że biegów jest coraz więcej, to mimo wszytko nie jest to chyba główna przyczyna w tym, że coraz więcej ludzi biega. Myślę, że powód tkwi w Internecie. Łatwość dostępu do informacji, wysyp blogów biegających, jakaś tam powtarzalna promocja biegania na różnych portalach, to wszystko powoduje, że coraz więcej osób chce zobaczyć, poznać, spróbować.

W większości przypadków zapewne wygląda to tak, że siedzi sobie taki pan czy pani w domu, przegląda Neta szukając interesujących treści i raz, drugi, trzeci przepadkiem wkroczy na jakieś wyznania osoby biegającej. Pierwszy raz „ zleje”, drugi raz przebiegnie wzrokiem, trzeci raz przeczyta. Potem czwarty, piąty i pomyśli: a może i ja spróbuję? No i ja spróbuje, to pewno połowa wróci z radością przed kompa, a druga połowa poczuje ogień i już przepadnie. Ta pierwsza połowa będzie znowu siedziała przed kompem, przeglądała Neta i znowu trafi na wiadomą stronę. I połowa z nich pomyśl sobie: „ a może jeszcze raz”. No i tak się dzieje kręci i będzie kręciło dopóki Net istniał będzie. I może nawet jeden dzień dłużej. Bo dłużej raczej już nie. Podsumowując można napisać, że bieganie jest trochę jak zaraza, która krąży nad krajem dopadając coraz to nowe osoby. Jej głównym przekaźnikiem powodującym zarażenie, jest właśnie Net. 

Bieganie w sztuce

 

Powierzchownie na temat tuptania zerkając to można dojść do wniosku, że w naszej pasji nie ma nic głębszego: ot tuptamy sobie jedni lepiej, inni trochę gorzej, ale wszystko to sprowadza się, do lepszego samopoczucia, kondycji, generalnie bardzo przyziemnych, ogólno-ludzko-zdrowotnych spraw dotyczących bardziej sfery fizycznej niż psychicznej czy umysłowej, o duchowej już nie wspomniawszy. Okazuje się jednak, że nawet do tak duchowego obszaru jakim jest sztuka pasja nasza mocniej czy słabiej, ale też dociera.

 Na początku słowo pisane w wersji tradycyjnej, czyli książki. Okazuje się, że lista wcale nie jest ta uboga, jakby się mogło wydawać:: Sztuka Biegania, Sztuka Szybszego Biegania, Szczęśliwi biegają biegi ultra, Biegiem przez życie, Bieganie metodą Danelsa, Jak Biegać Szybciej od 5 kilometrów do maratonu, Periodyzacja Teoria i metodyka treningu i wiele, wiele innych. Na stronie
http://runnerski.pl/najwiekszy-ranking-ksiazek-o-bieganiu/
można się listą z lutego zapoznać. Różnych wierszy to nie ma szans by wymienić, bo ich tyle w sieci, że stron na blogu by zabrakło. Zresztą sam jedną czy dwie rymowanki gdzieś popełniłem. Mamy jeszcze blogi, a  to już zupełnie inna strona medalu i pytanie, czy blogi do sztuki można zaliczyć

To teraz z drugiej strony barykady coś abstrakcyjnego i zupełnie nie pasującego, czyli teatr.Czy może być bieganie w sztuce teatralnej? No jak? Aktorzy mają biegać po scenie? Dookoła sceny, dookoła widowni?Okazuje się, że także mamy kilka przykładów. Najbardziej mnie zaszokowała propozycja jednego z teatrów, gdzie „Aktorzy biegają nago w kółko z palcem w dupie kolegi. Czy to jest sztuka?” Myślę, że pytanie, czy to sztuka jest na miejscu. Wbrew pozorom sztuka „ O co biega” Philipa Kinga nie ma wiele wspólnego z naszą pasją. Myślę, że można pomyśleć o sztuce teatralnej, która będzie się odbywała na stadionie, gdzie aktorzy przez całą sztukę biegają na bieżni dookoła sceny umiejscowionej na murawie i od czasu do czasu wbiegając na nią wygłaszając mniej lub bardziej skomplikowaną kwestię. No ale to pomysł na przyszłość, dla autora z wyobraźnią. 

Muzyka piosenki. Te najbardziej znane takich wykonawców jak: The Beatles, Dumbs, Irona Maiden, Chromatics, No Doubt, Pat Benatar. David Guetta, Tom Petty And The Heartbreakers, Del Szanon Bruce Springsteen ale moja ulubiona to



 

Teraz filmy. Tutaj mamy naprawdę godną propozycję: Forrest Gump” czyli pozycja kultowa. Do tego grona można też zaliczyć „Rydwany ognia”, „Biegnij Lola, biegnij”, „Maratończyk” z Dustinem Hoffmanem, „Samotność długodystansowca” czy „Prefontaine”. Ale to nie wszystko. Trochę mniej znane, ale również warte obejrzenia: Wszytko Będzie dobrze, Wielki bieg, Gazu mięczaku gazu, biegacz, De Marathon, Biegnąc po cud, Atanarjuat biegacz, Sarah woli biegać, Terry Fox, Maraton droga do doskonałości, Ma-i We-i. Maraton, Pacemaker, Mały Maratończyk. Do tego nie sposób nie wspomnieć o rzeźbie, malarstwie, rysunku wszędzie możemy znaleźć mniej lub bardziej przemycane fluidy biegowe.

Podsumowując można napisać, że bieganie z wielu miejsc oddziałuje na społeczeństwo. Nawet tak teoretycznie pasujący jak kwiatek do kożucha obszar jakim jest sztuka nośnikiem przesyłającym przeżywającym widzom gen biegania. Gdyż on unosi się wszędzie i w każdej chwili może każdego dopaść.

O fotografii nie ma chyba co wspominać, gdyż ona najmocniej tuppasję wspomaga.

Antybiegacz czyli naturalna forma obronna

Nie jest żadnym odkryciem, ani sensacyjną tezą stwierdzenie, że funkcjonowanie świata oparte jest na przeciwieństwach. One wzajemnie w jakiś sposób się uzupełniają, mimo że stanowią całkowite swoje zaprzeczenie. Ludzkość od samego początku zdawała sobie z tego sprawę starając się odpowiednio je nazwać udowadniając, że muszą one istnieć obok siebie mimo że w teorii wzajemnie siebie wykluczają: Yin i Yang, materia i antymateria, , harmonia i chaos , życie i śmierć. Na przeciwieństwach jest wszechświat skonstruowany i dlatego przenikają one do naszego ludzkiego świata: wojna i pokój, miłość i nienawiść, porządek i burdel. Taki przeciwieństw można wymieniać i wymieniać. Wiadomo, że jeżeli istnieje coś, co jest dla nas super, to gdzieś w mroku czai się coś, co będzie stanowiło zupełne tego super zaprzeczenie i bardzo często będzie nas dopadało.

Podobnie jest i z naszą tuptającą pasją. Jeżeli jest bieganie, jako forma i style ruchu, życia, filozofii bytu, to będzie istniało antybieganie, które będzie całkowitym przeciwieństwem. Nie chcąc używać wielkich i skomplikowanych słów określę to bardzo prosto: mamy na świecie antybiegacza. Antybiegacz może przyjąć dwojaką formę: jako człowieka, będącego delikatnie mówiąc bardzo niemiłego dla nas biegających. To jest typ, który wyzywa podczas naszych treningów w parku, że mu słońce przebiegając zasłaniamy, klnie w żywy kamień musząc się wstrzymać z przechodzeniem przez ulicę gdyż akurat jest bieg zorganizowany, a epitetach na nasz temat za kierownicą rzucanych, kiedy stoi w korku biegiem spowodowanego już nie wspomnę. Generalnie jest to człowiek, który uważa, że wszelkie formy aktywności są chore, a tych którzy je uprawiają wysłałby najchętniej w kosmos. Możliwości walki z fizycznymi antybiegaczami nie ma, oni byli, są i będą i nie ma wyjścia musimy żyć razem na tym padole łez

Innym problem jest antybiegacz, który tkwi w każdym z nas. Niestety każda osoba biegająca ma w sobie antybiegacza. To on nas namawia, byśmy odpuścili trening, byśmy zeszli z trasy, byśmy zrobili coś „ciekawszego” niż miarowe przebieranie nogami na czas. Podejrzewam, że wielu z nas już spotkało się z anybiegowymi pokusami tego osobnika. A jeżeli jeszcze się nie spotkało, to wcześniej czy później się spotka, gdyż on tkwi w każdym bez wyjątku, tylko u niektórych bardziej zagrzebany. Jak z nim walczyć? Przede wszystkim podjąć walkę i nie poddać się po pierwszych odwiedzinach. Bo jak raz się poddamy, to potem odwiedziny będą coraz częstsze. A nawet jeżeli raz czy drugi ulegniemy, to za każdym razem stawajmy opór ograniczając porażki do minimum. W życie każdego człowieka wpisane są i sukcesy i porażki dlatego nie bierzmy ich do siebie. W końcu wszystko jest oparte na przeciwieństwach. Antybiegacz jest naturalną formą obronną naszej duszy i dlatego nie przejmujmy się zbytnio jego odwiedzinami.

Czy start w biegu zorganizowanym jest celem osoby biegającej?

Na początku chciałem na chwilę nawiązać do jednego z wcześniejszych moich wpisów, który wczoraj na jednym z porali wywołał spore emocji. Sporo osób mnie potępiło, jak mogę, jak śmiem, jaki seksista ze mnie, że śmiem Kobietę do formy porównać. Odpowiem krótko: jeżeli klasyk uznał, że Kopernik i Einstein byli Kobietami, to jak Forma nie może nią być?

Muszę przyznać, że kiedy zacząłem moją przygodę z bieganiem, to moim głównym celem treningów i codziennego przydomowego tup, tup było wystartowanie w biegu zorganizowanym. To właśnie ustawiony w świadomości cel, jakim był start stanowił jakby motor napędzający całą moją pasję. I jak mam być szczery wydawało mi się, że każda osoba, która trenuje chociaż te parę razy w roku powinna się przebiec w zawodach, gdyż to one rozpalają ogień w naszych tuptających duszach, są dla nas samych dowodem na to, że potrafimy, że możemy i że moc, o której nigdy nawet sobie nie zdawaliśmy sprawy tkwi w nas. Właśnie w czasie zawodów, kiedy walczymy z kilometrami, z czasem, ze swoimi słabościami hartuje się nasz duch i budujemy w sobie pewność, że z każdych, najbardziej trudnych i zdaje się ponad nasze siły sytuacji potrafimy wybiec. Nie ma znaczenia jak, nie ma znaczenia w jakim czasie, ale wbrew wszystkiemu, wbrew samym sobie potrafimy.

Muszę przyznać, ze to mnie głównie napędzało do biegania o odnosiłem wrażenie, że tak jest z prawie wszystkimi biegającymi. Bo mamy cele i tym celem jest start. Ostatnio z niemałym zdziwieniem przeczytałem dwa różne wyniki badań na temat startów zorganizowanych rodaków i żadne z nich nie są jakimś powodem do chwały. Ciekawa jest także interpretacja tych wyników. Przegląd Sportowy w styczniu zeszłego roku informował, że w biegach zorganizowanych startowało w naszym kraju tylko około 15% biegających. I wyraźnie zostało podkreślone „tylko”, jako, że nie jest to powód do chwały. Z kolei w tym roku na stronach biegajmyrazem i zadlużenia.com (hmmm ciekawe miejsce na takie badania) została zamieszczona informacja, że Polsce w biegach zorganizowanych startuje aż 7% zadeklarowało start w biegach zorganizowanych. 

No i muszę przyznać, że jest trochę w kropce. W zeszłym roku startowało 15% biegających, a w tym roku połowa tej liczby. Mamy dwie możliwości interpretacji tej informacji. Albo w zeszłym roku dane były trefne, albo w tym roku są takie. No i jaka jest prawda? Z drugiej strony spadek ilości osób startujących trochę się zgadza z moimi osobistymi odczuciami. Napiszę tak, im więcej biegam, im dłużej przede wszystkim, tym mniej mnie pociągają starty zorganizowane. Napiszę tak, w tym roku nie licząc parkrun,(ale wiadomo, że parkrun to inna bajka) wystartowałem tylko w jednym półmaratonie i to wszystko jeżeli biega o zorganizowane wydarzenia tuptające. No jeszcze na dwie czy trzy dyszki na Cytadeli,ale to biegi zorganizowane w wersji free a nie pay. Muszę przyznać, że zastanawiające jest to, czy faktycznie biegający powoli odchodzą od biegów płatnych zorganizowanych. Troszkę jest to zgodnie z tym, co kiedyś już pisałem, że odnoszę wrażenie, że pogorszeniem oferty i podwyżką cen pakietów Orgowie sami sobie stopy strzelają. A może to biegający sami dochodzą do wniosku, że po kiego diabła mają startować, płacić za to, by podporządkować się takiemu czy innemu rygorowi startowemu, jeżeli mogą zebrać się z paroma znajomymi, albo i samotnie, wyjść przed dom, czy udać się do parku i robić sobie tyle kilometrów, ile im wyobraźnia nakaże. Może nasza pasja ewoluuje i dobiegamy do wniosku, że po co nam starty, jak to strata czasu i kasy, które można inaczej wykorzystać. A i kto wie, czy nie zaczyna się niektórym „odbijać” ten przyrost dobrobytu gospodarczego przez rządzących z taką radością głoszonego. No i to by się zgadzało, gdyż wiadomo, że góra 10% społeczeństwa nadbija średnią płacę krajową, a 90% zastanawia się jak ma przeżyć od pierwszego do pierwszego. No i te około 10% startuje w biegach zorganizowanych, a reszta sobie hasa po polach i lasach, Jak ktoś się obrazi, to napiszę krótko: jak podają dane statystyczne w USA w biegach zorganizowanych startuje ponad 50% biegających. Jak widać daleko nam do tych danych. Co trzeba, że biegających -startujących przybyło? Może Orgowie powinni się uderzyć w piersi i odejść od pogoni za samym zyskiem i spojrzenie na tych, dla których te biegi organizują. W przeciwnym razie może się okazać, że za rok dwa będzie nas startowało poniżej 5%, a dużo większa ilość będzie dalej hasać po polach i lasach, bo to ma swój wyjątkowy urok

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule napiszę krótko: kiedy zaczynałem moją przygodę biegową wydawało mi się, że tak. Obecnie mam coraz większe wątpliwości.

Bieganie w statystyce część 1

Ostatnio wbiegły mi przed oczy wyniki ciekawych badań, ogłoszonych przez runners.world.pl w zeszłym roku. Muszę przyznać, że kilka wyników jest całkowicie zgodnych z moimi spostrzeżeniami, ale kilka mnie zaskoczyło. Na początku trzeba jednak zaznaczyć, że w badaniu brało udział prawie 18.000 biegających z 24 krajów. Oznacza to, że statystycznie brało udział w badaniu niecałe 1000 naszych rodaków. Czy jest to wiarygodne badanie? Mam poważne wątpliwości, ale jakieś światełko w tunelu przepełnionym tuptającymi się ukazało.

To, że aż 40% biegających wskazało „dyszkę”, jako swój ulubiony dystans startowy, to raczej nie dziwi. Dyszka to taki fajny, przyjemny dystans, z którym praktycznie każda, względnie rozruszana osoba, bez nawet specjalistycznego, ostrego treningu sobie poradzi. Zastanawiające jest drugie miejsce półmaratonu, który wskazała prawie 1/3 badanych. To już robi wrażenie, bo połówka, to już jest względnie poważne wyzwanie, a nie jakaś biegowa popierdółka. 

Nie muszę chyba dodawać, że najbardziej mnie, jako faceta zainteresowały wyniki związane wzajemnym współgranie seksu i biegania. Ciekawe, że 19% Polaków i aż 56% Amerykanów uprawia seks na dzień przed zawodami. Ja, jak mam być szczery zdecydowanie preferuję seks zaraz po starcie, a czym już kilka razy pisałem.
http://biegaczamator.blog.pl/2016/07/03/seks-po-bieganiu-najlepiej-smakuje/
. Przed startem wydaje mi się, że raczej może osłabić, niż wzmocnić, ale to już moja prywatna opinia. Z drugiej strony może faktycznie trzeba jeszcze trochę przed zawodami popróbować. Natomiast z jednym za bardzo zgodzić się nie mogę. Pytanie: „mając do wyboru seks lub bieganie”, sorry za określenie, ale wydaje mi się trochę tendencyjne. Nie jest fajnie traktować seksu i biegania jako substytutów, tylko raczej uzupełnienie. Bieganie daje w czasie seksu zupełnie inne obszary doznań. 

Myślę, że na tym na ten moment zakończę, ale temat jeszcze z pewnością nie jest wyczerpany. Na razie jestem na etapie zbierania kolejnych danych, a jest ich trochę. Niesłychany wręcz rozwój tuptającej pasji powoduje, że zostaje przeprowadzonych coraz więcej różneg rodzaju badań, które starają się wytłumaczyć daczego, po co i co nam to daje. Muszę przyznać, ze dla nas tuptajacych i piszących to czy owo, to piękne źródło do analiz. 

Współczesny Polak, to aktywny Polak,

Ostatnio wbiegły mi przed oczy różne ciekawe statystyki związane z biegniem w naszym kraju. W większości przypadków znajdywałem jak na sportowych, powiązanych z naszą pasją portalach, takich jak „Polska biega”, „runners-world”, „biegajmy razem”, ogólnie sportowych , jak np. „Przegląd Sportowy”, ale nawet na takich ogólnych, o „biegowej czapy”, jak „zadłużenia.com”.

Zacznijmy może od początku. Jak zostało napisane w Newsweek-u w 2012 roku: „ Sondaż pokazał, że co piąty dorosły Polak ćwiczy każdego dnia, a 27 proc. jest aktywnych 2-6 razy w tygodniu. Tylko co czwarty nie uprawia sportu w ogóle. – W podobnych badaniach sprzed 15 lat aż trzy czwarte respondentów przyznało, że nie ćwiczy, a dekadę temu brak ruchu deklarowało 59 proc. badanych – przypomina dr Krzysztof Jankowski, socjolog z warszawskiej AWF.” Przypominam, że są do dane z 2012 roku. Jak to wygląda 5 lat później? Jak podaje raport Kantar TNS: „ Badanie pokazuje, że 62% respondentów uprawia sport. Ciekawe, że w tym 30% badanych robi to co najmniej trzy razy w tygodniu, zaś 20% przynajmniej raz w tygodniu. Najczęściej sięgamy po rower – 31% respondentów. Wybieramy sprzęt prywatny zamiast tego, który jest dostępny w wypożyczalniach rowerów miejskich – to deklaruje tylko 2% Polaków.
Polacy lubią biegać. To druga popularna dyscyplina wśród badanych – 29%. Wśród zadeklarowanych biegaczy 7% potwierdziło udział w zawodach masowych (najczęściej osoby w wieku 25-39 lat). 

Kiedy się wczytamy w raport możemy znaleźć dużo innych, jakże ciekawych informacji. Możemy się dowiedzieć, w jakich godzinach obserwujemy największą aktywność, w jakim wieku, kiedy zaczynamy być aktywni itp. itd. Do tych tematów powrócę w późniejszych wpisach, które w tym tygodniu zamierzam wrzucać. Dzisiaj chciałem jeszcze podzielić się inną refleksją. Jak podają źródła „ sprzed 15 lat aż trzy czwarte respondentów przyznało, że nie ćwiczy, a dekadę temu brak ruchu deklarowało 59 proc. badanych”. Zgodnie z podanymi danymi, obecnie 1/3 Polaków nie ćwiczy, czyli w okresie 15 lat, mamy całkowite odwrócenie sytuacji. Pytanie, jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Z jednej strony z pewnością ogólnie panująca moda na ruch, na aktywność, na „inne, lepsze życie”. Do tego szereg różnych imprez sportowych dla amatorów, których obecnie widzimy prawdziwy wysyp. Jednak myślę, że chyba najważniejszym powodem jest łatwość dostępu do informacji. Jak podają dane statystyczne obecnie dostęp do Internetu w Polce ma około 72 % Polaków. Mnie w tym momencie interesuje jedno pytanie: jaki procent Polaków z dostępem do Internetu jest aktywnych fizycznie. I myślę, że odpowiedź na to pytanie ukazałaby nam eksplozję aktywności Polaków w ostatnich latach.

Forma jest jak kobieta

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Piotrze masz dużo racji. Jak już pisałem mam dwa wyjścia: albo pobiegnę, albo odpuszczę. Jak pobiegnę, to przepadnę, jak odpuszczę to będę żałował, że nie dałem sobie szansy, by może jednak nie przepaść.

Ale jest jeszcze jedna, jakże ważna dla nas sprawa. Do tego żeby wystartować w takim wydarzeniu jak maraton, to musimy mieć pewność, że nasza aktualna forma daje nam szanse, nie tylko, by wystartować, ale co ważniejsze przebiec, dobiec. No i dobiegamy do głównego punktu dzisiejszego wpisu, czy tego czym jest dla nas biegających forma. W tym miejscu chcę zaznaczyć, że zerkam z mojego męskiego punktu widzenia i mam nadzieję, że odwiedzające mnie Panie wybaczą to trocję szowinistyczne,  męskie postrzeganie tematu.

Co jest najważniejsze dla nas, tuptajacych i szykujących się do takiego czy innego startu. Oczywiście jest to nasza forma. Czym dla mnie biegającego faceta jest forma? Forma jest tym, co najbardziej pożądam, czego pragnę. Marzę o tym, by zawsze była przy mnie, aby nigdy mnie nie opuściła, aby była we mnie, zespolona ze mną tak, jakbyśmy byli jednością. Pragnę ją czuć i aby być w niej, ale jednocześnie ona we mnie. Uwielbiam ją, jej każdy uśmiech, tchnienie jej mocy, którym obdarza moją duszę i moje ciało. Kiedy tylko zechce owiać mnie swoim oddechem. Ale niestety forma bywa bardzo humorzasta. Raz jest blisko, uśmiechnieta, radosna, innym razem się obraża i znika. Jest nieprzewidywalna nigdy nie wiemy jak się zachowa. Czy będzie z nami, tak blisko, czy nagle nie spakuje się i wyprowadzi od nas. Nigdy nie wiemy, czy może głowa ją nie rozboli, obrazi, będzie miała ciężkie dni, albo mamusia nie wpadnie w odwiedziny.  Wtedy jedynie co, możemy pobiec do sklepu na zakupy, by poprawić humor, a nie na zawody. Musimy o nią dbać, rozpieszczać ją, pamiętać o ważnych dla niej dat, chuchać i dmuchać a nią. No, ale życie osoby biegającej bez formy jest skazane na tupklapę. Dlatego mimo jej humorów, uwielbiamy ją i życia bez niej sobie nie wyobrażamy. Niech więc forma nigdy nas nie opuszcza. A kiedy tak analizuję jej zachowania i mojej jej postrzeganie, to muszę przyznać, że ma ona w sobie coś z kobiety.

Na końcu chciałbym się jeszcze odnieść do zdjęcia ten wpis prowadzącego. Czy potrzebna jest nam nowa forma? Myślę, że  tutaj tak, jak z kobietą warto się trzymać jednej, gdyż wiemy czego się po niej możemy spodziewać. Jak będziemy o nią odpowiednio dbali, to ona się nam odpowiednio zrewanżuje, a poszukanie nowej formy może przynieść bardzo mało przyjemne konsekwencje. Nigdy nie wiemy czy nowa w skarpetkach nas nie puści do domu, znaczy się na trasę. 

Sobotni prawie cotygodniowy rytuał biegowy

Każda osoba, która zarażona jest taką, czy inną pasją musi mieć jakąś dodatkową ekstra motywację, która stanowi dla naszej pasji dodatkowe, ekstra wspomaganie. Dla filatelisty to będzie jakiś ekstra, super znaczek za którym poluje, dla kino maniaka super premiera, na której musi być, dla tego, co nic nie lubi robić ukochany fotel frontowo ustawiony przed telewizorem ( ewentualnie sam telewizor), a da nas osób aktywnych, jest to zwykle start w naszych ulubionych zawodach.

W naszym przypadku dotyczy tej grupy osób tuptających, które decydują się na starty w takich czy innych zawodach, czy może bardziej czy mniej zorganizowanych wydarzeniach biegowych. Niektórzy mają taki jeden czy dwa starty w roku, bez których sobie nie wyobrażają biegania. To dla nich święto, do którego przez cały rok się przygotowują. U mnie takim moim najważniejszym i najbardziej podtrzymującym mnie w bieganiu startem jest oczywiście parkrun. Jak mam wolną sobotę, to nie ma opcji, bym na Cytadelę, a sporadycznie i do innej lokalizacji się nie wybrał.

Tak też było dzisiaj. Mimo że rano było wcale nie z lekka chłodnawo, to na wszelki wypadek, pod ciepłą warstwą miałem lekką i tak zabezpieczony udałem się Cytadelę. Kiedy dojechałem, okazało się, że wzięcie lekkiego ubrania było strzałem w dziesiątkę, gdyż bardzo szybko zrobiło się ciepło. Szybkie przebranie, przywitanie ze znajomymi i na start. Dzisiaj około 170-180 osób na Parkrun przybyło, co jest od jakiegoś czasu taką średnią statystyczne. I pomyśleć, że kiedy zaczynałem moją przygodę z parkrun były weekendy, że i setki nie mogliśmy zebrać. No, ale czasy się zmieniają, a w zalewie biegów płatnych taka darmowa piąteczka jest bardzo fajnym przerywnikiem. Tempo dzisiaj znowu spokojne, bo ciągle w głowie ta Warszawa siedzi i nie mam wizji jak biegać, żeby było dobrze. Z drugiej strony dzisiaj tempo mimo wszystko trochę za ostre, gdyż zdecydowanie poniżej tego, co będę chciał biec za tydzień.

No, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że ponowie mój ulubiony bieg po raz chyba już 204 został przetuptany. Czyli moje biegowe czary w postaci rytualnego tup tup na Cytadeli zostały oprawione. 

Biegowy kryzys egzystencjalny

Podejrzewam, że wiele osób, które są ogarnięte pasją biegania raz na jakiś czas dopada tzw biegowy kryzys egzystencjalny, czy może emocjonalny. Przyjmuje on bardzo prostą postać: nie chce się biegać, zaczynamy się zastanawiać nad sensem biegania, rozważamy możliwość całkowitego opuszczenia zmianę, ewentualnie zmiany zainteresowań pasji. Ja to mawiał Heraklit z Efezu: Panta rhei”, czyli wszystko płynie, zmienia się i nic nie trwa wiecznie. Muszę przyznać, że od dłuższego już czasu także nade mną wisi taki biegowy kryzys. Jeszcze w zeszłym roku został zapoczątkowany i tak z mniejszymi lub większymi przerwami trwa do dzisiaj. Czasem uda się go przykryć czy popalić ogniem biegowej pasji, ale to raczej leczenie syfa pudrem, niż dogłębne do zera wypalenie. Na razie jeszcze walczę. W przyszłym tygodniu powinienem jechać na maraton do Warszawy, ale na obecną chwilę szansę, ż wyjadę oceniam na poziomie 40 do 60, gdzie sześćdziesiąt procent przypada na to, że raczej nie pojadę.

Widzę jak z moją formą, psychiką i chęcią i wiem jedno: nic na siłę. Bieganie, start w maratonie to nie jest przymus, bo jestem zapisany, bo muszę, bo tak trzeba, bo wypada. Nie, start to musi być przyjemność ( he,he szczególnie po 30-stym kilometrze) poparta świadomością, że tak jestem gotowa/gotowy i czuję, że mój poziom przygotowania jest zgodny z tym, co zostało przeze mnie założone jeszcze przed cyklem przygotowawczym. Natomiast, jeżeli czujemy, że nasz poziom obecnych możliwości leży, kwiczy, stęka i sapie, to sorry możemy sobie pobiec piątkę, dziesiątkę, jak się uprzemy i na pokładach naszego wcześniejszego przygotowania jakoś przeczłapać półmaraton. Ale z Królewskim Dystansem nie ma żartów. Te start wymaga szacunku dla trasy i pełnej pokory, a przede wszystkim przepełnionej realizmem oceny własnych możliwości. Nie jest sztuką stanąć na starcie i zejść po nastu czy dziestu kilometrach. Sztuką jest na tyle realnie ocenić swoje szanse, by wiedzieć, że nie warto jechać, tracić czas i pieniądze na coś, co i tak zakończy się klapą. Z drugiej strony, jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Tak naprawdę i tak źle i tak nie do końca dobrze. Jak to klasyk śpiewał: „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.

Mój ewentualny start w przyszłą niedzielę w Warszawie może się zakończyć dwoma finałami. Pierwszy to kompletna klapa, zejście z trasy i na długo, jak nie na zawsze wypalenie biegowej pasji. Drugi to wybicie klina klinem, czyli niechęć pokonana startem na zasadzie, „a jednak się uprę i dam radę”. No i wbrew wszystkiemu, a szczególnie zdrowemu rozsądkowi pokonanie samego siebie i dotarcie do mety. Tak jak napisałem wcześniej: decyzja jeszcze nie została podjęta i zapewne będzie się szala przechylała z jedną na drugą stronę do dnia ostatniego. 

Team building, body building and run building


Jako społeczeństwo od wielu pokoleń lubujemy się w używaniu języków obcych,które stają się jakby wyróżnikiem poszczególnych środowisk, grup społecznych i tak dalej i tym podobne. W czasach szlacheckich takim językiem była łacina. W XIX wieku część społeczna zaliczająca się do klasy top używała francuskiego, oraz z musu języków zaborców, po drugiej wojnie światowej… no właśnie jak to było z tym rosyjskim.  Niby był obowiązkowy i wszyscy go mieli od szkoły podstawowej, ale w praktyce umiejętność posługiwania się nim w stopniu więcej niż podstawowym opanowało może parę  procent naszego społeczeństwa.

Obecnie taką rolę pełni język angielski, którego niektóre wyrażenia na trwałe już wbiegły do naszego języka wielokrotnie zastępując i eliminując nasze słowa, albo obejmując te obszary, które do tej pory jakoś nie zostały odpowiednio jasno określone. Szczególnie widać to w przekleństwach oraz specyficznej nowomowie stanowiącej połączenie polskiego, angielskiego i jeszcze innych dziwnych konstrukcji językowych .Szczególnie podobają mi się określenia łączone z angielskim czasownikiem ” to build” czyli budować. Oczywiście używamy go w formie ciągłej czyli „building” co oznacza  budowanie. Takim jednym z bardziej znanych i funkcjonujących już niemal na stałe w naszym języku  określenie: team building czyli budowanie zespołu. Ktoś może powiedzieć, przecież to zwykła integracja, więc po kiego diabła wyróżniać? Niby tak, ale twórcy wymyślili odpowiednią odpowiedź mówiąc, że team building ” to integracji grupy

sprawiające, że poszczególni jej członkowie wzajemnie poznają swoje mocne i słabe strony, poznają się nawzajem, definiują wzajemne role zespołowe lub uczą współpracy w swoim zespole.” Czyli podsumowując stopień wyżej od zwykłej integracji. Ostatnio kilka razy zdarzyło mi się spotkać z określeniem ” body  building”, które jest używane w kulturystyce. Zastanawiam się czym się różni „body building” od zwykłych ćwiczeń poprawiających tężyznę, modelowanie ciała i innych takich, ale z pewnością jest jakiś  wyróżnik. Muszę przyznać, ze z utęsknieniem czekam na programy typu run building, czyli budujące nasza moc biegową. Nie można mylić run building ze zwykłym treningiem. To jest o wiele  głębsze pojęcie obejmujące opróczróżnych form treningowych związanym z samym bieganiem, także różne formy treningu funkcjonalnego i każdego innego. Po zwykłym treningu tylko lepiej lub gorzej biegasz. Po cyklu  run building zmieniasz się w biegającego pełną gębą. Ostatnio rzuciły mi się w oczy oferty klubów,  trenerów, którego kompleksowo przygotowują biegających. I to jest właśnie run building. Myślę, że niedługo coś takiego może powstać: fajnie brzmi, dumnie się prezentuje i daje nam wrażenie, że bierzemy udział w czymś głębszym niż tylko tuptanie na zasadzie „tuptać każdy może, jeden lepiej, rugi trochę gorzej”. Run building to tworzenie biegowej mocy i budzenie ukrytych w nas możliwości.