Czy warto poświęcić raz w tygodniu trening biegowy na ogólnorozwojowy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie, Robecie taki klin i odpowiedź interwałami i podbiegami na ciężkie nogi, to metoda biegających z wyższej niż moja półki. Ja mam trochę inną wizję

Rano już deliktanie napocząłem temat. W zasadzie nie ja go zacząłem, tylko parę dni temu miałem interesującą rozmowę z osobą, która nie biega, ale generalnie zna się dobrze na treningu sportowym. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat treningu. Pan powiedział: „ok. widzę, że do biegania podchodzisz poważnie, a co z treningiem pozabiegowym”. Odpowiedziałem, że oczywście jest, rozciągam się przed i po bieganiu. Pan stwierdził, że myślę w kategoriach klasycznego biegacza. Wszystko się kręci dookoła begania, a co z trenigiem ogólnorozwojowym. I wtedy mnie trochę zażyło. Zapytałem: ” ale o co biega z ogólnorozwojówką dla biegaczy”. Pan powiedział krótko: „nie chcę, byś przypuszczał, że chcę tobie zaaplikować trening, za takie czy inne pieniądze. Wpisz sobie w wyszkuwiarkę frazę: „ćwiczenia ogólnorozowjowe dla biegaczy”, a wysoczy kilkanaście propozycji. Wybierz jedną z nich i trenuj. Fajnie, gdybyś raz w tygdniu zamiast treningu biegowego nastawił się właśnie na ogólnrozwojowy.

I na tym rozmowa się zakończyła. Poszperałem trochę w Internecie i faktycznie możliwości i propozycji jest całe zatrzęsienie. Szczególnie przemawiająca jest dla mnie propozycja portalu trening biegacza, ale nie tylko.Nie mniej ciekawą propozycję ma dla nas portal bieganie, czy portal bieganie uskrzydla. W zasadzie każdy szanujący sie portal dla biegających propozycje takiego treningu posiada wrzucone na swoich stronach, . Nic tylko wybierać i prebierać. Tylko trzeba troszeczkę w sieci poszperać.

Muszę przyznać, że poważnie się zastanawiam, czy raz  tygodniu takiego dnia ogólnorowojowego nie stworzyć. W sumie mam dwie możliwości. W końcu piątek i tak mam wolny pod względem treningów, więc móglbym go wypełnić ogólnorozwojówką, albo faktycznie wolny piątek zostawić, a ćwiczenia ogólnorozwojowe wprowadzić np w środę lub czwartek, przed dniem wolnym. Nie ma jeszcze pojęcia jak to sobie zaplanować . Pierwsza opcja o zrobić dzisiaj, druga jutro, a trzecia w piątek.

W sumie można potrenować każdego z tych dni oglądają np Tour de Pologne czyli łącząc przyjemne z pożytecznym. No można też dzisiaj oglądając pewien mecz, tylko nie wiem, czy mi mieszkańcowi Poznania wypada się przyznać, że będę oglądał pewien zepół, za którym my w stolicy Pyrlandii raczej nie przepadamy. No, nie muszę się przyznawać, komu będę kibicował, jeżeli będę, a nie będę oglądał, dla samego ogląadania i treningu ogólnorozwojowego wspomagania.

 

 

Brak formy i motywacji? No to na maraton

Muszę przyznać, że ten rok pod względem biegowym i ogólnie mojej formy jest delikatnie mówić bardzo kiepski, żeby nie napisać szczerze, że tragiczny czy beznadziejny. Używając terminologii wędkarskiej można napisać, że dno i sześć metrów mułu. Generalnie nigdy nie byłem jakim dobrym tuptaczem, raczej klasyczną biegową szarą masą, ale na 5 kilometrów w granicach tych 23 minut, na dyszkę poniżej 50, półmaratonie godziny pięćdziesiąt a w maratonie 4 godziny złamać się udało. Nie są to jakieś wielkie rezultaty, raczej poziom średniej statystycznej, ale ponad jak ponad 40-sto letniego faceta, który dopiero po tej magicznej granicy wieku zaczął tuptać takie przyzwoite, bez urywania żadnej części ciała wyniki.

Ten rok pod względem biegowym to jest rzeź, masakra i dyndanie na haku rzeźnickim. Raz, że nie do końca się chce trenować, dwa jakieś urazy się przyplątały ( prawo serii: nie ma, nie ma, nie ma, jest,jest,jest) czyli ogólnie lipa i to bardzo wyrośnięta. Kiedy uda mi się przybiec na parkrun, to moim czasom bliżej trzydziestki niż dwudzieski. W sumie dobrze, że nie wiekowo bliżej, bo pod 50-stkę to już by było gorzej niż dno. A tak jest tylko beznajdziejnie. No, ale w końcu, kiedy już siegamy dna, to chyba warto przykurczyć nogi i się od niego odbić. Jak to najlepiej zrobić? Wydaje się, że musimy postawić przed sobą jakiś teoretycznie abstrakcyjny, niemożliwy w tej chwili do osiągnięcia cel w stosunkowo niedalekich granicach czasowych. No, a co może być dla nas, obecnie nawet trochę poniżej przeciętnych możliwości biegowych tuptaczy? To proste, takim wyzwaniem jest maraton, czyli Królewski Dystans. W mojej biegowej historii 5 razy się mierzyłem z tym dystansem, gdzie 4 razy go po japońsku, czyli jako tako pokonałem, a raz ledwo do mety się doczłapałem. Ale ją osiągnąłem. Z tych pięciu razów, cztery wbiegały w skład Korony Maratonów Polski ( Poznań, Dębno, Kraków i Wrocław) Do kompletu brakuje mi jeszcze jednego maratonu, czyli warszawskiego. Biorąc pod uwagę moje tegoroczne osiagi biegowe ( pare parkrunów i jeden półmaraton), to nie ma opcji, by do tematu się przymierzyć

I tak sobie na ten temat wczoraj dumałem, dumałem, rozważałem, jak energię biegową uzyskać znowu, jak poczuć tuptającą wenę, że pobawiłem się trochę w Necie i efekt:„ Maraton Warszawski – witamy na liście startowej!Twój numer startowy to: 11621„. I ta sobie myślę, co mnie pokusiło? Czy to było może lunatykowanie na jawie? Diabli wiedzą, w każdym razie z każdą chwilą czuję napływ energii motywacyjnej. Było do tej pory źle, fatalnie? Brak weny, energii, a nawet czasem chęci do biegania? No to czas zapisać się na maraton. I nie ma że boli, teraz trzeba trenować, by klasycznego ciała nie dać. A to w końcu amatorowi nie przystoi. Tak przynajmniej myślę. Może nie często mi się to zdarza, ale czasem taka przypadłość mi się przydarza. Nic czas na trening. Nie ma, że boli. Teraz musi trochę poboleć. Zasada jest prosta: 80 do 100 km tygodniowo musi paść. Albo ja padnę.

Tak sobie myślę, że w moim obecnym stanie przygotowania do startu na Królewskim Dystansie, to trening i sam start to będzie taka rozkosz, jak sturlanie się po zjeżdżalni z postawionymi pionowo żyletkami prosto do wanny wypełnionej jodyną. No, ale my biegowi masochiści.

Biegowy śmigus dyngus

Zgodnie z planem i założeniem na miejscu startu dzisiejszego treningu, byłem tuż przed 9. Pogoda wydawała się idealna do biegania. Zachmurzone niebo, kapitalna temperatura, nic tylko tuptać. Zastanawiałem się ile osób zdecyduje się wyrwać ze świąteczno-domowych pieleszy, by z lekka hardcorowym, planowanym dystansem się zmierzyć.

 Ku mojemu zdziwieniu, kiedy przybyłem sześcioro biegaczy, wszyscy dużo młodsi od mnie już powoli szykowało sie do startu. Oprócz mojej skromnej osoby jeszcze dwie panie i czterech panów tuptało już niecierpliwie czekając na klasyczne biegowe „go”. Odwiedził nas jeszcze przedstawiciel jednej z naszej lokalnej rozgłośni radiowej, który praktycznie z każdym krótki wywiad przeprowadził. No, może z wyjątkiem mnie, ale widocznie musiałem robić antypatyczne wrażenie. Ale czego w świąteczny ranek można wymagać od zbliżającego się powoli do 50-stki gościa, któremu odbiło i zamiast z rodziną raczyć się świątecznymi potrawami zdecydował się pójść robić x-tam ileś kilometrów.

No, ale kiedy czas wywiadów się skończył ruszyliśmy w trasę. Tempo, które tuptająca młodzież narzuciła, jak na moje długofalowe możliwości, było trochę ponad nie, ale początkowo jeszcze wszystko było ok. Czułem się super, ja stary a dotrzymuje kroku utltrabiegowej młodzieży. Tamta biegła rzeźniczka, ktoś tam miał setkę w jednym ciągu pokonaną, ktoś inny połówkę w czasie 1 godziny i 30 minut robił. Kiedy tak słuchałem z lekka dreszcie na plecach mi się pojawiły: ” co ja robię tu”. No, ale wkrótce dobiegliśmy do pierwszej bazy, znaczy się fortu, który bardzo niedaleko mojego domu się znajduje. Na chwilkę się zatrzymaliśmy, krótka opowieść prowadzącego, wspólna fotka i biegniemy dalej. Na razie moje domowe okolice, czyli przebiegamy kłatkę nad szynami kolejowymi w okolicach Minikowa i dobiegamy do kolejnego fortu, Tutaj znowu krótka opowieść, fotka i biegniemy dalej. Po drodze dołączają do nas dwa kolejni biegacze i tuptamy dalej. Przetrwałem jeszcze jedną stację, po które nagle mój dwugłowy zaczął się delikatnie przypominać.

 Uznałem, że jestem wariatem, ale nie samobójcą i dlatego przy Malcie pożegnałem się z grupą i biegiem wróciłem do miejsca pozostawienia samochodu. Nie chcąc wracać tą samą trasą prze lasy i przeryte dziczymi racicami trasy, pobiegłem sobie w sposób trasowoklasyczny. Do tego w pewnym momencie zaczęło lać i zrobił się klasyczny śmigus dyngus. W końcu dzień dzisiejszy do czegoś zobowiązywał. W sumie machnąłem sobie dwie dyszki z jakimś tam paru kilometrowym hakiem. W tych dwóch dyszkach z hakiem ponad połowa była w deszczu. Co ciekawe, kiedy dobiegłem do samochodu, to już nie padało. Nie zmienia to faktu, że do domu wróciłem z lekka przemoczony. No, ale mokry biegacz, to szczęśliwy biegacz. I coś w tym chyba jest. Jedyne czego żałuję, że nie dałem jeszcze rady całej trasy przebiec, ale jeszcze się z nią zmierzę i pokonam. Co ma wisieć nie utonie, co ma być przebiegnięte, to będzie. Wielkie dzieki ekipie lubońskich biegaczy za super inicjatywę.

Na czym polega magia piłki nożnej?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, kiedy będzie czas, siły i możliwości, to  z pewnością pojawię się na parkrun. Na wszystko przybiegnie odpowiedni czas. Wczoraj wieczorem dzwoniłem do kumpla, bo tam coś od niego chciałem, a on mi: co dzwonisz, Legii nie oglądasz? Muszę przyznać, że mnie zażyło. Wiem, że on jest kibicem Kolejorza, może nie z gatunku szalikowców, co w kotle szaleją, ani nie z tych, co na zadymy jeżdżą. Zresztą nasi poznańscy huligani należą do najlepszych w Europie. W zeszłym roku wygrali nieoficjalne mistrzostwa, czyli Team Fighting Chempionship, gdzie w finałowej walce pokonali kiboli CSKA Moskwa, skąd zdjęcie ten wpis prowadzące pochodzi.  Tak na marginesie ciekawe, czy  ci zawodnicy także Legię oglądali i jakby zareagowali, gdyby dowiedzieli się, że kibic Kolejorza pasjonuje się wynikiem Legii, to nie wiem jaka byłaby reakcja. Powiedzmy sobie szczerze, relacje między kibicami obydwóch klubów należą do gorących na zasadzie kto kogo i kto komu wp….. . Wypływa to jeszcze z czasów, gdy Legia jako klub wojskowy, ulubieniec władz ściągał najlepszych piłkarzy w wieku poborowym do siebie. I tego nasi kibice nie mogą darować do dzisiaj. Z kolei z drugiej strony Legia nie może darować Kolejorzowi przyznania tytułu Mistrza Polski w 1993 roku, kiedy to Legia z ŁKS-em urządziły sobie korespondencyjne strzelanko, czyli komedię po której PZPN przyznał tytuł mistrzowski Kolejorzowi, który w tej szopce nie brał udziału i zakończył ligę na trzecim miejscu. No, ale nienawiść od tego czasu zapanowała już maksymalna. Jednak to nie był początek, ale jedynie doprawienie wzajemnych gorących relacji. Niewielu z nas zapewne pamięta, że pierwsza oficjalnie odnotowana zadyma kibicowska o piłkarskim podłożu miała miejsce w 1980 roku przed, w trakcie i po finałowym meczu Puchar Polski między właśnie Lechem a Legią. Sam mecz przeszedł bez historii i zakończył się klęską Kolejorza 0 do 5, ale za to oprawa… Wiele miesięcy Częstochowa leczyła rany, po tej pierwszej wielkiej i kto wie czy nie największej  kibicowskiej zadymie w naszym kraju. Teraz jest to wszystko uporządkowane. Spotykają się najwięksi twardziele różnych klubów, na niemal oficjalnych ustawkach i nim nadjedzie policja radośnie dają sobie po buziach. Jest taka niemal oficjalna liga chuliganów, gdzie radosna napierdalanka rządzi.

Tak się zastanawiam, co takiego ma piłka nożna w sobie, że wyzwala takie emocje i aż takie zainteresowanie. Nie mamy tutaj od 1982 roku sukcesów w rozgrywkach klasy międzynarodowej mistrzowskiej, czyli Mistrzostwach Świata,, a w klubowej tylko raz nasza drużyna grała w Finale Pucharu Zdobywców Pucharów, gdzie także przegrała. A to już tak zamierzchła historia, że wtedy jeszcze dinozaury po boiskach biegały, a nad głowami zawodników pterodaktyle. No jeszcze na Igrzyskach w Barcelonie w 1992 nasi zawodnicy zdobyli srebrny medal. Zresztą na Igrzyskach trzykrotnie zdobywaliśmy medale: raz złoto i dwa razy srebro. I to są w zasadzie wszystkie sukcesy naszej reprezentacji. Nie porównuję tutaj sportów indywidualnych, takich jak skoki narciarskie, lekkoatletyka, boks, zapasy czy inne dyscypliny w których mieliśmy czy też mamy dużo większe sukcesy, ale nie wywołują aż takich emocji. Nie słyszałem, by na przykład kibice narciarscy chodzili na ustawki. Najgorsze na co sobie pozwolili, to obrzucili kiedyś Swena Hannawalda śnieżkami. No, ale możemy powiedzieć, że sporty indywidualne to zupełnie inna para kaloszy.

No, ale weźmy inne sporty drużynowe. Taka na przykład koszykówka, która jest jako dyscyplina dużo bardziej dynamiczna niż piłka nożna, ale aż tylu zadym nie ma. Była co prawda wielka rozróba „ w Słupsku w 1998 roku. Po meczu koszykówki Czarnych Słupsk z AZS Zagaz Koszalin w mieście wybuchła regularna kilkudniowa bitwa kiboli z policją. Jej bezpośrednią przyczyną była śmierć jednego z kibiców – 13-letniego Przemysława Czai. Chłopak został śmiertelnie raniony przez jednego z policjantów. Jednak dla większości pseudokibiców śmierć Przemka była tylko pretekstem do walk z siłami porządkowymi”. – źródło polskieradio  Tylko tutaj jak widać celem była zadyma między kibicami a policją. No, ale powiedzmy sobie szczerze: tam gdzie nie ma mocnej drużyny piłki nożnej, tam są szanse na rozwój innych dyscyplin, takich jak koszykówka czy siatkówka.

Jednak na meczach tych drużyn z zasady nie ma rozrób, chyba że na mecz przyjdą kibole piłkarscy, jak miało miejsce na meczu 1 ligi siatkówki w Szczecinie, gdzie po meczu między Morzem Bałtyk Szczecina, a GTPS Gorzów. No, ale zadymę wywołali kibole Pogonii Szczecin, którzy kiboli Stilonu nie lubią, więc siatkówka była tylko pretekstem do zadymy o piłkarskim podłożu.

No i właśnie co takiego ma w sobie piłka nożna, że aż takie emocje wywołuje? Może dlatego, że stanowi substytut wojny, budzi stare animozje między regionami, czy tworzy nowe na zasadzie: bo wszyscy kibice to jedna rodzina, nie ważny wynik, liczy się zadyma. Ja osobiście to wolę sobie pobiegać, ale każdy ma swoją karmę. W teorii każdy sport stanowi w jakiś sposób substytut wojny i ma pomóc w rozładowaniu złych emocji w szlachetne, sportowej rywalizacji. Z tym, że jest kilka dyscyplin, gdzie ta wojna czasem przybiera bardzo realne kształty. Tak jest głównie w sportach grupowych, gdzie drużyny mniej czy bardziej oficjalnie się naparzają, a kibice przenoszą czasem naparzankę poza sportowe areny. Bardzo fajnie to czasem wygląda w hokeju na lodzie.

Tak mnie zastanawia, dlaczego, mimo takiej w sumie brutalnej otoczki to właśnie piłka nożna jest najpopularniejszym sportem na świecie. A może tezę trzeba postawić inaczej. Właśnie ze względu na swoją olbrzymią popularność oraz wyzwalane emocje jest najpopularniejszym sportem. Bo żadna inna dyscyplina aż tak krwi wśród oglądających nie burzy, wywołując takie niesamowite huśtawki nastrojów, które przenoszą się na kibiców.

Polak Polakowi Pisowcem

Zdaję sobie sprawę, że tym tekstem podpadnę mniej więcej połowie moich znajomych, ale co ja poradzę, że mam niewyparzoną gębę i jak widzę coś, co powoduje, że krew mnie zalewa, a wątroba obraca się w miejscu o 360 stopni i po zrobieniu takiego obrotu wraca na swoje miejsce, to nie mogę się powstrzymać i muszę to napisać.

Ja wiem, że można jedną partię bardziej wspierać niż inną, za jedną opcją bardziej się opowiadać niż za jeszcze inną, ale generalnie na zewnątrz przed Światem powinniśmy być jednością. W tej chwili mamy Polaka na jednym z najbardziej godnych stanowisk w historii, nie licząc oczywiście Papieża. Nawet Jerzy Buzek, który był Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, nie miał takiego wpływu na politykę naszego kontynentu, jaką ma obecnie Donald Tusk. Co ciekawe, zgodnie z zapowiedziami płynącymi z innych Państw jego kandydatura do reelekcji cieszy się poparciem wielu krajów. Nawet zbytnio rywala w wyścigu do jednego z najbardziej sztandarowych europejskich stanowisk nie do końca widać. Najśmieszniejsze jednak jest to, że największym oponentem kandydatury naszego Rodaka jest… Przewodniczący rządzącej obecnie Partii w naszym kraju. Co by było jeszcze śmieszniej Pan Przewodniczący nie tylko, że sam w sobie jest oponentem, to jeszcze robi w Europie krecią robotę, donosząc min do Kanclerz Niemiec, że planuje wysłać za Przewodniczącym Rady Europejskiej, europejski list gończy. Muszę przyznać, że kiedy to usłyszałem, to mnie zażyło. Tu nie biega o to, czy popieram pana Tuska czy nie. Ale o ile mnie pamięć nie myli, to kiedyś Polaków, którzy donosili na innych Polaków Niemcom określano jednym,  a w zasadzie dwoma prostymi słowami. Jedno polsko, a drugie niemiecko brzmiało. Nie będę przytaczał, gdyż kto coś z historii pamięta, to zapewne łatwo je sobie przywoła.

W historii mieliśmy kilku rodaków, którzy wpłynęli na historię Europy, a w naszym kontynentalnym spojrzeniu nawet świata. Pierwszym był Bolesław Chrobry, których zbudował podwaliny potęgi naszego kraju w skali Europejskiej, Władysław Jagiełło, który mimo że był Litwinem, to jednak jest uważany za naturalizowanego Polaka, Jan III Sobieski, który zatrzymał Turków i uratował naszego przyszłego zaborcę, Tadeusz Kościuszko czyli bohater Stanów Zjednoczonych oraz Polski,   Józef Piłsudski który zatrzymał pierwszą inwazję komunizmu na Europę, Jan Paweł II, Lech Wałęsa, Jerzy Buzek oraz właśnie Donald Tusk. Z racji, że dookoła dwóch z trzech wymienionych na końcu budowana jest taka, a nie inna historia, to mimo niewątpliwych zasług, są obecnie przez sporą część społeczeństwa dosyć dwuznacznie postrzegani, Szczególnie czarny PR jest budowany dookoła Lecha Wałęsy. Napiszę krótko: obecne działania propagandy jako żywo przypominają mi schematy stosowane w czasach PRL, kiedy wmawiano nam, że żołnierze AK w czasie II Wojny Światowej stali z bronią u nogi, a po wojnie stali się wrogimi agentami działającym na rzecz Waszyngtonu, Londynu, czy też Bonn. ( tak jest z Niemcami, to też było dwuznaczne). Natomiast jeżeli Lech Wałęsa był owym osławionym „ Bolkiem”, to można napisać, że jako agent był tak samo nieudolny, jak obecni politycy. Bo ja wierzę, że oni wszyscy, niezależnie z której strony do władzy się dorywają, to chcą dla nas wszystkich dobrze, tylko, że im to nie wychodzi. Ów legendarny niemal Bolek, chciał dla całego podziemia niepodległościowego źle, ale także zupełnie mu to nie wyszło.

Obserwując to, co obecnie dzieje się w naszym kraju, jako żywo przypominają mi najbardziej czarne momenty w naszym kraju. Znowu powstaje między nami mur, dzielimy się na tych lepszych i tych gorszych, a Polak Polakowi staje się Pisowcem. Z drugiej strony myślę, że dla PiS-u najlepszym rozwiązaniem byłoby trzymać Donalda Tuska jak najdłużej w Brukseli. Jeżeli w wyborach noga mu się powinie i wróci do Kraju,, to może zrobić opozycję, która postawi obecną sytuację polityczną na głowie.  Domyślam się, że zaraz z paru stron przez niektórych znajomych będę zaatakowany, że znowu wrzucam teksty skopiowane z różnych źródeł. Odpowiem krótko: jeżeli nie ma cytatu, ani podanego źródła, oznacza to, ze to moje autorskie przemyślenia. Jeżeli ktoś uważa inaczej, to proszę podać cytat i źródło, gdzie takie same słowa jak moje zostały użyte. Żeby było jasne. Zawsze jestem otwarty na rzetelną polemikę, opartą o wzajemny szacunek i pozbawioną bezsensownych kalumnii.

Wielkie narodowe święto sportowe

Dzisiaj czeka nas wielkie święto sportowe, czyli Puchar Świat w Skosach Narciarskich w Zakopanem. Szczerze musimy przyznać, że skoki, jest to niszowa dyscyplina sportu, którą interesują się ludzie w kilkunastu, góra kilkudziesięciu krajach. Skocznie narciarskie, na których można uprawiać ten przynajmniej dla mnie fascynujący sport mamy w 30 krajach na całym świecie. Dominuje tutaj Europa, gdyż poza granicami naszego kontynentu skocznie mamy w USA, Japonii, Kazachstanie, Gruzji, Chinach i Korei. Najwięcej skoczni mamy w Niemczech – 29, a na drugim miejscu jest…. Polska z 20 obiektami, na których można trenować skakanie. Chociaż w zasadzie w kraju mamy 19 czynnych skoczni narciarskich, gdyż obiekt w Białej został zamknięty. Co nie zmienia faktu, że pod względem czynnych ilości skoczni narciarskich jesteśmy potentatem na skale światową. Mimo faktu posiadania aż tylu skoczni, jak kraj, pod względem uprawiających tą dyscyplinę, to zaliczamy się raczej do Dawidów, niż Goliatów. Wynika to z faktu, ile osób trenuje tą trudną dyscyplinę, która wymaga, jakby nie patrzeć dużo odwagi. To nie to, co pójść sobie pobiegać dookoła domu, czy do lasu. Tutaj, chcąc uprawiać tą dyscyplinę, nie ma szans na taką radosną amatorkę, jak w bieganiu. Nie jest tak, że każdy może sobie pójść na skocznie i poskakać. To znaczy niby może, jak nikt nie zobaczy, że się wskrabuje na skocznie i zdąży wcześniej testament napisać. Jak podaje ciocia Wiki, czyli Wikipedia, w Polsce mamy obecnie 224 osoby ( zarówno dotyczy to skoków, jak i kombinacji norweskiej), którzy mają prawo i umiejętności, by wejść i oddać zgodnie z obowiązującymi zasadami sztuki skok.  Nie możemy się równać z takimi Goliatami jak Austria, Niemcy, Finowie, Norwegowie. Ostatnio mocno do tej grupy pukają Słoweńcy. A czy my  już jesteśmy Goliatami, czy jeszcze raczej Dawidami, trudno powiedzieć.

To, że w sumie tak mało mamy zawodników uprawiających tą dyscyplinę to dobrze, bo przynajmniej nasze szanse rosną. U nas szał skakania zaczął się od epoki wielkiego Adama Małysza. On swoimi wielkimi sukcesami spowodował, że zakochaliśmy się w skokach. Obserwuję to z radością, gdyż pamiętam jeszcze czasy, kiedy Piotr Fijas reprezentował nasz kraj. Oczywiście nie odnosił on takich sukcesów, jakie w ostatnich 17 latach nasi skoczkowie nam przynoszą, ale było solidnym skoczkiem z czołówki, dzięki któremu moje zainteresowanie do tej dyscypliny zapłonęło. Owszem po panu Piotrze mieliśmy czasy narodowych nielotów z stylu Kowala, Skupienia, Moskala, Klimowskiego czy Mateji, ale ich wyniki, były jakie były i możemy śmiało napisać, że były to bardziej podskoki, niż skoki,

No, ale potem nastała era wielkiego Adama Małysza, a my zakochaliśmy się w tej trochę innej niż nasza narodowa piłka nożna dyscyplinie. Muszę przyznać, że z dużą uwagą obserwuję podejście nas kibiców do skakania, a szczególnie rywali. Pominę tutaj wyczyny naszych komentatorów sportowych, którzy uprawiają nagminnie seks oralny, czyli klasycznie pie….  często bez składu i ładu i sensu zachwycając się atmosfera, mówiąc, że mamy najlepszych kibiców, dmuchami pod narty i wielbimy nasze gwiazdy, bez pokory i szacunku, no ale to inna para kaloszy. Właśnie, tak a propo tych najwspanialszych kibiców na świecie. Jak pisałem pamiętam czasy Adama Małysza. Tak się złożyło, że do największych jego rywali zazwyczaj należeli skoczkowie niemieccy. Najpierw w latach 2000-2001 był to Martin Schmitt, a później Svenn Hannawald. Szczególnie ten drugi skoczek wywoływał wśród „najlepszych kibiców na świecie” białą gorączkę. Buczano na niego gwizdano, a on „odwdzięczał się” bardzo ekspresyjnymi gestami po wylądowaniu. Co robili w takiej sytuacji „najlepsi kibice świata”? Obrzucali go śnieżkami. Dopiero osobista interwencja Adama Małysza i wielka prośba do kibiców, by jednak z szacunkiem podchodzili do innych zawodników, nawet Niemców i rywali spowodowała, że nasi zmienili swoje podejście. I faktycznie od tego czasu możemy napisać, że kibiców mamy godnych.

Minęło już kilkanaście lat od tamtych wydarzeń i można już śmiał napisać, że nasi kibice faktycznie dojrzeli do kibicowania skoczkom i podejście z aren piłkarskich pozostawiają poza trybunami otaczającymi zeskok. Tak jak na początku napisałem, skoki to sport niszowy, którym interesują się tak poważnie i naprawdę w nastu krajach. Drugim sportem, który także mimo, a może właśnie swojej niszowości w naszym kraju ma ogromne powodzenia jest żużel. Ja wiem, ktoś powie i tak z piłką to się nie może równać. Piłkę uwielbiają ( takie modne obecnie i nadużywane słowo) – wszyscy, a skoki czy żużel paru… no może parę milionów. I dlatego skali sukcesów w piłce nie można przymierzać do skali sukcesów w skokach, żużlu czy chociaż lekkiej atletyce. Tylko o jakiej skali sukcesów my w przypadku naszej narodowej czy klubowej piłce nożnej mówimy? Ostatnie sukcesy to zeszły wiek i to zarówno na poziomie Igrzysk czy Mistrzostw. No przepraszam nasza reprezentacja do 16 lub 18 lat hurtowo zdobywała medale do początków tego wieku, bo w tym to mamy futbolową kaszanę.



A w zasadzie kaszankę, chociaż ostatnio drgnęło, niby, ale nie wnikam głębiej, bo to  nie ten blog.

Polityczna dobroczynność zbójPiScerzy

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Szanowna Małżonko, Robercie oraz Marku, kiedyś Churchill powiedział : polityka to brudna sprawa i coś w tym jest. Natomiast ja w moim wczorajszym wpisie nikogo na nikogo nie podjudzałem, tylko krew mnie zalewa, jak słyszę różne demagogiczne wypowiedzi. Gdyby nasze Państwo było stać na projekt 500+, gdyż byłaby to kwota w budżecie sobie wisząca, to nie powiedziałbym słowa. Jest wolna kwota, prawo rządzących, by ją przeznaczyć komu zechce. Ale, żeby sięgać ekstra do naszych kieszeni, by dać komuś innemu, to sorry, ale dla mnie to nowa forma komunizmu. Żeby jeszcze dali najbiedniejszym, którzy nie mają z czego żyć i którzy tych pieniędzy nie przepiją, to powiedziałbym ok nowa forma dobroczynności. Z drugiej strony, jak ktoś  chce być dobroczynny i wspierać jakieś inicjatywy tego typu, jak np. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, to daje w zaciszu swojego portfela i nikomu nic do tego. W moim odczuciu ten cały projekt 500+, to jest zmuszanie nas wszystkich do pewnej formy dobroczynności, która nie każdemu musi podbiegać. Jak mam być szczery mi nie do końca ten projekt odpowiada, bo dlaczego min ja mam płacić, bo ktoś specjalnie czy celowo zaliczył wpadkę czy sorry za szczerość, ale by ktoś inny się na potęgę dzieci robił Wiem, że takie określenie może kogoś oburzyć. Nie ma nic przeciwko wielodzietności i super, że ktoś chce mieć więcej dzieci, ale nie z mojej kasy.  Jak napisałem, gdyby to była kwota z nadwyżki, czy samo opodatkowania się polityków z rządzącej partii, to bym z podziwem przyznał, że to ich sztandarowy projekt i podpisał się pod nim wszystko czym mogę. I czym nie mogę też. Dla mnie cały projekt jest klasyczną dobroczynnością zbójcerzy, a w tym przypadku zbójPiscerzy czyli jednym zabrać, by drugim dać, a jeszcze żeby do kieszeni coś wpadło. A do tego jeszcze pisomoralność w stylu pani Dulskiej. A zbójPiScerze radośnie maszerują za naszą kasę dalej, jak to na wpisie widać Oczywiście Marku zgadzam się z tym, ze sposób sprawowania polityki przez obecnie rządzących idealnie się wpisuje w schemat obowiązujący w naszym kraju, czyli najpierw sobie, potem społeczeństwu. Z tą różnicą, że inne ekipy nie rozpieprzały dzieł poprzedników kierując się czystą do nich nienawiścią czy ogólnie myślących inaczej. Co nie zmienia faktu, że  jeżeli w poszczególnych formacjach byli ludzie, którzy faktycznie mieli misje zrobienia nam dobrze, to i tak została ona rozwodniona przez krążące dookoła nich dodatki. Jednak starano się jakiś względnie normalny status quo zachować. Tak na marginesie obecnie rządzących, przez 44 lata rządziła nami partia działająca na zasadzie takiego własnie schematu.

Co do wielokulturowości i ściągania do nas obcych nacji, to cóż podbiegam do tego z życzliwą obojętnością, jako typ mocno tolerancyjny. Ilu w końcu nas wyjechało do Irlandii, Anglii, czy innych krajów i też możemy napisać, że tam są przesyceni Polakami. Niestety my mamy trochę inne wspomnienia związane z chociaż ze współżyciem z mieszkańcami Ukrainy. Od razu nam się przypominają czasy i wyczyny Nalewajki, Kosińskiego, Chmielnickiego czy później Bandery. O innych postaniach kozackich nie wspomnę. Jednak patrząc z tej strony, to Irlandczycy z Anglikami też nie mają czystej historii. Podobniej, jak i ze Szkotami. Zresztą z kim z byłego Imperium Anglicy mają czystą historię. Tak na marginesie, to wszystkie związki wielonarodowościowe o podłożu imperialnym były wstrząsane konfliktami narodowościowymi. I nie ważne, czy to Imperium Rzymskie, Wielkie Imperium Mongołów, Imperium Osmańskie, Korona Brytyjska, Francuskie Kolonie, Rosja, czy jej późniejszy pogrobowiec Związek Radziecki,.Jakby nie patrząc nasza Rzeczpospolita, która także była jakby nie patrząc Imperium w szczytowym okresie od morza do morza sięgająca. W takich strukturach imperialnych nie ma bata, by nie było konfliktów między narodami. Nawet w takich prawie jednorasowych, słynących z demokracji, poszanowania praw ludzkich Stanach Zjednoczonych mieliśmy powstania murzyńskie, indiańskie, czy w końcu wojnę secesyjną.

Zresztą powiedzmy sobie szczerze. Jednonarodowość poszczególnych Państw jest rzeczą sztuczną i nienaturalną. Jest on spowodowana  jakimiś chorymi politycznymi gierkami. U nas było to spowodowane raz pogromem żydowskimi w czasie II Wojny Światowej, wysyłką Ukraińców, Białorusinów, Niemców zaraz po wojnie oraz późniejszym dobiciem w roku 1968. Ale czy to obecny stan jest naturalny mam wątpliwości. Zresztą zwróćcie uwagę, jak w wiele państw europejskich zamyka się w swojej jednoradowości: Czesi, Słowacy i wcale na tym dobrze nie wybiegają. No, ale jak ktoś otworzy granice, to ma pewność, że nasi Rodacy hurmem go najadą. Oczywiście pod warunkiem, ze pozycja danego kraju jest pod względem gospodarczym lepsza niż nasza. A tak szczerze, to na palcach można policzyć kraje na zachód, czy na południe, gdzie jest gorzej niż u nas. Już nawet Czesi nam podbierają pracowników.  No, ale zobaczymy jak polityczna dobroczynność zbójPiScerzy sprawdzi się w zatrzymaniu exodusu rodaków. Ale jak tak dalej będą nam podbierali, by zatrzymać młodych, to może młodzi będą radośnie powiększać rodziny licząc na 500+, a ci, z których kieszeni na projekt pieniądze mają płynąć wyjadą z kraju. Sam zaczynam o tym myśleć.

Patriotyczna nutka biegowa

W ogólnie przyjętym założeniu  bieganie nam wszystkim kojarzy się tylko z miłym spędzeniem czasu, hektolitrami przelanego potu i nieustannym boju z samym sobą, ale generalnie bez głębszego, o pewnym znaczeniu historyczno -społecznym. Ale z racji ogromnej mody na bieganie to zaczyna się zmieniać i ogrowie prześcigają się w wymyślaniu biegów pod różnego rodzaju sztandarami od narodowych począwszy na różnej wersji pomocowo-charytatywnych skończywszy. Nie muszę chyba dodawać, że my jako bardzo patriotyczny z reguły naród, przez wieki dotykany różnymi zbrodniczymi eksperymentami przez sąsiadów głównie z zachodu i wschodu, ale także czasem północy ( wojny szwedzkie) i okazjonalnie południa ( chociaż najazd Brzetysława, dawno, bo dawno, ale jednak). To wszystko powoduje, że biegi z patriotyczną nutką cieszą się w naszym kraju takim wielkim zainteresowaniem i panuje na nie wielki szał zapisowy.

Co prawda w naszym regionie trochę złej roboty wykonał organizator Biegu Niepodległości z 11 listopada, gdzie był szał zapisowy, podniosły nastrój a pod względem organizacyjnym wyszła tak moja często wzywana różnych kolorów dupa. Był to klasyczny bieg dla kasy organizatora, gdzie my biegacze zostaliśmy w najbardziej klasyczny sposób potraktowanie, jako mięso pakietowe. No, ale na szczęście za kolejnymi biegami z patriotyczną nutką stoi już ktoś inny. Tak na marginesie organizatorzy mogli by się uczyć od Roberta dłużej znanego jak się robi biegi patriotyczne. W zeszłym roku na Parkrun zrobił taką biegową perełkę, ze standard, który wytworzył wydaje się być nie do osiągniecia przez innych. Tyle, że on kasy nie tylko za to brał, to jeszcze dołożył z własnej kieszeni, a takich biegających altruistów, którzy chcą nam zrobić dobrze można zliczyć na palcach jednej ręki.

 Tak jak pisałem po zupełnie drugiej stronie barykady jest Bieg Niepodległości z 11 listopada, który był idealnym przykładam, jak nie powinno się biegu zorganizować. Gdyby nie to, że wiadomo że stała za organizacją osoba, która w organizacji biegów już lata siedzi i zęby zjadła, to można by napisać, że organizował go nowicjusz lub całkowity dyletant. Ale co kasy zgarnął, to jego. No ale co roboty innym popsuł, to już zupełnie inna bajka. Przed nami w najbliższych trzech miesiącach mamy w Poznaniu jeszcze dwa biegowe wydarzenia z patriotyczną nutką. Pierwsze to Bieg Powstania Wielkopolskiego, który odbędzie się 27 grudnia. Co ciekawe, mimo że limit startujących jest na poziomie „tylko” tysiąca tuptających, to jeszcze parę miejsc jest wolnych i można się zapisywać. Dla tych, którzy mają traumę po Biegu Niepodległości napiszę tylko, ze zupełnie inny Org stoi za tym biegiem. I to taki, który gwarantuje pewien godny poziom organizacyjny. Do Roberta dłużej znanego zapewne znanego się zapewne nie zbliży, gdyż on powiesił poprzeczkę tak wysoko, że nie widzę szans, by jakiś Org mógł do niej doskoczyć, ale z pewnością nie będzie takiej plamy, kleksa, czy kupy jak 11 listopada. Tak, jak patrzyłem na liście mamy jeszcze 12 wolnych miejsc, więc jak ktoś czuję patriotyczną wenę to zapraszam. Chociaż jak widziałem info zapisy są już nieaktywne, więc chyba udało się pozamiatać.

Parę zdań wcześniej napisałem, że w najbliższym czasie będziemy mieli w Poznaniu jeszcze dwa takie biegi. Drugim będzie Bieg Wilczym Tropem, czyli ku pamięci żołnierzy wyklętych, który odbędzie się 26 lutego. Ja wiem, że dla wielu jest to temat drażliwy i dwuznaczny. Szczególnie to dotyczy tych, którzy mocno wyrośli na komunistycznej propagandzie, lub których przodkowie działali na rzecz umacniania nowej władzy na moskiewskich bagnetach przyniesionej. Niektórzy z nich z nich mieli oczywiście szczere intencje i wierzyli, że tak będzie dobrze, ale za ich plecami wujaszek Joe swojego wąsa podkręcał. Ja akurat stoję po drugiej stronie, gdyż mam w rodzinie wyklętego, więc wiadomo muszę w tym biegu pobiec.

No a potem w roku 2017 będzie jeszcze niejedna szansa na kolejne tuptania z patriotyczną nutką.

Odrobina horroru nikomu nie szkodzi, ale…

Dzisiaj znowu coś z innej bajki. Jak wielu z nas zapewne interesuję się drogą naszej kadry do Mistrzostw Świata w 2018 roku. Od początku było wiadomo, że lekko nie będzie. Dania, Rumuni od początku nas straszyły. Czarnogóra – tutaj opinie mogą być różne. W 2012 graliśmy z nimi w eliminacjach do Mistrzostw Świata w 2014 i dwa razy ledwie zremisowaliśmy, więc na dwoje babka wróżyła. Z kolei Kazachstan i Armenia wydawali się być pewnymi dostarczycielami punktów. No i efekt jak zwykle był inny od zamierzonego.                                                                                                                       Najpierw tracimy niemal pewne punkty z Kazachstanem, remisując mecz, który z palcem w różnych częściach ciała powinniśmy spokojnie wygrać. Potem z mocnego uderzenia z Danią, gdzie wydawało się, że już jest pozamiatane, jakimś cudem dowozimy trzy punkty no i wczoraj. Mecz przeciwko drużynie, której umiejętności wydawały się być  na poziomie może naszej kiepskiej pierwszej, lub mocnej drugiej ligi. No i co? Zapomnieliśmy o takim szczególe, że w eliminacjach do Mistrzostw Europy, Ormianie potrafili urwać punkty i Serbii i właśnie Danii. Więc to wcale nie są takie ogórki.     No i wczoraj doskonale to widzieliśmy. Nie będę opisywał meczu, bo relacji jest tyle, że nic do nich nowego nie wniosę. Niepokoi mnie jedno. Jeżeli potrzebujemy cudu, by pokonać taką potęgę, jak Armenia, nie potrafimy pokonać innej potęgi czy Kazachstan, to co będzie, kiedy spotkamy się z naprawdę solidną, drużyną, jaką są Rumuni? No i pytanie, co będzie w meczu z Czarnogórą?    Z drugiej strony, jak to się mówi, trzeba mieć w życiu szczęście. Na razie pani Fortuna nam sprzyja. Tyle, że musimy sobie zadać pytanie jak długo.                                                                                                                               Nieobecność Milika jak na tą chwilę jest przerażająca. Jeżeli nasz trener kierując się swoim nosem, siódmym zmysłem, czy jakimkolwiek innym przeczuciem nie znajdzie przez meczem z Rumunami dobrego partnera w ataku dla Lewandowskiego, to przyszłość możemy zobaczyć czarną. Jak długo szczęście będzie chciało jeszcze przy nas być? Oto jest pytanie, bo jak mu się znudzi, to cienko to widzę. W końcu jak to mawiali Rzymianie: Fortuna dicitur caeca , czyli fortuna kołem się toczy. Nich jeszcze trochę się potoczy po naszemu. Co będzie dalej nie wiadomo, ale trzeba trzymać kciuki i dalej wierzyć w cuda, bo jak widać po wczorajszym meczu, czasem się zdarzają. A że przy okazji trochę horroru? Życie dzięki temu nabiera nawet fajnego blasku. Z drugiej strony, parę osób o słabszych sercach mogło mieć wczoraj niemałe problemy.

O poprawności płciowej

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany masz rację, ale każda wygrana na Igrzyskach, to już jest coś, z czym oboje się zgadzamy.

Na początku wrzucam w całości komentarz Roberta dłużej znanego na temat wiadomego, tak bardzo nas wszystkich rozpalającego tematu:

One biegają na 800 m, a nie na 200 m, to raz. Poza tym jest to poważny problem, bo z jednej strony one jako ludzie mają swoje prawa, celowo się przecież takie nie urodziły, nie biorą żadnego dopingu, nie jest tak jak piszesz: „Jak udało im się tak z płcią namieszać, by wybiegło tak, że są Kobietami”, one nic ze sobą przecież nie robiły, bo prostu takie się urodziły, są po prostu inne. Należy więc je szanować i nie można ludzi segregować na zasadzie ty jesteś ładny to możesz startować, a ty jesteś dziwny, masz inną twarz, kolor czy posturę, więc tobie zabraniamy bo nam nie pasujesz – takie praktyki już ktoś kiedyś wymyślił i skończyło się to źle. Z drugiej strony należy jakoś zapewnić równość szans dla wszystkich zawodników. Jest to trudny problem i pewnie głównie medyczny. Dlatego apeluję tylko, żeby nie wieszać na nich psów i nie pisać takich rzeczy jak w Twoim wpisie, że one „namieszały ze swoją płcią”……

Oczywiście zgadzam się,  ze biegają na 800 metrów, nie dwieście i to już poprawiłem. Co do wieszania psów i bronienia ich. Oczywiście urodziły się inne, mają do tego prawo, ale wykorzystywanie tego faktu do budowania swojej przewagi w sporcie jest już bardzo mocno mało etyczne. Bardzo trafnie to określiła nasza zawodniczka „”Trzy zawodniczki, które były na podium wzbudzają bardzo dużo kontrowersji. Nie ukrywam, że dla mnie to też jest trochę dziwne, że władze nic z tym nie robią. Koleżanki mają po prostu bardzo wysoki poziom testosteronu, podobny do męskiego, dlatego wyglądają jak wyglądają i biegają tak jak biegają. Semenya jest nie do pobicia w tym sezonie i myślę, że jeśli nic z tym światowe władze nie zrobią, będą do końca nie do pobicia” – oceniła Jóźwik.” Fajnie to skomentował trener naszej zawodniczki pan Andrzej Wołkowycki: „Walka z chłopakami jest nierówna”

Robercie idąc teraz Twoją drogą myślową, to nie ich wina, że są inne i skazane na sukces. Trudno tak już jest i będzie. A że żadna kobieta z nimi nie może wygrać, to nie ma znaczenia. Żeby było jasne, nikt ich nie ocenia za to, że są inne czy też inni, nie ma to znaczenia. Tu nie ma żadnego problemu z tym ja wyglądają, ale tym że mają naturalną formę dopingu, z którą nikt nie wie jak walczyć. Wiadomo, ze kiedy bierzesz doping farmakologiczny, który buduje przewagę, to jesteś zdyskwalifikowany i pozamiatane. A co w przypadku dopingu naturalnego, który buduje wcale nie mniejszą przewagę niż farmakologiczny?  Problem leży w tym, że nie ma prawnych uregulowań, które wskazują co można, a co nie. A jest to pewna forma dopingu, tyle że naturalnego. Tak, jak napisałem nikt ich nie gani za to, że są inne, tylko za to że tą inność wykorzystują jako budowanie przewagi nad innymi. To jest właśnie pewna forma dyskryminacji naturalnych kobiet. Jak napisałem nikt nie broni im żyć tak jak my. Mogą pracować, także w sporcie, ale takim, gdzie od początku nie będą miały takiej naturalnej przewagi, której innym zawodniczkom nie sposób będzie wyeliminować. Gdyż powiedzmy sobie szczerze. Cała reszta biegających dziewczyn jest skazana na walkę o wszystkie pozycje poza nimi. Gdyż do tych pozycji nie mają prawa się zbliżyć. Czy to jest Robercie wg Ciebie fair? Taka poprawność polityczno-obyczajowa? Czy na tym zasady i piękno sportu powinno się opierać. No właśnie, o pięknie sportu w tym przypadku chyba trudno mówić, chociaż to już kwestia gustu. Tak samo nikt się czepia, że Semenya ma żonę, w końcu to jest na porządku dziennym i każdy czy też każda sypia z kim mu odpowiada najbardziej. I nie ma tu nic to rzeczy to, że one są inne. Mogą być, nam to nie przeszkadza. Tu chodzi tylko o jedno: nie jest fair, wykorzystywanie swojej inności do pokonywania innych.

Bardzo fajnie to podsumowała Ania na Facebook: „To są pionki, ludzie zbierający cięgi. Tak naprawdę oni w świecie sportu to maszyny do robienia wielkiej kasy. Aż mi ich szkoda”. Myślę, ze dużo w tym jest racji. Z drugiej strony patrząc, kiedy mam możliwość wykorzystać swoją naturalną przewagę i nikt nie mówi,  że jest to zakazane, to dlaczego tego nie robić? Przecież tylko głupiec tego nie zrobi. Pamiętam lata, kiedy koszykarki Olimpii Poznań należały do ścisłej europejskiej czołówki. Nawet trzecie miejsce w pucharze Ronchetti zdobyły. Nie będę tutaj się rozpisywał o siostrach Dydek, a szczególnie o Małgorzacie, która swoim wzrostem potrafiła rozbić różnicę.

Pamiętam za to, jak jeden mecz, kiedy przyjechała do Poznania , chyba z Francji drużyna, w której barwach występowała najwyższa wtedy koszykarka świata. Była to Rosjanka. Nie pamiętam dokładanie, czy była to Uljana Siemionowa, czy inna zawodniczka. Ale pamiętam jedno. Ona nie biegała, ona przemieszczała się po parkiecie. A głównie stała na połowie naszych zawodniczek. I kiedy pod koszem dostała piłkę, to tylko bez ruchu wyciągała rękę i wsadzała ją do kosza. A nasze dziewczęta, jak takie pasikoniki podskakiwały dookoła niej, nie mogąc nic zrobić. Z jednej strony to też nie było może etyczne, ale z drugiej można napisać, że do tego się urodziły, do tego zostały stworzone. Idąc tą drogą myślenia, na temat pierwszych trzech miejsc w biegu na 800 metrów kobiet: cóż do tego zostały stworzone. Robercie dłużej znany,  myślę, że jest tutaj jakieś rozwiązanie, by zachować sprawiedliwość. . Jak mamy zawody mężczyzn, kobiet, to można i trzeciej płci. I jeżeli będzie tylu zawodników/zawodniczek, by miejsca startowe zapełnić, to dlaczego takich zawodów nie organizować? Byłoby to nawet interesujące doznanie może nie artystyczne, ale rekordowe z pewnością.

No i właśnie i  gdzie jest złoty środek? Co można, o wypada, a czego nie powinno się robić. Jak startować, by było fair, ale by nikogo nie wykluczyć. I oto może być pytanie, z którym niedługo sport zawodowy będzie musiał  się spróbować zmierzyć. Z drugiej strony, może Robert dłużej znany ma rację i nie należy robić tutaj zagadnienia? Kopernik w końcu też była kobietą.

Gdzieś wpadł mi w oczy tekst pana, który szedł mniej więcej Robercie Twoim tropem myślenia, atakując i naszą zawodniczkę i wszystkich jej zwolenników. Nie będę przytaczał jego argumentów dodając tylko, że mnie tylko ubawiły. Z pewnością ten pan radością stanie w ringu z trójką przedszkolaków i kiedy ich pobije, to będzie głosił wszem i wobec, jaki jest wieki, bo pokonał trzech na raz. Była kiedyś taka bajka „sześciu za jednym zamachem”.

I na koniec coś z innej bajki.Spotkałem się gdzieś z bardzo ciekawą teorią dotyczącą braku awansu do finału rzutu młotem Pawła Fajdka: „Bracia Zielińscy przyjechali do RIO , pewni, ze tak sie zabezpieczyli przed kontrolą, że im nic nie grozi. Stało sie jednak odwrotnie , środek który miał zabezpieczać ich przed wpadka , nie zadziałał, lub został wykryty. Czyżby Fajdek przestraszył sie? Dzień przed zawodami oświadczył ze boi sie aby nie wydarzyła sie tragedia , bo on lubi spać do południa, a dzień wcześniej na treningach rzucał regularnie po 82 m., a wykonując tylko 2 obroty, 70 m. Mam nadzieje , ze Komisja antydopingowa przeprowadziła kontrole i Fajdek w pełni udowodni, ze jest czysty, czego bardzo mu życzę. Dobrze byłoby aby takiej kontroli poddał sie dobrowolnie. Takie przypuszczenia pojawiły się na portalu kanadyjskim CBC.” Napiszę szczerze, że mam nadzieję, że tak nie jest, ale powiedzcie sami, czy dużo by to nie tłumaczyło? Ale chcę wierzyć, że nasz Mistrz jest czysty, a po prostu tylko mu nie wyszło, bo to się może przytrafić każdemu.

No i na ostatnie dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, pierwsza przez sms


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub przez formularz


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16


Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

Ale się rozpisałem, jak za starych dobrych czasów, nim ktoś mi powiedział, że tak długie wpisy przerażają. Mam nadzieję, ze nie uciekliście po połowie.