Planować, czy nie planować – oto jest pytanie

 

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany w naszym przypadku różnica między pasjonatami a psychopatami jest bardzo ulotna.

Początek nowego roku jest dla nas zwykle niczym ta książka, w której znajduje się 365 białych kartek, które z każdym następnym dniem stronę po stronie będziemy zapisywali. Możemy to zrobić na dwa sposoby: albo oprzeć się na planach w cyklu miesięcznym, kwartalnym, półrocznym czy nawet rocznym, albo pójść na żywioł, bez planów na bieżąco każdą stronę zapisując.

Tego typu działanie możemy odnieść do każdej sfery naszego życia: prywatnej, służbowej, czy chociażby jakiejkolwiek innej np. biegowej. I to wcale nie znaczy, że jeżeli planujemy dokładnie i szczegółowo w jednej ze sfer, to że w innej nie popuścimy wodzy fantazji zdając się na czucie potrzeby danej chwili. W tym momencie musimy sobie zadać pytanie: kiedy warto planować, a kiedy możemy oddać się łapanej w locie chwili. Czyli działając na zasadzie znanego cytatu Horcego : „carpe diem” – „łap, czy może raczej skub dzień”. Jak to się ma właśnie do naszej biegowej pasji: lepiej planować długofalowo, czy może oddać się czuciu danej potrzeby biegowego spełnienia.

Z pewnością w dużej mierze jest uzależnione od celu, czyli raczej dystansu, który w naszych planach chcemy umieścić. Kiedy mówimy o piątce czy nawet dziesiątce, to jeżeli jesteśmy względnie wysportowani, od czasu do czasu trenujący, to możemy w zasadzie podbiec marszu. Czasów może jakiś rewelacyjnych nie uzyskamy, ale do takiej piątki czy dziesiątki w parę tygodni możemy się przygotować. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku półmaratonu, a o maratonie to już nawet nie wspomniawszy. Tutaj podbiegnięcie na zasadzie, a nuż się uda, bo w końcu jak inni mogą, to dlaczego nie ja jest oznaką delikatnie mówiąc lekkomyślności, by od arogancji nikogo nie wyzywać. Przy takich startach to już trzeba planować oraz te plany w życie wdrażać. Przy takich startach to niezbędne jest wsparcie odpowiednim cyklem treningowym, których w necie jest dużo i nie trzeba za bardzo szukać, by znaleźć. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę: plan treningowy na półmaraton/maraton i wyskoczy nas cała gama możliwości. Tylko wybierać, przebierać w jakim terminie się chcemy przygotować i w jakim czasie dobiec. Oczywiście nie zawsze plany uniwersalne zagwarantują nam dotarcie do mety w danym, konkretnym czasie, ale z pewnością zwiększą nasze szanse, że dotrzemy do nie w ogóle. Zawsze podstawą jest oparty na wytrwałości i uporze trening, kiedy nie odpuszczamy, bo nam się nie chcemy. Jeżeli chcemy pokonać półmaraton, a maraton już w szczególności, to musimy wyrzucić z naszego słownika wyrażenie: nie chce mi się. W przeciwnym razie…. to nawet nie chce się pisać.

Walka z urazem

Przekleństwo każdej osoby biegającej, czyli chwila, moment, kiedy dopada nas uraz albo kontuzja. Wiadomo, uraz jest łagodniejszą formą, ponieważ kontuzja to już łubudu na całość. W przypadku kontuzji, to bez pomocy specjalisty raczej nie może się obejść. To już zbyt poważna sprawa. Tutaj nie ma że boli, musimy iść (bo pobiec się nie da) po odsiecz. Czasem się udaje szybciej ruszyć na trasy, a czasem musi to potrwać. Niestety na to musi, należy bardzo postawić nacisk.

Trochę inaczej jest z urazem. Uraz to taka drobniejsza kontuzja, z którą już możemy podjąć walkę własnym sumptem. Tak apropo urazu jest taka osada Uraz, położona nad jeziorem drawskim, w której mieszka 9 osób… Do tematu tej osady jeszcze może kiedyś wrócę, gdyż spędziłem tam jako dziecko kilka wakacji… Można o niej napisać krótko: malutka, nie do końca łatwo ją znaleźć, a diabeł z upodobanem mówi tam dobranoc.

No i właśnie tak bywa z urazem. Mały, drobny, nie wiadomo gdzie, ale jak się przyczepi, to trudno się go pozbyć. Muszę przyznać, że tak od dwóch lat pod koniec roku ( jakoś tak dziwnie się składa, że zawsze na koniec roku) dopada mnie uraz. W tym roku, poobnie jak w zeszłym odczułem problem z mięśniem dwugłowym uda, a także łydki. Może nie jest to takie mocne, jak w zeszłym roku, ale niestety jest. Od dwóch tygodni czułem wielki nożny dyskomfort. Nie był to ból, ale właśnie dyskomfort. Nie była (jest) to kontuzja, ale uraz. Postanowiłem walczyć nim własnym sumptem. Najpierw zrobiłem sobie przerwę w treningach. W efekcie, jak poszedłem na parkrun, to wynik taki, że aż głowa boli. Zresztą w czasie biegu noga też się odzywała, więc było jak było.

Od poniedziałku ruszyłem znowu na treningi, ale noga dalej… No więc poszedłem do apteki i zapytałem miłej Pani, czy może mi pomóc. No i dostałem za 12 PLN maść, która się nazywa dicloziaja. Posmarowałem jednego dnia, potem drugiego i … ruszyłem w bieganie. Na razie jest dużo lepiej. Oczywiście wyniki będą fatalne, ale podejmuję wyzwanie i ruszam w ten weekend w biegowy tan. Ale to o tym jutro rano.

Jeszcze jeden start w tym roku

Muszę przyznać, że nie planowałem już żadnych startów z gatunku płatnych w tym roku. Specjalnie napisałem płatnych, by odróżnić ich od parkrun, na których zapewne raz czy dwa, no może trzy razy się pojawię. Nie wiem czy dam radę jutro, gdyż troszkę innych spraw się nałożyło, ale co ma pobiec, to nie ucieknie. Z pewnością jeszcze parę razy w tym roku na Cytadeli się pojawię. Czy jutro ma pewne wątpliwości, ale kiedyś z pewnością tak.

No, ale parkrun parkrunem, a co z innymi startami. Jak pisałem nie planowałem, nie planowałem, aż tu nagle bęc i się objawiło. Jest taki bieg w Poznaniu, który nazywa się Bieg Sylwestrowy i tradycyjnie już po raz 34 będzie kończył biegowy sezon w naszym mieście. Jeśli mnie pamięć nie myli, to już kiedyś wcześniej przebiegłem się nad Maltą. Było to w 2014 roku, więc w czasie, kiedy byłem bliżej początku mojej biegowej historii. Od tego czasu wiele się zmieniło, ale pasja pozostała. Sam jestem ciekawy, jak tym razem się wszystko ułoży. Mogę sobie teraz zaśpiewać: „ jeszcze jeden start w tym roku, chociaż miało go nie być”. No, ale tak to już jest z naszą biegową pasją. Nigdy nie wiemy jaką poczujemy potrzebę zapisu. To już los tuptający nasze ścieżki prostuje.

Tak na marginesie jestem bardzo ciekawy, czy dam radę jutro się pojawić na Cytadeli. Z jednej strony jest potrzeba, konieczność, chęć, a z drugiej tak nie do końca. Do tego coś mi jeszcze wypadło z innej bajeczki, więc na dwoje babka wróżyła. Albo będę, albo nie będę. Z pewnością taką czy inną decyzję jutro rano podejmę. Jak to się mówi, warto raz na jakiś czas sobie odpocząć, zatrzymać się i pomyśleć nad niestałością życia. A może przeanalizować naszą grupę na Mistrzostwch świata i szanse na wyjście z niej, a nie odpadniącie? Na razie nie chcę wyrokować, gdyż to raczej będzie przypominało wróżenie w kart. Już w tym stuleciu jechaliśmy po medale, a skończyło się ja zawsze. 

Szukanie treningowej drogi

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Macieju i Mariuszu zgadzam się z Wami, odkąd biegamy nasze chorowanie zdecydowanie spadło. 

Nie ulega wątpliwości, że dla każdej osoby biegającej najważniejszym motorem napędzającym, a jednocześnie podtrzymującym tup-ogień jest nasz trening. Dla niektórych jest to codzienna konieczność, dla innych 6,5,4, 3 czy naw dwa razy tygodniu. Nie ma znaczenia jak często, byle regularnie w ustalonych ramach tygodniowych. Jeżeli ktoś biega rzadziej, to widocznie odczuwa potrzebę raz na jakiś czas się przebiegnięcia, ale czy można to określić jako pasję, to nie wiem, mam pewne wątpliwości. No właśnie, w którym momencie mówimy o pewnym dbaniu o jakąś tam kondycję, a gdzie zaczyna się pasja. No, ale to jest temat na osobne opracowanie, nad którym myślę. W tym tygodniu zapewne takie przemyślenia popełnię.

Na razie chcę się zatrzymać nad wyborem optymalnego dla nas treningu. Rozpisek treningowych w necie jest bez liku. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę interesującą nas frazę, to otrzymamy tyle wyników, że nie wiadomo, w którą stronę się obrócić. Tylko jak wybrać tą optymalną, do nas dopasowaną? Czy to jest tak, że są to propozycje na tyle uniwersalne, że każdą osoba może tak samo korzystać i osiągnie oczekiwane rezultaty. Obawiam się, że nie do końca tak jest. Każda osoba jest inna, ma inne predyspozycje, możliwości czy zwyły potencjał biegowy. Nie do końca się zgadzam, że można wszystkich wrzucić do jednego wora i komu co przypadnie temu bęc. Może indywidualnie opracowana ścieżka treningowa jest lepszym rozwiązaniem. Zapewne tak, ale z pewnymi wyłączeniami. Tymi ograniczeniami jest wyjątkowość każdej osoby. Zgadzam się, że w zdecydowanej większości można mówić o pewnych uniwersalnych rozwiązaniach. Jednak są przypadki, że uniwersalizmu za cholerę się nie włoży.

Co w takich „trudnych przypadkach”? Wtedy mamy dwa wyjścia. Jedno tzw bezpieczne, czyli biegamy dla samego biegania, nie zwracając uwagi na zawiłości treningowe. Biegać tak samo bez ryzyka, ale także bez zbytnich szans na przełamywanie granic swoich czasowych możliwości. Jest jeszcze jedna droga: szukać, eksperymentować, ryzykować. W efekcie możemy odnieść, ale równie dobrze możemy się nabawić urazu czy kontuzji. Tyle, że bez ryzyka nie ma sukcesu, ale ma też kary. Musimy sami podjąć decyzję, którą drogą pragniemy do mety zmierzać. Jest jeszcze opcja olać wszystko i przerzucić się na bierki czy szachy. Też pasja, też fajna i z pewnością bezpieczniejsza

Zakaz handlu w niedzielę? Gwóźdź do trumny Ustawodawcy,

Nie planowałem już dzisiaj wpisu, ale czasem mnie dopadają różne refleksje, często nie związane z naszą pasją, którymi lubię się dzielić. Z racji, ze dzisiaj niedziela, wolny dzień wybraliśmy się do IKEA, gdyż od jakiegoś czasu biega nam po głowie zakup meblowy. Wiadomo, że są zakupy, które wymagają poświęcenia trochę więcej czasu. Musimy się zastanowić, przejrzeć ofertę, zobaczyć w jednym sklepie, drugim sklepie, nie na już i nie na chybcika. Takich zakupów nie ma możliwości robienia wtedy, kiedy na co dzień pracujemy, tylko wtedy,kiedy możemy jakiś dłuższy fragment dnia z życiorysu wyrwać. W naszym przypadku jest to niedziela, więc dlatego dzisiaj się na taki rekonesans wybraliśmy.

Podjeżdżamy pod IKEA, a tam szok. Cały parking zapchany samochodami, ani szpilki wcisnąć. Najpierw z pół godziny kręciliśmy się dookoła, zanim udało się zaparkować. Potem wchodzimy do środka, a tam tłum taki, że nie ma jak się poruszać. Z lekka poirytowani oblecieliśmy sklep, zobaczyliśmy co nas interesuje, wzięliśmy coś do kupienia i podchodzimy do kasy. Kolejka na co najmniej kolejne pół godziny stania. Nie czekając odłożyliśmy co tam mieliśmy i wyrwaliśmy się ze sklepu wracając do domu. Muszę przyznać, że kiedy widziałem te gigantyczne tłumy przemieszczające się w sklepie, tysiące samochodów, które stały pod IKEA, oraz innymi sklepami na Franowie, to nie chcę sobie wyobrażać, co będzie się działo, kiedy zostanie wprowadzony zakaz handlu w niedzielę. Już pominę gigantyczne straty finansowe pracodawców, zwolnionych pracowników czy studentów którzy w weekendy nie będą mogli dorobić. To jest problem na linii pracodawca – pracownik i tych, którzy nie pracują w sieciach to nie dotyczy. Z drugiej strony rozmawiałem z paroma osobami, które pracują w sieciach i ich opinia o pracy w niedzielę jest w zasadzie jednoznaczna. Oni chcą pracować, bo im się to opłaca. Jednak jest to problem na linii, która większość z nas nie dotyczy. Najwyżej Państwo będzie miało więcej bezrobotnych.

Problemem jest to, jak zareagują klienci, przyzwyczajeni do weekendowego spędzania czasu w sieciach handlowych. Dla nas, biegających to mniejszy problem, bo zrobimy sobie wybieganie i złe myśli odpłyną w siną dal. Ale co z resztą tzw „zakupoholików”, których wcale nie jest tak mało? Ci, dla których których nie ma niedzieli bez spędzenia prawie całego dnia w jednym, drugim czy trzecim centrum handlowym. Nie chcę być czarnym prorokiem, ale rząd, który przegłosuje taką ustawę, może liczyć się z wybuchem poważnych zamieszek, a kto wie, czy nawet nie rewolucji. Ludzie, kiedy nie będą mogli pójść do sklepów, to wyjdą na ulicę.

Tak na marginesie, ja pamiętam czasy, kiedy handle był od poniedziałku do piątku maksymalnie do 18.00, następnie co w drugą sobotę, a o pracującej niedzieli nikt nawet nie myślał. Ale „to se nevrati” i jak ktoś planuje taki przewrót, to musi się liczyć z poważnymi konsekwencjami takiego działania

Zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami jutro wrzucę treść pism, które otrzymałem z Opla oraz POSIR-u na temat zniknięcia z biegowej mapy Poznania cyklu: Biegaj z Opel Szpot. Będą to na razie same pisma bez mojego komentarza, gdyż chciałbym, aby każda zainteresowana osoba mogła swoje zdanie w tym temacie wyrobić. Dyskusję spróbuję uruchomić dzień później, kiedy wstawię mój komentarz. Nie chcę wszystkiego wrzucać w jeden tekst, by zbytniego zamieszania i chaosu informacyjnego nie wprowadzić. Tak będzie czas na zapoznanie i przetrawienie informacji, a dyskusję zaczniemy na chłodno dnia następnego.

Dlaczego „Biegaj z Opel Szpot” zniknął znad Malty?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany, oczywiście zgadzam się z Tobą, że Cytadela By Night powinna się znaleźć n liści wyjątowych projektów biegowych. Masz rację Macieju, pamiętam darmowe kółka Szpota dookoła Malty. Nie tylko młodzież i dzieci tam biegały. Kiedy zaczynałem moją przygodę biegową 5 lat temu, to pamiętam że sam się w nim przebiegłem. Tak jak wspomniałeś nie było wyników, dodatków tylko sam bieg w miłym towarzystwie. Pamiętam, że tam właśnie spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o Parkrun. To przykre, że taka fajna inicjatywa została zgaszona przez chciwość POSIR-u organizacji, która ze swoich statutowych zapisów powinna wspierać takie sportowe inicjatywy. Jak podawała w styczniu strona Opel Szpot: „ Z przykrością musimy poinformować o trudnej dla nas decyzji, a mianowicie o odwołaniu zaplanowanej na 28 stycznia 2017 roku inauguracji 11-tej edycji biegów z „Biegaj z Opel Szpot”. Nie udało nam się osiągnąć do połowy stycznia porozumienia z gestorem terenów nad Maltą – Poznańskimi Ośrodkami Sportu i Rekreacji, a postawione przed nami nowe warunki finansowe są nie do zaakceptowania.Ciekawe jak POSIR podwyżkę tłumaczył, ale znając życie nie tłumaczy, bo po co. Wszak POSIR to pan i władca nad sportowymi projektami w naszym regionie władzę trzymający. Wysłałem do POSIR-u pytanie takiej treści:

„W imieniu środowiska osób biegających poproszę o informację, dlaczego podnieśliście Państwo ceny za wynajem miejsc biegowych dla darmowego projektu ” Biegaj z Opel Szpot”. Przecież zgodnie z Państwa celami statutowymi powinniście indywidualnie podchodzić do tego typu projektów i wspierać te, które mają na celu propagowanie ruchu w społeczeństwie naszego miasta. Projekt ten był przeznaczony głównie dla dzieci i młodzieży i osób, które zaczynają swoją przygodę biegową, a dodatkowo pozbawiony zadania zarobkowego. Przykre jest to, że zniszczyliście Państwo ten projekt, który był wielką frajdą dla dzieci i promował bieganie jako najprzyjemniejszą formę spędzania czasu. Poproszę o podanie racjonalnych powodów zniszczenia tej wspaniałej inicjatywy”

 Znając życie odpowiedź nie nadbiegnie, bo po co się tłumaczyć, a prawo rynku jest proste: kto chce biegać nad Maltą niech płaci. Czekam kiedy wejście każdej osoby nad Maltę też będzie płatne. Będę ustawione specjalne wejściomaty i każdy, kto będzie chciał sobie pospacerować czy pobiegać nad Maltą będzie musiał kupić bilet uprawniający do przebywania nad tym jeziorem tak jak w parkomatach w strefie postoju. Za godzinę przebywania nad Matlą np. 1 PLN, za dwie już 3, a za trzy np. 5. No i oczywiście dookoła jeziora chodzący municypialni i sprawdzający kto opłacił wejściówkę, a kto nie. Jaki biznes dla miasta i POSIR-u. Z drugiej strony jeżeli Miasto musiał zapłacić Kościołowi Jan Jerozolimskiego za Murami kupę kasy za to, by Kolej Parkowa Maltanka mogła jeździć, to trzeba było tą kasę gdzieś zdobyć. Dlatego dlaczego nie od biegających. 

A może sprawa ma drugie dno, którego nie znamy, a ani jedna, ani druga strona nie chce go ujawnić. Zasada jest prosta. Jak nie wiadomo o co biega, to zapewne biega o kasę.

Suma wszystkich pechów

Na początku, tak żeby było jasne i zrozumiałe. Nie jestem przesądny, nie wierzę w jakieś tajne siły, chochliki czy inne cholery, które tylko patrzą, jak nam życie utruć. Nie wierzę w przesądy i inne takie tłumaczące te, czy inne porażki. Jednak muszę przyznać, że nad moim startem w maratonie warszawskim wisi jakieś dziwne fatum. Wszystko zaczęło się w zeszłym roku, kiedy planowałem po Wrocławiu, jakby z marszu zaliczyć Warszawę i zagarnąć Koronę Maratonów Polski jednym wyciągnieciem ręki. Niestety moja pewność siebie graniczaca niemal z pychą została odpowiednio ukrana i we Wrocławiu stało się, co sie stało i w efekcie ze startu w Warszawie wybiegła pupa.

W tym roku postanowiłem, ze jednak o Koronę będę walczył i potwierdziłem mój start w Warszawie. Nawet zgodnie z zasadami sztuki zacząłem się przygotowywać ze sporym zapasem czasowym, by mieć wszystko pod kontrolą i by uniknąć nie do końca miłych niespodzaianek. Niestety, jakieś dziwne fatum, które od zeszłego roku nad maratonem warszawskim wisi nie chce za cholerę odpuścić. A tu jaiś kolejny uraz się przyplątał, a tu klasyczna niechęć treningowa, a tu jakieś inne, ważniejsze od biegania zadania. No i efekt jest taki, że do maratonu niecały miesiąc, a ja treningowo jestem w czarnym niebycie i nie mam wizji, jak z tego niebytu się wyrwać. Wiadomo, że trzeba wziąć się w garść i zacząć ostro trenować, tylko, że ostry trening znowu będzie groził urazem. Może więc spokojnie i na luzie zaplanowane kilometry robić? Tylko ile ich robić, by raz nie znowu nie przegiąć, a dwa by zrobić tyle, żeby jednak dać radę na trasie.

Muszę napisać, że jak na razie nie mam wizji, jak do tematu podbiec, mając w podświadomości zapisane, ze ten pech nad startem wisi. A może właśnie to los mi specjalnie rzuca pod nogi kłody, by sprawdzić moje samozaparcie, wytrzymalośc i upór w sytuacjach, kiedy normalnie powinno się napisać, ”  a ja mam to wszystko tak głęboko i nie jadę, bo po co”. Owszem jest to wyjście z sytuacji, ale ja jeżeli nic nie wymusi jednak mojej nieobecności w Warszawie, zrobię wszystko, by w strefie staru się pojawić. W końcu, jak mawiał klasyk : co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Różne inicjatywy biegowe

Na początu jak zawsze w tym miejscu i czasie. Nie Robert III masz rację, gdyż jak to głosi stare przyszłowie, a w zasadzie rzymska sentencja: śpiesz się powoli, a daleko zajdziesz, chociaż w naszym przypadku powinniśmy to zmienić na dobiegniesz. Hmm ciekawa wizja na nowy wpis – dzięki. Energy Drink z tym geniuszem to była oczywiście ironia, ale masz rację,  brak wrażliwości społecznej przez twórców wiadomej reklamy zasługuje na najwyzsze potępienie.

Olbrzymi rozwój naszej pasji powoduje, że na biegowym rynku co rusz pojawiają się nowe, bardzo intersujące inicjatywy biegowe. Większość z nich jest oczywiście płatna, ale część tak nie do końca. Szczególnie te, które są organizowane przez różnych tuptajacych zapaleńców w stylu Roberta dłużej znanego, który nie raz i  nie dwa wykłada własną kasę, by nam biegaczom było lepiej. Robert ma już na rozkładzie całkiem przyzwoitą kolekcję różnych, zorgranizowanych przez siebie biegów. Do tej pory odbywją się one na trasie parkrkun na Cytadeli. Powód jest logiczny. Jest to trasa za którą nie trzeba płacić, którą nasza grupa doskonale zna, do tego oznaczona, kilometraż znany, a przy organizowaniu biegu za free trudno jeszcze płacić za miejsce.

Jak pisałem do tej pory Robert wiódł organizacyjny prym na Cytadeli. No, ale wczoraj pojawił się nowy gracz. To kolejny z naszej parkrun ekipy, czyli Grzegorz Paweł postanowił zorganizować radosną dyszkę, dla tych, którym będzie chciało się w tygodniu na Cytadelę wyrwać. Nie dokonał tego sam, gdyz z nieocenioną pomocą Roberta dłużej znanego, który tajniki organizowania startów na Cytadeli, ma w małym palcu u lewej, albo prawej nogi. Byłem bardzo ciekawy ile osób się na Cytadeli na takiej mało formalnej imrezie tuptającej zjawi. Grzegorz zapowiedział, że jeżeli będzie ponad 30  osób to wyniki będę wrzucone do Ligii Biegowej..Na moje oko było zecydowanie ponad wymaganą ilość, ale o tym za chwilę.

Sam bieg jak to na parkrun, tyle że razy dwa, czyli dziesięć kilometrów. Oznacza to, że dwa razy robiliśmy naszą ulubioną trasę. Ku mojemu zdziwieniu, oprócz stałej, znajomej ekipy, pojawiło się parę osób spoza naszego parkrun świadka. Super pogoda, co prawda na drugim okrążeniu już ciemnawo się robiło, ale daliśmy radę. Impreza super, Grzegorz jako Org prowadzacy dał radę, nawet wodę dostarczył, dzisiaj mają być oficjalne wyniki, więc czego chcieć więcej.. Co prawda po przedwczorajszej jedenastce na ostro wczoraj biegłem na dużym luzie, a jak to Wiesiu określił : truchcikiem, ale 58 minut złamałem, czyli bez szału, ale na pewnym poziomie przyzwoitości. Jak to jeden z Panów, który mnie po drodze mijał powiedział: trasa parkrun na poznańskiej Cytadeli to najlepsza treningowa trasa. I chyba coś w tym jest. Nie ma jak tuptanie w klimacie naszej Cytadeli. A kolejny start tym razem znowu made in Robert czyli Cytadela By Night zbliża sie wielkimi krokami. I znowu będzie do wyboru piątka albo dyszka, bo Grzesiu nam wyboru nie dał, albo wszysko, albo nic, co oznaczało dysza albo dyszka. No i pobiegliśmy wszystko, czyli dyszkę. Z drugiej strony raz i półmaraton też już na Cytadeli pobiegliśmy, co oznacza, ze to miejsce jest dobre na wszystkie wyzwania i każdego tuptającego z otwartymi ramionami przyjmie.

Co do ilości wczoraj tuptających, jeżeli ja zająłem podczas luźnego biegu, (ale nie byłem ostatni) 35 miejsce, to myślę, że około tych 40 osób musiało być. Czyli taki miły trening na czas w super towarzystwie.

Jak to jest z popularnością dyscyplin sportowych w Polsce

Od czasu do czasu zdarza mi sie  na blogu poruszać trochę inne tematy, niż tylko z bieganiem związane, ale ogólnie sportem, czasem historią, polityką sferami społecznymi i innymi. Szczególnie popołudniowa niedziela jest dobrą porą na odetchnięcie od standardowej tematyki bloga. Dlatego do porannego tematu, oraz paru refleksji, które mi się nasunęły wrócę jutro rano.

Pytanie, które teoretycznie jest bardzo łatwe, gdyż wielokrotnie analizowane oraz opracowywane przez szereg różnych żródeł mniej czy bardziej zawodowych. Badania są wykonywane pod wieloma kątami i punktami widzenia,jednak wnioski, które płyną z tych badań są praktycznie jednoznaczne. Wynika z nich, że top 3 to piłka nożna, piłka siatkowa, skoki narciarskie. Czwarte miejsce rezerwowane jest dla piłki ręcznej, a następnie w różnych prztasowaniach: lekkoatletyka, biegi narciarskie, żużel,koszykówka, boks i ostatnio nawet MMA. Tak mniej więcej przedstawia się top 10 dyscyplin sportowych w naszym kraju. Zdjęcie, które ten wpis prowadzi jest sprzed paru lat gdyż nowszego nie znalazłem, ale nie sądzę, by oficjalne dane uległy jakimś drastycznym zmianom.

Teoretycznie wszystko się zgadza, jednak mam tutaj pewne „ale”, Wszystkie opisywane analizy badają problematykę popularności pod względem medialnym. Na zasadzie ile osób ogląda, ilub kibiców przychodzi na miejsca danych wydarzeń sportowych. Można napisać, że badany jest potencjał reklamowy, potencjalnych wpływów oraz możliwości inwestycji takiej czy innej w daną dyscyplinę, reprezentację, klub czy inne takie. Pytanie chciałbym jednak postawić inne. Jak popularność medialna ma się do rzeczywistej popularności danej dyscypliny w naszym kraju. Gdzie przez rzeczywistą popularność rozumiemy ilość naszych rodaków uprawiajacą przedstawioną dyscyplinę według własne często, a nawet głównie amatorskiej pasji.

Ktoś może śmiało napisać, że piłka nożna jest poza jakimkolwiek zasięgiem. Jak podaje Wikipedia wg danych na 2012 rok w Polsce mieliśmy prawie 7000 zarejstrowanych klubów, ponad 18 tysięcy drużyn seniorów i seniorek i ponad 5000 tysięcy drużyn młodzieżowych, w których grało łącznie ponad 930 tysięcy zawodników i zawodniczek. Do tego jeżeli dołożymy miliony, które się pasjonują tą dyscypliną i od czasu do czasu grywają w parkach, to wynik nieosiągalny dla innych. No, ale już przechodzę do tego, co dla nas jest najważniejsze, czyli bieganie. Jest to w sumie skromna i mało medialna pasja, która nie wyzwala aż takich emocji. Trawają w ten weekend Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce. Mamy transmisje w TV, informacje na portalach są wrzucane, ale jakoś  nie widać tego narodowego napięcia. które obserwujemy np przed ważnym meczem piłkarskim. Ot dzień jak co dzień, jakieś zawody będą się odbywały, ktoś obejrzy, a ktoś może nie. Można podsumować, ot tak sobie dyscyplina niszowa, nie wiedzieć po co czas antenowy zajmujący.

Jednak, kiedy wyjdziemy na ulice, do parku, gdzieś gdzie można i gdzie jest miejsce i spojrzymy w prawo, sppjrzymy w lewo to dojdziemy do wniosku… że cała Polska biega. Nie ma dnia, abym nie wiedział jadąc do pracy, wracając z pracy czy podczas mojego osobisego treningu, dziesiatek biegających osób. Z pewnością jest ich więcej, niż tych, którzy biegają na boiskach za piłką. Bardzo ciekawe opracowanie znalazłem na ten temat na stronie Przeglądu Sportowego z zeszłego roku

„Instytut Badań Rynkowych i Społecznych wspólnie z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki przeprowadził w marcu badania na temat popularności biegania jako aktywności fizycznej Polaków. Wyniki są dla entuzjastów joggingu bardzo optymistyczne. Jeszcze kilka lat temu szacowano, że jakąkolwiek aktywność uprawia około 30 proc. Polaków, w tym bieganie – 10 proc. Badanie PZLA i IBRIS pokazuje wyraźnie, że odsetek ten wzrósł ponad dwukrotnie. Dziś biega bowiem prawie 22 proc. z nas!

Statystyczny Polak-biegacz:

– trenuje 2-3 razy w tygodniu (63,6 proc.) lub codziennie (19,7 proc.),

– biega od pięciu lat lub dłużej (35,2 proc.) / spory odsetek biegaczy też od 3 do 5 lat lub od pół roku (odpowiednio 22,6 proc i 21,4 proc.),

– trenuje samodzielnie, planując kolejne treningi na własną rekę (59,7 proc.),

– informacji o bieganiu szuka w Internecie (67,8 proc.),

– kupuje przede wszystkim obuwie (88,5 proc.), ale i odzież na wiosnę/lato (72,8 proc.) oraz odzież na jesień/zimę (69,2 proc.); zaledwie 17,2 proc. z nas sięga po akcesoria (zegarki, pulsometry itp.),

 – najważniejsze kryteria, jakimi kieruje się przy wyborze sprzętu, to: jakość (56,1 proc.), wygoda (54,6 proc.) i cena (48,1 proc.).

Badanie wykazało też, że tylko 15 proc. polskich biegaczy startuje w imprezach biegowych. Jeśli już jednak decydują się oni na ten ruch, o tym, który event wybiorą, decydują atmosfera i liczba przeciwników (60,2 proc.).”

No cóż, zgodnie z tym opracowaniem w zeszłym roku biegało nas mniej lub bardziej amatorsko 22% populacji naszego kraju, co jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że jest nas prawie 38 milionów dla nam grubo ponad 8 milionów tuptaczy. Wiadomo, że nie wszyscy z nich startują, większość wychodzi raz czy dwa razy w tygodniu na lekki rozruch, ale mimo wszystko liczba ta robi wrażenie. Tak było w zeszłym roku, a nie podejrzewam, by w tym spadło. W związku z rosnącymi cenami pakietów może się okazać, że coraz mniej osób będzie startowało w biegach płatnych zorganizowanych, ale będziemy mieli za to wysyp różnych towarzyskich inicjatyw, czy biegów klasy Parkrun.

Co ciekawe zupłnie inaczej to wygląda w mediach społecznościowych. Bezonkurencyjnie pod wzgędem popuarności króluje… taniec, a na drugim miejscu jest bieganie.. To ci dopiero zagadka..  Zastanawia mnie jedno. Dlaczego takie badania i ich wyniki nie są prezentowane co rok. Czyżby coś nie po myśli paru osób? Kto to wie. W końcu piłka nożna to najbardziej medialny sport i największa kasa za nią biegnie, a co by sie okazało, że taki nie do końca przemawiające dla sponsorów pod względem atrakcyjności przekazu sport jak bieganie bije pod względem popularności całą resztę? Przecież to takie mało polityczne.

Forma przybiega razem z butami

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Dzięki Marku za gratulacje dla Skowronków. Dziewczęta potwierdzają, że należą do ścisłej europejskiej, jak nie światowej czołówki w kategorii chórów dziewczęcych.

Muszę przyznać, że obecny rok widziany oczami mojej formy, to jedna wielka kupa, albo żeby było bardziej cywilizowanie wielka czarna dziura. Powodów nałożyło się na to kilka, parę zwał jak zwał, ale generalnie gama niż solówka. Raz, że na początku roku uraz mi się przyplątał który cały cykl przygotowawczy postawił mi na głowie. Dwa, że trochę motywacja do tuptania odpuściła i generalnie sobie biegałem bardziej z przyzwyczajenia, bo biegam, niż kierowany jakimiś wyższymi celami. No i jeszcze parę, a to psychika, a to coś innego, albo diabli wiedzą co. No i efekt był taki, jaki był, że moje możliwości tempowe i biegowe, które jakoś nigdy nie należały do dobrych, ale w tej średniej przeciętnej się mieściły, zeszły do poziomu mułu przykrywającego dno. I dosyć poważnie się w tym mule zanurzyłem krocząc po dnie, który stanowił moje biegowe trasy. A jak się biega zanurzony w mule, to każdy może sobie bez problemu wyobrazić. To raczej ledwie człapanie niż niemal bieganie, które normalnie uskuteczniałem.  W każdym razie moje czasy czy na parkrun, czy Cytadela by Night, czy w obu połówkach, w których dwa razy w tym roku biegłem, to były, jak to śpiewał klasyk: „mniej niż zero”. Ciekawe, czy ktoś ten kawałek jeszcze pamięta.

No, ale niczym husaria pod Wiedniem, niczym przedchorągiewni z wieków średniowiecza przybyła do mnie odsiecz w postaci nowej pary butów Kalenji Kiprun LD, które otrzymałem do przetestowania w naszym poznańskim Decathlon. No i mimo, że są to buty z gatunku człapiących, niż śmigających, to jednak dodały mi ekstra biegowej motywacji. No i w efekcie wczoraj, kiedy tupałem na Cytadela by Night, to znowu z dużym luzem godzinę złamałem i to o 5 minut. Do mojej życiówki, czyli ciut poniżej 48 minut jeszcze dużo brakuje, ale biorąc pod uwagę, że nie tak dawno byłem na samej granicy godziny w Cytadela by Night, to poprawa o 5 minut, już czyni pewno światełko w tunelu. I powoli, ale za to systematycznie i z mozołem z tej czarnej dziury, czy też innej mało ładnie pachnącej szczeliny zaczynam się wygrzebywać. Długa droga przede mną, czasu mało, gdyż do Warszawy jeszcze dwa miesiące z malutkim haczykiem, jednak jakaś minimalna bo minimalna, ale szansa, że dam radę jakoś doczłapać do mety się objawiła. Co prawda na łamanie 4 godzin i robienie życiówki nie liczę, ale fajnie by było wrocławski rezultat poprawić. Z drugiej strony wydawać się może, że już gorzej niż we Wrocławiu by nie może. Tyle, że nigdy nie jest tak źle, by jeszcze gorzej być nie mogło. I tym pozytywnym akcentem na tą chwilę zakończę.