Forma przybiega razem z butami

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Dzięki Marku za gratulacje dla Skowronków. Dziewczęta potwierdzają, że należą do ścisłej europejskiej, jak nie światowej czołówki w kategorii chórów dziewczęcych.

Muszę przyznać, że obecny rok widziany oczami mojej formy, to jedna wielka kupa, albo żeby było bardziej cywilizowanie wielka czarna dziura. Powodów nałożyło się na to kilka, parę zwał jak zwał, ale generalnie gama niż solówka. Raz, że na początku roku uraz mi się przyplątał który cały cykl przygotowawczy postawił mi na głowie. Dwa, że trochę motywacja do tuptania odpuściła i generalnie sobie biegałem bardziej z przyzwyczajenia, bo biegam, niż kierowany jakimiś wyższymi celami. No i jeszcze parę, a to psychika, a to coś innego, albo diabli wiedzą co. No i efekt był taki, jaki był, że moje możliwości tempowe i biegowe, które jakoś nigdy nie należały do dobrych, ale w tej średniej przeciętnej się mieściły, zeszły do poziomu mułu przykrywającego dno. I dosyć poważnie się w tym mule zanurzyłem krocząc po dnie, który stanowił moje biegowe trasy. A jak się biega zanurzony w mule, to każdy może sobie bez problemu wyobrazić. To raczej ledwie człapanie niż niemal bieganie, które normalnie uskuteczniałem.  W każdym razie moje czasy czy na parkrun, czy Cytadela by Night, czy w obu połówkach, w których dwa razy w tym roku biegłem, to były, jak to śpiewał klasyk: „mniej niż zero”. Ciekawe, czy ktoś ten kawałek jeszcze pamięta.

No, ale niczym husaria pod Wiedniem, niczym przedchorągiewni z wieków średniowiecza przybyła do mnie odsiecz w postaci nowej pary butów Kalenji Kiprun LD, które otrzymałem do przetestowania w naszym poznańskim Decathlon. No i mimo, że są to buty z gatunku człapiących, niż śmigających, to jednak dodały mi ekstra biegowej motywacji. No i w efekcie wczoraj, kiedy tupałem na Cytadela by Night, to znowu z dużym luzem godzinę złamałem i to o 5 minut. Do mojej życiówki, czyli ciut poniżej 48 minut jeszcze dużo brakuje, ale biorąc pod uwagę, że nie tak dawno byłem na samej granicy godziny w Cytadela by Night, to poprawa o 5 minut, już czyni pewno światełko w tunelu. I powoli, ale za to systematycznie i z mozołem z tej czarnej dziury, czy też innej mało ładnie pachnącej szczeliny zaczynam się wygrzebywać. Długa droga przede mną, czasu mało, gdyż do Warszawy jeszcze dwa miesiące z malutkim haczykiem, jednak jakaś minimalna bo minimalna, ale szansa, że dam radę jakoś doczłapać do mety się objawiła. Co prawda na łamanie 4 godzin i robienie życiówki nie liczę, ale fajnie by było wrocławski rezultat poprawić. Z drugiej strony wydawać się może, że już gorzej niż we Wrocławiu by nie może. Tyle, że nigdy nie jest tak źle, by jeszcze gorzej być nie mogło. I tym pozytywnym akcentem na tą chwilę zakończę.

Śmigacze, tuptacze i człapacze

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, masz rację, tak ten trening można określić

W porannym wpisie dokonałem, tak trochę na luzie podziału butów na śmigajki i tuptajki. Sunąć dalej w rozważaniach posunąłem się do podobnego podziału osób tuptających. Jednak myślę, że nawet rozdrabniając śmigaczy i tuptaczy na tych klasy M czy S, to jednak i tak nie jesteśmy w stanie dokonać pełnego i kompletnego podziału.

Powód jest jeden i zasadniczy. Każda osoba jest inna, ma inne pragnienia, sny i cele, które przed sobą stawia. Ja wiem, że dla różnych speców od psychologii, budujących w celach marketingowych podział społeczeństwa na grupy, do których trafia odpowiednia forma przekazu reklamowego podział jest jeden, prosty i eliminujący indywidualność każdego z nas. Dlatego też unikamy określeń jeden biegacz czy biegaczka, tylko zawsze w liczbie mnogiej: my biegacze. Wtedy czujemy, że należymy do jednej wielkiej tuptającej rodziny. Jednak ta nasza rodzina mimo wszystko dzieli się na takie trzy podstawowe biegowe typy, w zależności o tuptajacego potencjału.

Jak wspomniałem na samym szczycie mamy śmigaczy, dla których czas jest wyznacznikiem tego, co chcą łamać, oraz głównym powodem startu z zawodach. Specjalną odmianą śmigaczy są ścigacze, czyli nie tylko łamią granice czasowe dla wielu z nas nawet nierealne do osiągnięcia w snach, ale jednocześnie dzięki tuptającym pojedynkom czy udowadnianiu tego, kto w grupie jest najlepszy mają dzięki temu dodatkową motywację do jeszcze ekstra przyduszenia kilometrów. Jak wspomniałem w grupie śmigaczy mamy mistrzów, supermenów oraz tylko „zwykłych” niezwykłych przełamywaczy barier swoich czasowych możliwości. To jest nasza elita, szczyty szczytów biegowych możliwości. Zakres czasowy śmigaczy przestawiłem rano, ale dla przypomnienia: 5 kilometrów poniżej 20 minut, dyszki poniżej 40 minut, półmaratony do półtora godziny, a maratony do trzech.

No, ale zdecydowana większość z nas, to zwykli, szarzy tuptacze, którzy biegają dla frajdy, przyjemności, ot by dobiec do mety w ramach możliwego do zaakceptowania czasu. Nie musi to być jakiś czas ekstra, super, ale w ramach pewnej przyzwoitości. Jakie to będą czasy dla nas zwykłych tuptaczy? Takie by dobiec na luzie i spokoju. Na 5 kliometrów myślę, że będzie tak do 28 minut, na dyszkę tak do godziny, bo jest to czas, który myślę, że każda trochę poważnie trenująca, zdrowa osoba bez zbytnich obciążeń gotowa zrobić. Jak to będzie wyglądało w półmaratonach? Myślę, że 2 godziny i 10 minut, to będzie ta granica dla tuptacza rozsądna, a na Królewskim dystansie do 5 godzin.

No, ale mamy jeszcze grupę, czyli człapaczy, dla których samo może nie koniecznie dobiegnięcie, ale doczłapanie w różnych metodach, biegnąc, idąc, odpoczywając, ale metę osiągną. I to jet słowo klucz, to jet najważniejsze: sama meta, a czas? Byle w limicie się zmieścić i żeby nie ściągnęli nas trasy. I to jest chyba najważniejsze.

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych biegających, Ci którzy zaliczają się do „gorszych” grup są także gorszymi ludźmi, niegodnymi zwrócenia uwagi mistrzów. Na szczęście są to sporadyczne wyjątki, gdyż znam wielu naprawdę dobrych śmigaczy, których nawet butów nie godnym wiązać,  a z którymi na każdy temat można pogadać. Wyniki jedno, ale ludźmi wszyscy takimi samymi jesteśmy. Wiadomo, że w biegowym peletonie najwięcej jest nas zwykłych tuptaczy. Szczyt stanowią śmigacze, a człapacze? Jak ich można oceniać? Szczerze, są dla mnie tak samo ważni, jak cała reszta nas biegających. Bo ile trzeba uporu i samozaparcia, by znając swoje ograniczenia wynikowe zdecydować się na start i nawet doczłapać do mety, zamiast siedzieć przed TV z chipsami. Pełen podziw i uznanie.

Pitne wspomagane tlenowe

Ostatnio rzucił mi się w oczy post znajomej z Facebook-a:
Kochani, długo będzie, ale muszę … no po prostu muszę i już.
Ja wiedziałam, że moja powierzchnia doznań jest duża, bo musi pomieścić moją … co by nie mówić … zajebistość.Kurka… nosz mam w sobie społeczeństwa, które najechały moje wnętrze… znienacka, bez zapowiedzi, podstępnie i skrycie przez ponad trzy lata badałam przyczynę moich dolegliwości, a przede wszystkim moich gabarytów bo nawet… jak by tak słonia z trąbą zjeść, to w trzy tygodnie nie przytyje się 20 kg medycyna współczesna, konwencjonalna mimo licznych badań laboratoryjnych i szpitalnych nie była w stanie ustalić przyczyny moich dolegliwości : wzięłam sprawy w swoje ręce no bo kto, jak nie ja znam swoje jestestwo.
W ubiegłym tygodniu zrobiłam sobie biorezonans 2 godzinki i 200 zeta ale warto było żebym ja wcześniej wiedziała, to ja już bym była dawno po wygranej wojnie … a tak to trzy lata w plecy,ale nie ma tego złego, co by…. no i mnie właśnie wyszło… Nie dosłownie, bo ja raczej mam mordercze zamiary i zamierzam swój wewnętrzny świat uśmiercić, porazić, zgładzić…. i wydalić do tego celu używam sprawdzonych, polskich i przede wszystkim skutecznych suplementów wiedziona nieodpartym przeczuciem, że moje ukryte społeczeństwa nie będą skłonne do układów i samodzielnego opuszczenia zajmowanych pozycji, o podpisaniu dokumentów typu pacta conventa nie ma mowy dlatego też postanowiłam również podstępnie i z zaskoczenia wytoczyć swoje działa
jako społeczeństwa, które żyją w środowisku beztlenowym …. potraktowałam brutalnie i niehumanitarnie … potraktowałam tlenem piję tlen nie mylicie się, ale ja pije tlen w płynie … znaczy chlorofil ma on niestety skutki uboczne w końcu się wysypiam baaa… mój sen jest bardzo krótki, ale za to bardzo wydajny po prostu … jestem wyspana ja sowa wyspana o 5 nad ranem :D no i chyba nie będzie mi już potrzebny sławny dzwon Zygmunta a tak lubiłam, jak tak grupowo budziliście mnie w komentarzach.
Kilka lat walczyłam z osobista … anemią… teraz już wiem, że nie miałam dobrej strategii walki, a i brak znajomości przeciwnika swoje zrobił moja obecna wiedza odnośnie mojego wewnętrznego, osobistego przeciwnika jest na tyle dobra, że skutecznie dowalam mu z działa pod tytułem BorelissPro poprawiam ProsticPro najważniejsze, że nie antybiotykiem
wojna będzie długa, ale zwycięska wszystkich którzy mają podejrzenia, że ich jestestwo zostało najechane przez nieproszonego najeźdźcę upraszam o bezpośredni kontakt na priv
każdy z nas kiedyś był ugryziony niestety oprócz skutków swędzących mogły wystąpić też i dodatkowe skutki abordaż obcych cywilizacji, które w sposób skryty, podstępny niszczą nasz organizm musi się skończyć natychmiast!!! Dlatego osobom chętnym proponuje wspólne porozumienie przeciwko wspólnemu wrogowi
dla bardziej kreatywnych i nastawionych biznesowo proponuje nawiązanie współpracy długoterminowej
zrzeszając się przeciwko wspólnemu wrogowi oczekuję na konkretne oferty współpracy.

Jak mam być szczery raczej podbiegam sceptycznie do takich cudów, właśnie może dlatego,  że w jakiś sposób jestem przykładem medycznego cudu, czyli człowieka, który powinien być albo na tamtym świecie, a w najlepszym przypadku w stanie ciut ponad wegetatywnym. Zresztą trochę tych cudów , większych lub całkiem malutkich w moim życiu było ( chociaż zgubienie wagi, rzucenie palenia, czy zaczęcie biegania). Muszę przyznać, że temat może być fajny i wielu osobom pomocny w różnych dziedzinach i zdrowotnych i finansowych. Dlatego wrzucam post i jak ktoś zainteresowany oczywiście skontaktuję z Olą, która tematem zarządza. Ja akurat ani ze spaniem, ani innymi dolegliwościami obecnie nie mam problemu, więc nie wiem czy jest potrzeba, by brać dwa życiowe wspomagacze. Moim jest bieganie i na nim wolę się skupić. Jak to mówi zdrowy rozsądek, czasem zażywanie dwóch równorzędnych życiowych wspomagaczy może przynieść odwrotny skutek od planowanego, więc wolę pozostać przy moim. Wierzę jednak, widząc ogromny entuzjazm i wiarę Oli, że to pomaga. Bo jeżeli w coś wierzymy i wspomagamy to naszą kasą, to nie ma opcji efekt afirmacji zostaje spotęgowany.Z drugiej strony picie tlenu chyba nikomu jeszcze nie zaszkodziło, więc kto wie, może jeszcze parę nocy się prześpię… Tak patrząc z innej strony my się tyle tego, może trochę zanieczyszczonego, ale naturalnego tlenu w biegu nawdychamy, to czy pitny nas wspomoże. Temat do spróbowania i dyskusji. Kiedy sobie poczytałem na temat chlorofilu, to same superlatywy, więc może …kto wie.

Biegi wielkie, biegi małe, wszystkie biegi za pan brat

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie, Robercie krócej znany, masz rację niech gra i końca nie widać. Marku, pobiegłeś z tym komentarzem. Praktycznie dłuższy, niż sam wpis, ale podsumowanie jest w środku i stanowi clue wszystkiego: „dobro zawsze zwycięża” i tego wiary w to się trzymajmy

Ostatnio popełniłem kilka tekstów związanych z Herbem Półmaratonów i Maratonów Polski. Jak w wywiadzie napisał twórca pomysłu celem jest uhonorowanie mniejszych biegów, które mimo, że nie mają takiego budżetu, otoczki, trąbek i fanfar, to wcale nie są gorsze. Ba, napiszę od siebie, że nie raz są lepsze, bo Organizatorzy mniejszych biegów, patrzą, by maksymalnie nas dopieścić. Tych większych czy największych nie muszą, bo i tak tłum się rzuca i zapełnia listy. I nie ma tu znaczenia, jaki jest poziom otrzymanej usługi, ważne jest, że prawem owczego pędu tłum pędzi by się zapisać. No, ale każdy czy też każda ma swoją biegową karmę. Te wiele, kultowe, w wielu przypadkach już legendarne tuptania, to jakby kwintesencja biegowej pasji. Każda biegaczka czy też biegacz w takim wielkim biegu przynajmniej raz w roku wziąć powinien. No i niektórzy z nas czekają cały rok aż rozpoczną się zapisy u nas w Poznańskiem na Maniacką Dziesiątkę, poznańską, czy  grodziską  połówkę, czy też maraton. To są Biegi Wielkie, przez wielkie B, i jeszcze większe W.

Po drugiej stronie medalu mamy biegi w mniejszych miejscowościach, często z dużo większą oprawą i pompą zrobione, nie odbębnione na odczepnego, tylko zadbane i wychuchane tak, że mucha nie siada, bo nie ma to żadnych szans.  No, ale z racji, że są mniejsze, nie mają takiego rozdmuchanego PR, to nie do końca mogą domknąć swoje listy. No, ale tak naprawdę czym się różni taki wielki, rozdmuchany bieg, od takiego małego, gdzieś pod lasem przycupniętego? Przecież i tu i tu odległość taka sama, może ewentualnie brakować atestu trasy, ale w zamian otrzymujemy więcej na mecie i na starcie. Jednak tu wali tłum, a tam biegnie nas paru. No, ale jak dla mnie nie ma znaczenia, czy bieg jest duży, czy mały. Czy biegnie taki tłum, ze nie można nas wzrokiem ogarnąć, czy tupta grupka, która na jednym zakręcie się zmieści.

Zarówno mniejszy, jak i wielki rozdmuchany bieg ma wywołuje podobny ogień, mimo, że różna jest podpałka. W tych wielkich czujemy pożar tysięcy serc i dusz pchający nas przed siebie. I nic się liczy tylko to, że jesteśmy my w tłumie, który wzajemnie się napędza. No, ale jak to pan Zagłoba powiadał w tłumie można i dech stracić. No, ale w naszym przypadku ta strata ma taki urok. Zupełnie inne są właśnie mniejsze biegi, gdzie mamy i luz i spokój i nikt nam pod nogi nie wbiega, ani my sami nikomu się nie blokujemy innych. Jak dla mnie nawet bardzo lubię w takich małych, lokalnych biegach, bo tam czuję że ta wojna moja z dystansem jest taka tylko moja. Natomiast w tych wielkich nagłośnionych biegach, to walczymy w tłumie, mimo że każdy osobno, ale wzajemne wsparcie się czuje. Dlatego właśnie wielkie biegi są wisienką na biegowym torcie, ale z drugiej strony sama wisienką się nie najemy, ani pełnego smaku tortu nie poczujemy. Dlatego małe biegi bez wielkich żyć nie mogą, a wielkie potrzebują małych byśmy my poczuli, co w tej naszej pasji biega.

„Biegam, bo chcę być lepszy niż byłem”

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Małgosiu masz rację. Nasz pasja, ale i świadomość i doświadczenie wypływające z każdego pokonanego metra wzrasta z każdym kolejnym krokiem. Muszę przyznać, że widziałem i czytałem wiele argumentów czy powodów dla których warto biegać. Praktycznie każdy portal wynajduje ich dziesiątki, czy setki. Ale najbardziej do mnie przemawia ten, który wrzucił pod moim wcześniejszym wpisem Lopez:  „Biegam, bo chcę być lepszy niż byłem”. To jest myślę istota czy też clue naszego całego tuptania. Wrzucam w całości ten komentarz, bo warty jest tego: „Ja biegam bo chcę być lepszym niż byłem.
Chce krok po kroku pokonywać swoje słabości . Każdy z nas nabierając doświadczenia jest zawodowcem , po pierwszym czy kolejnym półmaratonie czy maratonie jesteśmy silniejsi . I choć może rozpocząłem ma przygodę z bieganiem wraz z moja nadwaga cieszę się z każdego pokonanego kilometra. Z drugiej strony po co mi być zawodowcem , granica 4:30 jest dla mnie dużym wyzwaniem a wiem też ze raczej juz nigdy z racji wieku nie pokonam 3:10. Cieszę się z tego co mam i uśmiecham kiedy Was wszystkich widzę uśmiechniętych na starcie.:)”

I tak sobie myślę, czy właśnie nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Motto, które powinno każdemu z nas przyświecać, w paru prostych, ale jakże trafiających w sedno zdania rozszerzone. Masz całkowitą rację, po każdym kolejny starcie, niezależnie na jakim dystansie jesteśmy silniejsi, jesteśmy lepsi. Starty. czy nawet  samo bieganie nas hartuje, oraz nadaje naszemu życiu zupełnie innego blasku. Sami sobie ustalamy, a w zasadzie nie ustalamy, przekraczamy kolejne granice, które stosunkowo nie tak dawno wydawały nam się być nie do osiągnięcia. A jeżeli potrafimy przekroczyć granice biegowe, to dlatego nie możemy także życiowych? Bieganie pozwala nam zupełnie inaczej na swoje wewnętrzne ograniczenia spojrzeć. To dzięki niemu, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nagle odkrywamy, że nie ma barier, nie ma granic, nie blokad, których nie potrafimy przełamać.

Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli ktoś, kto nigdy w życiu nie biegał, nawet nie myślał, że może zacząć biegać, nagle pokonuje dystans 5 km,10 km, półmaratonu, a w końcu pełnego Królewskiego Dystansu, czyli 42 kilometrów z małym haczykiem, to znaczy, że nie ma w życiu zawodowym czy jakimkolwiek innym  dla niego czy dla niej rzeczy niemożliwej. Ze wszystkim sobie poradzi, przez każdą blokadę się  przebije, a przeszkody połykał czy też wsysał, jak makaron z talerza. Podsumowując, możemy napisać krótko: z każdym kolejnym kilometrem jesteśmy lepsi i to nie tylko jako biegacze, ale co chyba najważniejsze, jako ludzie. Rozumiemy innych, staramy się pomagać innym, nabieramy z jednej strony twardości w walce z sami samymi, a z drugiej otwieramy się na potrzeby innych. I kto wie, czy to nie jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze.

Dużo osób mówi, że startują w biegach zorganizowanych, by zmierzyć się z innymi  i zobaczyć, czy jesteśmy w stanie kogoś na trasie wyprzedzić. Jasne, są racy, którzy biegają dla miejsc, dla nagród, ale to chyba nie jest zbyt duży tłum biegaczy. Myślę, że dla większości z biegających największy rywal, którego pragniemy pokonać tkwi właśnie w nas samych. To są nasze blokady, nasze ograniczenia i nasze lęki. Z nimi głównie walczymy, je chcemy pokonać.  A czasy, miejsca i inne takie są tylko dodatkiem, do najważniejszego zwycięstwa, czyli pokonania takiej, a nie innej trasy. Fantastycznie to skomentował Krzysztof na portalu Bieganie: ” biegać ale nie patrzeć wciąż tylko na siebie, na swoje wyniki, ilość startów tylko czasem zostać pacemakerem, wolontariuszem a nawet organizatorem.”. I myślę, że to jest najbardziej odpowiadające wszystkiemu zdanie.

No i na ostatnie 10 dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, pierwsza przez sms


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub przez formularz


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16


Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

No to sobie pobzykamy

Jestem ciekawy ilu z nas wie, że dzisiaj mamy Dzień Pszczół:

„Z pewnością wiesz, jak ważne w życiu przyrody i człowieka są pszczoły. Dzięki temu, że zapylają kwiaty wielu roślin, możemy jeść nie tylko miód, ale też m.in. jabłka, wiśnie, maliny, cukinie, ogórki – na nawet niektóre produkty zwierzęce! To dlatego 8 sierpnia świętujemy Dzień Pszczół. Przyłącz się i świętuj razem z nami!

Co roku polskie rolnictwo dzięki pszczołom zyskuje ponad 4 miliardy złotych. Wiemy to z nowatorskiego raportu, jaki przygotowaliśmy dzięki akcji Adoptuj Pszczołę. A to tylko jedno z kilku działań, które możliwe jest dzięki ponad 8 tysiącom adoptujących. Wciąż trwa Wielki Spis Zapylaczy, czyli badania nad kondycją pszczół i innych owadów zapylających w Polsce, prowadzone między innymi we współpracy z Wydziałem Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

W ramach Spisu prowadzimy Monitoring Pszczół. To badanie jest pierwszym w Polsce tak dużym projektem nauki obywatelskiej, czyli takiej, w której częścią zespołu badawczego stają się zwykli ludzie. Do tej pory w badanie pszczół włączyło się ponad 2500 osób z całej Polski! Co niesamowite, do monitoringu trafiły też zdjęcia pszczoły, której nie obserwowano w naszym kraju od 70 lat, czyli zadrzechni fioletowej! Jeśli i Ty też wysłałeś nam swoje zdjęcie, spróbuj je odnaleźć na tej pięknej mozaice:
http://grnpc.org/mozaika
. A jeśli nie, nadal możesz dołączyć do badania. Zajrzyj koniecznie na monitoringpszczol.pl i przekonaj się, jak to działa!

A może chcesz dowiedzieć się więcej o pszczołach i innych zapylaczach? Jeśli tak, mamy dla Ciebie trzy różne pszczele kursy, które pozwalają w wygodny sposób dowiedzieć się, jak zbudować hotel dla zapylaczy, jak uprawiać ogród przyjazny pszczołom oraz co im zawdzięczamy i jak jeszcze możemy im pomóc. Na kursy zapiszesz się na stronie monitoringpszczol.pl/kursy. Zapraszam!

Jak widzisz – dużo się dzieje. A przecież nasz projekt badawczy to tylko część akcji Adoptuj Pszczołę. W ciągu trzech lat wspólnie stworzyliśmy wielki pszczeli ruch – prowadziliśmy lokalne działania, budując hotele dla zapylaczy, następnie odbudowaliśmy pszczelą populację w Przyczynie Dolnej i przekształciliśmy Wschowę w pierwszą gminę przyjazną pszczołom. Już we wrześniu ruszy czwarta edycja Adoptuj Pszczołę - tym razem chcemy doprowadzić do trwałego zakazu stosowania tych pestycydów, które są najbardziej niebezpieczne dla pszczół, a także kontynuować badania nad zapylaczami. Mamy nadzieję, że do nas dołączysz. Więcej informacji już wkrótce :)”

Nie ukrywam, że sam należę do pokolenia wychowywanego na pracowitej i wiecznie zbuntowanej pszczółce Mai, oraz jej wiecznie śpiącego i głodnego przyjaciela czyli Gucia.  Z wielką estymą podbiegam do bzykających pracowitych owadów, dzięki którym miód jest wytwarzany. Dlatego z okazji dnia pszczół trzykrotne: bzyk, bzyk hura; bzyk, bzyk hura; bzyk, bzyk hura No to sobie pozapylamy i adoptujemy pszczółkę.

No, a jeżeli komuś coś innego w związku moim dzisiejszym tytułem się skojarzyło, to nie moja wina, że macie takie zboczone myśli.

Gdzie szukać butów do biegania

Czasem zupełnie nagle dopada nas myśl, którą nagle należy się podzielić. No i tak na szybko nasunęła mi się właśnie dzisiaj, przed chwilą jeszcze jedna myśl, dotycząca tego, co nam daje bieganie. Sam o tym zbyt często nie pisałem, ale myślę, że to ważny element. Bieganie, co jest chyba w nim najważniejsze  zwiększa naszą odporność. Piszę tu oczywiście o odporności na przeróżne choroby, szczególnie przeziębienia, zaziębienia i inne takie.

O tym pamiętajmy, kiedy decydujemy się ruszyć  w codzienny tan. Kiedy powoli się szykujemy  i wkładamy nasze treningowe buty do biegania.  Taki codzienny trening, to jest super sprawa. To nie tylko budowanie formy, ale także hartowanie organizmu. Ale tutaj nie możemy zapominać o jednym, jakże ważnym szczególe. Biegać należy nie tylko nogami, ale przede wszystkim z głową. I dlatego pamiętajmy, że najważniejsze jest skuteczne unikanie kontuzji. Aby skutecznie ich unikać, bardzo ważny jest odpowiedni wybór butów. Każda osoba biegająca wie, że buty to rzecz szczególnie ważna w tuptającej pasji.  Bo inne są nam potrzebne na bieganie w terenie, a inne, kiedy tuptamy po szosie. Są zapewne i zapaleńcy, którzy mają jeszcze inne, specjalne przystosowane  do biegania w parku. W tej chwili oferta biegowa jest bardzo szeroka i rozbudowana, że nie ma problemu z wyborem butów pod poszczególny teren i warunki.  Ciekawa nawet oferta jest zamieszczona  w
https://www.360sklep.pl/buty-do-biegania
.

Muszę przyznać, że sam niedawno dopiero zacząłem zwracać uwagę na takie detale jak rodzaj bieżnika, czy buty posiadają wodoodporne membrany, czy może amortyzację. A jak wygląda w ich przypadku obciążenie stawów, czy też ścięgien?  Jak wpływają na nasze nogi, stopy? Z pewnością wpływ  jest spory, dlatego kupując buty warto zwracać uwagę na różne szczegóły. Zresztą buty do biegania to nie wszystko  Użyję magicznego zwrotu „zobacz więcej”, czy jak kto woli „kliknij tutaj”
https://www.360sklep.pl/
,

a sezam się otworzy.  Taki „hokus pokus” ukazujący nam całą możliwą ofertę. Bo biegać trzeba mieć w czym. Nago i boso to jest fajne, ale dla patrzącego z boku, czy dla biegnącego… wolę nie gdybać.

 Ale przyznam, że ostatnio uświadomiłem sobie jedno.  Moja wytrzymałość, czy wręcz odporność na choroby i zaziębienia właśnie dzięki bieganiu wzrosła niesamowicie. Może faktycznie z reguły byłem dosyć odporny i mało chorowałem, ale to co jest teraz, to przechodzi najśmielsze wyobrażenia. W ostatnich 4 latach zaziębiony, kiedy musiałem zostać w domu byłem trzy, góra cztery razy. Bez wątpienia ruch na powietrzu dobrze mi robi. I wszystkim co mam mogę się śmiało podpisać pod własnym hasłem: bieganie, ruch robi zdrowszym. Tyko pamiętajmy o jednym, jak bieganie, to w dobrych butach, bo obetrzeć place czy stopy, to nie sztuka.

„Nie mam hamulców” czyli kolejny parkrun za nami

Co do dyskusji, która rozgorzała w zeszłym tygodniu, to zgadzam się ze wszystkimi, że temat jest już zakończony i nie ma co do niego wracać. Jeżeli ktoś ma coś jeszcze do kogoś, to można to w cztery oczy sobie wytłumaczyć bez wyciągania na forum. Wielkie dzięki dla wszystkich osób, które dzisiaj uważały że jednak dobrze, że temat wypłynął, gdyż ostudził emocje. Nie ukrywam, że to było moim celem. No, ale już koniec i pax między nie ważne jakiej wiary. No i jeszcze większe dzięki dla wszystkich z naszej parkrun ekipy, którzy oficjalnie poparli moją kandydaturę w plebiscycie

Dzisiaj rano zgodnie z planem udałem się na Cytadelę. W końcu to dzisiaj oficjalnie kończył się czwarty sezon poznańskiego parkrun. Wszystkie niewiadome związane z miejscami wśród zwycięzców zostały już wcześniej wyjaśnione, więc można napisać, że dzisiaj mógł się odbyć jak to światku kolarskim się mówi: „etap przyjaźni”.  Poranny chłodek, oraz chwilę później nabiegający upał, a do tego letni okres z pewnością nie sprzyjały frekwencji. I faktycznie dzisiaj było trochę mniej osób niż zazwyczaj. Jak zwykle z każdym znajomym miło się witaliśmy, parę słów zamieniliśmy i nadbiegł czas udania na start. A tak na marginesie Wiesławie, Twoja prośba w związku z komentarzem spełniona.

Na starcie tym razem poszedłem na sam koniec, by nie spiesząc się móc w spokoju każdym krokiem się radować. No i ruszyliśmy, jak zawsze każdy w swoim czasie i rytmie. Biegłem spokojnie, jednak z każdym kolejnym metrem czułem  delikatną potrzebę przyśpieszenia. A to kimś, kto biegł przede mną chciałem parę słów zamienić, a to znowu za kimś innym pogonić. Każda osoba, która biega doskonale wie, o czym skrobię. W pewnym momencie, kiedy zbiegaliśmy z niewielkiej górki, nagle słyszę za sobą głos: „ Paweł, na parkrun nie mam hamulców”. Nie zdążyłem się nawet obrócić, gdyż nagle obok przemknął Zbyszek, którego „setka” na koszulce tylko mi mignęła. No i już wiadomo skąd tytuł wpisu.

Potem bieg układał się zgodnie z moim założeniami. Tuptałem sobie spokojnie, bez zbytnich przyśpieszeń. Muszę przyznać, że z każdą chwilą było coraz cieplej i to w jakiś sposób działało spowalniająco. Bo kto widział w upale szybko biegać. No, ale ostatnio mam trochę inny system biegania. Kiedyś zaczynałem szybko ( jak na moje możliwości) i potem powoli słabłem.  Teraz zaczynam ze spokojem i luzem, ale z każdym kilometrem staram się przyśpieszyć. I muszę przyznać, że wynik jest interesujący. Tak, w okolicach 4 kilometra mijam pana, który idzie. Próbuję go zachęcić do biegu. Kawałek pobiegł, potem jak sam stwierdził : „ za szybko zacząłem i braknie pary”. „No tak” pomyślałem „tak czasem bywa”. Biegłem dalej. Tuż przed wbiegnięciem na ostatnią prostą mijam panią, której chyba także sił braknie. Także próbuję ją poderwać do wysiłku na tych ostatnich metrach. No i pobiegliśmy. Z każdym metrem coraz szybciej, a już na samej mecie pani oczywiście przybiegła przede mną. Taka w niej była moc, że hej.

Potem jeszcze klasyczne miłe pożegnanie ze wszystkimi znajomymi i można gnać do domu. Tak czasem bywa, kiedy robotę na weekend do domu się zabiera. Takie już czasem życie bywa. Miłego weekendu i niech tuptająca moc Was popędza.

No i na koniec stały i do września niezbędny tekst:


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub
https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16
Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana.

Pić czy nie pić – oto jest pytanie

Tak, żeby było jasne to pytanie hamletowskie dotyczy popijania w czasie biegu treningowego i zorganizowanego, a nie naszego narodowego procentowego brania. Wszyscy bez wyjątku mówią że picie na trasie jest bardzo ważne, że trzeba się nawadniać, uzupełniać płyny. W czasie praktycznie każdego zorganizowanego startu od 10 kilometrów wzwyż co średnio 5 kilometrów mamy ustawione wodopoje. W przypadku trochę „biedniejszych” biegów znajduje się na nich tylko woda. Kiedy mamy bieg wielki, godny i bogaty, to święta spożywcza trójca: woda, izotonic oraz cukier lub czekolada. A i czasem można buziaka dostać. A to bardziej napędza niż wszystkie konsumpcyjne wsparcia.

No, ale wracam do istoty tematu. Kiedy w czasie takiego biegu zorganizowanego dobiegamy do wodopoju, to dopiero mamy sceny. Jedni biorą szybki łyk, zabierają kubek i popijając biegną dalej. Inni stają delektując się każdym łykiem czy kęsem. No, a ja mam problem. Jestem klasyczny biegacz wielbłąd, co to pić nie musi. Może czasem zmoczę sobie usta, innym razem wyleję zawartość kubka na głowę. Raz, by nie być takim odmieńcem zdarzyło mi się zdarzyło pić izo podczas maratonu i efekt wcale nie był pozytywny, wręcz odwrotnie. No i od tego czasu, to moja blokada tylko się powiększyła. No, ale się zastanawiam, czy gdybym jednak pił tak jak wszyscy, to może wyniki by były lepsze? A może wcale nie? Cholera wie i bądź tu mądry i pisz wiersze. No, ale rymowanki nawet łatwiej mi wybiegają. Przebiegłem się po necie szukając odpowiedzi na to pytanie. I okazuje się, że istnieje wiele rozbieżności, wątpliwości a jeszcze więcej niejasności. Jedni mówią pij, pij a będziesz wielki. Chociaż w naszym przypadku, może nie wielki, ale szybszy. Inni negują twierdząc, że człowiek nie ryba i potrzebuje tyle wody, ile organizm sam będzie potrzebował. No i chyba to jest najlepsze stwierdzenie. I odpowiedź na zadane  pytanie. Pić? Jak najbardziej, ale z głową i ile sami czujemy, że potrzebujemy. Natomiast po biegu. Oj po biegu to pijemy, a najlepiej to chyba piwo. Bo piwo po biegu najlepiej smakuje. I co najważniejsze uzupełnia to, co nam uciekło.

Temat jest szczególnie ważny teraz, kiedy mamy lato. Owszem to nasze lato, jak na razie jest takie trochę „popierdółkowate” ale lato jest i są dni, kiedy jest na dworze ciepło. No i biegać w upale czy nie biegać w upale. Pytanie jest tak samo poważne i sensowne, jak to czy biegać zimą, czy nie biegać zimą. A może nie biegać wiosną, albo jesienią? Napiszę krótko: biegamy wtedy kiedy chcemy i odczuwamy potrzebę. A czy jest wiosna, jesień, lato, zima czy cały rok, to już zależy od nas, kiedy nam pasuje. I myślę, że to chyba zamyka temat.

No i na koniec stały i do września niezbędny tekst:


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16
Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana.

Cztery lata minęły…jak jeden dzień

No i mamy kolejny piątek co oznacza rozpoczęcie nowego weekendu. Jak od paru lat każdy, tak i ten będzie rozpatrywany pod względem biegowym. Co w tuptającej weekendowej trawie biegacza amatora piszczy. Tak jest, ale jutrzejsza sobota będzie bez wątpienia wyjątkowa. Mój ulubiony, cotygodniowy bieg czy parkrun w Poznaniu będzie odchodził, chociaż w tym przypadku lepiej napisać obiegał swoją 4 rocznicę istnienia. Tak, tak to już 4 urodziny mojego ulubionego biegu. Co by było śmieszniej data ta jest bardzo zbliżona do daty rozpoczęcia mojej przygody biegowej. Piorun biegowy trafił mnie niecały miesiąc po starcie poznańskiej edycji parkrun czyli 1 sierpnia. Na początku tylko trenowałem, a mój pierwszy oficjalny bieg był podczas Biegu z Klasą we wrześniu 2012 roku. I we wrześniu pobiegłem tu, pobiegłem tam. No i tam poznałem Januarego. Tak January… Dla nasz wszystkich, którzy trochę dłużej na parkrun przybywają postać Januarego głęboko jest wryta w serca. Jak dziś pamiętam nasze pierwsze spotkanie podczas jednego z moich pierwszych tuptań: „wiesz co ( January z każdym od razu przebiegał na Ty), jest na Cytadeli taki bieg parkrun, weź zarejestruj się na stronie, wydrukuj kod i przyjdź. Zobaczysz, nie pożałujesz”. No i tak zrobiłem i 4 października 2012 roku, trochę ponad 2 miesiące od startu poznańskiej edycji pojawiłem się na parkrun. No i wpadłem na dobre. Od tego czasu wystartowałem w sumie w 176 parkrun, z czego 170 w samym Poznaniu na Cytadeli.Tak na marginesie fajnie by było jutro Januarego wspomnieć.

No i jutro mijają równo 4 lata od urodzin poznańskiego parkrun. Dla mnie jest to bieg wyjątkowy. Tak się zastanawiam, czy gdyby właśnie nie parkrun moje biegowa pasja by dalej płonęła swoim szaleńczym ogniem. Bo właśnie to, że mogę tu tydzień w tydzień na takim samym dystansie z takim samym poziomie trudności się zmierzyć. I to jest takie w tym wszystkim cudowne i wspaniałe. A do tego, a może szczególnie ta sama biegająca ekipa z którą od tych prawie 4 lat się znamy. Do grudnia zeszłego roku nasza ekipa była stała i praktycznie niezmienna. No i nadbiegł ten wyjątkowy bieg 27 grudnia, gdzie ustanowiliśmy chyba kontynentalny frekwencyjny rekord. Może z cotygodniowymi stratami w kolebce parkrun czyli Bushy Park , gdzie zdarzały się przypadki, że i 1400 osób pobiegło, czy chyba gdzieś w Australii, gdzie także ponad 1000 biegaczy nie licząc kangurów, koali i innych takich rozbieganych stworzeń. A wyobrażacie sobie misia koalę biegnącego na parkrun

koala sprinter

A tak wygląda koala po starcie i wciągnięciu liścia eukaliptusa, bo coś po takim wysiłku mu się należy od życia.

Wracając do poznańskiego parkrun. W tym roku frekwencja w porównaniu ze wcześniejszymi latami zdecydowanie się poprawiła. W tej chwili w kraju nie mamy konkurencji, a poza wyspiarskimi krajami zapewne jesteśmy ścisła czołówka.  A wszystko dzięki temu jednemu wielkiemu biegowi. Ostatnio zerknąłem na stronę Parkrun Polska i doliczyłem się już 38 lokalizacji. Jedna Swarzędz, który jest na liście jeszcze nie pobiegł, ale zapewne wcześniej czy później ruszy. Tak, Parkrun to jest wyjątkowa inicjatywa. Każdemu kto jeszcze nie biegł, a ma gdzieś w okolicy, to ze szczerego serca życzę. Nie ma takiego drugiego biegu, który odbywa się tydzień w tydzień z pomiarem czasu, pełną statystyką i biegów i poszczególnych zawodników i do tego jest za darmo. Takie coś tylko na parkrun i do tego jutro w Poznaniu.

No i Francja w finałach EURO, kto by pomyślał. Cholera, gdyby nie ten pechowy karny, to kto wie, czy ten tytuł nie byłby nasz, bo poza Niemcami nikt by nas nie mógł pokonać. Bo co tam fani żab. W 1982 w meczu o 3 miejsce MŚ daliśmy im w kuper. Z drugiej strony patrząc na wczorajszy mecz, odniosłem wrażenie, że w Niemieckiej drużynie grali same eunuchy. Zabrakło im wczoraj „jaj”. Z drugie strony nie jestem rasistą, wręcz przeciwnie bardzo tolerancyjny, ale widzieliście ilu czarnoskórych zawodników grało we francuskiej drużynie? Przecież Napoleon. De Gualle o innych nie wspomniawszy w grobach się przewracają.

No i na koniec stały i do września niezbędny tekst:


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16
Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana.