Zakaz handlu w niedzielę? Gwóźdź do trumny Ustawodawcy,

Nie planowałem już dzisiaj wpisu, ale czasem mnie dopadają różne refleksje, często nie związane z naszą pasją, którymi lubię się dzielić. Z racji, ze dzisiaj niedziela, wolny dzień wybraliśmy się do IKEA, gdyż od jakiegoś czasu biega nam po głowie zakup meblowy. Wiadomo, że są zakupy, które wymagają poświęcenia trochę więcej czasu. Musimy się zastanowić, przejrzeć ofertę, zobaczyć w jednym sklepie, drugim sklepie, nie na już i nie na chybcika. Takich zakupów nie ma możliwości robienia wtedy, kiedy na co dzień pracujemy, tylko wtedy,kiedy możemy jakiś dłuższy fragment dnia z życiorysu wyrwać. W naszym przypadku jest to niedziela, więc dlatego dzisiaj się na taki rekonesans wybraliśmy.

Podjeżdżamy pod IKEA, a tam szok. Cały parking zapchany samochodami, ani szpilki wcisnąć. Najpierw z pół godziny kręciliśmy się dookoła, zanim udało się zaparkować. Potem wchodzimy do środka, a tam tłum taki, że nie ma jak się poruszać. Z lekka poirytowani oblecieliśmy sklep, zobaczyliśmy co nas interesuje, wzięliśmy coś do kupienia i podchodzimy do kasy. Kolejka na co najmniej kolejne pół godziny stania. Nie czekając odłożyliśmy co tam mieliśmy i wyrwaliśmy się ze sklepu wracając do domu. Muszę przyznać, że kiedy widziałem te gigantyczne tłumy przemieszczające się w sklepie, tysiące samochodów, które stały pod IKEA, oraz innymi sklepami na Franowie, to nie chcę sobie wyobrażać, co będzie się działo, kiedy zostanie wprowadzony zakaz handlu w niedzielę. Już pominę gigantyczne straty finansowe pracodawców, zwolnionych pracowników czy studentów którzy w weekendy nie będą mogli dorobić. To jest problem na linii pracodawca – pracownik i tych, którzy nie pracują w sieciach to nie dotyczy. Z drugiej strony rozmawiałem z paroma osobami, które pracują w sieciach i ich opinia o pracy w niedzielę jest w zasadzie jednoznaczna. Oni chcą pracować, bo im się to opłaca. Jednak jest to problem na linii, która większość z nas nie dotyczy. Najwyżej Państwo będzie miało więcej bezrobotnych.

Problemem jest to, jak zareagują klienci, przyzwyczajeni do weekendowego spędzania czasu w sieciach handlowych. Dla nas, biegających to mniejszy problem, bo zrobimy sobie wybieganie i złe myśli odpłyną w siną dal. Ale co z resztą tzw „zakupoholików”, których wcale nie jest tak mało? Ci, dla których których nie ma niedzieli bez spędzenia prawie całego dnia w jednym, drugim czy trzecim centrum handlowym. Nie chcę być czarnym prorokiem, ale rząd, który przegłosuje taką ustawę, może liczyć się z wybuchem poważnych zamieszek, a kto wie, czy nawet nie rewolucji. Ludzie, kiedy nie będą mogli pójść do sklepów, to wyjdą na ulicę.

Tak na marginesie, ja pamiętam czasy, kiedy handle był od poniedziałku do piątku maksymalnie do 18.00, następnie co w drugą sobotę, a o pracującej niedzieli nikt nawet nie myślał. Ale „to se nevrati” i jak ktoś planuje taki przewrót, to musi się liczyć z poważnymi konsekwencjami takiego działania

Zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami jutro wrzucę treść pism, które otrzymałem z Opla oraz POSIR-u na temat zniknięcia z biegowej mapy Poznania cyklu: Biegaj z Opel Szpot. Będą to na razie same pisma bez mojego komentarza, gdyż chciałbym, aby każda zainteresowana osoba mogła swoje zdanie w tym temacie wyrobić. Dyskusję spróbuję uruchomić dzień później, kiedy wstawię mój komentarz. Nie chcę wszystkiego wrzucać w jeden tekst, by zbytniego zamieszania i chaosu informacyjnego nie wprowadzić. Tak będzie czas na zapoznanie i przetrawienie informacji, a dyskusję zaczniemy na chłodno dnia następnego.

Dlaczego „Biegaj z Opel Szpot” zniknął znad Malty?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany, oczywiście zgadzam się z Tobą, że Cytadela By Night powinna się znaleźć n liści wyjątowych projektów biegowych. Masz rację Macieju, pamiętam darmowe kółka Szpota dookoła Malty. Nie tylko młodzież i dzieci tam biegały. Kiedy zaczynałem moją przygodę biegową 5 lat temu, to pamiętam że sam się w nim przebiegłem. Tak jak wspomniałeś nie było wyników, dodatków tylko sam bieg w miłym towarzystwie. Pamiętam, że tam właśnie spotkałem śp. Januarego, który opowiedział mi o Parkrun. To przykre, że taka fajna inicjatywa została zgaszona przez chciwość POSIR-u organizacji, która ze swoich statutowych zapisów powinna wspierać takie sportowe inicjatywy. Jak podawała w styczniu strona Opel Szpot: „ Z przykrością musimy poinformować o trudnej dla nas decyzji, a mianowicie o odwołaniu zaplanowanej na 28 stycznia 2017 roku inauguracji 11-tej edycji biegów z „Biegaj z Opel Szpot”. Nie udało nam się osiągnąć do połowy stycznia porozumienia z gestorem terenów nad Maltą – Poznańskimi Ośrodkami Sportu i Rekreacji, a postawione przed nami nowe warunki finansowe są nie do zaakceptowania.Ciekawe jak POSIR podwyżkę tłumaczył, ale znając życie nie tłumaczy, bo po co. Wszak POSIR to pan i władca nad sportowymi projektami w naszym regionie władzę trzymający. Wysłałem do POSIR-u pytanie takiej treści:

„W imieniu środowiska osób biegających poproszę o informację, dlaczego podnieśliście Państwo ceny za wynajem miejsc biegowych dla darmowego projektu ” Biegaj z Opel Szpot”. Przecież zgodnie z Państwa celami statutowymi powinniście indywidualnie podchodzić do tego typu projektów i wspierać te, które mają na celu propagowanie ruchu w społeczeństwie naszego miasta. Projekt ten był przeznaczony głównie dla dzieci i młodzieży i osób, które zaczynają swoją przygodę biegową, a dodatkowo pozbawiony zadania zarobkowego. Przykre jest to, że zniszczyliście Państwo ten projekt, który był wielką frajdą dla dzieci i promował bieganie jako najprzyjemniejszą formę spędzania czasu. Poproszę o podanie racjonalnych powodów zniszczenia tej wspaniałej inicjatywy”

 Znając życie odpowiedź nie nadbiegnie, bo po co się tłumaczyć, a prawo rynku jest proste: kto chce biegać nad Maltą niech płaci. Czekam kiedy wejście każdej osoby nad Maltę też będzie płatne. Będę ustawione specjalne wejściomaty i każdy, kto będzie chciał sobie pospacerować czy pobiegać nad Maltą będzie musiał kupić bilet uprawniający do przebywania nad tym jeziorem tak jak w parkomatach w strefie postoju. Za godzinę przebywania nad Matlą np. 1 PLN, za dwie już 3, a za trzy np. 5. No i oczywiście dookoła jeziora chodzący municypialni i sprawdzający kto opłacił wejściówkę, a kto nie. Jaki biznes dla miasta i POSIR-u. Z drugiej strony jeżeli Miasto musiał zapłacić Kościołowi Jan Jerozolimskiego za Murami kupę kasy za to, by Kolej Parkowa Maltanka mogła jeździć, to trzeba było tą kasę gdzieś zdobyć. Dlatego dlaczego nie od biegających. 

A może sprawa ma drugie dno, którego nie znamy, a ani jedna, ani druga strona nie chce go ujawnić. Zasada jest prosta. Jak nie wiadomo o co biega, to zapewne biega o kasę.

Suma wszystkich pechów

Na początku, tak żeby było jasne i zrozumiałe. Nie jestem przesądny, nie wierzę w jakieś tajne siły, chochliki czy inne cholery, które tylko patrzą, jak nam życie utruć. Nie wierzę w przesądy i inne takie tłumaczące te, czy inne porażki. Jednak muszę przyznać, że nad moim startem w maratonie warszawskim wisi jakieś dziwne fatum. Wszystko zaczęło się w zeszłym roku, kiedy planowałem po Wrocławiu, jakby z marszu zaliczyć Warszawę i zagarnąć Koronę Maratonów Polski jednym wyciągnieciem ręki. Niestety moja pewność siebie graniczaca niemal z pychą została odpowiednio ukrana i we Wrocławiu stało się, co sie stało i w efekcie ze startu w Warszawie wybiegła pupa.

W tym roku postanowiłem, ze jednak o Koronę będę walczył i potwierdziłem mój start w Warszawie. Nawet zgodnie z zasadami sztuki zacząłem się przygotowywać ze sporym zapasem czasowym, by mieć wszystko pod kontrolą i by uniknąć nie do końca miłych niespodzaianek. Niestety, jakieś dziwne fatum, które od zeszłego roku nad maratonem warszawskim wisi nie chce za cholerę odpuścić. A tu jaiś kolejny uraz się przyplątał, a tu klasyczna niechęć treningowa, a tu jakieś inne, ważniejsze od biegania zadania. No i efekt jest taki, że do maratonu niecały miesiąc, a ja treningowo jestem w czarnym niebycie i nie mam wizji, jak z tego niebytu się wyrwać. Wiadomo, że trzeba wziąć się w garść i zacząć ostro trenować, tylko, że ostry trening znowu będzie groził urazem. Może więc spokojnie i na luzie zaplanowane kilometry robić? Tylko ile ich robić, by raz nie znowu nie przegiąć, a dwa by zrobić tyle, żeby jednak dać radę na trasie.

Muszę napisać, że jak na razie nie mam wizji, jak do tematu podbiec, mając w podświadomości zapisane, ze ten pech nad startem wisi. A może właśnie to los mi specjalnie rzuca pod nogi kłody, by sprawdzić moje samozaparcie, wytrzymalośc i upór w sytuacjach, kiedy normalnie powinno się napisać, ”  a ja mam to wszystko tak głęboko i nie jadę, bo po co”. Owszem jest to wyjście z sytuacji, ale ja jeżeli nic nie wymusi jednak mojej nieobecności w Warszawie, zrobię wszystko, by w strefie staru się pojawić. W końcu, jak mawiał klasyk : co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Różne inicjatywy biegowe

Na początu jak zawsze w tym miejscu i czasie. Nie Robert III masz rację, gdyż jak to głosi stare przyszłowie, a w zasadzie rzymska sentencja: śpiesz się powoli, a daleko zajdziesz, chociaż w naszym przypadku powinniśmy to zmienić na dobiegniesz. Hmm ciekawa wizja na nowy wpis – dzięki. Energy Drink z tym geniuszem to była oczywiście ironia, ale masz rację,  brak wrażliwości społecznej przez twórców wiadomej reklamy zasługuje na najwyzsze potępienie.

Olbrzymi rozwój naszej pasji powoduje, że na biegowym rynku co rusz pojawiają się nowe, bardzo intersujące inicjatywy biegowe. Większość z nich jest oczywiście płatna, ale część tak nie do końca. Szczególnie te, które są organizowane przez różnych tuptajacych zapaleńców w stylu Roberta dłużej znanego, który nie raz i  nie dwa wykłada własną kasę, by nam biegaczom było lepiej. Robert ma już na rozkładzie całkiem przyzwoitą kolekcję różnych, zorgranizowanych przez siebie biegów. Do tej pory odbywją się one na trasie parkrkun na Cytadeli. Powód jest logiczny. Jest to trasa za którą nie trzeba płacić, którą nasza grupa doskonale zna, do tego oznaczona, kilometraż znany, a przy organizowaniu biegu za free trudno jeszcze płacić za miejsce.

Jak pisałem do tej pory Robert wiódł organizacyjny prym na Cytadeli. No, ale wczoraj pojawił się nowy gracz. To kolejny z naszej parkrun ekipy, czyli Grzegorz Paweł postanowił zorganizować radosną dyszkę, dla tych, którym będzie chciało się w tygodniu na Cytadelę wyrwać. Nie dokonał tego sam, gdyz z nieocenioną pomocą Roberta dłużej znanego, który tajniki organizowania startów na Cytadeli, ma w małym palcu u lewej, albo prawej nogi. Byłem bardzo ciekawy ile osób się na Cytadeli na takiej mało formalnej imrezie tuptającej zjawi. Grzegorz zapowiedział, że jeżeli będzie ponad 30  osób to wyniki będę wrzucone do Ligii Biegowej..Na moje oko było zecydowanie ponad wymaganą ilość, ale o tym za chwilę.

Sam bieg jak to na parkrun, tyle że razy dwa, czyli dziesięć kilometrów. Oznacza to, że dwa razy robiliśmy naszą ulubioną trasę. Ku mojemu zdziwieniu, oprócz stałej, znajomej ekipy, pojawiło się parę osób spoza naszego parkrun świadka. Super pogoda, co prawda na drugim okrążeniu już ciemnawo się robiło, ale daliśmy radę. Impreza super, Grzegorz jako Org prowadzacy dał radę, nawet wodę dostarczył, dzisiaj mają być oficjalne wyniki, więc czego chcieć więcej.. Co prawda po przedwczorajszej jedenastce na ostro wczoraj biegłem na dużym luzie, a jak to Wiesiu określił : truchcikiem, ale 58 minut złamałem, czyli bez szału, ale na pewnym poziomie przyzwoitości. Jak to jeden z Panów, który mnie po drodze mijał powiedział: trasa parkrun na poznańskiej Cytadeli to najlepsza treningowa trasa. I chyba coś w tym jest. Nie ma jak tuptanie w klimacie naszej Cytadeli. A kolejny start tym razem znowu made in Robert czyli Cytadela By Night zbliża sie wielkimi krokami. I znowu będzie do wyboru piątka albo dyszka, bo Grzesiu nam wyboru nie dał, albo wszysko, albo nic, co oznaczało dysza albo dyszka. No i pobiegliśmy wszystko, czyli dyszkę. Z drugiej strony raz i półmaraton też już na Cytadeli pobiegliśmy, co oznacza, ze to miejsce jest dobre na wszystkie wyzwania i każdego tuptającego z otwartymi ramionami przyjmie.

Co do ilości wczoraj tuptających, jeżeli ja zająłem podczas luźnego biegu, (ale nie byłem ostatni) 35 miejsce, to myślę, że około tych 40 osób musiało być. Czyli taki miły trening na czas w super towarzystwie.

Jak to jest z popularnością dyscyplin sportowych w Polsce

Od czasu do czasu zdarza mi sie  na blogu poruszać trochę inne tematy, niż tylko z bieganiem związane, ale ogólnie sportem, czasem historią, polityką sferami społecznymi i innymi. Szczególnie popołudniowa niedziela jest dobrą porą na odetchnięcie od standardowej tematyki bloga. Dlatego do porannego tematu, oraz paru refleksji, które mi się nasunęły wrócę jutro rano.

Pytanie, które teoretycznie jest bardzo łatwe, gdyż wielokrotnie analizowane oraz opracowywane przez szereg różnych żródeł mniej czy bardziej zawodowych. Badania są wykonywane pod wieloma kątami i punktami widzenia,jednak wnioski, które płyną z tych badań są praktycznie jednoznaczne. Wynika z nich, że top 3 to piłka nożna, piłka siatkowa, skoki narciarskie. Czwarte miejsce rezerwowane jest dla piłki ręcznej, a następnie w różnych prztasowaniach: lekkoatletyka, biegi narciarskie, żużel,koszykówka, boks i ostatnio nawet MMA. Tak mniej więcej przedstawia się top 10 dyscyplin sportowych w naszym kraju. Zdjęcie, które ten wpis prowadzi jest sprzed paru lat gdyż nowszego nie znalazłem, ale nie sądzę, by oficjalne dane uległy jakimś drastycznym zmianom.

Teoretycznie wszystko się zgadza, jednak mam tutaj pewne „ale”, Wszystkie opisywane analizy badają problematykę popularności pod względem medialnym. Na zasadzie ile osób ogląda, ilub kibiców przychodzi na miejsca danych wydarzeń sportowych. Można napisać, że badany jest potencjał reklamowy, potencjalnych wpływów oraz możliwości inwestycji takiej czy innej w daną dyscyplinę, reprezentację, klub czy inne takie. Pytanie chciałbym jednak postawić inne. Jak popularność medialna ma się do rzeczywistej popularności danej dyscypliny w naszym kraju. Gdzie przez rzeczywistą popularność rozumiemy ilość naszych rodaków uprawiajacą przedstawioną dyscyplinę według własne często, a nawet głównie amatorskiej pasji.

Ktoś może śmiało napisać, że piłka nożna jest poza jakimkolwiek zasięgiem. Jak podaje Wikipedia wg danych na 2012 rok w Polsce mieliśmy prawie 7000 zarejstrowanych klubów, ponad 18 tysięcy drużyn seniorów i seniorek i ponad 5000 tysięcy drużyn młodzieżowych, w których grało łącznie ponad 930 tysięcy zawodników i zawodniczek. Do tego jeżeli dołożymy miliony, które się pasjonują tą dyscypliną i od czasu do czasu grywają w parkach, to wynik nieosiągalny dla innych. No, ale już przechodzę do tego, co dla nas jest najważniejsze, czyli bieganie. Jest to w sumie skromna i mało medialna pasja, która nie wyzwala aż takich emocji. Trawają w ten weekend Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce. Mamy transmisje w TV, informacje na portalach są wrzucane, ale jakoś  nie widać tego narodowego napięcia. które obserwujemy np przed ważnym meczem piłkarskim. Ot dzień jak co dzień, jakieś zawody będą się odbywały, ktoś obejrzy, a ktoś może nie. Można podsumować, ot tak sobie dyscyplina niszowa, nie wiedzieć po co czas antenowy zajmujący.

Jednak, kiedy wyjdziemy na ulice, do parku, gdzieś gdzie można i gdzie jest miejsce i spojrzymy w prawo, sppjrzymy w lewo to dojdziemy do wniosku… że cała Polska biega. Nie ma dnia, abym nie wiedział jadąc do pracy, wracając z pracy czy podczas mojego osobisego treningu, dziesiatek biegających osób. Z pewnością jest ich więcej, niż tych, którzy biegają na boiskach za piłką. Bardzo ciekawe opracowanie znalazłem na ten temat na stronie Przeglądu Sportowego z zeszłego roku

„Instytut Badań Rynkowych i Społecznych wspólnie z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki przeprowadził w marcu badania na temat popularności biegania jako aktywności fizycznej Polaków. Wyniki są dla entuzjastów joggingu bardzo optymistyczne. Jeszcze kilka lat temu szacowano, że jakąkolwiek aktywność uprawia około 30 proc. Polaków, w tym bieganie – 10 proc. Badanie PZLA i IBRIS pokazuje wyraźnie, że odsetek ten wzrósł ponad dwukrotnie. Dziś biega bowiem prawie 22 proc. z nas!

Statystyczny Polak-biegacz:

– trenuje 2-3 razy w tygodniu (63,6 proc.) lub codziennie (19,7 proc.),

– biega od pięciu lat lub dłużej (35,2 proc.) / spory odsetek biegaczy też od 3 do 5 lat lub od pół roku (odpowiednio 22,6 proc i 21,4 proc.),

– trenuje samodzielnie, planując kolejne treningi na własną rekę (59,7 proc.),

– informacji o bieganiu szuka w Internecie (67,8 proc.),

– kupuje przede wszystkim obuwie (88,5 proc.), ale i odzież na wiosnę/lato (72,8 proc.) oraz odzież na jesień/zimę (69,2 proc.); zaledwie 17,2 proc. z nas sięga po akcesoria (zegarki, pulsometry itp.),

 – najważniejsze kryteria, jakimi kieruje się przy wyborze sprzętu, to: jakość (56,1 proc.), wygoda (54,6 proc.) i cena (48,1 proc.).

Badanie wykazało też, że tylko 15 proc. polskich biegaczy startuje w imprezach biegowych. Jeśli już jednak decydują się oni na ten ruch, o tym, który event wybiorą, decydują atmosfera i liczba przeciwników (60,2 proc.).”

No cóż, zgodnie z tym opracowaniem w zeszłym roku biegało nas mniej lub bardziej amatorsko 22% populacji naszego kraju, co jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że jest nas prawie 38 milionów dla nam grubo ponad 8 milionów tuptaczy. Wiadomo, że nie wszyscy z nich startują, większość wychodzi raz czy dwa razy w tygodniu na lekki rozruch, ale mimo wszystko liczba ta robi wrażenie. Tak było w zeszłym roku, a nie podejrzewam, by w tym spadło. W związku z rosnącymi cenami pakietów może się okazać, że coraz mniej osób będzie startowało w biegach płatnych zorganizowanych, ale będziemy mieli za to wysyp różnych towarzyskich inicjatyw, czy biegów klasy Parkrun.

Co ciekawe zupłnie inaczej to wygląda w mediach społecznościowych. Bezonkurencyjnie pod wzgędem popuarności króluje… taniec, a na drugim miejscu jest bieganie.. To ci dopiero zagadka..  Zastanawia mnie jedno. Dlaczego takie badania i ich wyniki nie są prezentowane co rok. Czyżby coś nie po myśli paru osób? Kto to wie. W końcu piłka nożna to najbardziej medialny sport i największa kasa za nią biegnie, a co by sie okazało, że taki nie do końca przemawiające dla sponsorów pod względem atrakcyjności przekazu sport jak bieganie bije pod względem popularności całą resztę? Przecież to takie mało polityczne.

Forma przybiega razem z butami

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Dzięki Marku za gratulacje dla Skowronków. Dziewczęta potwierdzają, że należą do ścisłej europejskiej, jak nie światowej czołówki w kategorii chórów dziewczęcych.

Muszę przyznać, że obecny rok widziany oczami mojej formy, to jedna wielka kupa, albo żeby było bardziej cywilizowanie wielka czarna dziura. Powodów nałożyło się na to kilka, parę zwał jak zwał, ale generalnie gama niż solówka. Raz, że na początku roku uraz mi się przyplątał który cały cykl przygotowawczy postawił mi na głowie. Dwa, że trochę motywacja do tuptania odpuściła i generalnie sobie biegałem bardziej z przyzwyczajenia, bo biegam, niż kierowany jakimiś wyższymi celami. No i jeszcze parę, a to psychika, a to coś innego, albo diabli wiedzą co. No i efekt był taki, jaki był, że moje możliwości tempowe i biegowe, które jakoś nigdy nie należały do dobrych, ale w tej średniej przeciętnej się mieściły, zeszły do poziomu mułu przykrywającego dno. I dosyć poważnie się w tym mule zanurzyłem krocząc po dnie, który stanowił moje biegowe trasy. A jak się biega zanurzony w mule, to każdy może sobie bez problemu wyobrazić. To raczej ledwie człapanie niż niemal bieganie, które normalnie uskuteczniałem.  W każdym razie moje czasy czy na parkrun, czy Cytadela by Night, czy w obu połówkach, w których dwa razy w tym roku biegłem, to były, jak to śpiewał klasyk: „mniej niż zero”. Ciekawe, czy ktoś ten kawałek jeszcze pamięta.

No, ale niczym husaria pod Wiedniem, niczym przedchorągiewni z wieków średniowiecza przybyła do mnie odsiecz w postaci nowej pary butów Kalenji Kiprun LD, które otrzymałem do przetestowania w naszym poznańskim Decathlon. No i mimo, że są to buty z gatunku człapiących, niż śmigających, to jednak dodały mi ekstra biegowej motywacji. No i w efekcie wczoraj, kiedy tupałem na Cytadela by Night, to znowu z dużym luzem godzinę złamałem i to o 5 minut. Do mojej życiówki, czyli ciut poniżej 48 minut jeszcze dużo brakuje, ale biorąc pod uwagę, że nie tak dawno byłem na samej granicy godziny w Cytadela by Night, to poprawa o 5 minut, już czyni pewno światełko w tunelu. I powoli, ale za to systematycznie i z mozołem z tej czarnej dziury, czy też innej mało ładnie pachnącej szczeliny zaczynam się wygrzebywać. Długa droga przede mną, czasu mało, gdyż do Warszawy jeszcze dwa miesiące z malutkim haczykiem, jednak jakaś minimalna bo minimalna, ale szansa, że dam radę jakoś doczłapać do mety się objawiła. Co prawda na łamanie 4 godzin i robienie życiówki nie liczę, ale fajnie by było wrocławski rezultat poprawić. Z drugiej strony wydawać się może, że już gorzej niż we Wrocławiu by nie może. Tyle, że nigdy nie jest tak źle, by jeszcze gorzej być nie mogło. I tym pozytywnym akcentem na tą chwilę zakończę.

Śmigacze, tuptacze i człapacze

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, masz rację, tak ten trening można określić

W porannym wpisie dokonałem, tak trochę na luzie podziału butów na śmigajki i tuptajki. Sunąć dalej w rozważaniach posunąłem się do podobnego podziału osób tuptających. Jednak myślę, że nawet rozdrabniając śmigaczy i tuptaczy na tych klasy M czy S, to jednak i tak nie jesteśmy w stanie dokonać pełnego i kompletnego podziału.

Powód jest jeden i zasadniczy. Każda osoba jest inna, ma inne pragnienia, sny i cele, które przed sobą stawia. Ja wiem, że dla różnych speców od psychologii, budujących w celach marketingowych podział społeczeństwa na grupy, do których trafia odpowiednia forma przekazu reklamowego podział jest jeden, prosty i eliminujący indywidualność każdego z nas. Dlatego też unikamy określeń jeden biegacz czy biegaczka, tylko zawsze w liczbie mnogiej: my biegacze. Wtedy czujemy, że należymy do jednej wielkiej tuptającej rodziny. Jednak ta nasza rodzina mimo wszystko dzieli się na takie trzy podstawowe biegowe typy, w zależności o tuptajacego potencjału.

Jak wspomniałem na samym szczycie mamy śmigaczy, dla których czas jest wyznacznikiem tego, co chcą łamać, oraz głównym powodem startu z zawodach. Specjalną odmianą śmigaczy są ścigacze, czyli nie tylko łamią granice czasowe dla wielu z nas nawet nierealne do osiągnięcia w snach, ale jednocześnie dzięki tuptającym pojedynkom czy udowadnianiu tego, kto w grupie jest najlepszy mają dzięki temu dodatkową motywację do jeszcze ekstra przyduszenia kilometrów. Jak wspomniałem w grupie śmigaczy mamy mistrzów, supermenów oraz tylko „zwykłych” niezwykłych przełamywaczy barier swoich czasowych możliwości. To jest nasza elita, szczyty szczytów biegowych możliwości. Zakres czasowy śmigaczy przestawiłem rano, ale dla przypomnienia: 5 kilometrów poniżej 20 minut, dyszki poniżej 40 minut, półmaratony do półtora godziny, a maratony do trzech.

No, ale zdecydowana większość z nas, to zwykli, szarzy tuptacze, którzy biegają dla frajdy, przyjemności, ot by dobiec do mety w ramach możliwego do zaakceptowania czasu. Nie musi to być jakiś czas ekstra, super, ale w ramach pewnej przyzwoitości. Jakie to będą czasy dla nas zwykłych tuptaczy? Takie by dobiec na luzie i spokoju. Na 5 kliometrów myślę, że będzie tak do 28 minut, na dyszkę tak do godziny, bo jest to czas, który myślę, że każda trochę poważnie trenująca, zdrowa osoba bez zbytnich obciążeń gotowa zrobić. Jak to będzie wyglądało w półmaratonach? Myślę, że 2 godziny i 10 minut, to będzie ta granica dla tuptacza rozsądna, a na Królewskim dystansie do 5 godzin.

No, ale mamy jeszcze grupę, czyli człapaczy, dla których samo może nie koniecznie dobiegnięcie, ale doczłapanie w różnych metodach, biegnąc, idąc, odpoczywając, ale metę osiągną. I to jet słowo klucz, to jet najważniejsze: sama meta, a czas? Byle w limicie się zmieścić i żeby nie ściągnęli nas trasy. I to jest chyba najważniejsze.

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych biegających, Ci którzy zaliczają się do „gorszych” grup są także gorszymi ludźmi, niegodnymi zwrócenia uwagi mistrzów. Na szczęście są to sporadyczne wyjątki, gdyż znam wielu naprawdę dobrych śmigaczy, których nawet butów nie godnym wiązać,  a z którymi na każdy temat można pogadać. Wyniki jedno, ale ludźmi wszyscy takimi samymi jesteśmy. Wiadomo, że w biegowym peletonie najwięcej jest nas zwykłych tuptaczy. Szczyt stanowią śmigacze, a człapacze? Jak ich można oceniać? Szczerze, są dla mnie tak samo ważni, jak cała reszta nas biegających. Bo ile trzeba uporu i samozaparcia, by znając swoje ograniczenia wynikowe zdecydować się na start i nawet doczłapać do mety, zamiast siedzieć przed TV z chipsami. Pełen podziw i uznanie.

Pitne wspomagane tlenowe

Ostatnio rzucił mi się w oczy post znajomej z Facebook-a:
Kochani, długo będzie, ale muszę … no po prostu muszę i już.
Ja wiedziałam, że moja powierzchnia doznań jest duża, bo musi pomieścić moją … co by nie mówić … zajebistość.Kurka… nosz mam w sobie społeczeństwa, które najechały moje wnętrze… znienacka, bez zapowiedzi, podstępnie i skrycie przez ponad trzy lata badałam przyczynę moich dolegliwości, a przede wszystkim moich gabarytów bo nawet… jak by tak słonia z trąbą zjeść, to w trzy tygodnie nie przytyje się 20 kg medycyna współczesna, konwencjonalna mimo licznych badań laboratoryjnych i szpitalnych nie była w stanie ustalić przyczyny moich dolegliwości : wzięłam sprawy w swoje ręce no bo kto, jak nie ja znam swoje jestestwo.
W ubiegłym tygodniu zrobiłam sobie biorezonans 2 godzinki i 200 zeta ale warto było żebym ja wcześniej wiedziała, to ja już bym była dawno po wygranej wojnie … a tak to trzy lata w plecy,ale nie ma tego złego, co by…. no i mnie właśnie wyszło… Nie dosłownie, bo ja raczej mam mordercze zamiary i zamierzam swój wewnętrzny świat uśmiercić, porazić, zgładzić…. i wydalić do tego celu używam sprawdzonych, polskich i przede wszystkim skutecznych suplementów wiedziona nieodpartym przeczuciem, że moje ukryte społeczeństwa nie będą skłonne do układów i samodzielnego opuszczenia zajmowanych pozycji, o podpisaniu dokumentów typu pacta conventa nie ma mowy dlatego też postanowiłam również podstępnie i z zaskoczenia wytoczyć swoje działa
jako społeczeństwa, które żyją w środowisku beztlenowym …. potraktowałam brutalnie i niehumanitarnie … potraktowałam tlenem piję tlen nie mylicie się, ale ja pije tlen w płynie … znaczy chlorofil ma on niestety skutki uboczne w końcu się wysypiam baaa… mój sen jest bardzo krótki, ale za to bardzo wydajny po prostu … jestem wyspana ja sowa wyspana o 5 nad ranem :D no i chyba nie będzie mi już potrzebny sławny dzwon Zygmunta a tak lubiłam, jak tak grupowo budziliście mnie w komentarzach.
Kilka lat walczyłam z osobista … anemią… teraz już wiem, że nie miałam dobrej strategii walki, a i brak znajomości przeciwnika swoje zrobił moja obecna wiedza odnośnie mojego wewnętrznego, osobistego przeciwnika jest na tyle dobra, że skutecznie dowalam mu z działa pod tytułem BorelissPro poprawiam ProsticPro najważniejsze, że nie antybiotykiem
wojna będzie długa, ale zwycięska wszystkich którzy mają podejrzenia, że ich jestestwo zostało najechane przez nieproszonego najeźdźcę upraszam o bezpośredni kontakt na priv
każdy z nas kiedyś był ugryziony niestety oprócz skutków swędzących mogły wystąpić też i dodatkowe skutki abordaż obcych cywilizacji, które w sposób skryty, podstępny niszczą nasz organizm musi się skończyć natychmiast!!! Dlatego osobom chętnym proponuje wspólne porozumienie przeciwko wspólnemu wrogowi
dla bardziej kreatywnych i nastawionych biznesowo proponuje nawiązanie współpracy długoterminowej
zrzeszając się przeciwko wspólnemu wrogowi oczekuję na konkretne oferty współpracy.

Jak mam być szczery raczej podbiegam sceptycznie do takich cudów, właśnie może dlatego,  że w jakiś sposób jestem przykładem medycznego cudu, czyli człowieka, który powinien być albo na tamtym świecie, a w najlepszym przypadku w stanie ciut ponad wegetatywnym. Zresztą trochę tych cudów , większych lub całkiem malutkich w moim życiu było ( chociaż zgubienie wagi, rzucenie palenia, czy zaczęcie biegania). Muszę przyznać, że temat może być fajny i wielu osobom pomocny w różnych dziedzinach i zdrowotnych i finansowych. Dlatego wrzucam post i jak ktoś zainteresowany oczywiście skontaktuję z Olą, która tematem zarządza. Ja akurat ani ze spaniem, ani innymi dolegliwościami obecnie nie mam problemu, więc nie wiem czy jest potrzeba, by brać dwa życiowe wspomagacze. Moim jest bieganie i na nim wolę się skupić. Jak to mówi zdrowy rozsądek, czasem zażywanie dwóch równorzędnych życiowych wspomagaczy może przynieść odwrotny skutek od planowanego, więc wolę pozostać przy moim. Wierzę jednak, widząc ogromny entuzjazm i wiarę Oli, że to pomaga. Bo jeżeli w coś wierzymy i wspomagamy to naszą kasą, to nie ma opcji efekt afirmacji zostaje spotęgowany.Z drugiej strony picie tlenu chyba nikomu jeszcze nie zaszkodziło, więc kto wie, może jeszcze parę nocy się prześpię… Tak patrząc z innej strony my się tyle tego, może trochę zanieczyszczonego, ale naturalnego tlenu w biegu nawdychamy, to czy pitny nas wspomoże. Temat do spróbowania i dyskusji. Kiedy sobie poczytałem na temat chlorofilu, to same superlatywy, więc może …kto wie.

Biegi wielkie, biegi małe, wszystkie biegi za pan brat

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie, Robercie krócej znany, masz rację niech gra i końca nie widać. Marku, pobiegłeś z tym komentarzem. Praktycznie dłuższy, niż sam wpis, ale podsumowanie jest w środku i stanowi clue wszystkiego: „dobro zawsze zwycięża” i tego wiary w to się trzymajmy

Ostatnio popełniłem kilka tekstów związanych z Herbem Półmaratonów i Maratonów Polski. Jak w wywiadzie napisał twórca pomysłu celem jest uhonorowanie mniejszych biegów, które mimo, że nie mają takiego budżetu, otoczki, trąbek i fanfar, to wcale nie są gorsze. Ba, napiszę od siebie, że nie raz są lepsze, bo Organizatorzy mniejszych biegów, patrzą, by maksymalnie nas dopieścić. Tych większych czy największych nie muszą, bo i tak tłum się rzuca i zapełnia listy. I nie ma tu znaczenia, jaki jest poziom otrzymanej usługi, ważne jest, że prawem owczego pędu tłum pędzi by się zapisać. No, ale każdy czy też każda ma swoją biegową karmę. Te wiele, kultowe, w wielu przypadkach już legendarne tuptania, to jakby kwintesencja biegowej pasji. Każda biegaczka czy też biegacz w takim wielkim biegu przynajmniej raz w roku wziąć powinien. No i niektórzy z nas czekają cały rok aż rozpoczną się zapisy u nas w Poznańskiem na Maniacką Dziesiątkę, poznańską, czy  grodziską  połówkę, czy też maraton. To są Biegi Wielkie, przez wielkie B, i jeszcze większe W.

Po drugiej stronie medalu mamy biegi w mniejszych miejscowościach, często z dużo większą oprawą i pompą zrobione, nie odbębnione na odczepnego, tylko zadbane i wychuchane tak, że mucha nie siada, bo nie ma to żadnych szans.  No, ale z racji, że są mniejsze, nie mają takiego rozdmuchanego PR, to nie do końca mogą domknąć swoje listy. No, ale tak naprawdę czym się różni taki wielki, rozdmuchany bieg, od takiego małego, gdzieś pod lasem przycupniętego? Przecież i tu i tu odległość taka sama, może ewentualnie brakować atestu trasy, ale w zamian otrzymujemy więcej na mecie i na starcie. Jednak tu wali tłum, a tam biegnie nas paru. No, ale jak dla mnie nie ma znaczenia, czy bieg jest duży, czy mały. Czy biegnie taki tłum, ze nie można nas wzrokiem ogarnąć, czy tupta grupka, która na jednym zakręcie się zmieści.

Zarówno mniejszy, jak i wielki rozdmuchany bieg ma wywołuje podobny ogień, mimo, że różna jest podpałka. W tych wielkich czujemy pożar tysięcy serc i dusz pchający nas przed siebie. I nic się liczy tylko to, że jesteśmy my w tłumie, który wzajemnie się napędza. No, ale jak to pan Zagłoba powiadał w tłumie można i dech stracić. No, ale w naszym przypadku ta strata ma taki urok. Zupełnie inne są właśnie mniejsze biegi, gdzie mamy i luz i spokój i nikt nam pod nogi nie wbiega, ani my sami nikomu się nie blokujemy innych. Jak dla mnie nawet bardzo lubię w takich małych, lokalnych biegach, bo tam czuję że ta wojna moja z dystansem jest taka tylko moja. Natomiast w tych wielkich nagłośnionych biegach, to walczymy w tłumie, mimo że każdy osobno, ale wzajemne wsparcie się czuje. Dlatego właśnie wielkie biegi są wisienką na biegowym torcie, ale z drugiej strony sama wisienką się nie najemy, ani pełnego smaku tortu nie poczujemy. Dlatego małe biegi bez wielkich żyć nie mogą, a wielkie potrzebują małych byśmy my poczuli, co w tej naszej pasji biega.

„Biegam, bo chcę być lepszy niż byłem”

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Małgosiu masz rację. Nasz pasja, ale i świadomość i doświadczenie wypływające z każdego pokonanego metra wzrasta z każdym kolejnym krokiem. Muszę przyznać, że widziałem i czytałem wiele argumentów czy powodów dla których warto biegać. Praktycznie każdy portal wynajduje ich dziesiątki, czy setki. Ale najbardziej do mnie przemawia ten, który wrzucił pod moim wcześniejszym wpisem Lopez:  „Biegam, bo chcę być lepszy niż byłem”. To jest myślę istota czy też clue naszego całego tuptania. Wrzucam w całości ten komentarz, bo warty jest tego: „Ja biegam bo chcę być lepszym niż byłem.
Chce krok po kroku pokonywać swoje słabości . Każdy z nas nabierając doświadczenia jest zawodowcem , po pierwszym czy kolejnym półmaratonie czy maratonie jesteśmy silniejsi . I choć może rozpocząłem ma przygodę z bieganiem wraz z moja nadwaga cieszę się z każdego pokonanego kilometra. Z drugiej strony po co mi być zawodowcem , granica 4:30 jest dla mnie dużym wyzwaniem a wiem też ze raczej juz nigdy z racji wieku nie pokonam 3:10. Cieszę się z tego co mam i uśmiecham kiedy Was wszystkich widzę uśmiechniętych na starcie.:)”

I tak sobie myślę, czy właśnie nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Motto, które powinno każdemu z nas przyświecać, w paru prostych, ale jakże trafiających w sedno zdania rozszerzone. Masz całkowitą rację, po każdym kolejny starcie, niezależnie na jakim dystansie jesteśmy silniejsi, jesteśmy lepsi. Starty. czy nawet  samo bieganie nas hartuje, oraz nadaje naszemu życiu zupełnie innego blasku. Sami sobie ustalamy, a w zasadzie nie ustalamy, przekraczamy kolejne granice, które stosunkowo nie tak dawno wydawały nam się być nie do osiągnięcia. A jeżeli potrafimy przekroczyć granice biegowe, to dlatego nie możemy także życiowych? Bieganie pozwala nam zupełnie inaczej na swoje wewnętrzne ograniczenia spojrzeć. To dzięki niemu, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nagle odkrywamy, że nie ma barier, nie ma granic, nie blokad, których nie potrafimy przełamać.

Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli ktoś, kto nigdy w życiu nie biegał, nawet nie myślał, że może zacząć biegać, nagle pokonuje dystans 5 km,10 km, półmaratonu, a w końcu pełnego Królewskiego Dystansu, czyli 42 kilometrów z małym haczykiem, to znaczy, że nie ma w życiu zawodowym czy jakimkolwiek innym  dla niego czy dla niej rzeczy niemożliwej. Ze wszystkim sobie poradzi, przez każdą blokadę się  przebije, a przeszkody połykał czy też wsysał, jak makaron z talerza. Podsumowując, możemy napisać krótko: z każdym kolejnym kilometrem jesteśmy lepsi i to nie tylko jako biegacze, ale co chyba najważniejsze, jako ludzie. Rozumiemy innych, staramy się pomagać innym, nabieramy z jednej strony twardości w walce z sami samymi, a z drugiej otwieramy się na potrzeby innych. I kto wie, czy to nie jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze.

Dużo osób mówi, że startują w biegach zorganizowanych, by zmierzyć się z innymi  i zobaczyć, czy jesteśmy w stanie kogoś na trasie wyprzedzić. Jasne, są racy, którzy biegają dla miejsc, dla nagród, ale to chyba nie jest zbyt duży tłum biegaczy. Myślę, że dla większości z biegających największy rywal, którego pragniemy pokonać tkwi właśnie w nas samych. To są nasze blokady, nasze ograniczenia i nasze lęki. Z nimi głównie walczymy, je chcemy pokonać.  A czasy, miejsca i inne takie są tylko dodatkiem, do najważniejszego zwycięstwa, czyli pokonania takiej, a nie innej trasy. Fantastycznie to skomentował Krzysztof na portalu Bieganie: ” biegać ale nie patrzeć wciąż tylko na siebie, na swoje wyniki, ilość startów tylko czasem zostać pacemakerem, wolontariuszem a nawet organizatorem.”. I myślę, że to jest najbardziej odpowiadające wszystkiemu zdanie.

No i na ostatnie 10 dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, pierwsza przez sms


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub przez formularz


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16


Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana