Czy warto mieć trenera

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, rozumiem, że tym komentarzem, chciałeś prowokacji dokonać. No, ale chyba nie wybiegło. Karolina trzymam kciuki za opuszczenie bieżni, wierzę w Ciebie.

Nie tak dawno pod jednym z moich wpisów odezwał się Pan, który twierdził, że osoba biegająca sama z siebie i bez zewnętrznego wsparcia daleko nie dobiegnie. Z pewnością nawiązuje to do nowego zawodu, który ostatnio pojawił się w branży usługowej. Oczywiście biega tutaj o osobistych trenerach. I to zarówno rozwoju w szerszym zakresie, jak i nakierowanych na daną dziedzinę. Ja z wiadomego powodu, zatrzymam się na tym drugim rodzaju trenerów, doradców, których obszarem działania jest nasza pasja, czyli bieganie. Kiedy wpiszemy sobie w wyszukiwarkę frazę: trener biegania – oferty, propozycje i inne takie, to wybiega nam tyle wyników, że nic tylko przebierać, wybierać i inne takie.

Można to posumować, że jak jest chłonny rynek, coraz więcej osób w naszym kraju biega, to wyciągają do nas ręce znawcy tematu, którzy powiedzą krótko: chcesz biegać dobrze, zgodnie z zasadami, bić życiówki, przekraczać granice swoich możliwości? Sam nie jesteś w stanie tego zrobić. Potrzeba ci pomocy, porady, a tylko z zawodowym wsparciem specjalisty w tym zakresie możesz swoje wymarzone wyniki osiągnąć. Nie mam wątpliwości, że tego typu porady wsparcie się przydaje ścigaczom różnej maści, którzy walczą nie tylko o czasy, ale i miejsca. Dla tych Mistrzów amatorskich tras porady na zawodowym poziomie są ja najbardziej wskazane.

Pytanie jest inne. Czy nam zwykłym przeciętnym amatorom takie wsparcie jest potrzebne? Mamy tutaj dwa spojrzenia. Fani takiego wsparcia, jak i sami wspierający powiedzą powiedzą krótko: tak oczywiście, nawet najbardziej przeciętny tuptacz może dzięki takiej pomocy poczuć smak życiówek i przełamać bariery, czyli same biegowe cuda na kiju. Zasada jest prosta: chcesz dobrze biegać? Musisz mieć trenera, bo on Ciebie dobrze poprowadzi.  Drugie spojrzenie jest przeciwieństwem pierwszego. Po co trener? W necie znajdziesz wszystko, a dla zwykłego tuptania kilometrów nie jest nam potrzebne żadne wsparcie. Po kiego czorta nam tuptaczom czy człapaczom trener?

Z pewnością inne spojrzenie, porada znawcy tematu się zawsze może przydać, ale czy warto aż zatrudniać trenera? Z drugiej strony patrząc na to, co się dzieje można stwierdzić, że bieganie staje się religią, gdzie trening jak pacierz, start jak msza a trener jak kapłan. A jak jesteśmy na mszy, to wypada dać na tacę. Dlatego, kiedy ktoś uważa, że bez takiego wsparcia może sobie nie poradzić, wybór ma naprawdę godny. Z drugiej strony zawsze można skorzystać z Internetu, gdzie rozpisek treningowych, dietetycznych i innych mamy zatrzęsienie.

Buty śmigajki i buty tuptajki

Muszę przyznać, że kiedy zaczynałem moją przygodę z tuptaniem do butów podbiegałem jako, wiadomo rzeczy niezbędnej, ale but do biegania, to miał służyć do biegania i nie wnikałem w takie szczegóły jak amortyzacja i tym podobne. But miał leżeć wygodnie na nodze, a cała reszta to były znaczące szczegóły.

Kiedy te trzy lata temu z hakiem pod swoje skrzydła wziął mnie pan Mateusz z naszego Decathlon na Franowie to trochę mi się oczy otworzyły. Może jeszcze nie tak zupełnie szeroko, ale coś już wiem. W pierwszych dwóch latach, kiedy bardziej kładłem nacisk na próby robienia życiówek czyli po prostu przesuwania granicy swoich możliwości na tyle, na ile można pan Mateusz proponował mi buty z rodziny Kalenji kiprun SD. Mimo, że nazwa by wskazywała, że nadają się raczej na krótsze odległości ( SD – short distance), to zrobiłem w nich i dziesiątki i półmaratony, a i maratony się zdarzyło. Buty charakteryzują się dużym poziomem elastyczności, a jednocześnie jej podeszwa jest trochę chudsza wymuszając jakby konieczność szybszego przebierania nogami. Jednocześnie czułem jakbym odbijał się od powierzchni trasy, przez co biegnie się szybciej i co najważniejsze chce się biec szybciej. Do tego byłem parę kilo chudszy niż teraz ( 178 cm – 68 kg), przez co ogień biegowy był większy, Buty, które można określić jako śmigajki.

W ostatnim roku troszkę mi się przybrało ( prawie 80 kg- a było już nawet ładnych parę ponad 80, ale wtedy powiedziałem dość, czas coś zgubić) W tej chwili jest około 80, ale jeszcze parę kilo chce zgubić tak myślę do 74-76. No, ale w efekcie mi wyniki spadły i pan Mateusz na ten rok mi zaproponował inny model, tym Kalenji kiprun LD, czyli jak się można domyśleć long distance, czyli do spokojnego tuptania wielu, wielu kilometrów. Takie właśnie klasyczne tuptajki. Byty charakteryzują się bardzo dużą sprężystością, podeszwa jest grubsza i czujemy jakbyśmy płynęli po trasie a nie biegli. Nie pożeramy tutaj kilometrów, tylko spokojnie i z godnością je smakujemy. Przy moim obecnym podbiegnięciu do tematu, gdzie wiem, że moich czasów raczej poprawiać nie zamierzam, buty do radosnego tuptania idealne. Dlatego właśnie określam je jako tuptajki.

Podobnie jak i buty można i biegających podzielić na śmigaczy i tuptaczy. Tylko, że tutaj temat jest głębszy. Bo mamy śmigaczy klasy S czy M, którzy 5 kilometrów robią poniżej 20 minut, dyszki poniżej 40 minut, półmaratony do półtora godziny, a maratony do trzech. I to są rzeczywiści śmigacze. Ale śmigaczami będą także ci, którzy za każdym razem walczą o życiówkę. Oczywiście nie za każdym razem ją łamią, ale walczą dając z siebie wszystko. I dlatego też możemy ich uznać za śmigaczy, ale może nie S ( super) czy M ( mistrz), ale generalnie śmigaczy. Po drugiej stronie barykady mamy całą naszą resztę, którzy biegamy dla samej przyjemności biegania smakując kilometry, a nie wciągając je jak spaghetti z talerza. Mu sobie tuptamy radośnie ciesząc się każdym pokonanym kilometrem. I dlatego właśnie jesteśmy tuptaczami. Z czasem walczą śmigacze, my walczymy z samymi sobą, nawet by doczłapać się, ale by tą metę osiągnąć.

Brak formy i motywacji? No to na maraton

Muszę przyznać, że ten rok pod względem biegowym i ogólnie mojej formy jest delikatnie mówić bardzo kiepski, żeby nie napisać szczerze, że tragiczny czy beznadziejny. Używając terminologii wędkarskiej można napisać, że dno i sześć metrów mułu. Generalnie nigdy nie byłem jakim dobrym tuptaczem, raczej klasyczną biegową szarą masą, ale na 5 kilometrów w granicach tych 23 minut, na dyszkę poniżej 50, półmaratonie godziny pięćdziesiąt a w maratonie 4 godziny złamać się udało. Nie są to jakieś wielkie rezultaty, raczej poziom średniej statystycznej, ale ponad jak ponad 40-sto letniego faceta, który dopiero po tej magicznej granicy wieku zaczął tuptać takie przyzwoite, bez urywania żadnej części ciała wyniki.

Ten rok pod względem biegowym to jest rzeź, masakra i dyndanie na haku rzeźnickim. Raz, że nie do końca się chce trenować, dwa jakieś urazy się przyplątały ( prawo serii: nie ma, nie ma, nie ma, jest,jest,jest) czyli ogólnie lipa i to bardzo wyrośnięta. Kiedy uda mi się przybiec na parkrun, to moim czasom bliżej trzydziestki niż dwudzieski. W sumie dobrze, że nie wiekowo bliżej, bo pod 50-stkę to już by było gorzej niż dno. A tak jest tylko beznajdziejnie. No, ale w końcu, kiedy już siegamy dna, to chyba warto przykurczyć nogi i się od niego odbić. Jak to najlepiej zrobić? Wydaje się, że musimy postawić przed sobą jakiś teoretycznie abstrakcyjny, niemożliwy w tej chwili do osiągnięcia cel w stosunkowo niedalekich granicach czasowych. No, a co może być dla nas, obecnie nawet trochę poniżej przeciętnych możliwości biegowych tuptaczy? To proste, takim wyzwaniem jest maraton, czyli Królewski Dystans. W mojej biegowej historii 5 razy się mierzyłem z tym dystansem, gdzie 4 razy go po japońsku, czyli jako tako pokonałem, a raz ledwo do mety się doczłapałem. Ale ją osiągnąłem. Z tych pięciu razów, cztery wbiegały w skład Korony Maratonów Polski ( Poznań, Dębno, Kraków i Wrocław) Do kompletu brakuje mi jeszcze jednego maratonu, czyli warszawskiego. Biorąc pod uwagę moje tegoroczne osiagi biegowe ( pare parkrunów i jeden półmaraton), to nie ma opcji, by do tematu się przymierzyć

I tak sobie na ten temat wczoraj dumałem, dumałem, rozważałem, jak energię biegową uzyskać znowu, jak poczuć tuptającą wenę, że pobawiłem się trochę w Necie i efekt:„ Maraton Warszawski – witamy na liście startowej!Twój numer startowy to: 11621„. I ta sobie myślę, co mnie pokusiło? Czy to było może lunatykowanie na jawie? Diabli wiedzą, w każdym razie z każdą chwilą czuję napływ energii motywacyjnej. Było do tej pory źle, fatalnie? Brak weny, energii, a nawet czasem chęci do biegania? No to czas zapisać się na maraton. I nie ma że boli, teraz trzeba trenować, by klasycznego ciała nie dać. A to w końcu amatorowi nie przystoi. Tak przynajmniej myślę. Może nie często mi się to zdarza, ale czasem taka przypadłość mi się przydarza. Nic czas na trening. Nie ma, że boli. Teraz musi trochę poboleć. Zasada jest prosta: 80 do 100 km tygodniowo musi paść. Albo ja padnę.

Tak sobie myślę, że w moim obecnym stanie przygotowania do startu na Królewskim Dystansie, to trening i sam start to będzie taka rozkosz, jak sturlanie się po zjeżdżalni z postawionymi pionowo żyletkami prosto do wanny wypełnionej jodyną. No, ale my biegowi masochiści.

Fenomen zwykłych, darmowych pięciu kilometrów startowych

Jak nie raz już pisałem, że moim ulubionym biegiem, do którego zawsze z radością wracam, bo wiem, że zawsze w tej samej porze i w tym samym dniu się odbywa jest parkrun. Co sobota punkt 9 rano w ponad tysiącu miejsc w kilkunastu krajach spotykają się zapaleńcy, by na tej samej, w danej lokalizacji trasie z czasem i swoimi możliwościami się zmierzyć. Ostatnio nie zawsze mogę, ale kiedy jest możliwość do się staram przybyć. W Poznaniu za dwa tygodnie będziemy obchodzili piąte już urodziny cyklu w naszym mieście. Dla mnie jest to oznaka, że już od pięciu lat biegam, gdyż narodziny mojej pasji zbiegły się z uruchomieniem tuptania na Cytadeli. Parkrun w Poznaniu ruszył w drugą połowę lipca, a w sierpniu na mnie spłynęła łaska biegająca. Na parkrun trafiłem dzięki śp. Januaremu na początku października tamtego roku. Od tego czasu już na prawie 200 parkrun eventach miałem przyjemność się pojawić.

No i z podziwem obserwuję, jak parkrun się w naszym raju rozwija. Pięć lat temu mieliśmy, jak mnie pamięć się myli cztery lokalizacje: Gdynia, Gdańsk, Łódź i Poznań. Jak podaje ciocia Wiki, oraz przeszuka się info z poszczególnych krajowych lokalizacji, pierwszy parkrun w naszym kraju odbył się w Gdyni 15 października 2011 roku a wystartowało w nim … 5 biegających. Co ciekawe byli to sami panowie zmieścili się w przedziale czasowym jednej minuty. Pierwszy zwycięzca polskiego parkrun uzyskał czas…24,51, więc można napisać, że bardzo, ale to bardzo lightowy. W pierwszym polskim parkrun, mieliśmy nawet mniej startujących, niż podczas inauguracji całego cyklu w Bushi Park w Londynie, gdzie 13 października 2004 roku pobiegło 13 osób. A teraz? Mamy już 14 krajów, w tym takie oryginalne jak Australia, Nowa Zelandia, Kanada, Stany Zjednoczone czy nawet Singapur, gdzie łącznie obywa się łącznie 1170 tuptań w każdą sobotę i o tej samej godzinie. Polska zalicza się do ścisłej czołówki pod względem ilości lokalizacji. Obecnie mamy już ich 44, a kolejne są w drodze. U nas w Wielkopolsce 2 września rusza Dąbrówka, a tuż za nim Kościan. Jak widać nie wygląda na to, by rozwój miał przyhamować. Jestem ciekawy, czy do końca roku o 50 lokalizacji dobiegniemy. Głównego centrum parkrun czyli Wysp Brytyjskich, gdzie mamy 459 lokalizacji raczej nie ma opcji byśmy dogonili. Podobnie może być problem z Australią, gdzie mamy 228 lokalizacji. Na kolejnym miejscu mamy Południową Afrykę ze 108 lokalizacjami i też chyba będzie problem. Przed nami jest jeszcze Irlandia, gdzie mamy ich 63 – i tu już temat do przemyślenia. Natomiast z krajów nie wywodzących się z anglosaskiego korzenia jesteśmy na pierwszym miejscu. Goni nas Rosja, która ma już 27 lokalizacji, oraz Stany Zjednoczone, które mimo brytyjskich korzeni także dopiero wkroczyły na drogę parkrun ekspansji. Kiedy Rosjanie z Amerykanami zaczną rywalizację, która nacja ma więcej parkrun lokalizacji, to myślę, że nawet hegemonia Wysp Brytyjskich może być zagrożona. Na szczęście tym polu Amerykanie z Rosjanami mogą rywalizować ile dusza zapragnie.

My w kraju cieszymy się, że rozwój parkrun w naszym kraju kroczy nieustannie do przodu. Powiedzmy sobie szczerze, powodów jest kilka, a główne trzy. Raz, że 5 kilometrów, to jest idealny dystans dla każdego, kto tylko marzy o tym, by poczuć smak biegowej żądzy. Praktycznie każdy, kto chociaż trochę biega z tym dystansem zawsze może się zmierzyć. Dwa zawsze w tym samym dniu i tej samej godzinie. Cykliczność i ciągłość projektu powoduje, że nie musisz szukać, myśleć, gdzie masz bieg i czy coś nie wypadło z głowy. Dzięki posiadaniu swojego kodu osobistego ( który nieodpłatnie mailem dostajemy) będąc nawet w innym mieście, gdzie odbywa się parkrun zawsze możesz w innej lokalizacji bez problemu wystartować. No i na końcu, chociaż z pewnością nie najmniej ważne, że za free czyli bez kosztów startowych. I to wszystko powoduje, że rodzina parkrun się tak pięknie nam rozwija.

Czas kości rozruszać i stres odgonić

Ma początek jak zawsze w ty miejscu i czasie. Leszek Boy powodzenia na biegowych trasach.Kasia biegi ultra, to bajka dla zupełnie innej grupy biegającej, niż my zwykli tuptający, Parkrun Dąbrówka trzymamy kciuki za debiut, podobnie jak z Kościanem. Niech parkrun si dalej rozwija.

Ostatnie dwa dni muszę przyznać, że miałem bez tupania. Było to spowodowane różnymi zawirowaniami. No, ale weekend zapowiada się wolny, dobrze czy nie dobrze wolę nie roztrząsać, gdyż są sprawy, które tego bloga nie dotyczą, napiszę tylko, że muszę troszkę się odstresować, gdyż jak czasem los nam dop… dokopie, to trudno się odkopać. No, ale trzeba się wstrząsnąć i pójść, a raczej pobiec dalej do przodu. W każdym razie ostatnie dwa dni, to jak u Hitchcocka, najpierw trzęsienie ziemi, a od tego czasu napięcie dopiero zaczęło rosnąć. Mam tylko nadzieję, że od tego weekendu zacznie spadać, bo jak nie to to… wolę pomilczeć.

Dlatego dzisiaj sobie planuję trochę potupać i zaległości kilometrów nadrobić, a przy okazji doczepione karku napięcie połączone z niemałym stresem odgonić, przegnać, przepędzić i inne takie. Dzisiaj będzie więc swobodny układ biegowy. Najpierw sobie spokojnie parkrun zrobię, a potem biegusiem do domu. Parkrun, czyli moje ulubione biegowe miejsce, dzięki któremu ta moja pasja w dalszym ciągu płonie niezmiennym blaskiem. Bywają oczywiście tygodnie, a czasami nawet miesiące, kiedy nic się nie dzieje i nie mam opcji na Cytadelę się wybrać, ale świadomość tego, że w końcu się znajdzie wolna sobota i się uda wyrwać z taką radością pozwala z takim zaangażowaniem być skoncentrowanym na bieżących działaniach.   I myślę, że to będzie bardzo fajna od stresująca koncepcja życia i napiszę krótko, jak na razie w pełni się sprawdza.. Bo w końcu coś z tego życia mieć musimy. Nie możemy tylko brać, nie możemy tylko dawać, a życiowa równowaga musi być zachowana. Mi ją pozwala zachować właśnie biegowa pasja, której najjaśniejszą perłą są właśnie biegi parkrun. Ja wiem są begi bardziej renomowane, dłuższe, pozwalające bardziej się sprawdzić i w ogóle i w szczególe. Wielkie biegi płatne, gdzie nasz pasja znajduje pełne uwolnienie.  Jak dla mnie jednak to właśnie  parkrun jest moim największym motywatorem i  dzięki temu biegowi nie czuję się, jakbym biegał do kotleta czy też uprawiał sztukę dla sztuki.  Tak więc do wszystkich dzisiaj tuptających, niezależnie gdzie, niech moc kilometrów będzie z Wami.

Największe ośrodki biegowe w kraju

Podejrzewam, że jest to temat rzeka i praktycznie niemożliwy do rozstrzygnięcia. Zresztą podstawowe pytanie, jakie się nasuwa, wg jakiego kryterium powiniśmy to określać. Jak można przeprowadzić w pełni obiektywne badanie, gdzie nas najwięcej tupta. Nie tak dawno znalazłem mapkę, opracowaną przez portal bieganie.pl, gdzie zostały ukazane województwa, gdzie mamy najwięcej oficjalnych zawodów biegowych. I tutaj mała niespodzianka. Okazało się, że najwięcej biegów zorganizowanych mamy w województwie śląskim. Dopiero na drugim i trzecim miejscu znaleźli się zdawało się pewniacy do wygranej czyli Wielkopolska i Mazowsze. Wielką piątkę pierwszych z najpierwszych uzupełnia Pomorskie i Dolnośląskie. I myślę, że tutaj poza pierwszym miejsce nie ma zbytnich niespodzianek. Pytani tylko, czy faktycznie mazowieckie jest przed wielkopolskim i jak w tym wszystkim faktycznie odnajdują się województwa z północy i południa naszego kraju.

Po drugiej stronie biegowego bieguna mamy województwa, gdzie mamy najmniej zorganizowanych tuptań. Tutaj wyraźnie „prym“ wiodą podlaskie, świętokrzyskie i lubuskie. Muszę przyznać, że jedno mnie zastanawia. Czy ten sposób analizy w pełni oddaje obraz biegowy naszego kraju. Podejrzewam, że w wykazie, który portal bieganie ukazał brak jest biegów towarzyskich oraz tych, które po prostu nie zostają zgłoszone. Gdzieś na jakimś osiedlu, gminie czy w sołectwie zbiera się grupa zapaleńców i stwierdza, że będą wspólnie biegali, ale poza protokołem i nieoficjalnie. Pytanie, czy można takie niezależne, niezgłoszone biegi zaliczyć do biegowej mapy Polski. Zresztą jeszcze jedno pytanie: czy ilość biegów w danym województwie odpowiada ilości osób biegających. Teoretycznie tak powinno być w myśl zasady, że rosnący czy też większy popyt powoduje zwiększenie podaży. No, ale czy na pewno ilość biegów zorganizowanych świadczy o potencjale biegowym danego województwa. Może raczej o zmyśle organizacyjno-biznesowym prężnych osób w nich zamieszkujących. Może się okazać, że w województwach, o których wspomniałem, że jest dużo mniejsza ilość biegów, biegacze się spotykają, by biegać tylko dla przyjemności, a zwłaszcza samemu, czy w niezorganizowanych grupach, bo po co komu biegi płatne. Myślę, e na dwoje babka wróżyła, a jaka jest prawda wiedzą tylko zatuptywane oficjalne, czy nieoficjalne biegowe ścieżki.

Na koniec jeszcze jedna refleksja mi się nasuwa. Napisałem, że pierwsze miejsce dla województwa śląskiego jest niespodzianką. Z drugiej strony mimo niewielkiego stosunkowo obszaru ( 14 miejsce w kraju), pod względem zurbanizowania to jest absolutny lider. Na tak niewielkim stosunkowo obszarze mamy 71 miasta z czego 4 ponad 200.000 tysięcy mieszkańców, a kolejnych 8 od 100.000 do 200.000. I właśnie w tego typu miastach mamy najwięcej biegów zorganizowanych. Zresztą to zgadza się też ze wstępną oceną zamieszczonej mapki. Gdzie mamy duże miasta, gęsto zaludnione, tam mamy dużo biegów, gdzie dominują obszary uprawne, zielone, oraz miejskie ośrodki miejskie biegów jest stosunkowo mniej. Przynajmniej tych oficjalnych, bo mieszkańcy wsi swoje nabiegają po polach uprawnych, a mniejszych miast i miejscowości po pięknych terenach zielonych, gdzie nie ma co zgłaszać biegów. Mają też inne rozrywki.  Co innego my mieszczuchy, stłoczeni w biurach, blokach czy na mocno zurbanizowanych obszarach. Nie potrafimy sami ze smogiem walczyć, to chociaż sobie z nim pobiegamy.

Muszę przyznać, że interesowałaby mnie jeszcze jedna analiza, ale nigdzie na razie jej nie mogłem znaleźć. W jakim wieku mamy najwięcej osób tuptajacych. Młodzież podejrzewam, że tak z powodu bo muszą np w szkole. Wiadomo, wiek produkcyjny, bo trzeba odreagować. Tylko właśnie kiedy najczęściej nas pasja dopada. Muszę poszukać danych.

 

Dwa biegowe światy

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Michu zgadzam się z Twoimi wątpliwościami związanymi z mega-ultra-hardcore wyzwaniem planowanym już na przyszły miesiąc. No, ale pożyjemy zobaczymy.

Ostatnio na jednym z facebook biegowych portali jeden z biegaczy z tzw. wyższej biegowej półki dosyć krytycznie się wypowiedział na temat moich treningów, osiągów i w ogóle i szczególe. Tak trochę na zasadzie, jak nie umiem, nie potrafię, to się niech nie wypowiadam. Wypowiadać się mogą ci, którzy naprawdę wiedzą jak się biega, osiągają wyniki i potrafią to robić. Prawo do wypowiedzi mają ci, co w najgorszym wypadku łamią 20 minut na 5 kilometrów, 40 minut na 10, półtora godziny w półmaratonie, a trzy godziny w maratonie. I to są osoby, których można zaliczyć do rodziny prawdziwych Biegaczy przez duże B. No i do tego oczywiście jeszcze szczyt szczytów, czyli tzw. biegowa elita, która walczy o zwycięstwo i których czasy dla całej reszty to już zupełni niemożliwy do ogarnięcia kosmos. No, ale nawet Elita na resztę Biegaczy przez duże B także z pewnym szacunkiem spojrzy, bo im aż tak wiele nie brakuje.

Cała reszta to tuptacze niegodni im buty wiązać. Jasne mogą biegać, robić za szarą masę biegową i napędzanie biegowej koniunktury w czasie biegów zorganizowanych, tak żeby było widać, że bieganie jest cool i trendy, ale na tym ich rola niech się kończy. Bo co oni mogą powiedzieć na temat biegania, czasów, jeżeli prawdziwe wyniki są dla nich nieosiągalne? Przecież to jakieś popierdółki biegowe, a nie biegacze. No i co ja mogę odpowiedzieć? Faktycznie większość z nas, można napisać jakieś 80% biegających, to zwykli szarzy tuptacze w godny sposób nie pożerający, ale smakujący kilometry. Zdecydowana większość z nas nie ma ani zdolności, ani talentu biegowego. Nie będziemy nigdy pewnych granic łamali, bo nasze możliwości fizyczno-duchowe nas do tego nie predysponują. Jasne, jesteśmy dużo słabszymi biegaczami i nawet nie próbujemy się równać z mistrzami. Ale czy to nie znaczy, że możemy się dzielić naszą pasją, radością z samego biegania? W końcu takich jak nas, szarych tuptaczy jest dużo więcej niż Was prawdziwych Mistrzów. Świat biegaczy to są w zasadzie dwa równoległe światy. Świat Mistrzów i Świat szarych pasjonatów, dla których sukcesem i radością jest samo dobiegniecie do mety i pokonanie swoich prywatnych słabości. My nigdy w Waszym świecie mistrzowskim się nie znajdziemy i nawet sobie Waszych profesjonalnych treningów nie wyobrażamy. One nie sa dla nas. My biegamy dla siebie, dla naszej radości i tym się na tym blogu chcę dzielić, a nie moimi „osiągnięciami“, które są jakie są. To jest blog amatora dla amatorów. Jeżeli jakiś profesjonalista zechce mnie odwiedzić i podzielić się swoimi doświadczeniami, to z radością je zamieszczę, ale z góry zaznaczę że to nie moje sugestie. Bo ja nie jestem zawodowcem i nie mam prawa zawodowo doradzać. Ja mogę się jedynie w amatorskim zakresie dzielić moją pasją, co też od paru lat czynię.

Projekt na najdłuższy bieg na Świecie

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, masz rację, bieganie to jest tylko i aż bieganie i żadnych dodatkowych teorii dookoła niego krążących nam nie potrzeba. Co do mojej życiowej formy i czego zabrakło, a czego było za dużo, to masz rację temat na zupełnie inny wpis, który swoją objętością zawartości księgi mógłby sięgnąć. Wczoraj na facebook wbiegła mi przed oczy wizja zorganizowania biegu w Poznaniu. Ktoś może w tym miejscu powiedzieć: też mi halo, kolejny bieg w Poznaniu. Jest ich tam tyle, że nie ma w którą stronę się obrócić, by na tuptaną imprezę nie wlecieć.

Jednak ten bieg z kilku powodów będzie wyjątkowy i muszę napisać, że mam dosyć mieszane uczucia co do niego. Zaczynamy od tego, że będzie trwał trzy dni, w czasie ktorych mamy 8 różnych godzin startów do 8 różnych dystansów biegowych. Możemy pobiec 5 kilometrów, 10 kilometrów, półmaraton, maraton, a na dodatek 100, 150, 200 i 250 kilometrów. Ja wiem na razie wygląda to szalenie, ale uwierzcie, że jest jeszcze bardziej szalone. Mamy jeden termin na start wspólny od 5 do 250 kilometrów w piątek 18 sierpnia o godzinie 21. Wszyscy utrasi, którzy tuptają od 100 kilometrów wzwyż, biegną tak długo az mety nie osiągną. Cała reszta, czyli zwykli tuptacze, którzy mierzą się z dystansami do maratonów włącznie mają jeszcze 7 różnych terminów, by z różnymi dystansami się zmierzyć. I tak sobie mogą spokojnie w piątek zacząć na luzie od piątki. W sobotę np o 9 rano przyjść na dyszkę, a o 15 zrobić półmaraton, a w niedzielę o 15, kiedy trochę odpoczną zmierzyć się z Królewskim Dystansem. Przy okazji z boku mijają tych, którym w hardcore w duszy gra. Tak na marginesie limit czasu na najdłuższy bieg, czyli 250 kilometrów wynosi 48 godzin. Ale do tego jeszcze wrócę.

Jak na razie wszytko trochę szalone, ale w sumie do łyknięcia. Ja wiem że wszystkim zainteresowanym jedna myśl kiełkuje w głowie: gdzie w okolicach Poznania znaleźć trasy, na tak długie biegi. Okazało się, że nasz Organizator wpadł na pomysł, żebyśmy biegali dookoła Malty. I tak mamy jedno kółko czyli 5 kilometrów, niecałe 2 na dyszkę, trochę poniżej 4 na półmaraton, siedem z plusem na maraton, osiemnaście z plusem na 100 kilometrów i tak dalej i tym podobnie aż kończymy na 46 kółkach z maleńkim plusikiem na 250 kilometrów. To trochę jak pies, który goni własny ogon. Z drugiej strony, jak Forrest Gump mógł obiec Amerykę, to my jeziora maltańskiego 46 razy nie otoczymy? Na razie jeszcze zapisy nie wystartowały, regulaminu nie ma, ani informacji o opłatach. Jak napisałem, mam bardzo mieszane odczucia, szczególnie jak pomyślę o tych kółkach dookoła Malty. Z drugiej strony korcą mnie dwa wyzwania: piątek- piątka, sobota- dziesiątka, niedziela – półmaraton, ewentualnie piątek dziesiątka, sobota na rozgrzewkę o 3 piątka, potem na 9 parkrun, a o 15 półmaraton i w niedzielę po wyspania na 15 by z królewskim dystansem się zmierzyć. Jak szaleć to szaleć. Nie mam wątpliwości, że jest to szalony pomysł. Jak sobie pomyślę, tyle razy dookoła Malty. No i mam jeszcze jedną zastanawiająca uwagę: co z mieszkańcami którzy chcieli by w weekend przyjść wypocząć, pospacerować sobie nad Maltą? Na trzy dni przekazać najpopularniejsze wypoczynkowe miejsce Poznania tylko dla biegaczy ewentualnie do kibicowania? Nie wiem, czy lepiej byłoby robić kółka na Cytadeli. Tam przynajmniej jest równe 5 kilometrów, tyle że trasa nie jest taka prosta. Jeżeli ktoś zainteresowany podaję stronę:  https://www.najwiekszybiegnaswiecie.com/index.html
Domyślam się, że na razie wizja jest na etapie końca projektowania. Mimo moich wątpliwości trzymam kciuki by wypaliło, bo trzeba być trochę szalonym by na taki pomysł wpaść, a my szaleńcy musimy się trzymać razem. Oficjalna nazwa jak widać, to największy bieg na świecie. Tylko to troszeczkę w megalomanie wbiega, gdyż w jakim znaczeniu największy? Pod względem ilości startujących, rangi, bogactwa nagród, oprawy etc. Dlatego lepiej skupić się na dystansach i określić jako najdłuższy

Wstęp do recenzji książki: „Wege Siła“

W piątek otrzymałem do zrecenzowania książkę Brendana Braziera „ Wegi Siła“. Krótko treść można określić jako: „dieta roślinna dla sportowców i miłośników aktywnego trybu życia“ Autorem książki jst kulturysta, triatlonista i dwukrotny zwycięzca ultramaratonu w wersji mini, czyli „zaledwie“ 50 kilometrów. Dzięki niej można się dowiedzieć nie wszystkiego na temat diety wegańskiej, czyli czym jest jest, co daje, ale także otrzymać dwunastotygodniowy plan żywienia. Książka jest światowym bestselerem w zakresie tematyki, którą prezentuje.

Muszę przyznać, że na początku podbiegałem z dużym dystansem do tematu. Ja wychowany na mięsie i innym, nie ważne że tak nazywanym, ale jakże smakowitym „śmieciowym jedzeniu“, miałem wygłosić opinię na temat diety wege. Diety, która pod względem kulturowym i smakowym zupełnie odbiega od tego, czego ja wymagam od jedzenia. Jestem tradycyjnym przykładem narodowego wychowania żywieniowego wg zasady: „nie ważne kłak czy wełna byle d..a była pełna“. Mięcho, golonka, piwo, pyry jakieś warzywa czyli żyć nie umierać. Czasem tylko mniej lub bardziej dystyngowanie sobie beknąć pod stołem, w zależności czy preferowane jako dowód, że smakowało, czy jako brak wychowania jest traktowane. A tu przybiega do mnie książka z jakimś szuru buru, czyli konsumpcyjnymi czarami, co do których w żaden sposób nie byłem przekonany. Jak dla mnie do tej pory to wege, rasta, wierzący w ufo, potwora z Loch Ness, Paskudę to grupa osób trochę nudzących się w życiu i szukających na siłę drogi prowadzącej diabli wiedzą dokąd. Przynajmniej tak to do tej pory odbierałem.

No, ale z racji, że jednak mam w taki czy inny sposób umysł otwarty na szukanie innych, może lepszych, może gorszych ale z pewnością różnych rozwiązań wspomagających nasze życiowe moce postanowiłem się zmierzyć z wyzwaniem, jakie ta książka za sobą niesie. Na razie spokojnie bez wbiegania w istotę przekazu. Sama książka napisana prostym, nie wymuszającym zbytniego wysiłku intelektualnego językiem. Nie jest także typem instrukcji obsługi, przez który trzeba się przebić w danej, wymaganej chwili. Raczej takim luźnym poradnikiem życiowym, pokazującym, a nie nakazującym wejście na inne życiowe drogi. Pokazuje i nazywa nasze zagrożenia życiowe i wskazuje sposoby ich obejścia. Proponuje konkretną dietę, wskazuje receptury przygotowania różnych potraw. Na tą chwil szczególnie do mnie przemawiają izotoniki, baton energetyczny, czy krakersy z zieloną herbatą, imbirem i limetą. Jednak czy będę potrafił się np przekonać do frytek z czosnkiem, oregano i jamsami czy pikantną pizzą z fasolnikiem chińskim i komosą. Jak na razie brzmi to trochę kosmicznie, żeby nie napisać, że komicznie,

Z drugiej strony, jak moja córka dorwała te przepisy to wpadła w taki zachwyt, że powiedziała, że będzie mi to robiła. Czyli wszystko przede mną. Sądzę, że za jakieś dwa tygodnie, kiedy już ogarnę konsumpcyjnie co dostałem i przerobię to am, am to skrobnę coś bardziej merytorycznego na ten temat. Na razie ziarno wege do mojej duszy zostało zasiane i powoli kiełkuje.

Jak na razie, kiedy książka przybiegła, to delikatnie zacząłem się w jej treść zanurzać. Muszę przyznać, że niektóre treści ciekawią, inne intrygują, a jeszcze inne nawet bawią.  Tak sobie myślę, jak mogą smakować pikantne naleśniki z kakao.

Co to jest ajzol i dynks

Dzisiaj coś z innej bajki. Takiej naszej regionalnej, poznańskiej. Każdy region naszego kraju ma swoje wyrażenia, słowa, które w jakiś sposób dane miejsce naszego kraju wyróżniają. Wiadomo, że my Poznaniacy całej reszcie mieszkańców naszego kraju kojarzymy się nieodłącznie z pyrami. Wiadomo poznańska pyra, to na palcach jednej, góra dwóch rąk można zliczyć mieszkańców naszego Kraju, którzy nie wiedzą, o kim mowa. Jednak pyra to jest tylko sam szczyt góry lodowej, z której składa się nasza pyrlandzka gwara. Dlatego tak wczoraj podczas rozmowy z żoną właśnie na temat naszej poznańskiej polszczyzny ( czasem mamy takie dziwne rozmowy) wypłynęły jeszcze dwa, ale za to bardzo abstrakcyjne słowa. Pytanie dla odwiedzających spoza Wielkopolski ( chyba jest paru takich miłych gości) co to jest: ajzol i dynks. Dla nas mieszkańców Poznania znaczenie tych słów jest tak oczywiste, że aż trudno zrozumieć, by ktoś mógł mieć problemy ze zrozumieniem ich znaczenia.

Najpierw może sięgnijmy po oficjalną definicję z wikisłownika. Wg niej ajzol to metalowy przedmiot, a dynks to coś, czego nie potrafimy nazwać lub denaturat, czyli jabol tak bardziej po naszemu. W moim prywatnym odczuciu te dwie oficjalne definicje znacznie upośledzają i zubożają znaczenie tych dwóch słów.

Zacznijmy od ajzola. Przecież to nie jest tylko metalowy przedmiot. Napisałbym więcej, że jest to metalowy przedmiot, nieokreślonego pochodzenia oraz kształtu, którego przeznaczenie znane jest tylko temu, kto tego sformułowania używa i w jasny i klarowny sposób przekazuje tą definicje czy treść innym, którzy w momencie otrzymania przekazu doskonale wiedzą, o jakim przedmiocie jest mowa. Myślę, że tak sformułowana definicja dużo jaśniej i klarowniej przedstawia znaczenie ajzola.

A co to z kolei będzie dynks? Co to wina marki wino, to może nie będę rozwijał tematu, bo jest jasny i klarowny dla każdego, jednak, by uniknąć dwuznaczności i ryzyka pomyłki proponowałbym używania bardziej uniwersalnych i rozpoznawalnych sformułowań w stylu jabol, jabcok, siara etc.  Dynks to jest dużo poważniejsza rzecz, by można go sprowadzać do prymitywnej marki wina siarką pędzonego. Dynks, to jest Coś, bez czego nie ma niczego, , a jeżeli nawet istnieje, to i tak w jego skład jakiś dynks wchodzi. Dynks jest nieodzowną częścią naszego otoczenia, bez którego otoczenie to, po prostu nie może funkcjonować. No, ale wnikając głębiej można napisać, że dynks, to coś co wystaje np trąba u słonia. Tyle, że wbiegamy we freudowskie tematy, więc może ich nie rozwijajmy.

Myślę, że teraz jasno i klarownie wyjaśniłem znaczenie tych dwóch słów, które dla nas Poznaniaków są nieodzowną częścią naszego życia. A nad wszystkim czuwa i do wszystkiego służy  jeszcze wihajster, ale to już zupełnie inna bajka. Kiedy zaś wszystko razem zbierzemy, to będziemy mieli kupę klunkrów i wybiegnie z tego jedna wielka gymyla.