Coś się kończy, coś się zaczyna

Może parę osób zaskoczę, ale to już przedostatni wpis na blogu: biegaczamator.blog.pl. 31 stycznia Onet zamyka swój portal dla blogów, czyli blog.pl. Co leży u podstawy takiej decyzji, nie mam pojęcia, ale setki, jak nie tysiące blogów zniknie jednego dnia. Wielu z nas podjęło różne działania zmierzające do zmiany swojego miejsca przebywania, a w zasadzie pisania. Dlatego też od początku roku podjąłem przy pomocy wsparcia znawcy tematu w pracy działania mające na celu dalsze funkcjonowanie, ale pod innym adresem. Nie będzie to zmiana szokująca. Napiszę, że zmieni się tylko jeden środkowy człon adresu, ale 2/3 pozostanie z przodu i z tyłu pozostanie bez zmian. Szczegóły zamieszczę, kiedy nowa strona pobiegnie do przodu. Na razie trochę przerwy, która zapewne nam wszystkim się przyda

Zahartowany jak biegacz

Wiele jest powodów, dlaczego warto biegać. Można napisać, że na ten temat stworzono już całe epopeje. Dlatego nie będę po raz n-ty powtarzał tak nam wszystkim znanych argumentów. Chciałbym za to dzisiaj zatrzymać się na jednym, który jest nam co prawda znany, ale nie tak bardzo rozdmuchany. Tym tematem jest nasza odporność na różnego rodzaju infekcje. Nie chcąc być gołosłownym zatrzymam się na konkretnym przykładzie.

Jak pisałem wczoraj brałem udział w biegowym dwupaku. Najpierw na 9 parkrun, a potem na 12.00 nad Maltą Bieg Sylwestrowy. Na biegi wyszedłem ubrany sportowo jesiennie. Oznacza to przewiewną, nie za bardzo ciepłą pierwszą warstwę i na to koszulkę. To, że długie spodnie to wiadomo. Kiedy wyszedłem na dwór i okazało się, że jest na minusie, to z lekka zęby mi zaszczękały. Miałem dwa wyjścia. Mogłem się wrócić i przebrać, albo pojechać samochodem. Stwierdziłem, że co ja cienias jestem i pojechałem tak jak stałem komunikacją miejską. Raz się żyje ( ale też raz umiera). W czasie parkrun się najpierw w czasie biegu rozgrzałem, potem na mecie spociłem, czyli klasyka. A mróz mnie całował swoim lubieżnym lodowym językiem.

Po praktun na Maltę. Tam na szczęście przed startem mogliśmy się schować w specjalnie do tego przygotowanym pomieszczeniu. Po biegu powtórka z rozrywki z parkrun, czyli najpierw rozgrzanie, a potem spocenie. Po wszystkim na szczęście posiłek także w pomieszczeniu, czyli można było trochę ochłonąć, ale to nie zmienia faktu, że znowu w mrozie do domu. Kiedy dotarłem muszę przyznać, że ręce mimo rękawiczek miałem zgrabiałe, a na plecach czułem igiełki lodu. Po wszystkim szybko do wanny, gorąca kąpiel i czekałem na infekcję, która po takim czymś powinna z radością nadbiec. I co? I nic, dzisiaj czuję się jak młody Bóg. Co prawda z tym młodym, to może pobiegłem z ostro, ale co mi tam.

Tak na zakończenie w wielu przypadkach po biegach wydawało mi się, że muszę się rozłożyć, bo to nie jest normalne biegać w takich warunkach. A jednak nic się nie stało. Ja wczoraj byłem ubrany w długi rękaw, ale widziałem hardocorowców z krótkimi spodenkami i w koszulkach tylko z naramiennikami. Jak na nich patrzyłem, to muszę przyznać, że nawet mi się robiło zimno. No, ale jak ktoś się ściga, to musi być naprawdę lekko ubrany. Można napisać, że po ubraniu zimą poznasz jakie cel ma dana osoba przed sobą. Jeżeli biegnie całkowicie na krótko, to wiadomo ścigacz, biegnie po godne miejsce. Jeżeli typowo na długo, biegacz klasyczny. A jeżeli a grubo (widziałem nawet w kurtkach, to tuptacz turysta, chce się przejść, a powiedzieć, że przebiegł. Też tak można.

Gdzie się kończy feminizm

Chciałbym trochę jeszcze nawiązać do porannego wpisu o byciu lepszym ojcem. Jednak tym razem chciałbym w moim męskim rozumku spróbować przeanalizować zjawisko feminizmu i jakby odwrócenia w wielu przypadkach tradycyjnego i zakorzenionego w naszej świadomości modelu matki i ojca. Modelu w którym mama rządzi w domu, a ojciec na niego zarabia.

Czasy się zmieniły i zmienił się model rodziny. Oczywiście są jeszcze ojcowie, panowie i władcy i panie, które kornie się do roli określmy to służebnej wstawiają, jednak coraz mniej obserwujemy takich „układów rodzinnych”. Panie twardo i zdecydowanie wkroczyły na drogę sukcesów zawodowych. I to wcale niekoniecznie związanych z zawodami, które niegdyś uważano za bardziej kobiece, jak przedszkolanki, panie w sklepie czy chociaż modelki na wybiegu. Obecnie panie twardo i zdecydowanie zdobywają obszary zawodowe, które jeszcze nie tak dawno wydawały się męskimi domenami. I wielu przypadkach okazuje się, że nie tylko nie są gorsze, ale wręcz lepsze od nas facetów Co prawda jeszcze niektórzy panowie „fikają” starając się zepchnąć panią Prezes do kuchni, mycia garów i podcieraniu zmęczonemu panu i władcy tyłka, ale to już chyba ostatki.

W tej chwili ruch społeczny nazywany feminizmem i dążący do pełnego równouprawnienia jest w rozkwicie. I raczej nie wygląda by miał się kurczyć. Panie w wielu przypadkach pokazują nam facetom miejsce w szeregu. Trzymają pewną ręką i finanse domowe i sprawują nadzór ad wszystimi procesami, które w nim sie odbywają. My panowie jesteśmy w większości przypadków na równych prawach, a sa i przypadki, kiedy na zdecydowanie gorszych. No, ale tak jest ułożony obecny świat i to na razie z pewnością się nie zmieni. Zasada jest prosta: panie mają takie same prawa jak my i tak będzie.  Jednak są jeszcze sytuacje, gdzie feminizm się nie sprawdza i kończy. Chociaż wtedy, kiedy trzeba odkorkować wino. No chyba, że nad butelką staje Iwona Guzowska, Małgorzata Mączyńska czy chociaż Aneta Florczyk. To wtedy i my panowie  i korek możemy zacząć się bać. Zresztą jest dużo więcej pań, których my panowie możemy śmiało się bać.

Społeczna walka z bieganiem rozpoczęta

Ostatnio wbiegł mi przed oczy taki tekst zamieszczony na stronie: https://www.vice.com/p:

Chociaż bieganie to mało efektywna metoda spalania tłuszczu oraz jeden z najbardziej niezdrowych treningów kardio, od lat stanowi najpopularniejsze ćwiczenie na świecie (zaraz po chodzeniu). To bardzo zła wiadomość, ponieważ bieganie ma zdecydowanie więcej wad niż zalet: aż 79 proc. biegaczy przynajmniej raz w roku rezygnuje treningów z powodu kontuzji. Nic dziwnego – bieganie w bardzo małym stopniu wzmacnia siłę mięśni, a jak wiadomo, to właśnie sprawny i silny układ mięśniowy zapobiega urazom. Co więcej, to właśnie on odpowiada za szybką przemianę materii, spalanie tłuszczu oraz zapewnia dobrą formę na starość.Statystycznie rzecz biorąc, jeśli komuś bardzo zależy na zdrowiu, zazwyczaj bierze się za bieganie. Jasne, na pierwszy rzut oka stanowi to bardzo „naturalne” ćwiczenie, ale trzeba pamiętać, że miarowe dreptanie nie stanowi jakiegoś magicznego obrządku, dzięki któremu twój organizm rozkwitnie. Fenomen biegania ma swoje początki w latach 60. XX wieku, kiedy to postanowiono walczyć z zatrważająco siedzącym trybem życia większości ludzi. Choć nie sposób polemizować z faktem, że każdy ruch jest lepszy od jego braku, bieg stanowi jedno z najmniej skutecznych ćwiczeń. Według trenera osobistego Lee Boyce’a istnieją dwa główne powody, dla których ludzie biegają. Najpopularniejszym z nich jest chęć spalenia tłuszczu: większość pragnie pozbyć się swojego brzuszka i właśnie dlatego decyduje się na treningu kardio. Problem w tym, że bieganie to zły wybór.Najczęściej uważają, że dzięki temu stracą na wadze i wyrzeźbią sylwetkę. Jednak dopiero połączenie treningu aerobowego z ćwiczeniami siłowymi przyniesie pożądany i trwały efekt” – powiedział. Podobnie jak każdy profesjonalny trener, Boyce za najlepszą metodę spalania tłuszczu uważa kompleksowy trening siłowy, polegający przede wszystkim na ćwiczeniach angażujących wiele grup mięśni (są to m.in. przysiady, martwy ciąg, wyciskanie sztangi, podciąganie na drążku czy pompki).

Osobom niewyobrażającym sobie życia bez biegania zaproponował skrócenie przerw albo połączenie kilku ćwiczeń w tzw. obwód. Dzięki temu można utrzymać wysokie tętno i poprawić swoją wydolność krążeniowo-oddechową. Po takim treningu człowiek jest zasapany jak po intensywnej przebieżce, a jednocześnie „osiąga lepsze efekty, ponieważ mięśnie pracują z obciążeniami. W konsekwencji spala się więcej kalorii oraz tłuszczu, a także podkręca się swój metabolizm”. Boyce ma rację: badania niezmiennie pokazują, że ćwiczenia siłowe oraz sprinty są pod wieloma względami znacznie efektywniejsze od biegania: szybciej spalają „oponkę” oraz regulują gospodarkę hormonalną. To zaś oznacza poprawę wrażliwości na insulinę, zmniejszenie poziomu kortyzolu (hormonu stresu) i zwiększenie poziomu hormonu wzrostu oraz testosteronu (tak, dla kobiet również stanowi to sporą korzyść). Wszystkie te czynniki przyczyniają się do utraty wagi.

Badanie opublikowanie w 2008 roku w medycznym miesięczniku „Medicine & Science in Sports & Exercise” (ang. Medycyna i nauka w sporcie i ćwiczeniach) stanowi świetną tego ilustrację. Badacze podzielili grupę 27 otyłych kobiet na trzy podgrupy, z której jednej kazano biegać z niską intensywnością pięć razy w tygodniu, drugiej uprawiać intensywne sprinty trzy razy w tygodniu, a trzeciej zabroniono jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Po okresie 16 tygodni rezultaty nie pozostawiały żadnych wątpliwości: podczas gdy sprinterki straciły znaczącą ilość tłuszczu z brzucha oraz z ud, biegaczki spaliły dokładnie tyle samo tłuszczu, co ich niećwiczące koleżanki (przy czym rzeczywiście poprawiły swoją kondycję).

Drugim powodem jest chęć wzmocnienia serca oraz układu krążenia. Co więcej, jeśli wierzyć niektórym ankietom, stanowi to najpowszechniejszą przyczynę, dla której ludzie zaczynają ćwiczyć – zgrabna sylwetka to jedynie pewien sympatyczny, niezamierzony efekt uboczny. (Aha, jasne). I chociaż bieganie niewątpliwie zwiększa pojemność płuc i usprawnia pracę serca, taki trening może być niewystarczająco forsowny, by naprawdę przynieść jakieś efekty.

Podobnie wygląda sprawa w przypadku ćwiczeń siłowych: intensywne obwody z dużymi ciężarami przynoszą znacznie większe efekty niż monotonne wyciskanie sztangi. Badania pokazują, że krótkie treningi beztlenowe – przykładowo kilka szybkich serii z ciężarami albo sprint – działają na serce równie dobrze, co długie, nużące biegi. Jednocześnie warto podkreślić, że znacznie lepiej wpływają na stan układu mięśniowego oraz na wydolność fizyczną i pułap tlenowy. Potwierdza to badanie opublikowane w „Journal of Strength and Conditioning Research”. Trwało ono 15 tygodni i jednoznacznie wykazało, że dziesięć super intensywnych dziesięciosekundowych serii na rowerku stacjonarnym przynosiło znacznie lepsze efekty niż średnio intensywne 25-minutowe treningi (zwłaszcza w kategorii wytrzymałości i siły).

Pamiętaj również, że bieganie zaliczamy do kardio tylko dlatego, że zaczynamy przez nie ciężej oddychać – to zaś można osiągnąć na wiele innych sposobów. Jeśli jednak kochasz biegać i nie chcesz z tego rezygnować, nie ma problemu: po prostu rób to szybciej. „Pod wieloma względami sprint jest bezpieczniejszy od biegania” – powiedział Boyce. „Większość osób cierpi na jakiegoś rodzaju zaburzenia równowagi mięśniowej, co oznacza, że mięśnie po jednej stronie stawu mają słabsze niż po drugiej. To bardzo nierozsądne, żeby je masakrować podczas długiego, monotonnego biegu, podczas którego pokonujesz nawet 10 tysięcy kroków (w ciągu zaledwie 30 minut!). Może to doprowadzić do przewlekłego bólu oraz zaburzeń równowagi”. Jednocześnie dodał, że poprawnie wykonany sprint pozwoli ci uniknąć wielu problemów biegaczy. Zrobisz podczas niego mniej kroków (czyli nie obciążysz tak bardzo stawów), będziesz poruszać się bardziej efektywnie, a także zaangażujesz więcej mięśni oraz włókien mięśniowych szybkokurczliwych, które są odpowiedzialne za rozwój masy mięśniowej.

To właśnie włókna szybkokurczliwe wzmacniają twoje stawy, więc warto o nie dbać” – powiedział Boyce. „Decydując się na sprinty, zauważysz podobny ubytek tłuszczu, co w przypadku ćwiczeń siłowych. To trening opierający się na sile, nagłym ruchu, wysiłku oraz intensywności, więc twoje mięśnie czeka większy wysiłek. Dzięki temu spalisz więcej kalorii i nawet po zakończeniu ćwiczeń twój metabolizm nadal będzie działał na zwiększonych obrotach”.

Sprint rzeczywiście efektywniej spala tkankę tłuszczową” – potwierdził Dean Somerset, dyplomowany specjalista od treningów siłowych, fizjoterapeuta i kinezjolog z Alberty w Kanadzie. Podkreślił jednak, że jego zdaniem łatwy, nieintensywny bieg wywiera znacznie mniejszy nacisk na ścięgna niż sprint.

Somerset uważa również, że chociaż trening o dużej intensywności rzeczywiście przyśpiesza przemianę materii na jeszcze pewien okres po treningu, miarowy bieg pozwala spalić równie dużo kalorii, ponieważ takie ćwiczenia po prostu trwają dłużej. Tak naprawdę prawdziwe korzyści sprintów widzi w ich wpływie na gospodarkę hormonalną. „Sprinty zwiększają poziom testosteronu oraz hormonu wzrostu, a do tego stymulują wydzielanie hormonów przez tarczycę” – powiedział. Dwa pierwsze hormony mają duży wpływ na spalanie tkanki tłuszczowej oraz zwiększenie siły mięśni, i to właśnie dlatego Somerset uważa sprinty za korzystniejsze dla zdrowia.

Jeśli naprawdę nie wyobrażasz sobie życia bez ćwiczeń wytrzymałościowych, długoterminowe korzyści zdrowotne osiągniesz jedynie wtedy, kiedy połączysz je z treningami wzmacniającymi. Jak podkreślił Boyce, bieganie nie jest jednym z nich: szkodzi twoim stawom i nie pozwala zwiększyć masy mięśniowej. A pamiętaj, że to właśnie dzięki niej stajesz się odporny na najróżniejsze kontuzje. Wraz z upływem lat będzie się to stawało dla ciebie coraz ważniejsze.

Jeżeli nie lubisz biegać, a jednocześnie zależy ci na korzyściach płynących z treningu kardio, podobne rezultaty osiągniesz za pomocą zupełnie innych ćwiczeń” – zapewnił Somerset. „Możesz wiosłować na ergometrze, robić wymachy odważnikiem, jeździć szybko na rowerze albo ćwiczyć na sankach obciążeniowych”. Pokonanie 10 kilometrów na ergometrze w ciągu 40 minut albo zrobienie 500 wymachów z pewnością zaspokoi twoją potrzebę długiego i intensywnego treningu wytrzymałościowego, a jednocześnie nie zrujnuje ci stawów. Co więcej, dzięki takiemu treningowi poprawisz swoją postawę i wzmocnisz mięśnie posturalne.

Jeśli jednak „żyjesz, aby biegać”, biegaj. Pamiętaj tylko o słowach Boyce’a, który doradził, by „traktować trening siłowy jako główne danie, a bieganie jako deser”. Innymi słowy, każde 20-30 minut przebieżki powinieneś poprzedzić 30-40 minutami treningu siłowego. Spalisz więcej tłuszczu, wzmocnisz swoje serce, a na starość będziesz miał lepszą równowagę i sprawność ruchową. Czy to właśnie nie dlatego zacząłeś ćwiczyć?”

Przyznam szczerze, że z wysiłkiem przebiłem się przez cały tekst. Tak się zastanawiam jakie ktoś musi mieć kompleksy, problemy emocjonalne i mało szczęśliwe życie, by takimi przemyśleniami się z tak wielkim wysiłkiem dzielić. Można napisać, że kanapowcy wyciągają armaty przeciwko aktywnościuchom. No, a wiadomo, że biegający stają tutaj na pierwszej linii forntu. Wygląda na to, że zaczynamy społeczny konflikt opierający się na dylemacie szekspirowskim: być aktywnym, czy nie być akywnym, oto jest pytanie Odpowiem na to krótko: jak ktoś woli niech siedzi na kanapie, ale niech pozwala żyć innym.  Na koniec jedno krótkie stwierdzenie, które ten wpis prowadzi: it is simple: just go run. I myślę że w tych paru słowach dajemy nasz przekaz i naszą odpowiedź innym. To jest takie proste… Psy szczekają, karawana biegnie dalej. 

Wyścig z infekcją

 Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Chełmiec masz rację, jest to super inicjatywa. Proponuję się zgłosić. Bartek oczywiście zgadzam się z Tobą, że podczas takich wypraw w kupie raźniej.

Na początku muszę się szczerze przyznać, że nie jestem typem wyścigowca. Kiedy nawet startuję w biegach zorganizowanych, to głównie po, by pobiegać w miłym towarzystwie, trochę pogadać, spotkać się chociaż na chwilę w miłym towarzystwie, a sam efekt tuptania zbiega na dalszy plan. O tym, by się ścigać z kimś na trasie, to nawet nie myślę. Mogę napisać krótko: nie moja bajka, nie moje klimaty.

Jednak czasem zdarzają się przypadki, kiedy musimy trochę pogonić, a w zasadzie w moim ostatnim przypadku pouciekać. Jak już wspomniałem parę dni temu od weekendu goni za mną jakaś nie do końca miła infekcja. Kiedy mnie na chwilę dopadnie, to się zaczyna kompozycja kichająco-kaszląca. Z nosa płynie, z płuc wyziewne  churchanie, taniec kaszlu w gardle, chyba każda osoba zna te objawy.  Nic co by nas miło do życia nastrajało. Wręcz odwrotnie, jesteśmy w życiowym odwrocie. Wszystko nas drażni, nic tylko wziąć i się odciąć od wszystiego i wszystkich.  Była nawet chwila, kiedy myślałem, czy tradycyjną metodą nie wziąć urlopu i nie walnąć się na parę dni, by doprowadzić do stanu zanim infekcja wzięła mnie w obroty. No, ale postanowiłem, że się nie poddam i postanowiłem uciec przed choróbskiem. Mogę napisać, że działam dwutorowo: bieganie i cytryna

Najpierw w poniedziałek uciekałem treningiem tempowym na stadionie. Ustawiłem sobie określone tempo na okrążenie i hajda przed siebie. No i muszę przyznać, że infekcja nie potrafiła mnie dogonić. Najpierw nos się wysuszył, potem płuca złapały drugi oddech. Możliwe, że infekcji przez to bieganie w kółko zakręciło się głowie i dostała chorobliwego kociokwiku. Podsumowując mogę napisać, że jeszcze długo po zakończeniu treningowych kółeczek nie mogła do mnie znaleźć drogi. Kolejnego dnia znowu mnie prawie dopadła, ale potem we wtorek na luźnych, treningowych 10 kilometrach znowu jej trochę odbiegłem. Następnie przez całą środę próbowała mnie znowu dopaść, ale na olejnym treningu podczas interwałów znowu jej uciekłem. Trochę to przypomina gonienie myszki przez kotka, ale na razie myszka górą.  Do tego codziennie herbata z miodem i cytryną. Kompozycja i smakowa i zdrowotna. Sam jestem ciekawy, jak ta pogoń się rozwinie. Na razie uciekam jak mogę i ile sił w nogach. Tak w skrócie: moja metoda na infekcję? Bieg z miodem i cytryną. Powiedzmy sobie szczerze: jest to moja metoda na pewnym poziomie zboczenia życiowego i nikomu narmalnemu jej nie polecam.

Król komentatorów piłkarskich

Wczoraj zapadła decyzja, że najbliższy mecz naszej reprezentacji będzie komentował Guru komentatorów piłkarskich czyli Dariusz Szpakowski. Podejrzewam, że na najbliższych Mistrzostwach Świata także będzie nas raczył swoimi tekstami. Dla przypomnienia kilka złotych czy raczej kilka komentarzy Króla wśród komentatorów.

Bracia-bliźniacy Frank i Ronald de Boerowie, z których większość gra w Barcelonie.”
Źródło: „Przegląd” nr 3, 21 stycznia 2002
„Mirosław Trzeciak zdobył gola po indywidualnej akcji całego zespołu.”
Źródło: „Przegląd” nr 3, 21 stycznia 2002
„Bardzo dobrze mówiący po niemiecku niemiecki arbiter.”
„Bergkamp trafił bramką w słupek.”
„Była to najsłabsza pierwsza połowa w tym meczu.”
„Do końca meczu została godzina, czyli około 60 minut.”
„Do końca pierwszej połowy pozostały sekundy… dokładnie cztery minuty… 360 sekund.”
„Dzień dobry państwu. Ze stadionu Wembley wita Dariusz Ciszewski.”
„Iversen mógłby być spokojnie synem Franco Baresiego, ale Baresiego zawiodły nerwy.”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006
„Jest coś takiego w życiu Kameruńczyków, że futbol, jak życie, pełen jest przygód.”
„Jest tak gorąco, że piłkarze oddychają.”
„Jest to Brazylijczyk z japońskim rodowodem.”
„Jeśli nie z nimi, to z kim, jeśli nie kiedy – no właśnie!”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006
„Włodek Smolarek krąży jak elektron koło jądra Zbyszka Bońka.”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006                                                                       
Roger w takim trójkącie z Krzynówkiem i Smolarkiem…                                Aaa…!No i mamy wyrównanie…! (W momencie strzelenia gola na 9:0 w meczu 

Do tego możemy dołożyć szereg innych powiedzonek, które weszły już fo kanonów komentowania. Wystarczy dodać ” puścił Bąka lewą stroną”, taki francuski trójkąt: Jeleń, Dutka i Obraniak”,” „i znów niecelne trafienie „, „udało mu się znaleźć czułe miejsce między nogami obrońcy”, „ta bramka nie powinna być uznana, gdyż jak widać w powtórce, bramki nie było”, „Janas chyba zmienił zdanie, choć Brożek był już rozebrany”  czy ” Johann Cruiff dokonywał bardziej zmian taktycznych, niż zmieniających taktyke zespołu”. Przykładów można mnożyć, ale trzeba przyznać, że Król jest jeden i mecz bez tych komentarzy meczy byłyby jałowe.

Czas z człapania wejść na tuptanie

Muszę się przyznać bez owijania w bawełnę. Przez ostatni rok moje bieganie było z gatunku prawie pozorowanego. Co prawda robiłem jakieś tam dziennie kilometry, ale było to na zasadzie: wyjść, przetuptać, zapomnieć. Tak dla zasady, bo wypada, bo trzeba te ustalone kilometry zaliczyć. I o jest dobre określenie: nie przebiec, nie zrobić, ale zaliczyć. I koniec, nic więcej nie trzeba. No i taki trening musiał się przełożyć na osiągi startowe. Zarówno na parkrun, jak i w dziesiątkach, półmaratonie czy w końcu w najważniejszym tegorocznym starcie czyli maratonie warszawskim moje osiągi były na poziomie ledwie człapania niż biegania, a w porównaniu z moimi najlepszymi wynikami ( które tak nawiasem mówiąc, zaledwie do średnich ogólnych mogłem zaliczyć), to sięgnęły nie tylko dna, ale wręcz wbiły się głęboko w muł.

Jeżeli ktoś ma życiówkę na piątkę na poziomie poniżej 24 minut, a biega w okolicach 27, na dziesiątkę w okolicach 48, a biega na poziomie 55, w półmaratonie poniżej godziny i 50 minut, a nie może złamać 2 godzin czy w maratonie poniżej 4 godzin, a biega bliżej 6, to znaczy, że mamy biegową kaplicę i czarne mary.

W zasadzie do tej pory wisiało mi i powiewało, jakie to były czasy i tuptałem sobie bez głębszego sensu i dna. Ot, dla tuptania. No, ale człowiek się zmienia i czasem chce przeprowadzić kolejny życiowy reset. No i w tym tygodniu postanowiłem się wziąć za siebie. W niedzielę już sobie ostrzej potuptałem, w poniedziałek, zrobiłem mocniejszą jednostkę treningową jednym ciągiem na poziomie paru kilometrów, wczoraj z kolei trening interwałowy na poziomie około ośmiu kilometrów, gdzie zmiana tempa następowała po około 150-200 metrach, na przemian szybko i wolno, dzisiaj sobie zrobię spokojniejsze 10-14 kilometrów, a jutro po spokojnej dyszce około 10 rytmów na dystansie do 100 metrów. Potem sobota parkrun, w niedzielę może wybieganie na poziomie nastu,by wkrótce dobiec do dziestu, ale za tp znowu z interwałami i od poniedziałku powtórka. Mam jeszcze trochę czasu, ale już teraz ustalam sobie wstępne założenia na plan na przyszły rok: cel nadrzędny: maraton w Poznaniu, a jeszcze w naszym mieście chciałbym połóweczkę zrobić. No i dziesiątki, jak się uda, ale też nie ruszając się z miasta.

Jak to się mówi, trzeba zmieniać koncepcje życiowo -biegowe. Kto wie, może za rok tylko wyjazdy i to może na biegi poza granicami kraju? Ale to jeszcze przemyślę. Cel nadrzędny jest prosty: z ledwie człapania,trzeba się przenieść do prawie tuptania. Na bieganie i tak szans nie ma, ale potuptać zawsze można.

Czy mieszkańcy większych miast nienawidzą biegaczy?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Marku i Maćku bardzo ciekawe komentarze wrzuciliście, ale odniosę się do nich jutro, bo to temat to poważniejsze przemyślenie, chociaż dzisiejszy tekst do nich  w jakiś sposób nawiązuje. 

Ciekawy artykuł sprzed ponad roku znalazłem na portalu aktywnieradioz.pl Tytuł artykułu jest dosyć długi, dlatego streszczę go maksymalnie, jak i cały artykuł. Przesłanie jest, że biegacze zadzierają a ludzie ich nienawidzą. I wybiorę najlepsze kawałki: „  No bo przecież tłum śmiesznych ludzi w legginsach właśnie sparaliżował całe miasto. Ulice są zamknięte, komunikacja miejska nie kursuje, końca peletonu „truchtaczy” nie widać, a oni muszą stać w korku. Jak żyć?” Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Zrobić to co ja, czyli też zacząć biegać. Właśnie stanie w korku i wściekanie się, że nie mogę jechać, bo oni biegną spowodowało, że na złość sam zacząłem biegać.

„ Nie tylko przeciętni mieszkańcy większych miast nie cierpią biegaczy. Okazuje się, że rowerzyści i rolkarze również mają im sporo do zarzucenia. W końcu biegają po ICH leśnych ścieżkach oraz ICH drodze w parku. Uważają, że „truchtacze” stawiają swoją pasję ponad wszystko i za nic mają tych, którzy uprawiają inne sporty. No przecież bieganie jest teraz takie modne, że nie ma innych tematów do rozmów. W autobusie, tramwaju, podczas spaceru – praktycznie z każdej strony słychać tylko ten temat. Wychodzisz ze znajomymi na piwo, nawet nie możesz się doczekać weekendowego kaca, a tu znowu bieganie. Halo, da się przed tym w ogóle uciec?”. No cóż nie możesz walczyć to się przyłącz, będę to powtarzał jak mantrę, bo sam tę drogę przeszedłem

„No bo kto przy zdrowych zmysłach wychodzi na 15-stopniowy mróz, żeby pobiegać? A no „truchtacze”. Mają te swoje kolorowe legginsy, odblaskowe buty i gadżety, a zimą już na pewno nie zawahają się ich użyć. Podczas, gdy ludzie trzęsą się z zimna na przystankach, „truchtacze” pokonują kolejne kilometry. Aż na sam widok ich ubioru robi się zimniej! Nieważne, że są zaspy po kolana i że chodniki zamieniły się w lodowisko – nawet wtedy z twarzy nie schodzi im ten denerwujący uśmieszek” Odpowiem krótko. Kto nie biegł w śniegu, mrozie, a nawet na lodzie, ten nie wie i nie potrafi sobie wyobrazić, jakiego walka z ekstremalną pogodą daje życiowego kopa

Nie będę więcej wrzucał, dodam tylko, że było o męce mieszania z biegaczem i jego przepoconymi rzeczami, endomondo oraz zapychania portali społecznościowych, a szczególnie Facebooka tekstami o bieganiu, które nie każdego interesują. No cóż takie życie, jak to się mawia: life is brutal, full of zasadzkas and sometimes kopas w p(d)upas. Jak nie możesz walczyć, to się przyłącz, a ile stresów odejdzie. A tak na zupełnym marginesie, to nerwy piekności szkodzą, a lepiej być pięknym czy piękną niż nerwowym czy nerwową.

Ilu Poznaniaków pobiegnie w poznańskim maratonie?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Dziękuję Panie Michale za informację o jeszcze jednym śmiertlenym przypadku podczas półmaratonu w Ełku w 2007 roku. Fatycznie nie znalazłem tej informacji

Odkąd zacząłem biegać widzę, jak coraz więcej mieszańców naszego miasta z roku na rok jest zarażonych tup-pasją. Kiedy zaczynałem te 5 lat temu, w moim dosyć peryferyjnym regionie miasta stanowiłem pewien sensacyjny folklor. Obecnie nie stanowię już żadnego folkloru, gdyż raz, że bliżsi lub dalsi sąsiedzi przywykli do mojego biegania, a dwa nawet na takich peryferiach jakim jest rejon Starołęki zarazki biegowe też przyfrunęły dopadając sporą grupę osób. A i tak wiadomo, że w mojej okolicy to jest tylko drobny wycinek tego, co dzieje się w całym mieście. Można śmiało napisać, że spora grupa Poznaniaków pokochała bieganie i życia sobie bez niego nie wyobraża.

Jak dużo Poznaniaków może biegać? Trudno liczbę oszacować, ale w moim odczuciu to około 5 może 10 tysięcy. Procentowo to wybiega zaledwie 1 czy 2 procent populacji naszego miasta A może się mylę i biega nas około 5%, 10% a może 15% Ta ostatnia cyfra wydaje się zbyt abstrakcyjna, ale sądzę że te 2 do 5 procent jest liczbą realną. Ilu z kolei biega tylko dla samego biegania, a ilu decyduje się na start w biegach zorganizowanych? Weźmy taki parkrun, który już od ponad 5 lat przyciąga na Cytadelę, co sobotę o nieludzkiej porze 9 rano grupę czasem stu, a czasem dwustu biegających. Mieliśmy i przypadek że i ponad tysiąca osób. Do tematu parkrun jeszcze nie raz wrócę, gdyż wiadomo, że to mój ulubiony bieg.Tak na zupełnym marginesie wczoraj obchodziliśmy równo 13 lat kiedy to właśnie Bushy Park odbył się pierwszy parkrun w histrorii, w którym wystartowało…13 osób. Tak jest, 13 osob, 13 lat temu, a teraz? Prawie 1300 lokalizacji w 14 krajach i dziesiątki tysięcy starujących tydzień w tydzień.  Natomiast dzisiaj chciałbym się zatrzymać na sztandarowym biegowym projekcie naszego miasta, czyli maratonie poznańskim.

Nie jest tajemnicą, że każdy praktycznie biegacz marzy, by kiedyś się zmierzyć z Królewskim Dystansem. Jednak nie duża grupa biegających decyduje się podjąć to wyzwanie. Maraton to nie jest jakaś popierdółka. To z jednej strony Królewski, a z drugiej morderczy dystans. O przypadkach śmierci podczas maratonu pisałem w ostatnim wpisie, a dzisiaj chciałbym się zatrzymać na innym temacie.

Zawsze mi się wydawało, że kiedy mówimy o dużej imprezie biegowej z danego miasta, to przynajmniej połowa startujących to powinni być mieszkańcy właśnie tego miasta. Na poznański maraton, gdzie w tej chwili mamy zapisanych ponad 7100 osób Poznaniaków jest… 1325 osób. Dzięki uprzejmości pani Moniki Prandke z POSIR-u otrzymałem wczoraj informację, jak wygląda prezentacja naszych miast podczas tego wydarzenia:

Do 18.PKO Poznań Maratonu na dzień dzisiejszy zapisało się:

z Poznania: 1325 osób

z Warszawy: 227 osób

z Wrocławia: 151 osób

ze Szczecina: 144 osoby

z Krakowa: 94 osoby.

Jak widać z dużych miast startuje niecałem 2000 osób na prawie 7200 zapisanych. A mówi się, że bieganie to głównie duże miasta. Muszę przyznać, że z jednej strony jestem dumny, że mieszkańcy Poznania są w zdecydowanej przewadze, ale jak mam być szczery myślałem, że jest nas więcej. No, ale co się dziwię, jeżeli sam jeszcze nie jestem zapisany. Na razie ciągle jeszcze biję się z myślami. Z jednej strony korci, ale z drugiej strony niedawno doczołgałem się do mety w Warszawie, a co jeżeli znowu będzie powtórka z rozrywki. Z drugiej strony jak nie stanę w strefie startu, to nigdy się nie przekonam, a moja życiówka w maratonie to cały czas jest Poznań i tu mam zaliczony najlepszy mój start na tym dystansie. Ja wiem, że parę sekund poniżej czterech godzin to żadna rewelacja, ale do takiego opornego biegacza jak ja, to cud-malina.

Śmierć podczas maratonu

Czasem mnie bierze na różne mniej lub bardziej kontrowersyjne wpisy.Po ostatnich wydarzeniach i śmierci maratończyka w Warszawie znowu nasuwają mi się refleksje: ile mieliśmy przypadków śmiertelnych w czasie biegów zorganizowanych? No i jaka jest najczęstsza ich przyczyna. Kiedyś, jeszcze przed moim pierwszym maratonem i startem w Szczecinku już popełniłem taki tekst:
http://biegaczamator.blog.pl/2015/07/27/bieg-po-smierc/
.

Jednak dzisiaj chciałbym się zatrzymać na jednym, wybranym temacie: ile śmiertelnych przypadków mieliśmy w trakcie startu na Królewskim Dystansie. U nas w kraju oficjalnie mówi się o trzech przypadkach: w 2012 roku w Poznaniu, w 2015 w Krakowie i ostatnim podczas ostatniego maratonu w Warszawie. Znalazłem także dwa przypadki śmierci podczas półmaratonu: 2016 roku zmarł jeden z uczestników Biegu Piastowskiego Kruszwica – Inowrocław, a w 2006 roku podczas półmaratonu Mlecznego Korycin -Janów -Korycin.

No, ale wracamy do maratonów w wersji zagranicznej. Troszeczkę poszperałem po necie. Do pierwszej listy nie było problemu dobiec. Kiedy na nią zerkamy, to możemy na niej dojrzeć 47 nazwisk ( co ciekawe, ale bez naszych rodaków)
https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_marathon_fatalities
. Wydaje się jednak, że tej liście daleko do rzeczywistych śmiertelnych przypadków podczas startu na Królewskim Dystansie. Jak podaje strona
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/
w latach 2000-2009 w samych Stanach Zjednoczonych zmarło 28 osób. W tym czasie w maratonach wystartowało prawie 4 miliony osób. Na liście w Wikipedii mamy 17 osób, które w tym okresie zmarły podczas startów w Stanach Zjednoczonych, więc mamy 11 osób różnicy. W Europie tak bardzo o przypadkach śmiertelnych nie słychać. Gdzieś przebiegła mi informacja o śmiertelnym przypadku w Niemczech. 6 marca 2017 roku. Anglii zmarł Polak podczas biegu na 10 kilometrów. Podczas maratonu w Londynie w 2007 także miał miejsce przypadek śmiertelny. 
Jak widać Amerykanie zdecydowanie „wiodą prym” w tej czarnej statystyce.

W większości przypadków śmierć nastąpiła na skutek zawału serca, ale jak widać także z innych, czasem trudnych do zdefiniowania powodów. Mamy na liście i „ naturalne przypadki” i udar cieplny, niespodziewany przypadek choroby serca, udar niedokrwienny, arytmię serca, wzrost temperatury ciała powyżej 42 stopni, wypadanie płatka zastawki mitralnej, niedobór sodu we krwi czy choroba niedokrwienna serca. Jak widać większości przypadków można było uniknąć, gdyż wynikały w różnych schorzeń, których osoby startujące nie zdiagnozowały przed startem. A to oznacza jedno. Zanim wystartujemy w maratonie, warto się przebadać. 

Nie sposób nie wspomnieć o zamachu bombowym podczas maratonu w Bostonie, który miał miejsce , jak podaje wszechwiedząca Wikipedia: „15 kwietnia 2013 roku, ok. godz. 14:49 czasu lokalnego (20:49 czasu polskiego), w czasie trwania maratonu Bostonie, w stanie Massachusetts (Stany Zjednoczone). Do wybuchu dwóch bomb doszło przy Boylston Street, niedaleko Copley Square Zginęły trzy osoby, a 264 zostały ranne”

Tak jak sobie zerkam, to wybiega na to, że ta nasza pasja wcale nie jest taka bezpieczna. No, ale może dzięki temu daje takiego kopa duchowego i fizycznego. Poważnie myślę, czy na poznański maraton się jeszcze nie zapisać. Podsumowując trzeba napisać jedno. Do wszystkiego trzeba podbiegać głową. Zdaję sobie sprawę, że sporo osób w tym momencie powie: czyli jednak bieganie nie jest zdrowe, a już zupełną głupotą jest biegać maratony. Z drugiej strony przypadków śmierci podczas seksu było zdecydowanie więcej i podejrzewam, że procentowo też jest więcej, a niech ktoś powie, że seks jest głupotą.