Król komentatorów piłkarskich

Wczoraj zapadła decyzja, że najbliższy mecz naszej reprezentacji będzie komentował Guru komentatorów piłkarskich czyli Dariusz Szpakowski. Podejrzewam, że na najbliższych Mistrzostwach Świata także będzie nas raczył swoimi tekstami. Dla przypomnienia kilka złotych czy raczej kilka komentarzy Króla wśród komentatorów.

Bracia-bliźniacy Frank i Ronald de Boerowie, z których większość gra w Barcelonie.”
Źródło: „Przegląd” nr 3, 21 stycznia 2002
„Mirosław Trzeciak zdobył gola po indywidualnej akcji całego zespołu.”
Źródło: „Przegląd” nr 3, 21 stycznia 2002
„Bardzo dobrze mówiący po niemiecku niemiecki arbiter.”
„Bergkamp trafił bramką w słupek.”
„Była to najsłabsza pierwsza połowa w tym meczu.”
„Do końca meczu została godzina, czyli około 60 minut.”
„Do końca pierwszej połowy pozostały sekundy… dokładnie cztery minuty… 360 sekund.”
„Dzień dobry państwu. Ze stadionu Wembley wita Dariusz Ciszewski.”
„Iversen mógłby być spokojnie synem Franco Baresiego, ale Baresiego zawiodły nerwy.”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006
„Jest coś takiego w życiu Kameruńczyków, że futbol, jak życie, pełen jest przygód.”
„Jest tak gorąco, że piłkarze oddychają.”
„Jest to Brazylijczyk z japońskim rodowodem.”
„Jeśli nie z nimi, to z kim, jeśli nie kiedy – no właśnie!”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006
„Włodek Smolarek krąży jak elektron koło jądra Zbyszka Bońka.”
Źródło: Creme de la creme czyli najlepsze cytaty komentatorów sportowych, sport.pl, 9 czerwca 2006                                                                       
Roger w takim trójkącie z Krzynówkiem i Smolarkiem…                                Aaa…!No i mamy wyrównanie…! (W momencie strzelenia gola na 9:0 w meczu 

Do tego możemy dołożyć szereg innych powiedzonek, które weszły już fo kanonów komentowania. Wystarczy dodać ” puścił Bąka lewą stroną”, taki francuski trójkąt: Jeleń, Dutka i Obraniak”,” „i znów niecelne trafienie „, „udało mu się znaleźć czułe miejsce między nogami obrońcy”, „ta bramka nie powinna być uznana, gdyż jak widać w powtórce, bramki nie było”, „Janas chyba zmienił zdanie, choć Brożek był już rozebrany”  czy ” Johann Cruiff dokonywał bardziej zmian taktycznych, niż zmieniających taktyke zespołu”. Przykładów można mnożyć, ale trzeba przyznać, że Król jest jeden i mecz bez tych komentarzy meczy byłyby jałowe.

Czas z człapania wejść na tuptanie

Muszę się przyznać bez owijania w bawełnę. Przez ostatni rok moje bieganie było z gatunku prawie pozorowanego. Co prawda robiłem jakieś tam dziennie kilometry, ale było to na zasadzie: wyjść, przetuptać, zapomnieć. Tak dla zasady, bo wypada, bo trzeba te ustalone kilometry zaliczyć. I o jest dobre określenie: nie przebiec, nie zrobić, ale zaliczyć. I koniec, nic więcej nie trzeba. No i taki trening musiał się przełożyć na osiągi startowe. Zarówno na parkrun, jak i w dziesiątkach, półmaratonie czy w końcu w najważniejszym tegorocznym starcie czyli maratonie warszawskim moje osiągi były na poziomie ledwie człapania niż biegania, a w porównaniu z moimi najlepszymi wynikami ( które tak nawiasem mówiąc, zaledwie do średnich ogólnych mogłem zaliczyć), to sięgnęły nie tylko dna, ale wręcz wbiły się głęboko w muł.

Jeżeli ktoś ma życiówkę na piątkę na poziomie poniżej 24 minut, a biega w okolicach 27, na dziesiątkę w okolicach 48, a biega na poziomie 55, w półmaratonie poniżej godziny i 50 minut, a nie może złamać 2 godzin czy w maratonie poniżej 4 godzin, a biega bliżej 6, to znaczy, że mamy biegową kaplicę i czarne mary.

W zasadzie do tej pory wisiało mi i powiewało, jakie to były czasy i tuptałem sobie bez głębszego sensu i dna. Ot, dla tuptania. No, ale człowiek się zmienia i czasem chce przeprowadzić kolejny życiowy reset. No i w tym tygodniu postanowiłem się wziąć za siebie. W niedzielę już sobie ostrzej potuptałem, w poniedziałek, zrobiłem mocniejszą jednostkę treningową jednym ciągiem na poziomie paru kilometrów, wczoraj z kolei trening interwałowy na poziomie około ośmiu kilometrów, gdzie zmiana tempa następowała po około 150-200 metrach, na przemian szybko i wolno, dzisiaj sobie zrobię spokojniejsze 10-14 kilometrów, a jutro po spokojnej dyszce około 10 rytmów na dystansie do 100 metrów. Potem sobota parkrun, w niedzielę może wybieganie na poziomie nastu,by wkrótce dobiec do dziestu, ale za tp znowu z interwałami i od poniedziałku powtórka. Mam jeszcze trochę czasu, ale już teraz ustalam sobie wstępne założenia na plan na przyszły rok: cel nadrzędny: maraton w Poznaniu, a jeszcze w naszym mieście chciałbym połóweczkę zrobić. No i dziesiątki, jak się uda, ale też nie ruszając się z miasta.

Jak to się mówi, trzeba zmieniać koncepcje życiowo -biegowe. Kto wie, może za rok tylko wyjazdy i to może na biegi poza granicami kraju? Ale to jeszcze przemyślę. Cel nadrzędny jest prosty: z ledwie człapania,trzeba się przenieść do prawie tuptania. Na bieganie i tak szans nie ma, ale potuptać zawsze można.

Czy mieszkańcy większych miast nienawidzą biegaczy?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Marku i Maćku bardzo ciekawe komentarze wrzuciliście, ale odniosę się do nich jutro, bo to temat to poważniejsze przemyślenie, chociaż dzisiejszy tekst do nich  w jakiś sposób nawiązuje. 

Ciekawy artykuł sprzed ponad roku znalazłem na portalu aktywnieradioz.pl Tytuł artykułu jest dosyć długi, dlatego streszczę go maksymalnie, jak i cały artykuł. Przesłanie jest, że biegacze zadzierają a ludzie ich nienawidzą. I wybiorę najlepsze kawałki: „  No bo przecież tłum śmiesznych ludzi w legginsach właśnie sparaliżował całe miasto. Ulice są zamknięte, komunikacja miejska nie kursuje, końca peletonu „truchtaczy” nie widać, a oni muszą stać w korku. Jak żyć?” Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Zrobić to co ja, czyli też zacząć biegać. Właśnie stanie w korku i wściekanie się, że nie mogę jechać, bo oni biegną spowodowało, że na złość sam zacząłem biegać.

„ Nie tylko przeciętni mieszkańcy większych miast nie cierpią biegaczy. Okazuje się, że rowerzyści i rolkarze również mają im sporo do zarzucenia. W końcu biegają po ICH leśnych ścieżkach oraz ICH drodze w parku. Uważają, że „truchtacze” stawiają swoją pasję ponad wszystko i za nic mają tych, którzy uprawiają inne sporty. No przecież bieganie jest teraz takie modne, że nie ma innych tematów do rozmów. W autobusie, tramwaju, podczas spaceru – praktycznie z każdej strony słychać tylko ten temat. Wychodzisz ze znajomymi na piwo, nawet nie możesz się doczekać weekendowego kaca, a tu znowu bieganie. Halo, da się przed tym w ogóle uciec?”. No cóż nie możesz walczyć to się przyłącz, będę to powtarzał jak mantrę, bo sam tę drogę przeszedłem

„No bo kto przy zdrowych zmysłach wychodzi na 15-stopniowy mróz, żeby pobiegać? A no „truchtacze”. Mają te swoje kolorowe legginsy, odblaskowe buty i gadżety, a zimą już na pewno nie zawahają się ich użyć. Podczas, gdy ludzie trzęsą się z zimna na przystankach, „truchtacze” pokonują kolejne kilometry. Aż na sam widok ich ubioru robi się zimniej! Nieważne, że są zaspy po kolana i że chodniki zamieniły się w lodowisko – nawet wtedy z twarzy nie schodzi im ten denerwujący uśmieszek” Odpowiem krótko. Kto nie biegł w śniegu, mrozie, a nawet na lodzie, ten nie wie i nie potrafi sobie wyobrazić, jakiego walka z ekstremalną pogodą daje życiowego kopa

Nie będę więcej wrzucał, dodam tylko, że było o męce mieszania z biegaczem i jego przepoconymi rzeczami, endomondo oraz zapychania portali społecznościowych, a szczególnie Facebooka tekstami o bieganiu, które nie każdego interesują. No cóż takie życie, jak to się mawia: life is brutal, full of zasadzkas and sometimes kopas w p(d)upas. Jak nie możesz walczyć, to się przyłącz, a ile stresów odejdzie. A tak na zupełnym marginesie, to nerwy piekności szkodzą, a lepiej być pięknym czy piękną niż nerwowym czy nerwową.

Ilu Poznaniaków pobiegnie w poznańskim maratonie?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Dziękuję Panie Michale za informację o jeszcze jednym śmiertlenym przypadku podczas półmaratonu w Ełku w 2007 roku. Fatycznie nie znalazłem tej informacji

Odkąd zacząłem biegać widzę, jak coraz więcej mieszańców naszego miasta z roku na rok jest zarażonych tup-pasją. Kiedy zaczynałem te 5 lat temu, w moim dosyć peryferyjnym regionie miasta stanowiłem pewien sensacyjny folklor. Obecnie nie stanowię już żadnego folkloru, gdyż raz, że bliżsi lub dalsi sąsiedzi przywykli do mojego biegania, a dwa nawet na takich peryferiach jakim jest rejon Starołęki zarazki biegowe też przyfrunęły dopadając sporą grupę osób. A i tak wiadomo, że w mojej okolicy to jest tylko drobny wycinek tego, co dzieje się w całym mieście. Można śmiało napisać, że spora grupa Poznaniaków pokochała bieganie i życia sobie bez niego nie wyobraża.

Jak dużo Poznaniaków może biegać? Trudno liczbę oszacować, ale w moim odczuciu to około 5 może 10 tysięcy. Procentowo to wybiega zaledwie 1 czy 2 procent populacji naszego miasta A może się mylę i biega nas około 5%, 10% a może 15% Ta ostatnia cyfra wydaje się zbyt abstrakcyjna, ale sądzę że te 2 do 5 procent jest liczbą realną. Ilu z kolei biega tylko dla samego biegania, a ilu decyduje się na start w biegach zorganizowanych? Weźmy taki parkrun, który już od ponad 5 lat przyciąga na Cytadelę, co sobotę o nieludzkiej porze 9 rano grupę czasem stu, a czasem dwustu biegających. Mieliśmy i przypadek że i ponad tysiąca osób. Do tematu parkrun jeszcze nie raz wrócę, gdyż wiadomo, że to mój ulubiony bieg.Tak na zupełnym marginesie wczoraj obchodziliśmy równo 13 lat kiedy to właśnie Bushy Park odbył się pierwszy parkrun w histrorii, w którym wystartowało…13 osób. Tak jest, 13 osob, 13 lat temu, a teraz? Prawie 1300 lokalizacji w 14 krajach i dziesiątki tysięcy starujących tydzień w tydzień.  Natomiast dzisiaj chciałbym się zatrzymać na sztandarowym biegowym projekcie naszego miasta, czyli maratonie poznańskim.

Nie jest tajemnicą, że każdy praktycznie biegacz marzy, by kiedyś się zmierzyć z Królewskim Dystansem. Jednak nie duża grupa biegających decyduje się podjąć to wyzwanie. Maraton to nie jest jakaś popierdółka. To z jednej strony Królewski, a z drugiej morderczy dystans. O przypadkach śmierci podczas maratonu pisałem w ostatnim wpisie, a dzisiaj chciałbym się zatrzymać na innym temacie.

Zawsze mi się wydawało, że kiedy mówimy o dużej imprezie biegowej z danego miasta, to przynajmniej połowa startujących to powinni być mieszkańcy właśnie tego miasta. Na poznański maraton, gdzie w tej chwili mamy zapisanych ponad 7100 osób Poznaniaków jest… 1325 osób. Dzięki uprzejmości pani Moniki Prandke z POSIR-u otrzymałem wczoraj informację, jak wygląda prezentacja naszych miast podczas tego wydarzenia:

Do 18.PKO Poznań Maratonu na dzień dzisiejszy zapisało się:

z Poznania: 1325 osób

z Warszawy: 227 osób

z Wrocławia: 151 osób

ze Szczecina: 144 osoby

z Krakowa: 94 osoby.

Jak widać z dużych miast startuje niecałem 2000 osób na prawie 7200 zapisanych. A mówi się, że bieganie to głównie duże miasta. Muszę przyznać, że z jednej strony jestem dumny, że mieszkańcy Poznania są w zdecydowanej przewadze, ale jak mam być szczery myślałem, że jest nas więcej. No, ale co się dziwię, jeżeli sam jeszcze nie jestem zapisany. Na razie ciągle jeszcze biję się z myślami. Z jednej strony korci, ale z drugiej strony niedawno doczołgałem się do mety w Warszawie, a co jeżeli znowu będzie powtórka z rozrywki. Z drugiej strony jak nie stanę w strefie startu, to nigdy się nie przekonam, a moja życiówka w maratonie to cały czas jest Poznań i tu mam zaliczony najlepszy mój start na tym dystansie. Ja wiem, że parę sekund poniżej czterech godzin to żadna rewelacja, ale do takiego opornego biegacza jak ja, to cud-malina.

Śmierć podczas maratonu

Czasem mnie bierze na różne mniej lub bardziej kontrowersyjne wpisy.Po ostatnich wydarzeniach i śmierci maratończyka w Warszawie znowu nasuwają mi się refleksje: ile mieliśmy przypadków śmiertelnych w czasie biegów zorganizowanych? No i jaka jest najczęstsza ich przyczyna. Kiedyś, jeszcze przed moim pierwszym maratonem i startem w Szczecinku już popełniłem taki tekst:
http://biegaczamator.blog.pl/2015/07/27/bieg-po-smierc/
.

Jednak dzisiaj chciałbym się zatrzymać na jednym, wybranym temacie: ile śmiertelnych przypadków mieliśmy w trakcie startu na Królewskim Dystansie. U nas w kraju oficjalnie mówi się o trzech przypadkach: w 2012 roku w Poznaniu, w 2015 w Krakowie i ostatnim podczas ostatniego maratonu w Warszawie. Znalazłem także dwa przypadki śmierci podczas półmaratonu: 2016 roku zmarł jeden z uczestników Biegu Piastowskiego Kruszwica – Inowrocław, a w 2006 roku podczas półmaratonu Mlecznego Korycin -Janów -Korycin.

No, ale wracamy do maratonów w wersji zagranicznej. Troszeczkę poszperałem po necie. Do pierwszej listy nie było problemu dobiec. Kiedy na nią zerkamy, to możemy na niej dojrzeć 47 nazwisk ( co ciekawe, ale bez naszych rodaków)
https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_marathon_fatalities
. Wydaje się jednak, że tej liście daleko do rzeczywistych śmiertelnych przypadków podczas startu na Królewskim Dystansie. Jak podaje strona
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/
w latach 2000-2009 w samych Stanach Zjednoczonych zmarło 28 osób. W tym czasie w maratonach wystartowało prawie 4 miliony osób. Na liście w Wikipedii mamy 17 osób, które w tym okresie zmarły podczas startów w Stanach Zjednoczonych, więc mamy 11 osób różnicy. W Europie tak bardzo o przypadkach śmiertelnych nie słychać. Gdzieś przebiegła mi informacja o śmiertelnym przypadku w Niemczech. 6 marca 2017 roku. Anglii zmarł Polak podczas biegu na 10 kilometrów. Podczas maratonu w Londynie w 2007 także miał miejsce przypadek śmiertelny. 
Jak widać Amerykanie zdecydowanie „wiodą prym” w tej czarnej statystyce.

W większości przypadków śmierć nastąpiła na skutek zawału serca, ale jak widać także z innych, czasem trudnych do zdefiniowania powodów. Mamy na liście i „ naturalne przypadki” i udar cieplny, niespodziewany przypadek choroby serca, udar niedokrwienny, arytmię serca, wzrost temperatury ciała powyżej 42 stopni, wypadanie płatka zastawki mitralnej, niedobór sodu we krwi czy choroba niedokrwienna serca. Jak widać większości przypadków można było uniknąć, gdyż wynikały w różnych schorzeń, których osoby startujące nie zdiagnozowały przed startem. A to oznacza jedno. Zanim wystartujemy w maratonie, warto się przebadać. 

Nie sposób nie wspomnieć o zamachu bombowym podczas maratonu w Bostonie, który miał miejsce , jak podaje wszechwiedząca Wikipedia: „15 kwietnia 2013 roku, ok. godz. 14:49 czasu lokalnego (20:49 czasu polskiego), w czasie trwania maratonu Bostonie, w stanie Massachusetts (Stany Zjednoczone). Do wybuchu dwóch bomb doszło przy Boylston Street, niedaleko Copley Square Zginęły trzy osoby, a 264 zostały ranne”

Tak jak sobie zerkam, to wybiega na to, że ta nasza pasja wcale nie jest taka bezpieczna. No, ale może dzięki temu daje takiego kopa duchowego i fizycznego. Poważnie myślę, czy na poznański maraton się jeszcze nie zapisać. Podsumowując trzeba napisać jedno. Do wszystkiego trzeba podbiegać głową. Zdaję sobie sprawę, że sporo osób w tym momencie powie: czyli jednak bieganie nie jest zdrowe, a już zupełną głupotą jest biegać maratony. Z drugiej strony przypadków śmierci podczas seksu było zdecydowanie więcej i podejrzewam, że procentowo też jest więcej, a niech ktoś powie, że seks jest głupotą.

Zdążyć przed maratonem

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Angie masz rację umiar i rozwaga to podstawa i to nie tylko biegania, ale wielu stref naszego życia.

Muszę przyznać, że ostatnie tygodnie coraz bardziej mnie niepokoją. Maraton warszawski zbliża się już niemal w zawrotnym tempie, a ja ciągle czuję, że jestem głęboko w biegowym niebycie. Tak delikatnie to napisałem, by nie napisać bardziej dosadnie. Najgorsze jest to, że tak naprawdę sam nie wiem, na jakim przygotowawczym etapie jestem. Jak pisałem wcześniem, całkowicie zmieniłem mój cykl przygotowawczy i teraz bardziej nastawiam się trening ogólnorozwojowy ze szczególnym wzmnieniem mięśni nóg, niż na biegowy. Biegam mniej, ćwiczę więcej ( chociaż biorąc po uwagę fakt, że wcześniej wcale nie ćwiczyłem), więc mogę w zasadzie napisać, że ćwiczę.

Najśmeszniejsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia na jakim etapie treningowym jestem. Może jest poprawa, a może pogorszenie, bo w końcu inna metoda? Nie mam pojęcia. Muszę przyznać, że to jest prawdziwa ruletka i nie mam żandej wizji, jaki będzie jej finał. Z jjednej strony ma to dodatkowy smaczek, gdyż na trasie wszystko może się zdarzyć, ale z drugiej strony…. Podjąć wyzwanie na poziomie Królewskiego Dystansu, nie mając zielonego, różowego, ani w żadnym innym kolorze pojęcia co mogę, co i czy cokolwiek teraz potrafię, to z lekka samobójcza misja. No, ale jak nie podejmę wyzwania to nie będę mógł napisać, czy można tak, czy całkowicie nie, nie i jeszcze raz nie.

Na razie nie poważę się napisać, czy czuję poprawę czy pogorszenie. Nie sprawdzam swoich możliwości w tym zakresie, więc nie wiem jaki będzie finalny rezultat. Zdarzyć się może wszystko, od radosnego dobiegnięcia, do spektakularnej klęski. No, ale właśnie ta niepewność dodaje takiego wyjątkowego ognia. Czy uda mi się przygotować? Czy zdążę przed maratonem? Na razie same znaki zapytania i żadnej odpowiedzi. Na nią, a w zasadzie na nie muszę  jeszcze trochę poczekać. Długo, ne długo, 22 dni. Co jeszcze mogę zrobić. Wolę nie napisać, no czyjeś poczucie smaku i zapachu mógłbym urazić.

Dwieście parkrun minęło…

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Masz rację Marku można robić i udawane kamienie milowe i ciastka, a nawet udawać że się biegnie i udawany czas wymyślić, tyle, że z tym akurat mogą być problemy.

Dzisiaj wzięło mnie trochę na wspominki, sentymenty i szersze spojrzenie. Wszystko to jest związane z faktem, że po raz dwusetny udało mi sie pojawić na parkrun. Jest to cykl biegów, który stanowi opokę i podporę mojej biegowej pasji. No, ale zacznijmy od początku. Moja historia biegowa zaczęła się 5 lat temu właśnie w sierpniu, tyle, że na początku trwającego obecnie miesiąca. Nie było wtedy tylu biegów co teraz więc szukałem, szukałem i z rezultatami bywało różnie, ale przez pierwsze 3 miesiące trzy czy cztery piątki ( wtedy to był jedyny możliwy do ogarnięcie i wyobrażenia dystans) udało mi się pokonać.

Podczas jednego z takich biegów poznałem śp Januarego, który opowiedział mi o parkrun. No i tak się zaczęło. Pojawiłem się po raz pierwszy, drugi, trzeci no i dzisiaj dobiegło mi do dwusetki. Można łatwo obliczyć, że jeżeli przez 5 lat, to znaczy około 40 sobót w roku na parkrun spędzonych. Głównie, a w zasadzie w 98% Cytadela, ale cztery wyjazdy też mi zdarzyły. Ja wiem, że dla wielu osób parkrun wydaje sie takim biegim gorszego sortu, czy też drugiej kategorii, bo raz tylko jakaś nędzna piątka, dwa darmowa, czyli dla nędzarzy, trzy bez pakietu startowego i tej całej płatnej otoczki. Odpowiem krótko, parkrun to jest najlepszy biegowy motywator, jaki można sobie wyobrazić. Nic tak nie motywuje do tuptania, treningu, jak świadomość tego, że w sobotę o godzinie 9 rano spotkamy się z super ekipą, by radosną piątkę sobie zrobić. A, że tylko piątka? No cóż jest to dystans idealny dla każdego, kto zaczyna, biega ot tak dla frajdy, czy chce sobie fajną poranną pobudkę zrobić.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Kiedy zaczynałem moją przygodę z parkrun projekt był realizowany, jak mnie pamięć nie myli w 10-12 krajach w około 500 lokalizacjach,. W Polsce mieliśmy cztery czy pięć lokalizacji: Gdynia, Gdańsk, Łódź i Poznań na pewno, i chyba jeszcze jedno miasto, ale wybiegło mi z głowy. Teraz do parkrun projektu należy już 17 krajów, w któych znajduje się ponad 1200 lokalizacji, a zarejestrwanych mamy prawie 2.5 miliona biegajacych osób. W samej Polsce mamy już 45 zarejestrowanych lokalizacji. W przyszłym tygodniu rusza pod Poznaniem Dąbrówka, za dwa tygodnie Kościan, a za trzy kolejna. Do tej pory tylko w naszym kraju w ten, czy inny sposób tuptało ponad 35 tysięcy biegających. Tak na podsumowanie dla wszystkich, którzy uważają parkrun za biegi drugiej kategorii czy gorszego sortu. Biegi płatne zorganizowane są wydarzeniami, które przyciągają setki czy nawet tysiące biegających na poszczególne wydarzenia. Parkrun jest zjawiskiem społecznym obejmującym swoim zasiegiem kilkanście krajów oraz miliony biegajacych, czyli o charakterze globalnym. I myśę, że wszystko co na temat tych biegów można napisać.

Co do samego dzisijszego startu, to na luzie i w spokoju, gdyż raz wczoraj, a w zasadzie  mieliśmy wewnętrzną imprezę integracyjną, a dwa staram się już biegać pod tempo, które planuję, czy może śni mi się utrzymać w Warszawie. Poniżej 28 minut na piątkę, czyli parę minut poniżej 4 godzin w Warszawie, czyli jak dla mnie wynik marzenie.

Daleko od formy

Muszę przyznać, że ostatnimi miesiącami moja forma biegowa ( jeżeli w przypadku takiego amatora jak ja można w ogóle o takowej mówić), jest w głębokiej, czarnej i ogólnie diabli wiadomo gdzie się znajdującej dziurze. Problematyka braku formy jest tematem bardzo złożonym i wpływa na nią wiele czynników dopasowanych do danej tuptajacej osoby. Nie wnikam w przyczyny, gdyż dla każdego są one inne, ale chcę się zajać samym problemem. Jak wrócić, jak odzyskać to co się straciło. Nie jestem jakimś dobrym tuptaczem, ale takie przeciętne wyniki na poziomie poniżej 24 minut na 5 kilometrów, poniżej 49 minut  na dyszę, w okolicy godziny pięćdziesiąt minut na półmartonie czy ciut poniżej 4 godzin na maratonie osiagnąć potrafiłem. Tyle, że to było dawno i można nawet napisać, że już nieprawda. Teraz jestem tuptacz nawet tej mini formy pozbawiony, którego rezultaty sięgnęły już nie nadmula, ale w dno się wbiły.

No i pytanie, co teraz można zrobić. Do maratonu w Warszawie pozostło 6 tygodni, a ja jestem na etapie nawet nie wiadomo, czy doczłapania. Do tego aby było jeszcze weselej i by już komplet na głowę się zwalił, czuję, że moje nogi też jakieś problemy zgłaszają. Może to nie uraz, może nie aż kontuzja, ale z pewnością stan mało komfortowy. I co w takiej sytuacji zrobić. Jeden z komentujących oponentów, który zwolennikiem mojego bloga nie jest, ale portafi dzięki temu krytycznie spojrzeć i nawet coś ciekawego podsunąć, napisał, żeby zrobił sobie reset mojego biegania. Tak na zasadzie tydzień, dwa odpuścić, nul, zero, a potem budować od nowa.

Generalnie proponował, by zrealizować ten plan po Warszawie i na nowy rok, ale poważnie myślę, czy w obecnej sytuacji taki tydzień na zero może się przydać. Potem będzie pięć tygodni na zbudowanie czekolwiek z gruzów, które są obecnie, a po tygodniu na zero zapewne zostanie tylko puste pole. Pytanie czy na tym polu będę mógł przez 5 tygodni coś wybudować? Z drugiej strony, jak tego nie zrobię, to czy na obecnych gruzach można jeszcze coś stworzyć. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Zacząć od zera tworząc nową architekturę, czy na ruinach odbudowywać. Na razie kieruję się ku opcji od zera.

A tak na koniec z innej bajki. Kto się zorientuje skąd tytuł tego wpisu i do czego nawiązuje.

Wielka reklama za śmieszne pieniądze

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, do temayki tempa na treningu wrócę jutro rano, dzisiaj chciałem poruszyć trochę inną sprawę. Wiadomo, że czasem poruszam na blogu tematy nie zawsze związane tylko z bieganiem.

Ostatnio na rynku medialnym jedna z czołowych energetycznych marek pokazała, jak można za stosunkowo rozsądne pieniądze zrobić ogólnopolską reklamę, która trafi do tysięcy, a co najważniejsze głęboko zapadnie im w pamięci. Cały mój wpis nawiązuje do reklamy Tigera, którą wstępnie chciałem wrzucicić na różne portale, jako zdjęcie przewodnie ten wpis promujące. Jednak uznałem, że nie będę dodatowej reklamy za free robił i wrzuciłem zdjecie tygrysa. Dlaczego właśnie tygrysa? Zaraz się wyjaśni.  Szczegóły na temat bez wątpienia bulwersującej sprawy http://wiadomosci.onet.pl/kraj/dziennikarz-michal-rachon-wylal-na-wizji-puszke-tigera-po-niefortunnej-reklamie/0ssgj2j

Jak wielu, a nawet zdecydowana większość naszych rodaków potępiam zachowanie marki i także jestem oburzony taką formą promocji, jednak muszę z podziwem pochylić i pokłonić nad geniuszem marketingowym tej akcji. Jeżeli ktoś wierzy, że to był przypadek, niedopatrzenie, niefortunny zbieg okoliczności czy nawet zwykła gafa producenta, to … no cóż życzę mu dobrego samopoczucia i wiary w ludzką dobroć i naiwność. Jak dla mnie, to było co prawda przekraczające zasady dobrego smaku i kultury, ale perfekcyjnie zagranie na uczuciach Polaków i chociaż naganna, ale perfekcyjna metoda, jak wyróżnić czy rozreklamować  swoją markę. Zwróćcie uwagę ile osób mówi o tej reklamie, oraz jak szerokim echem rozniosła się po całym kraju. Na poprzednie reklamy czy akcje promocyjne tego producenta praktycznie nikt nie zwracał uwagi. A teraz? Jednym wpisem i zapłaceniem 500.000 PLN są praktycznie wszędzie. Odpowiedzmy sobie na pytanie. Ile musieliby zapłacić, by uzyskać taki odzew, rozgłos i zainteresowanie ogólnokrajowe, gdyby zastosowali chcieli zastosować zwykłą drogę reklamową.

Podejrzewam, że musiałby to być grube miliony złotych. A tak za 500.000 PLN mają reklamę, a co najważniejsze odbiór tej reklamy, o której w normalnych warunkach nawet by nie mogli śnić. Muszę przyznać, że potępiając drogę i metodę, to jednak chylę czoła nad geniuszem marketingowym. Jest to z pewnością nowa droga i nowe spojrzenie na przekaz reklamowy. Czekam na kolejne zagrywki i odpowiedź konkurencji i innych balansujących często na granicy dobrego smaku marek. Co będzie następne? Jakie kolejne tabu przełamiemy? Muszę przyznać, że wolę się nad tym nie wgłębiać i nie pokazywać kierunków, gdzie jeszcze można pójść, by wywołując wielkie oburzenie, a potem formalnie się kajając i udając, że w taki czy inny sposób chce się naprawić szkodę uzyskać taki efekt, o którym w normalnych warunkach nawet byśmy nie śnili. I teraz chyba wiadomo, dlaczego to jest właśnie tygrys.

Czy będzie w tym roku letnie bieganie

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Anna biegamy, bo tak trzeba i wypada. Powodzenia w treningch i mam nadzieję do zobaczenia na trasach,

Do tej pory to nasze lato nas nie rozpieszczało. A może właśnie jak dla nas tuptających to rozpieszczało. Bo pogoda, która jest nam serwowana, to może bardziej wiośnie czy czasem jesieni  jest podobna, niż klasycznemu upalnemu polskiemu latu. Z drugiej strony ( gdyż zawsze jest jakaś druga strona) dla nas biegających jest to wręcz idealna do tuptania. Nie ma upału, człowiek nie umiera rozpalony słonecznym ogniem, który na trasie prawdziwymi siódmymi, ósmymi i diabli jeszcze wiedzą jakimi potami nas oblewa.

Jak na razie (tfu odpukać), pogoda do biegania wręcz idealna. Chłodek, przyjemne słoneczko policzki całujące, rozkoszny wiaterek je owiewający, nic tylko cieszyć się każdym pokonanym kilometrem. Jednak nasz upalne polskie lato, chociaż w tym roku nierychliwe, to jednak zapewne gdzieś tam wisi nad nami wypatrując, kiedy może nam swoim letnim kopem przyłożyć.

W sumie to nie wiadomo, co z tym naszym latem będzie, ale warto być przygotowanym na upalne tuptania. Podobnie jak zimą, tak i latem warunki atmosferyczne wymagają od nas trochę innego podbiegnięcia do treningu, ubioru, nawadniania i innych elementów wpływających na nasze samopoczucie, komfort i oczywiście możliwości biegania w takich warunkach.  Ciekawą propozycję dotyczącą letniego biegania przedstawił jeden z czołowych portali w naszym kraju http://kilometrami.pl/ciekawe/jak-cwiczyc-podczas-upalow-5-najwazniejszych-zasad/0gbie6 . Tak na marginesie zastanawiam się, czy jeszcze będziemy mieli w tym roku nasze typowe lato. Na razie jest jak jest i prawdziwie letnich dni możemy zliczyć na palcach może nie jednej, ale dwóch rąk z pewnością. Do końca sezonu urlopowego pozostały trzy tygodnie, a słońce jak kierunkowskaz w samochodzie, raz jest, raz go nie ma i tak naprzemiennie.

Nie zdziwię się, jeżeli lato przybiegnie do nas we wrześniu, bo kiedyś w końcu przybiegnie, mam nadzieję. Bo jeżeli nie to będzie kicha. No, ale jest w tym jeden plus. Bo, jeżeli lato takie do pupy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że i z zimą będzie podobnie, czyli też mało zimowa. A to chyba nie jest zła perspektywa. No chyba że ktoś lubi białe, mroźne zimy, kiedy samochody pływają po oblodzonych drogach, gazu się używa od groma, a buty śniegiem przemakają. W końcu każda osoba lubi to, co lubi.