Zdążyć przed maratonem

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Angie masz rację umiar i rozwaga to podstawa i to nie tylko biegania, ale wielu stref naszego życia.

Muszę przyznać, że ostatnie tygodnie coraz bardziej mnie niepokoją. Maraton warszawski zbliża się już niemal w zawrotnym tempie, a ja ciągle czuję, że jestem głęboko w biegowym niebycie. Tak delikatnie to napisałem, by nie napisać bardziej dosadnie. Najgorsze jest to, że tak naprawdę sam nie wiem, na jakim przygotowawczym etapie jestem. Jak pisałem wcześniem, całkowicie zmieniłem mój cykl przygotowawczy i teraz bardziej nastawiam się trening ogólnorozwojowy ze szczególnym wzmnieniem mięśni nóg, niż na biegowy. Biegam mniej, ćwiczę więcej ( chociaż biorąc po uwagę fakt, że wcześniej wcale nie ćwiczyłem), więc mogę w zasadzie napisać, że ćwiczę.

Najśmeszniejsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia na jakim etapie treningowym jestem. Może jest poprawa, a może pogorszenie, bo w końcu inna metoda? Nie mam pojęcia. Muszę przyznać, że to jest prawdziwa ruletka i nie mam żandej wizji, jaki będzie jej finał. Z jjednej strony ma to dodatkowy smaczek, gdyż na trasie wszystko może się zdarzyć, ale z drugiej strony…. Podjąć wyzwanie na poziomie Królewskiego Dystansu, nie mając zielonego, różowego, ani w żadnym innym kolorze pojęcia co mogę, co i czy cokolwiek teraz potrafię, to z lekka samobójcza misja. No, ale jak nie podejmę wyzwania to nie będę mógł napisać, czy można tak, czy całkowicie nie, nie i jeszcze raz nie.

Na razie nie poważę się napisać, czy czuję poprawę czy pogorszenie. Nie sprawdzam swoich możliwości w tym zakresie, więc nie wiem jaki będzie finalny rezultat. Zdarzyć się może wszystko, od radosnego dobiegnięcia, do spektakularnej klęski. No, ale właśnie ta niepewność dodaje takiego wyjątkowego ognia. Czy uda mi się przygotować? Czy zdążę przed maratonem? Na razie same znaki zapytania i żadnej odpowiedzi. Na nią, a w zasadzie na nie muszę  jeszcze trochę poczekać. Długo, ne długo, 22 dni. Co jeszcze mogę zrobić. Wolę nie napisać, no czyjeś poczucie smaku i zapachu mógłbym urazić.

Dwieście parkrun minęło…

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Masz rację Marku można robić i udawane kamienie milowe i ciastka, a nawet udawać że się biegnie i udawany czas wymyślić, tyle, że z tym akurat mogą być problemy.

Dzisiaj wzięło mnie trochę na wspominki, sentymenty i szersze spojrzenie. Wszystko to jest związane z faktem, że po raz dwusetny udało mi sie pojawić na parkrun. Jest to cykl biegów, który stanowi opokę i podporę mojej biegowej pasji. No, ale zacznijmy od początku. Moja historia biegowa zaczęła się 5 lat temu właśnie w sierpniu, tyle, że na początku trwającego obecnie miesiąca. Nie było wtedy tylu biegów co teraz więc szukałem, szukałem i z rezultatami bywało różnie, ale przez pierwsze 3 miesiące trzy czy cztery piątki ( wtedy to był jedyny możliwy do ogarnięcie i wyobrażenia dystans) udało mi się pokonać.

Podczas jednego z takich biegów poznałem śp Januarego, który opowiedział mi o parkrun. No i tak się zaczęło. Pojawiłem się po raz pierwszy, drugi, trzeci no i dzisiaj dobiegło mi do dwusetki. Można łatwo obliczyć, że jeżeli przez 5 lat, to znaczy około 40 sobót w roku na parkrun spędzonych. Głównie, a w zasadzie w 98% Cytadela, ale cztery wyjazdy też mi zdarzyły. Ja wiem, że dla wielu osób parkrun wydaje sie takim biegim gorszego sortu, czy też drugiej kategorii, bo raz tylko jakaś nędzna piątka, dwa darmowa, czyli dla nędzarzy, trzy bez pakietu startowego i tej całej płatnej otoczki. Odpowiem krótko, parkrun to jest najlepszy biegowy motywator, jaki można sobie wyobrazić. Nic tak nie motywuje do tuptania, treningu, jak świadomość tego, że w sobotę o godzinie 9 rano spotkamy się z super ekipą, by radosną piątkę sobie zrobić. A, że tylko piątka? No cóż jest to dystans idealny dla każdego, kto zaczyna, biega ot tak dla frajdy, czy chce sobie fajną poranną pobudkę zrobić.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Kiedy zaczynałem moją przygodę z parkrun projekt był realizowany, jak mnie pamięć nie myli w 10-12 krajach w około 500 lokalizacjach,. W Polsce mieliśmy cztery czy pięć lokalizacji: Gdynia, Gdańsk, Łódź i Poznań na pewno, i chyba jeszcze jedno miasto, ale wybiegło mi z głowy. Teraz do parkrun projektu należy już 17 krajów, w któych znajduje się ponad 1200 lokalizacji, a zarejestrwanych mamy prawie 2.5 miliona biegajacych osób. W samej Polsce mamy już 45 zarejestrowanych lokalizacji. W przyszłym tygodniu rusza pod Poznaniem Dąbrówka, za dwa tygodnie Kościan, a za trzy kolejna. Do tej pory tylko w naszym kraju w ten, czy inny sposób tuptało ponad 35 tysięcy biegających. Tak na podsumowanie dla wszystkich, którzy uważają parkrun za biegi drugiej kategorii czy gorszego sortu. Biegi płatne zorganizowane są wydarzeniami, które przyciągają setki czy nawet tysiące biegających na poszczególne wydarzenia. Parkrun jest zjawiskiem społecznym obejmującym swoim zasiegiem kilkanście krajów oraz miliony biegajacych, czyli o charakterze globalnym. I myśę, że wszystko co na temat tych biegów można napisać.

Co do samego dzisijszego startu, to na luzie i w spokoju, gdyż raz wczoraj, a w zasadzie  mieliśmy wewnętrzną imprezę integracyjną, a dwa staram się już biegać pod tempo, które planuję, czy może śni mi się utrzymać w Warszawie. Poniżej 28 minut na piątkę, czyli parę minut poniżej 4 godzin w Warszawie, czyli jak dla mnie wynik marzenie.

Daleko od formy

Muszę przyznać, że ostatnimi miesiącami moja forma biegowa ( jeżeli w przypadku takiego amatora jak ja można w ogóle o takowej mówić), jest w głębokiej, czarnej i ogólnie diabli wiadomo gdzie się znajdującej dziurze. Problematyka braku formy jest tematem bardzo złożonym i wpływa na nią wiele czynników dopasowanych do danej tuptajacej osoby. Nie wnikam w przyczyny, gdyż dla każdego są one inne, ale chcę się zajać samym problemem. Jak wrócić, jak odzyskać to co się straciło. Nie jestem jakimś dobrym tuptaczem, ale takie przeciętne wyniki na poziomie poniżej 24 minut na 5 kilometrów, poniżej 49 minut  na dyszę, w okolicy godziny pięćdziesiąt minut na półmartonie czy ciut poniżej 4 godzin na maratonie osiagnąć potrafiłem. Tyle, że to było dawno i można nawet napisać, że już nieprawda. Teraz jestem tuptacz nawet tej mini formy pozbawiony, którego rezultaty sięgnęły już nie nadmula, ale w dno się wbiły.

No i pytanie, co teraz można zrobić. Do maratonu w Warszawie pozostło 6 tygodni, a ja jestem na etapie nawet nie wiadomo, czy doczłapania. Do tego aby było jeszcze weselej i by już komplet na głowę się zwalił, czuję, że moje nogi też jakieś problemy zgłaszają. Może to nie uraz, może nie aż kontuzja, ale z pewnością stan mało komfortowy. I co w takiej sytuacji zrobić. Jeden z komentujących oponentów, który zwolennikiem mojego bloga nie jest, ale portafi dzięki temu krytycznie spojrzeć i nawet coś ciekawego podsunąć, napisał, żeby zrobił sobie reset mojego biegania. Tak na zasadzie tydzień, dwa odpuścić, nul, zero, a potem budować od nowa.

Generalnie proponował, by zrealizować ten plan po Warszawie i na nowy rok, ale poważnie myślę, czy w obecnej sytuacji taki tydzień na zero może się przydać. Potem będzie pięć tygodni na zbudowanie czekolwiek z gruzów, które są obecnie, a po tygodniu na zero zapewne zostanie tylko puste pole. Pytanie czy na tym polu będę mógł przez 5 tygodni coś wybudować? Z drugiej strony, jak tego nie zrobię, to czy na obecnych gruzach można jeszcze coś stworzyć. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Zacząć od zera tworząc nową architekturę, czy na ruinach odbudowywać. Na razie kieruję się ku opcji od zera.

A tak na koniec z innej bajki. Kto się zorientuje skąd tytuł tego wpisu i do czego nawiązuje.

Wielka reklama za śmieszne pieniądze

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, do temayki tempa na treningu wrócę jutro rano, dzisiaj chciałem poruszyć trochę inną sprawę. Wiadomo, że czasem poruszam na blogu tematy nie zawsze związane tylko z bieganiem.

Ostatnio na rynku medialnym jedna z czołowych energetycznych marek pokazała, jak można za stosunkowo rozsądne pieniądze zrobić ogólnopolską reklamę, która trafi do tysięcy, a co najważniejsze głęboko zapadnie im w pamięci. Cały mój wpis nawiązuje do reklamy Tigera, którą wstępnie chciałem wrzucicić na różne portale, jako zdjęcie przewodnie ten wpis promujące. Jednak uznałem, że nie będę dodatowej reklamy za free robił i wrzuciłem zdjecie tygrysa. Dlaczego właśnie tygrysa? Zaraz się wyjaśni.  Szczegóły na temat bez wątpienia bulwersującej sprawy http://wiadomosci.onet.pl/kraj/dziennikarz-michal-rachon-wylal-na-wizji-puszke-tigera-po-niefortunnej-reklamie/0ssgj2j

Jak wielu, a nawet zdecydowana większość naszych rodaków potępiam zachowanie marki i także jestem oburzony taką formą promocji, jednak muszę z podziwem pochylić i pokłonić nad geniuszem marketingowym tej akcji. Jeżeli ktoś wierzy, że to był przypadek, niedopatrzenie, niefortunny zbieg okoliczności czy nawet zwykła gafa producenta, to … no cóż życzę mu dobrego samopoczucia i wiary w ludzką dobroć i naiwność. Jak dla mnie, to było co prawda przekraczające zasady dobrego smaku i kultury, ale perfekcyjnie zagranie na uczuciach Polaków i chociaż naganna, ale perfekcyjna metoda, jak wyróżnić czy rozreklamować  swoją markę. Zwróćcie uwagę ile osób mówi o tej reklamie, oraz jak szerokim echem rozniosła się po całym kraju. Na poprzednie reklamy czy akcje promocyjne tego producenta praktycznie nikt nie zwracał uwagi. A teraz? Jednym wpisem i zapłaceniem 500.000 PLN są praktycznie wszędzie. Odpowiedzmy sobie na pytanie. Ile musieliby zapłacić, by uzyskać taki odzew, rozgłos i zainteresowanie ogólnokrajowe, gdyby zastosowali chcieli zastosować zwykłą drogę reklamową.

Podejrzewam, że musiałby to być grube miliony złotych. A tak za 500.000 PLN mają reklamę, a co najważniejsze odbiór tej reklamy, o której w normalnych warunkach nawet by nie mogli śnić. Muszę przyznać, że potępiając drogę i metodę, to jednak chylę czoła nad geniuszem marketingowym. Jest to z pewnością nowa droga i nowe spojrzenie na przekaz reklamowy. Czekam na kolejne zagrywki i odpowiedź konkurencji i innych balansujących często na granicy dobrego smaku marek. Co będzie następne? Jakie kolejne tabu przełamiemy? Muszę przyznać, że wolę się nad tym nie wgłębiać i nie pokazywać kierunków, gdzie jeszcze można pójść, by wywołując wielkie oburzenie, a potem formalnie się kajając i udając, że w taki czy inny sposób chce się naprawić szkodę uzyskać taki efekt, o którym w normalnych warunkach nawet byśmy nie śnili. I teraz chyba wiadomo, dlaczego to jest właśnie tygrys.

Czy będzie w tym roku letnie bieganie

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Anna biegamy, bo tak trzeba i wypada. Powodzenia w treningch i mam nadzieję do zobaczenia na trasach,

Do tej pory to nasze lato nas nie rozpieszczało. A może właśnie jak dla nas tuptających to rozpieszczało. Bo pogoda, która jest nam serwowana, to może bardziej wiośnie czy czasem jesieni  jest podobna, niż klasycznemu upalnemu polskiemu latu. Z drugiej strony ( gdyż zawsze jest jakaś druga strona) dla nas biegających jest to wręcz idealna do tuptania. Nie ma upału, człowiek nie umiera rozpalony słonecznym ogniem, który na trasie prawdziwymi siódmymi, ósmymi i diabli jeszcze wiedzą jakimi potami nas oblewa.

Jak na razie (tfu odpukać), pogoda do biegania wręcz idealna. Chłodek, przyjemne słoneczko policzki całujące, rozkoszny wiaterek je owiewający, nic tylko cieszyć się każdym pokonanym kilometrem. Jednak nasz upalne polskie lato, chociaż w tym roku nierychliwe, to jednak zapewne gdzieś tam wisi nad nami wypatrując, kiedy może nam swoim letnim kopem przyłożyć.

W sumie to nie wiadomo, co z tym naszym latem będzie, ale warto być przygotowanym na upalne tuptania. Podobnie jak zimą, tak i latem warunki atmosferyczne wymagają od nas trochę innego podbiegnięcia do treningu, ubioru, nawadniania i innych elementów wpływających na nasze samopoczucie, komfort i oczywiście możliwości biegania w takich warunkach.  Ciekawą propozycję dotyczącą letniego biegania przedstawił jeden z czołowych portali w naszym kraju http://kilometrami.pl/ciekawe/jak-cwiczyc-podczas-upalow-5-najwazniejszych-zasad/0gbie6 . Tak na marginesie zastanawiam się, czy jeszcze będziemy mieli w tym roku nasze typowe lato. Na razie jest jak jest i prawdziwie letnich dni możemy zliczyć na palcach może nie jednej, ale dwóch rąk z pewnością. Do końca sezonu urlopowego pozostały trzy tygodnie, a słońce jak kierunkowskaz w samochodzie, raz jest, raz go nie ma i tak naprzemiennie.

Nie zdziwię się, jeżeli lato przybiegnie do nas we wrześniu, bo kiedyś w końcu przybiegnie, mam nadzieję. Bo jeżeli nie to będzie kicha. No, ale jest w tym jeden plus. Bo, jeżeli lato takie do pupy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że i z zimą będzie podobnie, czyli też mało zimowa. A to chyba nie jest zła perspektywa. No chyba że ktoś lubi białe, mroźne zimy, kiedy samochody pływają po oblodzonych drogach, gazu się używa od groma, a buty śniegiem przemakają. W końcu każda osoba lubi to, co lubi.

Gdybyśmy my pracowali, jak nasi piłkarze klubowi grają….

Od czasu do czasu mam w zwyczaju zmieniać na moim blogu temat przewodni i nawązywać o to historii,  a to do polityki, a to innych dyscyplin sportowych. Nie ma żadnej wątpliwości ( chociaż zapewne parę osób zaprzeczy lub się zaperzy, że nie rozumie dlaczego tak jest), że najwięcej emocji wzbudza wśród naszych rodaków piłka nożna. Tak już to jest ułożone, że popularność tej dyscypliny jest największa.

My kibice, którzy w jakiś tam sposób jesteśmy emocjonalnie zaangażowani w to, co się dzieje na murawie przeżywamy wielką huśtawkę nastrojów. Bo, o ile nasza kadra narodowa w obecnych eiminacjach rozpieszcza, czyli wygrywa, a nawet awansowała do pierwszej dziesiątki międzynarodowego rankingu, to nasza piłka klubowa na arenie międzynarodowej sięgnęła dna przebijając się wcześniej, przez gruby korzuch mułu. Dość napisać, że nasze drużyny przegrywają w tej chwil z kim leci, a rywale, których jeszcze naście lat temu jedlibyśmy na zimno, gorąco i w każdej formie teraz nas leją z każdej strony. Kto świeżo po nowym podziale Europy mógłby sobie wyobrazić, że drużny z Łotwy, Macedonii, Islandii, Białorusi, Szwajcarii, Norwegii, Azerbejdżanu,Kazachstanu, Gruzji, Litwy, Mołdawii będą w stanie pokonać nasze zespoły klubowe.  No, ale dla pocieszenia można napisać, że do rekordzisty naszego wstydu czyli ŁKS-u, który w 1959 roku odpadł z druzyną z Luksemburga jeszcze nam daleko. Tylko, czy aby na pewno daleko? Jak na razie, to się zastanawiam śmiać się czy płakać i po cholerę kibicować tak fatalnie grającym piłkarzom.

Odnoszę wrażenie, że oni wychodzą na boisko z jednym z dwóch założeń. Albo, że są tak dobrzy, że rywale się sami położą i będą czekali ile im bramek się strzeli, albo że są tak słabi, że jak wiatr zawieje to się przewrócą. A najśmieszniejsze jest to, że przy tym poziomie pracy zarabiają takie pieniądze, że wielu z nas nawet się takie sumy nie śnią. Tyle, że kiedy my byśmy wkładali w pracę tyle serca, ambicji i chęci, to byśmy z każdej pracy w hukiem po nawet nie miesiącu wylatywali.Pracodawca może nam wybaczyć, że coś nam nie wyjdzie, że gorszy dzień, ale kiedy widzi, że w pracę władamy całe nasze serce, to jest nam w stanie pomóc, wesprzeć i ogólnie. Naomiast gdyby widział taką chęć do pracy, jaką nasi piłkarze pokazują, to…. lecielibyśmy długo i daleko i zapewne długo nowego miejsca byśmy nie znaleźli. O ile by nam sie to udało. Przerabiają cklasyka można napisać, rudno znaleźć branżę, gdzie ktoś wkładający tak mało serca i umiejętności do pracy zarabia tak wiele.

Ktoś moż powiedzić, że ale Lech walczył, dał z siebie wszystko. To w takim razie jest tak słaby, że z przeciętną drużyną z Kraju Tulipanów opada, gdyż Utrecht to nie wielka holenderska trójka, tylko czwarty na doczepkę.

Czy warto poświęcić raz w tygodniu trening biegowy na ogólnorozwojowy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie, Robecie taki klin i odpowiedź interwałami i podbiegami na ciężkie nogi, to metoda biegających z wyższej niż moja półki. Ja mam trochę inną wizję

Rano już deliktanie napocząłem temat. W zasadzie nie ja go zacząłem, tylko parę dni temu miałem interesującą rozmowę z osobą, która nie biega, ale generalnie zna się dobrze na treningu sportowym. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat treningu. Pan powiedział: „ok. widzę, że do biegania podchodzisz poważnie, a co z treningiem pozabiegowym”. Odpowiedziałem, że oczywście jest, rozciągam się przed i po bieganiu. Pan stwierdził, że myślę w kategoriach klasycznego biegacza. Wszystko się kręci dookoła begania, a co z trenigiem ogólnorozwojowym. I wtedy mnie trochę zażyło. Zapytałem: ” ale o co biega z ogólnorozwojówką dla biegaczy”. Pan powiedział krótko: „nie chcę, byś przypuszczał, że chcę tobie zaaplikować trening, za takie czy inne pieniądze. Wpisz sobie w wyszkuwiarkę frazę: „ćwiczenia ogólnorozowjowe dla biegaczy”, a wysoczy kilkanaście propozycji. Wybierz jedną z nich i trenuj. Fajnie, gdybyś raz w tygdniu zamiast treningu biegowego nastawił się właśnie na ogólnrozwojowy.

I na tym rozmowa się zakończyła. Poszperałem trochę w Internecie i faktycznie możliwości i propozycji jest całe zatrzęsienie. Szczególnie przemawiająca jest dla mnie propozycja portalu trening biegacza, ale nie tylko.Nie mniej ciekawą propozycję ma dla nas portal bieganie, czy portal bieganie uskrzydla. W zasadzie każdy szanujący sie portal dla biegających propozycje takiego treningu posiada wrzucone na swoich stronach, . Nic tylko wybierać i prebierać. Tylko trzeba troszeczkę w sieci poszperać.

Muszę przyznać, że poważnie się zastanawiam, czy raz  tygodniu takiego dnia ogólnorowojowego nie stworzyć. W sumie mam dwie możliwości. W końcu piątek i tak mam wolny pod względem treningów, więc móglbym go wypełnić ogólnorozwojówką, albo faktycznie wolny piątek zostawić, a ćwiczenia ogólnorozwojowe wprowadzić np w środę lub czwartek, przed dniem wolnym. Nie ma jeszcze pojęcia jak to sobie zaplanować . Pierwsza opcja o zrobić dzisiaj, druga jutro, a trzecia w piątek.

W sumie można potrenować każdego z tych dni oglądają np Tour de Pologne czyli łącząc przyjemne z pożytecznym. No można też dzisiaj oglądając pewien mecz, tylko nie wiem, czy mi mieszkańcowi Poznania wypada się przyznać, że będę oglądał pewien zepół, za którym my w stolicy Pyrlandii raczej nie przepadamy. No, nie muszę się przyznawać, komu będę kibicował, jeżeli będę, a nie będę oglądał, dla samego ogląadania i treningu ogólnorozwojowego wspomagania.

 

 

Czy warto mieć trenera

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, rozumiem, że tym komentarzem, chciałeś prowokacji dokonać. No, ale chyba nie wybiegło. Karolina trzymam kciuki za opuszczenie bieżni, wierzę w Ciebie.

Nie tak dawno pod jednym z moich wpisów odezwał się Pan, który twierdził, że osoba biegająca sama z siebie i bez zewnętrznego wsparcia daleko nie dobiegnie. Z pewnością nawiązuje to do nowego zawodu, który ostatnio pojawił się w branży usługowej. Oczywiście biega tutaj o osobistych trenerach. I to zarówno rozwoju w szerszym zakresie, jak i nakierowanych na daną dziedzinę. Ja z wiadomego powodu, zatrzymam się na tym drugim rodzaju trenerów, doradców, których obszarem działania jest nasza pasja, czyli bieganie. Kiedy wpiszemy sobie w wyszukiwarkę frazę: trener biegania – oferty, propozycje i inne takie, to wybiega nam tyle wyników, że nic tylko przebierać, wybierać i inne takie.

Można to posumować, że jak jest chłonny rynek, coraz więcej osób w naszym kraju biega, to wyciągają do nas ręce znawcy tematu, którzy powiedzą krótko: chcesz biegać dobrze, zgodnie z zasadami, bić życiówki, przekraczać granice swoich możliwości? Sam nie jesteś w stanie tego zrobić. Potrzeba ci pomocy, porady, a tylko z zawodowym wsparciem specjalisty w tym zakresie możesz swoje wymarzone wyniki osiągnąć. Nie mam wątpliwości, że tego typu porady wsparcie się przydaje ścigaczom różnej maści, którzy walczą nie tylko o czasy, ale i miejsca. Dla tych Mistrzów amatorskich tras porady na zawodowym poziomie są ja najbardziej wskazane.

Pytanie jest inne. Czy nam zwykłym przeciętnym amatorom takie wsparcie jest potrzebne? Mamy tutaj dwa spojrzenia. Fani takiego wsparcia, jak i sami wspierający powiedzą powiedzą krótko: tak oczywiście, nawet najbardziej przeciętny tuptacz może dzięki takiej pomocy poczuć smak życiówek i przełamać bariery, czyli same biegowe cuda na kiju. Zasada jest prosta: chcesz dobrze biegać? Musisz mieć trenera, bo on Ciebie dobrze poprowadzi.  Drugie spojrzenie jest przeciwieństwem pierwszego. Po co trener? W necie znajdziesz wszystko, a dla zwykłego tuptania kilometrów nie jest nam potrzebne żadne wsparcie. Po kiego czorta nam tuptaczom czy człapaczom trener?

Z pewnością inne spojrzenie, porada znawcy tematu się zawsze może przydać, ale czy warto aż zatrudniać trenera? Z drugiej strony patrząc na to, co się dzieje można stwierdzić, że bieganie staje się religią, gdzie trening jak pacierz, start jak msza a trener jak kapłan. A jak jesteśmy na mszy, to wypada dać na tacę. Dlatego, kiedy ktoś uważa, że bez takiego wsparcia może sobie nie poradzić, wybór ma naprawdę godny. Z drugiej strony zawsze można skorzystać z Internetu, gdzie rozpisek treningowych, dietetycznych i innych mamy zatrzęsienie.

Buty śmigajki i buty tuptajki

Muszę przyznać, że kiedy zaczynałem moją przygodę z tuptaniem do butów podbiegałem jako, wiadomo rzeczy niezbędnej, ale but do biegania, to miał służyć do biegania i nie wnikałem w takie szczegóły jak amortyzacja i tym podobne. But miał leżeć wygodnie na nodze, a cała reszta to były znaczące szczegóły.

Kiedy te trzy lata temu z hakiem pod swoje skrzydła wziął mnie pan Mateusz z naszego Decathlon na Franowie to trochę mi się oczy otworzyły. Może jeszcze nie tak zupełnie szeroko, ale coś już wiem. W pierwszych dwóch latach, kiedy bardziej kładłem nacisk na próby robienia życiówek czyli po prostu przesuwania granicy swoich możliwości na tyle, na ile można pan Mateusz proponował mi buty z rodziny Kalenji kiprun SD. Mimo, że nazwa by wskazywała, że nadają się raczej na krótsze odległości ( SD – short distance), to zrobiłem w nich i dziesiątki i półmaratony, a i maratony się zdarzyło. Buty charakteryzują się dużym poziomem elastyczności, a jednocześnie jej podeszwa jest trochę chudsza wymuszając jakby konieczność szybszego przebierania nogami. Jednocześnie czułem jakbym odbijał się od powierzchni trasy, przez co biegnie się szybciej i co najważniejsze chce się biec szybciej. Do tego byłem parę kilo chudszy niż teraz ( 178 cm – 68 kg), przez co ogień biegowy był większy, Buty, które można określić jako śmigajki.

W ostatnim roku troszkę mi się przybrało ( prawie 80 kg- a było już nawet ładnych parę ponad 80, ale wtedy powiedziałem dość, czas coś zgubić) W tej chwili jest około 80, ale jeszcze parę kilo chce zgubić tak myślę do 74-76. No, ale w efekcie mi wyniki spadły i pan Mateusz na ten rok mi zaproponował inny model, tym Kalenji kiprun LD, czyli jak się można domyśleć long distance, czyli do spokojnego tuptania wielu, wielu kilometrów. Takie właśnie klasyczne tuptajki. Byty charakteryzują się bardzo dużą sprężystością, podeszwa jest grubsza i czujemy jakbyśmy płynęli po trasie a nie biegli. Nie pożeramy tutaj kilometrów, tylko spokojnie i z godnością je smakujemy. Przy moim obecnym podbiegnięciu do tematu, gdzie wiem, że moich czasów raczej poprawiać nie zamierzam, buty do radosnego tuptania idealne. Dlatego właśnie określam je jako tuptajki.

Podobnie jak i buty można i biegających podzielić na śmigaczy i tuptaczy. Tylko, że tutaj temat jest głębszy. Bo mamy śmigaczy klasy S czy M, którzy 5 kilometrów robią poniżej 20 minut, dyszki poniżej 40 minut, półmaratony do półtora godziny, a maratony do trzech. I to są rzeczywiści śmigacze. Ale śmigaczami będą także ci, którzy za każdym razem walczą o życiówkę. Oczywiście nie za każdym razem ją łamią, ale walczą dając z siebie wszystko. I dlatego też możemy ich uznać za śmigaczy, ale może nie S ( super) czy M ( mistrz), ale generalnie śmigaczy. Po drugiej stronie barykady mamy całą naszą resztę, którzy biegamy dla samej przyjemności biegania smakując kilometry, a nie wciągając je jak spaghetti z talerza. Mu sobie tuptamy radośnie ciesząc się każdym pokonanym kilometrem. I dlatego właśnie jesteśmy tuptaczami. Z czasem walczą śmigacze, my walczymy z samymi sobą, nawet by doczłapać się, ale by tą metę osiągnąć.

Brak formy i motywacji? No to na maraton

Muszę przyznać, że ten rok pod względem biegowym i ogólnie mojej formy jest delikatnie mówić bardzo kiepski, żeby nie napisać szczerze, że tragiczny czy beznadziejny. Używając terminologii wędkarskiej można napisać, że dno i sześć metrów mułu. Generalnie nigdy nie byłem jakim dobrym tuptaczem, raczej klasyczną biegową szarą masą, ale na 5 kilometrów w granicach tych 23 minut, na dyszkę poniżej 50, półmaratonie godziny pięćdziesiąt a w maratonie 4 godziny złamać się udało. Nie są to jakieś wielkie rezultaty, raczej poziom średniej statystycznej, ale ponad jak ponad 40-sto letniego faceta, który dopiero po tej magicznej granicy wieku zaczął tuptać takie przyzwoite, bez urywania żadnej części ciała wyniki.

Ten rok pod względem biegowym to jest rzeź, masakra i dyndanie na haku rzeźnickim. Raz, że nie do końca się chce trenować, dwa jakieś urazy się przyplątały ( prawo serii: nie ma, nie ma, nie ma, jest,jest,jest) czyli ogólnie lipa i to bardzo wyrośnięta. Kiedy uda mi się przybiec na parkrun, to moim czasom bliżej trzydziestki niż dwudzieski. W sumie dobrze, że nie wiekowo bliżej, bo pod 50-stkę to już by było gorzej niż dno. A tak jest tylko beznajdziejnie. No, ale w końcu, kiedy już siegamy dna, to chyba warto przykurczyć nogi i się od niego odbić. Jak to najlepiej zrobić? Wydaje się, że musimy postawić przed sobą jakiś teoretycznie abstrakcyjny, niemożliwy w tej chwili do osiągnięcia cel w stosunkowo niedalekich granicach czasowych. No, a co może być dla nas, obecnie nawet trochę poniżej przeciętnych możliwości biegowych tuptaczy? To proste, takim wyzwaniem jest maraton, czyli Królewski Dystans. W mojej biegowej historii 5 razy się mierzyłem z tym dystansem, gdzie 4 razy go po japońsku, czyli jako tako pokonałem, a raz ledwo do mety się doczłapałem. Ale ją osiągnąłem. Z tych pięciu razów, cztery wbiegały w skład Korony Maratonów Polski ( Poznań, Dębno, Kraków i Wrocław) Do kompletu brakuje mi jeszcze jednego maratonu, czyli warszawskiego. Biorąc pod uwagę moje tegoroczne osiagi biegowe ( pare parkrunów i jeden półmaraton), to nie ma opcji, by do tematu się przymierzyć

I tak sobie na ten temat wczoraj dumałem, dumałem, rozważałem, jak energię biegową uzyskać znowu, jak poczuć tuptającą wenę, że pobawiłem się trochę w Necie i efekt:„ Maraton Warszawski – witamy na liście startowej!Twój numer startowy to: 11621„. I ta sobie myślę, co mnie pokusiło? Czy to było może lunatykowanie na jawie? Diabli wiedzą, w każdym razie z każdą chwilą czuję napływ energii motywacyjnej. Było do tej pory źle, fatalnie? Brak weny, energii, a nawet czasem chęci do biegania? No to czas zapisać się na maraton. I nie ma że boli, teraz trzeba trenować, by klasycznego ciała nie dać. A to w końcu amatorowi nie przystoi. Tak przynajmniej myślę. Może nie często mi się to zdarza, ale czasem taka przypadłość mi się przydarza. Nic czas na trening. Nie ma, że boli. Teraz musi trochę poboleć. Zasada jest prosta: 80 do 100 km tygodniowo musi paść. Albo ja padnę.

Tak sobie myślę, że w moim obecnym stanie przygotowania do startu na Królewskim Dystansie, to trening i sam start to będzie taka rozkosz, jak sturlanie się po zjeżdżalni z postawionymi pionowo żyletkami prosto do wanny wypełnionej jodyną. No, ale my biegowi masochiści.