O inny71

Urodziłem się, utyłem, potem schudłem, teraz biegam

Wymarzone wyprawy biegowe w Europie

Chyba dla każdej osoby biegającej, niezależnie jak podchodzi do tematów starów w biegach zorganizowanych w naszym kraju jednym z największych marzeń jest wzięcie udziału w maratonie poza granicami naszego kraju.

Wiadomo, że wpisowe droższe, pakiety gorsze, ale to nie o to biega. Sama wyprawa, możliwość zmierzenia się z zupełnie inną trasą, kontaktu z osobami, gdzie istnieje pewna bariera komunikacyjna,(niby wszędzie się po agielsku dogadamy, ale różnie z tym bywa), to wszystko stanowi dodatkowy smaczek takiej wyprawy. Wczoraj na parkrun rozmawiałem ze znajomy, który wybiera się 10 grudnia do Malagi na Zurich Malaga Maraton, uważany podobno za najlepszy maraton w Hiszpanii. Okazało się, że z naszego miasta jedzie ponad dwudziestu biegaczy. W zeszłym tygodniu mieli spotkanie,gdzie omawiali marszrutę wyjazdu, ustali noclegi, czyli taka wyprawa prywatnie zorganizowana własnym sumptem. Muszę przyznać, że bardzo fajny pomysł, by tak się zorganizować i grupą jechać. W końcu, jak to klasyk powiadał: „ w kupie siła”. Zawsze można pobiec po łatwiźnie i zgłosić się do biegowego biura podróżny ( takie też już są), ale wiadomo trochę nabija koszty i odrobinę zabija uroku.

To już jet koniec roku, więc Malaga stanowi jakby zakończenie rocznego biegającego cyklu podróżniczego. W zeszłym tygodniu dla sporej grupy biegających trochę się pechowo się złożyło, że odbywające się w kraju Biegi Niepodległości nałożyły się terminowo z ojcem i matką maratonów światowych czyli Maratonem w Atenach. Wiadomo, że zgodnie z legendą pierwszy maratończyk, czyli Filipiddes pokonał właśnie odległość między Maratonem a Atenami. To, że tam nie ma 42 kilometrów, to już zupełnie inna bajka. Wracając do tematu, spora grupa naszych rodaków wybrała się do Aten, gdzie tuptając złożyli hołd historii naszej pasji.

Za pasem mamy nowy rok, więc można się zastanawiać, czy może w nowym nie zafundować sobie tak trochę inaczej urlopu połączonego właśnie z wyprawą na maraton. Do tych największych i najbardziej znanych czyli Rzymu (marzec) Londynu ( kwiecień), Paryża ( kwiecień), Berlina ( wrzesień), Amsterdam ( październik) raczej nie jest łatwo się dostać. W Londynie i Berlinie mamy losowanie, czyli zapisanie się nie oznacza wcale startu. Musimy mieć nadzieję, że będziemy jednym szczęśliwcem przypadającym na co najmniej trzech zapisanych. Do tego kilkadziesiąt tysięcy osób na starcie, czyli tłum niebotyczny. Oznacza to podejrzewam, że w pierwszej połowie trasy ogromny tłok i zamieszanie. Jeżeli ktoś wzorem pana Zagłoby nie lubi biegać w tłoku

W lutym mamy maraton w jednym z najpiękniejszych miast Europy czyli Sewilli. W czasie biegu zachwycamy się urokiem pięknych zabytków, a finiszujemy na stadionie olimpijskim. W czasie letnim, czyli czerwcu mamy jeden z najlepiej podobno zorganizowanych maratonów w Europie czyli Stockholm. Trasa wiedzie przez mosty, najstarszą część miasta i start i finisz także na stadionie olimpijskim. We wrześniu mamy jedne z najbardziej oryginalnych maratonów w Europie czyli Marathon du Medoc, którego trasa wiedzie przez winnice Bordeaux. . Kiedyś już pisałem na temat tego maratonu, więc wspomnę tylko, że sam bieg jest tutaj najmniej ważną rzeczą, a prawdziwy magnes przeciągający na start „  możliwości spróbowania wina, wzdłuż trasy maratonu można również skosztować innych miejscowych specyfików m in. ostryg czy miejscowych serów.  W październiku mamy jeszcze dwa maratony odbywające się w j, w takim wielkim efekcie wow, można zaproponować trochę mniejsze, ale i tak bardzo interesujące pod względem zwiedzającym i nie tylko maratony.ednym z najpiękniejszych miast Europy czyli Budapeszcie i Amsterdamie, o którym wspomniałem w zdaniu o największych wydarzeniach maratońskich w Europie.

Tak wygląda prezentacja jednych z najciekawszych wydarzeń biegowych na naszym kontynencie. Tak ja wspomniałem, start w takim maratonie to nie tylko sam bieg. To są także inne, niesamowite wrażenia. Ostatnio ktoś mi opowiadał, jak podczas startu w Rzymie jakaś parka, zeszła z trasy, poszła na kawę do pobliskiej kawiarni, a następnie dobiegli spokojnie do mety. I to jest właśnie ten dodatkowy smaczek. 

Kto ma jeszcze w domu podpijka domowego?

Dzisiaj tak innej bajki. Wczoraj kiedy wróciłem z pracy usiadłem sobie w domu w spokoju duszy. Zaczynał się weekend, do tego jeszcze wolny weekend, więc można było sobie zasiąść przed stołem, kompem, telewizorem, tym na co akurat miałem ochotę. Jak spora grupa osób biegających, ale nie tylko myślę biegających bardzo lubię sobie smakować napój o chmielowej goryczce.

Tak więc sobie usiadłem, otworzyłem buteleczkę i coś tam dziubałem na klawiaturze. Nie pamiętam, czy może nowy wpis, a może coś tak innego analizowałem, w każdym razie miałem trochę spraw do popisania, oglądania i załatwiania. W każdym razie trochę czasu mi to zajęło. Kiedy skończyłem, postanowiłem sięgnąć po butelkę,która czekała na mnie na stole. Podnoszę ją do ust, a tu pusto, nic, zero. Ani kropla napoju życia nie spłynęła mi do ust. Muszę przyznać, że się zdrowo zdenerwowałem. No jak było piwo,a tu raptem nie ma piwa. Ani kropelki, ni hu hu. I tak sobie od wczoraj myślę, rozważam i analizuję i dochodzę do wniosku, że muszę mieć w domu podpijka domowego. Chyba nie trzeba go nikomu przedstawiać. Mały, złośliwy zielony w barwach Irlandii, przypminający kameleona z maksymalnie wydłużonym języiem, którym chwyta butelkę czy kufel  i po cichu, że nawet nie jesteśmy w stanie się zorientować, jak, gdzie i kiedy wszystko nam wypija. Kąży cicho po ulicach i wielkimi ślipiami wypatruje gdzie może wskoczyć i co komu wypić. Tak naprawdę, to nikt przed nie jest bezpieczny. 

Tak się zastanawiam, kto jeszcze spotkał w życiu tą złośliwą bestię. Jak mieliście przypadki, kiedy ktoś wam wydudlił Wasze napoje. Szczególnie dotyczy to piwa, gdyż nie wiadomo dlaczego ta cholera właśnie w chmielowym napoju gustuje. Czy można z tym gnojkiem walczyć? Jedyne wyjście to mieć w zapasie jeszcze co najmniej jedną butelkę i wtedy jest wyścig. Czy my zdążymy chociaż coś wypić, czy ten cholerny podpijek wszystko nam wydudli. Tak z ciekawości: spotkaliście już podpijka na swojej drodze? Podejrzewam, że tak, ale mało kto się chce przyznać, że mu piwo wydudlił. Pewno z białą myszką na spółkę. 

Sobotni cotygodniowy motywator biegowy

Człowiek jest tak już skonstruowany, że potrzebujemy do życia różnych motywacji. W pracy jest to oczywiście wynagrodzenie i różne pozafinansowe motywacje zawodowe. W rodzinie także wzajemnie się motywujemy różnymi ekstrasami  wzmacniającymi nasz związek. Praktycznie by żyć i realizować nasze zadania w każdej sferze naszego pobytu na tym padole łez potrzebujemy jakiejś motywacji. Można co prawda żyć bez motywacji, bez celów, ale jest to taka sztuka dla sztuki, nie wiadomo po co, takie trwanie dla trwania.

Podobnie jest z naszymi pasjami. Sama pasja dla pasji w pewien sposób nas napędza, ale w pewnym momencie czegoś brakuje. Pasja by płonęła pełnym ogniem potrzebuje podpałki, takiego doładowania do pieca. W przypadku osób biegających, są to różnego rodzaju biegi zorganizowane. One dają nam kopa codziennych, czy chociaż parę razy w tygodniu robionych treningów. Kółko się tutaj zamyka: jeżeli nie będziemy trenowali, nie opcji wystartowania, bo nie dobiegniemy, a kiedy chcemy poczuć napędzający nas ogień startu, to musimy trenować. Tylko kiedy możemy czuć ten startowy ogień. W końcu ile razy można w ciągu roku startować w biegach zorganizowanych. Raz to koszty, dwa dotarcie w różne miejsca. Do tematu wycieczek i turystyki biegowej wrócę w jutrzejszym wpisie, dzisiaj chcę się zatrzymać na najmniej kosztownej i najprostszej motywacji biegowej.

Jest to oczywiście prakrun, czyli projekt realizowany w kilkunastu krajach w ponad 1200 miejscach. Tylko w Polsce mamy już 50 lokalizacji, a w przyszłym tygodniu rusza 51 w Koszalinie ( dzięki Robercie dłużej znany) Co prawda z Koszalina do Kołobrzegu żabi skok, ale niech bedzie. Jedyny taki bieg, gdzie tydzień w tydzień zawsze o 9 rano, zawsze w tym samym miejscu w danej lokalizacji spotykają się grupy zapaleńców, by 5 kilometrów w wersji darmowej sobie pobiec. Muszę przyznać, że nic mnie tak nie napędza i motywuje do biegania i sobotniego wstawania, jak poczucie konieczności, by znaleźć się na Cytadeli w Poznaniu o godzinie 9. Dzisiaj był już mój 211 parkrun, z czego 207 w Poznaniu. Jak zwykle super organizacja, jak zwykle jeszcze bardziej fantastyczni ludzie. Piękny początek weekendu i ładowanie baterii, a jednocześnie motywowanie do bardziej wytężonej treningowej pracy. W końcu trzeba zacząć te sekundy urywać i powoli wracać do czasów, które kiedyś osiągałem, a które uciekły w siną dal. Ale jeszcze je dopadnę. Na wszystko przybiegnie odpowiedni czas.

Bieganie z ekstra wspomaganiem

Podczas biegania może się nam przytrafić ekstra wspomaganie. I to nie piszę o wspomaganiach żelowych, farmakologicznych i innych mniej lub bardziej akceptowalnych. Mi biega raczej o wspomaganie zewnętrzne przez inne osoby udzielane. Może ono przyjąć dwa oblicza. Wszystko jest uzależnione od nasze płci oraz preferencji w wiadomym temacie.

Pierwsze ma miejsce wtedy, kiedy biegniemy z osobą tej samej płci. Jest wtedy fajnie, biegnie się super, ale chyba czegoś brakuje. Takiego dodatkowego ekstra smaczku, który daje nam bieg z osobą innej płci. W moim akurat przypadku dotyczy to biegu z paniami. Na zdjęciu ten wpis prowadzącym widać marzenie każdego faceta, czyli biegowy trójkąt w towarzystwie dwóch Kobiet. Czego można chcieć więcej od życia? Dostaje się wtedy takiej adrenaliny biegowej, że czujemy się jakbyśmy byli niczym lokomotywa, w którą maszynista wciąż węgiel wrzuca, a my płoniemy pełnym ogniem, a nasze biegowe koła wciąż nas pchają do przodu.

W zeszłą sobotę także miałem takie ekstra wspomaganie. Co prawda zgodnie z założeniami przed biegiem Niepodległości biegłem sobie spokojnie i na luzie, kiedy nagle, gdzieś tak na wysokości 4 kilometra dobiegła do mnie inna pani. No i nagle znowu dostałem przyśpieszenia i popędziliśmy razem przerzucając się ze smakowania na pożeranie kolejnych metrów. Muszę przyznać, że nas oboje to motywująco podziałało. Pani postanowiła pokazać facetowi, gdzie biegowe raki zimują, a ja, jak to ja postaniwłem pani towrzyszyć, aby nie czuła się samotna. Z drugiej strony, tak trochę na zasadzi: ” jak to? Kobieta mnie bierze? Nie może być” I jak wspomniałem bardzo się potem to nagłe wzmocnienie przydało podczas Biegu Niepodległości. Jedno trzeba przyznać. Bieganie z takim ekstra wspomaganiem dodaje nam dodatkowego kopa. 

No, a jutro znowu wolna sobota, a to oznacza kolejną wizytę na Cytadeli. Czy znowu z jakąś Panią pogonię, to się okaże. Taka wizyta jest jak pudełko czekoladek. Wiadomo, że sama słodycz nas czeka, ale z jakim nadzieniem, tego to na razie nie wiemy. To się dopiero jutro okaże.

 

Biegowe rewolucje Biegacza Amatora

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Pawle myślę że jest nas chyba więcej niż dwóch, którzy żyjemy i biegamy bez pomocy połowicznie czy całkowicie farmakologicznego wsparcia.

Większość z osób biegających ma swoje ustalone treningowe rozkłady biegowe.  Może na ni rozkłady, ale nasze prywatne plany treningowe. Niektórzy biegają codziennie, inni 6, 5, 4 razy w tygodniu. Nietórzy nawet rzadziej i też jes dobrze. Każda osoba tak jak  jej czy jemu fantazja czy trener nakazuje.Do tego mamy nasze ustalone, wypróbowane i dopieszczone formy treningu. Czyli ile biegamy, w jakim tempie, czy na płaskim, czy podbiegi, czy może tylko zwykłe przebieranie nogami. Są i przypadki, kiedy dokładamy coś ekstra.Każda metoda jest dobra, bo dopasowana indywidualnie do naszych własnych potrzeb. Ile chcemy, tyle trenujemy i nikomu nic do tego.

Muszę przyznać, że sam jestem typem bardzo trzymającym się ustalonych schematów. Kiedy opracowałem  mój treningowy układ polegającyna robieniu takiej, a nie innej ilości kilometrów, to trzymałem sie tego bez żadnych odstępstw. Co prawda miałem kiedyś jeszcze przez Andrzeja rozpisane rozpiski, no ale były i robiłem je tyle ile wypadło, a potem i tak wszystko wróciło do starego schematu. No i sobie biegałem, trenowałem a moje wyniki w pewnym momencie zaczęły spadać lawinowo na łeb i na szyję. W końcu dobiegłem do wniosku, że trzeba coś zmienić. W końcu człowiek z natury w końcu dąży do takich czy innych zmian. No i od dwóch tygodni wprowadziłem pewne rewolucyjne zmiany.

Napiszę krótko: w tygodniu objawiły mi sie dwa mocne dni treningowe. Podczas jednego trening tempowy na stadionie,czyli każda pętla w tym samym mniej więcej tempie. W tej chwili robię go w poniedziałek. Na razie koło 6 kilometrów podczas treningu, ale plan jest dociągnąć do dychy. Potem dzień spokojniejszego biegu i kolejny mocny trening interwałowy na zasadzie: minuta ostro, minuta spokojnieI tak około 10-12 minut szybkich na tyle samo wolnych. Na razie dwa takie dwupaki są za mną. Jeden w zeszłym tygodniu, a w tym drugi. W efekcie po pierwszym na Biegu Niepodległości nawet uzysałem przyzwoity czas. Co będzie po kolejnym dwupaku okaże się podczas najbliższego parkrun. W tym tygodniu wprowadziłem jeszcze zmianę w tygodniowym cyklu treningowym. Do tej pory miałem 6 dni treningu z przerwą w piątek. Teraz zachowuję układ sześciodniowy, ale przerwa w czwartek, a w piątek lekka przebieżka na dystansie około 5 kilometrów. Do tego oczywiście „suchy” na rozciąganie trening w domu. Tak 3 jednostki w tygodniu. 

Przerabiając znany program, mogę napisać, że wprowadziłem biegowe rewolucje.

Bieganie, jako machina przemysłowa

Jeden z panów komentujących na Facebook wrzucił wczoraj interesujący komentarz: „Kiedyś to była przyjemność pobiegać, a teraz jest to prostu ogromna machina nie mająca nic wspólnego z rekreacją. To wielka machina przemysłowa wyłudzająca pieniądze na coraz to nowe ubiory i odżywki” Muszę przyznać, że ta opinia jest całkowicie zgodna z moimi spostrzeżeniami, którymi nie raz już się na blogu dzieliłem.

Postała nam nowa gałąź gospodarki czyli rekreacja zarobkowa. I to nie dotyczy tylko biegania, ale ogólnie całej formy ruchu i spędzania czasu na takiej czy innej formie rekreacji związanej ze sportem. Zresztą nie tylko sportem całość naszych działań związanych z taką czy inną formą pasji jest obciążona takimi czy innymi kosztami. Tyle, że może w bieganiu my to najbardziej widzimy, gdyż jesteśmy tego najbliżej. No i widzimy jak proste hobby dla nas zmieniło się w nową gałąź gospodarczą, gdzie inni starają się z naszej pasji wyrwać dla siebie najbardziej smakowity kawałek tortu.

I tu powiedzmy sobie szczerze, że ilość i koszty samych biegów zorganizowanych, które najbardziej rzucają się w oczy, tak naprawdę są tylko drobnym ułamkiem całości. Jeżeli dodamy do tego sprzęt czyli ubiór, buty, całość dodatków smakowych o pewnym podłożu, czy też pierwiastku farmalogicznym czyli żeli, izo i całej gamy innych wzmocnień, bez których spora część osób biegających nie wyobraża sobie treningów i startów, to okaże się, że jest tego tyle, że ho,ho,ho, może i jeszcze więcej. I do tego wszechobecna reklama czyli perswazja: chcesz biegać? To super, bieganie jest cool, modne, treny i w ogóle i w szczególe. Żeby jednak być prawdziwym biegaczem czy biegaczką, to musisz kupić: to, to, tamto, jeść zażywać te produkty, startować w biegach organizowanych, kupować taki, a nie inny sprzęt i odpowiednio często go zmieniać. I wtedy dopiero możesz czuć się jak prawdziwy smakosz biegowej pasji.

No, cóż wybiega na to, że ja jestem popierdółka nie biegacz, bo żeli, nie jem, izo nie piję, a co najtrudniej zrozumieć, to biegam i żyję. Tak na marginesie zastanawiam się, czy można to zatrzymać? Obawiam się, że nie ma takiej opcji, bo zawsze jak jest pasja, to żeby ją realizować koszty trzeba ponosić.

Co powinno wyróżniać dobrze zorganizowany bieg?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasem. Macieju, Marku cóż moja ocena obecnej sytuacji gospodarczo – politycznej w naszym kraju trochę się różni od Waszej, ale na szczęście jeszcze póki co każda osoba może swoje opinie wygłaszać. I ja nie mam zamiaru dzielić naszych rodaków, na tych co stoją tam, gdzie kiedyś ZOMO i na bohaterów. Nie dotyczy to tematu bloga, więc tylko od czasu do czasu delikatnie się burzę, kiedy widzę jak ładnie przebiegamy z czerwieni w brunatne barwy. Ja akurat jestem zwolennikiem stonowanych kolorów więc mi takie jaskrawości nie przypadają do gustu.

No, ale już przebiegam do głównego punktu dzisiejszego wpisu. Po ostatnim Biegu Niepodległości w Poznaniu, na portalu Maratony Polskie rozgorzała dyskusja, czy ten bieg spełniał wszystkie oczekiwania i wymagania osób biegających. I mamy tutaj dwa punty widzenia. Można napisać, że dwie skrajne odmienne oceny tego samego wydarzenia. Organizatorzy, a także osoby, dla których najważniejszy jest uzyskany czas, dobra trasa i tylko strona czysto merytoryczna wydarzenia uważają, że taki bieg, jak w Poznaniu spełniał wszystkie oczekiwania i był idealny. Świetnie przygotowana trasa, dobrze zmierzony czas, brak zatorów to jest to, czego potrzebujemy. Nic więcej biegającym nie jest potrzebne. W końcu na Zachodzie tak jest. Tam nikt nie myśli o jakiś wypasionych pakietach, czy innych fanaberiach. U nas biegający są rozpuszczeni, jak dziadowskie bicze i śmią coś żądać od organizatorów poza samym biegiem. Jakieś pakiety, srety i inne takie głupoty, o których nikt na Zachodzie nie śmiał by nawet marzyć. Tam się biega, a nie spółkuje ( w bardziej dosadnej rzecz jasna formie)

A my co? Oczekujemy pakietów, odpowiedniej atmosfery, oprawy, jak my w ogóle śmiemy cokolwiek poza samym biegiem żądać. Jesteśmy biegacze roszczeniowi i bezczelni. Odpowiem krótko: może i tak, ale od takiego Biegu, jak Bieg Niepodległości mamy prawo wymagać wymagać czegoś więcej niż biegu. To jest nasza manifestacja przynależności do tego, jakże umęczonego przez wieki kraju. I my mamy prawo żądać, by w biegu niepodległości czuć się jak na wielkim wydarzeniu, a nie kolejnym może i dobrze zorganizowanym, ale nie niczym się nie wyróżniającym od innych biegów. Bo co? Bo odśpiewaliśmy hymn, ostaliśmy rogala i medal? Poza odśpiewaniem hymnu niczym innym szczególnym ten bieg się wyróżniał. Brakował mi tej atmosfery, oprawy, czucia, że to coś więcej niż tylko tup, tup. Podczas np. maratonu jest poczucie, że to inny bieg niż inne. Są zespoły, jest oprawa, jest ogień.

Zresztą biegłem w Biegach Niepodległości  i w Obornikach, biegłem w Luboniu i tam czułem atmosferę święta. W Poznaniu był po prostu dobrze pod względem merytorycznym zorganizowany bieg, ale bez tego smaku, który stanowi o jego wyjątkowści. A dobrze zorganizowany pod każdym względem bieg, to w moim skromnym odczuciu to jest przede wszystkim atmosfera. Są biegi, gdzie czujemy święto, a są biegi, gdzie czujemy się, jakbyśmy poszli do Maryny na piwo. No i z racji, że u Maryny, to i rozkosz może się przydarzyć. Wtedy mamy przyzwoity bieg z ewentuanym dodatkiem, ale nie wyjątkowy.

Ja rozumiem Artiego i jego oburzenie, jak ja śmiem być tak roszczeniowy. Arti jest biegaczem i patrzy jak biegacz. Bieg ma być biegiem i do tego się sprawdzać. Ja z kolei oczekuję wydarzenia i czegoś więcej, niż na treningu znajdę. I bynajmniej nie dotyczy to tylko biegu w grupie, bo też mogę się umówić z paroma osobami na wspólny trening, gdzie zmierzymy sobie czas, a potem pójdziemy razem na piwo. I czym się to będzie różniło. I o tą różnicę mi biega. Myślę, że to chyba jasne. 

POSIR contra Opel Szpot kto w tym sporze ma racje?

Na wczorajsze komentarze odpowiem w jutrzejszym wpisie, gdyż jak pisałem nie chcę wpowadzać chaosu informacyjnego. 

Parę dni temu wysłałem do Opel Szpot oraz POSIR-u maile z prośbą o przedstawienie swjego zdania na temat zakończenia 10-letniego projektu pt Biegaj z Opel Szpot nad Maltą w Poznaniu.Jak wspomniałem dostałem, ku mojemu niemałemu zdziwieniu szybką odpowiedź zarówno ze strony POSIR, jak i Opel Szpot. Chcąc być obiektywnym zamieszczam oba listy. Nie będę komentował, gdyż chciałbym by każda osoba, która jest zainteresowana tematem mogła na podstawie zamieszczonych pism wysnuć własne wnioski. Na początku odpowiedź POSIR-u:

w nawiązaniu do Pana maila podtrzymujemy nasze stanowisko, wyrażone w odpowiedzi, jaką otrzymał Pan w styczniu:

(…)rzeczywiście w trakcie negocjacji pomiędzy POSiR i organizatorem imprezy pojawiła się kwota 3 tysięcy złotych. Nie wynikała ona z opłaty „za powietrze ale naturalnej eksploatacji obiektu, związanej między innymi z udostępnianiem toalet (zużycie wody, odprowadzanie ścieków) czy zaangażowaniem pracowników POSiR, a także udostępnianiem powierzchni reklamowej nie tylko w dni biegów.

Ostatecznie wczoraj, głównie z uwagi na społeczny charakter biegu i uczestniczące w nim dzieci z poznańskich szkół, ze strony POSiR padła propozycja podtrzymania dotychczasowej współpracy. Polega ona na udostępnianiu obiektu na zasadzie umowy barterowej, na mocy której organizator nie ponosił kosztów za wynajem(…) ”

Pomimo propozycji utrzymania kosztów dzierżawy obiektu na potrzebę organizacji biegów dla dzieci na poziomie sprzed roku firma Opel Szpot nie zdecydowała się na realizację projektu. Od stycznia organizator nie podjął z nami jakichkolwiek rozmów na temat powrotu imprezy nad Maltę. Tymczasem naszym zdaniem projekt mógł być realizowany na istniejących dotychczas warunkach. Chciałbym także zaznaczyć, że wszyscy pozostali organizatorzy imprez biegowych nad Maltą ponoszą koszty związane z dzierżawą obiektu.

Nie może Pan także oceniać oferty POSiR skierowanej do organizatora jedynie na podstawie doniesień medialnych i stanowiska organizatora. Oferta nie dotyczyła bowiem jedynie organizacji biegów dla dzieci. W trakcie negocjacji pojawiały się plany dużo szerszych działań, o których wiedzą tylko zainteresowane strony.

Warto także zaznaczyć, iż na podstawie Ustawy o samorządzie gminnym oraz Ustawy o finansach publicznych Samorządowe Zakłady Budżetowe, a takim są właśnie Poznańskie Ośrodki Sportu i Rekreacji, realizują zadania własne jednostki samorządu terytorialnego w zakresie kultury fizycznej i sportu, w tym utrzymywania terenów rekreacyjnych i urządzeń sportowych. Na podstawie wymienionych powyżej Ustaw POSiR pokrywają koszty swojej działalności z przychodów własnych — między innymi z dzierżawy obiektów i terenów. Zatem przychody z tytułu dzierżawy przeznaczane są na utrzymanie obiektów, w tym obiektów ogólnodostępnych, których chociażby nad Maltą nie brakuje. Tylko w tym roku oddaliśmy do użytku ogólnodostępne i nieodpłatne obiekty — siłownię zewnętrzną po północnej stronie jeziora i kompleks sportowo – rekreacyjny (plac do street workoutu, boiska do siatkówki plażowej i beach soccera) w pobliżu kąpieliska Malta, którego użytkowanie jest również nieodpłatne.

Nawiązując natomiast do idei wspierania dzieci i młodzieży chciałbym podkreślić, że istnieje wiele imprez sportowych i rekreacyjnych organizowanych przez POSiR, za udział w których uczestnicy nie ponoszą żadnych kosztów. Przykładami takich imprez są chociażby Sportowy Zajączek czy Puchar 5 Milionów. Każdego roku w obu tych imprezach uczestniczy ponad 2 tysiące dzieci z poznańskich przedszkoli i szkół podstawowych. Organizujemy także nieodpłatnie igrzyska młodzieży szkolnej w wielu dyscyplinach sportowych, zawody pływackie na pływalni Chwiałka, letnie wycieczki za miasto i spływy kajakowe, dla najbardziej potrzebujących rodzin organizujemy nieodpłatne sportowe półkolonie. Ponadto lokalne młodzieżowe kluby sportowe wynajmują obiekty POSiR po stawkach niekomercyjnych.

Zatem nie mogę zgodzić się z Pana opinią, iż niszczymy jakąkolwiek inicjatywę.”

Oraz pismo od Opel Szpot

„Tak naprawdę, to powiedzieliśmy wszystko na temat przyczyny rezygnacji z 10-letniego projektu, który kosztował nas około 350 000 złotych, w tym 60 000 zł to wartość nagród dla najlepszych szkół w Rankingu prowadzonym przez 10 lat. Na więcej po prostu nas nie stać, a oczekiwania POSiR opiewały na dodatkową kwotę 27 000 zł netto, czyli około 33 000 zł brutto za kolejne 9 biegów nad Maltą. Nie jest naszym celem walka z nikim, ale też nie jesteśmy workiem bez dna. Ta sytuacja mogła już mieć miejsce w roku 2015, ale wówczas interwencja  ( na naszą prośbę ) ówczesnego wiceprezydenta Poznania Arkadiusza Stasicy zapobiegła rezygnacji z tego projektu z uwagi na oczekiwania finansowe POSiR-u. W końcówce roku 2016 nastąpiła powtórna eskalacja żądań finansowych ze strony POSiR i to było przyczyną naszej decyzji. Co prawda na kilka dni przed planowaną inauguracją XI edycji  „Biegaj z Opel Szpot” ze strony POSiR nadeszły propozycje znacznie skromniejsze finansowo, ale przez 10-12 dni nie jesteśmy w stanie pozyskać partnerów, media patronów, zapewnić całą techniczną stronę oraz logistykę. Na to pracuje się kilka miesięcy, a na prowizorkę po prostu nie mogliśmy sobie pozwolić .

Na szczęście jest Swarzędz, gdzie od  lat organizujemy bieg 10 km Szpot Swarzędz, od 2 lat Półmaraton Szpot Swarzędz oraz Igrzyska Biegowe Dzieci i Młodzieży . Znakomicie układa nam się współpraca z lokalnym samorządem, Urzędem Miasta i Gminy, Swarzędzkim Centrum Sportu i Rekreacji. W naszych biegach wzięło dotychczas udział ponad 13 000 biegaczek i biegaczy oraz kilka tysięcy dzieci . Czujemy się poważnie traktowani,  odczuwamy wsparcie z wielu stron i chcemy oba nasze projekty kontynuować. Zapraszamy na biegi do Swarzędza, na nasze treningi, do członkostwa w powołanym przed rokiem do życia Klubie Ludzi Aktywnych Sportowo.

Czy żal nam „Biegaj z Opel Szpot” ? Absolutnie tak, ale nie żalimy się, tylko działamy. Że nie w Poznaniu, a w Swarzędzu ? Przecież to tylko 10 kilometrów, a jakże inne nastawienie. Zapraszamy do nas.”

Jak napisałem wcześniej powstrzymam się od komentarza zostawiając prawo do jego wygłoszenia każdej osobie, która przeczyta ten wpis. 

Zakaz handlu w niedzielę? Gwóźdź do trumny Ustawodawcy,

Nie planowałem już dzisiaj wpisu, ale czasem mnie dopadają różne refleksje, często nie związane z naszą pasją, którymi lubię się dzielić. Z racji, ze dzisiaj niedziela, wolny dzień wybraliśmy się do IKEA, gdyż od jakiegoś czasu biega nam po głowie zakup meblowy. Wiadomo, że są zakupy, które wymagają poświęcenia trochę więcej czasu. Musimy się zastanowić, przejrzeć ofertę, zobaczyć w jednym sklepie, drugim sklepie, nie na już i nie na chybcika. Takich zakupów nie ma możliwości robienia wtedy, kiedy na co dzień pracujemy, tylko wtedy,kiedy możemy jakiś dłuższy fragment dnia z życiorysu wyrwać. W naszym przypadku jest to niedziela, więc dlatego dzisiaj się na taki rekonesans wybraliśmy.

Podjeżdżamy pod IKEA, a tam szok. Cały parking zapchany samochodami, ani szpilki wcisnąć. Najpierw z pół godziny kręciliśmy się dookoła, zanim udało się zaparkować. Potem wchodzimy do środka, a tam tłum taki, że nie ma jak się poruszać. Z lekka poirytowani oblecieliśmy sklep, zobaczyliśmy co nas interesuje, wzięliśmy coś do kupienia i podchodzimy do kasy. Kolejka na co najmniej kolejne pół godziny stania. Nie czekając odłożyliśmy co tam mieliśmy i wyrwaliśmy się ze sklepu wracając do domu. Muszę przyznać, że kiedy widziałem te gigantyczne tłumy przemieszczające się w sklepie, tysiące samochodów, które stały pod IKEA, oraz innymi sklepami na Franowie, to nie chcę sobie wyobrażać, co będzie się działo, kiedy zostanie wprowadzony zakaz handlu w niedzielę. Już pominę gigantyczne straty finansowe pracodawców, zwolnionych pracowników czy studentów którzy w weekendy nie będą mogli dorobić. To jest problem na linii pracodawca – pracownik i tych, którzy nie pracują w sieciach to nie dotyczy. Z drugiej strony rozmawiałem z paroma osobami, które pracują w sieciach i ich opinia o pracy w niedzielę jest w zasadzie jednoznaczna. Oni chcą pracować, bo im się to opłaca. Jednak jest to problem na linii, która większość z nas nie dotyczy. Najwyżej Państwo będzie miało więcej bezrobotnych.

Problemem jest to, jak zareagują klienci, przyzwyczajeni do weekendowego spędzania czasu w sieciach handlowych. Dla nas, biegających to mniejszy problem, bo zrobimy sobie wybieganie i złe myśli odpłyną w siną dal. Ale co z resztą tzw „zakupoholików”, których wcale nie jest tak mało? Ci, dla których których nie ma niedzieli bez spędzenia prawie całego dnia w jednym, drugim czy trzecim centrum handlowym. Nie chcę być czarnym prorokiem, ale rząd, który przegłosuje taką ustawę, może liczyć się z wybuchem poważnych zamieszek, a kto wie, czy nawet nie rewolucji. Ludzie, kiedy nie będą mogli pójść do sklepów, to wyjdą na ulicę.

Tak na marginesie, ja pamiętam czasy, kiedy handle był od poniedziałku do piątku maksymalnie do 18.00, następnie co w drugą sobotę, a o pracującej niedzieli nikt nawet nie myślał. Ale „to se nevrati” i jak ktoś planuje taki przewrót, to musi się liczyć z poważnymi konsekwencjami takiego działania

Zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami jutro wrzucę treść pism, które otrzymałem z Opla oraz POSIR-u na temat zniknięcia z biegowej mapy Poznania cyklu: Biegaj z Opel Szpot. Będą to na razie same pisma bez mojego komentarza, gdyż chciałbym, aby każda zainteresowana osoba mogła swoje zdanie w tym temacie wyrobić. Dyskusję spróbuję uruchomić dzień później, kiedy wstawię mój komentarz. Nie chcę wszystkiego wrzucać w jeden tekst, by zbytniego zamieszania i chaosu informacyjnego nie wprowadzić. Tak będzie czas na zapoznanie i przetrawienie informacji, a dyskusję zaczniemy na chłodno dnia następnego.

Podsumowanie 2 Biegu Niepodległości w Poznaniu

Kiedy trochę emocje biegowe i adrenalina opadnie można się pokusić o w miarę rzetelną, chociaż oczywiście przepełnioną subiektywnymi odczuciami ocenę Biegu Niepodległości, który wczoraj odbył się w Poznaniu.

Tak więc od początku. W piątek odbiór pakietów w jednej z hal MTP. Fajnie zorganizowane, nie było kolejek, super, że każdy, otrzymał na telefon sms-a ze swoimi odbiorczymi danymi. Wystarczyło podejść z telefonem pod swoje stanowisko, pokazać sms-a i gitara grała. Ja ktoś nie miał telefonu, to zawsze mógł sobie wydrukować, czy zapisać taką samą informację z maila. Dla kogoś, kto pracuje na drugą czy trzecią zmianę minusem były godziny otwarcia biura zawodów od 16 do 21, ale to było do ogarnięcia. Sam pakiet startowy z gatunku może nie aż biedy z nędzą, ale nie rzucał na kolana. Jedynie fajny duży worek, ale kiedy się zobaczyło zawartość worka, to śmiech pusty brał.

Bardzo fajnie zorganizowana strefa startu i sam start. Puszczanie biegających falami zgodnie z czasowymi możliwościami biegowymi super rzecz. Dzięki temu znajdowaliśmy w grupach osób, o porównywalnych możliwościach biegowych i cała grupa bez rozbijania mogła się trzymać razem. Co prawda mimo dosyć rygorystycznego przestrzegania wpuszczania osób do poszczególnych stref przez wolontariuszy parę osób z innych biegowych bajek się wkręciło trochę na „suchy ryj”, co widać na niektórych zdjęciach, ale były to sporadyczne przypadki. Kto wie, może te osoby mimo gorszych wyników w innych biegach, czy może braku takich wyników były na takim gazie, że bez problemu zaplanowany czas osiągnęły. Sama trasa, jej oznaczenie, wolontariusze na niej, jak pisałem wczoraj super, ekstra i w ogóle i w szczególe ,miód, malina i rewelka. Sama atmosfera, połączenie adrenaliny biegowej z nutką patriotyczną – rewelacja. Odczucie jedyne w swoim rodzaju. Z drugiej strony tak, jak to Paweł w komentarzu na Facebook napisał: brakowało oprawy na trasie, a nawet głupiej wody, tak trochę na odczepnego i bieg typowy robiony dla kasy. 

Dużym minusem brak miejsca po biegu, by usiąść, ochłonąć, i coś wypić, zjeść, generalnie się zregenerować. Mimo wszystko, wiadomo było, że w to listopad, raczej będzie zimno i rozgrzani po biegu, spoceni biegający, fajnie gdyby mogli gdzieś się schować i ochłonąć. Większość z nas jest już co prawda zahartowana i zimno nas nie rusza, ale ktoś to zaczyna i biegnie w zimnie, a potem spocony nie ma gdzie usiąść i trochę ogrzać, to mało halo. Do tego beznadziejne oznaczenie tego, co mają biegający robić po biegu. Spora grupa od razu po biegu skręcała z barierki i szła do domów nie wiedząc, że trzeba jeszcze kawałek przejść by dostać medal, a jeszcze dalej by wodę i rogalika. Pod względem informacyjnym na mecie kiepsko

Do tego fajny, bardzo oryginalny medal, ale czy aż tak wyjątowy i najpiękniejszy w kraju, jak to organizatorzy głosili, to mam wątpliwości. Jak pisałem wczoraj ładniejsze w moim odczuciu w mojej kolekcji. Po podsumowaniu wszystkich za i przeciw, które podczas nocy mi się nasunęły, to trochę mi ocena spadła z mocnej czwórki na czwórkę, ale ogólnie mimo paru niedociągnięć bieg super.