O inny71

Urodziłem się, utyłem, potem schudłem, teraz biegam

Przenosiny biegacza amatora

Tak jak pisałem w ostatnim wpisie dzisiaj następują ostatnie zdania na stronie biegaczamator.blog.pl . Dzisiejszy wpis będzie składał się z dwóch części. Pierwszy pożegnalny na tej stronie, drugi powitalny do drugiej. Ale o tym za chwilę. Portal Onet, który był właścicielem portalu blog.pl podjął pod koniec zeszłego roku decyzję o zamknięciu portalu. Nie mam pojęcia dlaczego podjęto taką decyzję, ale zapewne jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Blog.pl był darmowy i zapewne coś kasy uciekało i się w budżecie Onet-owi nie zgadzało. Dziękuję wszystkim za te 4 lata i 2 dni na stronie biegaczamator.blog.pl i zapraszam wszystkich na stronę: 
http://biegaczamator.com.pl/
. Mam nadzieję, że wymuszone przenosiny nie wpłyną negatywnie na wszystkich, którzy często, od czasu do czasu, czy sporadycznie mnie odwiedzali. To były fajne 4 lata. Mam nadzieję, że na nowej stronie, nowej szacie uda się wbiec w nową jakość piszącą. A jeżeli nie, to wiadomo czego się po mnie można spodziewać. Strona biegaczamator.blog.pl będzie trwała do 31 stycznia, kiedy to definitywnie zniknie z blogosfery. Jeszcze raz wielkie dzięki za te wszystkie wspólne lata i do zobaczenia mam nadzieję za chwilę na
http://biegaczamator.com.pl/

….

Coś się kończy, coś się zaczyna

Może parę osób zaskoczę, ale to już przedostatni wpis na blogu: biegaczamator.blog.pl. 31 stycznia Onet zamyka swój portal dla blogów, czyli blog.pl. Co leży u podstawy takiej decyzji, nie mam pojęcia, ale setki, jak nie tysiące blogów zniknie jednego dnia. Wielu z nas podjęło różne działania zmierzające do zmiany swojego miejsca przebywania, a w zasadzie pisania. Dlatego też od początku roku podjąłem przy pomocy wsparcia znawcy tematu w pracy działania mające na celu dalsze funkcjonowanie, ale pod innym adresem. Nie będzie to zmiana szokująca. Napiszę, że zmieni się tylko jeden środkowy człon adresu, ale 2/3 pozostanie z przodu i z tyłu pozostanie bez zmian. Szczegóły zamieszczę, kiedy nowa strona pobiegnie do przodu. Na razie trochę przerwy, która zapewne nam wszystkim się przyda

Bieganie a pogoda

Tak się zastanawiam co najbardziej demotywująco wpływa na naszą chęć do biegania. Co wpływa na to, że w pewnym momencie mówimy sobie: dzisiaj odpuszczę, jutro też a po kolejnym dniu znowu. I muszę przyznać widząc co się obecnie ze mną dzieje to chyba już wiem. Pominąwszy oczywiście mój obecny stan fizyczny z lekka nadwyrężony, myślę, że główny wpływ na nasze biegowe samopoczucie ma pogoda. Owszem niby bieganie w deszczu, chłodzie, śniegu ma w sobie swój wyjątkowy urok, ale kiedy mamy niby zimę, a pogodę łączącą w sobie zimę, wiosnę i jesień w swojej najbardziej brzydkiej formie, to nie chce się wychodzić.

No i niestety początek roku obdarował nas właśnie taką pogodą. Można napisać, że jest ona delikatnie mówiąc do pupy. Zimno, na przemian pada deszcz, śnieg a czasem mrozek chuchnie na okolicę zmieniając, ale na szczęście na razie nie zdarza się to zbyt często. Mimo wszystko pogodzie bliżej jest obecnie do jesieni, niż zimy. Tylko jak w takich paskudnych okolicznościach pogody zmusić się, by wyjść na dwór na codzienny trening? Nie są to może zbyt motywujące do biegania warunki, ale właśnie w takich warunkach, w takiej chwili hartuje się nasza pasja niczym stal. Jeżeli się teraz nie poddamy, jeżeli wbrew wszystkiemu, własnemu samopoczuciu i wszystkim przeciwnościom będziemy potrafili się zebrać i jednak wyjść, by nasze kilometry zrobić,to wrócimy do domu silniejsi niż wcześniej, przepełnieni mocą biegową. I tego nam wszystkim, którzy tuptają, albo się do tego przymierzają życzę. Tak naprawdę, to nie ma złej pogody do biegania. Każda jest tak naprawdę dobra.

Dlatego jako to się mówi: mimo paskudnej pogody, trzeba spiąć poślady i ruszyć na trening. Nic że pada, zimno i paskudnie. Tak pogoda jest cudowna, bo dzięki niej sami sobie udowadniamy, że nic nas nie zatrzyma. A kiedy nas nie zatrzyma na treningu i na wyjście na niego, to w życiu będzie tak samo. I tego nam wszystkim życzę. Niech nie będzie przeszkód, które mogą nas zatrzymać, w naszym codziennym biegu. Bo całe nasze życie jest biegiem. I biegniemy na treningu i biegniemy w pracy walcząc z codziennymi problemami. 

 

Planować, czy nie planować – oto jest pytanie

 

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany w naszym przypadku różnica między pasjonatami a psychopatami jest bardzo ulotna.

Początek nowego roku jest dla nas zwykle niczym ta książka, w której znajduje się 365 białych kartek, które z każdym następnym dniem stronę po stronie będziemy zapisywali. Możemy to zrobić na dwa sposoby: albo oprzeć się na planach w cyklu miesięcznym, kwartalnym, półrocznym czy nawet rocznym, albo pójść na żywioł, bez planów na bieżąco każdą stronę zapisując.

Tego typu działanie możemy odnieść do każdej sfery naszego życia: prywatnej, służbowej, czy chociażby jakiejkolwiek innej np. biegowej. I to wcale nie znaczy, że jeżeli planujemy dokładnie i szczegółowo w jednej ze sfer, to że w innej nie popuścimy wodzy fantazji zdając się na czucie potrzeby danej chwili. W tym momencie musimy sobie zadać pytanie: kiedy warto planować, a kiedy możemy oddać się łapanej w locie chwili. Czyli działając na zasadzie znanego cytatu Horcego : „carpe diem” – „łap, czy może raczej skub dzień”. Jak to się ma właśnie do naszej biegowej pasji: lepiej planować długofalowo, czy może oddać się czuciu danej potrzeby biegowego spełnienia.

Z pewnością w dużej mierze jest uzależnione od celu, czyli raczej dystansu, który w naszych planach chcemy umieścić. Kiedy mówimy o piątce czy nawet dziesiątce, to jeżeli jesteśmy względnie wysportowani, od czasu do czasu trenujący, to możemy w zasadzie podbiec marszu. Czasów może jakiś rewelacyjnych nie uzyskamy, ale do takiej piątki czy dziesiątki w parę tygodni możemy się przygotować. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku półmaratonu, a o maratonie to już nawet nie wspomniawszy. Tutaj podbiegnięcie na zasadzie, a nuż się uda, bo w końcu jak inni mogą, to dlaczego nie ja jest oznaką delikatnie mówiąc lekkomyślności, by od arogancji nikogo nie wyzywać. Przy takich startach to już trzeba planować oraz te plany w życie wdrażać. Przy takich startach to niezbędne jest wsparcie odpowiednim cyklem treningowym, których w necie jest dużo i nie trzeba za bardzo szukać, by znaleźć. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę: plan treningowy na półmaraton/maraton i wyskoczy nas cała gama możliwości. Tylko wybierać, przebierać w jakim terminie się chcemy przygotować i w jakim czasie dobiec. Oczywiście nie zawsze plany uniwersalne zagwarantują nam dotarcie do mety w danym, konkretnym czasie, ale z pewnością zwiększą nasze szanse, że dotrzemy do nie w ogóle. Zawsze podstawą jest oparty na wytrwałości i uporze trening, kiedy nie odpuszczamy, bo nam się nie chcemy. Jeżeli chcemy pokonać półmaraton, a maraton już w szczególności, to musimy wyrzucić z naszego słownika wyrażenie: nie chce mi się. W przeciwnym razie…. to nawet nie chce się pisać.

My, biegający psychopaci

Dzisiaj rano kiedy jechałem na parkrun nad ulicami jeszcze panowała szarówka. Po drodze bardzo sporadycznie przemknęła, przeszła jakaś jeszcze wczorajsza osoba. Ktoś spał na ławce, mając do nogi przytulony plecak, jakaś jeszcze w sylwestrowej kreacji pani szła chodnikiem odbijając się od jednego krawężnika do drugiego. Na miastem panowała cisza. Można napisać, że Poznań spał lecząc kaca po upojnej, sylwestrowej nocy.

A na Cytadeli w tym czasie zbierali się biegający. Mimo że w wielu głowach alkohol jeszcze szumiał, to jednak przygnani własnym nakazem wewnętrznym pojawili się na Cytadeli,by jak co tydzień w parkrun piąteczkę machnąć. Ku mojemu zdziwieniu kilka osób przybyło dzisiaj pierwszy raz, wkraczając do naszej biegowej, psychopatycznej rodziny. Bo trudno nazwać nas inaczej, jeżeli po sylwestrze przed 9 rano zbieramy się, by sobie pobiegać. I to nawet nie w sobotę, ale w tygodniu w wolny dzień. To jeszcze nic, ale o tym za kilka chwil.

W nocy i nad ranem nad Poznańskiem przebiegł deszcz, co okazało się bardzo brzemienne w późniejszym czasie. Dzisiaj na Cytadeli pokazało się ponad 120 osób, co biorąc po uwagę porę oraz dzień, było wynikiem bardzo godnym. Sam bieg mogę napisać, że zaliczyłem, gdyż z powodu dwugłowego, do którego jeszcze rano dołączyło kolano po prostu sobie przetruchtałem. Po przebiegnięciu naszej poznańskiej trasy okazało się, że tylko część biegających udała się do domów. Kilkadziesiąt osób zapakowało się w kilka, może nawet kilkanaście samochodów i udało się do niedalekiej Dąbrówki, gdzie o 10.30 miał się odbyć kolejny parkrun. Kiedy zebraliśmy się wszyscy już na miejscu w Dąbrówce, okazało się, że było nas ponad 90 osób, z czego ponad 60 z Poznania.

Muszę przyznać, że bieg po leśnej, miękkiej, zmoczonej i błotnistej trasie miał w sobie wyjątkowy urok. Na drzewami pojawiły się klucze ptaków wracające z ciepłych krajów. Czyżby oznaczało to koniec zimy? Zapach lasu, miękkość podłoża, konieczność unikania zdradliwych kałuż, w których można było spokojnie but zostawić powodowało, że ten bieg miał taki wyjątkowy urok. Przyznam szczerze, że czas miałem fatalny, jeszcze gorszy niż w Poznaniu, ale komfort biegu, mimo że trasa taka rozwodniona i rozbłocona dużo większy. Może właśnie z powodu że moja boląca noga lepiej się czuła na miękkiej nawierzchni. Muszę napisać szczerze, że super mi się dzisiaj biegło w Dąbrówce, mimo że czas był to bani. Biegowy początek nowego roku rewelacyjny.

Na koniec jeszcze jedna uwaga dotycząca psychopatów biegowych. Jak napisałem można tak nazwać wszystkich, którzy dzisiaj w stanie ulotnej radości po zabawie sylwestrowej pojawili się rano starcie. Jednak wszystkich nas przebił gość, który przyleciał wczoraj spod Londynu tylko po to, by wziąć udział w dwóch parkrun-ach. Był z nami i na Cytadeli i w Dąbrówce. Muszę przyznać, że nawet nam szczęki poopadały. Samemu przylecieć w czas Sylwestra ze stolicy światowego Parkrun czyli Londynu, gdzie mamy prawie tyle samo lokalizacji ile w całej Polsce ( 49 lokalizacji w okolicach samego Londynu, w tym Bushy Park, czyli kolebka całego Parkrun), przespać się, nie znając miejsca, okolicy, tras, języka tylko po to by mieć dwa parkrun więcej w portfolio biegowym, to dopiero trzeba być psychopatą. My także mamy podróżników parkrun-owych, ale chyba jeszcze nie aż tak hadcorowych. Ale wszystko przed nami. Tak sobie myślę, gdyby kiedyś urządzić festiwal parkrun-owy i zacząć o 9.00 w Poznaniu, potem o 10.30 w Dąbrówce, o 13.00 w Kościanie, o 15.00 w Lesznie, a zakoczyć o 18.00 w Gostyniu, to byłby klimat i wyzwanie. Ciekawe ile osób by je podjęło. No i ile przyleciało z innych krajów. Z drugiej strony w okolicy Londynu dużo byłoby to łatwiejsze do przeprowadzenia, ale Anglicy są chyba zbyt konserwatywni na takie pomysły…

Jak planować w Nowy Rok, to z rozmachem

W ten nowy rozpoczęty właśnie rok moje życzenia dla Wszystkich, którzy mnie odwiedzają zacznę inaczej niż tradycyjnie się to odbywa.

Wczoraj zapewne wszyscy „parkruniarze” otrzymali list podpisany przez Paula Simona-Hewitta – założyciela parkrun. W liście tym mogliśmy przeczytać informację, że „W przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy otworzyliśmy więcej lokalizacji, niż kiedykolwiek wcześniej a liczba zarejestrowanych uczestników przekroczyła w mijającym roku cztery miliony. Ponadto, po raz pierwszy zanotowaliśmy milion ukończonych biegów w przeciągu jednego miesiąca, a do naszej rodziny dołączyły Suazi, Namibia, Norwegia, Finlandia oraz Niemcy. Obecnie, biegi parkrun organizowane są w ponad 1,300 lokalizacjach w 19 krajach.” Bardzo ciekawie prezentują się plany parkrun na najbliższe 10 lat: „  W tym roku wprowadziliśmy również nową kolorystykę naszej marki, która zastąpiła barwy towarzyszące nam od powstania naszej inicjatywy. W mijającym roku podjęliśmy również kroki w kierunku powstania organizacji non-profit rozpoznawalnej globalnie, jak również stworzyliśmy nową stronę internetową, która umożliwi nam publikację ponad miliona rezultatów uzyskiwanych w chwili obecnej w każdym miesiącu, i która docelowo będzie w stanie obsłużyć 12,000 lokalizacji parkrun w 25 krajach w przeciągu kolejnej dekady.”

Muszę przyznać, że robi to wrażenie. Pierwsze dni nowego roku są idealnym czasem, by planować, analizować, wytyczać sobie mniej lub bardziej realne do osiągnięcia cele. Większość z nas planuje na najbliższy czas i zatrzymuje się na naszych planach, które możemy określić jako mikro, zgodnie z naszymi możliwościami i zasobami. Jak widać Paul myśli delikatnie pisząc globalnie, tworząc imperium biegowe, z którym mało jaki projekt będzie się mógł równać. Bo, jeżeli teraz przy 1300 lokalizacjach mamy ponad 4 miliony tuptajacych na parkrun, to przy 12.000 będziemy mogli mieć prawie 40 milionów, czyli tylu biegających, ilu mieszkańców liczy cały nasz kraj. Jesteście w stanie ogarnąć tą wizję? Jest to coś nieprawdopodobnego. Wielu z nas zada sobie takie nasze polskie pytanie: ” co on z tego ma? Przecież takiego projektu się nie robi na zasadzie non profit, bo to jest chore.”Napiszę krótko, by coś takiego tworzyć, trzeba być wizjonerem w skali makro.A to jak rozumuje i odbiera Świat wizjoner w skali makro, jest zdecydowanie poza możliwosciami pojmowania wielu z nas. Dlatego nie rozważajmy jak, gdzie, dlaczego, tylko cieszmy się, że możemy w takim projekcie uczestniczyć i co tydzień spotykać się w naszej ulubionej loklizacji parkrun. Tak na marginesie, do Suazi bym się wybrał na parkrun. To byłby klimat. Jedno z najmniejszych państw Świata, gdzie mieszka niecałe 1.5 mln ludzi, a ma własny parkrun.

Natomiast nam wszystkim pod ten rok, który od dzisiaj trwa realizacji wszystkich naszych mikro planów, które jednak dla nas są najważniejsze na świecie. No chyba, że ktoś ma podobną rozmachem wizję jak Paul, a wtedy jej realizacji z całego serca życzę. Niech w ten Nowy Rok cała kula ziemska będzie dla naszych pomysłów polem do realizacji.

Szczęśliwego, biegowego roku

 

Już wskazówki zegara biegną do północy,

Już tanecznym rytmem na bal wielu kroczy

Już szampan czeka w lodówce chłodzony,

Już Nowy Rok przymierza swoje  korony,

 

Niech w ten Nowy Rok co niecierpliwie tupie,

Pod bramą Starego zamkniętego w skorupie,

Spełnią się  marzenia, i te wypowiedziane

I te, które głęboko w  sercu są schowane,

 

Niech  sukcesami zdobiona będzie Wasza droga,

Niech nie zabrzmią w uszach nienawistne słowa,

Niech miłość, szczęście i radość  wam towarzyszy,

Ale nie omijajcie także „dietetycznych” słodyczy,

 

Zawodowe i biegowe sukcesy zawsze z Wami będą,

Niech kwiatki radości, szczęścia nigdy nie zwiędną,

A kasa zawsze w kiedy trzeba do kieszeni wpadała,

Głowa z powodu problemów za bardzo nie bolała,

 

A tak w skrócie zdrowa, szczęścia i słodyczy,

W Nowym Roku biegacz amator szczerze życzy,

Zarówno wszystkim razem, jak i każdemu z osobna,

Liczba sukcesów z marzeniami będzie zawsze zgodna



 

Zahartowany jak biegacz

Wiele jest powodów, dlaczego warto biegać. Można napisać, że na ten temat stworzono już całe epopeje. Dlatego nie będę po raz n-ty powtarzał tak nam wszystkim znanych argumentów. Chciałbym za to dzisiaj zatrzymać się na jednym, który jest nam co prawda znany, ale nie tak bardzo rozdmuchany. Tym tematem jest nasza odporność na różnego rodzaju infekcje. Nie chcąc być gołosłownym zatrzymam się na konkretnym przykładzie.

Jak pisałem wczoraj brałem udział w biegowym dwupaku. Najpierw na 9 parkrun, a potem na 12.00 nad Maltą Bieg Sylwestrowy. Na biegi wyszedłem ubrany sportowo jesiennie. Oznacza to przewiewną, nie za bardzo ciepłą pierwszą warstwę i na to koszulkę. To, że długie spodnie to wiadomo. Kiedy wyszedłem na dwór i okazało się, że jest na minusie, to z lekka zęby mi zaszczękały. Miałem dwa wyjścia. Mogłem się wrócić i przebrać, albo pojechać samochodem. Stwierdziłem, że co ja cienias jestem i pojechałem tak jak stałem komunikacją miejską. Raz się żyje ( ale też raz umiera). W czasie parkrun się najpierw w czasie biegu rozgrzałem, potem na mecie spociłem, czyli klasyka. A mróz mnie całował swoim lubieżnym lodowym językiem.

Po praktun na Maltę. Tam na szczęście przed startem mogliśmy się schować w specjalnie do tego przygotowanym pomieszczeniu. Po biegu powtórka z rozrywki z parkrun, czyli najpierw rozgrzanie, a potem spocenie. Po wszystkim na szczęście posiłek także w pomieszczeniu, czyli można było trochę ochłonąć, ale to nie zmienia faktu, że znowu w mrozie do domu. Kiedy dotarłem muszę przyznać, że ręce mimo rękawiczek miałem zgrabiałe, a na plecach czułem igiełki lodu. Po wszystkim szybko do wanny, gorąca kąpiel i czekałem na infekcję, która po takim czymś powinna z radością nadbiec. I co? I nic, dzisiaj czuję się jak młody Bóg. Co prawda z tym młodym, to może pobiegłem z ostro, ale co mi tam.

Tak na zakończenie w wielu przypadkach po biegach wydawało mi się, że muszę się rozłożyć, bo to nie jest normalne biegać w takich warunkach. A jednak nic się nie stało. Ja wczoraj byłem ubrany w długi rękaw, ale widziałem hardocorowców z krótkimi spodenkami i w koszulkach tylko z naramiennikami. Jak na nich patrzyłem, to muszę przyznać, że nawet mi się robiło zimno. No, ale jak ktoś się ściga, to musi być naprawdę lekko ubrany. Można napisać, że po ubraniu zimą poznasz jakie cel ma dana osoba przed sobą. Jeżeli biegnie całkowicie na krótko, to wiadomo ścigacz, biegnie po godne miejsce. Jeżeli typowo na długo, biegacz klasyczny. A jeżeli a grubo (widziałem nawet w kurtkach, to tuptacz turysta, chce się przejść, a powiedzieć, że przebiegł. Też tak można.

Biegowo-startowe zakończenie roku

Należy szczerze przyznać, że dzisiejszy poranek zdrowo zaskoczył. Kiedy wychodziłem rano parkrun termometr wskazywał temperaturę poniżej zera. Potwierdzeniem tego był widok zamarzniętych kałuż. Co prawda sama pogoda była cudowna: słońce, brak wiatru, ale ta temperatura. Mimo mroziku ( gdyż to jeszcze nie był taki zdrowy mróz, a do -5 to mamy takie mroziątko) grubo pond 200 osób przybyło dzisiaj na Cytadelę, by zakończyć rok z parkrun-em.

.Pamiętając, że to mój nie ostatni dzisiaj start, a do tego mając w pamięci , czasem czując dwugłowy, a do tego z moimi zaległościami treningowymi pobiegłem dzisiaj na dużym luzie. Raz tylko za sobą usłyszałem test: „ biegnij za panem, ma ponad 100 biegów za sobą, więc z pewnością zna trasę”. Uśmiechnąłem się pod nosem słysząc te słowa. Podejrzewam, że jeżeli mówimy o Poznaniu,to z moimi 215 biegami jestem w pierwszej dziesiątce najbardziej wytrwałych. Co prawda Grzesiu się uparł, że mnie dogoni pod względem ilości biegów, ale jeszcze ciągle 15 biegów mu brakuje.

Biegło się dzisiaj super ( może właśnie z powodu tej pogody) i z wielkim luzem i radością do mety dotarłem. Tutaj jeszcze ciacho, zdjęcie i na Maltę. Kiedy odebrałem już pakiet startowy, to muszę przyznać, że czułem lekki niepokój, gdyż forma i przygotowanie były jakie były ( czyli praktycznie nie było), a tu jeszcze po piątce trzeba dyszkę machnąć. Jedna widok sporej ilości znajomych, którzy dzisiaj na Malcie się pojawili nie pozwolił zbytnio długo nad problemami się rozwodzić. Muszę przyznać, że dopiero w czasie takiego biegu jesteśmy w stanie ogarnąć, ilu to mamy biegowych znajomych. Tak na marginesie nie ja jeden wpadłem na pomysł, by po parkrun nad Maltę się udać…

Samo wydawanie pakietów raz dwa i be problemu. Fajnie, że było miejsce, gdzie mogliśmy się schronić oczekując na start i nie trzeba było ponad godziny czekać w mrozie. Tuż przed startem organizatorzy odstąpili d pomysłu puszczania nas w dwóch turach, najpierw ci na jedno okrążenie, a potem ci na dwa. Myślę, że to był dobry pomysł, gdyż najszybsi z „dychmenów i dychwomanów” bardzo szybo by wolniejszych piątkowców dogonili i zrobiłby się zdrowy dym na trasie. A tak wszyscy wystartowali razem i po pierwszym okrążeniu jednych kierowano w stronę mety, a drugim kazano biec dalej. Muszę szczerze napisać, że sam poważnie myślałem by nie zbiec po pierwszym kółku, ale nie było takiej opcji, a poruta by była przeogromna.

Muszę przyznać, że biegłem sobie na luzie nie goniąc czasu, ot na dobiegnięcie. W moim stanie fizycznym i przygotowawczym, to była jedyna rozsądna strategia. Najważniejsze, że dobiegłem na względnym luzie i spokoju i nawet fajny medal w postaci odlanej Bamberki otrzymałem. Muszę przyznać, że robi wrażenie i zdecydowanie wyróżnia się od tradycyjnych medali biegowych. Zresztą bieg sylwestrowy w Poznaniu jest podejrzewam w czołówce pod względem stażowym w naszym regionie, a i podejrzewam, że w dwudziestce w całym kraju też się znajdzie. Napiszę krótko: bieg, który ma taką tradycję, musi jakiś odpowiedni poziom organizacyjny reprezentować. Może i nie jest to jakaś ekstraklasa, ale dobry, poznański poziom organizacyjny jest tu zachowany. No i jak dla mnie co najważniejsze, na koniec roku dwa biegi zostały jeszcze zaliczone. I mimo mojego stanu dałem radę dobiec do mety. Czasy były bardzo przeciętne, ale jak się biegnie na wariata z nutką masochizmu, to trudno wymagać godnych czasów. Kiedy znajomemu powiedziałem, że biegnę z doskwierającym dwugłowym, to powiedział krótko: biegacze to są jednak hardcorowe czubki, czy też wariaci. I myślę, że coś w tym jest. Natomiast podsumowanie moich wyników dzisiaj mogę określić krótko; jaki rok, takie wyniki. Rok pod względem biegowo-przygotowawczym do pupy, to i wyniki też takie muszę być. Tak na zupełne zakończnie, jedna ze znajomych biegaczek, czyli Asia Skąpska zakończyła bieg na pudle. Asia brawo Ty, jesteś Wielka. 

Przejściowy, noworoczno – weekendowy czteropak startowy

No i zaczynamy ostatni weekend starego roku. Tak się akurat składa, że nowy rok zaczyna się równo z początkiem Nowego Roku. Jednak możemy już przyjąć, że zaczynający się wczoraj weekend jest przejściowym wprowadzającym nas prostą drogą w Nowy Rok. To będzie dla mnie w pewien sposób wyjątkowy weekend pod względem biegowym.

Pierwszy raz mi się zdarza, że w okresie 3 dni startuję w 4 biegach zorganizowanych. Ja wiem, że ktoś może napisać, co tam 3 parkruny i jedna dyszka. Toż to dla większości osób, które poważnie traktują swoje treningi pikuś, a nie wyzwanie. Może, jeszcze rok, jeszcze dwa miesiące temu bym tak samo napisał. Wiadomo, że moje czasy nigdy na kolana nie rzucały, ale by przebiec 5 i 10 jednego dnia, a po dniu przerwy machnąć jeszcze dwie piątki, nie robiło dla mnie większego problemu. Niestety zmieniły się trochę okoliczności przygotowawcze. Od prawie miesiąca biegam sporadycznie, dzieląc kilometry z urazem, który się przyczepił niczym rzep psiego ogona. Podczas biegania czuję kłucie w tylnej części uda i łydki. Może nie jest to jakiś przeszywający ból, raczej spory dyskomfort biegowy, ale biega się generalnie do pupy. Mogę śmiało napisać, że moja forma, stan przyggotowania i smopoczucie biegowego jest do … pupy, czyli zanurzone w mule sięgając dna. 

Co prawda od dwóch dni smaruję się zakupioną w aptece dicloziają, ale przez dwa dni raczej trudno naprawić czy raczej zregenerować nadwyrężone mięśnie. Dlatego dzisiaj przed pierwszą, a do tego bardziej skomplikowaną połową czteropaku ( w końcu piątka i dziesiątka) czuję wcale nie małą obawę, ale jak to się mówi, nie ma że boli, czasem musi. Z pewnością dzisiaj pobiegnę na dużym luzie nie goniąc czasu. Najważniejsze będzie by dobiec, a cała reszta… gonił to Stary Rok.

Dzisiaj z całą pewnością mogę napisać, że będzie się działo. I to takie działo, że niemal armata. Ale czy wypali, czy zrobi tylo puf i ledwie mruknie okaże się w okolicy godziny 13.00 Jedna jes pewne: żadnych życiówek, żadnego bicia czasu. Dzisiaj trzeba tylko dobiec. Chociaż przy moim obecnym stanie fizycznym, to tylko zmienia się w aż. Sam jestem ciekawy, jak to dzisiaj okaże. Z pewnością będę tuptał metodą na kalekę.A jaki wybiegnie z tego wynik i czy w ogóle, to się dopiero okaże. Dzisiaj może się dużo zdarzyć. Napisać mogę jedno: plan na dzisiaj mam, ale co z niego wybiegnie nie mam zielonego, różowego, ani żadnego innego pojęcia.