Prawdziwi bohaterowie przybiegają na końcu

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Ostatnio znajomy wrzucił tekst na Facebook:

„Dziś refleksyjnie – biegowo….. BMW Półmaraton Praski. Miałem okazję zobaczyć kilka zdjęć. Widać zawodników pierwszego rzutu, drugiego i trzeciego. Jest radość z miejsca, czasu, medalu, gesty zwycięstwa. Zasłużenie, fakt…….Szkoda tylko, że zapomniano o tych najmocniejszych, tych ostatnich walecznych. Tych, którzy walczyli o każdy metr trasy, tych co z trudem biegli do mety. Dobrze jest być na końcu, samym końcu i obserwować to co się dzieje. Widziałem kobietę, której twarz była we łzach, pytam – Co się stało? Ona – Że ma już dość ale został kawałek i nie chce się poddać. Widziałem pana, który maszerował i podbiegał. Widziałem puszyste dziewczyny. Warto zobaczyć koniec stawki takiego biegu. Wielcy, ci co mają swoje cele, cele niby małe ale jakże wielkie. To nie ci, którzy płaczą bo im zabrakło sekund do życiówki, bo było ciężko choć i tak tempo było 4:30……Ci ostatni, zapomniani i bez specjalnych braw i owacji na mecie,bez dopingu bo znajomi się rozeszli zaostrzenie we własne medale. Obsługa, która była już zajęta zwijaniem sprzętu a my jakbyśmy mi przeszkadzali przekraczaniem mety…….. Nadal widzę tą panią ze łzami, pana maszerującego, puszyste dziewczyny i chińczyka, drobnego studenta, który chwiejąc się walczył ze skurczami……Przeszła mi ochota do startów w takich biegach. Należy i wypada pamiętać o tych na końcu……”

Muszę przyznać, że coś w tym jest. Pamiętam mój finisz we Wrocławiu, kiedy uciekałem z karetki, gdzie straciłem grubo ponad godzinę. Jeżeli dodamy do tego z powodu ogólnej strasznej słabości, stan gorączkowy i skrajnego niemal wyczerpania związanego z dodatkowymi czynnikami, o których pisałem w zeszłym roku w relacji, i mój start zmienił się w człapanie w wersji czołgającej, a nie nawet lekko tuptającej. W efekcie okazało się, że mój czas może nie na granicy, ale zdecydowanie bliżej końca zmieszczenia się w limicie. Może nie byłem zupełnie ostatni, ale w ostatnim tysiącu ledwo się zmieściłem. Napiszę krótko, limit był 6 godzin, a ja miałem 5 godzin i 40 minut. A i tak jeszcze około 700 osób za mną dobiegło. Kiedy dobiegałem do mety, nie było tłumów, nie było fanfar, tylko troszkę nerwowe ponaglanie Organizatorów. Tak na zasadzie: „ no pospiesz się, weź ten cholerny medal i spadaj, bo jedzenia i tak już nie ma, bo ci lepsi zjedli”. No i cóż ze mną przybiegali ludzie, których nikt by nigdy nie posądził, że byliby kiedykolwiek w stanie zmierzyć się i pokonać dystans królewskiego dystansu. Byli i wiekowi i mało wysportowani, sylwetki niektórych z nich trochę przeczyły temu, jak w naszej wyobraźni wygląda zdrowy, pełen mocy i wigoru pogromca Królewskiego Dystansu. A jednak, to jak znajomy napisał: to oni byli prawdziwymi zwycięzcami tego maratonu. Bo nikt by na większość z nich wcześniej nie postawił złotówki, że w ogóle byliby w stanie cokolwiek przebiec. A oni pokonali Królewski Dystans. I to nie jacyś biegowi herosi, ale zwykli, przeciętni zjadacze chleba i połykacze kurzu z biegowych alejek spod butów tych lepszych się unoszących. I wiecie co Wam powiem: pełen podziw i szacunek dla każdego kto pokonał ten dystans, szczególnie i zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma żadnych predyspozycji do biegania, a trasą pokona głównie uporem i siłą własnej woli. Oni są Najwięksi. Na początku każdego biegu do mety docierają Mistrzowie, na jego końcu Bohaterowie. 

Print Friendly

2 Komentarze

  1. Dlatego kocham biegi, gdzie się tak samo wita na mecie tego pierwszego i tego ostatniego…

    Na wielu biegach są nagrody dla ostatnich. Podczas UTMB, zwycieżca który przybiegł 20 godzin wcześniej wyszedł przywitać ostatniego zawodnika…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.