Biegający z wiewiórkami czyli kolejny parkrun za nami

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, aż tak to chyba nie jest.Miło, że tak uwżasz, ale moje zdanie jest trochę inne w tym zakresie.

Muszę przyznać, że nie planowałem dzisiaj udać się na Cytadelę, ale jakoś tak wybiegło. Jak to się mówi przyzwyczajenie drugą naturą człowieka i jak mamy coś już zapisane w naszej świadomości co nawet sięga  już do obszaru poświadomego, to nawet nie kontrolując tego co robimy, po prostu to robimy. I tak było dzisiaj. Zbytnio się nie zagłębiając w szczegóły moich reakcji i zachowań, tak trochę na etapie niemal lunatykowania rano wstałem, ubrałem się coś zjadłem, wyprowadziłem Thalię na spacer i sam nie wiem jakim cudem znalazłem się na Cytadeli.

No, a tu już jak zwykle miłe przywitania, ploteczki, pogaduszki, czyli cała otoczka dookoła głównego wydarzenia odbywana. Potem jak zwykle bywa Robert dłużej znany dał sygnał udania się do strefy startu i znowu około 200 tuptających udało się tm, gdzie wszystko miało się zacząć. Tu klasyczne słowo wstępne i ruszamy wieczornym, rannym, po gwałtownej burzy chłodem ponaglani. Trzeba przyznać, że wczorajsza burza zdrowo narozrabiała i na trasie mijaliśmy zwalone gałęzie, kawałki drewienek, generalnie jeden, wielki przyrodniczy chaos.

Po jednym szalonym treningu w tygodniu biegłem sobie dzisiaj spokojnie, nawet nie zbliżając się do czasów, które udalo mi się z endomondo wytuptać.. Tak sobie myślę, dlaczego właśnie wtedy, kiedy wziąłem enomondo i z nim biegłem miałem taką tuptająca iskrę Bożą, do której teraz nawet się zbliżyć nie mogę. Muszę przyznać, że jest to cekawe. Jak pisałem dzisiaj pobiegłem spokojnie i na luzie uzyskując czas wg mojego stopera ciut ponad 27 minut, czyli taki baaaardzo lightowy. No, ale w większości przypadków begamy lightowo, ale raz na jakiś czas dostajemy tuptającą iskrę Bożą.

Dzisiaj tej iskry nie było więc dobiegłem jak i ani sekundy szybciej, ani wolniej. W strefie finiszu jak zwykle miłe pożegania i udałem się w kierunku domu. I teraz dobiegamy do najciekawszej części relacji. Wychodzę już z Cytedeli, idąć alejką wzdłuż ulicy Armii Poznań, kiedy nagle od strony Cytadeli jakieś dwa metry od mnie wychodzi (dosłownie, nie wybiega) ruda wiewióreczka, przecina alejkę po której idę, przechodzi kawałek na trwanik i obrócona pięknym ogonem w moją stroną zatrzymuje się i coś tam zjada. Za bardzo się nie przyglądałem, gdyż była obrócona tyłem do mnie, więc nie przeszadzając na paluszkach przeszedłem tuż za nią. Miałem ją praktykcznie tak blisko, że gdybym przycupnął byłaby ( albo byłby może to pan wiewiórek) na wyciągnięcie ręki. No, ale nie przycupnąłem i spokojnie oddaliłem się od ucztującego zwierzątka. Pewno mi się zdawało, ale odniosłem wrażenie, że kiedy się oddalałem pokiwała mi ogonem, ale pewno to było przewidzenie. I tym rudym acentem zakończyłem moją dzisiejsza wyprawę na Cytadelę. I niech ktoś powie, że nie warto się tam pojawiać.

Print Friendly

2 Komentarze

  1. Dla mnie ściana to mit – wytłumaczenie dla osób albo źle przygotowanych, albo nie znających swoich aktualnych możliwości.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.