Trening do czy po kotlecie i trening startowy

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie wstrzymałbym się od tak jednoznacznych opinii. Uważam, że powinna nas cechować otwartość umysłów na różne nowości i nim faktycznie po organoleptycznym sprawdzeniu nie uznamy że coś jest be, lub cacy, podbiegać z wiarą i nadzieją do nowości. Miłość może zostawmy wyższym celom.

Dla każdej osoby tuptajacej, która oprócz tuptania dla tuptania czasem startuje w różnych biegach zorganizowanych i stara się wtedy uzyskać maksymalnie dobry czas nie jest żadną tajemnicą, że mamy dwie różne formy treningu. Jedną możemy określić, jako biegania dla biegania, ewentualnie do czy może raczej po kotlecie, a drugie to już poważniejsze robienie kilometrów przygotowujące nas do poważniejszego startu. I tu nie ma znaczenia, czy dla kogoś to dyszka, dla kogoś półmaraton, a dla innego w końcu Królewski Dystans, czy też biegi ultra. Ważne jest to, że podczas tego typu treningu, nasze założenia, odległości czy nawet metody ulegają całkowitej zmianie. A jak Metody, to i Cyryl może się przyplątać ( ciekawe kto złapie o co biega.

W każdym razie kiedy biegniemy do czy po kotlecie ( w zależności przed czy po obiedzie), to biegniemy sobie na całkowitym luzie. Nasze odległości są takie czy inne, możemy je zmieniać w zależności od fantazji i humoru, a tempo dokładnie takie, na jakie mamy ochotę czy jakiego czujemy potrzebę. Ot sobie biegniemy dla samego biegu, a cała reszta się nie liczy. Jest przyroda,, ptaszki, mniejszy lub mniejszy smog i my. I jest to kompozycja biegowa doskonała.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, kiedy przed oczami mamy cel w postaci takiego czy innego startu. I tu nawet nie ma znaczenia, czy chcemy, czy nie chcemy poprawiać naszych wyników. Bieg zorganizowany to jest wyzwanie, bo to już nie mierzymy się tylko z samym sobą na zasadzie jak dobiegnę to fajnie, jak nie to trudno. Tutaj wypada do tej cholernej mety dotuptać. Jeszcze bardzo często mierzymy się z odległościami, które na co dzień nawet przez głowę nam nie przebiegają, że może tak pobiegniemy. Tutaj to jest klasyczna woja: my, czas, trasa i nasze słabości. No bo do pani trudniącej się nierządem, nie jesteśmy cieniasami, by zejść z trasy. Jak już zdecydowaliśmy się wystartować, to wypada jakoś do tej mety doczłapać. A bez przygotowania, to ni cholery się nie uda. Dlatego trzeba podkręcić kilometry, tempo, wpleść w trening rytmy, podbiegi i inne takie. Jeżeli moja tygodniowa norma to powiedzmy 60 km, to w rytmie treningowym przed maratonem musi podskoczyć do tych 80-90. Oczywiście nie od razu, tylko  na systematyczne tygodniowe podnoszenie. Jak ktoś chętny, to niech poszuka w necie. Jest wiele rozpisek i niech ich się trzyma, a nie wg własnego widzimisię, gdyż do niczego to nie doprowadzi. A będą pewno i tygodnie, że i setkę się machnie. I to w różnych tempach. I nie ma, że boli. Królewski Dystans, to nie popierdółka i tu trzeba być przygotowanym, by jak popierdółka nie skończyć. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma że boli, tu musi poboleć, bo jak nie teraz to w czasie startu nam tak przy….., ze z papci wyskoczymy. Deszcz,żar z nieba czy wichura, kilometry robić trzeba.

 

Print Friendly

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.