Brak formy i motywacji? No to na maraton

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Muszę przyznać, że ten rok pod względem biegowym i ogólnie mojej formy jest delikatnie mówić bardzo kiepski, żeby nie napisać szczerze, że tragiczny czy beznadziejny. Używając terminologii wędkarskiej można napisać, że dno i sześć metrów mułu. Generalnie nigdy nie byłem jakim dobrym tuptaczem, raczej klasyczną biegową szarą masą, ale na 5 kilometrów w granicach tych 23 minut, na dyszkę poniżej 50, półmaratonie godziny pięćdziesiąt a w maratonie 4 godziny złamać się udało. Nie są to jakieś wielkie rezultaty, raczej poziom średniej statystycznej, ale ponad jak ponad 40-sto letniego faceta, który dopiero po tej magicznej granicy wieku zaczął tuptać takie przyzwoite, bez urywania żadnej części ciała wyniki.

Ten rok pod względem biegowym to jest rzeź, masakra i dyndanie na haku rzeźnickim. Raz, że nie do końca się chce trenować, dwa jakieś urazy się przyplątały ( prawo serii: nie ma, nie ma, nie ma, jest,jest,jest) czyli ogólnie lipa i to bardzo wyrośnięta. Kiedy uda mi się przybiec na parkrun, to moim czasom bliżej trzydziestki niż dwudzieski. W sumie dobrze, że nie wiekowo bliżej, bo pod 50-stkę to już by było gorzej niż dno. A tak jest tylko beznajdziejnie. No, ale w końcu, kiedy już siegamy dna, to chyba warto przykurczyć nogi i się od niego odbić. Jak to najlepiej zrobić? Wydaje się, że musimy postawić przed sobą jakiś teoretycznie abstrakcyjny, niemożliwy w tej chwili do osiągnięcia cel w stosunkowo niedalekich granicach czasowych. No, a co może być dla nas, obecnie nawet trochę poniżej przeciętnych możliwości biegowych tuptaczy? To proste, takim wyzwaniem jest maraton, czyli Królewski Dystans. W mojej biegowej historii 5 razy się mierzyłem z tym dystansem, gdzie 4 razy go po japońsku, czyli jako tako pokonałem, a raz ledwo do mety się doczłapałem. Ale ją osiągnąłem. Z tych pięciu razów, cztery wbiegały w skład Korony Maratonów Polski ( Poznań, Dębno, Kraków i Wrocław) Do kompletu brakuje mi jeszcze jednego maratonu, czyli warszawskiego. Biorąc pod uwagę moje tegoroczne osiagi biegowe ( pare parkrunów i jeden półmaraton), to nie ma opcji, by do tematu się przymierzyć

I tak sobie na ten temat wczoraj dumałem, dumałem, rozważałem, jak energię biegową uzyskać znowu, jak poczuć tuptającą wenę, że pobawiłem się trochę w Necie i efekt:„ Maraton Warszawski – witamy na liście startowej!Twój numer startowy to: 11621„. I ta sobie myślę, co mnie pokusiło? Czy to było może lunatykowanie na jawie? Diabli wiedzą, w każdym razie z każdą chwilą czuję napływ energii motywacyjnej. Było do tej pory źle, fatalnie? Brak weny, energii, a nawet czasem chęci do biegania? No to czas zapisać się na maraton. I nie ma że boli, teraz trzeba trenować, by klasycznego ciała nie dać. A to w końcu amatorowi nie przystoi. Tak przynajmniej myślę. Może nie często mi się to zdarza, ale czasem taka przypadłość mi się przydarza. Nic czas na trening. Nie ma, że boli. Teraz musi trochę poboleć. Zasada jest prosta: 80 do 100 km tygodniowo musi paść. Albo ja padnę.

Tak sobie myślę, że w moim obecnym stanie przygotowania do startu na Królewskim Dystansie, to trening i sam start to będzie taka rozkosz, jak sturlanie się po zjeżdżalni z postawionymi pionowo żyletkami prosto do wanny wypełnionej jodyną. No, ale my biegowi masochiści.

Print Friendly

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.