Czy maratony powinny opuścić miasta?

Po ostatnim moim wpisie dotyczącym oceny biegów zorganizowanych Maciej i Marek zamieścili interesujące komentarze, jak to biegi zorganizowane mogą sparaliżować miasto i stanowić ogromny problem dla tych, którzy pracują w ten dzień i muszą dotrzeć do pracy, a tu pupa blada. Dla nas biegnących, to niezrozumiałe problemy innych. No co to jest raz dwa czy trzy w roku zamknąć miasto na parę godziny, bo chcemy sobie pobiegać. No bo ile jest tych zamknięć: maraton, półmaraton, parę dziesiątek i to wszystko. Co to jest te parę dni w stosunku do 365. A i tak największym ewentualnie problemem jest maraton, bo dziesiątki czy półmaraton nie stanowią aż takiego, przynajmniej w naszym odczuciu problemu.

Jak to jest z maratonem w mieście i czy faktycznie stanowi on problem na mieszkańców? Jak to Marek słusznie zauważył, wycięcie miasta z życia na 6-7 godzin jest lekkim przegięciem dla tych, a jest ich zdecydowana większość, którzy w mieście mieszkają i nie biegają. Generalnie to że biegniemy by im „titało”, gdyby nie to, że blokujemy ich możliwości poruszania się po mieście. Pytanie jest proste: dlaczego dla naszej przyjemności oni mają cierpieć? Przecież jest tyle super miejsc do biegania, gdzie nie będziemy nikomu przeszkadzali. Są lasy, łąki, pola tam możemy sobie biegać, a nie paraliżować miasta. Przerabiając Churchilla można napisać: „jeszcze nigdy tak wielu nie cierpiało tak wiele przez tak niewielu”. No cóż coś w tym jest. Czy w takim razie maratony powinny opuścić miasta? A może być poprowadzone bocznymi uliczkami, gdzie nie będę stanowiły aż takich problemów? Bo co tak naprawdę daje maraton takiemu miastu jak Poznań taki maraton? Jakiś prestiż dla sponsorów, zysk dla firmy ochroniarskiej, cateringowej, zysk finansowy dla miasta kosztem wkurzonych mieszkańców. Pod względem marketingowym dla miasta? Trudno powiedzieć, gdyż interesuje to tylko grupę biegającą maratony, a ich nie ma aż tak dużo. Z kolei inwestorzy, przedsiębiorcy, którzy pracują w niedzielę nie wiem czy są szczęśliwi, że pracownicy nie docierają do pracy. Tacy taksówkarze, właściciel odgrodzonego sklepu np. Selgros, gdzie Klienci nie dojadą. To są dla nich straty. Podejrzewam, że ilość wkurzonych zdecydowanie przewyższa tych, którzy są szczęśliwi, bo biegną.

No więc gdzie jest złoty środek, by wilk był najedzony, a owca wybiegania? Nie wiem czy wyrzucenie maratonów z miast to dobry pomysł, ale może lepsze poprowadzenie trasy, by nie stanowiła aż takiej uciążliwości społecznej, jak główne miejskie arterie byłoby rozwiązaniem.

My nie dajemy, my biegniemy

Ostatnio podczas poznańskiego maratonu zaobserwowałem ciekawą sytuację: biegły sobie dwie panie, a stojący po bokach kibice bardzo często je wspierali, tak znanym na tuptających trasach słowem: „dajesz, dajesz”. Na to panie niczym pacierz w kółko powtarzały: „ my nie dajemy, my biegniemy”. I w tym momencie sobie uświadomiłem, że faktycznie użycie sformułowania „dajesz” w stosunku do pani, której osobiście nie znamy, a która sobie biegnie spokojnie ulicą, może być przez nią bardzo negatywnie odebrane. Nie trzeba tutaj chyba dodawać, że w przypadku pań określenie „ dajesz” budzi raczej negatywne niż pozytywne odczucia.

W przypadku nas panów jest trochę, a nawet zupełnie inaczej i nam nie przeszkadza, że ktoś mówi, że dajemy. W naszym przypadku określenie dajemy, ma zupełnie inny, pozbawiony seksualnych skojarzeń podtekst. My możemy dawać pracę, rękę, jałmużnę itp. Ta sobie myślę, jak te skojarzenia życiowe są różnie odbierane i my faceci zawsze ci macho i goście, a panie to niestety. I to jest chyba trochę mało fair.

Jestem ciekawy jaki byłby wynik, gdyby jakaś pani wystąpiła na drogę sądową, domagając się od tak dopingującego pana odszkodowania za straty moralne. Wiadomo, że musiałaby to udowodnić, ale dobrze przygotowana na taką akcję Pani mogłaby pobiec z kamerką i wtedy byłoby wesoło. Ilu panów mogłoby stanąć przed sądem. Dlatego panowie, od dzisiaj nie wspieramy Pań na trasach dwuznacznym „dajesz”, tylko: „ biegniesz”, „gnasz”, „pędzisz”, „moc z Tobą”, a dla bardziej ambitnych: „ biegnij Pani drogą, lasem, podskakując sobie czasem”. Mam nadzieję, że taki ułożony doping przegoni precz złe skojarzenia.

Najdłużej trwający bieg maratoński świata

Jednym z najbardziej wyjątkowych a jednocześnie tragicznych i najdłużej trwających biegów maratońskich świata był rozgrywany na Igrzyskach Olimpijskich w Szwecji w 1912 roku. Dość napisać, że podczas tego biegu mieliśmy jeden przypadek śmiertelny, a ostatni zawodnik na metę dotarł po 54 latach, ośmiu miesiącach, sześciu dniach, 5 godzinach, 32 minutach i prawie 21 sekundach. Ofiarą śmiertelną był Portugalczyk Francisco Lazaro, który stracił przytomność na 8 kilometrów przed metą. Tak dal ciekawostki sam bieg maratoński liczył wtedy „tylko” ciut ponad 40 kilometrów.

Bohaterem tej opowieści jest Shizo Kanakuri, który przed startem był uważany za jednego z faworytów tego startu. No, ale oddaję głos Przeglądowi Sportowemu, gdzie tę niesamowitą historię wyczytałem. Nie wrzucam całości tekstu, tylko oczywiście wybrałem fragmenty:

„ 20-letniego Kanakuriego uważano za jednego z faworytów, mimo że na tym dystansie  miał niewielkie doświadczenie. Trenował na długich dystansach od niespełna roku, ale podczas kwalifikacji olimpijskich w Japonii (w listopadzie 1911 r.) uzyskał niesamowity – jak na tamte czasy – wynik: 2:32:45. Byłby on lepszy od nieoficjalnego rekordu świata, ale pojawiły się wątpliwości co do długości trasy. 14 lipca 1912 r. na starcie olimpijskiego maratonu stanęło 69 zawodników. Przyszło im zmagać się z bardzo wysoką – jak na Szwecję – temperaturą, przekraczającą 30 stopni. Kanakuri popełnił do tego kilka poważnych błędów. Założył tabi – tradycyjne japońskie buty wykonane z bawełny – nie zważając na to, że na trasie były fragmenty żwirowe. Japończyk wyznawał także zasadę: im mniej płynów przyjmowanych w trakcie biegu, tym lepiej. To nie mogło się skończyć dobrze. Źródła japońskie i szwedzkie nie są zgodne co do tego, kiedy nastąpiła katastrofa. Jedni twierdzą, że po 27 km, inni – w okolicach 30. kilometra, jeszcze inne źródła wspominają o 32. kilometrze (trasa olimpijskiego maratonu liczyła wówczas 40,2 km). Faktem jest, że wycieńczony Kanakuri nie był w stanie kontynuować biegu. Kryzys dopadł go w gminie Sollentuna (region Sztokholm). Zatrzymał się przy willi z ogrodem, w której odbywało się przyjęcie. Wszedł do niej i otrzymał od gospodarza, pana Petre, szklankę soku pomarańczowego. Wypił ją duszkiem i… Znów mamy różne wersje tego, co wydarzyło się później. Według pierwszej – maratończyk z Azji przez godzinę odpoczywał, a następnie opuścił dom i udał się na pociąg do Sztokholmu. Według drugiej – po wypiciu soku położył się w łóżku rodziny Petre, zasnął i obudził następnego dnia, po czym podziękował za gościnę i wyszedł. W obu wersjach jest wspólny mianownik: biegacz nie poinformował organizatorów, że rezygnuje z dalszej rywalizacji. Ci zaś mieli uzasadnione powody, by drżeć o losy Japończyka. ( Jak wspomniałem wcześnie, jeden z biegacz zmarł)….  Po Igrzyskach, w Szwecji Kanakuri miał status zaginionego, i to przez ponad pół wieku. Na jego temat krążyły legendy. Skandynawowie najwyraźniej nie odnotowali, że maratończyk startował na igrzyskach w Antwerpii (1920 r., 16. miejsce) i w Paryżu (1924 r., nie ukończył zawodów). Po nieudanym występie w Sztokholmie Kanakuri został dość chłodno przyjęty w Kraju Kwitnącej Wiśni. Rodacy mieli do niego pretensje, że zawiódł na igrzyskach. Japończyk był załamany, w swoim dzienniczku pisał o wstydzie dla kraju. Napisał także jednak: „Ta porażka spłodzi sukces”. Z czasem maratończyk zdołał odbudować swoją reputację. Wygrywał kilkakrotnie mistrzostwa kraju, później zaś przyczynił się do popularyzacji biegania na długich dystansach, organizując sztafetę Hakone Ekiden (z Tokio do Hakone i z powrotem; w dwudniowych zawodach sztafety męskie pokonują łączny dystans ok. 218 km). Dziś nazywany jest „ojcem japońskiego maratonu”. Po zakończeniu kariery Kanakuri pracował jako nauczyciel geografii. Niespodziewanie, kilka dekad później, przypomnieli sobie o nim Szwedzi. Padł pomysł, by zaprosić go do Sztokholmu i… pozwolić mu dokończyć bieg z 1912 r. Skandynawowie obawiali się, że taka propozycja nie spodoba się byłemu sportowcowi. Postanowili więc „zwabić” go pod pretekstem uroczystości związanych z 55. rocznicą igrzysk. W 1967 r. Kanakuri po przyjeździe do Sztokholmu dowiedział się, po co tak naprawdę otrzymał zaproszenie. Gdy usłyszał, jak popularna w tym kraju jest legenda o „maratończyku, który zniknął”, zgodził się wziąć udział w tym happeningu. Nikt bowiem nie kazał 76-letniemu wówczas Japończykowi pokonywać brakujących kilometrów. Wystarczyła runda na Stadionie Olimpijskim, by przejść do historii. Kanakuri nie miał na sobie stroju sportowego, lecz płaszcz, spodnie z kantem i buty lakierki. Przekraczając linię mety, szeroko się uśmiechał.”

Jak dla mnie historia bardziej niż urzekająca. Mam nadzieję, że zgodzicie się ze mną.

Czy mieszkańcy większych miast nienawidzą biegaczy?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Marku i Maćku bardzo ciekawe komentarze wrzuciliście, ale odniosę się do nich jutro, bo to temat to poważniejsze przemyślenie, chociaż dzisiejszy tekst do nich  w jakiś sposób nawiązuje. 

Ciekawy artykuł sprzed ponad roku znalazłem na portalu aktywnieradioz.pl Tytuł artykułu jest dosyć długi, dlatego streszczę go maksymalnie, jak i cały artykuł. Przesłanie jest, że biegacze zadzierają a ludzie ich nienawidzą. I wybiorę najlepsze kawałki: „  No bo przecież tłum śmiesznych ludzi w legginsach właśnie sparaliżował całe miasto. Ulice są zamknięte, komunikacja miejska nie kursuje, końca peletonu „truchtaczy” nie widać, a oni muszą stać w korku. Jak żyć?” Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Zrobić to co ja, czyli też zacząć biegać. Właśnie stanie w korku i wściekanie się, że nie mogę jechać, bo oni biegną spowodowało, że na złość sam zacząłem biegać.

„ Nie tylko przeciętni mieszkańcy większych miast nie cierpią biegaczy. Okazuje się, że rowerzyści i rolkarze również mają im sporo do zarzucenia. W końcu biegają po ICH leśnych ścieżkach oraz ICH drodze w parku. Uważają, że „truchtacze” stawiają swoją pasję ponad wszystko i za nic mają tych, którzy uprawiają inne sporty. No przecież bieganie jest teraz takie modne, że nie ma innych tematów do rozmów. W autobusie, tramwaju, podczas spaceru – praktycznie z każdej strony słychać tylko ten temat. Wychodzisz ze znajomymi na piwo, nawet nie możesz się doczekać weekendowego kaca, a tu znowu bieganie. Halo, da się przed tym w ogóle uciec?”. No cóż nie możesz walczyć to się przyłącz, będę to powtarzał jak mantrę, bo sam tę drogę przeszedłem

„No bo kto przy zdrowych zmysłach wychodzi na 15-stopniowy mróz, żeby pobiegać? A no „truchtacze”. Mają te swoje kolorowe legginsy, odblaskowe buty i gadżety, a zimą już na pewno nie zawahają się ich użyć. Podczas, gdy ludzie trzęsą się z zimna na przystankach, „truchtacze” pokonują kolejne kilometry. Aż na sam widok ich ubioru robi się zimniej! Nieważne, że są zaspy po kolana i że chodniki zamieniły się w lodowisko – nawet wtedy z twarzy nie schodzi im ten denerwujący uśmieszek” Odpowiem krótko. Kto nie biegł w śniegu, mrozie, a nawet na lodzie, ten nie wie i nie potrafi sobie wyobrazić, jakiego walka z ekstremalną pogodą daje życiowego kopa

Nie będę więcej wrzucał, dodam tylko, że było o męce mieszania z biegaczem i jego przepoconymi rzeczami, endomondo oraz zapychania portali społecznościowych, a szczególnie Facebooka tekstami o bieganiu, które nie każdego interesują. No cóż takie życie, jak to się mawia: life is brutal, full of zasadzkas and sometimes kopas w p(d)upas. Jak nie możesz walczyć, to się przyłącz, a ile stresów odejdzie. A tak na zupełnym marginesie, to nerwy piekności szkodzą, a lepiej być pięknym czy piękną niż nerwowym czy nerwową.

Jak rzetelnie ocenić bieg zorganizowany

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Macieju masz dużo racji w tym co napisałeś. Tyle, że obawiam się, że bieganie dotarło do takiego miejsca, gdzie tworzenie dodatkowych barier dla zapisujących się wywoła taki dym, który wszystko przesłoni i nie wiem, czy ktoś się odważy coś takiego wprowadzić.

Po poznańskim maratonie rozgorzała gorąca dyskusja na forach. Można zauważyć trzy oceny czy raczej trzy spojrzenia na to jak powinniśmy oceniać bieg zorganizowany. Pierwsze spojrzenie, to tych to dopiero zaczynają przygodę z Królewskim Dystansem bez skali porównawczej, oraz tych, dla których najważniejsze jest to, że czas zmierzono, na trasie nie było uchybień, wyniki otrzymane szybko i bez różnych dziwnych kombinacji oraz była możliwość przebiegnięcia się po głównymi arteriami miasta. Trochę na zasadzie: kłak czy wełna byle pupa była pełna. Dla nich ta cała otoczka biegu, szczegóły, to jakieś duperele nie warte schylenia się nad nimi. Zawsze radośni, zawsze szczęśliwi, zawsze optymiści. Dla nich ten bieg, to była bajka. Druga grupa jest chyba najliczniejsza, czyli tych, którzy po prostu zaliczyli kolejny start do kolekcji biegów odbytych. Nie ma znaczenia co i jak, ważne, że kolejny bieg zaliczony. Bo to zaliczanie stanowi główny ogień napędowy dla procesów życiowych. Pobiegli, dobiegli i gra gitara, bez żadnych głębszych uczuć. Dla nich ważny bieg jako kolejny miło spędzony dzień ogniem tuptający napędzany. I tu ocena krótka:: odbył się, zaliczony i git. No i mamy w końcu trzecią grupę, czyli tych, o których możemy napisać, że analizują, oceniają i czepiają się każdej fałszywej nutki która im nie do końca w uchu im dźwięczy. Wybiegają z założenia, że kiedy za coś płacą, to mają prawo wymagać. I tu już ocenia nie jest ta różowa, a wręcz odwrotnie bardzo krytyczna. 

Jak w takim przypadku dokonać rzetelnej oceny biegu zorganizowanego. Tak, żeby każdą grupę w jakiś sposób usatysfakcjonować. Myślę, że trzeba by było wybiec od ogółu do szczegółu. Na zasadzie: ogólnie bieg super, świetna trasa, strefa wydawania pakietów bez zarzutu, nie było horrendalnych kolejek, szybko, sprawnie i bez większych wtop. Do tego super pogoda, trasa w zadowalający sposób oznaczona, wolontariusze, medal na mecie, wyniki w miarę wszystko otrzymane, nie ma się do czego w sensie ogólnym przyczepić. Tutaj pierwsza grupa dokonała oceny i jest zadowolona. Potem druga grupa też zadowolona i szczęśliwa, bo bieg się odbył, pogoda ok, a oni dobiegli. I czego chcieć więcej od życia. No i grupa czepialskich, którzy zwracają uwagę na to, że było zamieszanie na starcie, z obstawiającymi bieg się nie można było dogadać, bo ni w ząb po polsku, a generalnie brakowało osób, które miały trasę obstawiać, gdzieś nie była odpowiednio oznaczona, a jeszcze wśród obsługi pijany się trafił. Czyli tacy, którzy czepiają się wszystkiego. Oni dokonują drobiazgowej oceny wszystkich uchybień, które w potem w ich raporcie się znajdują.

I myślę, że dopiero wszystkich trzech opinii w jedną całość da nam rzetelny obraz całego wydarzenia. Zdaję sobie sprawę, że będzie spora grupa niezadowolonych z takiej formy oceny, ale jak mamy coś oceniać, to róbmy to rzetelnie i głęboko, a nie tylko po łebkach. To, że to nasza pasja nie znaczy, że musimy wszystko łykać jak te ryby. 

Czarna seria, fatum czy statystyka…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Barry, ja tylko wymieniłem co się na trasie wydarzyło, zgodnie z zacytowanymi źródłami i zebrałem to do sorry za określenie kupy. . Można napisać, że dokonałem zsumowania i nic więcej. Z tych jak napisałeś „pierdół” całość imprezy się składa i są tacy, którzy zwracają na nie uwagę. Tak na marginesie na pierwszym maratonie zawsze się wszystko inaczej odbiera, niż na kolejnych. Robercie później poznany cała przyjemność po mojej stronie.

To, co wydarzyło się w ostatnich dwóch jakby nie patrzeć sztandarowych wydarzeń biegowych w naszym kraju wymaga jakiegoś ciut głębszego komentarza, niż oklepane: tragedia i śmierć na maratonie. Dwa czołowe, sztandarowe maratony w naszym kraju czyli w Warszawie i w Poznaniu, które dzielił miesiąc czasu i dwie ofiary śmiertelne. Czegoś takiego jeszcze chyba w biegowej orkiestrze nie grano. Radosne biegowe nuty zmieniły się w marsz pogrzebowy. W tym momencie chcąc czy nie chcąc, ale nasuwa się pytanie: jak to możliwe, co się stało, kto zawinił.

Jak zwykle w takich sytuacjach nie ma jednej, jedynej przyczyny, tylko powstaje wiele teorii, z których każda ma w sobie ziarnko prawdy. Realiści i praktycy powiedzą: nie przygotowali się, pobiegli na żywioł,a maraton nie wybacza braku szacunku i odpowiedniego podejścia. Z kolei statystycy powiedzą powiedzą: czysta matematyka i statystyka. Dziesiątki, jak nie setki tysięcy biegają w maratonach i od czasu do czasu musi się zdarzyć wypadek śmiertelny. Przypadek sprawił, że akurat dwa pod rząd. Teraz będziemy mieli parę lat bez śmiertelnego zdarzenia. Zwolennicy teorii spiskowych, powiedzą, że czarna seria spowodowana testowaniem nowej, tajemnej broni spowodowana. Z kolei mistycy wszystko zwalą na fatum, przeznaczenie i los zapisany w gwiazdach. I tak im było pisane, a że wydarzyło się to podczas maratonu,to tylko zbieg okoliczności, bo mieli pobiec i w czasie tego biegu miało się to wydarzyć. Ktoś jeszcze powie, że wszystko wina Organizatorów, bo robią zapisy na wariata, każdy kto chce może się zapisać, no i w efekcie są tacy co pod wpływem chwili, namowy, czy innych środków się zapisują, potem głupio się im wycofać i efekt jest jaki jest. Musi być weryfikacja biegających, by uniknąć takich sytuacji. Ktoś może do tragedii wizję biznesu dołożyć. A nad wszystkim prym wiedzie opinia: stało się, trudno, takie wypadki się zdarzają, czas zapomnieć i biegać dalej. 

Jedno jest pewne. Wydarzyły się dwie tragedie i pytanie czy można było ich uniknąć. Z pewnością tak, ale czy rozwiązaniem będą przymusowe badania? Wątpię, raczej spowodują one ograniczenie liczby startujących. Powiedzmy sobie szczerze, każdy może być zdrowy, a tragedia może się wydarzyć. A może być przypadek,taki jak mój w Warszawie, że ledwo się czołgałem przez 10 ostatnich kilometrów, ale i tak do mety dotarłem. No tak, ktoś powie, ale ja jestem mimo wszystko jakoś wybiegany i tych kilometrów wytuptanych mam już na rozkładzie. W takim razie kolejne pytanie: jakie środki podjąć środki zapobiegawcze, by uniknąć takich tragedii w przyszłości. Chyba tylko rozsądek osób,które decydują się zapisać na maraton. Tak naprawdę maraton może być biegiem dla każdego, ale pod jednym zasadniczym warunkiem: odpowiedniego do niego przygotowania, a nie na zasadzie spróbuję, jak się uda to dobiegnę. Bo taka wizja startu na Królewskim Dystansie, to jest głupota, by nie nazwać tego bardziej dosadnie. Co ciekawe takich mniejszych maratonach, gdzie startują tylko odpowiednio przygotowani,bo nie ma takiego parcia, bo nie ma takich fanfar na prawo i lewo, jaki to wspaniały bieg w mieście jest rozgrywany takie tragedie się praktycznie nie zdarzają. No ale, ktoś powie, to maratony mniejszej rangi, bez takiego ognia, a szanujący się maraton bez ofiary śmiertelnej się nie obędzie. Mam tylko nadzieję, że nikt mojej ostatniej czarnej refleksji na poważnie nie weźmie. Przypominam sobie komentarz jednej pani, pod jednym z moich wpisów niestety proroczych, gdyż opisujących przypadki śmiertelne podczas maratonów. Pani napisała: „ bo każdym maratonie ktoś umiera”. Wtedy rzuciliśmy się na panią niczym stado szarańczy na wypasione pole. Jeżeli na maratony zaczną się zapisywać biegający pod wpływem chwili czy impulsu, to kto wie, czy nie będą to słowa prorocze.

Wielka poznańska „poruta”, czyli 18 PKO Maraton

Poznań zawsze słynął z perfekcyjnej organizacji. Jako mieszkańcy szczyciliśmy się tym, że kiedy się bierzemy za organizację jakiegoś wydarzenia, to mucha nie siada, bo nie gdzie. Szczególnie, kiedy mówimy o różnych sztandarowych w naszym mieście imprezach. Jednym z takich wydarzeń jest oczywiście poznański maraton, który już 18 razy odbył się w naszym mieście. W 17-stu pierwszych edycjach nie można się chyba do niczego przyczepić, czego dowodem były tysiące biegających osób, które co roku do strefy startu przybywały. Biegłem w Poznaniu raz i nie miałem nic do zarzucenia. Co prawda pod względem organizacyjnym nie mi nie urwało, ale jakiś dobry poziom organizacyjny można było zaznaczyć.. Przynajmniej dopóki Polacy trasę obstawiali…

No, ale zacznijmy od początku. Jak podaje Gazeta Wyborcza:istotne uchybienia podczas pierwszej inspekcji trasy, którą robiliśmy o godz. 7.30. Trasę obstawiał pijany ochroniarz, wśród ochrony byli obcokrajowcy niemówiący w języku polskim i niemający pojęcia, co mają robić – relacjonuje Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji. Dodaje, że na trasie brakowało także wolontariuszy, pracowników służb informacyjnych i ochrony. Policjanci zauważyli również, że trasa biegu nie wszędzie jest wygrodzona płotkami”

Do tego setki wściekłych kierowców, ludzie przechodzący przez ulice, kiedy rzeka biegajacych przez ulice przemierzała, gdzieś mi się obiło o uszy o wypadku. Można napisać, że w Poznaniu jedna wielka organizacyjna klapa, jakiej chyba nikt sobie nikt nie wyobrażał. Kiedy parę tygodni temu zachwycałem się poziomem organizacyjnym Warszawy, ktoś mi napisał, że wielkie mi halo, bo przecież wszędzie tak jest i nigdzie nie ma jakiś wielkich wpadek. Jak widać nasz Poznań postanowił być oryginalny i pokazać, że można spieprzyć najlepszą tradycję. Taki jest efekt przeprowadzania przetargów na organizację imprez sportowych, gdzie głównym kryterium jest cena. Jak dla mnie zasada czy raczej kryterium wyboru powinno być proste : osoby obsługujące muszą znać język polski, a doświadczenie organizatora musi stanowić gwarancję odpowiedniego poziomu organizacyjnego. Obecnie jest tak, że rządzi cena, no i w efekcie wygrywa firma NN,  powołana by zarabiać na takich imprezach, gdzie tnie się koszty wszędzie gdzie można i nie można, a głównym kryterium jest zysk. No i w efekcie w Poznaniu pozostał wstyd. Ciekawe jak sponsor teraz zareaguje. Jest mi trochę głupio, że Warszawa potrafi, a Poznań nie do końca.

Szczytem jest ostatnia wiadomość, którą znalazłem na stronie Organizatora: Organizatorzy 18. PKO Poznań Maratonu im. Macieja Frankiewicza z przykrością informują, że na trasie biegu śmierć poniósł jeden z jego uczestników. Do zdarzenia doszło pomimo pomocy udzielonej biegaczowi przez służby medyczne. Ubolewamy nad tym faktem, a na ręce rodziny i bliskich składamy kondolencje.Okoliczności zdarzenia są badane przez Policję i Prokuraturę. Organizatorzy nie są podmiotem upoważnionym do udzielania wyjaśnień w tej sprawie.” Nie wiem jak to nazwać, ale możemy okreslić to wydarzenie, jako „czarny maraton”. 

Meldunek z 30 kilometra

W tym roku nie zdecydowałem się na start w naszym poznańskim maratonie. Uznałem, że zbyt mało czasu było na regeneracje po Warszawie i dlatego postanowiłem przyjąć metodę pojawienia się na trasie sprzed dwóch lat, czyli wspieranie biegających w okolicach 30-stego kilometra, czyli na rondzie Śródka z ewentualnym podprowadzeniem do Katedry osób, które będą dłuższego wsparcia wymagały. Na Śródce postanowiłem się zameldować w trochę po 11.00, by zobaczyć zarówno biegających Tytanów, Mocarzy, jak i takich jaj ja przeciętnych tutpaczy. Dwie pierwsze grupy z pewnością nie potrzebują mojego wsparcia, gdyż moc mają taką w sobie, że mogę tylko przeszkadzać. Z mojej krótkiej historii startów na Królewskim Dystansie ( bo co to jest 5 maratonów), uważam, że osoby, które startują można podzielić na 4 główne grupy: ci najlepsi, czyli elita, których celem jest wygranie. To jest Kosmos, Tytani, inna galaktyka i tu w ogóle nie ma co mówić. Potem jest grupa Mocarzy, czyli około 20 może 30 procent startujących, świetnie przygotowanych w ramach swoich możliwości, z pełnym profesjonalizmu amatorstwem podbiegających do treningu zgodnie z obowiązującymi zasadami treningowej sztuki. Mają swój cel, mają, swój czas i pełni pasji i podpalonej mocy do niego zmierzają. No i potem najliczniejsza grupa, którą można określić na jakieś 50-70 procent, czyli takich jak ja amatorów, którzy już coś tam biegają, takie czy inne doświadczenie w tutptaniu mają, ale dla których start w maratonie, to jest zawsze wojna ze wszystkimi swoimi i trasowymi demonami. No i jest jeszcze grupa specyficzna, liczę, że poniżej procent startujących,którzy się zapisali pod wpływem impulsu, chwili, bo może kiedyś biegali, bo może ktoś ich na suto zakrapianej imprezie podpuścił „ a co nie zapiszesz się na maraton? Taki cienias jesteś” No i się zapisali i przez parę miesięcy od zapisania próbowali treningowo odrobić biegowe zaległości.

Tak jak planowałem na Śródce byłem dosyć wcześnie, tak plus minus koło jedenastej. Dzięki temu miałem przyjemność widzieć tych, którzy o najlepsze pozycje walczyli. Można ich określić krótko: moc, ogień i siła. Tacy biegający kosmici. W grupie tej dojrzałem jednego znajomego z naszej biegającej parkrun rodziny czyli Wojtka. Może nie była to ścisła czołówka, ale okolice gdzieś dwusetnego góra trzy setnego miejsca. Z każdą kolejną minutą coraz więcej biegających. Coraz więcej także biegających znajomych. Gdzieś tam mi mignął Grzegorz, Robert później poznany, Kasia oraz wielu, wielu innych. Wszystkich wspierałem słownie, z paroma osobami się kawałek przebiegłem starając się podrzucać paliwo do biegowego ognia. Zdecydowana większość biegających jeszcze w doskonałym samopoczuciu i formie, ale widziałem także takie,które już na granicy stanu wytrzymałości biegłem. Nie raz nie dwa widziałem biegających, którzy szli,a nawet w ostrym stanie kulejącym. Raz czy dwa, widząc stan granicy wytrzymałości, pytałem czy może jednak odpuszczą, zejdą i za każdym razem taka sama odpowiedź, jaką ja udzielałem, kiedyś ktoś mnie o to samo pytał w Warszawie czy Wrocławiu. Nie ma że boli, nie ma że cierpienie, do końca, do ostatnich sił na trasie. Zasada jest prosta: ból mija, poczucie chwały, radości, że wytrwaliśmy, daliśmy radę, dotarliśmy do mety pozostaje w nas do końca życia. I to jest uczucie bezcenne. Dla osób, które widziałem, że już nie mogły miałem dwie indywidualne rady motywacyjne i jedna ogólna. Indywidualne to: jeszcze 13 kilometrów i piwo dla panów, oraz jeszcze 13 kilometrów i masażyści czekają dla pań. A uniwersalna jest taka, którą wymieniłem na początku: ból mija, chwała pozostaje. I dlatego trzymałem dzisiaj kciuki za wszystkich na trasie. Nie miało znaczenia,czy to Tytani, Mocarze, osoby regularnie trenujący czy startujący z przypadku. Chciałbym wierzyć, że wszyscy dotrą do mety, a kolejny start będzie już tylko lepszy. Wiem, że raczej to nie jest możliwa, by wszyscy dotarli, ale wiara umiera ostatnia. Dzisiaj był piękny dzień. Widziałem tysiące ludzi,którzy pokonywali własne demony, a to widok niezapomniany

Z drugiej strony dzisiaj pod względem organizacyjnym było kulejąca i to bardzo. Jak podaje Głos Wielkopolski: „ W niedzielę punktualnie o godz. 8.50 powinni wystartować wózkarze uczestniczący w 18. PKO Poznań Maratonie, a 10 minut później biegacze. Tak się jednak nie stało. Impreza rozpoczęła się z 50-minutowym opóźnieniem. Powodem okazały się zastrzeżenia policji. – Organizatorzy nie przygotowali właściwie biegu. Jeden z ochroniarzy był pod wpływem alkoholu.

Czytaj więcej: http://www.gloswielkopolski.pl/sport/biegi-i-rekreacja/a/opoznienie-w-starcie-poznanskiego-maratonu-wiemy-co-sie-stalo,12580656/

Kiedy byłem na Śródce widziałem ludzi przechodzących przez ulicę, kiedy biegacze biegli i parę razy zdarzyło się niemal kolizyjne przecięcie obu torów. Na szczęście za każdym razem biegający się zatrzymywali i przepuszczali pieszego, ale chyba nie tak to powinno być. Do tych tematów jednak jutro wrócę, gdyż informacje o kuchach napływają hurtowo ze wszystkich stron. Jak już nawet Policja się burzy, znaczy musiał być na rzeczy. 

Biegacz amator jako motywator

Dzisiaj sobota, więc zgodnie z obowiązującym już od ciut ponad 5 lat ( w zeszłym, tygodniu miałem moją 5 rocznicę parkrunowania) przymusem wewnętrznym po raz 207 łącznie, z czego 203 w Poznaniu pojawiłem się na Cytadeli, by w moim ulubionym biegu wystartować. Z racji jutrzejszego maratonu nawiedziła nas spora grupa biegających z innych części lokalizacji, i to nie tylko z naszego kraju. Był przedstawiciel Szwecji, ze Sztokholmu, spora grupa z jeżeli pamięć mnie nie myli z Leicester z Wielkiej Brytanii i chyba ktoś jeszcze, ale nie dosłyszałem skąd. Można napisać, że było dzisiaj godnie i międzynarodowo.

Mnie szczególnie ucieszyło, że pojawiła się znajoma, której od paru miesięcy nie widziałem, bo gdzieś po Azji ujeżdżała. Kiedyś biegaliśmy w zbliżonych czasach, co prawda ona zwykle trochę szybsza, ale często się wzajemnie motywowaliśmy. Tak też było dzisiaj. Przez całą trasę przebiegliśmy razem wzajemnie się wspierając. Co prawda zgodnie z naszą tradycją znajoma na ostatnich metrach niczym ta sarenka mi odbiegła śmigając, jakby przez złym wilkiem uciekała, ale że z formą wilka nie jest najlepiej, więc odpłynęła, a w zasadzie odbiegła mi w siną dal. Tuż przed metą ujrzałem kolejną znajomą, do której bardzo się zbliżyłem. Ona też zwykle biegała poza moim zasięgiem, więc kiedy już byłem na etapie jej wyprzedzania krzyknąłem do niej: „biegacz amator Ciebie wyprzedza? Wstyd”. No i to słowo klucz „wstyd” podziałało na nią jak czerwona płachta na byka ( chociaż w tym przypadku trudno napisać o byku). W każdym razie dostała takiego przyśpieszenia, że na tych ostatnich metrach poczułem nagle w nosie zapach palonej gumy na asfalcie. Nie muszę chyba dodawać, że oczywiście pani nie wyprzedziłem, a na mecie powiedziała, że tak ją zmotywowałem słowem „wstyd”, że dostała nagłego dopływu mocy. Mogę więc napisać, że dzisiejszy parkrun jako motywator przebiegłem. Myślę, że jutro koło Śródki, lub samej Katedry na 30-stym kilometrze się ustawię i  podobnie, jak dwa lata temu będę podbiegiem i słowem wspierał nadbiegających. Już to raz przerabiałem i pamiętam, że parę osób mi podziękowało za wsparcie. 

Bieg, który jest dla każdego

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Marta, bardzo dziękuję za komentarz, który stał się dla mnie inspiracją do dzisiejszego wpisu. Odpowiem krótko, a potem temat rozwinę. Jest w naszym kraju rozgrywany bieg, który jest praktycznie dla każdego, niezależnie od jego poziomu biegowego. Oczywiście tym biegiem jest parkrun, który obecnie w tylko naszym kraju jest rozgrywany w 49 miejscach, co sobotę o 9 rano, a do tego jeszcze za darmo. Kiedy dodamy wszystkie lokalizacje parkrun na całej kuli ziemskiej, to wybiegnie ich koło 1200. Jedyne co trzeba, by wziąć udział w tym biegu, to wydrukować swój kod, który otrzymujemy po zarejestrowaniu się na stronie i zerwać się w sobotę rano z łózka, by na tą nieszczęsną 9 w strefie startu się znaleźć. Jedyny koszt to dotarcia rano na miejsce, powrót do domu, no i zerwania się rano z łóżka.

Jest to faktycznie bieg, który jest dla każdego. Raz, że 5 kilometrów jest to dystans, który praktycznie każdy jest w stanie pokonać. A jaki czas osiągnie nie ma znaczenia, bo i tak na ostatniego zawsze się czeka. Tutaj możemy spotkać zarówno zawodowców, reprezentantów naszego kraju, którzy rekordy tras śrubują, całkowitych amatorów w moim stylu, którzy biegają, bo mają taką pasję i nie więcej. Możemy i spotkać biegających, którzy zupełnym przypadkiem trafili, bo słyszeli, bo chcą raz w życiu w biegu zorganizowanym wystartować, by móc kiedyś wnukom powiedzieć: ja też kiedyś biegłem w biegu, gdzie mi czas liczona i nawet oficjalnie jakiejś miejsce zająłem. Ba, nawet nie najgorsze bo np. 120. To, że akurat 121 biegających startowało nie ma żadnego znaczenia. Przyznam szczerze, bo głośno i donośnie to powtarzam jak mantrę: to jest mój ulubiony bieg.

Parkrun, to jest taki biegowy samograj, który napędza tych, którzy się do niego przekonali. Zmusza nas, by w sobotę rano wstać i udać się na miejsce zbiórki, a w tygodniu do regularnego treningu. Tu nie można czekać i np. odpuścić sobie parę tygodni, bo w najbliższym czasie nic się nie szykuje. Parkrun jest zawsze i na nas czeka. A głupio jest go zawieść. Można śmiało napisać, że kiedy ktoś chce zacząć biegać, myśli o startach a wie, że maraton, półmaraton cy nawet dyszka to na razie za dużo, parkrun jest idealny do rozpoczęcia przygody biegowej. Kiedyś Zbigniew Wodecki śpiewał: „Zacznij od Bacha”, to ja każdemu, kto chce zacząć biegać zanucę: ” Zacznij od parkrun”. I to jest w tym biegu najpiękniejsze.