Bez rozciągania nie ma biegania

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Marku potem rozszerzyłem już informacje o cenach za omawiane modele. Myślę, że najlepiej byś się skontaktował z panem Mateuszem w sklepie na Franowie, to z pewnością coś dla Ciebie odpowiedniego znajdzie. Jak nie on, to już nikt. Jak jeden ze znajomych na Facebook zauważył, pan Mateusz jest uznany za znawcę numer 1 w całej sieci Decathlon na całym świecie w temacie biegania. Dlatego bez zbytniego mu podmaślania, jeżeli w temacie biegania pan Mateusz czegoś nie wie, znaczy się, że to coś nie istnieje. Robercie dłużej znany masz rację na stronie Decathlon znajdziesz wszystkie informacje techniczno-finansowe. Ja starałem się przedstawić odczucia.

Dla wielu z nas ( także przez długi czas i dla mnie) nasza biegowa pasja sprowadzała się tylko i wyłącznie do biegania. Oznaczało treningi, starty, czyli wszystko co z bieganiem w sensie biegania było związane. Bo, żeby dobrze biegać, trzeba trenować, odpowiednią dietą się wspomagać i to wystarczy. Tak się przynajmniej wielu z nas wydaje. Jednak okazuje się, że nie do końca sam jest. Wszyscy z pewnością słyszeliśmy jak ważne w naszej pasji jest rozciąganie, ale powiedzmy sobie szczerze, ilu z nas faktycznie się rozciąga jak należy. Zazwyczaj sprowadza się to do takiego czy innego wyciągnięcia nogi przed startem i na tym koniec. A ilu z nas faktycznie się rozciąga codziennie przed treningiem, czy nawet w dniu, w którym  nie biega? No właśnie ilu? A powiedzmy sobie szczerze, bez dobrego rozciągania na dłuższą metę nie będzie biegania. Bo jeżeli, szczególnie po starcie odpowiednio się nie porozciągamy, a i codziennie będziemy sobie to odpuszczać, jak zupełnie niepotrzebny dodatek diabli wiedzą do czego, to otwieramy złośliwym kontuzjom czy innym urazom jak szeroko bramę, a drogę do niej wiodącą ozdabiamy kwieciem i maksymalnie wyrównujemy, tak, że taki uraz czy kontuzja, nic tylko radośnie  może nas dopaść.

Dlatego, może chociaż wielu z nas to może się wydać dziwne i niepotrzebne nie rezygnujmy z codziennego rozciągania. Wystarczy jeżeli chociaż 10 minut dziennie porządnie się porozciągamy. Ja mam dwie takie nie biegowe moje możliwości poprawiające. Jedna jest prosta. Uginam jedną nogę drugą wysuwam maksymalnie do tyłu no i napinam te mięśnie trzymając się w takiej pozycji przez 10 sekund. Potem zmieniam  nogę i tak od 10 do 15 razy w cyklu na każdą nogę. Druga metoda jest jeszcze prostsza. Wchodzę jedną nogą na schodek, dokładam drugą, a następnie schodzę. I tak w kółko. Kiedyś o tym wiedziałem, ale nie robiłem. Zakończyło się urazem dwugłowego. Od tej pory staram się odpuszczać tych dodatków poza biegowych. Nawet wtedy, kiedy mam dzień wolny od biegania.

Nowe buty biegacza amatora

W piątek dostałem od pana Mateusza z poznańskiego Decathlonu na Franowie, że czekają na mnie kolejne buty do przetestowania. Tylko mam przyjechać i wybrać takie, które najbardziej mi pasują. Umówiłem się w sobotę po parkrun. Oczywiście wpierw się doprowadziłem do stanu używalności wizualnej, a następnie udałem się na Franowo. Kiedy przybyłem pan Mateusz wyciągnął 4 pary i powiedział bym wybrał, która mi najbardziej pasuje.

Jak pierwszy podano mi model Kalenji Kiprun LD. Muszę przyznać, że kiedy założyłem je na nogi poczułem się jakbym wsiadał do Rollsa lub Mercedesa klasy S. Olbrzymi komfort, wygoda, amortyzacja, noga aż płynie w tym bucie. Odczucie wręcz rewelacyjne. Ja wiem, że mercedes i rolls kojarzą się z takimi super samochodami dla emerytów, ale ja już moje lata mam i może dlatego smakowałem z taką rozkoszą każdy metr. Jedyne, czego mi brakowało, to cichego warkotu motoru, który uszy pieści w przedstawionych wyżej markach samochodów. No, ale tych samochodów za cenę butów Kalenji się z pewnością nie kupi, więc już nie wymagajmy.

Jako kolejne założyłem Kalenji Kiprun SD. Z zasadzie buty bardzo porównywalne. Z tą różnica, że za odrobinę mniej wygody jakby dodano jakiś pierwiastek przyśpieszenia. Miałem wrażenie, jakby te buty było bardziej sztywne, przez co bardziej kojarzyły mi się z BMW czyli komfort połączony z pewnym pocałunkiem szybkości. W końcu skróty do czegoś zobowiązują: SD czyli short distance, LD – long distance, buty na krótsze i dłuższe odległości. Wiadomo, że na krótkie dystanse potrzebujemy większą, sztywność, moc i przyśpieszenie, a w dłuższych raczej preferujemy wygodę i komfort.

Jeżeli biegnie o ceny obu tych modeli, to LD kosztuje 299 PLN, a SD 269 PLN. Jeżeli ktoś zechce się zaopatrzyć w obie pary, by mieć osobny model na wyścigi, a osobny na długie biegania, to jest promocja na poziomie 499,99 PLN za dwie pary. Oznacza to naprawdę dobre buty, za bardzo rozsądne pieniądze.

Kolejnymi modelami, które sprawdziłem były, jeżeli się nie mylę były modele Kiprun Race and Trail. Musze przyznać, ze buty w moim odczuciu bardzo sztywne dające duże możliwości szybkościowe, ale jakby w zamian za komfort. Trochę jakby jechał porsche czy ferrari, czyli jedziesz tyłkiem po ziemi czując każde jej wgniecenie, ale za to jaka moc i szybkość jest w Tobie. Jestem chyba trochę zbyt szukający wygody, jak na możliwości tych butów.

Pan Mateusz już na tyle dobrze mnie zna i moje preferencje, ze od razu wskazał, że z pewnością najbardziej mi będzie odpowiadał model pierwszy, czyli LD. Jak sam skrót wskazuje buty przeznaczone na dłuższe tutpania,  czyli long distance,No i faktycznie mogę śmiało napisać, ze idealnie rozgryzł moje potrzeby i oczekiwania w zakresie obuwia biegowego. Kiedy włożyłem nogi w omawiany model, to od razu się zakochałem w tym bucie. Może to z powodu wieku, że już bardziej oczekuję wygody, czy jak kto woli komfortu niż konieczności osiągów szybkościowych, ale właśnie te buty w pełni przypasowały moim potrzebom biegowym. Dlatego śmiało mogę napisać, jeżeli ktoś potrzebuje wygodnego buta, w którym będzie bez konieczności wielkiego ognia chciał smakować kolejne kilometry, to mogę te buty z czystym sercem polecić. Jeżeli jednak ktoś ma inne oczekiwania i potrzeby, a chciałby je skonfrontować z wiedzą oraz  szczerą poradą osoby, która o bieganiu wie praktycznie wszystko, to polecam odwiedziny w poznańskim Decathlon na Franowie i porozmawianie z panem Mateuszem. Mogę śmiało zapewnić, że ta rozmowa i otrzymana po niej porada spełni najbardziej wysublimowane w zakresie biegania oczekiwania.

Gdy sobotę wolną czuję, to na parkrun się kieruję

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Diablesky spokojnie przybiegnie czas na biegową motywację. Jak już o tym myślisz, to wcześniej czy później Ciebie złapie, ale nic na siłę,

Mogę napisać, ze ten typ ( znaczy ja) czasem z rymami tak ma, że chcąc nie chcąc tłumnie je układa. Może to z powodu obciążonego zawodowo długiego weekendu, tworzą mi się w głowie rymy nie najwyższego może rzędu. Jak napisałem w tytule sobota akurat wolna, więc na parkrun moje ciało gna, bo w przeciwnym razie nikt się nie dowie, jakie mi czasy szykują Bogowie. Ostatnia fraza, to oczywiście przeróbka klasyka.

Podobnie, jak w zeszłym tygodniu na miejsce zbiórki częściowo dobiegłem, częściowo dojechałem, a znalazłem się tam gdzie należy zgodnie z planem. Jak zwykle przywitanie ze znajomymi i nadbiegł czas udania się na miejsce startu. Tutaj jak zawsze słowo wstępne przez wodza prowadzącego wygłoszone, specjalne przywitanie dla debiutantów, czyli typowa, rodzinna atmosfera. Co prawda w momencie startu zmienia się w lekko podpaloną formę rywalizacji, bo ten chce tego wyprzedzić, tamta innego, a tamten goni za tamtą, nie wnikajmy zbytnio w szczegóły jakie ekstra powody nim kierują.

No, ale nad wszystkimi panuje jeden wielki duch radości z powodu naszego cotygodniowego biegowego święta. Podobnie, jak w ostatnich tygodniach tuptałem sobie spokojnie Gallowayem, ale przy okazji śniło mi się znowu najlepszy tegoroczny czas poprawić. Aby tego dokonać jak zawsze wybrałem sobie kogoś, kto biegł przede mną i starałem się do niego, czy do niej dystansu nie tracić. Robiłem to dzisiaj tak dyskretnie, że zapewne pani nie wiedziała, ze za nią biegnę. No cóż my faceci tak mamy, że zawsze za kobietami biegamy, a czasem by nie mówić za wiele, robimy to jako cisi wielbiciele. Może więcej nie napiszę, bo jeszcze mnie czekało domowe bieganie przed goniącą patelnią. A w zasadzie uciekanie,

No, ale dzięki pani znowu czas udało się na mecie poprawić. Może nie była to jakaś rewelacyjna tym razem poprawa, tylko niecałe dziesięć sekund, ale progres jest stały, a to cieszy. Potem jeszcze po parkrunie biegiem do domu i mogę już myśleć o długim, pracowitym weekendzie.

W długi weekend długie wybiegania

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Karina oczywiście masz rację, ze trzeba potrafić zrozumieć ludzi, którzy osiągnęli szczyt swojej wytrzymałości i próbować im pomóc, by nie przekroczyli granicy, za którą nic już nie ma. Więcej męskości sport i zdrowa dieta, to prosta droga do szczęśliwego życia.

Przed nami dla większości z nas pierwszy długi radosny weekend. To oznacza 5 dni rozkosznego nieróbstwa. Jak ktoś się zakręci i weźmie sobie urlop w czwartek i piątek, to może mieć cały roboczy tydzień i dwa weekendy wolne, czyli 9 dni nieróbstwa.. Ja niestety mam wolne tylko w sobotę i niedzielę. W teoretycznie całkowicie wolny czas czyli od 1-szego do 3-ciego maja mamy znowu eventową realizację, czyli będę pracował.

No, ale to że ja mam zajęte nie znaczy, że większość. Wręcz jestem w zdecydowanej mniejszości. No, ale takie życie, Jak to można przerobić klasyka, ktoś musi pracować, żeby biegać mógł ktoś. Mam nadzieję, że wszyscy którzy pozostaną i będą w błogim lenistwie zanurzeni znajdą chwilę by na długie wybieganie ruszyć. Jest to akurat najlepszy czas, by treningowe codzienne, pojedyńcze kilometry w dziesiątki zamienić. Trochę Wam będę zazdrościł, ale takie życie. Każda i każdy ma swoją karmę i swoje wypoczynkowe radości. Mój wypoczynek będzie w ten weekend bardzo specyficzny. Jeżeli o wypoczynku rzecz jasna mówimy. Od poniedziałku do środy będę poza netem i kompem, więc blog sobie trochę pomilczy. Chociaż z drugiej stromy w poniedziałek przed wyjazdem coś zdążę skrobnę i pobiegać, podobnie jak w środę po powrocie.

No, ale co będzie to będzie. Na razie czas wybrać się na Cytadelę, by swoją ulubioną piąteczkę machnąć. Kiedy jest czas, możliwość oraz chęci to na parkrun trzeba się udać Przy okazji coś po się dołoży, czyli pewno znowu biegiem do domu wrócę. Jutro jak będzie humor to się na wybieganie ruszy, by chociaż coś weekendu w nogach poczuć. A potem będzie jak będzie. Z drugiej strony, jak w poniedziałek przed wyjazdem, w środę po powrocie, to kto wie, może i uda się we wtorek coś tam czasu na tuptanie znaleźć.

Wyścig z samym sobą, ale czasem warto odpuścić

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Karina ja także rozumiem osoby, które w swoim odczuciu dobiegły już do granicy, poza którą nic już nie ma, tylko pusta śmierć. Jednak to, że rozumiem nie znaczy, że pochwalam i akceptuję, gdyż zawsze jest nadzieja, zawsze jest jakaś szansa, którą trzeba drążyć.

Muszę przyznać, że ostatnio, mimo że stosuję metodę biegową, którą niejeden w pełni poważny biegający może uznać za sposób na paralityka, ale widzę, jak moje możliwości tuptające rosną. Ba, co może paru osobom się wydać świętokradztwem, dwa dni temu udałem się na bieżnię, gdzie utrzymywałem Gallowayem tempo około 5 minut na kilometr, co przy treningu nie jest w moim przypadku złym wynikiem. Co ciekawe różnica między biegiem, a nie biegiem jak to Gallowayu bywa wcale nie była duża na kółeczku. W paru przypadkach nawet miałem takie same osiągi. Muszę przyznać, że bardzo mnie to zdziwiło. Już się nie mogę doczekać sprawdzenia samego siebie na parkrun. Odkąd zacząłem stosować znowu tą metodę, to każdy następny parkrun miałem szybszy. Oczywiście nie są to czasy, którymi mogę się chwalić i cieszyć na wszystkie strony, ale jak na moje skromne biegowe możliwości są one w pełni zadowalające.

Sam jestem ciekawy do jakiego pułapu się posunę. Wiadomo, ze ja nigdy nie będę łamał pewnych granic biegowych, gdyż mam lata, jakie mam i możliwości podobne i sam siebie nigdy nie przeskoczę.  Jednak na tyle, na ile potrafię i mogę będę gonił sam siebie, by starać się przełamać kolejne granice i możliwości. Gdyż tak naprawdę o to w tej naszej pasji biega. O to, by móc osiągać to, co nam samym wydaje się mało realne, a co dzięki ciężkiej, codziennej pracy w pewnym momencie może okazać się osiągalne.  I w tym chyba leży istota wszystkich biegowych istot, celów i czegokolwiek innego. Bo tak naprawdę w bieganiu staramy się dogonić i przegonić samych siebie i wyobrażone sobie granice naszych możliwości. I dlatego z taką radością się wybiega, obserwując poprawę swoich możliwości, a kiedy ich nie ma szukając drogi ich znalezienia.

Z drugiej strony patrząc jestem tylko amatorem i czasem mam prawo to gorszego dnia i lekkiego ograniczenia normalnej jednostki treningowej. Właśnie wczoraj tak miałem. Napiszę w skrócie, że mi się nie chciało biegać. Co prawda zmusiłem się, by jednak wyjść z domu, zrobiłem na maksymalnym luzie parę kilometrów i powiedziałem sobie: dość, na dzisiaj starczy. Jeszcze ten rok czy dwa lata temu, albo bym wcale nie odpuścił i biegł co mi było przypisane. Bo tak jest, bo tak być musi. A wczoraj? Powiedziałem sobie: ” trudno, jest gorszy dzień, każda osoba ma do nie prawo. Nie przygotowuje się ani do Mistrzostw, ani do Igrzysk, bieganie nie jest moją pracą, tylko przyjemnością. Mam prawo mieć słabszy dzień”. I wiecie co? Pobiegłem mniej, skróciłem trening i wróciłem do domu bez śladu chandry, kaca moralnego czy czegokolwiek innego. Może jedynie potem czułem się trochę niedobiegany.

I co z tego? Nic, po prostu nic. Uważam, że lepiej pobiec raz czy dwa razy mniej i czuć głód biegania, niż o kilometr czy dwa za dużo i dostać biegowstrętu. Jak to się ludzkie poglądy czasem zmieniają

Samobójstwo, to nie jest rozwiązanie

Na początku, jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany i Dariuszu, wpływ balastu wagowego na nasze możliwości tuptające jest i będzie duży i tego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Są może talenty biegowe wrodzone, którym żadna waga biegowa nie przeszkadza w osiąganiu super wyników, ale większość z nas takimi tuptającymi samorodkami raczej nie jest. Ola oczywiście masz rację, że samo bieganie nie kosztuje. W mniejszy czy większy sposób kosztowna jest otoczka, oraz to wszystko co powoduje, że bieganie nie jest samą sztuką dla sztuki, tylko daje nam ekstra ognia w postaci startów zorganizowanych mniej czy bardziej markowego sprzętu, jeżeli w takim ktoś gustuje. Ewelina całkowicie się z Tobą zgadzam. Każda pasja związana z taką czy inną aktywnością jest lepsza niż siedzenie przed telewizorem czy kompem w błogim nieróbstwie. Co prawda ma to swój urok, ale chyba nie taki, który dodaje nam ekstra życiowego kopa. Marku, może faktycznie rodzina nie chcieć upubliczniania takiej wiadomości, ale w takim przypadku można tylko napisać, że takie zdarzenie miało miejsce, bez podawania danych osobowych. Tak trochę ku przestrodze innym.

Cały czas po głowie mi biegają wydarzenia, których świadkiem byłem w ten weekend na osiemnastce córki, czyli samobójczej śmierci młodego chłopaka, który skoczył z 10 piętra Domu Studenckiego Maćko. Tak sobie myślę, że wybór takiej śmierci jest nie tylko aktem trudnej do zrozumienia desperacji, ale wręcz braku jakiekolwiek logiki w zaćmę umysłową wchodzącą. Nigdy nie wiem, czy akurat ktoś nie będzie szedł pod budynkiem i nie spadniemy na głowę, w najlepszym wypadku robiąc z niego kalekę do końca życia. Kiedyś już był taki przypadek. No, ale nie metoda jest tematem rozważań, tylko sam fakt podjęcia się takiej próby i zakończenia w taki sposób własnego życia.

Przerażające jest to, że w naszym kraju liczba samobójstw praktycznie z każdym rokiem rośnie . W 2012 roku byliśmy na 24 miejscu w skali całego świata. Rok później byliśmy już na 23 miejscu. Które obecnie zajmujemy miejsce nie mogłem znaleźć , ale wiadomo, że obecnie nasza średnia jest dużo wyższa niż ogólnoeuropejska. Od 1951 roku, czyli czasów stalinowskiej, najokrutniejszej i najbardziej bezwzględnej komuny, liczba samobójstw wzrosła o 300 %. Tyle,  ze wtedy ilość zgonów ogólnie była zapewne wyrównywana zakatowanymi w kazamatach UB i tymi, co zakończyli z kulą w tyle głowy. No, ale teraz nam doszły jeszcze wypadki samochodowe, których w tamtych czasach tylu nie było, bo nie było tylu samochodów.

No, ale wracamy do rosnącej liczby samobójstw w Polsce. Zastanawia mnie dlaczego nigdzie nie ma oficjalnych danych.  Czyżby problem był aż tak głęboki, że aż boimy się do niego przyznać?  Nie chcę tu wnikać ile jest w tym polityki i ogólnej sytuacji gospodarczej. Nie chce tutaj rozważać czy to jeszcze wina Komucha, wina Solidarucha, wina Tuska, jak to mawia jeden z polityków zwalający na innych, czy w końcu samej Dobrej Zmiany. A może tych, co nie chodzą na wybory. Zapewne wszystkiego po trochu, podsmarowane problemami rodzinnymi, społecznymi, może osobowościowymi wynikającymi z niemożliwości dopasowania się do ogólnie akceptowalnych oczekiwań społecznych. Jestem pewny, że to nie bywa jedna przyczyna, ale cykl jakiś zachowań, działań, przypadków, zdarzeń, które doprowadzają nas do stanu, z którego wydaje się, że nie ma już żadnego wyjścia. Ja wiem, tak naprawdę nie wiem ilu jest nas takich, którym przez głowę mniej czy bardziej wyraźne myśli samobójcze przez głowę nie przebiegły. Samemu mi się parę razy w życiu zdarzyło pomyśleć, czy powiedzieć głośno do siebie: „ skończę z tym wszystkim, bo wszystko gówno warte i albo się zastrzelić, albo powiesić, albo pójść upić. I 99% z nas w takiej sytuacji albo idzie się upić, albo przejdzie czy przebiegnie kawałek i głupie myśli z głowy mu uciekną. No, ale zawsze pozostaje ten 1%, który weźmie te myśli na poważnie i skończy ze sobą.

W tym momencie musimy powiedzieć sobie szczerze: to nie jest wyjście z sytuacji. Nawet jeżeli jesteśmy chorzy, mamy kredyty, straciliśmy pracę, żona nas opuściła czy zdradziła, kochanka za drzwi wystawiła, to zawsze jest inne wyjście z sytuacji. Nawet w medycynie cuda się zdarzają, kasę można nawet w lotto wygrać, jak się da losowi szanse, kredyt w końcu się spłaci, pracę znajdzie się nową, może lepszą, jeżeli będzie się jej szukało, żona może wybaczy, albo my jej wybaczymy, kochankę czy kochanka możemy mieć nowego czy nową. Zawsze jest inne wyjście niż bezwzględna kapitulacja  i odebranie sobie życia. To, tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Nie chcę tutaj rozważać, czy jest to oznaka odwagi, czy wręcz tchórzostwa. Tak jak jest napisane pod zdjęciem ten wpis prowadzącym . Trzeba być cholernie odważnym tchórzem, aby je popełnić. Napiszę tylko, że do niczego to nie prowadzi, bo jak nam się uda, to sami sobie odbierzemy szansę odzyskania czy naprawienia tego, co się zgubiło, czy spieprzyło.

Śmierć o której się nie mówi

Jak wspominałem w sobotę byłem na osiemnastce córki w Domu Studenckim Maćko. Mieliśmy tam wynajętą salkę i była super zabawa. W zasadzie była super do godziny 20.30. Wtedy przed oknami naszej Sali ( byliśmy na parterze) ujrzałem leżącego na plecach młodego człowieka, dookoła którego nachylało się dwóch innych młodzieńców. Po chwili podszedł do nich jeden znajomy, z którym byliśmy na tej zabawie. Nagle  błyskawicznie  przykląkł przy młodzieńcu i zaczął do reanimować. W chwilę później podjechała policja, pogotowie i straż pożarna.  Ciało przykryto, a następnie odgrodzono przed wzrokiem specjalnym parawanem.

Kiedy znajomy wrócił oczywiście od razu się zapytaliśmy, o co chodzi. Powiedział, że widział leżącego i nachylających się nad nim młodzieńców. Podszedł i spytał : „ co popiło się?”. A oni na to : „ nie on skoczył z 8 lub10 piętra”. Mówił, że próbował go reanimować, ale czuł, że wszystkie kości połamane, a z uszu popłynęła krew. Nie musze chyba dodawać, że młodzieniec nie przezył. Jak się dowiedzieliśmy, było to chłopak dwudziestoletni, student 1 roku Uniwersytetu Przyrodniczego.

Następnego dnia patrzeliśmy w naszą regionalną prasę, e-portale i… cisza. Jakby nic się nie stało. Są informacje o wypadku samochodowym, o odkryciu planetoidy, o jakiś pchłach, a o śmierci przy akademiku Maćko, ani słowa. Ani słowa, cisza, nic. Był człowiek, nie ma człowieka, life is brutal, full of zasadzkas and sometimes spadas z oknas. Pytanie, a może wcale nie spadł? Może nie skoczył, może ktoś mu pomógł? Nie wiem, więc się nie wypowiadam. Pod akademikiem od wczoraj pali się jeden znicz. I to wszystko. Kim był, dlaczego tak się stało, czy można mu było pomóc, kto popełnił tutaj zaniedbanie? Obawiam się, że nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Śmierć otulona medialna ciszą. Może tak musi być. Ale może ktoś jest w takiej samej sytuacji i także podobne myśli po głowie mu biegają. Rozejrzyjmy się dookoła, bo grzech zaniechania w takiej sytuacji wcale nie jest lepszy niż namawiania.

Powiedzmy sobie szczerze. Samobójstwo jest może najprostszym wyjściem z sytuacji bez wyjścia w której się znaleźliśmy, ale nie tędy droga. Ilu z nas w życiu dopadły myśli, że to już koniec, starczy, nie damy rady dalej. Owszem najprościej jest wziąć i skończyć z sobą, ale nie jest antidotum na wszystkie problemu. One znikną, ale się nie rozwiążą.

Trening czyni szczęśliwym

Ktoś może powiedzieć, że to jakiś slogan nie mający żadnego przełożenia w rzeczywistości. Gdzie tu szczęście, kiedy jak człowiek zdycha po pokonaniu np. królewskiego dystansu czy innego biegu zorganizowanego, a co dopiero po codziennym treningu. A tak naprawdę to biegi zorganizowane to jest kwintesencja biegania, dająca pełnię szczęścia i to, co w bieganiu jest najważniejsze.

Jednak najważniejszym elementem naszej biegowej pasji jest ten nasz biegowy chleb powszedni, czyli trening. I to naprawdę to on czyni nas szczęśliwym. Jakim cudem? Podam dwa przykłady, by nie owijać zbytnio w bawełnę. Rano, kiedy ktoś się budzi, idzie do pracy popołudniu, jeszcze kupę czasu i co tu robić? Człowiek siedzi, bije się z myślami i przeklina cholerny los, że cały dzień do rzyci, bo będzie trzeba iść do pracy, jak się wróci, to już ciemno, zimno i rzygać się chce od wszystkiego. A tak, jak sobie wyjdzie, machnie swoje kilometry, to tak jest naładowany endorfinami i innymi przypisanymi bieganiu cząstkami duchowej materii, że nic tylko chcieć żyć dalej.

Drugi przypadek, który mi akurat jest najbliższy, to wracamy z pracy po południu. Już też się zbytnio nic nie chce, bo wiadomo jak to po pracy: kapcie, fajka, piwo i bujany fotel przed telewizorem, czekając aż płucny robaczek nas zeżre. A jak nie fajka to cukier, cholesterol i inne przypadłości cywilizacyjne.  Jest to opcja na życie. Co prawda obciążona pewnym ryzykiem, ale jak długo się da tak pożyjemy. A tak przychodzimy do domu, coś tam zjemy przebierzemy się i robimy nasze kilometry, po których nie mamy ani siły, ani ochoty myśleć o jakiś tam głupotach. Jesteśmy naładowani  biegową energią, która powoduje, że z radością do kolejnego dnia podbiegamy. Jesteśmy szczęśliwi, bo mamy pasję, bo mamy coś, co nie zagrzebuje nas w naszej codziennej pustyni jednostajnego działania.  I to jest to, co daje życiowego ognia. Daje nam odrobinę radości i szczęścia w codziennym zmaganiu z losem. To tak nasz życiowy ekstras. To tak naprawdę trening powoduje, że nasze bieganie daje nam takiego życiowego kopa.

Zasada treningu urozmaiconego

Ostatnio jedna z komentujących pań pisała na temat treningu . Tak na zasadzie, dlaczego mimo, że regularnie trenuje 2 razy w tygodniu nie widać poprawy wyników. No cóż zasada jest prosta. Dwa razy w tygodniu wydaje mi się osobiście trochę zbyt małym obciążeniem treningowym, by cokolwiek, poza jakąś też chyba niezbyt dużej mierze wytrzymałością się poprawiało. Chcąc odczuć przyrost mocy biegowej, wydaje mi się osobiście, że te 3 do 6 razy w tygodniu trzeba tuptać. Do tego, jeżeli tuptamy sobie jednostajnie te kilka razy w tygodniu, to w zasadzie poprawia nam się tylko wytrzymałość biegowa, a nie możliwości gonienia uciekających sekund. Do tego potrzebne jest urozmaicenie treningu i wprowadzanie różnych elementów zwiększających naszą moc i szybkość.

Trening urozmaicony z jednej strony zwiększa naszą wydolność tlenową, a z drugiej zwiększa naszą moc i szybkość. Do najbardziej popularnych form zwiększających naszą wydolność i szybkość należą tzw interwały i rytmy. Oba rodzaje treningu oraz cele im stawiane są często mylone ze sobą, dlatego by nie rozwodzić się na ten temat odeślę może do fachowego źródła
http://polskabiega.sport.pl/polskabiega/1,105609,9800487,Intensywnosc_treningu__interwaly_i_rytmy.html
. Jak widać rytmy dają nam szybkość, a interwały ćwiczą naszą wydolność tlenową. Myślę, że dlatego, kiedy jeszcze Andrzejowi chciało mi się doradzać kładł na taki nacisk na rytmy, a nie na interwały.  Widać uznał, że z moją wydolnością nie jest tak źle, jak z szybkością. Dlatego parę razy w tygodniu po treningu ciągłym miałem robić koło 10 rytmów.. I trzeba przyznać, że dopóki stosowałem te rozwiązania, to nawet były jakieś efekty.

Oprócz rytmów praktycy biegania polecają wplatania w cykl treningowy skipów i wieloskoków. Także nie chcę się wymądrzać, tylko oddam głos praktykom:

http://polskabiega.sport.pl/polskabiega/1,105609,8204351,Czym_sa_skipy_.html

http://www.magazynbieganie.pl/skipy-i-wieloskoki-te-smieszne-ruchy/

Do tego jeszcze mamy bieganie na stadionie, gdzie robimy 400 metrowe kółka miarowym,  stałym tempem, w jakim planujemy pokonywać startowe odległości. Jak widać, bieganie tylko w teorii jest prostym sportem, sprowadzającym się do w miarę jednostajnego poruszania nogami. Owszem można sobie biegać dla samego biegania i trenować dla trenowania, bez głębszego planu. Jest w tym jakaś wizja i sposób na nasza pasję. Jednak szanse na to, że nasze wyniki będą się poprawiać w takim przypadku nie są wielkie. Jeżeli chcemy mieć przyrost mocy, szybkości czyli generalnie naszych osiągów, to musimy trochę poważniej do naszej pasji podbiec. W przeciwnym razie będziemy biegali dla samego biegania, co też ma swój niewątpliwy urok.

Moja sobotnia biegowa świątynia

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Runerski masz oczywiście rację. Każdy stracony, czy nadrobiony kilogram odbija się na naszych możliwościach wynikowo-biegowych. Im mniej mają nasze nogi do dźwigania, tym czasy są lepsze. To jest jasne i logiczne dla każdej osoby, która chociaż trochę biologii i fizyki liznęła w życiu. Agnieszka do dziękuję, natchnęłaś mnie wizją na nowy wpis, który jutro rano zamieszczę. Powiem Tobie na razie krótko. Jeżeli na razie jesteś na takim etapie na jakim jesteś, to biegaj sobie tyle ile pasuje, ale nie nastawiaj się na czasy. Na razie biegaj sobie spokojnie ciesząc się bieganiem, a nie myśl o jakimś tam czasie. Dwa razy w tygodniu trenując mniej więcej stałym rytmem trudno Ci będzie czasy poprawić. Do tego jest potrzebnych trochę więcej jednostek treningowych o pewnym zróżnicowaniu. Natomiast na razie mogę Tobie polecić Gallowaya, ale minimum 4-5 razy w tygodniu. Zasada jest prosta: 4 minuty i 15 sekund biegniesz, a potem  45 sekund idziesz, ale bardzo szybko. Wejdź na strony mówiące o tej metodzie, poczytaj i może Ci to pomóc.

No, ale sobota rano, to od paru ( jeżeli nic służbowego mi nie wybiegnie), mój święty czas biegowy, kiedy udaję tam, gdzie wielu biegających, by na swojej ukochanej trasie z luzackim dystansem 5 kilometrów się zmierzyć. Co prawda zdarzyło mi się już w paru innych lokalizacjach pobiec, ale Cytadela i poznański parkrun w mojej duszy pany. Z racji, że jestem na etapie nadrabiania zaległości biegowych, rano sobie z domu pobiegłem na Cytadelę. Daleko nie mam, około 8 kilometrów, więc fajny trening i rozgrzewka przedparkrunowa. Na miejscu jak zawsze ze znajomymi się witałem, trochę porozciągałem i na dany znak w miejsce startu się udaliśmy. Tutaj klasyczne przywitanie i na dany sygnał wodza prowadzącego, czyli Grzegorza ruszamy, każdy swoim ogniem napędzany. Tak na zupełnym marginesie zastanawiam się co się stało z tymi, którzy nasz poznański parkrun tworzyli. W tej chwili już nikogo z pierwszej trójki nie widać, a pałeczkę organizacyjną przejęli biegacze, czyli Grzegorz oraz Robert dłużej znany. Będę musiał kiedyś z nimi pogadać, co to za zmiana biegowo-pokoleniowa.

Dzisiaj na starcie stanąłem sobie z tyłu, więc w początkowym okresie biegu byłem bardziej w etapie wyprzedzającym, niż wyprzedzanym.  Ponownie z spokoju i radości zachwycałem się kolejnymi kilometrami tak dobrze znanej trasy. Powiedzmy sobie szczerze: trasa naszego poznańskiego parkrun uważana jest za jedną z najtrudniejszych, ale i jedną z najbardziej urokliwych trasa ze wszystkich ponad tysiąca lokalizacji parkrun rozrzuconych po całym świecie. I to nie jest moje zdanie, a wielu gości, którzy często z różnych krajów nas odwiedzają. Dzisiaj sobie biegłem spokojnie, na luzie. Nie było nikogo, kogo miałbym ciągnąć, ani nikogo, kto by zechciał mnie pociągnąć, więc biegłem swoje. Na mecie przeżyłem lekki szok, gdyż mój stoper pokazał mi parę sekund poniżej 26 minut. Jak się nie mylę to mój 5 czas od zeszłego roku. Już prawie rok minął od czasu, kiedy ostatni raz 25 minąłem, a ponad rok, kiedy udało się 24 minuty złamać. Może w tym roku się uda.

Podsumowując mogę napisać krótko. Parkrun to jest wyjątkowe miejsce w mojej biegowej pasji. To taka świątynia, gdzie logo parkrun na ołtarzu się znajduje. No, a teraz czas na córy osiemnastkę jechać. Oj wrócę nażarty… A może nienażarty, czyli poważny.