Polska biegami stoi, a może biega

Na początku ja zwykle w tym miejscu i czasie. Położna/biegaczka/matka tak myślę, że chyba masz rację, co do braku rozsądku biegającej mamy.  Jest to temat na osobny wpis, który wcześniej czy później popełnię. Bardzo dziękuję. Bartek masz rację, co do przewag własnych prywatnych diet. Sam po sobie wiem, że bywają one dużo skuteczniejsze, niż nawet najbardziej wymyślne diety cud. Tak naprawdę sukces nie leży w diecie, tylko w naszym podejściu. Marku sprawa ma tutaj drugie dno, więc wolę nie rozwijać tematu.

Wczoraj zerknąłem na aplikację, run-log.com, gdzie zapoznałem się ze zbiorczą ofertą biegową na miesiąc lipiec. A powiedzmy sobie szczerze, że miesiąc lipiec ze względu na czas urlopowy, a do tego letni, czyli nie do końca sprzyjający bieganiu wcale nie na należy do szczytu biegowego sezonu. Wręcz przeciwnie z wiadomych powodów, podobnie jak okres zimowy, kiedyś zaliczał się do tzw. martwego biegowego sezonu. No, ale czasy i obyczaje się zmieniają, jak to można delikatnie klasyka przerobić.

W nadbiegającym miesiącu zgodnie z wspomnianą wcześniej aplikacją  mamy zgłoszone 132 biegi płatne zorganizowane. Do tego dobiegają nam już 43 lokalizacje parkrun, co kiedy pomnożymy przez 5 lipcowych sobót daje nam kolejne 215 darmowych tuptań. Do tego możemy doliczyć różne biegi towarzyskie, nieogłoszone i inaczej werbowane. Dzięki temu rozeznaniu można policzyć ile wszystkich w taki czy inny zorganizowany sposób odbędzie się w kraju w przyszłym miesiącu. Ile osób w nich pobiegnie? Z pewnością tysiące, a nawet może dziesiątki tysięcy. A jak wspomniałem nie zapominajmy, że nie jest to okres sprzyjający naszej pasji w wersji zorganizowanej. Myślę, że fajna wybiegnie statystyka wrześniowa czy październikowa, gdzie faktycznie tuptań mamy jak…. ok dużo. Mimo wszystko podejrzewam,  że mimo urlopowego niesprzyjającego okresu to do tych 400 tuptań dobiec możemy.

Tak się zastanawiam czy nie fajnie byłoby wprowadzić takich ogólnopolskich comiesięcznych statystyk, tylko trochę bardziej opracowanych. Na razie sobie zerkam na spis i niektóre nazwy robią wrażenie swoją oryginalnością. Mamy i wakacyjną masakrę, huntrun, biegaj z duchami Jurajskimi ścieżkami, bieg wiewiórki, kormorun, bieg pstrąga, nowalijkowy, bieg kamienny, bieg pod skocznie narciarską i tak wiele innych mniej lub bardziej swoją nazwą przyciągających. Jak widać nasza pasja ciągle jest w ataku i w dalszym ciągu unosi się nad krajem śmiało chwytając kolejne ofiary. Sam jestem ciekawy jak długo jeszcze szał biegania będzie nad naszym krajem krążył. Pytanie, co może być dla niego alternatywą? Może powrót na fotel, kanapę, przed kompa, przed telewizor? Może inna forma aktywności fizycznej? No, dobrze tylko jaka wiąże się z tak niewielkimi stosunkowo kosztami startowymi i mentalno-duchowymi w pasję? W końcu, by zacząć biegać wystarczy kupić najprostsze buty  w markecie i znaleźć codziennie czy chociaż te 2 czy 3 razy w tygodniu trochę czasu by pójść sobie potuptać. Przecież to tak mało, a zyskuje się tak wiele.

Jeszcze trzy, dwa czy rok temu istniały bardzo duże dysproporcje biegowe pomiędzy różnymi województwami. Wiadomo, że ścisła krajowa czołówka to mazowieckie, łódzkie, wielkopolskie, zapewne pomorskie, dolnośląskie i można wymieniać, wymieniać. Generalnie biega się w centrum, na zachodzie, południu, północy,a wschód raczej nie był nigdy zbytnio biegowy. Tyle, że obecnie sam parkrun to ponad 40 lokalizacji z tak można napisać biegowo egzotycznymi jak Augustów, Ełk, Białystok, a nawet Rzeszów. Mamy co prawda pewną biegową dwie białe, czy czarne plamy w okolicach Olsztyna czy Lublina, ale myślę, że wcześniej czy później biegowa zaraz tam także dobiegnie Z drugiej strony mamy cykl imprez Olsztyn Biega, a w Lublinie maraton, więc to nie jest tak, że tam nie ma biegania. Kiedy się analizuję mapę zamieszczoną przez portal bieganie.pl, to widać, że najmniej biegów mamy w województwach podlaskim, lubuskim, świętokrzyskim, lubelskim czy podkarpackim. Ale i tak to nie jest tak, że tam wcale biegów nie. Są, tylko jest ich troszkę mniej. Pytanie tylko, z którego to jest roku mapa, gdyż nie dobiegłem do daty, ale uwzględniają fakt, że po wpisaniu odpowiedniej frazy w wyszukiwarce wyskakuje na samej górze, znaczy, że musi być z niedawna . No i podejrzewam, że jest to roczne podsumowanie ilości tuptań w danym okresie, ewentualnie półroczne, maksymalnie kwartalne. Bo miesięczne mimo wszystko chyba nie. Podsumowując można napisać, że w naszym kraju biega się wszędzie, bo to jest miłe, przyjemnie i pociągające. Bieganie jest trendy, jest cool, a przede wszystkim jest dla nas i my to wiemy, Nawet w takim Pcimiu, który jednoznacznie się nam kojarzy, że nic tam nie ma, mamy Regatta Ulra Trail czyli cykl 5 biegów od 10 do 170 kilometrów z przewyższeniami od 450 do 9000 metrów. Kto to pokona nigdy nie powie, że Pcim to miejsce, gdzie psy szczekają tą częścią ciała, gdzie ogon się zaczyna.

Podsumowując możemy śmiało napisać, że ostatnimi latami Polska begami stoi czy raczej biega. Tu nawet nie chodzi o to, że biegamy we wszystkich regionach, ale także gdzie i na jakim podłożu. A biegamy dosłownie wszędzie. I na asfalcie i trawie, i ziemi bardziej czy mniej ubitej, w lesie,  na polu, bagnisku, plaży w górach, czy na nizinach. Brakuje mi jeszcze biegu na Żuławach czyli w depresji pod hasłem: „Pokonaj depresję”. Myślę, że można to jeszcze nadrobić.

Bieganie w 3 tygodnie po porodzie to wcale nie powód do chwały

Muszę przyznać trochę ze wstydem i kierowaniem się brakiem znajomości ogranczeń ludzkiego organizmu, że nasz męski zachwyt nad biegającą panią, która 3 tygodnie po porodzie przebiegła parkrun nie do końca był na miejscu. A chwalenie naszej biegaczki i stawianie jej za przykład był spowodowany brakiem znajomości reakcji kobiecego ciała na tego typu obciążenia. Jak napisała w komentarzu pani, matka, biegaczka, położna:

„ To nie jest rekord, to nie jest ikona, tu nie ma co podziwiać, to zwykła głupota !!! Nawet jeśli ciąża przebiegała bez powikłań, nawet jeśli owa pani w czasie ciąży utrzymywała jakąś aktywność fizyczną, to bieganie 3 tygodnie po porodzie nie zasługuje na brawa, optymalny czas na powrót organizmu do siebie to ok 5/6 tyg i nie mówię tutaj, że w tym czasie kobieta nie ma nic robić, ale bez przesady. Nadmieńmy tu o czysto fizjologicznych objawach, często krwawienie jeszcze do końca nie ustąpiło, macica nie wróciła do swoich normalnych rozmiarów i szereg innych występujących czynników, więc nie róbmy z tej pani bohaterki.“

Muszę przyznać, że jest mi trochę wstyd, bo rozpływając się w zachwycie mogłem zasiać w umysłach niektórych lada moment przed, lub tuż po porodzie mam, że biegać w tym stanie to fajna rzecz i niczym nie grozi. To tak nie jest, gdyż my faceci nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić jakiemu cierpieniu i bólowi kobiece ciało jest poddane w czasie porodu. I jak wymaga odpowiedniej i w takim jak potrzeba później regeneracji w czasie której mama musi na siebie uważać, a my ojcowie i mężowie powinniśmy pomagać, wspierać, a nie namawiać do wysiłku. Idąc tą drogą, to może jeszcze mycie okien i ręczne pranie w tydzień po porodzie. Jak biec to na całość. A tak poważnie: kochane mamy gryzę się w język i proszę, błagam, nie biegnijcie tą drogą, tylko dbajcie o sobie. Tak na marginesie panowie wyobraźcie sobie, że to nasze żony tuż po porodzie tuptają. Czy faktycznie bylibyśmy zachwyceni? Wydaje mi się, że nie. Muszę przyznać, że mój wpis był bardzo nieodpowiedzialny.

Oczywiście mamy biegające z wózkami to super sprawa i dla mam i dla dzieci, ale nie 3 tygodnie po porodzie. Rozsądek jest koniczny, bo mama odpowiada nie tylko za siebie, ale także za maluszka. Jak maluszek sobie w życiu poradzi, gdy mamie coś się stanie. My ojcowie coś zrobimy, ale żaden z nas mamy nie zastąpi.

Do krwi wybieganej

Ostatnio wpadło mi przed oczy moje zdjęcie z jednego parkrunów, gdzie idę trochę hmm poraniony. Tak jakbym wybiegł spod kłów z lekka poirytowanego pieska, ewentualnie zrobił kontrolowany ślizg po asfalcie. No i wygląda to trochę tak, że nie ma takiej krwi, której krople trasę zroszą, by przerwać ulubiony bieg i do mety nie dobiec.

No, ale gdzieś zapewne jest granica poza którą wybiec się nie da. Stety lub niestety dookoła naszej pasji, a szczególnie tych którzy czy które zostały nią zarażeniu czy zarażone krąży widmo kontuzji, urazów, ran i innych takich. Nie wiem czy są osoby, którym uda się bez żadnych strat zdrowotnych czas naszej pasji wybiegać. Jak nie poważna kontuzja, to uraz, rana, albo inna krew gdzieś przelana. I co z tego, że przelana? Czy fakt, że gdzieś spłynęła ma nas zatrzymać czy powstrzymać od dalszego biegania. Przecież, co nas nie zabije, to nas wzmocni. A, że czasami pot czy krew gdzieś spłynie? Trudno, jak mawiają fani żab „ c est la vie“. Dzięki temu kształtuje, czy może hartuje się nasz charakter i sami sobie stojąc przed lustrem możemy powiedzieć: „ ale się nie wycofaliśmy, mimo problemów dobiegliśmy“. I nie będziemy mieli obaw, by spojrzeć sobie w tym lustrze w oczy. Dzięki umiejętności powstania i pobiegnięcia dalej wiemy, że żyjemy i w życiu z każdym czasem dużo poważniejszym problem możemy sobie poradzić. Bo jak potrafimy powstać, po takich w sumie drobnych poślizgach, to z dużo poważniejszych także wyjdziemy, czy może wybiegniemy obronną ręką. Chociaż raczej w tym przypadku lepiej napisać nogą. A że trochę poranioną czy pokancerowaną? Cóż noga podobnie jak pupa się nie zbije. Co najwyżej złamie. Ale nawet wtedy kiedyś się zrośnie i znowu będziemy mogli w trasę ruszyć.

Tak na marginesie jestem ciekawy, czy ktoś zgadnie skąd tytuł tego wpisu i do czego nawiązuje. Jest w miłej grupie, która na mojego bloga od czasu do czasu wbiega trochę podobnych  jak i ja dinozaury jeszcze pamiętające osób, więc może coś im się skojarzy. Ale na razie cii.

 

Co powoduje, że zaczynamy biegać?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Przypadkowy gościu masz rację, hasanie sobie poza ciałem ma w sobie wielki urok.                                                             Do tej bardzo często analizowaliśmy co nam daje bieganie, dlaczego biegamy, czyli cały ciąg skutkowy połączony z naszą pasją. W sieci mamy setki porad i przykładów jak zacząć biegać, jak powinny wyglądać pierwsze treningi, to wszystko pięknie ładnie, ale mi brakuje odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: dlaczego zaczynamy biegać. Czyli nie biega mi o analizę ciągu skutkowego, tylko raczej przyczynowego. I tu nawet nie biega o przykłady usportowionych rodzin, gdzie od lat się taki czy inny sport uprawia, no i w końcu dopada do kolejnego pokolenia, bo tak być musi, bo tak mają zapisane w gwiazdach, genach i diabli wiedzą gdzie jeszcze..

A co z takimi zwykłymi kanapowcami, do których ja przez ponad 40-ści lat się zaliczałem. Jak to się dzieje, że nagle dopada nas potrzeba zmiany czegoś w naszym życiu. I jest to jakby nie patrzeć zmiana rewolucyjna, bo całkowicie przestawia nas tryb myślenia o tym, co jest dla nas ważne, Ktoś może powiedzieć: zasada jest prosta: są tacy którzy się nadają do aktywności fizycznej, a są tacy, którzy nie. Z racji tego, że jest to blog o bieganiu, więc na tej właśnie aktywności się zatrzymam. Ktoś może się posunąć dalej, twierdząc, że istnieje gen biegacza, który niektórzy mają, a niektórzy nie. Odpowiem krótko: może i faktycznie gen biegacza istnieje, ale kupa prawda że jedni go mają, a drudzy nie. Jeżeli istnieje, to mają go wszyscy. Dlaczego tak uważam? Odpowiedź jest prosta: bieganie jest jedną z najbardziej naturalnych czynności ludzkich. Może nie aż tak naturalnych jak jedzenie, spanie czy seks, ale tuż za nimi śmiało się mieszczącym. Powiedzmy sobie szczerze: ludzkość od początku jest uzależniona od swoich nóg i tego jak szybko czy wolno biegała. Od tego jak biegali nasi przodkowie zależało czy mieli coś zjeść, czy ewentualnie sami nie zostali zjedzeni. Czy potrafili uciec przez kataklizmem i schować się w bezpiecznym miejscu, czy przekazać wiadomość od której zależała przyszłość danej grupy, miasta, państwa. Dlatego możemy śmiało powiedzieć, że bieganie jest nam po prostu przypisane. Biegnąć dalej w ten tok myślenia, możemy napisać, że jesteśmy skazani na bieganie.

Z drugiej strony, wiele osób może postawić zdecydowane i twarde veto. Bo oni się nie nadają, nie potrafią, nie będą umieli, bo jest to coś wbrew ich duchowi i zasadom. Bo trudno jest biegać na kanapie czy w fotelu bujanym trzymając w jednej ręce piwo, a w drugiej pilota od telewizora. Ja wiem, że dla wielu po powrocie z pracy to wydaje się jedyne rozsądne spędzanie czasu. Można ewentualnie wyskoczyć do znajomych, a jedyny bieg jaki uskutecznimy to bieg do lodówki w przerwie reklamowej, aby zdążyć na czas. Jest to metoda na życie, owszem, sam ją kiedyś uskuteczniałem. Jednak ograniczamy się wtedy i zamykamy w naszym małym piwno-telewizorowo-kanapowym światku. I musimy sobie odpowiedzieć, czy naprawdę tylko tego chcemy, czy takie wypełnienie życia nam wystarczy. Przez długi czas może się nam wydawać: tak, nic więcej nam do życia nie potrzeba, bo po co.

Jedna w pewnym momencie okazuje się, ze czegoś nam brakuje. Tak naprawdę czujemy się jak zamknięci w klatce i brakuje nam wolności: umysłu, ciała, ducha. I szukamy drogi wydostania się z naszej własnej klatki. I nagle dochodzimy do wniosku, że najprostszą drogą wyrwania jest ucieczka z klatki własnych ograniczeń. Ta klatka nie ma prętów, nie ma murów, jedyne co ją ogranicza to nasza własna wyobraźnia. I jesteśmy w stanie sami, biegnąć tylko przed siebie wyrwać się ze swojej własnej niewoli. Nic nam do tego nie jest potrzebne, tylko nagły impuls, który nagle każe nam wstać z kanapy czy fotela i w miarę szybko, a przede wszystkim powtarzalnie poruszać nogami. Na sprzęt, czyli buty, ubiór przybiegnie jeszcze czas, najpierw trzeba po prostu tak sobie nawet bez celu, byle przed siebie zacząć biegać. A kiedy poczujemy to pożądanie, że to jest to, to przybiegnie czas na odpowiednią oprawę naszej pasji. Zresztą nie tylko biegania to dotyczy. Każda pasja w życiu powoduje, że nasza egzystencja na tym padole łez jest pełniejsza

 

Żywieniowe prawo biegających

Dzisiejsze wpisy z wiadomego powodu kręcą się dookoła niezbyt często przeze mnie poruszanego tematu odżywiania osób biegających. Tak jak napisałem rano jest to spowodowane powolnym recenzowaniem otrzymanej książki pt „ Wege Siła“. Nie chę teraz wracać do tematu samej książki, gdyż to już zrobiłem rano, tylko zatrzymać się na tym, czy faktycznie sposób odżywania, to co jemy, ile jemy i jak jemy wpływa w jakiś sposób na nasze możliwości tuptające.

Wystarczy wpisać odpowiednie frazy w wyszukiwarkę, by poznać setki, jak nie tysiące dowodów i przykładów, jak ważne jest odżywanie dla osób aktywnych. Gdyż my chcąc nie chcąc, ale zaliczamy się do osób, które są aktywne i wybrały taką, a nie inną drogę życiową. Jak to jest więc z tym naszym odżywaniem. Teoretycznie, kiedy jako laik się nad tym zastanowię, to dobiegam do wniosku, że nie ważne ile i jak jem, to zawsze będzie dobrze, gdyż to wybiegam. Mogę sobie więc pofolgować i jeść to co chcę i ile chcę, a i tak będzie dobrze. Jednak po jakimś czasie okazuje się, że nie do końca. Ku naszemu zdziwieniu jednak brzuch nam rośnie, a wyniki biegowe spadają. Czyli to nie jest możemy jeść wszystko i ile nam fantazja i brzuch pozwala. A może to nie biega o ilość, ale o jakość jedzenia? Kiedyś przeczytałem teorię, że jesteś tym co jesz. W takim przypadku idealne by było jeść mięso geparda, tylko czy humanitarne? A jedzenie świni jest humanitarne? Też w końcu było to żywe zwierzątko. A może właśnie dlatego wege, bo nikogo nie zjadamy? Muszę powiedzieć szczerze, że myślę, rozważam i analizuję. Na wnioski zapewne przyjdzie jeszcze czas.

Na razie wiem jedno. Wiem natomiast jedno. Ostatnimi miesiącami parę kilo mi przybyło i moje wyniki zdecydowanie spadły. Dlatego można śmiało napisać konsumpcyjne, czy może raczej prawo biegających: przyrost wagi jest odwrotnie proporcjonalny to poprawiania wyników biegowych. Im większa waga, tym nasze wyniki słabsze i na odwrót. I z tym chyba wiele osób się zgodzi. Ja akurat jestem przykładem osoby, dla które trzymanie, czy raczej zbijanie wagi ma wielkie znaczenie. Sam kiedyś ważyłem ponad 130 kg i nawet nie myślałem, że będę biegał. Byłaby to myśl tak abstrakcyjna, jak lot na paralotni ( pewno by spadła w korkociągu, jakbym się do niej przymierzył). Jednak jestem przykładem, że można jak się chce.

Wstęp do recenzji książki: „Wege Siła“

W piątek otrzymałem do zrecenzowania książkę Brendana Braziera „ Wegi Siła“. Krótko treść można określić jako: „dieta roślinna dla sportowców i miłośników aktywnego trybu życia“ Autorem książki jst kulturysta, triatlonista i dwukrotny zwycięzca ultramaratonu w wersji mini, czyli „zaledwie“ 50 kilometrów. Dzięki niej można się dowiedzieć nie wszystkiego na temat diety wegańskiej, czyli czym jest jest, co daje, ale także otrzymać dwunastotygodniowy plan żywienia. Książka jest światowym bestselerem w zakresie tematyki, którą prezentuje.

Muszę przyznać, że na początku podbiegałem z dużym dystansem do tematu. Ja wychowany na mięsie i innym, nie ważne że tak nazywanym, ale jakże smakowitym „śmieciowym jedzeniu“, miałem wygłosić opinię na temat diety wege. Diety, która pod względem kulturowym i smakowym zupełnie odbiega od tego, czego ja wymagam od jedzenia. Jestem tradycyjnym przykładem narodowego wychowania żywieniowego wg zasady: „nie ważne kłak czy wełna byle d..a była pełna“. Mięcho, golonka, piwo, pyry jakieś warzywa czyli żyć nie umierać. Czasem tylko mniej lub bardziej dystyngowanie sobie beknąć pod stołem, w zależności czy preferowane jako dowód, że smakowało, czy jako brak wychowania jest traktowane. A tu przybiega do mnie książka z jakimś szuru buru, czyli konsumpcyjnymi czarami, co do których w żaden sposób nie byłem przekonany. Jak dla mnie do tej pory to wege, rasta, wierzący w ufo, potwora z Loch Ness, Paskudę to grupa osób trochę nudzących się w życiu i szukających na siłę drogi prowadzącej diabli wiedzą dokąd. Przynajmniej tak to do tej pory odbierałem.

No, ale z racji, że jednak mam w taki czy inny sposób umysł otwarty na szukanie innych, może lepszych, może gorszych ale z pewnością różnych rozwiązań wspomagających nasze życiowe moce postanowiłem się zmierzyć z wyzwaniem, jakie ta książka za sobą niesie. Na razie spokojnie bez wbiegania w istotę przekazu. Sama książka napisana prostym, nie wymuszającym zbytniego wysiłku intelektualnego językiem. Nie jest także typem instrukcji obsługi, przez który trzeba się przebić w danej, wymaganej chwili. Raczej takim luźnym poradnikiem życiowym, pokazującym, a nie nakazującym wejście na inne życiowe drogi. Pokazuje i nazywa nasze zagrożenia życiowe i wskazuje sposoby ich obejścia. Proponuje konkretną dietę, wskazuje receptury przygotowania różnych potraw. Na tą chwil szczególnie do mnie przemawiają izotoniki, baton energetyczny, czy krakersy z zieloną herbatą, imbirem i limetą. Jednak czy będę potrafił się np przekonać do frytek z czosnkiem, oregano i jamsami czy pikantną pizzą z fasolnikiem chińskim i komosą. Jak na razie brzmi to trochę kosmicznie, żeby nie napisać, że komicznie,

Z drugiej strony, jak moja córka dorwała te przepisy to wpadła w taki zachwyt, że powiedziała, że będzie mi to robiła. Czyli wszystko przede mną. Sądzę, że za jakieś dwa tygodnie, kiedy już ogarnę konsumpcyjnie co dostałem i przerobię to am, am to skrobnę coś bardziej merytorycznego na ten temat. Na razie ziarno wege do mojej duszy zostało zasiane i powoli kiełkuje.

Jak na razie, kiedy książka przybiegła, to delikatnie zacząłem się w jej treść zanurzać. Muszę przyznać, że niektóre treści ciekawią, inne intrygują, a jeszcze inne nawet bawią.  Tak sobie myślę, jak mogą smakować pikantne naleśniki z kakao.

Trzy tygodnie po porodzie na parkrun

Jak pisałem w porannym wpisie, dzisiaj udało mi się rano wrócić do mojego ukochanego biegowego miejsca, czyli na Cytadelę. Tak to jest moja  kołyska biegowa czyli jednym słowem: parkrun. Nie raz już pisałem, że parkrun ma szczególne miejsce w mojej świadomości. To dzięki temu cyklowi, moja pasja w dalszym ciągu płonie nieustannym, gorącym ogniem. Ta świadomość, że kiedy mam wolną sobotę zawsze bez specjalnego zapisywania, opłacania, ani całej mniej skomplikowanej otoczki mogę się pojawić na Cytadeli w Poznaniu czy kilkuset innych miejscach w kilkunastu krajach i nie robiąc z tego wielkiego zagadnienia swoją piąteczkę zrobić. Tyle, że potrzebuję mój indywidualny kod, dzięki któremu mogę pobiec bez problemów we wszystkich parkrun lokalizacjach.

Dzisiaj rano pogoda do biegania niemal idealna. Lekki chłodek, delikatne kropelki deszczu, które delikatnie nas wspomagały, nic tylko biegać. Przed startem, jak zawsze przywitanie ze znajomymi, którzy raz większą innym razem mniejszą, ale stałą czasem wspomaganą ekipą na parkrun się zjawili. Wodzem prowadzącym był dzisiaj Robert, który już zapewne żył jutrzejszym startem w Chalenge Poznań na najbardziej odjechanym dystansie, czyli 3800 m. płynięcia, 180 km rowerem i maraton do przetuptania. Na razie jeszcze nawet o czymś takim nie śnię, ale może kiedyś. W każdym razie trzymam kciuki za jutro.

My w tym czasie wystartowaliśmy na naszym lightowym parkrun dystansie 5 kilometrów, bo co to jest dla tego, co Robert dłużej poznany jutro planuje. Nie chcę się dzisiaj jednak na samym biegu w moim wykonaniu zatrzymywać, gdyż nie ja dzisiaj jestem bohaterem wpisu. Napiszę tylko, że dobiegłem w swoim spokojnym, planowanym czasie, czyli bez szału, ale też bez zbytniego odpuszczania. Tak jak miało być, tak było. Kiedy już byłem na mecie i obserwując kolejnych wbiegjacych rozmawiałem z Robertem, nagle wbiegła dwójka dzieci, chłopiec i dziewczynka, na oko góra 5, 6 letnich. Robert trochę zdziwiony zapytał: „Przebiegliście całą trasę“. Ku naszemu zdziwieniu dzieci potwierdzająco pokiwały głowami. „ Dobrze“, ciągnie Robert,“ a gdzie są Wasi rodzice“? Wtedy chłopczyk, który był chyba trochę starszy powiedział: „ Mama już biegnie za nami“. Z lekkim niedowierzaniem spoglądamy w stronę trasy, a tam faktyczni biegnie młoda, bardzo atrakcyjna i zgrabna kobieta… z wózkiem. Kiedy podbiega do mety, bierze token.widzimy, że dzieciątko w wózku bardzo malutkie, jeszcze śpi. Kiedy uzyskaliśmy potwierdzenie, że dwójka dzieci to także pociechy tuptajacej mamy, musieliśmy się zapytać o wiek dziecka. Okazało się, że Kubuś ( tak miał na imię śpiący chłopczyk) miał dopiero trzy tygodnie. Pani Beata ( dumna mama) już tydzień po porodzie spacerowała. Muszę napisać, że mnie zamurowało. Kubuś to bez wątpienia najmłodszy uczestnik biegu zorganizowanego chyba nie tylko w naszym kraju, a pani Beata…. no cóż słów mi brak. Pełen podziw, szacunek i uznanie. Po trzech tygodniach od porodu biegać już w biegach zorganizowanych. Tu nie ma znaczenia, że to tylko 5 kilometrów. Ale sam fakt, że w tak krótkim okresie od takiego wysiłku ( my faceci nawet sobie nie jesteśmy w stanie wyobrazić, co kobiety odczuwają w czasie porodu), a ona już biega. Ja wiem, ciążą i poród to nie choroba, to nic innego, ale pani Beato: dla mnie jest Pani ikoną i przykładem, jak zdrowy tryby życia napędza naszą moc życiową. Po prostu słów mi brakuje. Tak się zastanawiam, czy to nie jest jakiś rekord.

Zresztą nie tylko w Poznaniu takie cudowne kobiety. Jak otrzymałem informację od naszego przedstawiciela Parkrun Polska, czyli Grzegorza: „Nasza pani koordynator z Rzeszowa tydzień temu mimo pierwszych objawów poprowadziła parkrun, a prosto z niego pojechała rodzic do szpitala Dzisiaj z już z tygodniowym synkiem prowadziła znowu parkrun. A jeszcze kilka dni przed porodem potrafiła przebiec treningowo 10 km spokojnym tempem” I co tu można dodać? Biegające mamy rządzą. Podsumować mogę krótko: Mamy jesteście super, jak dobrze, że my Was mamy

Wolna sobota z rana musi być wybiegana

Ostatnie tygodnie pod względem zawodowym, były trochę obciążone, więc kiedy wolna się zdarza, należy ją maksymalnie wypoczynkowo wykorzystać. A dla nas z pasją się oddającym tuptaniu wypoczynkowe wykorzystanie kojarzy się jednoznacznie. Jest to czas, by zaległe kilometry nadrobić. Oczywiście zaczynamy w sobotę rano, a podsumowanie następnego dnia w niedzielę. Dlaczego w sobotę z rana? A może lepiej się wyspać i popołudniu trochę kilometrów machnąć? Teoretycznie jest to jakiś pomysł. Jednak mamy tutaj zasadniczy minus. Kiedy się rano w łóżku zbytnio rozgościmy, to potem taki leń może nas złapać, że dobiegniemy do wniosku, że ten weekend będzie pod wezwaniem LB, czyli leżenia bykiem i posiadania wszystkiego w pompie, ewentualnie ukrytego głęboko w czterech literach.

Muszę przyznać, że jest w tym pewien urok, gdyż czasem takie pozbawione ruchu dni mogą komuś się przydać. To już jest uzależnione od naszego charakteru, czyli preferujemy nic nie robienie, czy nawet wypoczynkowo coś dziubać musimy. Ja z kolei wolę robić, niż zupełnie nie robić. Jednak by coś robić, trzeba wpierw się do stanu roboczego letargu wprowadzić. By to robić musimy się dodatkowo wzmocnić. Dlatego w sobotę z rana tuptanie smakuje jak śmietana. A gdzie najlepiej w sobotę rano może pobiegać tutpający amator? Oczywiście parkrun i Cytadela, czyli mój ulubiony bieg. Kiedyś tydzień w tydzień, a teraz kiedy się da. Ale to wcale nie znaczy, że gorzej, bo taki parkrun wyczekany nawet bardziej smakuje. Szczególnie, że oprócz parkrun jeszcze dodatkowe ekstra kilometry się dzisiaj zrobi.

W końcu wolna sobota jest jak święto. I takie święto należy godnie uczcić. A jak inaczej ja, skazany na bieganie mogę to zrobić, jak kolejnymi pokonywanymi kilometrami. Tak skazany na bieganie, temat na kolejny wpis. A może nie kolejny, czyli rozwinięcie tego. Tak jak sobie obserwuję moje tuptajace chwytanie chwili jest tym, co nadaje codzienności zupełnie innego smaku i pozwala w spokoju się z codziennymi trudnościami zmierzyć. Bo wraz z tysiącami podobnych jak ja fanatykami obojga płci jesteśmy skazani na tuptanie. Bo dzięki niemu czujemy prawdziwy smak życia. Starożytni by powiedzieli: tuptająco łapmy chwilę, bo nikt się nie dowie jakie nam życiówki szykują Bogowie.

Cytadela by night czyli atak biegającej szarańczy

Wczoraj zapowiedzi pogodowe były w lekka uderzające. Zgodnie z prognozami o godzinie 22 nad Poznaniem miała przebiec ostra burza. Zgodnie z założeniami Roberta dłużej znanego pierwszy termin biegu Cytadela by Night miał być o 21.30. Jednak ze względu na zapowiadaną burzę, postanowiono go przenieść ( znaczy się start) na godzinę 21. Tak trochę za zasadzie, a może nam się uda. A może jednak nie. Jak to się mówi: na dwoje babka wróżyła, albo będziemy zlani, albo i nie. Jeszcze była opcja trochę pokropieni, ale jakoś wariantów pośrednich nie braliśmy pod uwagę. Mało kto się spodziewał, że jest możliwa jeszcze jedna opcja, czyli ani kropelki nie uświadczysz. No, ale ten akurat wariant wygrał, dlatego wszystko wróciło do normy i zgodnie z pierwotnym planem spotkaliśmy się na Cytadeli o 21.30.

Kiedy przybyłem spora grupa tuptająca już się szykowała do startu. Robert prosił, żeby wszyscy, którzy już wcześniej biegli w cyklu przynieśli swoje numery, które mieli z poprzednich startów. Oczywiście nikt z obecnych wcześniej nie biegał u Roberta i wszyscy ustawili się w kolejce do nowych numerów. Robert co prawda trochę nosem kręcił, że wydruk jednego numeru to koszt 50 groszy, ale co miał robić, musiał użyć swojej żelaznej rezerwy. Było dzisiaj trochę biegających i z 200 numerów zapewne wydał, czyli po naszemu poznańsku pierwsza stówa w tym dniu w plecy. A z pewnością nie ostatnia. Kiedy zamieszanie z zapisami i numerami się zakończyło wszyscy udaliśmy na start.

Tutaj Robert z dwiema dobrymi duszami wolontariackimi powitali nas wszystkich. Po przywitaniu sygnał startu został dany i tłum biegających na trasę parkrun na Cytadeli się rzucił. Co prawda trasa trochę zmieniona, gdyż biegniemy 2 pętle po 2.5 kilometra. Wczoraj ci, którzy robili wersję uboższą robili trasę parkrun, czyli 5 kilometrów, a ci bardziej wytrwali robili 4 pętle czyli 10 kilometrów. Poważnie się zastanawiałem nad zrobieniem wersji pośredniej czyli 7.5 km, ale stwierdziłem, że nie będę robił zamieszania i tym razem ograniczyłem się do wersji uboższej, czyli 5 kilometrów. Biegło się super, pogoda idealna, a do tego tłum biegających. Niektórych ja wyprzedzałem, inni mnie wyprzedzali, czyli klasyczny biegowy mysz masz. Trochę mnie bawiło, że ja prawie że emeryt grubo po 40-stce wyprzedzałem młodzież. Oczywiście w większości było odwrotnie, kiedy to młodzież brała emeryta, ale nie oddałem łatwo mojej skóry. W każdym razie wczoraj zatrzymałem się na dystansie mojego ulubionego biegu. Kiedy finiszowałem, jeden ze znajomych wolontariuszy stwierdził: „no tak amator musi tylko parkrun“. Tak sobie myślę, że może w czasie następnego startu za dwa tygodnie w lipcu machnę sobie dyszkę.

Potem finisz i strefy mety. A tam tłum biegających niczym szarańcza na przygotowane przez Roberta wiktuały się rzucili. Robert przygotował i wodę i ciastka, ptasie mleczko i wafelki. Podejrzewam, że ci co pobiegli dyszkę, to już nawet okruszków nie dostali. Mi się udało zjeść jedno ciastko i pół szklanki wody wypić. A była to już zupełna końcówka. Można śmiało napisać, że biegający opie…znaczy się zjedli wszystko bez trzymanki. W sumie czego można więcej chcieć od życia. Człowiek sobie pobiegł, czas mu zmierzyli, picia dostał, coś słodkiego także zjadł, grosza nie zapłacił, jak to się mówi żyć nie umierać. A że biegający w szarańcze się zmienili? Cóż tylko gbur, prostak i zwykły cham odmawia, kiedy ktoś z dobrego serca częstuje. Powiedzmy sobie szczerze: wśród biegających ani chamów, ani prostaków, ani tym bardziej gburów nie uświadczysz. Jak dają, to weźmiemy i zjemy wszystko, nawet okruszków nie zostawimy, by ktoś nie powiedział, że chlew po sobie zostawiamy. To się nazywa życie.

Co ciekawe, kiedy przyjechałem do domu koło północy faktycznie nad Poznaniem pojawiła się burza. Można napisać, że my zdążyliśmy potuptać przed burzą. W skrócie możemy napisać: przed burzą zdążyliśmy, ciastka zeźaliśmy, Nie wiem tylko czy psa ktoś nakarmił.

Najkrótsza noc, najdłuższy bieg,

No i wczoraj mieliśmy przesilenie letnie, czyli najkrótsza noc i najdłuższy dzień w tym roku. Może nie było jeszcze tak upalnie, jakby mogło, ale nie zmienia faktu, że mieliśmy taka krótką noc. Kiedy noc jest taka krótka to szkoda spać. Można pobiec w noc i tuptać tak długo,jak księżyc i gwiazdy naszą drogę oświetlają.No i wczoraj mieliśmy przesilenie letnie, czyli najkrótsza noc i najdłuższy dzień w tym roku. Można pobiec w noc i tuptać tak długo,aż pierwszy kur nie zapieje. Tak, to by była nawet fajna wizja: wystartować o zmierzchu, a dobiec do końca równo ze świtem. Muszę przyznać, że to byłby dopiero prawdziwy bieg świętojański. Trwałby on w tym roku w Poznaniu 7 godzin i 11 minut. W sumie, to byłoby to do obrobienia. Co ciekawe, jak zdjęcie ten wpis prowadzące ukazuje, w zależności od województwa długość trwania biegu byłaby różna. Zasada jest prosta: im dalej na południe tym bieg będzie dłuższy. I to nie sa sekundowe różnice. Między Gdańskiem a Rzeszowem czy Krakowem mamy 51 minut różnicy, a to nawet przy takim długim tuptaniu zrobi różnicę ładnych paru, a w przypadku dobrych biegających nawet nastu kilometrów. Czyli na północy mielibyśmy bieg z dużym plusem, a na południu już nawet w klimaty ultra wbiegający.

Jeżeli kiedyś bez przerwy potrafiłem tuptać prawie 6 godzin, to ciut ponad 7 bym nie dał rady? Jeżeli są biegi 24 godzinne, to taki siedmiogodzinny z plusem byłby pikuś. Myślę, że to nawet ciekawy pomysł na innowacyjny bieg w przyszłym roku. W sobotę mamy różne biegi świętojańskie, z okazji Nocy Świętojańskiej, Kupały jaka komu nazwa bardziej pasuje i lepiej się kojarzy. Natomiast Biegu Najkrótszej Nocy, czy też Biegu Przesilenia Letniego nikt nie organizuje, Ja wiem, że to nie weekend, więc trzeba by wziąć z pracy dzień wolny, ale wyobrażacie sobie taki klimat? Byśmy mogli wystartować śpiewając: „pobiegnij ze mną dzisiaj w noc, tę jedną noc, niech zacznie się ten bal.“ Ciekawe kto zgadnie pod jaką muzę. W każdym razie temat do przemyślenia. A może nazwa: „ Bieg od Zmierzchu do Świtu“. Ciekawe ile kilometrów by padło. Wiadomo, że wygrywa ten, kto ich najwięcej przetupta., Tak poważnie to wcale nie byłby taki hardcore, gdyż tacy przeciętni biegający, to ile przebiegną: 70 kilometrów? A tacy zupełnie spokojni to trochę ponad dystans biegu maratońskiego I co nie dadzą rady? Sądzę, że wielu z nas na luzie, bez stresu nocną porą dałoby radę.

 Oczywiście z tym, że to najdłuższy bieg, to lekka nadinterpretacja, gdyż mamy różne biegi ultra, 24 godzinne i inne takie. Jednak z tuptań granicznych między utra a tradycyjnymi, może zaliczać się do najdłuższych, a fajne marketingowo brzmi. Z drugiej strony, gdybyśmy w każdym  województwie taki bieg urządzili, to po zsumowaniu kilometrów, mógłby wybiec naprawdę godny kilometrowo bieg.