Maratony marzeń dla biegajacych

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany i Marku, co do kosztów pobytu w Londynie, jak i dojazdu do niego, to oczywiście w obecnych czasach i różnych możliwości tanich lotów i tym podobne są one w zupełności do ogarnięcia i zaakceptowania. Jedyny i największy problem, to trzeba mieć szczęście w losowaniu, by znaleźć się na liście startowej.

Dla kto pasjonuje się bieganiem, dał się złapać w biegowe sidła, spełnieniem biegowych marzeń jest start na Królewskim Dystansie. To jest to,  pokonanie tych przeklętych, albo i zbawionych 42 kilometrów z małym haczykiem, który jednak po pokonaniu tych 42 zmienia się czasem w niemożliwy do ogarnięcia hak. Część osób biegających (tych rozsądnych) dochodzi do wniosku, że tak naprawdę po co startować w maratonie. W końcu tak naprawdę to ani zdrowe, ani bezpieczne, a po pokonaniu 30 kilometrów dla większości z nas przestaje być przyjemne. Nie piszę tu oczywiście o biegających klasy ultra, którzy po 42 kilometrach zaczynają się dopiero rozgrzewać, ale takich samych, czasem szybszych, czasem wolniejszych, jak ja biegających amatorach. Dla nas szczytem marzeń jest właśnie może nie tyle start, bo wystartować w końcu każdy może, ile dobiegnięcie, czy czasem nawet doczołganie się do mety, ale osiągnięcie jej tylko po to, by móc sobie przed lustrem powiedzieć: „ o do pani trudniącej się nierządem, tak dałem radę, dobiegłem, osiągnąłem ten cel”. Ktoś, kto nie dotarł do mety, kto nie poczuł tej niesamowitej wręcz euforii, kiedy wiemy że to koniec męki, czujemy jak nam wieszają medal na piersi, ten nigdy nie jest w stanie tego jedynego w swoim rodzaju stanu zrozumieć.

Kiedy zerkam na moje biegowe cv,
http://enduhub.com/pl/Pawkem/?page=1
, to wiadomo nie jest ono zbyt imponujące. Trochę ponad 4 lata oficjalnych startów, podczas których przebiegłem 1827 km w 234 różnych oficjalnych startach. W tej grupie zdecydowana większość to piątki, a szczególnie parkrun, głównie oczywiście w Poznaniu na Cytadeli.  Prawie 200 z moich wszystkich oficjalnych tuptań, to właśnie były piątki. Do tego ponad dwadzieścia dziesiątek, dwanaście półmaratonów i tylko 5 startów na tym najbardziej wymarzonym dystansie, gdzie po raz pierwszy się zdecydowałem dopiero w zeszłym roku podjąć to wyzwanie. Co nie zmienia faktu, że w związku z maratonami mam obecnie dwa marzenia. Pierwsze, to w przyszłym roku ukończyć kompletowanie mojej Korony Maratonów Polski, czyli start i dobiegniecie do mety w Warszawie. No i mam drugie marzenie. Ukończyć jeden, może dwa z największych maratonów świata. Do trzech z nich, czyli Londyn, Paryż i Berlin mamy stosunkowo niedaleko i teoretycznie jest jakaś szansa. Tyle, że Londynie, jak i w Berlinie trzeba mieć wcale nie mało szczęścia w losowaniu pakietów. Z tym, że w Berlinie można się załapać dzięki biurom podróży, lub różne firmy charytatywne. Co ciekawe, w Paryżu musimy mieć podpisane zaświadczenie od lekarza. Na czele piątki największych maratonów świata mamy oczywiście Nowy York, a zaraz po nim Chicago. Tyle, że limity startujących są podnoszone i wielkiej piątce przetasowania się zdarzają. Inną klasyfikacją największych z wielkich jest World Marathon Majors, gdzie oprócz wymienionych już maratonów w Nowym Yorku, Chicago, Berlinie i Londynie dobiegają nam jeszcze Boston i Tokio.

Jak mam być szczery, to mnie najbardziej kręcą trzy z wymienionych: Nowy York, Tokio i Londyn, a Was? Wiadomo, ze dostanie się na listy startowe w większości z wymienionych biegów graniczy z cudem. Chociaż z drugiej strony o każdym można pomarzyć. Szczególnie, że czasami marzenia się spełniają. Najbardziej mi się podoba na zdjęciu ten wpis prowadzącym nad biegaczami dwa drogowskazy: keep right do New Yersey, keep left do Hylan Bouvelard. Odbieram to zdjęcie prosto: Do New Yersey trzymaj się prawej, do Hylan trzymaj się lewej,  a ty biegaczy keep się czegokolwiek i biegnij.

Biegowe marzenia pozwalają wstać na nowo

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Dorothy, wielkie dzięki za miłe słowa. Coś takiego jest zawsze budujące.

Muszę przyznać, że od momentu powrotu z Wrocławia pod względem biegowym zapanowała u mnie pustynia. Co, jak łatwo się zorientować oznaczało zero biegania. I tak było aż do ostatniej soboty. Wreszcie, te 2 dni zdecydowałem się wyjść na pierwszy trening. Tak na spokojnie sobie parę kilometrów potuptałem. Podobnie wczoraj. Muszę przyznać, że czuję się trochę dziwnie. Tak, jak bym znowu zaczynał. Mam wrażenie, że cofnąłem się 4 lata wstecz i znowu zaczynam od zera. Czuję to w taki sposób, jakby te wszystkie przetuptane kilometry gdzieś zniknęły, a ja odświeżony, niemal dziewiczy na nowo zanurzył się w tuptającym ogniu.

Dlatego na razie trenuję tak, jak trenowałem, kiedy zaczynałem. Nawet na takiej samej trasie, na spokoju bez spiny i w całkowitym luzie. Powolutku, systematycznie, ale się podnoszę.

Ten rok pod względem startowym fatalny. Niby 4 maratony pokonane, ale w żadnym nawet się nie zbliżyłem do tego, co chciałem osiągnąć. Z połówkami było, jak był, też czasy żadnej części ciała nie urywały,  a w przypadku dziesiątek nie mówię, bo to już niemal standard. Ale też pod względem czasowym pupcia zbladła i to mocno. W tym roku jeszcze tylko jedna dyszka w wersji oficjalnej, ale to jest trochę czasu, bo do 11 listopada, to spokojnie.

Na razie trzeba wstać, wstrząsnąć się, spiąć poślady i wziąć się do biegowej roboty. Bo ona sama za siebie się nie weźmie. No i wcześniej czy później będzie trzeba w końcu na Cytadeli się pojawić. No, ale by to się stało, to jeszcze parę innych rzeczy musi mi się zgrać, na które nie mam takiego wpływu. Na razie to trzeba trenować, trenować i jeszcze raz trenować. Przybiegła nam klasyczna, złota polska jesień, ochłodziło się, pogoda do biegania niemal idealna, dlatego trzeba to wykorzystać. Może gdzieś w grudniu jeszcze jakiś start zorganizowany gdzieś się znajdzie, bo znowu ogień w duszy zaczyna płonąć.

By wstać, potrzebne było nowe biegowe marzenie:

Zapisanie się tam i dostanie miejsca graniczy trochę z cudem. By zapisać się na przyszły rok, trzeba było mieć palce na klawiaturze w tym roku między 2 a 7 maja. Na pięć dni uruchomiono system zapisów. Jednak, nawet jeżeli ktoś w tym czasie zdoła się zapisać, niestety nie ma gwarancji, że zostanie wylosowany. Limit miejsc wynosił 50 tysięcy. Dla porównania w zeszłym roku, kiedy limit wynosił 35 tysięcy zapisy trwały…1 dzień. W tym roku wszyscy, którzy zdołali się zapisać, to teraz dopiero mają nerwówkę. W październiku będzie wiadomo, kto zostanie wylosowany. A tak na zupełnym marginesie myślę sobie jakie to jest szaleństwo. Na taki maraton do Londynu wydajesz kupę kasy by dolecieć, wystartować i się katować przez ponad 42 kilometry. Z drugiej strony, jakie to motywujące katowanie. Jak, napisał w komentarzu Robert dłużej znany obecnie koszty wyprawy do Londynu nie są aż tak wygórowane, bo można w bardzo rozsądnych cenach się dostać. To jest jeszcze marzenie, w przypadku wylosowanie całkiem realne. Ale, jak marzyć to marzyć, a może Nowy York, a może Tokio. Jak podaje strona festiwalbiegowy w Londynie serwery w 2015 roku atakowało w ciągu jednego dnia 125 tysięcy biegaczy, a w Tokio… ponad 300 tysięcy. Jak to powiada klasyk, w tym szaleństwie jest metoda.

Co jest najważniejsze w bieganiu?

Na początku, jak to zwykle w tym miejscu i czasie. Bogdanie, Agnieszko, Łukaszu, Piotrze, oczywiście macie rację i wasze porady się super i jestem bardzo za nie wdzięczny. Z pewnością mogą one pomóc przełamać kryzys. Szczególnie trafiło do mnie to, co napisał Bogdan i w zasadzie na tym chcę oprzeć dzisiejszy wpis.

Kiedy analizujemy przyczyny czyli powody, dla których dopadają nas biegowe kryzysy, to faktycznie dochodzimy do wniosku, że gdzieś zgubiliśmy to, co tak naprawdę jest najważniejsze w bieganiu. Bo tak naprawdę, to w bieganiu wcale nie jest najważniejsze pokonywanie siebie, swoich słabości i dążenie do nowych życiówek i ustawianie sobie coraz poważniejszych, coraz trudniejszych do osiągnięcia celów. Bieganie to nie tylko rozpiski treningowe, ustawianie swojego rytmu i  uporem maniaka trzymanie się ustawionego przez kogoś, czy znalezionego w sieci cyklu treningowego. To jest fajne, to super, ale raz na jakiś czas.  Można raz na jakiś czas pójść sobie pobiegać interwały, rytmy czy pójść na górkę czy na bieżnię. Jednak nie powinno nam to zaciemniać obrazu tego kim jesteśmy i co tak naprawdę chcemy czerpać z biegania. W ponad 90% jesteśmy tylko i aż amatorami i nigdy pewnych granic nie przeskoczymy. Chociaż nie wiem, jak będę się starał, to nie przebiegnę piątki poniżej 21 minut, dziesiątki poniżej 45, półmaratonu poniżej godziny czterdziestu, a w maratonie nie przełamię 3 godzin i 40 minut. Mam moje lata, moje możliwości i nie jestem w stanie ich przeskoczyć. I nawet dążenie do ich złamania w moim przypadku nie jest wcale wskazane, bo tracę to, co w bieganiu jest najważniejsze. Wstawiony w rytm treningowej rozpiski, że tego dnia mam przebiec tyle kilometrów,  innego tyle, następnego pójść pobiegać po górkach, kiedyś indziej na bieżnie powoduje, że powoli staję się niewolnikiem uzależnionym od treningu. Do tego dobiegają frustracje po startach, gdzie czułem że jestem przygotowany, mogłem, ale się nie udało z tego czy innego powodu uzyskać wymarzonego czasu. I znowu jestem w kolejnym ciągu treningowym, dopasowując cały dzień do niego i czekając kiedy wyjdę i znowu start i znowu du… znaczy się pupa i czujemy że wszystko się stosunkuje. I wpadamy w niechęć, w kryzysy i w końcu czytamy komentarz, taki mi wrzucił Bogdan i nagle dostaję olśnienia. I już wiem, co zgubiłem w moim cyklu treningowym i co tak naprawdę jest najważniejsze w bieganiu i o co tutaj biega.

Zgubiłem gdzieś tą zwykłą napędzającą nas wszystkich radość z biegania i swobodę z niej płynącą. Tak naprawdę, to wcale nie muszę iść na trening, który ma tyle i tyle kilometrów, który przebiegnę w takim i w takim tempie. Ten trening ma mi dać radość, więc pobiegnę tyle, ile czuję że mnie cieszy i w takim tempie, które daje mi największą frajdę. Kiedy jest dzień, kiedy nie mam ochoty pójść na trening, to nie pójdę i świat się z tego powodu nie zawali. I to jest w tym wszystkim najważniejsze. Bieganie musi dawać radość z samego faktu, że się biegnie, a nie z tego, że się robi swoją rozpiskę. Na biegu zorganizowanym nie muszę wcale poprawiać życiówki. Ważne, że pobiegnę w tłumie takich samych zapaleńców jak ja ciesząc się niczym dziecko z każdego pokonanego kilometra. Raz, czy dwa razy w roku może nas poboleć i możemy spróbować się zmierzyć z Królewskim Dystansem, ale nie dla czasu, ale dla siebie. A życiówki, poprawy czasów? Kiedyś pewno się pojawią, ale bez parcia na szkło z naszej strony.

Jak pokonać biegowy kryzys?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Małgosiu wielkie dzięki za rozszerzenie mojej wczorajszej wypowiedzi i ozdobienie jej swoimi przemyśleniami, oraz naukowymi uzasadnieniami. Jasiu, w końcu wcześniej czy później, ale pojawię się na Cytadeli. No i tutaj właśnie przechodzimy do istoty tematu, zagadnienia, czy diabli wiedzą czego jeszcze

Muszę przyznać, że od powrotu z maratonu we Wrocławiu jestem w biegowym kryzysie. I to cholernym biegowym kryzysie. Na początku wynikał on z różnych pobolewań po nogach tańczących, a od tygodnia diabli wiedzą z czego. Głupio się przyznać, ale od powrotu z Wrocławia jeszcze ani razu nie byłem na treningu. Całe szczęście, że udało mi się warszawski maraton przełożyć na przyszły roku, bo jakbym miał dzisiaj jechać do Warszawy i jutro wystartować to…. Oj czarno bym to widział. Przy moim obecnym stanie, to mógłbym się nawet w limicie czasowym nie zmieścić. Jak to się mówi, trzeba się zebrać, wstrząsnąć i zmusić do wyruszenia na trening. No bo od tego trzeba zacząć. Zawody, zawodami nie ma znaczenia czy to parkrun, czy cokolwiek innego, to jest jakby wisienka na torcie, ale naszym chlebem powszednim jest trening. Nie ma treningu, nie ma biegania.

 Jutro miną dwa tygodnie, odkąd ostatni raz tuptałem. I muszę przyznać, że cholernie trudno się teraz zmotywować i ruszyć na trening. Podobnie, jak z parkrun. Od kilku tygodni nie pojawiłem się na Cytadeli i kto wie, czy właśnie nie brak moich tam wizyt wpływa na niechęć do codziennego treningu. Bo tak naprawdę, to brak trochę motywacji, by trenować. Gdyż z drugiej strony po co mam trenować, jeżeli i tak nie zamierzam nigdzie wystartować i efekty mojego trenowania zebrać? W zasadzie w tym roku mam jeszcze tylko jeden już opłacony i zaplanowany start, czyli Bieg Niepodległości 11 listopada. Ale to jest „tylko” dyszka, którą w zasadzie, przy moim jakim takim wytrenowaniu można wziąć z marszu i zbytniego problemu z jej pokonaniem być nie powinno. Fajnie by było sobie jeszcze w tym roku chociaż, połówkę gdzieś zaliczyć, po muszą szczerze przyznać, że półmaraton jest chyba jednak moim ulubionym, jak i wielu biegających dystansem. Mamy w najbliższych miesiącach kilka fajnych połówek w okolicach Poznania. O jutrzejszym Swarzędzu nie ma co pisać, bo już trochę późno.Można się za to wybrać w połowie października do Szamotuł, gdzie już kiedyś biegłem i mam fajne wspomnienia. Muszę przyznać, że bardzo mnie korci pod koniec października półmaraton w Wągrowcu. Jest to nowa impreza, gdzie wystartuje zaledwie 500 osób ( jeszcze 100 wolnych miejsc), a pakiet startowy zaledwie na poziomie 35 PLN, czyli jak na połówkę, to niemal za darmo.  W listopadzie kolejny z moich bardzo lubianych półmaratonów, czyli Kościan. Tyle, że to 5 dni przed Biegiem Niepodległości, ale jaka fajna zbitka treningowo- przygotowawcza.

Jednak przy moim obecnym kryzysie osobowościowo-biegowym nie wiem czy dam radę. Muszę się zebrać i podnieść, bo trasy czekają, a ja się opr… Kryzys jest po to, by go pokonać, czy może przełamać.

Czy za sukcesem musi biec przemoc?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Marku i Robercie wcześniej poznany, muszę przyznać, że Wasza dyskusja pod moim wczorajszym wpisem, mimo że uciekająca podobnie jak i sam wpis z głównego obszaru tego bloga robi wrażenie. Miło jest poznać Wasze zdania i opinie w poruszonym temacie.. Ale już dzisiaj wracam do tego, do czego mój blog został stworzony.

Domyślam się, że dla wielu tak postawiony tytuł może zabrzmieć trochę kontrowersyjnie. Tak na zasadzie, „ ale o co come on?”. Muszę przyznać, że moje myśli były wczoraj trochę zamieszane i dzięki znajomej bloggerce Małgosi, czyli Zakochanej w Bieganiu. która podesłała mi jeden ciekawy tekst pogłębiłem go troszeczkę. Ale to u mnie naturalne. Tekst był jeszcze innego bloggera, Bez Ego i dotyczył tematu wpływu i większego znaczenia dla nas porażek, niż sukcesów. Wiadomo, że coś w tym jest, gdyż dzięki porażkom właśnie wstajemy silniejsi, a sukcesy w pewien sposób nas rozleniwiają i powodują, że tracimy kontrolę nad naszym postępowaniem i poczucie konieczności, że musimy coś robić, bo może przyjść porażka. W pewnym momencie dobiegamy do wniosku, że i tak za każdym razem wszystko nam wychodzi, to po cholerę się starać, katować na treningach, jeżeli i tak dobiegniemy, czyli odniesiemy sukces. I w takim przypadku porażka, czy wstrząs bywają bardzo przydatne.

Zanurzając się w te przemyślenia postanowiłem się posunąć troszeczkę dalej. Że owszem każda porażka jest w pewien sposób motywująca i twórcza, ale tak naprawdę za każdym sukcesem i zwycięstwem stoi głównie przemoc. Tak i to wcale nie mała przemoc. Zacznijmy od początku. Jak dzieci, czy chodziliśmy do szkoły z radością, czy raczej byliśmy zmuszani, do tego przez naszych rodziców? Podejrzewam, że mało jest takich entuzjastów, którzy z radością uczęszczali na lekcje. Raczej większość z nas była w ten, czy inny sposób zmuszana przez rodziców. A jeżeli zmuszana, to jakaś forma przemocy. Teraz jako dorośli ludzie odnieśliśmy w naszym życiu większy czy mniejszy sukces życiowy, osobisty czy też zawodowy, ale by go odnieść musieliśmy zostać wpierw ukształtowani jako ludzie. A podczas tego kształtowania nie raz była wykorzystywana taka czy inna przemoc. Ja jeszcze jestem z tego pokolenia, kiedy nie raz się na „dupę” od ojca pasem dostało. I nikt wtedy nie krzyczał, że tak nie można, że to niewychowawcze, że wbrew zasadom pożycia społecznego.

No, ale przechodząc już do naszych czysto biegowych spraw. Co dla nas biegających jest sukcesem? Oczywiście ukończenie biegu zorganizowanego na takim czy innym dystansie podczas którego uzyskujemy zaplanowany przez nas czas. I to jest sukces, ale jak do niego dotrzeć, czy też dobiec? Odpowiedź jest prosta. Uzyskujemy nasz czas dzięki często bardzo ciężkiemu treningowi, który sprowadza się do niemal maltretowania swojego ciała i zmuszania go wbrew wszystkim swoim logicznym zachowaniom do codziennego trwającego tyle i tyle czasu treningu. I nie ma znaczenia, która godzina jaka pogoda, czy jest nam zimno, mokro i ogólnie paskudnie. Zmuszamy nasz organizm, by wyszedł, wybiegł i jakby nie patrząc stosujemy wobec niego pewną formę przemocy. Jest to autoprzemoc, ale zawsze przemoc. Bo on nie chce, się buntuje, mówi: „dość, nie konie”, a my wręcz odwrotnie. Szczególnie to odczułem podczas mojego ostatniego startu na maratonie we Wrocławiu. Wtedy mój organizm wyraźnie mi mówił: „to już jest koniec, schodzimy”. A ja „nie, byle do mety”. I wbrew rozsądkowi o znakom przez niego przesyłanym doczołgałem się do mety i mimo fatalnego, jak na mnie czasu, jakiś wcale nie drobny w moim odczuciu sukces odniosłem. Bo potrafiłem sam siebie pokonać. A musiałem tutaj użyć dużo psychicznej przemocy.

Dlatego za sukcesem musi stać przemoc. Bo musimy ją sami w stosunku do siebie zastosować. Zawodowcy, którzy mają trenerów mają łatwiej. Obowiązek stosowania tej pewnej formy przemocy spoczywa właśnie na nich. W przypadku nas, zwykłych amatorów, sytuacja wygląda trochę inaczej. U podstawy, czy podłoża naszego sukcesu leży przemoc, którą musimy stosować sami w stosunku do siebie, która ma w sobie pewne pierwiastki masochizmu.

A może, idąc tropem myślenia Bez Ego faktycznie za sukcesem musi stać nie tylko przemoc, ale i ponoszona od czasu do czasu, dla równowagi porażka. Po porażce właśnie łatwiej wstać, a i równowaga duchowa, bez popadania w nadmierny optymizm i samozachwyt zostaje zachowana.

Polityczne gierki, czyli kolesiostwo ponad kompetencjami

Na początku, jak zawsze w tym miejscu i czasie. Przemysławie, jak nie pisałem o tym co w środowisku piszczy, tylko co lekarze głoszą. Robercie masz rację na maratonie we Wrocławiu, to było piekło i szatani. Piękny czas w debiucie uzyskałeś, ja niestety dałem ciała, tyle, że się doczłapałem. Panda, dasz radę wierzę w Ciebie. Robercie później poznany, rozciągamy się zarówno przed, jak i po biegu. Przed trochę inaczej i po jeszcze trochę inaczej.

Wiem, że generalnie unikam jak ognia tematów politycznych starając się koncentrować na tym do czego ten blog jest stworzony, czyli do biegania. Ale czasem się zdarzają sytuacje, które wymagają by zanurzyć się w trochę innym temacie. Dla osób, które ze zdziwieniem zerkają na zdjęcie ten  wpis prowadzące, chciałbym przedstawić Piotra Barełkowskiego. Piotr z urodzenia jest Poznaniakiem ( chodziliśmy do jednego ogólniaka, czyli Paderka, w tym samym roczniku, tyle że Piotr był w klasie A o profilu ogólnym z językiem hiszpańskim, a ja B czyli humanistycznym.

Po ogólniaku Piotr wyjechał do Łodzi, gdzie ukończył Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną im Leona Szchillera. Po ukończeniu Szkoły bardzo zaangażował się w produkcję dla takich stacji jak TVN, Polsat czy TVP SA. Był Prezesem Fundacji56, która brała udział w produkcji filmu Filipa Bajona o poznańskim czerwcu 1956. Jak podaje strona: telewizjapolska24.pl:

„…Tworzył i produkował również obrazy dokumentalne dla Telewizji Polskiej S.A .Sukcesy w karierze producenta filmowego i telewizyjnego, sprawiły, że Piotr Barełkowski z powodzeniem zaczął realizować się na stanowiskach kierowniczych. W 2004 roku założył i stanął na czele zarządu spółki Media Biznes, która rozpoczęła nadawanie pierwszego polskojęzycznego kanału telewizyjnego o zagadnieniach gospodarczych – TV Biznes. Za uruchomienie telewizji Piotr Barełkowski otrzymał prestiżowe wyróżnienie w konkursie „Menedżer roku HBO”. Kolejny rok przyniósł ze sobą kolejne sukcesy. Piotr Barełkowski, po powrocie z Berlina, gdzie zarządzał własną firmą produkującą reklamy dla TV Berlin, założył Telewizję Niezależną S.A. oraz został prezesem Telewizji Republika, którą zarządzał przez dwa lata. Obecnie jest prezesem zarządu Iluminacja Nowa sp. z o.o., a także Polskiego Stowarzyszenia Przedsiębiorców oraz właścicielem portali internetowych TVAGRO i TVEXPO.”

16 września Piotr  poinformował, że zdecydował się wystartować w konkursie na Prezesa TVP. Analizując kompetencje Piotra w porównaniu z „rywalami”, bez wątpienia byłby poza wszelką konkurencją. Jako jedyny kandydat posiada wiedzę i doświadczenie na wszystkich, objętych zakresem postępowania konkursowego obszarach: począwszy od samego dziennikarstwa, przed produkcję telewizyjną, do wysokich kompetencji managerskich.  Wczoraj zebrała się komisja kwalifikacyjna i zdecydowała o dopuszczeniu do kwalifikacji kandydatury Jacka Kurskiego, która została złożona  20 minut po terminie, oraz Brauna, który jest prawomocnie skazany i… odrzuceniu kandydatury Piotra. Dlaczego? Tak naprawdę sam Piotr nie wie.  Podobno czegoś brakowało, a może było czegoś za dużo? Obstawiałbym, że kwalifikacji. Jak to się mówi: niech się znowu żyje lepiej kolegom. Stara partyjna rządząca od wieków zasada: ręka rękę myje w naszym kraju do granicy absurdu sięgająca. Nie ważne co umiesz, nie ważne co potrafisz, nie jesteś z bandy, nigdzie nie trafisz. Tak naprawdę, to oni chyba wszyscy są po jednych pieniądzach. Zresztą, jak widać na tych samych „standardach” wyrośli i wykiełkowali. Tu by musieli przyjść zupełnie nowi ludzi rozwalić całe towarzystwo powsadzać co niektórych i wprowadzić odpowiedzialność za rządy, a nie rząd jawny przekręt, drobne oszustwo spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością. A takich ci u nas dostatek.

Po co biegać maraton?

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Tomaszu, obaj się zgadzamy w tym, że rozciąganie to podstawa.

Na początku krótkie wprowadzenie. Tekst ten dotyczy, tak na oko około 80% biegających osób, którzy uznają się za zwykłych, zaliczanych do grupy biegającej, ale bez tych wyjątkowych i specjalistycznych umiejętność i możliwości fizycznych, dzięki którym są w stanie pokonać  Królewski Dystans w czasie grubo poniżej 3 godzin. Ten tekst nie dotyczy także ultrasów, którzy po pokonaniu 42 kilometrów dopiero zaczynają się rozgrzewać. To jest tekst o i dla takich jak ja, którzy biegają z radością, frajdą, ale też znajomością swoich ograniczeń

Nie jest chyba tajemnicą, że dla większości osób, które zostały zarażone pasją biegania największym marzeniem jest pokonać kiedyś dystans biegu maratońskiego.  Nie na darmo mówi się, że tak naprawdę dopiero, kiedy pokonasz Królewski Dystans wiesz, że naprawdę jesteś biegaczem. Nie do końca mogę się z tym zgodzić, gdyż nie pokonane odległości decydują o tym czy ktoś jest biegaczem czy nie. Jest nim każdy, czy też każda, która chociaż te parę razy w tygodniu decyduje się opuścić kanapę i pójść sobie potuptać. I tutaj  dopada to nasze pytanie: „ ale po co biegać”. Wiadomo mamy kilka  głównych odpowiedzi na to pytanie: „dla zdrowia, dla dobrego samopoczucia, dla odczuwania radości,  smaku endorfin,  dla polepszenia swoich możliwości seksualnych, dla udowodnienia sobie czegoś i dla poprawy ego”. Oczywiście dochodzi do tego moda, chęć bycia trendy na czasie i w ogóle i w szczególe.

Tyle, że tak naprawdę zdrowie, radość i dobre samopoczucie, to tą treningi i starty na poziomie 5 do 10 kilometrów. Kiedy sobie treningowo robimy w tygodniu do 40 kilometrów, a nasze starty zorganizowane to np. raz w tygodniu parkrun czy inna piątka i dodajmy raz w miesiącu, czy raz na dwa miesiące dyszka. I to jest zdrowe, pełne radości bieganie. Z półmaratonem to już troszkę inaczej bywa, bo tu mamy inne obciążenia, inne odczucia. Ale jeżeli ktoś jest dobrze wytrenowany na poziomie 5 i 10 km w wersji startowej, to i z półmaratonem też sobie powinien bez większego problemu poradzić. Wiem to na moim przykładzie, więc dlatego spokojnie mogę tak napisać. Kiedy miałem moje apogeum możliwości na 5 i 10 kilometrów, to połówkę też na dużym luzie na poziomie czasu 1:50 i parę sekund potrafiłem zrobić. I nie stanowiło to dla mnie zbytniego obciążenia.

No i dobiegamy do dystansu marzeń, dystans snów, czyli 42 kilometrów z małym haczykiem, który po pokonaniu tych 42 kilometrów wcale już nie jest taki mały. W tym momencie musimy sobie powiedzieć jedno. Przebiegnięcie takiej odległości nie jest już ani przyjemne, ani zdrowe. Powiedzmy sobie szczerze: organizm i możliwości człowieka nie są dostosowane do naturalnego pokonywania takich odległości. Tu dostają nasze mięśnie, nasze ścięgna, generalnie cały organizm. Do tego nasza psyche, nasze ego huśta się na huśtawce zwątpień i wątpliwości. Zasada jest praktycznie jedna. Pierwsze 5 czy 10 kilometrów to jest jedna, wielka frajda biegania. Do 20 kilometra biegniemy z zaciętością, następną dychę z uporem maniaka, a od 30 zaczyna się wojna. Zaczynamy się zastanawiać co nas pokusiło, dlaczego Siła Najwyższa, która się nami na co dzień opiekuje nas opuściła. Niektórzy widzą latające myszki, ktoś może dostrzec wojownicze żółwie ninja, a jeszcze inni sceny z …. napiszę, że zupełnie innych źródeł, by nie ujawniać szczegółów, co można jeszcze zobaczyć na trasie.

No i od 40 kilometra już w większości umieramy, bardziej siłą ducha niż mięśni człapiąc do mety. A kiedy już się uda do niej dotrzeć ( i to nie ma opcji żeby wszystkim), ile razy sobie mówimy, że to  ostatni, już nigdy, bo chyba trzeba mieć nierówno pod sufitem, by takie męki przeżywać.

No i faktycznie trwamy potem w domu w tym przekonaniu, tak długo, aż znowu się zaczną zapisy na kolejny maraton, który nas kręci, by znowu się katować za nasze własne pieniądze. Pytanie brzmi po co? Jeżeli to ani zdrowe, ani tak naprawdę przyjemne, a jeszcze tak wykańczające i nasze zdrowe katujące? Odpowiedź jest jedna i prosta. Bo kiedy czujemy moc, kiedy stajemy w grupie na starcie, kiedy endorfiny w nas szaleją, ludzie stojący po bokach wspierają i oklaskują, czasem nawet przybijając piony, to czujemy, że to jest to, że tego nam potrzeba. I nie ważne, że z każdym kilometrem tracimy siły i się katujemy. Ale to nasz wybór i nasza wojna. I nie ma nic piękniejszego, ani cenniejszego, niż dotarcie wreszcie do mety i mimo bólu, potu i często krwi powiedzenia sobie: „ a jednak dałem, czy też dałam radę, pokonaliśmy sami siebie, tak, my to potrafiliśmy zrobić. To było nasze i tylko nasze zwycięstwo”. I tego uczucia euforii na mecie, mimo strasznego wręcz wyczerpania połączonego bardzo często z bólem i cierpieniem. Nikt, kto tego nie poczuł nie jest w stanie zrozumieć. I to uczucie jest jedno, jedyne i bezcenne. I chyba właśnie tylko przez nas zwykłych amatorów, po pokonaniu właśnie tego, dla wielu przeklętego dystansu możliwe do odczucia. W żadnym innym biegu, na żadnym innym dystansie nie czułem na mecie takiej dziwnej, może i sięgającej granic masochizmu euforii i radości, jaką odczuwam po pokonaniu 42 kilometrów i tych stu dziewięćdziesięciu pięciu metrów.

Dlaczego rozciąganie po biegu jest tak bardzo ważne

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Taniec pasja, posiadanie pasji i realizowanie się w niej, to jest dopiero coś. Pełen podziw. Kolejne trzy grosze Ty to dopiero jesteś biegaczka do podziwiania. Taka walka biegowa z górami? Marzy mi się to, ale nie wiem, czy kiedyś się poważę.

Wszyscy z nas, którzy w ten czy inny sposób tuptają jedni bardziej zaawansowanie, inni trochę mniej, z różnych stron słyszeli informacje, żeby koniecznie się rozciągać. Niczym mantrę powtarzają to wszyscy więksi znawcy tematu: rozciągamy się przed biegiem, ale rozciągamy się też po biegu. Większość z nas, jak to w życiu bywa, podchodzi czy raczej podbiega do tematu dosyć połowicznie. Owszem przed biegiem, to praktycznie wszyscy się rozciągają. To już jest niemal rytuał, śmiało można zaryzykować twierdzenie, że każdego kto w paszczę pasji biegania został schwytany. Są zapewne jeszcze ‘twardziele”, którzy uważają, że im rozciąganie przed jest niepotrzebne i że rozciągną się boju, znaczy na pierwszych dwóch, trzech kilometrach, a potem już pójdzie, jak z płatka. Natomiast rozciągać się jeszcze po biegu? No, niby trzeba, każda czy każdy to słyszała czy słyszał, ale po co… W końcu już jesteśmy na mecie wszystko gra i buczy, czas na relaks, wypoczynek, pasta party, a nie jakieś tam rozciąganie. Z pewnością nie wszyscy, ale spora grupa z nas tak sądzi.  Ze mną, nie ukrywam było podobnie. Czasem się po biegu rozciągałem, czasem o tym zapominałem, ale jakoś wszystko się kręciło.

No i nadbiegł czas na mój ostatni maraton we Wrocławiu, który tuptałem zeszłej niedzieli. Sam bieg i jego wynik już opisałem, więc nie będę się już dodatkowo sam nad sobą pastwił. Wróciłem do domu i na domiar złego, od poniedziałku coś niedobrego zaczęło się dziać z moim lewym udem. Z każdym dniem jego górna część, praktycznie aż do biodra bolała coraz bardziej. Może nawet nie tyle, co bolała, co była jak sparaliżowana i miałem spore problemy z poruszaniem się. Była to raczej tępa niemoc nogi od uda promieniująca. Największemu mojemu antagoniście, takiego uczucia nie życzę. Szczyt szczytów nastąpił w czwartek, kiedy praktycznie nie mogłem chodzić Do tego, na domiar złego czułem po tylnej, górnej stronie uda, coś jakby guza. Muszę przyznać, że troszkę mnie to zmroziło. W następnych dniach poprawa niby następowała, ale tak nie do końca. Można napisać, że z każdym dniem wpadałem w większą nerwówkę, że tego bardziej dosadniej nie napisać. Wreszcie pod koniec zeszłego tygodnia zupełnym fuksem skontaktowałem się ze znajomą, z dawnych czasów, która akurat ma specjalizację w rehabilitacji. Podjechała, zobaczyła zdiagnozowała i dopiero mi się dostało. Pierwsze jej pytanie po zobaczeniu zabrzmiało: „ a rozciągałeś się po biegu?”. Szybko cofnąłem się pamięcią do dnia startu i przyznałem, że zapomniałem. No, to się wtedy nasłuchałem: „ od wczoraj dopiero biegasz?, Nie wiesz, ze się trzeba rozciągać po biegu?, Taki stary, a taki głupi”. No i co miałem powiedzieć: gęba na kłódkę i tylko w milczeniu potakiwałem głową. Porada na postawienie w stan normalności była jedna: „musisz to teraz rozciągnąć. Gdybyś to zrobił zaraz po biegu, to potrzebowałbyś kilka, może  kilkanaście minut,. A teraz musisz robić każdego dnia sesje, tyle ile dasz radę”

Na pożegnanie jeszcze mi tylko pokazała najlepsze metody rozciągania, które mam użyć i pojechała. A ja cóż rozciągałem się w sobotę i w niedzielę było już prawie jak z piekła do nieba wąską ścieżką. A po niedzieli ścieżka zmieniła się w autostradę, do nieba rzecz jasna. Po tej nauczce wiem już jedno: po żadnym biegu nie będę zapominał się rozciągać. I każdej osobie biegającej to życzę.

Na koniec dla ciekawych fajna metoda rozciągania. Rozciąganą nogę łapiemy za stopę i  pod kątem podnosimy do kolana drugiej nogi. A jak dajemy radę, to ciągniemy wyżej, aż do biodra. Może trochę dla masochistów, ale skuteczne. Widziałem fotki w necie osób, które praktycznie poziomo w linii prostej, nogę pod kątek 90 stopni potrafią utrzymać. Ja na razie sięgam tak do połowy uda, może ciut powyżej, ale będę kontynuował.

No i w oparciu o moje ostatnie traumatyczne przeżycia, apel do nas wszystkich. Ja wiem, że po biegu, to mało komu chce się rozciągać. Ale uwierzcie, to że namawiają do rozciągania, to nie jakiś wymysł czy fanaberia. Po każdym treningu i starcie na krótszym dystansie, to jest bardzo wskazane, a nawet bardziej niż wskazane, ale po poważnym, takim już od półmaratonu wzwyż, to po prostu konieczność. I pamiętajmy o tym, jeżeli nie chcemy zakończyć tak jak ja, że przez to cholerne niedopatrzenie wypadł mi kolejny start, który miał się odbyć w tą niedzielę w Warszawie.

Bardzo ciekawy komentarz wrzucił na Facebook Maciek: „Nie ma niczego lepszego dla regeneracji potreningowej ogólnie, ale też i dla wzrostu prędkości biegowych. Mięśnie nierozciągane zbijają się i zmniejsza się ich zakres ruchu. Warto rozciągać się codziennie, niedużo, po 10 – 15 minut wystarczy, nawet w dzień pozbawiony treningu” I myślę, że jest to idealne podsumowanie tematu.

Fotograficzna konkurencja na biegowym rynku

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Małgosiu, dzięki za miłe słowa. Marcinie, trzymam kciuki we Frankfurcie. Wybrać sobie taki maraton na debiut… Pełen podziw. Miro masz rację, byle nie przeszarżować. Co do rozciągania masz rację. Często o tym zapominamy i to się potem mści. Robercie wcześniej poznany, udo czułem już od poniedziałku, a w czwartek nastąpiło apogeum wszystkiego. I dlatego  z największym prawdopodobieństwem można założyć, że przyczyną był start w maratonie. Zresztą może nie tyle co z samym startem, ile moim pewnym zaniechaniem już na mecie. Ale do szczegółów wrócę jutro. Coś mi już po głowie biega.

Muszę przyznać, że z dużą uwagą obserwuję, jak zmienia się nasz biegowy rynek fotograficzny. Kiedy zaczynałem startować w biegach zorganizowanych, trzy lata temu, to w niektórych miejscach, na poboczach stali fotografowie robiąc biegnącym zdjęcia. Potem, zazwyczaj na Facefook stronie biegu były wrzucane linki, gdzie każdy po długich poszukiwaniach mógł siebie znaleźć. Zazwyczaj brało się taką fotkę i z przedstawieniem jej autora wrzucało na własną stronę. A niektórzy nawet się nie fatygowali przedstawieniem. Była to pełna radosna fotograficzna wolna amerykanka. Miało swój urok, jednak było wiadomo, że w końcu zostanie wcześniej lub później w jakieś cugle ogarnięte.

No i zapanował czas Fotomaraton. Po każdym biegu wystarczyło im wysłać na maila swój numer startowy, a następnie otrzymywaliśmy miniaturki naszych fotek z wyceną, ile za ile i się kręciło. Stawki były jakie były, jedni akceptowali i płacili, inni używali swoich miniatur i biznes tak, czy inaczej ale się kręcił.

Wczoraj przeżyłem szok. Otrzymałem od przedstawiciela fotolinks fot. Artur Więckowski prezent w postaci jednej z fotek, które ten wpis prowadzi. Jak widać są dwa wyjścia. Albo fotolinks miało tylko występy artystyczne we Wrocławiu, albo na rynku pojawia się kolejny poważny gracz. I to jest duży plus. Można się zgłosić do jednej, drugiej firmy, porównać oferty i wybrać tą, która jest dla nas najbardziej optymalna.

Ale jeżeli ktoś nie chce korzystać z pomocy innych i ma w sobie moc szukania, to może szukać po wszystkich dostępnych linkach fotograficznych. Właśnie wczoraj otrzymałem kolejną fotkę, którą znalazł znajomy ( wielkie dzięki) i mi ją przesłał. Nie znam autora, więc nie mogę opisać, ale fotka jest i to jest super. Jak widać fotograficzni freelancerzy, o duszach altruistów na naszych trasach jeszcze się zdarzają. Pełen szacunek i podziw. Wielkie dzięki panowie i panie.

Droga przez mękę, czyli hartowanie biegacza

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Karola wielkie dzięki za merytoryczne uwagi. Muszę przyznać, że takie spojrzenie jak Twoje naprawdę dużo daje. Jeszcze raz dzięki. Craft Poland masz rację postępowanie czy raczej zachowanie Fundacji, sprawującej pieczę organizacyjną na warszawskim maratonem, tylko kapelusz z głów i pokazywać jako wzór, dla niejednego z organizatorów. Grzesiu i Robercie zmienił mi się trochę sobotni plan dnia, dlatego nie ma opcji rano wyrwać się na Cytadelę. Może kiedyś, na razie nie ma szans.

Muszę przyznać, że od ostatniej niedzieli przechodzę klasyczną drogę przez mękę, i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Najpierw na maraton we Wrocławiu jechałem pełen wiary i nadziei. Co prawda na miejscu okazało się, że pogoda była jaka była, ale wybiegałem z założenia, że nawet jeżeli 4 godzin ni złamię, to przyzwoity będzie wynik w granicach 4-4.2, a zupełne minimum przyzwoitości do 4.40. Zejścia poniżej tego czasu to nawet nie brałem pod rozwagę, uważając, że to by było śmieszne, czy raczej żałosne. Niestety okazało się że rzeczywistość była dużo bardziej żałosna, niż mogłem ją sobie wyobrazić. Uzyskanie czasu, gdzie do limitu obowiązującego czasu zabrakło mi zaledwie kwadransa, to mogłem określić tylko jako wstyd i sromota. Owszem pogoda była jaka była, ale była równa dla wszystkich i jedni sobie z nią lepiej poradzili, drudzy trochę gorzej, a ja cóż dałem klasycznej pupy.

Kiedy wróciłem do domu, to w poniedziałek jeszcze jakość szło ujść. Potem od wtorku zaczęły się schody i to schody jak cholera. Górna cześć mojego lewego uda, tak praktycznie do biodra z każdym dniem bardziej nap…, znaczy się bolała. Szczyt czy też apogeum nastąpił w czwartek, kiedy nie mogłem praktycznie chodzić. Każdy krok to była prawdziwa droga przez mękę. Chodziłem tak wolno, że aż ludzie na ulicy się za mną obracali. Do samochodu nawet nie mogłem wsiąść. Ale mi się wtedy dostało od całej rodziny i bliższych znajomych, dla których moja biegowa pasja była tylko jakąś dziwną fanaberią. „ A nie mówiliśmy?”, „ no to się załatwiłeś”, „ teraz pewno do szpitala i zabieg”, „wiedziałem, wiedziałam, że tak to się skończy”. Kakofonia takich dźwięków, czy też słów ze wszystkich stron płynących. Już mi się nawet nie chciało odpowiadać. Bo co miałem odpowiedzieć.. Na szczęście w piątek było już troszeczkę lepiej. Przemek z Reh Medu jest gdzieś na wyjeździe, więc nie mogłem skorzystać z jego porady, ale wczoraj zupełnym przypadkiem spotkałem znajomą, która okazała się być rehabilitantką.

Kiedy usłyszała w czym problem powiedziała krótko: „musisz to tylko dobrze rozciągnąć. Do tego dobrze, gdybyś to nawet rozchodził. I będzie dobrze”. Pokazała jak i wczoraj parę godzin rozciągałem się, a dzień zakończyłem spacerem. I powiem coś. Może jeszcze nie jest, jak ręką odjął, ale różnica niesamowita. Mogę już prawie normalnie chodzić, udo przy każdym ruch, a szczególnie bez ruchu nie boli. Jeszcze sądzę parę dni i już będzie dobrze. Myślę, że tak w spokoju i bez zbytniego ryzykanctwa za tydzień wrócę do tuptania. Bo przecież, to pani trudniącej się nierządem, się przecież nie poddam. Czuję, że wstanę znowu i będę jeszcze bardziej zdeterminowany do kolejnych startów. I zrobię tą Koronę Maratonów Polski w przyszłym roku. Pobiegnę w Warszawie, bo tylko to mi brakuje. A wcześniej przynajmniej jeden maraton sobie zrobię. Ale w spokoju na wiosnę. Bo, to że wrócę mocniejszy, to nie znaczy, że mniej nieostrożny. Wręcz przeciwnie. Słowa pokora i szacunek do Królewskiego Dystansu, nabierają zupełnie innego charakteru. I mimo tego tygodniowej męki, jestem, co może zabrzmi śmiesznie zadowolony.

Tak naprawdę, to chyba każdego z nas niezależnie od wieku płci, taką chwila słabości i wątpliwości może złapać. Ważne, by nawet jeżeli przycichniemy na chwilę nie poddać się, tylko wrócić. Bo to nam samym pokazuje, jacy naprawdę jesteśmy.