A chciałem się wycofać

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Marku zanim u nas wprowadzą jasne zasady podatkowe, to musi parę pokoleń upłynąć, bo każde następne od poprzedniego się uczy, że w mętnej wodzie najbezpieczniej się pływa i żeruje. A co do skakania razem ze wszystkimi, to ja raczej będę jako typ antyskaczący, niż skaczący. No, ale każdy na jak ma i inaczej mieć nie będzie. Muszę przyznać, że ostatnie dnie a w zasadzie tygodnie pod względem biegowo-egzystencjalnym są dla mnie trudne. Raz, że na razie musiałem odpuścić sobie tuptanie i czekam, aż dobiegnę do siebie, ale niestety na razie tuptać się nie da. I tak sobie czekam, czeka a garb już rośnie. Do tego ostatnio trochę mnie zaczęło męczyć skrobanie i poważnie myślałem, o porzuceniu bloga. Nawet jeszcze trzy dni temu sobie pomyślałem: „dzisiaj ostatni dzień”. Przychodzę do domu, a tu na Facebook list od Sławka, czy mogę zareagować w sprawie wprowadzenia przez Miasto „maltowego”. No i co miałem zrobić? Musiałem zareagować. A tu zaraz potem polanie benzyną lekko rozpalonego przez Sławka ognia. Gościu mi napisał w komentarzu, że wszyscy prowadzą normalne blogi, a ja muszę się czepiać i w ogóle i w szczególe. No i sobie pomyślałem: nie ważne ile osób mnie czytuje, ale ważne by jednak tkwił ktoś, kto nie tylko płonąco, ale także krytycznie na nasze biegowe sprawy spojrzeć, a nie widzi tuptającego świata tylko w różowych barwach. Jest nas paru niekrytych krytyków i warto dalej się nie kryć. Zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie.

Mogę napisać, że rozpalona ogniem karawana biegaczy tupta, a ja jak na zdjęciu ten wpis prowadzącym z tyłu niczym wolontariusz biegnę zerkając się dzieje. I jak coś się dzieje larum podnosić. Czy coś z tego wybiega, czy nie to inna zupełnie strona medalu, ale raz czy dwa udało się poważną akcję zainicjować. Jak to nigdy nie wiemy co jeszcze się kroi.

Jak ja śmiem pisać…

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Marku i Robercie dłużej znany zgadzam się z Wami, że to już sięga granic przestępstwa że musimy płacić, za używanie czegoś co i tak powstało z naszych podatków i na co i tak i tak w mniej lub bardziej oficjalny sposób płacimy poprzez różnego rodzaju opłaty przez miasto pobierane. Tak jak Robercie napisałeś, że to nie jest w porządku, że bierze się od kasę za tuptanie po alejkach nad Matlą. Z drugiej strony w końcu wydeptujemy alejki i to grozi zniszczeniem asfaltowych nawierzchni miejskich.  Oczywiście taki żarcik.

Wśród wielu komentarzy pod dzisiejszym wpisem na Facebook wrzucony, rzucił mi się w oczy szczególnie jeden. Jak ja śmiem pisać o kasie w kontekście biegowej pasji. Przecież wszyscy blogujący piszą, jakie bieganie jest super, ile daje frajdy, radości, ile ognia dają starty zorganizowane, a ja śmiem się czepiać, wyrzucać, wypominać. Wszystkim się podoba, ja mam wonty i muszę się czepiać. To jest chamskie i nie fair. Wszyscy za, a ja nie więc niech się odp…, bieganie będzie lepsze beze mnie. Może trochę nadinterpretowałem, ale coś w tym stylu.

No cóż czasy, gdzie wszyscy jednomyślnie byli za na zasadzie jeden skacze skaczą wszyscy, każdy się cieszy i chwali, a szczególnie raduje, że w czasach ogólnego szczęścia i prosperity może żyć zakończyły się w większości przypadków 28 lat temu i nazywały się komunizmem. Tam była prawdziwa jednomyślność. Jak widać niektórzy tęsknią za tymi czasami. Wprowadzanie wzorców komunistycznego zachowania, mówienia i myślenia do biegania nie przyniesie dobrych rezultatów. Ja wiem, że wszyscy mamy naszą pasję, a biegi zorganizowane stanowią kwintesencję biegania. Dlatego pisanie, że coś jest drogie, poziom jakości nie jest w porządku, to jest zupełnie nie logiczne i dlaczego ja się czepiam. Odpowiem krótko: proszę o wybaczenie, że śmiem zwracać uwagę i się czepiać, że widzimy w bieganiu biznesowy absurd, że wzrost ilości biegów czyli szalejąca konkurencja jest wprost proporcjonalna do wzrostu cen i spadającym poziomem jakości oferowanej usługi. Jest mi bardzo przykro że jestem taki czepliwy i upierdliwy. Taki już jestem i niestety, ale śmiem o tym pisać.

POSiR jak Ojciec Chrzestny

Wczoraj wieczorem wrzuciłem tekst na temat planowanej ekstra opłaty dla organizatorów za biegi, które odbywają się na jeziorem maltańskim. Ja wiem, że niby 3 tysiące to nie jest dużo, ale wiadomo, że organizatorzy, że wyłożą maltowego z własnej kieszeni, tylko dołożą do opłaty startowej każdego z nas, kto nad Maltą biega. Jest to metoda i sposób nad którym zapewne wielu polityków z różnych stron partyjnych się głowi, czyli jak ruszyć kasę z kieszeni milionów biegaczy w kraju. Tu nie biega o wielką kasę, tylko nawet o przysłowiową złotówkę, która przy takim ogromnie podatników daje ekstra kasę. Wielu myślało, a nasz poznański POSiR wymyślił. Podszedł do Orgów i w stylu Ojca Chrzestnego powiedział: drogi organizatorze, mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia. Musisz nam, jak to Sycylijczycy powiadają: fari vagnari a pizzu czyli pozwolić umoczyć dziób.

No i Orgowie nie mają nic do powiedzenia. Oni dołożą, my zapłacimy, a POSiR będzie szczęśliwy i niczym ten Ojciec Chrzestny pozwoli nam łaskawie biegać nad Maltą. A kto wie, czy Malta to nie początek. Wszyscy, co tuptamy w Poznaniu powinniśmy coś POSiR-owi płacić. I wtedy będzie sprawiedliwe. Ciekawy pomysł Maciej mi wrzucił na Facebook. Tak naprawdę, my biegający stanowimy siłę, jest nas tak wielu. Może czarny protest, list do Prezydenta naszego miasta. Nie chce mi się wierzyć, że wie On o tych dziwnych akcjach swoich podwładnych. Warto naszemu Prezydentowi, na którego tylu nas biegających głosowało,  o tym powiedzieć. Czas zakończyć sycylijskie praktyki w Poznaniu. W końcu Moraska i Dziewicza Góra to nie Etna, ani Góra Rocca, Poznań nie Palermo, a Czerwonak czy Luboń to nie Corleone. Coś musimy zrobić, by pokazać, że to nie czasy komuny, kiedy można było wszystko zrobić i mało kto mrugnął. Teraz na działania takich czy innych funkcje publiczne pełniących patrzymy z dużą uwagą. Mamy prawo zgłaszać absurdy. Bo jak podatek od biegania nad Matlą, to może oddychania w lasach, czy ławkowy od siedzenia w parkach. Pomysłów jest wiele dla dobra naszych rządzących.

Ciekawy komentarz wrzucił Robert dłużej znany na Facebook:

„Nie wiem czy się orientujecie, ale pobieranie opłat za biegi nad Maltą funkcjonuje już od dawna. Jak chcesz zorganizować bieg dookoła Malty, to nie płacisz za samo przebiegnięcie biegaczy po chodniku i alejkach, ale za wynajem terenu np. pod biuro zawodów – rozstawienie namiotu, bannera, maty startowej czy mety. Być może Szpot był do tej pory z tej opłaty zwolniony i teraz to zmieniono (bezsensownie – darmowy bieg nie powinni brać opłat). Tutaj jest oficjalny cennik: 
http://malta.poznan.pl/dla-biznesu/wynajem-terenow/
 Nie mam ścisłych informacji, ale żeby było śmieszniej, kawałek terenu przez który przebiegamy wzdłuż Malty nie należy do POSiR lecz do Malta Ski, a więc prywatnej firmy, która pobiera dodatkowe opłaty za samo przebiegnięcie biegaczy…… Uważam, że Miasto pobierające opłaty za rozstawienie namiotu z biurem zawodów trudno inaczej nazwać niż zdziercą w biały dzień…. gdyby jeszcze to było coś negatywnego, ale za aktywność sportową dla mieszkańców???? SKANDAL”. No cóż trochę absurdów w chwalącym się proaktywną wspierającą mieszkańców polityką Poznaniu. Nasze miasto kreuje fajne standardy. W POSiR rządzi capo di tutti biegi.

Nad Maltą wprowadzamy podatek od biegania?

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Michu, co do Twoich planów dotyczących startu w Zamieci, to cóż ja zamiatam w domu, a na bieganie z miotłą jeszcze się nie piszę. A tak poważniej, Ty biegasz w zupełnie innej lidze niż większość z nas, więc ja mogę Tobie tylko najszczerzej jak potrafię kibicować.

Wczoraj od Sławka dostałem alarmujący link:


http://nordicwalkingmk.blox.pl/2017/01/Powietrze-nad-Malta-kosztuje-3000-zl.html
. Muszę przyznać, że mocno mnie w głowę walnęło. Sam kilka razy biegłem z Opel Szpot zarówno w bezpłatnym biegu nad Maltą, jak i ich sztandarowej płatnej dyszce i zawsze miałem o tym organizatorze dobre zdanie. Zresztą nie ja chyba jeden, na co dowodem było setki, jeżeli nie tysiące biegających, którzy pod sztandarem Szpota nie raz biegali.

Jeżeli faktycznie nad Maltą zostanie wprowadzana opłata za każdy bieg, nad jeziorem maltańskim, będzie to oznaczało, że miasto zaczyna sięgać do kieszeni nas tuptających. Jest to dla mnie szczególnie przykre, gdyż obecny Prezydent naszego miasta jawi się jako osoba wspierająca wszystkich mieszkańców i budująca zupełnie inny obraz sprawowania władzy. Ja rozumiem, że Malta jest miejscem, które miasto rękami POSiR, jako jego zdrowa tuba propagandowa  wybudowało. Jak widać kłuje kogoś w oczy to, ze tysiące ludzi może tutaj biegać. Kto wie, czy parę osób nie  zwróciło uwagi, że oni nie mogą spacerować, bo biegacze za free okupują maltańskie rejony. I komuś zaświtało nagle jak można obłożyć podatkiem nas biegających, Już kiedyś się zastanawialiśmy, jak różne władze będą chciały wyciągnąć kasę od nas tuptających. Argument jest prosty: teren miejski, miasta inicjatywa, więc jak ktoś biega, niech płaci. Teraz opłaty zostaną pobierane za biegi zorganizowane.

Myślę, że wkrótce pójdziemy krok dalej. Czekam kiedy trenujący i biegający indywidualnie także będą musieli wrzucać monetę o pewnej wartości do specjalnych biegometrów uprawniających do biegania np. 2 PLN za godzinę, 5 za dwie godziny, a 10 za trzy. Każdy po opłacie dostanie bilet biegowy, który musi trzymać przy sobie, najlepiej w widocznym miejscu, by patrolujący municypialni nie musieli zatrzymywać biegnących, tylko od razu widzieli: ma biegometr może biegać. Nie ma, kara. Najlepiej przykleić sobie na czole, ewentualnie w czapce biegowej ofoliowane miejsce na wsuniecie biletu. Myślę, że takie biegometry można wprowadzić nad Maltą, na Cytadeli oraz Rusałką. Za bieganie po ulicach centrum jeszcze wyższe stawki. Ja może na moim zadupiu jakoś się uchronię. Ale pomyślcie jak miejski budżet zostanie wzmocniony. Panie Prezydencie ile ekstrawaganckich projektów dzięki tej kasie można sfinansować. Nic tylko dać POSiR-owi zielone światło do kolejnych absurdów.

Biegi z różnym przesłaniem

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Masz rację Marku, coś w tym jest by przyciągnąć biegaczy do danego tuptania hasłami na nienawiść. Może chociaż nienawiść jest ciut mocno tutaj nazwania. Raczej bym wolał napisać, że preferujemy biegi z różnym przesłaniem. Tak sobie myślę, że biegi z przesłaniem możemy podzielić na trzy główne grupy

Pierwszą są różnego rodzaju biegi pamięci, często o patriotycznym podłożu. Oczywiście są tutaj biegi niepodległości, różnych powstań, bitew, ale także wspominający wielkie postaci naszego kraju. Zazwyczaj mówimy tutaj o wielkich historycznych postaciach, które zmieniały nie tylko świat, ale także nasze podejście do życia. Myślę, że fajnym tutaj przykładem będą biegi im Tomasza Hopfera, czyli człowieka, które pierwszy zasiał ziarno miłości do biegania wśród Polaków.

Innym rodzajem biegów z przesłaniem są biegi o charakterze charytatywnym, czy wspierającym daną wizję czy pomysł. Sporo jest takich tuptań na rynku i wszystkie cieszą się dużym wsparciem nas biegających. Co prawda parę razy zdarzyło mi się zobaczyć taki, bieg, gdzie jego charakter był praktycznie tylko w nazwie, gdyż okazywało się, że Orgowie na cel przyświecający biegowi dawali tylko przysłowiową złotówkę, ale i tam my zawsze takie biegi, a szczególnie inicjatywę wspieramy. Gdyż ta inicjatywa jest najważniejsza.

Jak już wspomniałem na początku, fajną wizję biegów z przesłaniem poruszył Marek. Biegi, które określił, jako biegi nienawiści, ale wolałbym określić jako protest run, czyli biegi protestujące przeciw… No właśnie przeciw czemu możemy biegać, znaczy protestować. Myślę, ze to zależy od tego, co w naszym kraju się dzieje. Obecnie mamy tyle absurdów w polityce, gospodarce i relacjach społecznych, że mamy co oprotestowywać, znaczy się obiegowywać. Przeciwko czemu możemy protestować? Na to pytanie niech każdy już sobie sam odpowie.  Można zacząć od biegu protestującego przeciw protestowaniu. W końcu protest run ważne by się odbył, a cel się zawsze znajdzie.  Pomyślimy, protest zorganizujemy i pobiegamy.

Gdyby jeszcze można protest run połączyć z protest song, to już zupełnie byłby odjazd



Biegnąc dalej w stronę sztuki, myślę, że jak były pociągi pod specjalnym nadzorem, tak my mamy biegi z różnym przesłaniem.

Jak przyciągnąć biegaczy?

To, że w naszym narodowym, tuptającym świecie od paru lat godnie się dzieje nikt nie ma chyba żadnych wątpliwości. Na rynku mamy dziesiątki, jeżeli nie setki biegów, ( w miesiącu)  w których, my którzy biegającej pasji z radością się oddajemy możemy wybierać, przebierać i spokojnie się zastanawiać, gdzie i kiedy wystartować. Nic tylko wybierać i przebierać.

Oczywiście są wśród nich tzw „kultowe biegi”, z wyrobioną marką, które nie muszą się reklamować, gdyż nie ważne jaki jest poziom oferowanej usługi, to tuptacze obojga płci i tak tłumnie walą. Bo wypada, bo tak jest powiedziane. No, ale zdecydowana większość, są to biegi nowe, które stosunkowo niedawno pojawiły się na rynku i robią wszystko, by przekonać biegających, by w nich właśnie spróbowali swoich sił. No, ale jak przekonać biegaczy do siebie? Różne są metody, które Orgowie stosują. Niektórzy walczą ceną, inni bardzo godnym pakietem startowym, jeszcze inni wyjątkową ze specjalnymi atrakcjami trasą. Metod i sposobów są dziesiątki, ale i tak wszystko sprowadza się do tego, jak sprawić, by przeglądający ofertę biegową wszedł, czy weszła na stronę naszego biegu. Jak zrobić, żeby w natłoku, jakże podobnych nazw z końcówkami „run”, „dziesiątka”, „półmaraton”, czy „,maraton” akurat nasza rzuciła się w oczy i przeciągnęła magnetyczną mocą.

Tak wbiegłem wzrokiem na stronę run-log.com, gdzie prezentowana jest chyba najbardziej pełna oferta biegowa. W samym styczniu, gdzie wiadomo biegów jest mało ze względu na mało atrakcyjną porę dojrzałem około 60 różnych tuptań, gdzie nie liczyłem tradycyjnych parkrun. W tym natłoku większość nazw po prostu przeskakiwała mi przed oczami, wcale nie zachęcając, by zajrzeć i zapoznać się ofertą. Jednak kilka spowodowało, że chociaż z ciekawości się zatrzymałem i zerknąłem o co tutaj biega. Do takich bardziej oryginalnych należały: „ Dobro Powraca”, „Bieg Trapera”, „Zadyma”, „ Zamieć”,  czy „ Bieg Dzika”. Do tego kilka biegów o tematyce historyczno-patriotycznej związane z Powstaniem Styczniowym. Jeszcze biegi ze światełkiem, City Trial, Forrest Run i różne biegi ultra. I tu już taka kołomyja, że nie wiadomo, na czym oko postawić.

Muszę przyznać, że Organizatorzy, którzy chcą zaistnieć w świadomości tuptających mają nie mały problem. Może faktycznie oryginalna nazwa będzie jakimś magnesem przyciągającym. Bo tych wszystkich Biegów takich, owakich i jeszcze jakiś oraz dziesiątek, maratonów i innych takich jest tyle, że tracę powoli wizję, w którą stronę się obrócić. Jest coś w tym, co Marek w swoim komentarzu napisał. Może faktycznie jest myślą organizowanie biegów popierającym, czy wręcz przeciwnie przeciw czemuś. Tak jak były protest song, to może być wizja z protest run.

W życiu trzeba mieć wyobraźnię

Muszę przyznać, że my Polacy mam wyjątkową wyobraźnię. O odkryciach największego XXI-wiecznego podróżnika i odkrywcy Waszczy Da Gamowskiego, który odkrywa nowe, nie znane geografii i społeczeństwom Państwa już pisałem, w prezentacji biegów, które są rozwijane w San Escobar. Ale do tego Państwa, by dotrzeć jest to poważna wyprawa i wiąże się z takimi, czy innymi utrudnieniami. Okazuje się, że wcale nie trzeba wyjeżdżać z naszego kraju, aby stać się pełnoprawnym obywatelem innego. Co prawda kawałek drogi, ale mimo wszystko łatwiej dotrzeć pod Radom niż do Meksyku czy  Logolandu, skąd można bezpośrednio do Sam Escobar się dostać, gdyż bezpośredniego połączenia z naszego kraju jeszcze nie ma.

No, ale przebiegam już do istoty, czyli Królestwa Kabuto, które powstało pod Radomiem:


http://www.bankier.pl/wiadomosc/Krolestwo-Kabuto-Pod-Radomiem-powstalo-nowe-panstwo-7489502.html

Zerknąłem na profil Królestwa na Facebook, znalazłem wywiad z Królem tego Państwa na temat zasad obowiązujących w tym mikro państwie:



No cóż, dla nas biegających szczególne znaczenie ma, jak są rozwiązywane kwestie sportowe i czy można w Królestwie biegać. Każda, czy każdy, kogo umiejętności są trochę większe od przeciętnych, może zapisać się do reprezentacji Państwa
http://governmentkabuto.info/sport.html

Natomiast nie spotkałem jeszcze, ale może jest już planowane zorganizowanie cyklu biegowego pod marką Kabuto. Czyli będzie to rekordowa piątka Kabuto, radosna dziesiątka Kabuto, no i oczywiście sztandarowy Półmaraton i Maraton Kabuto. Z tym, że w przypadku tych ostatnich biegów jest jeszcze kwestia aspektów prawnych i regulacji prawa międzynarodowego, gdyż biegi będą się musiały odbywać na terenie dwóch Państw, czyli Królestwa Kabuto i Rzeczpospolitej Polskiej. Trzeba wierzyć, że władca Królestwa, król Mieszko tak to wszystko ułoży, aby było dobrze. W każdym razie Kabuto jest nam zdecydowanie bliżej niż San Escobar. Muszę przyznać, że poważnie się zastanawiam, czy ta cała akcja z San Escobar nie ma właśnie na celu odsunięcia naszej uwagi, od rzeczywistego, prawdziwego, mlekiem i miodem płynącego państwa, którego obywatelem każdy, czy też każda z nas może się stać.  Tak na marginesie flaga tego wyjątkowego Państwa prowadzi ten wpis na różnych forach.

Czy czeka nas druga Jałta?

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Marku, masz rację na zdolności odkrywcze największego XXI-wiecznego odkrywcy i podróżnika Waszczy Da Gamowskiego zawsze możemy liczyć.

Ostatnie wyniki wyborów w USA i postać nowego Prezydenta jednego z największych globalnych mocarstw każą nam znowu się zastanowić: dokąd zmierza ten nasz świat. Ciekawy tekst na wiadomy temat znalazłem w Gazecie Wyborczej


http://wyborcza.pl/7,75968,21267177,tak-w-polsce-mozemy-obawiac-sie-trumpa-moze-sluchac-bardziej.html

Ja wiem, że zaraz parę osób krzyknie, że Wyborcza to izraelska tuba propagandowa i inne takie. Jednak każdy kto ma trochę trzeźwego spojrzenia i widzi co się dzieje, może być zaniepokojony.  Co nas czeka? Trudno w tej chyba wyrokować, bo nie wiemy, co w myślach nowego US Prezydenta tkwi. Martwi jego podejście do Rosji, oraz fakt, że wygraną w pewnym stopniu ponoć zawdzięcza rosyjskim hakerom. Jest to typ biznesmana, czyli działa na zasadzie: kup tanio, sprzedaj drogo, a biznes musi się kręcić. Żyje wg standardów biznesowych, gdzie wszyscy są partnerami handlowymi, opierający się na takich, czy innych biznesowych zasadach. Po drugiej stronie niestety nie ma biznesmana, tylko bezwzględnego oficera KGB, wyrosłego na wzorcach ekonomii Marksa, Engelsa i Lenina który patrzy w sposób czarno-biały. Jest to tego cholernie inteligentny, ma świetne umiejętności w manipulowaniu ludźmi i wielki żal o to, że ZSRR upadł. Co to oznacza dla nas i jaka była nasza rola w tym upadku wszyscy, którzy pamiętamy, lub mieliśmy dobrych nauczycieli w szkole wiemy.

Powiedzmy sobie szczerze: my jako Państwo nie jesteśmy dla Rosji żadnym rywalem. Ot podskakującą, czasem zbyt wysoko pchełką. Nasze relacje z Rosją od samego początku są nasiąknięte hektolitrami krwi, która wsiąkła w ziemię. Zresztą Rosjanie są jedynym krajem, które brało udział we wszystkich 4 rozbiorach naszego kraju. I. Co by nie patrząc po II Wojnie Światowej mieliśmy wielki rozbiór Europy i podzielenie jej na dwie strefy wpływów, w wyniku którego my znowu znaleźliśmy się po tej biedniejszej stronie. Ktoś może powiedzieć: ale za komuny było lepiej, bo darmowa szkoła, nie brakowało nikomu chleba, a czasem nawet masło i wędlinę się wystało. W końcu jak się chciało stać, to się wystało, ale się żyło w spokoju i radości. Tylko mamy porównanie na jakim poziomie cywilizacyjnym i gospodarczym my jesteśmy, a na jakim część kontynentu, która nie była pod opieką rosyjską. I wszystko w tym temacie. O życiu w wiecznej obawie, czy jakimiś swoim zachowaniem, czy powiedzeniem zbyt głośnego żartu nie podpadniemy jakiemuś konfidentowi i nie trafimy na dołek bezpieki, to już zupełnie inna bajka. Kto w ciszy i spokoju milczał, ten jakoś mógł egzystować, a na nawet na wakacje spokojnie raz w roku na Mazury, czy innych Demoludów wyjechać.

No, ale wracając do obecnego Prezydenta USA. Widząc jego zachowanie i stosunek, do Rosji pachnie to kolejną Jałtą. Z tą różnicą, że w Jałcie Roosevelt był chory i nie miał sił, a Trump jest pełen sił i optymizmu, a szczególnie tryska wiarą w szczerość intencji wszechcara Rosji. A ten wytrawny szachista w paru ruchach może zrobić szach mat.

Z drugiej strony, kiedy w 1980 roku Ronald Reagan  obejmował prezydenturę też wszyscy się śmiali, że jakiś tak aktorzyna o niepewnej orientacji politycznej i westernowych zagrywkach. A ten okazał się prawdziwym szeryfem. No, ale Trump jest biznesmanem nie aktorem. W końcu nikt nie przypuszczał, że Reagan, tak rozegra partię na ogólnoświatowej szachownicy.  A jak aktor mógł, to dlaczego nie może biznesman?

Co nas czeka? Trochę strach się bać, ale zawsze jest szansa by wyjechać do San Escobar. Podobno wizy znieśli i Roberta Lewandowskiego zatrudnili. Z drugiej strony to są zupełnie inne czasy i trochę inne ogólnoświatowe zależności. Pożyjemy, zobaczymy, pobiegamy, jeżeli jeszcze będzie nam to dane.,

Bieganie w San Escobar

Zapewne wielu z nas słyszało już o największym sojuszniku naszego kraju ostatnich miesięcy, czyli San Escobar. Dzięki panu ministrowi Waszczykowskiemu pomiędzy naszymi państwami zapanowała niespotykany na ogólnoświatowej mapie kontaktów międzynarodowych sojusz oparty na całkowitej wzajemnej wymianie tego co najlepsze. Nasi rodacy oczywiście podzielili się z zamieszkującymi San Escobar swoją największą pasją, czyli bieganiem. No i okazało się, że faktycznie łączy nas bardzo wiele i w podobny sposób patrzymy na świat. Żeby się zbytnio nie rozwodzić napiszę tylko, że zaraziliśmy San-escobarczyków miłością do biegania. Oczywiście dzielimy się naszymi doświadczeniami w tym zakresie, a mieszkańcy San Escobar chłoną nasze doświadczenia i przejmują wzorce i propozycje. W zasadzie pan minister powinien zmienić nazwisko na Waszczy De Gamowski. W końcu odkrywa nowe kraje i sojusze dla Polski.

Słyszałem, że powołano polsko-sanescobarskie towarzystwo biegowe, które ma za zadanie rozbudowanie, a w zasadzie stworzenie całej infrastruktury biegowej w tym pięknym kraju. Podobno ostatnio była tam delegacja polskiego parkrun, dzięki której ruszą w najbliższą sobotę trzy nowe parkrun lokalizacje w Santo Subito, Ciudad Polaca i Gargamelle. Podobno do naszych różnych lokalizacji, już przybiegają maile z innych sanescobarskich lokalizacji z prośbą o uruchomienie projektu w ich miastach. Ale biegi na 5 kilometrów to nie wszystko. W przyszły roku ma ruszyć projekt pt perełka dziesiątek sanescobarskich. Aby zdobyć odznaczenie czyli perłę wielkości orzecha z wygrawerowaną dziesiątką, należy przebiec 10 biegów na 10 kilometrów, które będą miały swoją inaugurację w przyszłym roku. Łącznie w przyszłym roku odbędzie się 16 biegów na tym dystansie, ale wszystkie w mniejszych miejscowościach w stylu Los Jabolos, Los Samogonos, Los Bimbros czy chociaż El Pimpos Del Sadełkos.

Ale piątki i dziesiątki to jedno. Najważniejsze, to uruchomienie od nowego roku projektów: Korona Półmaratonów San Escobar i Korona Maratonów San Escobar. Zasada zosała praktycznie skopiowana z naszej, czyli, aby uzyskać Koronę Półlmaratonów San Escobar, trzeba ukończyć 5 półmaratonów w Al. Pacino, Audiovideo, Fort Sierra, Arboleda oraz Dos Rios. Z kolei, jeżeli ktoś chce zdobyć oznakę Koronę Maratonów San Escobar, musi podobnie jak w naszym kraju ukończyć 5 maratonów w okresie dwóch lat. Miasta, które zostały wytypowane do Korony, to oczywiście stolica Santo Subito. Do tego dobiega: Fronterra, Gacamolle, Gargamelle oraz Senderos. Z kolei dla zwolenników biegów ultra ruszają dwa ultramaratony: San Elevator oraz Sierra Corleone.

Do wpisu załączam mapkę, by każdy mógł się zastanowić gdzie w przyszłym roku zechce wystartować. Ja poważnie myślę o dziesiątce w Los Bimbros, półmaraton w Audiovedeo i z przyjemnością maraton w stolicy w Santo Subito. Do San Escobar polecę w piątek, by w sobotę przed maratonem parkrun jeszcze w Santo Subito przetuptać. Leci ktoś może ze mną?

Wielkie narodowe święto sportowe

Dzisiaj czeka nas wielkie święto sportowe, czyli Puchar Świat w Skosach Narciarskich w Zakopanem. Szczerze musimy przyznać, że skoki, jest to niszowa dyscyplina sportu, którą interesują się ludzie w kilkunastu, góra kilkudziesięciu krajach. Skocznie narciarskie, na których można uprawiać ten przynajmniej dla mnie fascynujący sport mamy w 30 krajach na całym świecie. Dominuje tutaj Europa, gdyż poza granicami naszego kontynentu skocznie mamy w USA, Japonii, Kazachstanie, Gruzji, Chinach i Korei. Najwięcej skoczni mamy w Niemczech – 29, a na drugim miejscu jest…. Polska z 20 obiektami, na których można trenować skakanie. Chociaż w zasadzie w kraju mamy 19 czynnych skoczni narciarskich, gdyż obiekt w Białej został zamknięty. Co nie zmienia faktu, że pod względem czynnych ilości skoczni narciarskich jesteśmy potentatem na skale światową. Mimo faktu posiadania aż tylu skoczni, jak kraj, pod względem uprawiających tą dyscyplinę, to zaliczamy się raczej do Dawidów, niż Goliatów. Wynika to z faktu, ile osób trenuje tą trudną dyscyplinę, która wymaga, jakby nie patrzeć dużo odwagi. To nie to, co pójść sobie pobiegać dookoła domu, czy do lasu. Tutaj, chcąc uprawiać tą dyscyplinę, nie ma szans na taką radosną amatorkę, jak w bieganiu. Nie jest tak, że każdy może sobie pójść na skocznie i poskakać. To znaczy niby może, jak nikt nie zobaczy, że się wskrabuje na skocznie i zdąży wcześniej testament napisać. Jak podaje ciocia Wiki, czyli Wikipedia, w Polsce mamy obecnie 224 osoby ( zarówno dotyczy to skoków, jak i kombinacji norweskiej), którzy mają prawo i umiejętności, by wejść i oddać zgodnie z obowiązującymi zasadami sztuki skok.  Nie możemy się równać z takimi Goliatami jak Austria, Niemcy, Finowie, Norwegowie. Ostatnio mocno do tej grupy pukają Słoweńcy. A czy my  już jesteśmy Goliatami, czy jeszcze raczej Dawidami, trudno powiedzieć.

To, że w sumie tak mało mamy zawodników uprawiających tą dyscyplinę to dobrze, bo przynajmniej nasze szanse rosną. U nas szał skakania zaczął się od epoki wielkiego Adama Małysza. On swoimi wielkimi sukcesami spowodował, że zakochaliśmy się w skokach. Obserwuję to z radością, gdyż pamiętam jeszcze czasy, kiedy Piotr Fijas reprezentował nasz kraj. Oczywiście nie odnosił on takich sukcesów, jakie w ostatnich 17 latach nasi skoczkowie nam przynoszą, ale było solidnym skoczkiem z czołówki, dzięki któremu moje zainteresowanie do tej dyscypliny zapłonęło. Owszem po panu Piotrze mieliśmy czasy narodowych nielotów z stylu Kowala, Skupienia, Moskala, Klimowskiego czy Mateji, ale ich wyniki, były jakie były i możemy śmiało napisać, że były to bardziej podskoki, niż skoki,

No, ale potem nastała era wielkiego Adama Małysza, a my zakochaliśmy się w tej trochę innej niż nasza narodowa piłka nożna dyscyplinie. Muszę przyznać, że z dużą uwagą obserwuję podejście nas kibiców do skakania, a szczególnie rywali. Pominę tutaj wyczyny naszych komentatorów sportowych, którzy uprawiają nagminnie seks oralny, czyli klasycznie pie….  często bez składu i ładu i sensu zachwycając się atmosfera, mówiąc, że mamy najlepszych kibiców, dmuchami pod narty i wielbimy nasze gwiazdy, bez pokory i szacunku, no ale to inna para kaloszy. Właśnie, tak a propo tych najwspanialszych kibiców na świecie. Jak pisałem pamiętam czasy Adama Małysza. Tak się złożyło, że do największych jego rywali zazwyczaj należeli skoczkowie niemieccy. Najpierw w latach 2000-2001 był to Martin Schmitt, a później Svenn Hannawald. Szczególnie ten drugi skoczek wywoływał wśród „najlepszych kibiców na świecie” białą gorączkę. Buczano na niego gwizdano, a on „odwdzięczał się” bardzo ekspresyjnymi gestami po wylądowaniu. Co robili w takiej sytuacji „najlepsi kibice świata”? Obrzucali go śnieżkami. Dopiero osobista interwencja Adama Małysza i wielka prośba do kibiców, by jednak z szacunkiem podchodzili do innych zawodników, nawet Niemców i rywali spowodowała, że nasi zmienili swoje podejście. I faktycznie od tego czasu możemy napisać, że kibiców mamy godnych.

Minęło już kilkanaście lat od tamtych wydarzeń i można już śmiał napisać, że nasi kibice faktycznie dojrzeli do kibicowania skoczkom i podejście z aren piłkarskich pozostawiają poza trybunami otaczającymi zeskok. Tak jak na początku napisałem, skoki to sport niszowy, którym interesują się tak poważnie i naprawdę w nastu krajach. Drugim sportem, który także mimo, a może właśnie swojej niszowości w naszym kraju ma ogromne powodzenia jest żużel. Ja wiem, ktoś powie i tak z piłką to się nie może równać. Piłkę uwielbiają ( takie modne obecnie i nadużywane słowo) – wszyscy, a skoki czy żużel paru… no może parę milionów. I dlatego skali sukcesów w piłce nie można przymierzać do skali sukcesów w skokach, żużlu czy chociaż lekkiej atletyce. Tylko o jakiej skali sukcesów my w przypadku naszej narodowej czy klubowej piłce nożnej mówimy? Ostatnie sukcesy to zeszły wiek i to zarówno na poziomie Igrzysk czy Mistrzostw. No przepraszam nasza reprezentacja do 16 lub 18 lat hurtowo zdobywała medale do początków tego wieku, bo w tym to mamy futbolową kaszanę.



A w zasadzie kaszankę, chociaż ostatnio drgnęło, niby, ale nie wnikam głębiej, bo to  nie ten blog.