Biegowe mgnienie wiosny,

Ostatnie tygodnie prawie klasyczną zimę tak przyniosły. Może nie była to jakaś z trzaskającym mrozem i metrową warstwą śniegu zima, ale z takich zimowych, dawne lata przypominających. Co prawda jak to nasi dziadowie mawiali także mógłbym napisać, że za mojej młodości, to dopiero były zimy, ale zaraz u mnie w pracy by skomentowano, że ja pewno pamiętam okresy poszczególnych zlodowaceń, kiedy to dinozaury wymarły. Tak, wtedy to była zima, a nie jakaś popierdółka, jaką w ostatnich dwóch tysiącleciach mieliśmy. Nawet wtedy, gdy Bałtyk zamarzał i do knajpy na środku morza na rozgrzewające wino w XVII wieku pobiec można było, to i tak do tamtych czasów nic to nie znaczyło. No, ale nie będę czasów chmurnej, burzliwej i pełnej niestworzonych rzeczy młodości wracał, bo nie czas miejsce i psychiatrów w kraju za mało by było, by odpowiednio mnie zdiagnozować.  Tym bardziej, że coraz mniej nas tamte czasy pamietających pozostało, kiedy za dinozaurami biegaliśmy, albo przed nimi uciekaliśmy, a nad głowami pterodaktyle przeraźliwie zawodziły.

No, ale nie ma co wracać do przeszłości, gdyż nad teraźniejszością rozważamy. No i wczoraj wreszcie klasyczna wiosenna pogoda się swoją pełną jasnością objawiła.  Mieliśmy i słońce i ciepełko, nic tylko w życiu radośnie się zanurzyć i z pełną nieokiełznaną radością tuptaniu pod biegowym mgnieniu wiosny zanurzyć Aż chce się żyć i biegać, a potem znowu biegać i żyć, bo w końcu to jedno i to samo. Tak więc, niech moc wiosenna nasz wszystkich napędza biegową radością. A dzisiaj wieczorową porą dla każdego chętnego piątka lub dyszka o godzinie 20.00 na Cytadeli czeka, a w zasadzie to zaprasza. I czas zmierzą, a może herbatką poczęstują, a wszystko tylko za przyjście i uśmiech na dzień dobry, a w zasadzie wieczór.

No i wiosna nam się zbliża coraz większymi krokami radośnie słonecznie do nas się uśmiechając. Przyjmujmy ją z radością, gdyż wiosna, jak każda kobieta jest piękna, zdecydowana i nie sposób z nią polemizować. I jak z każdą kobietą są dwie drogi debaty z nią. Pierwsza, to zgadzać się na wszystko co nam przekazuje i co do nas mówi, a druga, cóż druga nigdy nie działa.

Dyszkę przed czy po pracy róbcie codziennie Rodacy,

Tak sobie dumam, czego nam do szczęścia po pracy potrzeba. Wedy, kiedy wracamy do domów, często „skatajeni jak koń po westernie”, bez sił, bez ducha po pozostawieniu w miejscu pracy całej swojej mocy i energii. No i wracamy do domu zerkając dookoła często na wpół oślepłym spojrzeniem osoby rozumnej inaczej. Przyduszeni, przytłumieni, bez sił, bez ducha niczym szkieletów ludy, jak to klasyk niegdyś pisał. No i na wpół przytomnie do domu wchodzimy pożerając to, co na nas czeka, lub co sami potrafimy sobie zrobić, a następnie na wpół otępiali zastanawiamy się skąd siły wziąć, bo to dopiero początek tygodnia i takich wyrywających za nas siły dni jeszcze ładnych kilka przed nami. No i gdzie zebrać moc, gdzie baterie naładować, by w nowym dniu z ekstra siłami w pracy się pokazać. Bo, nie ma tutaj że boli, to po prostu musi boleć. I nie ma innej opcji. W pracy z uśmiechem nasz ból przyjmować musimy, bo czym jest życie bez pracy.

Jednak są szanse i możliwości, by te nasze służbowe męki złagodzić, czy nawet tak osłodzić, że z radością będziemy ich czekali. Wystarczy mieć jakąś odskocznie od codzienności, takie miejsce, czy czynność, dzięki której nasze wewnętrzne baterie się ładują, ciało nabiera siły, a radosny duch każdego dnia nogi w stronę miejsca służbowych obowiązków kieruje. Jak dla mnie idealną taką codzienną, ładującą baterię czynnością jest machnięcie sobie od paru do parunastu kilometrów, w zależności ile sił i jaki nastrój ciało ogarnie. Gdzie staram się, by nawet w najskromniejszym wydaniu jednak było to coś w okolicach dyszki, bo czy dla mniejszej ilości warto ruszać się z domu? Może i warto, jednak jak dla mnie dyszka to jest taki optymalny dzienny kilometraż. Oczywiście są dni, kiedy robi się więcej, ale jednak staram się, by nie było takich, aby było mniej. Oczywiście nie mówimy o tym prawie dwumiesięcznym okresie, kiedy sobie odpuściłem i na nowo teraz musze moją biegową moc budować. Nie jest to takie łatwe, jednak z tego też powodu dyszka, to takie minimum, poniżej którego nie ma po co z domu się ruszać. A, że trzeba z domu się ruszyć, to chyba wszyscy wiemy, więc swoje kilometry codziennie wystukujemy.

Jest jeszcze jedna opcja. Jeżeli komuś nie pasuje po pracy, to zawsze może zrobić swoją dyszę przed, by naładowany treningowymi endorfinami w pracy się pokazać. Wszystko zależy od tego, na którą do pracy idziemy i kiedy bardziej nam nasze kilometry wytuptać pasuje, Podsumowując proponuję hasło na ten rok:

Dyszkę codziennie przed czy po pracy, róbcie drodzy rodacy,                                               Jednak jeżeli komuś dyszka za dużo lub za mało,                                                              Niech robi wtedy tyle, ile mu się będzie chciało.                                                                      A jak się codziennie i stale  biegać będzie                                                                              Dyszka bez bólu w końcu nam wejdzie,

I z tym hasłem w tuptający sezon wejdźmy

Nocne bieganie po Cytadeli,

Do biegowej mapie poznańskich organizatorów od jakiegoś czasu z coraz większymi sukcesami pojawia się kolejny gracz, czyli Robert dłużej znany. Może nie organizuje od tuptających wydarzeń zbyt często, ale jak już robi, to z rozmachem i w taki sposób, że innym Orgom szczęki opadają, gdyż jak można robić coś bez kasy. A okazuje się, że można i do tego zrobić to tak, że inni mogliby się uczyć. Idealnym przykładem był Bieg  Powstania Wielkopolskiego w rok z haczykiem temu, gdzie wszystko było tak zorganizowane, że nie tylko mucha nie siadała.

W zeszłym roku Robert zorganizował dwa razy biegi z nowej rodziny na tuptajacym rynku, czyli Cytadela by night, a w tym roku nie zamierza poprzestawać w swojej przepełnionej altruizmem i profesjonalizmem działalności biegowej:

„Zapraszamy na trzeci bezpłatny bieg z cyklu Cytadela by Night!!!

Termin trzeciego biegu to 28 lutego wtorek start punktualnie o godz. 20:00.

Do wyboru dystans 5 km oraz 10 km. Biegi bezpłatne, z profesjonalnym pomiarem czasu. Na mecie jak zwykle gorąca herbata i może coś słodkiego.

UWAGA!!! Warunkiem odbycia się dystansu 10 km jest zgłoszenie chęci pokonania tego dystansu przez minimum 30 osób!!!

Biegamy na poznańskiej Cytadeli. Wstępnie spotykamy się w miejscu startu biegów parkrun i bieg odbywa się identycznie jak przy poprzednich dwóch edycjach. W przypadku zmian poinformujemy o tym na stronie wydarzenia.

Po biegu szczegółowe wyniki zostaną opracowane i opublikowane na profilu.”

Podam już teraz orientacyjne wstępne terminy kolejnych biegów z cyklu Cytadela by Night w najbliższych miesiącach, tak żeby każdy mógł sobie zaplanować obecność na Cytadeli we wtorkowe wieczory:

- 28 lutego godz. 20:00 – to już teraz!!! zapraszamy Was w ten wtorek

- 7 marca – idealna rozgrzewka przed sobotnią Maniacka Dziesiątka

- 11 kwietnia – idealna rozgrzewka przed Świętami Wielkanocnymi

- 23 maja

- 20 czerwca

Wpisujemy te daty do kalendarzy!!!

Może i wtorek wieczorową porą dla wielu z nas nie wydaje się fajnym terminem i w wielu przypadkach może się zdarzyć, że koliduje z różnymi zadaniami, ale jak czas się znajdzie, to nic tylko na Cytadelę.

Relacja z Biegu Wilczym Tropem,

Mimo toczącej mnie od ponad tygodnia grypy i brakach treningowych sięgających niemal dwóch miesięcy udałem się dzisiaj na Cytadelę, by w biegu oddać cześć żołnierzom wyklętym. W strefie startu byłem tuż po 9, witając się ze znajomymi i w końcu zgodnie z założeniem stanąć w strefie startu. Na początku przed startem wszyscy odśpiewaliśmy Hymn Narodowy, by w rytm słów Zbigniewa Herberta odśpiewanych przez Molika, Piętaka i Własnowolskiego ruszyć w trasę

 

Przezornie stanąłem pod koniec stawki, czując, że moje obecne siły są z lekka osłabione. No, ale biegnąć spokojnym rytmem w czasie około 5.40 na km, tak bez nerwów i na luzie. Dookoła tłum biegnących. Z racji że startowałem praktycznie z końca stawki, z każdym kilometrem przesuwałem się przodu. Niestety na trzecim kilometrze dopadł mnie taki atak kaszlu, że przez następne 2 kilometry rozsiewałem kaszlące bakterie na wszystkie strony. Do mety na 5 kilometrze się doczłapałem, znaczy dokaszlałem ale po piątce już zrezygnowałem i zbiegłem z wieloma innymi do mety. Musze przyznać, że miałem cholerną chandrę, ale nie było opcji by biec dalej. Już nawet nie podszedłem do strefy pobiegowej, by w wielkiej kolejce czekać na coś do nie wiadomo czego, tylko szybko udałem się do domu, by do stanu zdrowotnej użyteczności się doprowadzić

Co do samego biegu, oprawa super, co do spraw pobiegowych nie będę się wypowiadał, gdyż nie skorzystałem. Jak napisałem wcześniej biegowa chandra, ale trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Jeden wielki plus, że chyba odflegmiłem się na amen, pozbywając całej płucno-oskrzelowej zawiesiny. I albo legnę, albo już stanę zupełnie na nogi. Jutro zapewne będę wiedział, czy mnie postawiło to nogi, czy rozłożyło na amen. Jak to się mówi, pod względem zdrowotnym postawiłem wszystko na jedną kartę, czyli albo wóz, albo przewóz, albo wstanę, albo rozłożę się na amen. Otrzymałem dzisiaj albo zbawczy, albo rozkładający na amen pocałunek biegowy.

Na koniec może rozszerzę trochę temat samych żołnierzy wyklętych, gdyż ilu z nas naprawdę wie coś więcej na ich temat Zainteresowanych odsyłam do opracowania dr. Leszka Pietrzaka, na temat powstania antykomustycznego na ziemiach polskich po 1945 roku, które było ostatnim do tej pory oficjalnym wystąpieniem zbrojnym w naszym kraju przeciwko narzuconej z zewnątrz władzy:

„Najnowsze badania historyczne szacują, że przez wszystkie organizacje i grupy zbrojne antykomunistycznego podziemia  przewinęło się nawet 180 tysięcy ludzi. Niemal połowa wywodziła się z AK by działać następnie w strukturach DSZ i WiN. Około 30 – 40 tysięcy związanych było z podziemiem narodowym. Pozostali należeli do organizacji i grup o zasięgu lokalnym. W bezpośredniej walce poległo według najnowszych szacunków od 8 do 10 tysięcy ludzi podziemia a około 21 tysięcy zmarło w więzieniach i aresztach UB. Była to cena jaka zapłacili Polacy w pierwszym starciu z komunizmem – cena jak pokazują badania niemała.

Tak jak każda armia, również armia  antykomunistycznego podziemia miała swoich bohaterów i miała swoje Termopile. Nie zawsze  to byli bohaterowie bez skazy, ale na pewno walczyli o naprawdę wolną Polskę, nie wiedząc kiedy rzeczywiście ona nadejdzie. Walczyli z wiarą, że ich walka nie będzie nadaremna, nawet kiedy  poniosą klęskę. Zazwyczaj nie mieli rodzin ponieważ, jak  stwierdził jeden z nich „nie był czas ku temu”. Mieli również ludzkie słabości.

Byli jednak żołnierzami z krwi i kości, nawet jeśli nie byli zawodowymi wojskowymi. Mieli zazwyczaj 25 – 30 lat. Wojna pozbawiła ich możliwości zdobycia wykształcenia, chyba, że udało im się zdobyć przedwojenną maturę. Posiadali za to bogate doświadczenia walcząc najpierw z okupantem niemieckim, a następnie z komunistyczna władzą.  Mieli zazwyczaj silne cechy przywódcze i ogromny autorytet u podkomendnych. Na co dzień musieli zmagać się z trudami partyzanckiego życia, któremu bardzo często  towarzyszyła walka z przeważającym wrogiem i mordercza ucieczka przed przeważającymi siłami  NKWD i UB. Towarzyszyło im piekielne zmęczenie, strach przed beznadziejnym końcem. Jednak walczyli bardzo często do samego końca, dając potomnym przykład niesłychanej odwagi i hartu ducha.”

Nie raz już pisałem, dlaczego tematyka żołnierzy wyklętych tak bardzo jest mi bliska. Jak ktoś nie pamięta to:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kempi%C5%84ski
. Jak widać w naszej uważanej do 1956 roku praworządnej i nie stawiających zbytnich przeszkód sowieckim okupantom, także byli ci, dla który orzeł z koroną był bliski. Dlatego mimo choroby musiałem tam dzisiaj być.

Czas ruszyć na jeden z ważniejszych biegów w roku

Tak ogólnie bieganie wydaje się być wspaniałą pasją, jednak bez jakiejś głębi. Ot tuptamy sobie dla zdrowia, frajdy, walki ze słabościami, ale bez głębszego podtekstu. Jednak od czasu do czasu zdarzają się biegi z pewnym, jakby to nazwać podwójnym dnem. Takie, w których powinniśmy pobiec, gdyż są czymś więcej, niż tylko tuptaniem. Zaliczyć do takich biegów można z jednej strony różne biegi charytatywne, a z drugiej  o podłożu historycznym stanowiące naszą własną manifestację pamięci dla naszych przodków, którzy oddawali krew, a nie pot właśnie po to, byśmy teraz mogli bez obaw dzielić się naszymi przemyśleniami na każdy temat, bez obawy, że ktoś nas oskarży o różne wywrotowe wizje.

Do takich biegów możemy zaliczyć wszystkie Biegi Niepodległości, biegi różnych bitew, ale także dzisiejszy Bieg Wilczym Tropem, czyli do uczczenia pamięci tych, którzy po II Wojnie Światowej nie poddali się bezwolnie „wyzwalającym” nas okupantom z trochę bardziej ludzką niż niemiecką twarzą, ale także planujących nas zniewolić pod hasłami dyktatury proletariatu i wiecznej miłości polsko-rosyjskiej. Miłości której pocałunki i ślady po wzajemnym pożyciu znajdowaliśmy w grobach katyńskich, lasach syberyjskich, a także w dziesiątkach czy setkach innych mniej lub bardziej znanych miejscach.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z nas jest to temat drażliwy, o bardzo dwuznacznym podłożu. Ja nie mówię, że wszyscy żołnierze wyklęci, czy raczej przez Komunę przeklęci, byli łagodnymi idealistami, którzy także nie popełniali błędów. Jasne, że zdarzały się tutaj także przypadki mordowania niewinnych osób. Jednak to przez tych, co ze wschodu nadciągnęli nadeszły czasy zbrodni i krwi, a wszyscy, którzy potrafili niezależnie myśleć , z góry zostali skazani na eksterminację. Naszym nowym panom, trochę podobnie jak najeźdźcą hitlerowskim zależało, by w kraju mieszkał bezwolny proletariat, który nie potrafił niezależnie myśleć.  Cała reszta miała być wywieziona, eksterminowana i sprowadzona do pozycji niewolniczej. Jednak to właśnie ofiara wyklętych stanowiła siew, dzięki której pragnienie naszej niezależności i wolności w nas nie zaginęło. To właśnie z ich krwi i kości wyrosła nasza moc, która zmiotła w 1989 roku komunistyczne zniewolenie. To, czy umiejętnie odzyskaną wolność wykorzystujemy i kto na niej najbardziej korzysta to już zupełnie inna bajka.

Dlaczego dla mnie tak ważny jest to bieg, już nie raz pisałem, wiec nie będę się powtarzał Ja akurat dzisiaj muszę na Cytadeli pobiec.

Buńczuczność i pycha naszych komentatorów ukarana,

Wybaczcie, ale nie mogę się powstrzymać. Jak parę razy zdarzyło mi się napisać, że nasi komentatorzy kpili z losu i możliwości innych zawodników wieszając medale na szyjach naszych zawodników długo przed zawodami. Tak też było, a może szczególnie w czasie tegorocznych Mistrzostw Świata. Od przedwczoraj głosili wszem i wobec, że mamy medale pewne. Jak ich słuchałem, to odnosiłem wrażenie, że buńczuczność i pycha z ich ust płynąca zostanie ukarana. Muszę przyznać, że nie dało się tego słuchać i w pewnym momencie wydało mi się, że słyszę w duchu głos losu: „ przesadzacie panowie, nie drażnijcie mnie”.

No i dzisiaj jak wielu z nas siadłem przed telewizorem czekając z niecierpliwością na konkurs. I znowu nasi komentatorzy: „ jesteśmy najlepsi”, „ mamy taką moc”, „ medale pewne, jak nie jeden, to drugi, albo trzeci, a zawsze czwarty”. Muszę przyznać, że aż nóż mi się kieszeni otwierał, kiedy tego słuchałem. No, ale z każdym kolejnym skokiem naszych zawodników ten napompowany do granic możliwości balon zaczął powoli puszczać powietrze. Po pierwszej serii jeszcze starali się dopompować, że wierzymy, że damy radę, że będzie medal, może już nie złoty, ale Kamil może, potrafi i przeskoczyć. No i stało się napompowany balon pękł. Napiszę krótko: nie mam nic przeciwko naszym zawodnikom. Skakali tak dobrze, jak dzisiaj się dało i dali z siebie wszystko. Tyle, że inni mieli więcej pary i wyskoczyło im lepiej. Mam może nie żal, ale dziwne przeczucie, że ta pycha i buńczuczność naszych komentatorów, została przez los niestety słusznie ukarana. Szkoda tylko, że odbiło się to na naszych zawodnikach. No, ale nie oni tworzą obraz przed losem tylko nasi komentatorzy. A los lubi pokorę i szacunek, czego naszym komentatorom brakuje.  No i taka kara ich spotkała.

Skoki to jest taka dyscyplina, w której tak naprawdę jest kilkunastu zawodników którzy mogą stanąć na podium. Wszystko zależy od dnia, nastroju, szczęścia i tego czegoś nieznanego. Dlatego panowie komentatorzy nauczcie się pokory, zanim znowu spieprzycie naszym zawodnikom kolejne zawody. Najbardziej mnie ubawił jeden podsumowujący komentarz jednego z naszych prowadzących: „winni są nasi zawodnicy, bo tak dobrze wczoraj i przedwczoraj skakali, że rozbudzili takie nadzieje”. Nasi zawodnicy zawsze skaczą na maksimum swoich możliwości. Tyle, że inni jak widać skakali luźniej, albo waszym komentatorskim wybaczcie za szczerość „pieprzeniem” sprowokowaliście los, by pokazać, a wcale tak nie jest. Jak szukamy winnych, to winni są prowadzący zawody komentatorzy. I krótka porada. Więcej pokory na przyszłość, bo los lubi pokornych, Taki jest wynik tych Waszych panowie stwierdzeń w stylu: nasi zawodnicy zmiażdżyli, rozbili, zdeptali, przeskoczyli i inne takie. Przykre tylko, że złośliwość losu musiała dotknąć naszych wspaniałych skoczków.

Wygrać z przeziębieniem

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Panda, coś w tym jest co napisałaś, Urok Miłosny, dziękuję za miłe słowa.

No i stało się, pakiet wzięty. Dzisiaj wybrałem się na Śródkę, skąd od znajomego z parkrun otrzymałem pakiet startowy na jutrzejszy bieg.  O tematyce napiszę w jutrzejszym wprowadzającym wpisie, a dzisiaj zatrzymam się nad moją prywatną walką o możliwość jutrzejszego startu. Oczywiście dotyczy to boju z przeziębieniem. Kto wygra, ja czy ono? Jak pisałem wczoraj, dwa dni bez biegania, do tego atak różnymi ogólnodostępnymi bez recepty lekami. Czyli począwszy od herbaty z miodem i cytryną, przez witaminę, syrop, theraflu, do najskuteczniejszej metody czyli okładu z kobiecych piersi skończywszy. Jest to prawdziwy wyścig bez trzymanki. Kto będzie górą: ja czy przeziębienie? Jutro się okaże. Z drugiej strony, jak to słusznie Robert krócej znany w jednym z komentarzy na FB napisał: są rzeczy i sprawy, dla których tak po prostu trzeba czasem się poświęcić.

Trwa walka, a jutro jej wynik poznam. Wiem jedno, czas jutro będzie z gatunku fatalnych. Raz, że od początku roku moje treningi były jakie były, czyli raczej ich nie było, bo udo pobolewało. Podejrzewam, że nie czas, ale samo dobiegniecie jutro będzie ważne. I chyba nic innego nie będzie liczyło.

Na razie zbieram siły i dumam nad jutrzejszym tuptaniem. Jak to się mówimy: pobiegamy, powalczymy z choróbskiem i zobaczymy jak wybiegnie. Co ma być to będzie. Walka trwa w najlepsze, ja kontra on. A może ono, w zależności czy traktujemy je jako sam kaszel, czy raczej całe przeziębienie.

Skrobię te słowa tuż przed pierwszym medalowym, jakże nas interesującym rozdaniem w Lahti, czyli indywidualnym konkursem na skoczni normalnej. Jak dzisiaj wybiegnie, czy raczej wyskoczy? Wyrokujących i wieszczących mamy cała masę, więc nie będę zajmował się prorokowaniem, gdyż od tego mamy naszych sportowych dziennikarzy, którzy nagminnie się tym zajmują. Zdaję sobie sprawę, ze mamy najsilniejszą pakę w naszej historii. W zasadzie możemy zdobyć wszystko, nawet zająć wszystkie miejsca na podium. Ale sport, a zwłaszcza skoki nie są tak łatwo przewidywalne, bo nigdy nie wiemy, jak co komu powieje i czy znowu jakiś Ammann z pudełka, znaczy się belki nie wyskoczy.

Kiedy los rzuca pasji kłody pod nogi,

Muszę przyznać, że jak na razie ten rok pod względem biegowym układa się fatalnie. Tak, jakby jakieś antytuptajace fatum nade mną zawisło. Wszystko zaczęło się na  początku roku, kiedy ni stąd ni z owąd przyczepiła się po raz pierwszy w życiu kontuzja mięśnia dwugłowego. Na grubo ponad miesiąc wyłączyła mnie ona z tuptania. No, ale nic kiedy się skończyła rzuciłem się w treningowy tan, by odrobić zaległości i do zaplanowanych, a nawet opłaconych startów się przygotować. Najbliższy już jutro, czyli tak bardzo mi bliski bieg dla żołnierzy wyklętych. No, ale od poniedziałku łubudu i przeziębienie po raz pierwszy od 4 lat mnie chwyciło. Kaszlenie, smarkanie, psikanie, nie będę się bardziej rozwodził, bo wszyscy to znamy. Próbowałem wybiegać, ale efekt mizerny, a nawet bardziej niż mizerny. No więc wczoraj i dzisiaj znowu przerwa w bieganiu. Do tego ostry atak dostępnymi bez recepty lekami, no i zobaczymy co będzie. Ktoś może powiedzieć: w takim razie odpuść sobie jeszcze ten jutrzejszy bieg, bo nawet los ci tak podpowiada. Owszem podpowiada, a nawet rzuca kłody pod nogi, ale jak raz się poddam, to już całe życie będę w odwrocie.  Zycie to nie bajka i cały czas mamy rzucane kłody pod nogi ( no chyba, że ktoś jest w czepku urodzony), ale większość z nas ma cały czas pod górkę. Dlatego mamy dwa wyjścia, albo poddawać się i szukać, łatwiejszych alternatywnych dróg, albo właśnie na przekór wszystkiemu dążyć do planowanego celu. Albo jesteśmy osobami łatwo poddającymi każdemu niepowodzeniu, albo wręcz przeciwnie, niepowodzenia, przeszkody i przez los rzucane kłody mobilizują nas do walki.

Żeby było jasne. Nie mam nic przeciw osobom, które wolą wygodniejsze życie i w sytuacji przeszkody, albo ja omijają, albo się wycofują. Jest to bardzo zdrowe do życia podejście, pozbawione stresów, nerwów i umożliwiające długie, pełne spokoju ducha życie. Z pewnością tak jest, ale ja należę do tych może i szalonych, którzy muszą czuć żar podpalany elementami ryzyka, że może się źle skończyć. Może nie w tym ekstremalnym wydaniu, ale lubię walczyć z przeszkodami, przedzierając się przez sidła, które los na drodze nam rozstawiam. W końcu życie, to nie bajka, a żołnierzom wyklętym nikt nie dał szansy, by mogli się wycofać i zacząć od nowa. Owszem mogli się poddać już na samym początku, bo może tylko by ich internowano na jakiś czas, na krótko na Sybir wysłano, czy pozwolono łaskawie zakopać się gdzieś w ciszy i głuszy, gdzie w spokoju żyjąc od czasu do czasu inwigilowani zapomnieli by o ideałach i orle w koronie. Owszem mogli, ale wybrali drogą wyklętą, a przez historię pisaną w czasach komunistycznych przeklętą. Im naprawdę nie grały surmy, ani werble nie warczały, tylko kazamaty i mordownie UB czekały. Oni się nie poddali losowi i ówczesnemu rozdaniu kart, a ja z powodu jakiegoś kaszlu mam się poddać? No, nie takie przesłanie przodkowie, którzy życie na ołtarzu ojczyzny oddali mi zostawili.

Kiedy los pod nogi kłody rzuca, to musimy je po prostu przeskakiwać.  Nie ma innego wyjścia, bo nie odwrotu.

Czy popełnię biegowo-zdrowotne samobójstwo,

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Rytuały Miłosne, dzięki za wizytę i miłe słowo.

Przed nami kolejny wyjątkowy tuptający weekend. Marzy mi się w sobotę pójść na Cytadelę na parkrun, a w niedzielę ponownie na Cytadelę, by potuptać w tak ważnym dla mnie biegu ku upamiętnieniu żołnierzy wyklętych. Dlaczego ten bieg jest dla mnie tak ważny nie raz już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Dość tylko nadmienić, że mając w rodzinie uczestnika tych krwią oblanych zdarzeń, który oddał życie na ołtarzu wolności nie sposób nie pobiec. No, ale jest tym razem nie małe ale. Od tygodnia trzyma mnie dosyć ostry kaszel połączony z katarem. Próbowałem wybiegać, ale efekt bardzo mizerny. Raz kaszlałem mocniej, potem słabiej, ale kaszląca równowaga była niestety zachowana. I trwa do dzisiaj. I cóż tu czynić? Myślę sobie, że może w najbliższych dwóch dniach odpuszczę z tuptaniem, zrobię sobie leczniczy atak ze wszech stron zażywając, to i tamto i jeszcze coś. No i potem w niedzielę spróbować wygrzebać się spoza pierzyn i poduszek wyrywając na tuptającą trasę. Jak mam być szczery nie widzę innej opcji.

Jutro się wybiorę po pakiet , czyli zrobię wszystko by wystartować. Może trochę późno, gdyż trzeba było tydzień poświęcić. Ale dzisiaj i jutro bez biegania, za to bombie leczniczej. Zaopatrzyłem się w theraflu, witaminy i syrop i trzy raz dziennie strzelam sobie w gardło. No i dlatego dzisiaj i jutro odpuszczam sobie tuptanie, nastawiając się na leczniczy szturm. Jedynie co, to jutro skoczę po pakiet, ale niestety bez mojego ulubionego biegu, czyli parkrun. Mam nadzieję, że jednak w tym roku uda się chociaż parę razy na Cytadeli w sobotę pojawić. No, ale dosyć dygresji, Jak pisałem dzisiaj i jutro na leczniczej bombie, a w niedzielę, jeżeli sił wystarczy a kaszel odpuści, to na starcie dla żołnierzy wyklętych stanąć. W końcu nikt ich nie pytał czy byli przeziębieni czy nie, kiedy kulę w tył głowy im pakowano. Ja mogę się wyleczyć, a jak się nie wyleczę, to podjąć decyzję, że zostaję w domu, a tylko pełen niezrozumienia i potępienia głos poległych w walce,  pomordowanych i zakatowanych w kazamatach UB po nocy będzie mnie gonił. Z kolei jak pójdę, to może być moje samobójstwo pod względem zdrowotnym, którego w pracy mi nie wybaczą, bo w przyszłym tygodniu znowu jazda bez trzymanki, na którą muszę być pełen mocy, siły, werwy i ochoty. No, ale tą moc to właśnie tuptanie daje. I bądź tu mądry i pisz wiersze.

Myślę, co jeszcze mogłoby mnie w krótkim czasie postawić na nogi i doprowadzić do stanu zdrowego i w pełni spranego. Może okład z kobiecych piersi? W końcu to nam facetom zawsze pomaga, podobnie jak kobietom rumianek. Jak ktoś nie pamięta, to rum się wypije, a Janek zrobi swoje, czy co należy. Każda płeć ma swoją idealną drogę do zdrowienia.

Na czym polega magia piłki nożnej?

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, kiedy będzie czas, siły i możliwości, to  z pewnością pojawię się na parkrun. Na wszystko przybiegnie odpowiedni czas. Wczoraj wieczorem dzwoniłem do kumpla, bo tam coś od niego chciałem, a on mi: co dzwonisz, Legii nie oglądasz? Muszę przyznać, że mnie zażyło. Wiem, że on jest kibicem Kolejorza, może nie z gatunku szalikowców, co w kotle szaleją, ani nie z tych, co na zadymy jeżdżą. Zresztą nasi poznańscy huligani należą do najlepszych w Europie. W zeszłym roku wygrali nieoficjalne mistrzostwa, czyli Team Fighting Chempionship, gdzie w finałowej walce pokonali kiboli CSKA Moskwa, skąd zdjęcie ten wpis prowadzące pochodzi.  Tak na marginesie ciekawe, czy  ci zawodnicy także Legię oglądali i jakby zareagowali, gdyby dowiedzieli się, że kibic Kolejorza pasjonuje się wynikiem Legii, to nie wiem jaka byłaby reakcja. Powiedzmy sobie szczerze, relacje między kibicami obydwóch klubów należą do gorących na zasadzie kto kogo i kto komu wp….. . Wypływa to jeszcze z czasów, gdy Legia jako klub wojskowy, ulubieniec władz ściągał najlepszych piłkarzy w wieku poborowym do siebie. I tego nasi kibice nie mogą darować do dzisiaj. Z kolei z drugiej strony Legia nie może darować Kolejorzowi przyznania tytułu Mistrza Polski w 1993 roku, kiedy to Legia z ŁKS-em urządziły sobie korespondencyjne strzelanko, czyli komedię po której PZPN przyznał tytuł mistrzowski Kolejorzowi, który w tej szopce nie brał udziału i zakończył ligę na trzecim miejscu. No, ale nienawiść od tego czasu zapanowała już maksymalna. Jednak to nie był początek, ale jedynie doprawienie wzajemnych gorących relacji. Niewielu z nas zapewne pamięta, że pierwsza oficjalnie odnotowana zadyma kibicowska o piłkarskim podłożu miała miejsce w 1980 roku przed, w trakcie i po finałowym meczu Puchar Polski między właśnie Lechem a Legią. Sam mecz przeszedł bez historii i zakończył się klęską Kolejorza 0 do 5, ale za to oprawa… Wiele miesięcy Częstochowa leczyła rany, po tej pierwszej wielkiej i kto wie czy nie największej  kibicowskiej zadymie w naszym kraju. Teraz jest to wszystko uporządkowane. Spotykają się najwięksi twardziele różnych klubów, na niemal oficjalnych ustawkach i nim nadjedzie policja radośnie dają sobie po buziach. Jest taka niemal oficjalna liga chuliganów, gdzie radosna napierdalanka rządzi.

Tak się zastanawiam, co takiego ma piłka nożna w sobie, że wyzwala takie emocje i aż takie zainteresowanie. Nie mamy tutaj od 1982 roku sukcesów w rozgrywkach klasy międzynarodowej mistrzowskiej, czyli Mistrzostwach Świata,, a w klubowej tylko raz nasza drużyna grała w Finale Pucharu Zdobywców Pucharów, gdzie także przegrała. A to już tak zamierzchła historia, że wtedy jeszcze dinozaury po boiskach biegały, a nad głowami zawodników pterodaktyle. No jeszcze na Igrzyskach w Barcelonie w 1992 nasi zawodnicy zdobyli srebrny medal. Zresztą na Igrzyskach trzykrotnie zdobywaliśmy medale: raz złoto i dwa razy srebro. I to są w zasadzie wszystkie sukcesy naszej reprezentacji. Nie porównuję tutaj sportów indywidualnych, takich jak skoki narciarskie, lekkoatletyka, boks, zapasy czy inne dyscypliny w których mieliśmy czy też mamy dużo większe sukcesy, ale nie wywołują aż takich emocji. Nie słyszałem, by na przykład kibice narciarscy chodzili na ustawki. Najgorsze na co sobie pozwolili, to obrzucili kiedyś Swena Hannawalda śnieżkami. No, ale możemy powiedzieć, że sporty indywidualne to zupełnie inna para kaloszy.

No, ale weźmy inne sporty drużynowe. Taka na przykład koszykówka, która jest jako dyscyplina dużo bardziej dynamiczna niż piłka nożna, ale aż tylu zadym nie ma. Była co prawda wielka rozróba „ w Słupsku w 1998 roku. Po meczu koszykówki Czarnych Słupsk z AZS Zagaz Koszalin w mieście wybuchła regularna kilkudniowa bitwa kiboli z policją. Jej bezpośrednią przyczyną była śmierć jednego z kibiców – 13-letniego Przemysława Czai. Chłopak został śmiertelnie raniony przez jednego z policjantów. Jednak dla większości pseudokibiców śmierć Przemka była tylko pretekstem do walk z siłami porządkowymi”. – źródło polskieradio  Tylko tutaj jak widać celem była zadyma między kibicami a policją. No, ale powiedzmy sobie szczerze: tam gdzie nie ma mocnej drużyny piłki nożnej, tam są szanse na rozwój innych dyscyplin, takich jak koszykówka czy siatkówka.

Jednak na meczach tych drużyn z zasady nie ma rozrób, chyba że na mecz przyjdą kibole piłkarscy, jak miało miejsce na meczu 1 ligi siatkówki w Szczecinie, gdzie po meczu między Morzem Bałtyk Szczecina, a GTPS Gorzów. No, ale zadymę wywołali kibole Pogonii Szczecin, którzy kiboli Stilonu nie lubią, więc siatkówka była tylko pretekstem do zadymy o piłkarskim podłożu.

No i właśnie co takiego ma w sobie piłka nożna, że aż takie emocje wywołuje? Może dlatego, że stanowi substytut wojny, budzi stare animozje między regionami, czy tworzy nowe na zasadzie: bo wszyscy kibice to jedna rodzina, nie ważny wynik, liczy się zadyma. Ja osobiście to wolę sobie pobiegać, ale każdy ma swoją karmę. W teorii każdy sport stanowi w jakiś sposób substytut wojny i ma pomóc w rozładowaniu złych emocji w szlachetne, sportowej rywalizacji. Z tym, że jest kilka dyscyplin, gdzie ta wojna czasem przybiera bardzo realne kształty. Tak jest głównie w sportach grupowych, gdzie drużyny mniej czy bardziej oficjalnie się naparzają, a kibice przenoszą czasem naparzankę poza sportowe areny. Bardzo fajnie to czasem wygląda w hokeju na lodzie.

Tak mnie zastanawia, dlaczego, mimo takiej w sumie brutalnej otoczki to właśnie piłka nożna jest najpopularniejszym sportem na świecie. A może tezę trzeba postawić inaczej. Właśnie ze względu na swoją olbrzymią popularność oraz wyzwalane emocje jest najpopularniejszym sportem. Bo żadna inna dyscyplina aż tak krwi wśród oglądających nie burzy, wywołując takie niesamowite huśtawki nastrojów, które przenoszą się na kibiców.