Dupa Jasiu i pasikoniki, czyli huk napompowanego balona

Przyznaję szczerze, że uwielbiam oglądać skoki narciarskie. Z pewnością dodatkowego smaczku mojego uwielbiania dodają sukcesy naszych skoczków. Ale z racji, że jestem wiekowym już typem więc pamiętam czasy Fibaka, oraz czas między Fibakiem a Małyszem, kiedy na naszym biegowym polu była posucha. No, ale ja z racji mojego wieku, jak mi w czasie ostatniego wyjazdu służbowo – integracyjnego powiedziano pamiętam zapewne jeszcze czasy, kiedy dinozaury po ziemi biegały. No cóż coś w tym jest. No, ale wracając do tematu pamiętam czasy, kiedy Adam Małysz na przełomie tysiącleci wyskoczył ze swoją fantastyczną karierą, tworząc potęgę naszych skoków. Co prawda na początku był tylko pan Adam, a poza jego plecami mroki i ciemność, ale z każdym rokiem dojrzewało grono następców, którzy chcieli być tacy jak nasz wielki Mistrz.

Ale od początku jedne nutki mi nie grały w tej skaczącej orkiestrze. Piszę tutaj o naszych komentatorach. Muszę przyznać, ze nóż mi się w kieszeni otwierał słyszałem to pompowanie balonika wielkiej nadziei. Że kto musi wygrać, oczywiście tylko Adam. Rozmowy z innymi zagranicznymi skoczkami, jesteście dobrzy, ale jak nisko się kłaniacie naszemu Adamowi? I zawsze zapowiedzi i jak to musi być dobrze, rozdzielanie miejsc na podium jeszcze przez zawodami, a po 1 serii, kiedy pobiegło dobrze, to już zupełnie. Wiele razy się nacięli, okazywało się, że było zupełnie inaczej, ale nic z tego ich nie nauczyło. I z każdymi nowymi zawodami znowu od początku pompowanie. Może napisać, ze nie tylko, że się nie nauczyli i jakiejś życiowej pokory nie ogarnęli, ale wręcz odwrotnie z każdym rokiem gorzej.

A, ze nasi zawodnicy teraz naprawdę dobrze skaczą i sukcesów w ostatnich latach mamy naprawdę sporo, więc nasi komentatorzy już zupełnie dostali jakiegoś szału komentatorskiego. Muszę przyznać, ze moje uszy tych ich peanów wielkości nie wytrzymują. Dzisiaj po pierwszej serii, kiedy na dwóch pierwszych miejscach mamy dwóch naszych zawodników, to aż się zachłystywali. Najbardziej mnie wkurzała ich praktycznie stuprocentowa pewność, że wygrają, bo są najlepsi, a inni mogą im tylko wiązania przy nartach poprawiać.  Ale rywale nie zamierzali tylko statystować. Walczyli dzielnie. Można śmiało powiedzieć, że powiesili naszym zawodnikom poprzeczkę bardzo wysoko. No i nadszedł czas na naszych. Najpierw Kamil. Skoczył świetnie, ale niestety tylko 4 miejsce. Po nim Maciej Kot, także super skok, ale miejsce piąte, czyli dupa Jasiu i pasikoniki, jak to moja żona określiła.  A nasi komentatorzy zapeszyli, takie odniosłem wrażenie. Gdyby tak nie dmuchali, to by takiego huku nie było po pękniętym baloniku. W sumie to krzywdę robią naszym zawodnikom, bo skaczą bardzo dobrze, ale rywale skaczą na razie lepiej.

Słuchając naszych komentatorów odnoszę wrażenie, że cofam się do czasów propagandy sukcesów wg wzorców radosnego PRL. Może dlatego, że oni z tych czasów wyrośli i inaczej nie potrafią. Szkoda tylko, że tak samo uczą młodych, który biegną za nimi. Panowie redaktorzy to jest cudowny sport, gdzie skaczą zawodnicy z których każdy może mieć skok życia. Dlatego trochę spokoju, realizmu i szacunku i uznania dla rywali, gdyż oni także świetnie skaczą.

Bieganie po zakupy

Muszę przyznać, że ostatnio coraz częściej wprowadzam do mojego treningu elementy zakupowe. Zazwyczaj wygląda to tak, że robię mój codzienny trening, po którym szybko wbiegam do domu, biorę placeczek i biegnę jeszcze do sklepu, który jest około 1 kilometra od domu. Dzisiaj natomiast postanowiłem się przebiec po spodnie do biegania. Z racji, że sklep z akcesoriami sportowymi znajduje się około 10 kilometrów do domu, to zrobił się z tego nawet fajny trening. W sklepi kupiłem co trzeba i pobiegłem z powrotem. Kiedy biegłem po drodze mijałem biegacza tuptającego z naprzeciwka. I ku mojemu niemałemu zdziwieniu on biegł z przeźroczystą reklamówką w ręce. Nie zgadniecie, co w reklamówce. Także w to nie wierzyłem, ale były tam pyry. Facet biegł z reklamówką pełną ziemniaków. Tak na oko między trzy a cztery kilogramy. Muszę przyznać, że mnie zażyło. Co prawda ja także biegam po zakupy, ale zwykle mam je w plecaku, ale tak hardcorowo z siatą z pyrami jeszcze nie biegłem, Tak sobie pomyślałem, jak by się biegło z worem ziemniaków na grzbiecie.

Tak sobie myślę, że bieganie po zakupy ma jeszcze jeden, bardzo ważny plus. Jeżeli nasz lepsze i gorsze połówki w domu co już trochę poirytowane naszym ciągłym wychodzenie na treningi i wieczną nieobecnością w domu, to jak od czasu do czasu podczas treningu zrobimy zakupy i z nimi wrócimy do domu, to nikt nie będzie nam mógł powiedzieć, że nasze bieganie jest bezcelowe i pozbawione sensu w znaczeniu ogólnorodzinnym, Dlatego panowie biegacze zaskoczcie swoje żony i podczas biegu zróbcie im zakupy. A jeżeli do tego jeszcze z kwiatkiem z treningu wrócicie, to już zupełny będzie czad. Pytanie co mogą panie biegaczki swoim mężom zaproponować. Pytanie, co panie biegaczki mogą swoim mężom przynieść z biegania. Tu jest problem, gdyż trudno, żeby panie biegały z siatkami. No, ale zawsze jest takie rozwiązanie: ze słodkim uśmiechem spytać się małżonka: „ co wolisz kochanie, czy żeby poszła biegać, czy wzięła wałek i goniła Ciebie po domu?” Dlaczego panie mają się tak spytać? My panowie zawsze mamy coś za uszami i zasługujemy, by chociaż proforma nas w wałkiem pogonić.

Tak na marginesie myślę, że można fajny rodzinny bieg zorganizowany zrobić: biegniemy po zakupy. Na zawody przychodzą pary. Żona czy mąż, którzy nie biegają, a wiedzą, co jest z sklepie, dają swoim biegającym połówkom  listy, takiej samej ilości i takich samych produktów. Po czym wszyscy startują np 5 czy 10 km do sklepu, gdzie następuje wyścig między półkami i zapełnianie ich, a potem powrót na metę gdzie czekają żony i mężowie nie biegający. No i tutaj rozładowanie i ocena, a potem integracja. I żadnych cudów, co kto lubi czy nie lubi, tylko lista np 10 podstawowych artykułów: masło, bułki, papier do twarzy etc. Myślę, że to fajny pomysł na bieg integracyjny rodzin, gdzie są biegający i ci ci biegają inaczej. Gorzej, jeżeli obaj partnerzy biegają. No, ale to już muszą wybrać, kto biegnie, kto zarządza.  .

Nasze biegowe sprawy

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Masz rację Marku delikatnie się nie zrozumieliśmy. Twoje zdanie: „ Cena wraz z przesyłką do Polski – 40 zł tańsza niż u nas” zrozumiałem dokładnie, że cena z przesyłką wybiegła 40 PLN czyli taniej niż u nas. Czyli jak widzę muszę spodni dalej poszukać. Maćku, masz rację ceny na pakiety startowe niezależnie czy biegowe, czy nordic walking biegną w górę. Jak to się mówi Orgowie wyczuli „krew”  i doją z osób, które chcą zdrowo i aktywnie żyć tyle, ile się da, a jeżeli można, to i jeszcze więcej. Nie przekonuje mnie twierdzenie, „ że w porównaniu z cenami pakietów na zachodzie Europy” z prostej przyczyny: my nie zarabiamy tyle co na zachodzie, więc takie porównania są po prostu śmiesznie. Jak tłumaczyć komuś, kto zarabia średnio 3-4 razy mniej, ze podnosimy stawki, bo na tam tyle płacą i chcemy w ten sposób dążyć do Europy.

Myślę, że nie jest drogą dążyć najpierw do Europy cenami, a nie zarobkami. W naszym kraju niestety biegniemy w wersji analnej, czyli zaczynamy od tyłu. A Polacy są mimo wszystko tradycjonalistami i preferują naturalne i zdrowe układy. Czyli wpierw zapewnijmy ludziom odpowiednie zarobki, a potem myślmy o podnoszeni cen pakietów. A niestety u nas w naszej biegowej pasji wszystko zostało postawione na głowie, a orgowie po prostu wykorzystują sytuację. I kto wie, czy nie jest dobrym pomysłem  idea robienia wspólnych na czas biegów w wersji treningowej z mierzonym czasem i jakąś przekąską po, o której pisał niedawno Robert dłużej znany. Cytuję komentarz Roberta: „Ma to być w zasadzie trening, ale taki wyścigowy, z pomiarem czasu i oficjalnymi wynikami. Bez żadnych medali, pakietów i innych zbędnych otoczek.

Terminy – nie będzie tu regularności w rodzaju dwa razy w tygodniu czy raz na tydzień. Termin zawsze dopasujemy do naszych potrzeb, chęci i terminów innych biegów w okolicy. Przykładowo w kolejnym tygodniu jest we wtorek dyszka Powstania Wlkp. na mieście, więc drugiego biegu nie ma sensu robić, a potem są różne biegi sylwestrowe (parkrun, nad Maltą oraz w Wirach). Następny bieg zrobimy zapewne w styczniu. Na pewno jednak będzie to zawsze termin wieczorny i w ciągu tygodnia, np. we wtorek.” Było to rozszerzenie wcześniejszej wiadomości’: Zapraszamy na pierwszy bieg z cyklu Cytadela by Night.Do wyboru dystans 5 km oraz 10 km. Biegi bezpłatne, z profesjonalnym pomiarem czasu. Na mecie drobny poczęstunek i napoje.Biegamy na poznańskiej Cytadeli. Spotykamy się w miejscu startu biegów parkrun. Termin pierwszego biegu to 20 grudnia wtorek godz. 21:00.’

I kto wie, czy nie jest to faktycznie droga do dalszego, harmonijnego rozwoju naszej pasji. Jutro robię trening biegowy do sklepu sportowego i zobaczę, co w zakresie spodni dostanę.

Jak sprytnie kupować rzeczy do biegania

No początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Adamie, cóż dla nas biegających nie ma znaczenia mróz, upał, śnieg, deszcz każda pogoda jest dobra.  Michu nie wiem jak to kiedyś było, gdyż wtedy jeszcze nie biegałem, ale jak mówisz, to wierzę Tobie na słowo.

Muszę przyznać, że zaintrygował mnie komentarz Marka, Zamieszczam go w całości: „Od października usiłuję kupić na siebie spodnie. Tak się składa, że w zasadzie na mnie szyje tylko jeden producent. Niestety od 2 miesięcy w Polsce nie ma mojego rozmiaru. Bezpośrednio w sklepie internetowym producenta (na Polskę) też nie ma. Wczoraj udało mi się znaleźć te spodnie… tak jak zwykle w UK. Cena wraz z przesyłką do Polski – 40 zł tańsza niż u nas. Nie pierwszy to raz tak mam, że towar sprowadzony z Anglii jest tańszy niż w Polsce. A zarobki w UK są jednak prawie 4 razy wyższe niż u nas.
Tak sobie myślę, że zwrot „emerging markets – rynki wschodzące” wymyślono po to, żeby różnej maści cwaniaczkom wprost wskazać – tu możesz kraść, doić z nich kasę i korumpować do woli.”

Muszę przyznać, że to super komentarz. Marku, jak możesz i nie jest to zbytnią tajemnicą, to podaj namiar na dystrybutora spodni, a domyślam, że nie tylko samych spodni w UK. Tak się składa, że też w najbliższym czasie planuję zmienić moje nogawice ochronne. Jeżeli mam kupić z transportem za 40 PLN, to wbiegam w to od razu. Podejrzewam, że nie ja jeden jestem zainteresowany. Tak sobie myślę, że wielu biegaczy byłoby wdzięcznych za kontakt do dobrego dostawcy za rozsądne pieniądze, o którym napisałeś. Ja wiem, że my biegniemy po łatwiźnie, bo Ty się naszukałeś, a my chcemy wysępić namiar. Jednak jeżeli nie robi to dla Ciebie problemu, to będziemy bardzo wdzięczni, gdyż możemy szukać sami, ale jak już otworzyłeś drzwi, to dlaczego my mamy na nowo je wyważać.

Najzabawniejsze jest w tym to, co sam napisałeś. Zarabiają w UK przynajmniej 4 razy tyle co u nas, a spodnie możemy kupić dwa razy taniej. Podejrzewam, że nie tylko spodnie. Dlatego może faktycznie czas zacząć kupować sprytnie, a nie przepłacać.

Niestety ten weekend znowu wyjazdowy, co znaczy, że nie dam rady być na parkrun. Jutro rano wyruszamy przed 6, więc już teraz wrzucam jutrzejszy wpis. Najśmieszniejsze, a może najsmutniejsze jest to, że imprezę, wydarzenie czy takie modne obecnie wyrażenie: event,  robimy w Łodzi, a ja nie dam rady tamtejszego parkrun zaliczyć. No, ale praca to praca i tego nie przeskoczymy,

Pakietowe wariacje cenowe.

Dzisiejszy wpis został trochę sprowokowany przez Roberta dłużej znanego, który napisał, że głównym powodem zorganizowania cyklu biegowego, który będzie startował w naszym mieście 20 grudnia jest podnoszenie cen pakietów, gdzie za start na dystansie 10 km standardem się staje już stawka 40-50 PLN.  Na początku muszę przyznać, że nie jestem jeszcze zbyt doświadczonym biegaczem, Biegam gdzieś od 4 lat, to znaczy, że od tylu startuję także w różnych biegach zorganizowanych, Tak, tak moje pierwsze oficjalne starty miały miejsce w 2012. W tym czasie przebiegłem 5 maratonów, kilkanaście półmaratonów, dzieścia, a może dzieści dziesiątek, o  piątkach na parkrun nie wspomniawszy, bo tych jest prawie dwieście, ale parkrun rządzi się innymi prawami. Wiadomo bieg pozbawiony kosztów, więc zupełnie inna sprawa.

Wiem, że zaraz się zacznie, że ja znowu o kasie, ale powiedzmy sobie szczerze, kasa rządzi światem, a wydatki takie czy inne trzeba kontrolować. Kiedy zaczynałem tuptanie biegi na dystansie 10 kilometrów można było znaleźć za 20 PLN, za 30 było średnią ceną, a 40 PLN to już cena była wysoka. Do tego same pakiety były znaczenie bardziej wypasione. Przy 30 PLN już można było w pakiecie koszulkę dostać, a przy 40 koszulka był to standard. Jedyną dychą, która się pod względem cenowym wyróżniała była Maniacka Dziesiątka, która od zawsze chyba kosztowała 49 PLN, ale ci, którzy biegli akceptowali tę cenę.  Półmaratony kształtowały się w zakresie cenowym między 50 a 70 PLN. Mój pierwszy maraton który biegłem kosztował w zeszłym roku coś w okolicach 50 PLN. Ledwie minął okres od 3 lat w przypadku dziesiątek, dwóch półmaratonów i roku maratonów i o tych stawkach można tylko powspominać i pomarzyć. W tej chwila 40 PLN za dyszkę to już praktycznie minimum bo i za 50 się zdarzają, połówki to już 60 do 80 PLN a maratony to już praktycznie w okolicach stówki. Niby nie dużo, ale jak ktoś w nastu biegach w roku startuje na różnych dystansach, to już jakaś kwota się robi. Nie ma wątpliwości, że z każdym rokiem ceny wpisowego biegną w górę. Skąd to się bierze? Odpowiedź jest prosta: orgowie nabijają sobie kasę. Inflacji praktycznie nie ma, więc brakuje realnych podstaw, by podnosić ceny. Ba, idąc dalej można śmiało napisać, że poziom samej imprezy wcale nie rośnie, a zawartość np. pakietów maleje. Czyli jak to mówił klasyk: „kasa Misiu kasa”. Oczywiście w tej masie podwyżkowej są jeszcze wyjątki potwierdzające regułę, ale trzeba zdrowo się rozejrzeć.

Tu tak naprawdę nie chodzi wcale o samą wartość, bo powiedzmy sobie szczerze, że 40 czy 50 PLN za bieg to nie jest kwota, która rzuca na kolana, ale wydać tyle pieniędzy koło 50 minut biegu,  kawałek mosiądzowego, albo innego kawałka metalu medalu, wyniku w tabelce i wątpliwej jakości posiłku, to tak mało halo. Dla porównania bilet do kina kosztuje koło 20 PLN, gdzie mamy trochę więcej czasu zagospodarowane. A się wcale nie zdziwię, kiedy w przyszłym roku znowu ceny pobiegną w górę. Może dla całego tłumu debiutujących biegających to nie robi problemu, bo nie mają porównania, ale dla nas, którzy już trochę tuptamy spadek jakości i podnoszenie cen jest wyraźnie widoczne i wyjątkowo demotywujące. Muszę przyznać, że w przyszłym roku planuję trochę ograniczyć moje starty. Wystartuję gdzie w jednym lub dwóch maratonach ( warszawski, bo już jestem zapisany i może jakiś wiosenny), do tego może też dwie połówki i z dwie dziesiątki. I to będzie maks. Do tego parkrun, jak nie będzie służbowego wyjazdu i zobaczymy jak to pobiegnie. Założenie jest proste: za dyszkę nie zapłacę więcej niż 40 PLN, za półmaraton maks 60, a za maraton góra stówa. Wyżej nie patrzę, bo nie. Odnoszę dziwne wrażenie, że Orgowie sami pod sobą zaczynają podcinać gałąź na której siedzą. Jak pisałem tu nawet nie biega o stawki, tylko o zasady. Nie widzę powodu, dla którego mam płacić więcej za taki sam, lub nawet gorszy produkt. To się w mojej poznańskiej duszy mija z celem.

 Ktoś może powiedzieć, co to za stawki, jeżeli na Zachodzie start kosztuje tak samo pod względem wysokości, tylko w EURO, a nie w PLN. Owszem, tylko na Zachodzie 60-70% społeczeństwa nie zarabia na poziomie 10 PLN za godzinę, albo i mniej I tak sobie myślę, że przeciętny Kowalski musi pracować 10, a nie raz i więcej godzin, by wystartować w przeciętnym maratonie, bo są i standardowe stawki są na poziomie 100 PLN, ale120 czy 130 także nie są czymś wyjątkowym. Może i ktoś dąży do zrobienia z tuptania elitarnego sportu, ale wydaje mi się, że nie tędy droga. Dlatego kochani Orgowie zanim z radością napychacie sobie kabzy rozejrzyjcie się po stanie zasobności naszego społeczeństwa. Bo faktycznie zrobicie z tuptania jakąś parodię ekskluzywności, co będzie naprawdę śmieszne, bo spadniecie z podciętej gałęzi z wielkim hukiem. Ja wiem, że około 20-30 procent społeczeństwa zarabia coraz lepiej. Są to osoby zarządzające, wybitni specjaliści i fachowcy w danej dziedzinie. Tu mówimy o zarobkach od 5000 PLN miesięcznie wzwyż. Ale 70 – 80 procent społeczeństwa ubożeje i o tym, mimo że politycy i oficjalne media o tym milczą nie możemy zapominać.

W zeszłym roku tylko za starty w maratonach w Dębnie, Krakowie, Wrocławiu i Warszawie ( gdzie nie pobiegłem,ale mam zarezerwowane miejsce na przyszły rok) zapłaciłem grubo ponad 400 PLN. Jeżeli dodamy do tego trzy półmaratony i parę dziesiątek, to z dojazdami i ze wszystkim robi się około 1000 PLN. Niby to nie jest dużo, ale czy warte tylko kilku kolejnych medali w kiblu wiszących i paru wyników w eduhub zamieszczonych? Oto jest pytanie. Wcale się nie zdziwię, jak coraz więcej biegających zacznie przeskakiwać na parkrun czy inne biegi towarzyskie. Może się okazać, że niedługo parkrkun będzie w każdym miasteczku, gdzie są biegający.

Nawiązując szybko do komentarza Annn wrzuconego pod spodem. Muszę przyznać, że cena za Orlen jest bardzo fajna i poważnie o nim myślę. Dzięki za info.

My biegowi psychopaci

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Ruda masz rację trzeba się tylko przystosować ubraniowo do panujących warunków i można iść biegać. Muszę przyznać, że miałem   dzisiaj interesującą rozmowę w pracy. W ostatnich trzech dniach pani zima złożyła swój mroźno-śnieżny pocałunek. Trzy dni temu i przedwczoraj obdarowała nas mrozem, a wczoraj dołożyła jeszcze śnieg. Może topniejący, ale swoją poziomem śliskości ostro bijący. I jakoś w pracy w czasie chwilki luźniejszej rozmowy, jak zwykle w sytuacji kiedy ja jestem jednym z jej uczestników temat wszedł na tory biegowe. Coś walnąłem, że w takim śniegu, a przedtem mrozie  fajnie się biega. Po tych moich słowach zapadła chwila milczenia, po czym usłyszałem, że jestem psychopata. I myślę sobie, że chyba coś w tym jest. I to nie dotyczy tylko mnie, tylko wszystkich, którzy niezależnie od warunków pogodowych zawsze na trening pójdą. Jakiś tam śnieżek czy      mrozek nas biegających ma zatrzymać? Nie ma takiej opcji. W przedziale temperaturowym od plus 40 do minus piętnastu, przy deszczu, śniegu, gradzie, byle nie na lodzie, chociaż i w takich warunkach pamiętam bieganie.

Wczoraj, jak pisałem padał śnieg i było dosyć ślisko, ale to nie są warunki, które takiego    psychopatę biegowego zatrzymać. Co prawda raz czy dwa, a może nawet trzy wpadłem w   poślizg, ale jakimś cudem utrzymałem się na nogach i moje kilometry zrobiłem. A ile         adrenaliny takie warunki wywołują. Tego ten, kto nie poważył się w takich warunkach biegać nie zrozumie. A to zapewne dopiero przygrywka. Prawdziwa zima dopiero przed nami. Wtedy to dopiero będzie psychopatyczne bieganie. No, ale jak to się mówi, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam biegać w śniegu i mrozie. To ma taki trochę magiczny wymiar. Jedynie, żeby nie było lodu na trasie, bo to już jest masochizm połączony z rosyjską ruletką. I albo się padnie, albo jakimś cudem utrzyma na nogach.

Jak zerkam za zdjęcie ten wpis na różnych forach prowadzące, którego autorem jest pani Joanna Hudowicz to widzę, że nas psychopatów biegowych jest cała moc. Szkoda tylko, że w najbliższe soboty nie dam rady być. No, ale jak praca, to praca. Tak na koniec drobna uwaga. Oczywiście w żaden sposób nie śmieję się  z tych, którzy na zimę i mrozy odkładają buty i strój biegowy do szafy. Wręcz przeciwnie uważam, że są rozsądni i trzeźwo myślący. Nawet im trochę zazdroszczę. Nie dobiegli oni jeszcze lub może w ogóle nie dobiegną do poziomu psychopaty biegowego. Będą sobie spokojnie i radośnie tuptali tylko wtedy, kiedy będzie im się chciało, bez stanu przymusu biegowego.

Bieganie w mrozie daje kopa

Na początku jak zwykle  w tym miejscu i czasie. Sołecki Biegacz do Twojego komentarza nawiązałem już wczoraj. Oczywiście, że Seagal raczej po stronie Rosjan się opowie, chyba że założy maskę Konrada Wallenroda i w pewnym momencie się okaże, że gra jednak po nasze stronie. Zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie. Ruda dałaś mi natchnienie na obecny wpis, dziękuję. Od Roberta dłużej znanego otrzymałem rozszerzenie informacji dotyczącej planowanego nowego cyklu biegowego. Nie ma tutaj żadnej kasy, podobnie zresztą jak na parkrun. Bieg jest i będzie robiony przez biegaczy i dla biegaczy, zmęczonych startami tylko w weekendy i już nużonych ciągłym płaceniem po 30 – 50 zł za każdy start. Pomiar czasu zrobimy bez chipów, ale w miarę dokładnie co do sekundy czas brutto. Wystarczy tak naprawdę wydrukować ładne numery startowe, trochę agrafek, woda na mecie i trochę ciastek, a i to jest opcjonalne. Damy więc radę Ma to być w zasadzie trening, ale taki wyścigowy, z pomiarem czasu i oficjalnymi wynikami. Bez żadnych medali, pakietów i innych zbędnych otoczek.      Terminy – nie będzie tu regularności w rodzaju dwa razy w tygodniu czy raz na tydzień. Termin zawsze dopasujemy do naszych potrzeb, chęci i terminów innych biegów w okolicy. Przykładowo w kolejnym tygodniu jest we wtorek dyszka Powstania Wlkp. na mieście, więc drugiego biegu nie ma sensu robić, a potem są różne biegi sylwestrowe (parkrun, nad Maltą oraz w Wirach). Następny bieg zrobimy zapewne w styczniu. Na pewno jednak będzie to zawsze termin wieczorny i w ciągu tygodnia, np. we wtorek.

Marku zgadzam się z Tobą, że super pomysł. Tyle, że ta nabiegająca zima i to co, Ruda napisała. Czy w nadciągającej z szybkością TGV zimie biegać czy raczej zakopać się pod ciepłą pierzyną aż do wiosny? Z pewnością jest to jakaś opcja. Spokój, cisza i cieplutko i do biegania daleko. Może i jest to    jakieś wyjście. Jednak bieganie w takim delikatnym mrozie, jak teraz ma w sobie wyjątkowy urok. Najważniejsze jest to, że nie da się człapać. Na takie wolne człap, człap jest po prostu za zimno. Dlatego biegnie się i to jak na nasze możliwości tak szybko jak się da, by przed mrozem uciec. Z drugiej strony najgorsze to jest samo przekonanie siebie, że trzeba wyjść na trening.Musimy pokonać wszystkie demony, które wrzeszczą nam teatralnym szeptem do ucha; ‚ pogięło cię? Widzisz, że jest na minusie? A ty co? Idziesz biegać? Lecz się nogi,bo na głowę już za późno” No i właśnie dlatego nie ma innego wyjścia, tylko trzeba się przebrać, wyjść i  przed minusami zwiewać, by się rozgrzać. I to ma w sobie największy urok.. Dlatego   właśnie napisałem, że bieganie w mrozie daje nam kopa. Bo jak mróz nas kopnie, to pędzimy aż miło, by nie dać mu szansy, by tego kopa poprawił.

Nowe wizje biegowo-filmowe

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie.  Ruda także uważam, że lampka wina po połówce dobrze by nam zrobiła. Gosia Ty zawsze jesteś przykładem idealnego prowadzenia się pod względem zdrowotnym.

Wczoraj dostałem na jednym z moich profili facebookowych zaproszenie na następujące tuptające wydarzenie:

Zapraszamy na pierwszy bieg z cyklu Cytadela by Night.

Do wyboru dystans 5 km oraz 10 km. Biegi bezpłatne, z profesjonalnym pomiarem czasu. Na mecie drobny poczęstunek i napoje.

Biegamy na poznańskiej Cytadeli. Spotykamy się w miejscu startu biegów parkrun.

Termin pierwszego biegu to 20 grudnia wtorek godz. 21:00.

Nasze założenia:

- zawsze bezpłatnie
- dystans 5 km albo 10 km do wyboru
- biegamy w tygodniu – już nie jesteś uzależniony od weekendowych startów!
- konkretne dni tygodnia i godzina startu uzależniona od Waszych potrzeb i pomysłów oraz terminów innych biegów w okolicy

Muszę przyznać, że mnie zażyło. Pomysł super, tylko trochę późno, ale damy radę. Zastanawiam się jak będzie z tym pomiarem czasu i częstotliwością spotkań. Muszę przyznać, że jak dla mnie najlepsze pory to blisko weekendu np. w piątek, kiedy nie trzeba rano wstać. No tak tylko sobota i parkrun. Ale można to połączyć. Z drugiej strony np. dwa razy w tygodniu we wtorek i czwartek też byłby ciekawe. Chociaż lepiej chyba raz w tygodniu, by nie zawalać służbowo dwóch ranków. Oczywiście myślę o dyszce, bo to miałoby fajne przełożenie. Dwa takie szybsze treningi. Chociaż nie wiem czy dwa razy w tygodniu nie będzie za dużo. Raz by chyba starczyło. Tak na marginesie jestem bardzo ciekawy czyja kasa za tym super pomysłem biegnie. Pomiar czasu raz, przekąski i inny biegowy socialising dwa. powiedzmy sobie szczerze,  tego za darmo się nie robi. Muszę przyznać, że wyjątkowo ciekawa wizja. Podaję stronę biegu na facebook:


https://www.facebook.com/events/1154578731330268/

Nie muszę chyba dodawać, że bardzo mnie korci… nawet nie korci raczej z pewnością wezmę udział. Odnoszę wrażenie, że rodzi nowa super tuptająca tradycja. Mam taką nadzieję.

Tak na koniec z innej bajki. Słyszeliście, że Rita Cosby – gwiazda amerykańskiego dziennikarstwa zapowiada walkę o stworzenie amerykańskiej superprodukcji o Powstaniu Warszawskim? Już to widzę. W roli głównej: Brad Pitt, Steven Seagal i Di Caprio, a jeżeli uda się na naszą stroną przeciągnąć Chucka Norrisa to powstanie mamy wygrane Jak po amerykańsku to amerykańsku. Ba, mam już nawet wizję scenariusza w głowie. Na Niemców rzucimy Norrisa, na Rosjan Stallone, bo Rambo zawsze lubił naparzać Ruskich. W drugiej linii na dobicie ściągamy z gubernatorskiego stołka Schwarzeneggera i dodajemy mu za wsparcie Van Damme czy Seagala to Rzeczpospolita powstaje jak w XVII wieku od morza do morza. Gdzie od morza do morza, to układzie północ południe w założeniu, że na północy działa Van Damme czy Seagal, a na południu Terminator. Jeżeli na wschód rzucimy Rambo, to granica na Uralu gwarantowana. Jeżeli na zachód pójdzie Chuck Norris, to aż strach się bać. Ren, Loara a może nawet Pireneje są w naszym zasięgu.

Z drugiej strony, jak słusznie Biegacz Sołecki zauważył, Seagal będzie po stronie Rosjan, . W końcu dostał z rąk cara Putina obywatelstwo, ale myślę, że Van Damme go zneutralizuje. A na koniec wbiegnie Bogusław Linda i powie: ” co wy k..rwa wiecie o powstaniu” i rzecz całą rozgromi.

Wino i bieganie czyli recepta na długowieczność

Ostatnio wbiegł mi przed oczy takiej treści tekst:

„Badania przeprowadzone na uniwersytecie w Albercie (Kanada) wykazały, że korzyści zdrowotne resweratrolu, związku chemicznego obecnego w czerwonym winie, są podobne do tych, które osiągamy ćwicząc.

Resweratrol wspiera sprawność fizyczną i funkcjonowanie serca oraz zwiększa naszą siłę tak samo, jak czynią to ćwiczenia.

Według głównego autora badań, Jacka Dycka, te ustalenia są szczególnie pomocne dla tych osób, które nie mogą wykonywać ćwiczeń fizycznych. Dyskusja na temat korzyści zdrowotnych czerwonego wina ciągnie się od długiego czasu. Badania wykazały, że osoby pijące jeden kieliszek dziennie, są mniej zagrożone demencją i rakiem.

Czerwone wino jest też dobre na serce, przeciwdziała starzeniu oraz reguluje poziom cukru we krwi.

Nie wiemy jak Wy, ale my bardzo się cieszymy!”

I tak sobie myśl przez głowę mi przebiegła. Gdyby po bieganiu codziennie sobie wypić lampkę czerwonego wina to moglibyśmy uzyskać podwójny efekt zdrowotny. Z jednej strony zdrowotna rewolucja biegowa wzmocniona cudownym działaniem czerwonego wina. A wyobrażacie sobie po starcie w biegu zorganizowanym np. dziesiątce, połówce czy w końcu maratonie dla każdego lampka czerwonego wina? Co prawda pierwsze skojarzenie połówka z winem nie brzmi ciekawie, ale tu mówimy o biegowej połówce, czyli półmaratonie, a nie alkoholowej gdzie mielibyśmy zmieszane uderzenie. Wracając do tematu czyli zmieszanie bieganie z winem skojarzenie mam jedno.  To przecież droga nie tylko do długowieczności, ale kto wie, czy wręcz do nieśmiertelności. Zbawienny wpływ biegania połączony z nie mniej zbawiennym wina może dać wynik nieprawdopodobny.  Może by wprowadzić taką rewolucyjną zmianę? Zamiast piwa dla każdego, kto dobiegnie lampka czerwonego wina. Muszę przyznać, że jest to ciekawe rozwiązanie. Jestem tylko ciekawy czy na szanse zaistnieć w naszej biegowej kulturze. Bieganie i czerwone wino czyli nasza tuptająca droga do długowieczności. A może i więcej. Tylko pytanie ile tego wina? Myślę że lampka byłaby optymalne. Z drugiej strony mówi się, że butelka dobrego czerwonego wina jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Jak biec to na całość. Po piątce setka czerwonego wina, po dyszce lampka, po półmaratonie pół butelki, a po całym wiadomo cała. A po biegach ultra to chyba kanka. To nasza winna droga do długowieczności, albo i nieśmiertelności. Tyle, że musimy pamiętać, że to ma być czerwone, wytrawne wino.a nie siarką wzmacniany napój wino prawie podobny, No i oczywiście z tą ilością to był żarcik i zatrzymujemy się przy lampce, która jest lekiem na większość dolegliwości.

Tak sobie myślę, że coś w połączeniu wina z bieganiem może być. Jeżeli z osobna rewelacyjnie na nasze zdrowie działa i bieganie i wino, to dzięki połączeniu możemy uzyskać niesamowity efekt synegrii, czyli 2 plus 2 daje pięć, a w tym przypadku niemal nieśmiertelność

Kolejna złota czcionka czyli cięta riposta biegowa

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany bardzo się cieszę, że udało mi się być, kiedy Ty obchodziłeś swój setny parkrun bieg i z 209 innymi osobami mieć zaszczyt w Twoim święcie uczestniczyć.

Zresztą wczoraj na parkrun jeszcze jedna super rozmowa. Stałem razem z jednym naszych biegających panów, którzy biega ze wspomaganiem pieska husky oraz panią i rozmawialiśmy o tym jak to biega się z pieskiem.  Pan szczerze przyznał, że piesek by popędził zapewne szybciej niż nasi najszybsi sprinterzy, tylko on mu robi za hamulcowego spowalniając go wyjątkowo. Pani słuchała z uwagą kiwając głową po czym powiedziała:

Piesek biega szybko, tylko coś mu się  do dupy mu się przyczepiło.

Muszę powiedzieć, ze rozbiła mnie tym stwierdzeniem na czynniki pierwsze, wtórne i każde inne. Dlatego osobny wpis musiałem wrzucić. I nie będę go szpecił komentarzem, gdyż tutaj nie jest on potrzebny. A pani to bez wątpienia mistrzyni ciętej riposty. Można jeszcze napisać : złote usta. W każdym razie ja tak jak stałem, tak kwiczałem.

Tak na marginesie myślę, że sporo takich złotych myśli biega po naszych biegowych forach. Fajnie byłoby je zebrać. I nie biega tutaj o te motywacyjne, które już zostały tam czy tu zebrane, ale właśnie te z ekstra humorystycznym przesłaniem. Co prawda my nie możemy się równać z mistrzowskimi złotymi ustami i ciętymi ripostami, jakimi obdarował dziennikarza nasz mistrz, którego zdjęcie ten wpis prowadzi, czy krótką rozmowa między Robertem Kubicą a dziennikarzem: – Robert widziałeś swój wypadek w telewizji? Taaa, widziałem go nawet na żywo.