My faceci z wiekiem przekładamy wytrzymałość nad szybkość

Na początku, jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, masz rację nie nam rozstrzygać i oceniać tych, co na Igrzyskach rządzą na swoich dystansach. My możemy się naszymi, czasem różnymi (co dobrze czyni dyskusji) wymienić, by w końcu dobiec do wspólnego zdania, z którym część naszych miłych odwiedzających się zgadza, a część nie koniecznie, do czego mają pełne prawo. A że nasza zawodniczka prostuje swoje słowa pod wpływem emocji wypowiedziane, cóż tak być powinno. Jak napisano na jednym z portali „ Joasia przeprasza swoje koleżanki za zbyt pochopnie powiedziane słowa”. Czyli wracamy do poprawności politycznej, wbrew temu, co wszyscy widzieliśmy. Myślę, że  też będę poprawny politycznie i dodam tylko, że nie dodam nic więcej. Robercie krócej znany masz rację, co do zachowania naszego mistrza w rzucie młotem na Igrzyskach, to temat jest bardzo, ale to bardzo podejrzany. Co do komunikacji niewerbalnej, to ona, jak sam wiesz rządzi się zupełnie innymi prawami. Ona, nie zdziwiłbym się, gdybyś trafiła w dziesiątkę.

 Robercie krócej znany piękne zdanie, że my faceci z wiekiem przekładamy wytrzymałość nad szybkość. Muszę przyznać, że tak mnie Twój komentarz zainspirował, że postanowiłem tak zatytułować mój poranny wpis.

No i na początku, żeby było jasne na razie koncentruję się na bieganiu, chociaż muszę przyznać, że nie tylko biegania ta reguła dotyczy. Generalnie, kiedy byliśmy młodsi byliśmy szybsi w wielu obszarach. Szybko zaczynaliśmy, dużo szybciej kończyliśmy, takie  już jest prawo młodości. Z wiekiem stajemy się już raczej smakoszami, niż pożeraczami szybkościowymi. Lubimy się delektować, sięgać obszarów coraz głębszych doznań, które w młodości były traktowane trochę po macoszemu. Można napisać, że dużo ważniejsze staje się smakowanie, niż na szybko najedzenie czy też zaspokojenie….głodu oczywiście Do tego nasza wytrzymałość faktycznie się zdecydowanie poprawia. Nie kończymy już na zasadzie raz, dwa, trzy tylko potrafimy bardzo długo ze zmiennym rytmem ….. biec, biec i jeszcze raz biec. Nie tak ważny już jest czas, dużo ważniejsze są doznania, smak oraz odkrycia radosnych obszarów poznania zaspakajających nasze powiedzmy kubki smakowe. No i stajemy się chyba mniej egoistami zainteresowanymi tylko naszą ro… znaczy się naszym czasem, a dużo bardziej zwracamy uwagę na to by np. ktoś kto z nami biegnie przynajmniej w naszym czasie dobiegł do mety, a idealnie kiedy przed nami. Wtedy nasz finisz jest taki pełny i daje nam podwójną satysfakcję. Bo tak naprawdę nie ważne jest by skończyć szybko, tylko w odpowiednim czasie.

Dodatkowo odczuwamy pełnię radości biegnąc (hm powiedzmy) w parze z panią, a latach szczenięcych, to z tą parą czasem różnie bywało. No, ale każdy wiek ma swoje prawa, potrzeby i chyba co najważniejsze możliwości. Nie muszę chyba dodawać, że cały czas pisałem o bieganiu. Z drugiej strony jestem facetem grubo po 40-stce, więc mam chyba prawo, na moim własnym blogu  dzielić się różnymi życiowymi doświadczeniami czy może raczej spostrzeżeniami. I tak już na koniec zupełnie poważnie, to nie raz pisałem, że bieganie bardzo dobrze wpływa na nasze możliwości oraz doznania w zakresie seksu i dlaczego mam to ukrywać, jeżeli tak jest. A seks w życiu każdego człowieka, jeżeli oczywiście nie wybiera drogi aseksualnej jest bardzo ważny. Dlatego raz na jakiś czas poruszam na moim blogu ten temat.

No i na ostatnie dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, pierwsza przez sms


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub przez formularz


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16


Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

Ale się rozpisałem, jak za starych dobrych czasów, nim ktoś mi powiedział, że tak długie wpisy przerażają. Mam nadzieję, ze nie uciekliście po połowie.

O poprawności płciowej

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany masz rację, ale każda wygrana na Igrzyskach, to już jest coś, z czym oboje się zgadzamy.

Na początku wrzucam w całości komentarz Roberta dłużej znanego na temat wiadomego, tak bardzo nas wszystkich rozpalającego tematu:

One biegają na 800 m, a nie na 200 m, to raz. Poza tym jest to poważny problem, bo z jednej strony one jako ludzie mają swoje prawa, celowo się przecież takie nie urodziły, nie biorą żadnego dopingu, nie jest tak jak piszesz: „Jak udało im się tak z płcią namieszać, by wybiegło tak, że są Kobietami”, one nic ze sobą przecież nie robiły, bo prostu takie się urodziły, są po prostu inne. Należy więc je szanować i nie można ludzi segregować na zasadzie ty jesteś ładny to możesz startować, a ty jesteś dziwny, masz inną twarz, kolor czy posturę, więc tobie zabraniamy bo nam nie pasujesz – takie praktyki już ktoś kiedyś wymyślił i skończyło się to źle. Z drugiej strony należy jakoś zapewnić równość szans dla wszystkich zawodników. Jest to trudny problem i pewnie głównie medyczny. Dlatego apeluję tylko, żeby nie wieszać na nich psów i nie pisać takich rzeczy jak w Twoim wpisie, że one „namieszały ze swoją płcią”……

Oczywiście zgadzam się,  ze biegają na 800 metrów, nie dwieście i to już poprawiłem. Co do wieszania psów i bronienia ich. Oczywiście urodziły się inne, mają do tego prawo, ale wykorzystywanie tego faktu do budowania swojej przewagi w sporcie jest już bardzo mocno mało etyczne. Bardzo trafnie to określiła nasza zawodniczka „”Trzy zawodniczki, które były na podium wzbudzają bardzo dużo kontrowersji. Nie ukrywam, że dla mnie to też jest trochę dziwne, że władze nic z tym nie robią. Koleżanki mają po prostu bardzo wysoki poziom testosteronu, podobny do męskiego, dlatego wyglądają jak wyglądają i biegają tak jak biegają. Semenya jest nie do pobicia w tym sezonie i myślę, że jeśli nic z tym światowe władze nie zrobią, będą do końca nie do pobicia” – oceniła Jóźwik.” Fajnie to skomentował trener naszej zawodniczki pan Andrzej Wołkowycki: „Walka z chłopakami jest nierówna”

Robercie idąc teraz Twoją drogą myślową, to nie ich wina, że są inne i skazane na sukces. Trudno tak już jest i będzie. A że żadna kobieta z nimi nie może wygrać, to nie ma znaczenia. Żeby było jasne, nikt ich nie ocenia za to, że są inne czy też inni, nie ma to znaczenia. Tu nie ma żadnego problemu z tym ja wyglądają, ale tym że mają naturalną formę dopingu, z którą nikt nie wie jak walczyć. Wiadomo, ze kiedy bierzesz doping farmakologiczny, który buduje przewagę, to jesteś zdyskwalifikowany i pozamiatane. A co w przypadku dopingu naturalnego, który buduje wcale nie mniejszą przewagę niż farmakologiczny?  Problem leży w tym, że nie ma prawnych uregulowań, które wskazują co można, a co nie. A jest to pewna forma dopingu, tyle że naturalnego. Tak, jak napisałem nikt ich nie gani za to, że są inne, tylko za to że tą inność wykorzystują jako budowanie przewagi nad innymi. To jest właśnie pewna forma dyskryminacji naturalnych kobiet. Jak napisałem nikt nie broni im żyć tak jak my. Mogą pracować, także w sporcie, ale takim, gdzie od początku nie będą miały takiej naturalnej przewagi, której innym zawodniczkom nie sposób będzie wyeliminować. Gdyż powiedzmy sobie szczerze. Cała reszta biegających dziewczyn jest skazana na walkę o wszystkie pozycje poza nimi. Gdyż do tych pozycji nie mają prawa się zbliżyć. Czy to jest Robercie wg Ciebie fair? Taka poprawność polityczno-obyczajowa? Czy na tym zasady i piękno sportu powinno się opierać. No właśnie, o pięknie sportu w tym przypadku chyba trudno mówić, chociaż to już kwestia gustu. Tak samo nikt się czepia, że Semenya ma żonę, w końcu to jest na porządku dziennym i każdy czy też każda sypia z kim mu odpowiada najbardziej. I nie ma tu nic to rzeczy to, że one są inne. Mogą być, nam to nie przeszkadza. Tu chodzi tylko o jedno: nie jest fair, wykorzystywanie swojej inności do pokonywania innych.

Bardzo fajnie to podsumowała Ania na Facebook: „To są pionki, ludzie zbierający cięgi. Tak naprawdę oni w świecie sportu to maszyny do robienia wielkiej kasy. Aż mi ich szkoda”. Myślę, ze dużo w tym jest racji. Z drugiej strony patrząc, kiedy mam możliwość wykorzystać swoją naturalną przewagę i nikt nie mówi,  że jest to zakazane, to dlaczego tego nie robić? Przecież tylko głupiec tego nie zrobi. Pamiętam lata, kiedy koszykarki Olimpii Poznań należały do ścisłej europejskiej czołówki. Nawet trzecie miejsce w pucharze Ronchetti zdobyły. Nie będę tutaj się rozpisywał o siostrach Dydek, a szczególnie o Małgorzacie, która swoim wzrostem potrafiła rozbić różnicę.

Pamiętam za to, jak jeden mecz, kiedy przyjechała do Poznania , chyba z Francji drużyna, w której barwach występowała najwyższa wtedy koszykarka świata. Była to Rosjanka. Nie pamiętam dokładanie, czy była to Uljana Siemionowa, czy inna zawodniczka. Ale pamiętam jedno. Ona nie biegała, ona przemieszczała się po parkiecie. A głównie stała na połowie naszych zawodniczek. I kiedy pod koszem dostała piłkę, to tylko bez ruchu wyciągała rękę i wsadzała ją do kosza. A nasze dziewczęta, jak takie pasikoniki podskakiwały dookoła niej, nie mogąc nic zrobić. Z jednej strony to też nie było może etyczne, ale z drugiej można napisać, że do tego się urodziły, do tego zostały stworzone. Idąc tą drogą myślenia, na temat pierwszych trzech miejsc w biegu na 800 metrów kobiet: cóż do tego zostały stworzone. Robercie dłużej znany,  myślę, że jest tutaj jakieś rozwiązanie, by zachować sprawiedliwość. . Jak mamy zawody mężczyzn, kobiet, to można i trzeciej płci. I jeżeli będzie tylu zawodników/zawodniczek, by miejsca startowe zapełnić, to dlaczego takich zawodów nie organizować? Byłoby to nawet interesujące doznanie może nie artystyczne, ale rekordowe z pewnością.

No i właśnie i  gdzie jest złoty środek? Co można, o wypada, a czego nie powinno się robić. Jak startować, by było fair, ale by nikogo nie wykluczyć. I oto może być pytanie, z którym niedługo sport zawodowy będzie musiał  się spróbować zmierzyć. Z drugiej strony, może Robert dłużej znany ma rację i nie należy robić tutaj zagadnienia? Kopernik w końcu też była kobietą.

Gdzieś wpadł mi w oczy tekst pana, który szedł mniej więcej Robercie Twoim tropem myślenia, atakując i naszą zawodniczkę i wszystkich jej zwolenników. Nie będę przytaczał jego argumentów dodając tylko, że mnie tylko ubawiły. Z pewnością ten pan radością stanie w ringu z trójką przedszkolaków i kiedy ich pobije, to będzie głosił wszem i wobec, jaki jest wieki, bo pokonał trzech na raz. Była kiedyś taka bajka „sześciu za jednym zamachem”.

I na koniec coś z innej bajki.Spotkałem się gdzieś z bardzo ciekawą teorią dotyczącą braku awansu do finału rzutu młotem Pawła Fajdka: „Bracia Zielińscy przyjechali do RIO , pewni, ze tak sie zabezpieczyli przed kontrolą, że im nic nie grozi. Stało sie jednak odwrotnie , środek który miał zabezpieczać ich przed wpadka , nie zadziałał, lub został wykryty. Czyżby Fajdek przestraszył sie? Dzień przed zawodami oświadczył ze boi sie aby nie wydarzyła sie tragedia , bo on lubi spać do południa, a dzień wcześniej na treningach rzucał regularnie po 82 m., a wykonując tylko 2 obroty, 70 m. Mam nadzieje , ze Komisja antydopingowa przeprowadziła kontrole i Fajdek w pełni udowodni, ze jest czysty, czego bardzo mu życzę. Dobrze byłoby aby takiej kontroli poddał sie dobrowolnie. Takie przypuszczenia pojawiły się na portalu kanadyjskim CBC.” Napiszę szczerze, że mam nadzieję, że tak nie jest, ale powiedzcie sami, czy dużo by to nie tłumaczyło? Ale chcę wierzyć, że nasz Mistrz jest czysty, a po prostu tylko mu nie wyszło, bo to się może przytrafić każdemu.

No i na ostatnie dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, pierwsza przez sms


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub przez formularz


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16


Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

Ale się rozpisałem, jak za starych dobrych czasów, nim ktoś mi powiedział, że tak długie wpisy przerażają. Mam nadzieję, ze nie uciekliście po połowie.

Ile i jak często trenować?

Nie raz się spotkałem z pytaniami, zresztą samego mnie one nurtowały: ile trenować, ile kilometrów i jak często? Codziennie, a może 6 razy w tygodniu, a może co drugi dzień, a może jeszcze inaczej? Jaka forma treningu jest optymalna? Przyznam szczerze, że chyba trudno tu znaleźć uniwersalny złoty środek, który dla każdej osoby biegającej będzie optymalny. Każda, czy też każdy z nas jest inny, ma inny organizm i zupełnie inne możliwości czy wydolność. Jednej osobie wystarczy tuptać 3 razy w tygodniu, ktoś inny musi, czy też chce i 5, a są tacy, ze i codziennie .

Wszystko jest uzależnione od tego jak często biegamy i jakie odległości pokonujemy. No właśnie jak to jest z tymi odległościami? Kiedy ktoś zaczyna czy warto od razu rzucać się na minimum 10 kilometrów dziennie, czy raczej zacząć od krótszych dystansów, ale systematycznie co jakiś czas je potem wydłużać. Nie chcę tutaj tworzyć jakiś uniwersalnych  wzorców, gdyż jak już napisałem wcześniej, każda osoba biegająca jest inna i ma inne  możliwości i predyspozycje w tym zakresie.

Kiedy ja zaczynałem, to byłem bardzo spokojny i ostrożny. Robiłem najpierw koło 1 kilometra dziennie, potem 2, 3 i tak systematycznie powiększałem moje odległości, aż doszedłem do tego co teraz, czyli podstawowa jednostka treningowa 10 km, ale zdarzają się w tygodniu i 12 km, kiedy dodaję podbiegi czy rytmy, a i dłuższe wybiegania sporadycznie sięgające i  30 kilometrów. No, ale te trzydziestki, to bardzo sporadycznie.

Jedno co mnie zastanawia, to spadek mojej szybkości. Nigdy nie byłem szybkim biegaczem, nie te lata, nie te możliwości, ale życiówkę na 5 kilometrów mam na poziomie 23,23 i to jeszcze na poznańskim parkrun, który do łatwych nie należy. Na dziesięć kilometrów moja życiówka to ciut poniżej 48 minut, czyli 47, 48. Co ciekawe wyniki te osiągałem w 2014 roku, a od dwóch lat nawet się nie potrafię się do nich zbliżyć. No, ale jeszcze wszystko przede mną. Najbliższy miesiąc to będzie moje biegowe 30 dni prawdy, gdyż dwa maratony z dwutygodniową przerwą. I albo dobiegnę, albo legnę. No jest zawsze opcja odpuścić sobie i nie pojechać, bo to Wrocław i Warszawa i gdzie mnie tam nosi. Ale odpuścić? Nie no, chyba nie w moim to stylu.

No i jeszcze drobna treningowa uwaga. Spece od tuptania mówią, że kiedy przygotowujemy się do jakiegoś startu zorganizowanego, to powinniśmy minimum podwojenie planowanego kilometrażu przebiec w treningowym tygodniowym szale. Co znaczy, że kiedy naszym celem jest piątką do trenować minimum dychę tygodniowo, jak dziesiątka to dwadzieścia itp. No, ale optymalnie jest ta dyszka dziennie.

No, a już podsumowując: ile i jak często trenować? Odpowiedź jest prosta: tyle ile potrzebujecie, ile Wam odpowiada i ile najbardziej pasuje. Nie ma reguły, każdy biega tyle, ile chce. I to jest w naszej pasji chyba najpiękniejsze. Każdy biegacz czy biegaczka biega tyle, ile odpowiada i ile chce.

„Biegaczki z jajami”

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany masz rację jesteś najlepszym biegaczem wśród wszystkich  Walczaków.

Wpis ten prowadzi zdjęcie medalistek Igrzysk Olimpijskich w biegu na 800 metrów KOBIET. Specjalnie powiększyłem i wytłuściłem to kobiet. Patrząc na te panie czuję, że chciałbym wstąpić do klubu aseksualnego czy ewentualnie pójść do klasztoru

Kilka fajnych komentarzy znalazłem pod tym zdjęciem, które Piotrek Barełkowski. Mogę mówić Piotrek, gdyż chodziliśmy w jednym roczniku do jednego ogólniaka, co prawda inne klasy, ale na wspólnej fajce nie raz w Hadesie się spotkaliśmy.  Tak, tak kiedyś paliłem i to jeszcze stosunkowo nie dawno i właśnie dzięki bieganiu, czy może przy pomocy mojej pasji ten nałóg rzuciłem. Co do komentarzy pod wrzuconym przez Piotrka zdjęciem dwa szczególnie rzuciły mi się w pamięć: „ wśród kobiet Joanna Jóźwik była druga”, a drugi to ten, który wpis ten prowadzi czyli biegaczki z jajami. Nic dodać, nic ująć. Co ciekawe, jak podaje kilka źródeł, jedna z trzech czarnoskórych „zawodniczek”, czyli Caster Semenya wzięła ślub z kobietą.
http://sport.se.pl/inne-sporty/lekkoatletyka/biegaczka-oskarzana-o-bycie-mezczyzna-wziela-slub-z-kobieta-zobacz-zdjecia_744339.html
.

No i co tutaj dodać? Faktycznie trzeba pani Joasi szczerze gratulować bycia wicemistrzynią Igrzysk Olimpijskich. Natomiast patrząc na te trzy zawodniczki…. To już napisałem co myślę w pierwszym akapicie. Zgodzicie się ze mną? No, ale to są zawsze prawdziwe biegaczki z jajami. Moc jest w ich no wiadomo.

Zastanawia mnie jedno. Gdyż z pewnością przeszły… przeszli one, oni odpowiednie badania. Jak udało  im się tak z płcią namieszać, by wybiegło tak, że są Kobietami, chociaż nie wiadomo, kim są naprawdę. Możemy obstawiać, która z tych pań to pani prawdziwa, a która tak trochę nie do końca. Na oko patrząc wygląda, że chyba pań na zdjęciu ten wpis prowadzącym nie ma. A jak Wy myślicie? A może tylko szukamy dziury w całym, gdyż to panie czystej krwi, wody i wszystkich kobiecych części ciała. No może z różnymi dodatkami, nie koniecznie kobietom należnym. No, ale niech zapadnie cisza, a prawo Igrzysk niech pozostanie prawem …diabli wiedzą jakim.

No i na ostatnie 10 dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, pierwsza przez sms


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub przez formularz


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16


Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

Szansa na sukces… na Igrzyskach

Przez ostatnie 16 dni żyliśmy jedną z największych imprez sportowych rozgrywanych na naszym globie czyli letnimi Igrzyskami Olimpijskimi. Tradycyjnie przyniosły nam trochę radości, trochę chyba więcej rozczarowań i smutków, a najwięcej to emocji. Nasza reprezentacja licząca 240 zawodników przywiozła 11 medali, czyli ciut mniej niż 5% startujących przywiozło do kraju oznakę swojej chwały oraz godne podsumowanie swojej ciężkiej pracy. Pytanie, czy to dużo, czy mało czy w sam raz, na miarę naszych obecnych możliwości.

Przyznam szczerze, że najbardziej mnie bawią nasi sportowi zawodowi  dziennikarze z różnych sportowych gazet, portali, a szczególnie telewizji i radia. Najpierw dmuchali balon pisząc o medalowych żniwach i innych takich, wyszukując medali wszędzie gdzie się da i nie da, a teraz… cytuje Onet: „Polska lista rozczarowań i niepowodzeń”. No cóż to takie nasze bardzo polskie. Najpierw pompujemy, ładujemy, rozpalamy emocje, a potem na zawodników łupu cupu i  po łbie i gdzie jeszcze się da.  A kiedy się okazuje, że nie dali radu, to krzyki rozpaczy, złorzeczenia i przeklinania są tak głośne, że aż szyby w oknach drżą. Pytania zadawane ze wszystkich stron, czy musiało tylu jechać, czy nie trzeba było wysłać tylko faworytów. No tak, ale paru faworytów także zawiodło i pytanie, co bardziej boli, czy to że są ci, co tak zawiedli, czy radują ci, którzy niespodziewanie medale przywieźli. No i ogólny krzyk, że za nasze pieniądze. Sądzę, że mam rozwiązanie tego problemu na przyszłość. Niech jadą tylko Ci, którym na tym zależy i którzy chcą, ale naprawdę chcą coś na Igrzyskach zdziałać dla kraju, a nie jadą tylko jako turyści. Jak tego dokonać? W bardzo prosty sposób.

Każdy z zawodników biorących udział podpisuje oświadczenie, że zobowiązuje się do zajęcia miejsca minimum pierwszej dziesiątce. ( w przypadku lekkoatletów w ósemce, w przypadku różnych sportów „drabinkowych” minimum ćwierćfinał. I jeżeli cel jest osiągnięty, to wszystko ok, nikt nic nie mówi. Bo widać było, że walczyli starali się, a medali jest tylko trzy i nie zawsze uda się do nich doskoczyć. Ale jeżeli ktoś daje z siebie wszystko, a nawet więcej, to nie mamy nic do zarzucenia, trudno siła wyższa, starali się, walczyli najlepiej jak potrafili… ok. Natomiast, jeżeli ktoś zawalił ( nie chcę wymieniać, lista jest godna, każdy może sam przynajmniej parę nazwisko wymienić), to zwraca kasę za wyjazd z własnej kieszeni. Każdy może się wybrać na wycieczkę, ale niech wtedy płaci za to sam, z własnej kieszeni, a nie z naszej. I kiedy będzie tak postawiona jedna z poprzeczek kwalifikacji olimpijskich, to jak ktoś już pojedzie, to da z siebie wszystko. Podejrzewam, że nasza kadra byłaby wtedy dużo szczuplejsza i pojechaliby tylko walczaki, a turyści zostali by w domu. No chyba, ze za własną kasę by chcieli pozwiedzać.

W końcu nikt im tego nie broni, niech mają przygodę życia, proszę bardzo, ale nie za naszą kasę. Już widzę ten przesiew i kto by na dzień dobry sobie odpuścił. Kogo obstawiacie? Mi biega po głowie parę nazwisk.

„Biegam, bo chcę być lepszy niż byłem”

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Małgosiu masz rację. Nasz pasja, ale i świadomość i doświadczenie wypływające z każdego pokonanego metra wzrasta z każdym kolejnym krokiem. Muszę przyznać, że widziałem i czytałem wiele argumentów czy powodów dla których warto biegać. Praktycznie każdy portal wynajduje ich dziesiątki, czy setki. Ale najbardziej do mnie przemawia ten, który wrzucił pod moim wcześniejszym wpisem Lopez:  „Biegam, bo chcę być lepszy niż byłem”. To jest myślę istota czy też clue naszego całego tuptania. Wrzucam w całości ten komentarz, bo warty jest tego: „Ja biegam bo chcę być lepszym niż byłem.
Chce krok po kroku pokonywać swoje słabości . Każdy z nas nabierając doświadczenia jest zawodowcem , po pierwszym czy kolejnym półmaratonie czy maratonie jesteśmy silniejsi . I choć może rozpocząłem ma przygodę z bieganiem wraz z moja nadwaga cieszę się z każdego pokonanego kilometra. Z drugiej strony po co mi być zawodowcem , granica 4:30 jest dla mnie dużym wyzwaniem a wiem też ze raczej juz nigdy z racji wieku nie pokonam 3:10. Cieszę się z tego co mam i uśmiecham kiedy Was wszystkich widzę uśmiechniętych na starcie.:)”

I tak sobie myślę, czy właśnie nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Motto, które powinno każdemu z nas przyświecać, w paru prostych, ale jakże trafiających w sedno zdania rozszerzone. Masz całkowitą rację, po każdym kolejny starcie, niezależnie na jakim dystansie jesteśmy silniejsi, jesteśmy lepsi. Starty. czy nawet  samo bieganie nas hartuje, oraz nadaje naszemu życiu zupełnie innego blasku. Sami sobie ustalamy, a w zasadzie nie ustalamy, przekraczamy kolejne granice, które stosunkowo nie tak dawno wydawały nam się być nie do osiągnięcia. A jeżeli potrafimy przekroczyć granice biegowe, to dlatego nie możemy także życiowych? Bieganie pozwala nam zupełnie inaczej na swoje wewnętrzne ograniczenia spojrzeć. To dzięki niemu, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nagle odkrywamy, że nie ma barier, nie ma granic, nie blokad, których nie potrafimy przełamać.

Powiedzmy sobie szczerze, jeżeli ktoś, kto nigdy w życiu nie biegał, nawet nie myślał, że może zacząć biegać, nagle pokonuje dystans 5 km,10 km, półmaratonu, a w końcu pełnego Królewskiego Dystansu, czyli 42 kilometrów z małym haczykiem, to znaczy, że nie ma w życiu zawodowym czy jakimkolwiek innym  dla niego czy dla niej rzeczy niemożliwej. Ze wszystkim sobie poradzi, przez każdą blokadę się  przebije, a przeszkody połykał czy też wsysał, jak makaron z talerza. Podsumowując, możemy napisać krótko: z każdym kolejnym kilometrem jesteśmy lepsi i to nie tylko jako biegacze, ale co chyba najważniejsze, jako ludzie. Rozumiemy innych, staramy się pomagać innym, nabieramy z jednej strony twardości w walce z sami samymi, a z drugiej otwieramy się na potrzeby innych. I kto wie, czy to nie jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze.

Dużo osób mówi, że startują w biegach zorganizowanych, by zmierzyć się z innymi  i zobaczyć, czy jesteśmy w stanie kogoś na trasie wyprzedzić. Jasne, są racy, którzy biegają dla miejsc, dla nagród, ale to chyba nie jest zbyt duży tłum biegaczy. Myślę, że dla większości z biegających największy rywal, którego pragniemy pokonać tkwi właśnie w nas samych. To są nasze blokady, nasze ograniczenia i nasze lęki. Z nimi głównie walczymy, je chcemy pokonać.  A czasy, miejsca i inne takie są tylko dodatkiem, do najważniejszego zwycięstwa, czyli pokonania takiej, a nie innej trasy. Fantastycznie to skomentował Krzysztof na portalu Bieganie: ” biegać ale nie patrzeć wciąż tylko na siebie, na swoje wyniki, ilość startów tylko czasem zostać pacemakerem, wolontariuszem a nawet organizatorem.”. I myślę, że to jest najbardziej odpowiadające wszystkiemu zdanie.

No i na ostatnie 10 dni wracam do stałego  tekstu. Blog ten bierze udział w głosowaniu na biegowy blog roku. Jeżeli uznasz, że na to zasługuję, to są dwie możliwości oddania głosu, pierwsza przez sms


http://www.festiwalbiegowy.pl/konkurs-dziennikarza-2016/pawel-kempinski-blog-biegaczamatorblogpl#.V2q1eaJSGwN

lub przez formularz


https://www.festiwalbiegowy.pl/glos/index.php/formularz/glosowaniedzienikarz/dziennikarz/16


Każdemu głosującemu w pas się kłaniam, a może i jeszcze niżej. Mam nadzieję, że moje czoło wytrzyma to nieustanne walenie w kolana

Gdzie jest granica między amatorstwem, a wejściem na poziom wyżej

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany masz rację pogoda nie sprzyjała bieganiu, a dzisiaj wydarzenia nie sprzyjają. I moja antybiegowa secesja w natarciu No, ale czasem tak się dzieje.

Ostatnio napadła mnie pewna refleksja. Jak to jest  z tym naszym biegowym amatorstwem. Nie raz i nie dwa dobiegają mnie z różnych stron opinie, że jeżeli startujemy w biegach zorganizowanych, kupujemy sobie coraz lepszy sprzęt biegowy, trenujemy wg ustalonego planu czy rozpiski, to znaczy że żadni z nas amatorzy. Bo amatorzy to biegają od pomysłu, że chce im się biegać, do kolejnego pomysłu, że znowu im się chce biegać. Byle w czym, byle jak, ale biega. Prawdziwy biegacz amator to taki, który w jeansach , podkoszulku i podbitych butach goni autobus lub tramwaj, albo biegnie po piwo do sklepu, by zdążyć nim go zamkną.

 A jeżeli ktoś tak jak my, czyli trenujemy regularnie wg jakiegoś tam ustalonego planu, do tego bierzemy udział w biegach zorganizowanych, mamy bardziej lub mniej markowy sprzęt biegowy, to żadni z nas amatorzy. To w takim razie, kim jesteśmy? Bo zawodowcami z pewnością nie, gdyż nie żyjemy z biegania. Nie zarabiamy na nim. Oczywiście są w naszej grupie osoby, które biegają dla wygranych i z tych wygranych lepiej i gorzej, ale żyją. Nie raz obiły się o uszy historie, o zorganizowanych grupach  czarnoskórych zawodników jeżdżących od biegu do biegu i zgarniających kasę za wygrane. Część z nich  w odróżnieniu od nas nawet nie musi kupować pakietów, gdyż są zapraszani przez Organizatorów, a za ich pakiety płacimy my, czyli cała tuptająca szara masa biegowa, stanowiąca dodatek do mistrzów. A potem słyszymy motywujące historie, że starty w biegach zorganizowanych, to jedyna szansa, kiedy my amatorzy możemy zmierzyć się na równych prawach z zawodowcami i ich nawet pokonać. Przyznam szczerze, że chciałbym raz widzieć przypadek, kiedy jakiś prawdziwy amator przegania całe to zawodowe towarzystwo. Ale wiem, że to raczej nie możliwe.

Pod względem amatorstwa i zawodowstwa bieganie to jest dziwny sport. Bardzo często zacierają się różnice (oczywiście nie wynikowe, tylko przygotowawcze), miedzy nami typowymi i czystej wody amatorami, a zawodowcami. Bardzo często my nie trenujemy dużo mniej od nich, także mamy w pełni profesjonalny sprzęt do biegania, tyle że my za to płacimy i zarabiać nigdy z naszej pasji nie będziemy. No chyba, że ktoś ma taki talent, że potrafi wyprzedzić zawodowców. Ale w 99,9% przypadków nam to nie grozi. Więc pytanie: kim my jesteśmy. Nie jesteśmy zawodowcami, gdyż nie zarabiamy na bieganiu.  Nie jesteśmy takimi typowymi amatorami, gdyż jednak przygotowujemy się do startów, inwestujemy w sprzęt biegowy, jeździmy na zawody. Tak szczerze, chociaż to może kogoś zaboleć można napisać, że jesteśmy szarą biegową masą pakietową, napędzającą koniunkturę.  I wiecie co? Może i to brzmi ponuro, ale mi to nie przeszkadza. Dobrze się czuję tuptając w takiej naszej szarej masie biegowej.  Bieganie to pasja, dlatego będąc pełnymi amatorami przygotowujmy się jak zawodowcy. A granica między amatorstwem a zawodowstwem? To nie jest nasz problem, gdyż nas to jest raczej granica, gdzie tuptanie staje się pasją. Bo do każdej pasji z pełnym profesjonalizmem należy podejść, chociaż się na niej nie zarabia. I to chyba by było na tyle niedzielnego słowa biegacza amatora.

O biegowej wojnie secesyjnej i sucharach

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Robercie później poznany, było wczoraj na Igrzyskach, oj było. Robercie dłużej znany, obawiam się, że tych czarnych kaktusów będzie coraz więcej. Nie wątpię, jak to  Ty  i Robert później napisali, że było fajnie, super i w ogóle. Niestety, mam lekki kryzys biegowy i wykorzystuję każdą wymówkę. A może być jeszcze gorzej, ale na razie tego nie będę rozwijał.

Jak pisałem rano nie wstałem dzisiaj na parkrun. Po wczorajszej transmisji po prostu spałem. Co prawda rano o wiadomej godzinie się obudziłem i chciałem wstać, ale w tym momencie poczułem, że mam wewnętrzną secesję i rozpoczęła się kolejna, tym razem wewnętrzna  wojna secesyjna.  Parkrun jest jak najpotężniejsza twierdza nad moją biegową pasją pieczę trzymającą.  Dlatego też  moje zbuntowane ego zachowało  się jak Konfederaci ostrzeliwując dzisiaj od rana  wyjazd na Cytadelę, tak jak Konfederaci fort Sumter. No i po trzech salwach fort padł.  I zakończyło się, że nie pojechałem na parkrun, gdyż musiałem moje biegowe siły przegrupować i rozpocząć atak w samo południe Dlatego kiedy w okolicach 10 rano, otworzyłem jedno, potem drugie oko, a następnie zwlokłem się z łóżka doszedłem do wniosku, że muszę przegrupować siły i rozpocząć kontrofensywę. No i miałem mały problem. Bo wiadomo, że parkrun mi odbiegł, ale kilometry trzeba było zrobić. Z drugiej strony nastąpiła secesja i trzeba było się zebrać i kontratakować. Dlatego  przebrałem się i ruszyłem. Muszę przyznać, że było ciężko. I to bardzo ciężko. Każdy kilometr ogromnymi stratami okupiony.  To nie był bieg treningowy, ale walka ze swoim zbuntowanym ego. Poszło szybko i jeszcze tego samego dnia, kiedy secesja zaatakowała doszło do mojej wewnętrznej bitwy pod Gettysburgiem. Podczas bitwy, tfu treningu  co chwila byłem atakowany przez niechętne jednostki lotne. No, ale biegłem. Co prawda planowanych 30 kilometrów nie dałem rady zrobić, ale zaledwie w okolicach 14 padło. Potem musiałem przerwać i wróciłem do domu. Czyli podobnie, jak w rzeczywistej bitwie pod Gettysburgiem  nie było rozstrzygnięcia, ale chyba szkielet Konfederacji został przełamany. Zobaczymy w najbliższych dniach, na które moje biegowe ja szykuję  ofensywę.

No i na koniec, by przerwać wojenną tematykę coś na ubawienie. Dwa suchary, które dzisiaj znalazłem. Pierwsze to naszego trenera piłkarskiego Franciszka Smudy:

Państwo w Oceanii, którego nazwa zbudowana jest z jednej litery? Samo-A

A drugi kogoś innego

Jaki jest ulubiony piłkarz zapaśników? – Juan Mata

Sucharów ci u nas dostatek, a i te przyjmiemy jako wróżbę dobrego humoru.

To dopiero była noc…

No działo się na Igrzyskach. A nawet nie tyle co działo, co armata. Najpierw cały dzień żyliśmy wyczynami  Oktawii Nowackiej, która przez cały dzień prowadziła w pięcioboju pań. A wiadomo, że pięciobój to królewska dyscyplina Igrzysk Olimpijskich, która jest na nich rozgrywana od XII Igrzysk w 708 p.n.e. Co prawda wtedy dyscyplina na trochę się różniła od obecnego pięcioboju, no może trochę więcej niż trochę, ale co tam. No i nasza Oktawia prowadziła przez 4 pierwsze konkurencje i na bieg ze strzelaniem ruszyła z 12 sekundową przewagą. No i taki drobiazg, że trzy miesiące przez Igrzyskami odłożyła kule po paskudnej kontuzji. Jeszcze na ostatnim strzelaniu prowadziła. I do 800 metrów do mety także. No, ale sił na ostatnich metrach zabrakło. Miało prawo zabraknąć, a w zasadzie musiało, bo walczyła z bólem i śladami kontuzji. Ale ona dała z siebie wszystko i ten brąz jest jej wielkim sukcesem. Brawo, brawo, brawo jest Wielka.  Jak to Ona powiedziała: „żebym miała paść, zemdleć czy umrzeć musiałam dobiec.

Potem przybiegł czas na piłkarzy ręcznych. Siatkarze, którzy byli wg naszych dziennikarzy faworytami do złota niestety zawiedli. Piłkarze ręczni zaskoczyli już pokonaniem Chorwacji. Przed półfinałem znowu pompowano balon, jakby mimochodem zaznaczając, że gramy bez Jureckiego. No i początek był, jaki był, od razu schody i to cholernie wysokie i jeszcze jakie strome. Było już 1:4 i wydawało się, że to już początek końca. Ale niczym lwy podnieśli nasi głowy i ryknęli, tak aż sala się zatrzęsła. W 12 minucie było już tylko 4:5. Niestety nim ryk przebrzmiał synowie mrozu go mocno schłodzli.  No i zrobiło się 5:8. No, ale wtedy wszedł Wyszomirski do bramki, I znowu zabrzmiał biało czerwony ryk naszego lwa i dobiegliśmy do remisu. Wtedy trener potomków Hamleta wziął czas, po którym niestety nasi rywale odskoczyli na dwie bramki. W odpowiedzi Bielecki wypalił ze swojej armaty.

W międzyczasie nasze dziewczyny ze sztafety 4X400 z trzeciego, bo z trzeciego miejsca, ale wbiegły do finału. W taekwondo Piotr Paziński  uzyskał w repasażach prawo walki o brązowy medal.  W boju o finał w piłce ręcznej co chwile nam Duńczycy odjeżdżali nam na parę bramek, ale nasze lwy za każdym razem odgryzały się jak można.  Trzy razy dobiegaliśmy do remisu, ale tuż przed końcem pierwszej połowy jeszcze nam spece od lodu odskoczyli. Jedna drobna refleksja po 1 połowie. W 16 minucie za Szmala pojawił się bramce Wyszomirski. Straciliśmy podczas gry obu bramkarzy po 8 bramek, tyle że podczas pierwszej połowy części za Szmala strzeliliśmy 5 bramek, a w drugiej połowie za Wyszomirskiego 10.

Początek drugiej połowy z lekkim wskazaniem na naszych. Nawet po raz pierwszy nasze lwy objęły na chwilkę prowadzenie. Niestety gramy w osłabieniu, ale to czas Lijewskiego, który się przebudził i trafił dwa razy. Niestety dwa razy graliśmy w osłabieniu. Mimo osłabienia prowadziliśmy, ale za każdym razem Hamleci nas dobiegali. Co i tak nie zmienia faktu, że Wyszomirski to twierdza. Tylko, czy jest w stanie sam ten mecz wygrać?

Nasza sztafeta 4X400 metrów cudem, bo cudem ale awansowała do finału. W rzucie młotem znowu nadmuchany balon zbliżał się do huku. Dwie spalone próby. Na szczęście protest naszego zawodnika został zaliczony i awansuje z 7 rezultatem do ścisłego finału. Wieki huk po kraju się rozległ, bo to kamienie z serc pospadały. Ale tylko na chwile, bo znowu kolejne nam przybyły, gdyż to co się działo podczas meczu piłki ręcznej przechodziło granicę rozumienia. Gdyby nie Wyszomirski,… W teakwondo niestety 0:8 dla rywala naszego zawodnika, więc już raczej pozamiatane. No i faktycznie przegrał. Takie prawo.  A podczas meczu piłki ręcznej wiadomo, że będzie horror. Bramka za bramkę obrona za obronę. To nie mecz to wojna. Takie wojny przechodzą do historii. 30 sekund do końca nasi rywale prowadzą. Ale pełen podziw i szacunek. Nie ważne, jak się skończy dla nas jesteście mistrzami Panowie. I jeeessssttt Daaaassssszzzzzeeeekkkk dogrywka. Co za rzut, co za mecz. W  dogrywce już niestety o tą jedną bramkę…. Od początku odbiegli nam na trzy bramki.. Ale nie zmienia to faktu, że takie mecze piszą historię, one w pamięci na długo pozostaną. Brawo Polacy dziękujemy za serce, walkę i emocje. Powiedzmy sobie szczerze. Hamleci byli faworytami i byli trochę lepsi. W zasadzie to my cały mecz goniliśmy wynik. W pierwszej połowie ani razu nie wyszliśmy na prowadzenie. W drugiej jak się zdarzyło to góra na jedną bramkę, a nasi rywale to potrafili i na kilka goli nam odbiec. Co nie zmienia faktu, że to był mecz, którego jeżeli ktoś nie oglądał niech żałuje. Wyszomirski i wszystko jasne.

Na osłodę został rzut młotem. Był to młot emocji. Nasz zawodnik walczył nie tylko z samym młotem, ale także z sędziami. Na szczęście się nie poddał, walczył do końca i mamy kolejny medal. Co prawda „tylko” brązowy, ale no to co się działo, to super. Miał być w rzucie młotem medal i był. Liczyliśmy, że raczej zdobędzie go Paweł Fajdek, ale ten niestety przegrał sam z sobą.

To był noc…. Z tego wszystkiego zaspałem na parkrun. Ale za to 30-stkę sobie dzisiaj zrobię. Tak dla odstresowania.

Papieros dla mistrza

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Prawie biegacz prawie amator, co do braku analiz, to trzeba się do Roberta krócej znanego uśmiechnąć, to była jego broszka.

Dzisiaj dzięki Robertowi dłużej znanemu doczytałem się interesującego fragmentu w jednej z gazet o zachowaniu po swojej klęsce, gdyż inaczej nie można nazwać nie wyjścia do finału rzutu młotem Pawła Fajdka: „Po konkursie dolnośląski zawodnik długo nie podnosił się z tartanu, twarz miał schowaną w dłoniach. Potem, pod stadionem, w towarzystwie trenera Czesława Cybulskiego nerwowo palił papierosa.”

I tak sobie pomyślałem przez chwilę, jak to jest z tym paleniem Mistrzów. Fragment wywiadu z Jackiem Wszołą:  „A propos „popalić”, to na igrzyskach w Moskwie, w trakcie przerw palił Pan papierosy schowany pod trybunami.
- Te zawody naprawdę trwały długo. Konkurs co chwila był przerywany. Zimno, deszcz. To sobie popalałem.

Nałóg nie kłócił się ze zdrowym trybem życia sportowca?
- Poza paleniem prowadziłem sportowy tryb życia (śmiech).

Czytaj więcej na
http://teletydzien.interia.pl/sport/news-jego-ekscelencja-jacek-wszola,nId,625296#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

 Jeszcze kilka przypadków można podać: siatkarze złotej drużyny Wagnera, ( nie wiem tylko, jak ich kat dopuszczał), oraz obiło mi o uszy jeszcze parę znanych nazwisk z panteonu narodowych olimpijskich sław, ale nie widząc pewnego potwierdzenia w źródłach nie poważę się wymieniać.

Bardzo mocną palącą ekipą są piłkarze: Szczęsny, Rooney, Balotelli, Asley Cole, Boruc i wielu innych. Pytanie jak wytrzymują bieganie w ostrym tempie przez 90 minut po jednym dymku przed i drugim w połowie.

Jak podaje tvn24: : „ 12-13 procent polskich sportowców pali papierosy, wynika z zaprezentowanego w ….. raportu warszawskiego laboratorium antydopingowego. Ośrodek pracujący od egidą Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) stwierdził, że najczęściej są to ciężarowcy, zapaśnicy i szczypiorniści. Palą tuż przed startem, albo nawet w czasie zawodów.

A szczypiorniści dzisiaj walczą o medal. No to po całym panowie. A tak poważnie, to sam paliłem bardzo długo. Moją „przygodę” z nikotyną  zacząłem jeszcze w ogólniaku. Jest na moim facebook profilu kilka znajomych osób z tego czasu, które to z pewnością potwierdzą. Paliłem bardzo , nawet po wypadku samochodowym i uszkodzeniu mózgu, kiedy doszedłem do siebie znowu wróciłem do palenia. W pewnym momencie zacząłem się ograniczać około 5 lat temu. Ale nie planowałem rzucenia, tylko doszedłem do 2-3 papierosów dziennie. Kiedy zacząłem biegać jeszcze paliłem jakieś dwa lata. Czyli dwa lata temu rzuciłem. I jakoś utrzymuje stan niepalący. Co ciekawe wyniki sportowe miałem lepsze kiedy paliłem, niż obecnie. Ale nie łączę tego, tylko cieszę się, ze udało mi się to świństwo rzucić.  Bo w sumie są same plusy. Mniej kasy się wydaje, mniej się śmierdzi i kapcia w gębie nie czuje, jak to drzewiej niektórymi rankami bywało.