Delirium Biegens czyli pożądanie biegowe

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, Marek słusznie wypatrzyłam zapis w regulaminie, że herby będą wysłane od 31 marca do któregoś maja, więc wszystko zgodnie z założeniem.

Raz na jakiś czas każdej osobie tuptającej zdarza się taka czy inna przerwa w bieganiu. Przyczyn przerw może być wiele. Niektóre są spowodowane kontuzją, inne koniecznością odpoczynku, jeszcze inne tzw biegowstętem, czyli koniecznością odpoczynku z przyczyn biegowych. I to jest jasne, logiczne i zrozumiałe. Raz na jakiś czas robimy biegową przerwę, ale nie wiąże się ona z jakimiś dodatkowymi psychicznymi konsekwencjami. Po prostu trzeba odpocząć, a kiedy czas odpoczynku mija, znowu pełni radości zaczynamy tuptać. Takie przerwy są jasne i zrozumiałe, chociaż jak np. w przypadku kontuzji z pewnością mało pożądane.

Trochę inaczej sytuacja wygląda, kiedy przerwa jest narzucona jakimiś zewnętrznymi powodami, których nie możemy w jasny sposób sklasyfikować. A to nadmiar pracy, a to żona, mąż, dzieci, rodzinne jakieś układy i wszystko to powoduje, że odpada nam nagle parę tuptających dni. I wtedy, kiedy przerwa jest spowodowana, wymuszonymi do akceptacji powodami, może się nam przytrafić delirium biegens, czyli stan pożądania biegowego. Podstawowa przyczyna jest taka, chcemy, mamy możliwości, ale z przyczyn zewnętrznych niezależnych od nas nie możemy. No i wtedy się zaczyna. Objawy delirki biegensowej są proste. Wszystko zaczyna się od narastającego stanu pragnienia, czy raczej pożądania biegowego. Czujemy pożar w duszy i sercu, a w efekcie może to prowadzić do dreszczy, gorączki, przekrwionych oczu, a w efekcie omamów słuchowych ( słyszymy za oknem tupot tysięcy stóp), halucynacji ( widzimy biegnące białe myszki w naszych butach, od czasu do czasu ogromnego pająka tupiącego ośmioma gumiakami, czy olbrzymią stonogę ledwie mieszczącą się na naszej ulicy w wąwozie domów robiącą swoją życiówkę. Szczytem może być biegnący różowy słoń w baletkach z pomponikami. No, ale każdy ma takie widoki, na jakie zasługuje.

Tak jest objawów, halucynacji i innych takich niepożądanych zjawisk może nieskończona ilość. Wyjście z tej sytuacji może być tylko jedno. Trzeba szybko się przebrać i ruszyć machnąć przynajmniej dyszkę, ale uważając, by stonoga nas nie zdepnęła. A potem już wszystko mija i jest na tyle normalnie, na ile my biegający być normalni potrafimy.

Gdzie jest stolica biegania w Polsce.

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Krzysiek masz rację urok mniejszych półmaratonów jest niezaprzeczalny, a komfort biegania  nie do przecenienia. Robercie dłużej znany, nie wiem co z tym Herbem, ale może spróbuj do pomysłodawcy zadzwonić http://herbmaratonow.pl/kontakt/ .

Marku muszę przyznać, ze próbowałem się przebić przez reklamy, na początku zamieszczone, ale chyba jestem zbyt niecierpliwy. Może dlatego od jakiegoś czasu w ogóle TV nie oglądam. Relacje sportowe można zawsze w necie zobaczyć, a reklamy nie straszą. Przynajmniej na razie. Kowal, cieszy mnie Twoje zdanie, gdyż przyznaję, że podobnie to odbieram i też uważam, że zamykanie głównych arterii miejskich jest nie do końca halo. No, ale jak jest, to nic nam nie pozostało, tylko korzystać.

Jak już wczoraj wspomniałem, w weekend, który właśnie nie zakończył mieliśmy wielkie prężenie muskułów organizatorów biegów i próbę udowodnienia, w którym mieście są najlepsze imprezy biegowe na poziomie jednego z najbardziej ulubionych dystansów, czyli półmaratonów i które przyciągają najwięcej tuptających osób. W szranki stanęło chyba dwóch obecnie najmocniejszych na biegowym rynku graczy, czyli Warszawa i Poznań, oraz zupełnie nie rozumiem dlaczego Sobótka, o której wiadomo było, że szanse ma minimalne, czy wręcz  iluzoryczne. Może organizatorzy z Sobótki liczyli na biegających z południa naszego kraju, że mając do wyboru jazdę gdzieś do Poznania czy Warszawy wybiorą złoty środek i zdecydują się na Ślężę. Jak widać po efektach założenia te okazały się zupełnie błędne.

Na polu boju zostały dwa miasta, które postanowiły rywalizować o miano stolicy biegania polskiego czy  w Polsce, jak kto woli i jak komu pasuje. W Warszawie do mety dobiegło  12180, a w Poznaniu na liście startowej mieliśmy 11491, a dobiegło niecałe 11 tysięcy.

Jeżeli weźmiemy czystą matematykę, Warszawa górą i jej miano stolicy nie tylko formalnej, ale także biegowej przysługuje. Z drugiej strony, gdybyśmy brali pod uwagę wielkość miast, czyli potencjału biegowego do rzeczywistych tuptających osiągów to wygrałaby…  Sobótka.  Jak mam być szczery, to poważnie się zastanawiam jaki miało sens to wzajemne prężenie muskułów. W sumie tak naprawdę, to chyba nikt nie wygrał. Gdyby każdy z tych biegów odbył się w innym, nie kolidującym w stosunku do siebie terminie, to z pewnością wszędzie frekwencja byłaby większa. Pytanie, ilu Poznaniaków pojechało do Warszawy, a ilu Warszawiaków do Poznania. Bo ilu z nich wybrało Sobótkę, jest pytaniem chyba retorycznym, bo Sobótce zdecydowanie w tym roku zabrakło do limitu. Jedynie Warszawa nic do limitu nie straciła, bo go po prostu nie określiła, na zasadzie ilu będzie tylu będzie, czyli Stolica biegniemy na rekord. W Poznaniu zabrakło prawie 6 tysięcy ludzi, a w Sobotce 1500, ale jest inny układ, kiedy do 5 tysięcy brakuje 1,5 a do 16 tysięcy 6.

W moim prywatnym odczuciu w tej dziwnej rozgrywce nikt nie zyskał. Nawet my, bo musieliśmy wybrać w tym roku jeden z trzech fajnych półmaratonów.  Może w przyszłym roku Orgowie pobiegną po rozum do głowy, albo już pobiegną na zupełne szaleństwo i  w tym samym momencie, o tej samej godzinie zrobimy Dzień Półmaratonów Polskich. Będzie to znaczyło, że do Warszawy w centrum, Poznania na zachodzie, dołożymy np Białystok na wschodzie, na północy Gdańsk, ewentualnie Gdynia. Na Północnym wschodzie moglibyśmy dołożyć Olsztyn na zachodzie Szczecin, a na południu pięciomiasto śląskie, nie wiem strzela Katowice czy Chorzów, oczywiście Kraków i jeszcze na dodatek Wrocław, bo Wrocław nie może być stratny. Wyobrażacie sobie? W jednym dniu półmaraton w każdym z tych miast.  To byłby dopiero klimat. Wygrywa miasto, w którym pobiegnie najwięcej biegaczy, a z drugiej strony będziemy mieli obraz, ilu faktycznie z nas tupta na tyle poważnie, żeby z połówką się zmierzyć. Praktycznie każdy kto biega, mógłby dla siebie w tym dniu półmaraton znaleźć Ciekawe, kto by wygrał taką rozgrywkę i jakby to znieśli niebiegający mieszkańcy naszego kraju. .Dzień pod hasłem: cała Polska biega półmaraton.

Trzeba szczerze przyznać, że kumulacja połówek z zeszłego weekendu miała jeden wielki pozytywny aspekt: był to weekend biegowy z efektem wow, czyli wyjątkowy.

Biegowy efekt wow

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie krócej znany masz rację, nie tylko biegający zamykają miasto, ale to jest nam najbliższe.

W weekend, który właśnie się skończył był okraszony trzema wielkimi półmaratonami: Ślężańskim, Poznańskim oraz Warszawskim. Wiadomo, że w tym przypadku półmaratony w Poznaniu i Warszawie są wielkimi ze względu na liczbę uczestników w nich startujących. W tych dwóch biegach do mety dobiegło ponad 22,5 tysięcy osób. W Sobótce takich tłumów nie było, gdyż na mecie się zameldowało niecałe 4 tysiące biegających, ale jak zsumujemy, to możemy stwierdzić, że w ten weekend z dystansem półmaratonu zmierzyło się prawie 26 tysięcy osób. Dużo, nie dużo, ale kiedy sobie wyobrazimy stanąć w takim tłumie, wczujemy się w bicie tysięcy serc, emocji rozrywających biegających, to możemy sobie powiedzieć śmiało: to jest biegowy efekt wow, napędzający nasza pasję.

Relacje w oficjalnych mediach, widok tych tysięcy biegnących , w wielu osobach, które nigdy wcześniej nawet nie myślały, że mogą zacząć biegać, może nagle i niespodziewanie wyzwolić chęć, pragnienie, a może jednak, a może ja też spróbuję.  Kiedy widzisz te tysiące biegnących osób, nawet, kiedy stoisz w korku, bo nie doczytałeś, to przeklinając w duchu, albo i głośno, może trafić Cię refleksja: „ a może ja też, dlaczego nie, oni mogą, to ja też”. Robi się efekt tłumu, czyli podążamy zgodnie z trendem, zgodnie z modą, ale nie tylko. Kiedy widzimy te tysiące walczących ze swoimi słabościami, czasem, wszelkimi przeciwnościami trasy, to mówimy sobie: wow, co musi być w bieganiu, by chcieć czołgać się do mety, wiedząc że jesteśmy na ostatniej fizycznej parze. Nawet często przekraczając granice swoich możliwości i przesuwając je w obszary, o których nawet nigdy nie śniliśmy. I ten tłum biegnący, często bez sil, ledwie człapiący, ale dążący do mety, bo tak być musi, bo to jest ich cel, ich pragnienie i ich plan. I wcześniej czy później go osiągną. Jeżeli nawet nie osiągnęli go z jakiś powodów wczoraj, to zrobią to następnym razem. Bo ziarno walki jest w nich zasiane i wzrośnie. Podobnie, jak w wielu tylko kibicujących, czy nawet klnących. Bo biegnący tłum na trasie powoduje w nas efekt: wow, ja tez bym chciał, czy chciała. Nawet jeżeli wczoraj jaszcze nie wykiełkował, to kiedyś zapewne to zrobi, bo został zasiany.

Zastanawia mnie jedno. Czy warto robić trzy wielkie, względem siebie w jakiś sposób konkurujące imprezy w jednym terminie. Najwięcej straciła na tym Sobótka, gdyż nawet się nie zbliżyła do limitu 5000, który kiedy ja biegłem na Ślęży był bez problemu osiągnięty. Główna walka była pomiędzy dwoma połówkami: warszawską i poznańską. Gdzie pobiegnie więcej, która przyciągnie większą ilość osób. Pytanie, czy gdyby oba biegi się odbyły w innym czasie, to czy na obu frekwencja może nawet dobiegłaby do założonego limitu w Poznaniu, który wynosił 16.000 osób. No, ale nie byłoby emocji, gdzie więcej.

Paraliż miasta, czyli przepraszam, czy tu biegają?

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie.  Macieju masz rację, że podstawowe pytanie, jakie się nasuwa, to jak można mieć wstręt do swojej pasji. Jednak tego typu określenie pojawiło się w sieci i coś w tym musi być.

No, ale dzisiaj w Poznaniu mamy kolejny tuptający miejski paraliż czyli nasz poznański półmaraton. Osoby, które biegną ewentualnie o tym pamiętają i nie udają się akurat do pracy, na szkolenia i inne takie mają luzik, radość, frajdę i spokój ducha. Gorzej, jeżeli ktoś nie doczytał, a akurat musi jechać i właduje się w korek radośnie klnących kierowców. Muszę przyznać, że sam kiedyś byłem po stronie klnących, więc wiem, że to wcale nie jest tak halo i fajnie. Mnie akurat to, że stałem w korku zmobilizowało do tego, że sam zacząłem biegać, na zasadzie jak mam  kląć, to niech lepiej na mnie klną. No i się sprawdziło i działa. No, ale nie każdy ma takie ciągoty i dla sporej większości mieszkańców  naszego miasta dzisiejszy półmaraton jest przekleństwem. Muszę przyznać, że sam mam w ten weekend służbowe szkolenie i muszę się jakoś dzisiaj dostać za Cytadelę i wiem, że to łatwo nie będzie. Ale z racji, że wiem nie stanowi to dla mnie większego problemu. Gorzej w sytuacji tych, którzy się nie spodziewają, nie wiedzą i tu pupa. I tak naprawdę nie ma znaczenia, czy ktoś chce jechać do lasu, centrum handlowego, kina czy gdziekolwiek indziej. Ważne jest to, że naszą pasją ograniczamy czyjąś wolność i prawo dokonywania przez tego kogoś jego własnych, osobistych wyborów.

Ktoś może powiedzieć: „ a tam, co to jest że raz w roku na trzy godziny miasto zamkniemy”. Tyle, ze to nie do końca tak jest. Mamy półmaraton, maraton, Maniacką Dziesiątkę i parę jeszcze innych tuptań miejskich, które w mniejszym lub większym stopniu paraliżują miasto. Jak mam być szczery, to nie do końca jestem przekonany, czy zamykanie głównych arterii miasta jest do końca fair w stosunku do tych, którzy nie biegają. Z drugiej strony, czy ja pobiegnę czy nie pobiegnę nie ma tak naprawdę znaczenia, bo i tak bieg się odbędzie, a miasto będzie zamknięte. Takie życie, my korzystający, a ci co nie biegają, maja pecha. Dlatego przed każdym weekendem warto sobie zadać pytanie: „ przepraszam, czy w ten weekend w mieście biegają”. Kiedy niebiegający poznają odpowiedź na to pytanie z pewnością będzie im się lepiej żyło. Co na to poradzimy, że nam biegającym z paraliżem miast jest do twarzy. Bo tak naprawdę nie dotyczy to tylko Poznania, ale wszystkich miast, gdzie odbywają się biegi zorganizowane. Jak to mówił klasyk: ” Ktoś musi cierpieć, by biegać mógł ktoś”. Mam wątpliwości, czy jest to do końca fair, ale tak już jest życie ułożone i nikt nie mówił, że ma być lekko.

 No cóż dla nas dzisiaj wielkie święto, dla wielu przekleństwo. Jest to jeden z tych dni, kiedy się cieszę, że jestem po tej złej stronie mocy. Z drugiej strony ktoś znajomy ostatnio mi mówił: ” nie mam nic przeciw bieganiu, fajnie, że biegacie super, ale trzeba mieć w głowie nie do końca dobrze, aby na czas biegu zamykać główne miejskie arterie. Czy nie można puścić biegu, gdzieś bocznymi ulicami, gdzie obciążenie będzie mniejsze?” Może i można, ale ile frajdy by nam przepadło. Nikt nie mówił, że życie jest sprawiedliwe. Zresztą dzisiaj nie tylko Poznań. To samo w Warszawie, wczoraj Sobótka mamy weekend połówek w kraju.

Zastępowanie nałogu nałogiem

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie.  Ela masz rację, pasja pasją, ale zdrowie na pierwszym miejscu. Jeżeli faktycznie jest u Ciebie tak, że zła pogoda podczas biegania wpływa negatywnie na Twoje zdrowie, to oczywiście musisz unikać biegania w takich warunkach. W moim przypadku jest wręcz odwrotnie i biegam w każdej pogodzie, bo mnie to po prostu hartuje.

Ogólnie uważa się, że nałogi są złe. Zresztą, kiedy mówimy o nałogach, jak pierwsze kojarzą się alkohol, papierosy, narkotyki czy inne trucicielskie nawyki. Bo nałóg, to jest coś złego, co uzależnia nas od siebie w dłuższym okresie czasu prowadząc nas chorób, a nawet w końcowym efekcie do nawet do ostateczności, czyli śmierci.  No i faktycznie jest coś w tym i takie ryzyko ze sobą nałogi niosą. Ale mamy pewne światełko w tunelu i są nałogi, które w sumie mają bardzo pozytywny aspekt i mimo, że stanowią pewną formę uzależnienia, ale uzależnienia bardzo pozytywnego.

Taki nałogiem czy może takimi nałogami są różnego rodzaju pasje, które wypełniają nasze życie. Idealnym przykładem takiego nałogu jest właśnie nasza paja czyli bieganie. Bieganie też jest pewną formą uzależnienia, które także może nieść za sobą pewne niebezpieczeństwa, ale w trochę innym sensie i znaczeniu niż te, które niesie za sobą palenie, picie czy dawanie sobie zyłę.

Na początku musimy sobie jednak zdefiniować gdzie jest granica między pasją, a nałogiem, bo każdy nałóg w tym znaczeniu jest pasją, ale nie każda pasja jest nałogiem. Weźmy takie wędkarstwo czy chociaż szachy.  Są to super pasje, nie koniecznie o podłożu nałogowym, bo wędkarze nie musza codziennie moczyć kija a szachiści chyba nie czują aż takiej potrzeby codziennego wpatrywania w pionki i figury tocząc intelektualną  wojnę z innym szachistą. Tak mi się wydaje, ale mogę oczywiście się mylić. Z kolei dla nas tuptających bieganie jest formą pasji, której poza wyjątkowymi sytuacjami musimy się oddawać praktycznie codziennie. Codziennie wychodzimy i robimy przypisane nam indywidualnie w duszy kilometry. Bo tak musimy, bo odczuwamy taką potrzebę i nie ma innego wyjścia z sytuacji. I to nie tylko biegamy dla samych siebie.

Bieganie to jest taka pasja, którą musimy się dzielić. Kiedy startujemy w biegu zorganizowanym z innymi takimi samymi nałogowcami jak my, kiedy spotykamy się ze znajomymi i zaczynamy rozmawiać, nie ma opcji abyśmy na naszą pasję nie wbiegli starając się maksymalnie dookoła rozsiewać fluidy, czy może zarazki biegania, licząc, że kogoś nimi obdarzymy. Bieganie jako nałóg daje nam jeszcze jedną możliwą. Mając już różne bardziej szkodliwe nałogi w postaci właśnie papierosów, czy alkoholu, kiedy przerzucimy się na nałóg biegania, to tamte wcześniej czy później odrzucimy. W zasadzie w większość nałogi niesą zazdrosne i nie mają problemu z konkurencją. Przynajmniej tak jest w postaci alkoholu, papierosów czy narkotyków. One mogą razem współżyć i sobie nie przeszkadzają. Z kolei bieganie jest takim nałogiem, który nie uznaje takiej konkurencji i na dłuższą metę trzeba dokonać wyboru, albo bieganie, albo któreś, czy wszystkie z tamtych trzech. Wiem coś o tym, bo sam paliłem, a dzięki bieganiu rzuciłem palenie. Można powiedzieć, że zastąpiłem jeden nałóg innym, ale myślę, że w tym przypadku, to chyba wybiegło mi na zdrowie.

Jak to jest z tym biegowstętem

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Magda masz rację wpływ pogody na bieganie jest bardzo duży. Misia dziękuję za dobre słowo. Michale, już poprawione.

Muszę przyznać, że wczorajszy wpis  wywołał spore kontrowersje i pewne wątpliwości u niektórych osób. Paru tutpających wyraziło wątpliwość, czy istnieje coś takiego jak biegowstręt i jak można o czymś takim pisać. Przecież mam pisać o pasji, o ogniu, o radości i tym co bieganie daje, a nie o tym czym grozi. Przecież coś takiego, jak biegowstręt nie istnieje, bo to tylko mój wymysł i jakieś słowotwórstwo biegacza amatora. A jednak nie jest to wymysł autora tego bloga, gdyż określenie to pojawia się w paru miejscach w sieci. Może niezbyt wiele osób o tym mówi i pisze, ale nie ma co głosić, że on nie istnieje, bo jest nad nami, wisi i tylko patrzy na kogo spaść.

A kiedy spadnie, to mamy problem. Walka z biegowstrętem jest cholernie trudna. To nie jest łyknięcie witaminki czy antybiotyku. Tutaj nie ma lekarstwa. Z biegowstętem musimy walczyć sami i to jest w tym wszystkim najgorsze i najtrudniejsze. Nie mam metody, nie sposobu, nie ma techniki. Może afirmacja, pozytywne myślenie czy nawet wmawianie sobie, ze my biegać musimy. Przerabiając klasyka, można napisać: „ nam biegać dzisiaj nakazano, wstąpiłem więc w  startu strefę, gdzie emocje biegających ukazano, to pragnienie jest chyba naszym grzechem”. Albo coś w tym stylu.

Biegowstręt ma podłoże emocjonalne i dlatego chyba emocjami trzeba z nim walczyć. Jest jeszcze opcja siąść sobie z boczku i poczekać, aż przejdzie.  Ale taka strategia jest raczej wodą na młyn biegowstrętu. Obawiam się, że pokonać go można tylko jedną metodą: bieganiem. Chyba nie ma innej opcji.  Przerabiając klasyka można napisać: metodą na biegowstręt jest carpe bieganie, czyli łapmy bieganie, bo nikt się nie dowie, ile kilometrów szykują Bogowie. Dlatego wierząc, że biegowstręt istnieje, nie bójmy się stawić mu czoła. A dzięki temu, że potrafimy go pokonać, czujemy, że moc jest w nas.

Najprostszą metodą walki, jest pójście na bieg, jak na zdjęciu ten wpis prowadzącym grzecznie przywitać się z osobami biegającymi i z pewną doza nieśmiałości się zapytać:  ” przepraszam, czy tu biegają” i wtedy jest już wszystko jasne.

Przekleństwa osób biegających,

Nasza biegowa pasja, to nie tylko ogień, radość i pełnia spełnienia. Czasem, jak w życiu są chwile złe, które nie przynoszą nam nic dobrego, a często pod dużym znakiem zapytania stawiają sens dalszego tuptania. W zasadzie możemy napisać, że są dwa takie, jak to można przekleństwa, które wiszą nad naszymi głowami.

Pierwsze to oczywiście kontuzja. Coś, na co w zasadzie nie mamy żadnego wpływu, co wcześniej, czy później każdą osobę tuptającą spotka. Kontuzje mogę być poważniejsze, mogą być tylko drobnymi urazami, ale wszystkie wpływają na nas w ten sam sposób. Deprymują, powodują większą czy mniejszą niechęć biegową i często dobijane są różnymi czarnymi myślami: „ a po cholerę mi to, może już czas odpuścić”. Jak już napisałem wcześniej, niezależnie jak mało amatorsko trenujemy i jak poważnie do naszej pasji podbiegamy, to jak jest nam pisana, nie ma opcji by jej uniknąć. A to źle staniemy, a to w dziurę wpadniemy, a to ktoś na nas wleci. Powodów, przyczyn mogą być dziesiątki i nie sposób nad nimi zapanować. Raz na jakiś czas, czasem dłuższy, czasem krótszy ale praktycznie każdą osobę tuptająca dopadnie. Ona się czai gdzieś z boku i tylko czeka na swoją szansę…

Drugie przekleństwo dla nas tuptających to biegowy kryzys emocjonalno-osobowościowy. Można go określić bardzo krótko: nie chce się nam biegać. Na zasadzie, „było minęło, czas zmienić zainteresowania”. W odróżnieniu od kontuzji, tutaj nie mamy fizycznego, tylko psychiczne, które tak naprawdę jest chyba dużo groźniejsze od urazu fizycznego. Wszyscy wiemy, że rany fizyczne jest dużo łatwiej wykurować, niż psychiczne. Tutaj się nam nie tyle nie chce, ile zaczynamy odczuwać biegowstręt. Nie ma siły, by się zebrać i ruszyć na trening. Nie możemy się nawet zmusić, a to już jest problem.

No i tutaj mam podstawowe pytanie: jak walczyć z tymi przekleństwami. Z kontuzją walczyć się nie da. Ją trzeba wyleczyć, przeczekać i ruszyć znowu w biegowe tango. Ani dzień wcześniej, ani dzień później. Nie ma praktycznie innej opcji. Można sobie oczywiście biegać na kompie, można jako wolontariusz do różnych imprez biegowych się zgłaszać, jeżeli oczywiście, kontuzja nie jest na tyle poważna, że jesteśmy unieruchomieni. Ale trzeba czekać, liczyć dni i nie zagaszać biegowego ognia w duszy. Na urazy fizyczne konieczna cierpliwość i spokój ducha. A co z biegowstrętem psychicznym? Tutaj to jest prawdziwy problem. Można szukać różnych wyjść z sytuacji, rozmawiać ze znajomymi biegającymi, może też bywać na imprezach, ale istnieje ryzyko, że wstręt się powiększy. Można, też jak w pewnym dowcipie o zapale do pracy, czyli usiąść cichutko w kąciku i czekać aż biegowstet ucieknie. Nie jestem alfą i omegą, a każda osoba jest inna i ma inne psychiczne i duchowe uwarunkowania. Coś co pomoże jednemu, niekoniecznie drugiemu, a zaszkodzi trzeciemu. Dlatego jak dopadnie, to walczyć ze wstrętem tak, jak potrafimy zdając sobie sprawę, że jest on naturalną częścią naszej pasji  i podobnie jak kontuzja nieuchronnie wcześniej czy później nas dopadnie.

To były przekleństwa, które w taki czy inny sposób nas dopadają i na które mamy większy lub mniejszy wpływ. Ale są jeszcze takie, na które nie mamy żadnego wpływu i albo się im poddamy, albo nie. Dotyczy to szczególnie czynników atmosferycznych, występujących przed czy w trakcie naszego tuptania. Wszystkie możliwe ekstrema pogodowe, jak upał w Grodzisku ( na zdjęciu ten wpis prowadzącym ukazany), burze, deszcze, grady, mrozy czyli wszystko, z czym mierzyć się musimy. Chociaż akurat te przekleństwa, dają czasem fajnego biegowego kopa, czyli punkt widzenia zależy od punktu bieżenia, znaczy się się biegnięcia.

Wpływ pogody na bieganie,

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Marku dużo w tym racji, że to właśnie zbliżająca się wielkimi krokami nasza regionalna połówka wyzwala konieczność łapania treningowej mocy. Robercie później poznany masz rację, lepiej później niż wcale.

Jednak patrząc co się dzieje ostatnimi dniami mogę śmiało napisać: połówka – połówką, pasja – pasją, ale pogoda musi być po naszej stronie. Jest kilka pasji i bieganie do nich właśnie należy, na który pogoda ma gigantyczny wręcz wpływ. Było to doskonale widać na przykładzie ostatnich dni. Trzy dni temu, jak pisałem wczoraj piękna pogoda, cieplutko i takie tłumy tuptających, jakich na mojej codziennie trasie w życiu nie widziałem. Dwa dni temu padało. Może nie był to jakiś szaleńczy deszcz, raczej stała, nieustanna mżawka i w efekcie spotkałem na trasie może trzy, góra cztery tuptające, jak ja osoby. Wczoraj z kolei nie padało, ale było chłodno i efekt był taki, że na trasie spotkałem jeszcze mniej tuptających niż dwa dni temu. Zapewne parę osób dobiegło do wniosku, że jak potupta raz czy drugi, to w zupełności wystarczy. Nic na siłę, nic na chama. I myślę, że jest to bardzo zdrowe podejście do życia, ale czy na półmaraton parę treningów wystarczy, mam pewne wątpliwości. No chyba, że wszyscy mają taki talent, o jakim ja nawet nie śnię.

Można to podsumować prosto. Gro biegających tupta dla przyjemności, bez jakiegoś  wielkiego przymusu wewnętrznego. I biegają wtedy, kiedy chcą. Kiedy jest ładnie, ciepło, a jeszcze zbliża się jakiś super start, to wybiegają ze swoich pieleszy na tuptające trasy. I przyznam szczerze, że jest to bardzo fajne, zdrowe podejście, bo biegają wtedy, kiedy jest ładnie, przyjemnie i ogólnie wszyscy tytuptali i jest super. Muszę przyznać, że aż trochę zazdroszczę, takiego zdrowego podejścia. Gdyż poza tą najbardziej liczebnie godną grupą, jest jeszcze grupka takich tuptających fanatyków , którzy podobnie jak ja, niezależnie jaka pogoda, deszcz, śnieg, mróz, lód czy też osłabiający upał, zawsze swoje kilometry robimy. I naprawdę musi być jakiś kataklizm, byśmy nie wyszli na obowiązkowy trening. Bo my prostu musimy, nie ma innej opcji. Jesteśmy jak ci wędkarze, co moczą kija w środku ulewy siedząc nad wodą i przypominający widokiem zmokłe kury. Z nami jest to samo. Nam także jest obojętna pogoda, byśmy tylko nasze kilometry mogli robić.

Tak się zastanawiam, że sam kiedyś byłem takim zagorzałym moczykijem i po prostu jedną pasję zamieniłem na drugą. A że z zasadny do pasji podbiegam w pełnym zaangażowaniem, to efekt jest jaki i jest. I dla mnie, jak i dla wielu innych pogoda nie ma żadnego wpływu na nasza tuptajacą pasję. Ba, wręcz odwrotnie. Im brzydziej, zimniej, mokrzej, tym lepiej się nam biega. Bo właśnie w takiej pogodzie hartuje się nasza pasja.

Wiosenny wysyp biegających,

Na początku jak zwykle w tym miejscu i czasie. Robercie dłużej znany, faktycznie wycieczka biegowa super. Będą następne dotyczące innej tematyki, ale także z Poznaniem związane.

Dwa dni temu mieliśmy pierwszy dzień wiosny. Została ona okraszona cudowną pogodą. Było cieplutko, przyjemnie, nic tylko biegać. Kiedy pod wieczór wyszedłem na mój tradycyjny trening, to czułem jak mój biegowy ogień podgrzewa moje ciało, wyzwalając w nim biegowe pożądanie. Spokojnie, zgodnie z planem robiłem moje z zasady przypisane kilometry. Tempo było jakie było, więc wszystko zgodnie z planem.

Jak już nie raz pisałem mieszkam w rejonie Poznania, który można określić bardzo prosto: to tutaj psy szczekają tą częścią ciała, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Tak w skrócie, żeby się nie rozwodzić, klasyczne zapupcie. Kiedy zaczynałem biegać koło 5 lat temu, to poza mną zdarzyło mi się spotkać na treningu psa, który człapał z lekka okulawiony. W zasadzie wszyscy na mnie patrzyli wielkimi oczami zerkając za moje plecy, kto mnie goni, albo z niemym pytaniem w oczach: czy wszystko, aby na pewno z umysłem w porządku. Z biegiem czasu powoli, acz systematycznie zauważałem zmiany.  Po pierwsze, ludzie się trochę się przyzwyczaili, że codziennie biegam, więc przestałem być sensacją. Po drugie oprócz mnie ktoś tam jeszcze tuptał, więc nie byłem już sam. A kiedy już tupta paru nie ma sensacji, ot w odczuciu społecznym paru świrów obojga płci szlifuje im chodniki. Tak jak pisałem na mojej prowincji miejskiej za dużo osób tuptających nie było, ale parę się przewijało. To co wczoraj się działo wieczorową porą w czasie codziennego treningu, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia, dotyczącej aktywności, a raczej braku aktywności społecznej w mojej dzielnicy.

Co chwilę napotykałem  osoby biegające. Jedni biegali pojedynczo, inni parami, jeszcze inni trójkami. Byłem w ogromnym szoku. Co chwilę ktoś z naprzeciwka biegł. I tu tutaj mówimy tylko o osobach biegnących z naprzeciwka, a nie poruszających się  w tym samym kierunku co ja, np. w zbliżonym tempie. Na początku liczyłem, ale kiedy w połowie pierwszej pętli dobiegłem do przeszło dziesięciu  to odpuściłem. Tak na oko na całkowitych peryferiach naszego miasta tuptało wczoraj przynajmniej trzydzieści osób obojga płci. Na początku tak sobie pomyślą: jak to pora roku na nas działa, wyzwala energię, chęci do aktywnego życia. Wszystko nabiera zupełnie innego blasku. No,  a potem sobie uświadomiłem, że zapewne tkwi w tym drugie dno. W niedzielę mamy półmaraton i sporo osób zapewne myśli, że w końcu trzeba wziąć się za trenowanie i przygotowanie. Przyznam szczerze, że jeżeli ktoś myśli, ze w ciągu tygodnia się przygotuje, by pokonać  dystans półmaratonu, to cóż …  Mówi się wiara z elementami afirmacji czyni cuda. Jak mam być szczery wszystkim teraz zaczynającym treningi tego cudu w niedzielę życzę. Wierzę, że Wasz talent jest tak wielki, że wygracie ten bój, do którego ja na Waszym miejscu bym nawet nie zaryzykował przystąpić. Niech wiosenna pogoda i moc biegowa Wam sprzyja.

Wiosenny biegowy kop energetyczny

Na początku jak zawsze w tym miejscu i czasie. Pablo, pamiętaliśmy o stadionie na Golęcinie, ale nie było już czasu, by jeszcze te kilometry nadrobić. No i parę osób mogłoby mieć problemy z takim dystansem.

No i wreszcie przyszła. Wytęskniona, wyczekana najbardziej ulubiona pora roku dla wielu z nas czyli wiosna, Jest to czas, który daje nam prawdziwego kopa energetycznego. Popędzani coraz cieplejszymi promieniami słońca, pieszczeni delikatnymi lub porywiście namiętnymi pocałunkami wiatru, dotykani ciepłymi kroplami deszczu czujemy, że nasze życie wbiega na zupełnie inną orbitę.To właśnie wiosna powoduje, że wszystkie wcześniejsze, znaczy się zimowe wątpliwości, niechęci uciekają w siną dal. I znowu się chce i znowu się pragnie, a radość nas na nowo ogarnia.

Wiosna daje nam zupełnie nowej chęci do życia. Wyruszamy na biegowe trasy popędzani starożytnym motto olimpijskim: Citius Altius Fortius, czyli Szybciej, Wyżej, Mocniej.  Wiosenne uśmiechy popędzają nas dodając nam ekstra biegowego ognia. I to właśnie ta pora roku powoduje, że biegowe fluidy po kraju krążące dopadają coraz to nowe osoby. I przyrost osób biegających jest naprawdę ogromny. Przyczyna jest prosta. Wiosną chce się żyć, nowe pragnienia, wyzwania każda osoba chce przed sobą stawiać. A właśnie bieganie w te pragnienia idealnie się wpisuje. Razem z wiosennym podmuchem wiatru ruszamy w nowy, życiowy tan. Czujemy, że nasze życie nabiera nowego blasku.

I to wszystko dzięki takiemu zwykłemu przez wielu mało rozumianemu hobby życiowemu. No cóż oficjalnie wczoraj razem  z wiosną przybiegł nowy sezon biegowy. Jasne, ze pod względem ilości startów zorganizowanych niewiele się zmieni. To już nie są czasy, kiedy zimą pod względem biegowym było bardzo skromnie. Rozwój naszej pasji spowodował, że pod względem startowym cały czas jest praktycznie bez zmian. Liczba startów nie zmieni się o wiele, ale jednak smak wiosennych, a zimowych tuptań całkowicie się od siebie różni. Powiedzmy sobie szczerze. Wiosenne bieganie ma zupełnie inny smak. Bo wiosną wszystko inaczej smakuje. W skrócie można napisać krótko. Znowu się chce i znowu z radością, niecierpliwością i bez zimowego znużenia wybiegamy na codzienne treningi. . Niech ten wiosenny czas da nam wszystkim nowe chęci, nowe siły i obdarzy takimi czasami, jakie wszyscy pragniecie. No i co najważniejsze, to nie tylko wiosna w kalendarzu, ale też w przyrodzie i na dworze. Jest już coraz cieplej. Po wczorajszym treningu poważnie myślę, czy nie czas wskoczyć w jedną warstwę, bo jest już ciepło. No i co najważniejsze, znowu się chce i znowu jest kop do biegowego przodu.